Blog > Komentarze do wpisu
Cud zbiorowego uniesienia

Dziś jest pogrzeb Kazimierza Kutza. Cześć Jego Pamięci. Piętnaście lat temu zrobiliśmy z nim wywiad o piłce nożnej

***

Tak jak na boisku: dzieje się cud zbiorowego uniesienia.

Na nasz stadion w Szopieniach przyjechała drużyna z tabunem wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. gdy zdobyliśmy gola, ci panowie wyjęli spluwy i zaczęli strzelać. Przyjezdna drużyna nazywała się SS Auschwitz.

Paweł Czado, Piotr Zawadzki: Lubi Pan futbol?

Kazimierz Kutz: Jak wszyscy na Śląsku. Przed wojną było ogromne bezrobocie, Ślązacy mieli dużo wolnego czasu, więc kopali piłkę. Żeby grać w śląskiej A-klasie, trzeba było być znakomitym piłkarzem. 

A Pan jakim był?

- Nooo, skoro grałem w reprezentacji szkoły filmowej, to znaczy, że byłem dobry. Technika, szybkość, zwinność były moimi atutami. Że o inteligencji nie wspomnę. 

W łódzkiej Filmówce byli dobrzy piłkarze?

- W szkole strasznie się piło, więc mecze to był dobry sposób na kaca. Staszek Jędryka z Sosnowca był fenomenalnym defensywnym pomocnikiem. Grał nawet w reprezentacji Polski juniorów. Było też kilku dobrych studentów z Bułgarii. W akademickich mistrzostwach Łodzi graliśmy z politechniką. Tamci pięknie się prezentowali, a jak my wyszliśmy na boisko, to był jeden wielki śmiech. Takie Łazarze blade! Pijoki! Nawet jednakowych koszulek nie mieliśmy. Na bramce stał Jurek Gruza, bo dobrze wyglądał. Ja na prawym łączniku, to taki ofensywny pomocnik. A w ataku Wiesiek Zdort, później operator wielu moich filmów, który na setkę schodził poniżej 11 sekund! Nasza taktyka była prosta: powstrzymać ich, odebrać piłkę i wywalić ją do Zdorta. Po 20 minutach było 4:0 dla nas! Główka, nóżka, fiuuu do Zdorta i fruuu - gol! Ale że nie mieliśmy kondycji, dorwali nas w drugiej połowie... 

Przed wojną mogłoby się wydawać, że Pańskie rodzinne Szopienice to ostatnie miejsce na ziemi do uprawiania sportu.

- Od zachodu dymiło z huty ołowiu i kadmu, od wschodu z huty cynku, a w środku była wytwórnia hauskejzy [sera domowego - red.]. Ale w tej śmierdzącej dzielnicy zawsze było mnóstwo wysportowanych chłopaków. Kiedy miałem sześć lat, nie tylko należałem do chóru parafialnego, ale i potrafiłem zrobić stójkę na rękach albo salto. To nic nadzwyczajnego - wszyscy byliśmy jak koty.

W 18-tysięcznych wtedy Szopienicach było pięć klubów piłkarskich. W jednym piłkę kopali socjaliści, w innym powstańcy. Oprócz tego niezliczona ilość drużyn podwórkowych. W napięciach wynikających z rywalizacji uczestniczyło całe miasto. Mecz i wetka, czyli rewanż, trwały bez przerwy. To była zażarta, nawet krwiożercza rywalizacja. Gdyby chłopak z Ogrodu Dworcowego, ja tam mieszkałem, zakochał się w dziewczynie mieszkającej na Wilhelminie i chciał ją odwiedzić, od razu dostałby w banię.

Doskonale pamiętam czterech wspaniałych braci Pająków z HKS - najlepszego klubu w Szopienicach. Wszyscy zostali potem wcieleni do Wehrmachtu i poginęli na wojnie. Pamiętam też matkę Pająków. Na co dzień prała synom stroje, a w czasie meczów siadała na ryczce [zydelku - red.] obok bramki i wrzeszcząc, dawała im wskazówki. Miała nad nimi ogromną władzę.

Świetni byli także piłkarze z rodziny, której nazwiska już nie pamiętam, wołaliśmy na nich "Pitusie". Pająkowie wżenili się w "Pitusiów" i ta rodzinna drużyna była wręcz nieprawdopodobna. 

Ale w Szopienicach i tak wszyscy czekali na coroczny przyjazd Ruchu na towarzyski mecz.

- Obok odpustu to było najważniejsze wydarzenie. Obłęd, jak dziś wielki koncert rockowy. Bo przed wojną na Śląsku była piramida wielu drużyn, a na jej szczycie Ruch. Peterek, Wodarz. Giemsa... Najwyższa klasa, a przy tym ludzie stąd. No i ten Wilimowski! Krzywe nogi, rudy taki, ale co on z piłką wyprawiał! Pamiętam go z meczu Niemcy - Rumunia w Bytomiu [7:0 dla Niemiec w 1942 roku - red.].

Po wojnie symbolem Ruchu był Cieślik. Gdy pojechał z reprezentacją Śląska na tournee po Wyspach Brytyjskich, zachwyceni Anglicy oferowali ogromne jak na owe czasy pieniądze [10 tys. funtów - red.]. A on odmówił.

"Gerard, na Boga. Czemu pan nie przyjął takiej oferty?" - spytałem go po latach. "A co jo bych tam mioł robić" - odparł. To mówi wszystko. Cieślik zawsze kochał Ruch. Jego największa zmiana w życiu nastąpiła dziesięć lat temu: przeprowadził się dwie ulice dalej i miał bliżej na stadion.

Kiedy studiowałem w Łodzi, poszedłem raz na mecz ŁKS-u z Ruchem. Bramkarz złapał piłkę i cała drużyna Ruchu cofała się, ale plecami do niego. Jak bramkarz wykopał piłkę, to Cieślik już przeszedł środek boiska. Nagle się odwrócił i widzi, jak ta piłka leci na niego. I z tej swojej krótkiej nóżki jak nie pierd...! Piłka fruuu - i już w bramce! Stadion na króciutką chwilę zamarł, a potem wybuchła euforia. Kibice nigdy czegoś takiego nie widzieli i pewnie już potem nie zobaczyli.

Dziś Ruch bieduje i całe śląskie piłkarstwo bieduje. Powód? Po prostu: tu jest brzydko, tu się nie da mieszkać, tu wszystko się wali. Na całe śląskie piłkarstwo jest mniej pieniędzy niż w jednym miasteczku pod Poznaniem, gdzie bogaty człowiek produkuje foteliki samochodowe.

Ale Ślązacy nadal kochają futbol. 

W Pańskim filmie "Perła w koronie" górnicy grają w piłkę, nawet gdy strajkują pod ziemią.

- Wpadłem na ten pomysł, żeby pokazać, że oni mieli nawyk wypełniania wolnego czasu. A strajk to w jakimś sensie czas wolny. Piłka odwracała ich uwagę od cierpienia, od rozmyślań, co tam na górze, co z rodziną itd. Dlatego jak dziś strajkujący przychodzą z leżakami, to mi się chce śmiać. 

Najbardziej dramatyczne przeżycie związane z piłką?

- Podczas okupacji HKS grał w A-klasie [wszyscy Ślązacy byli wtedy obywatelami Rzeszy i mogli grać w swoich klubach, tylko pod zmienionymi nazwami. Jedynie Ruch został przez hitlerowców rozwiązany - red.]. Pewnego razu na nasz stadion w Szopienicach przyjechała dziwna drużyna. Zobaczyliśmy tabun wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. Nie siedzieli na ławkach, tylko na nich stali. Nikt z nas nie spodziewał się tego, co się za chwilę wydarzy.

W HKS grała stara dobra przedwojenna drużyna, z "Pitusiami" i "Pająkami". To było jeszcze przed wojną z Rosją i nie brali ludzi do Wehrmachtu. Prawy pomocnik Morgała bodaj już w 11. minucie zdobył gola. I wtedy ci panowie w mundurkach wyjęli spluwy i zaczęli strzelać i bić. Skopali Morgałę. To był koniec futbolu w Szopienicach. Drużyna rozpadła się po prostu ze strachu. Ten przyjezdny zespół nazywał się SS Auschwitz... 

Najsławniejszym sportowcem z Szopienic był Janusz Sidło, wicemistrz olimpijski, dwukrotny mistrz Europy, rekordzista świata.

- Mój dobry kolega zresztą. To był absolutny niedźwiedź. Gdy się u nas drzwi zacięły, jak szarpnął - to wyrwał je z framugą! Można powiedzieć, że Sidło osiągnął sukces dzięki konfliktowi śląsko-zagłębiowskiemu. Bo on, proszę panów, rzucał od dzieciństwa: jechało się na stawy między Szopienicami a Sosnowcem i napieprzało z sosnowiakami na kamienie. Dzięki tym wyprawom ja też rękę sobie wyrobiłem. Przy okazji jakiegoś filmu zrobiliśmy zawody w rzucie granatem. Moim rywalem był reżyser Jerzy Kawalerowicz - dziesięcioboista, zbudowany jak Adonis. A ja z moimi warunkami go załatwiłem!

Pamiętam, jak Sidło pierwszy raz rzucił 80 metrów. Trochę popiliśmy, wziąłem go na stronę i mówię: "Gdybyś chciał, mógłbyś rzucić 100 metrów". A on na to: "Oczywiście, że tak. Ale wiesz, jak roz sypna sto, to oni zawsze bydom chcieli, żebych tyla rzucoł. Tak się nie do, a osiemdziesiąt to jo moga całe życie". Taka była jego filozofia.

Kiedy Sidły przeprowadziły się do śródmieścia, zamieszkali drzwi w drzwi z Białasami. Białasowie mieli mleczarnię, więc ich syn Czesiek ciągle wpieprzał te sery, te śmietany i w kółko nosił bańki po mleku. A potem został medalistą mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. W Szopienicach mieszkała też Bregulanka, ona pchała kulą i też pojechała na olimpiadę. 

W latach 50. na Śląsku pojawiła się nowa siła - Górnik Zabrze. I sukcesami przykrywał legendę Pana ukochanego Ruchu.

- Sentymentalnie zawsze byłem związany z Ruchem, ale cieszyłem się, że jest Górnik. Tyle że jego sukcesy to był efekt pieniędzy, które się pojawiły w górnictwie. 

Dwaj Ślązacy - Szołtysik i Cieślik - strzelali zwycięskie gole w meczach ze Związkiem Radzieckim.

- Ach, ten mecz w 1957... Może przesadzam, ale on wywołał taką euforię jak wybór Papieża. A Cieślik był wtedy dla wszystkich tym facetem, który przyp... Związkowi Radzieckiemu. I to dwa razy. 

Cieślik na Stadionie Śląskim.

- Opowiem wam mało znaną historię. W latach 50. wszyscy się wtedy zachwycali murawą stadionów w Anglii. Wojewoda Ziętek kazał sprowadzić do siebie najlepszych ogrodników ze Śląska. "Słuchejcie, pojedziecie do Londynu. I mocie tam kupić ta trowa. A jak się nie uda kupić, to trza ukraść". No i oni ją jakoś przywieźli, posiali. Miała wschodzić sześć tygodni. Na stadionie zatrudniono emerytów, którzy pilnowali, żeby nikt nie chodził po tej trawie. Ale jakoś nie wschodziła. W końcu Ziętek się zniecierpliwił i o piątej rano polazł sprawdzić, co się dzieje. Emeryt widzi, że ktoś chodzi po trawie i go zaczyna opierd... Jak się zorientował, że to wojewoda, o mało nie umarł ze strachu. A za godzinę Ziętek dzwoni do dyrektora stadionu: "Dejcie mu premia, bo dobrze pilnuje". 

Tuż obok silnych klubów śląskich wyrosło nagle prawie tak samo mocne Zagłębie Sosnowiec. Ile prawdy jest w tym, że za nim stał Gierek?

- Na Śląsku przed wojną zawsze były wielkie drużyny, a zagłębiacy robili wszystko, żeby sobie też taką zafundować. Po wojnie przejęli władzę, bo, jak mówił świętej pamięci śląski literat Wilhelm Szewczyk, przez komunistyczność tego regionu mieli największą wydajność przywódców z hektara. Zagłębie powstało na bazie klubu o nazwie RKU. Gdy w 1946 roku RKU grał z AKS Chorzów, doszło do potężnych zamieszek między kibicami obu drużyn. Niektórzy mówili, że to czwarte powstanie.

Ta nowa drużyna była oczkiem w głowie wszystkich władców z Zagłębia. Zdarzało się, że niektóre śląskie kluby, chcąc zrobić Gierkowi przyjemność, przegrywały z Zagłębiem, ale to, co się działo później za Grudnia [I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w latach 1971-80 - red.], to była kompletna paranoja. Wiem na pewno, że przed meczem wzywał sędziów, żeby ustalić wynik. 

Czy wpływ komuny na sport był dotkliwy?

- Znaczny. Moja pierwsza żona była tenisistką, więc dobrze w tamtych czasach poznałem to środowisko. O wszystkim decydowała grupa działaczy partyjnych, którzy rozstrzygali, kto pojedzie na turniej zagraniczny, a kto nie. Dlatego jak jedna z drugą chciała robić karierę, to musiała "dać", nie było innej możliwości.

Ale z drugiej strony wielu utalentowanych, mądrych ludzi, którzy nie chcieli uczestniczyć w polityce, znajdowało w sporcie azyl. W sporcie istniało coś, czego nie było w codziennym życiu: entuzjazm, sprawiedliwość, poczucie wolności, szacunek dla innych. Sport był demonstracją przeciw paskudnej rzeczywistości. Tak jak polskie kino i teatr - sport był schowkiem opozycji. 

Jaki sport lubi Pan poza piłką?

- Siatkówkę. Nooo, wspaniały sport. Na tę Skowrońską to mogę patrzeć od rana do nocy. Przed laty taką sportową muzą była Basia Sobottowa. Gdy zdobywała mistrzostwo Europy na 200 metrów [w 1958 roku - red.], to kochała się w niej połowa reprezentacji lekkoatletycznych. Wybrano ją na najładniejszą dziewczynę mistrzostw, jakiś niemiecki sprinter to nawet stracił dla niej całkowicie głowę. A dziś weźmy taką Annę Kurnikową. Ta jej widownia: tabuny młodych chłopów, których mecz właściwie gówno obchodzi. Oni patrzą tylko, jak to zwierzę lata po korcie. A ta odpicowana na tę okoliczność, dba o każdy szczegół. I to jest piękno sportu, bo daje ludziom zapotrzebowanie na instynkty w wysublimowanej formie. To fajne obcować z takim wdziękiem. 

Ostatnie sukcesy siatkarek to także zasługa ich trenera Andrzeja Niemczyka.

- Jest świetny, bo wyczuwa subtelną magię odmienności płci. Bardzo lubi kobiety. Tak jak ja. Bo nie może być dobrym trenerem kobiet ktoś, kto się nimi nie fascynuje. To jest instynktowne, zwierzęce. Nie wolno mu jednak żadnej wyróżnić, bo bańka pryśnie w jednej sekundzie. 

Piłka nożna kobiet też się Panu podoba?

- Również, również. Dziewczyny już tak świetnie grają, że jak są mistrzostwa świata, to z przyjemnością na to patrzę. 

Piłkarki nie wyglądają jednak specjalnie efektownie.

- Trudno, ale mam szacunek dla wyczynu. 

Jest Pan kibicem telewizyjnym?

- Tak. Bo chcę oglądać tych, którzy kopią piłkę inaczej niż wszyscy. Beckham, Zidane, Henry - oni już przekraczają pewne granice.

Ale tak naprawdę jestem maniakiem ligi niemieckiej. 

Komu Pan kibicuje? Bayernowi?

- Z Bayernem jest jak ze starą żoną, oglądam go już z nawyku. Kiedy działacze z Monachium sprzedali Elbera, popełnili moim zdaniem fatalny błąd. Ale to jest pocieszające, że tacy znawcy, takie cwaniaki, a też się mylą. Ostatnio mam coraz więcej satysfakcji, jak Bayern przegrywa. Teraz wolę VfB Stuttgart, bo to drużyna, która mąci stary układ.

W niemieckiej lidze uczestniczę intensywnie. W sobotę ona jest dla mnie najważniejsza. Cieszę się, że w każdy weekend mogę obejrzeć nieraz nawet trzy mecze. Wolę to niż cały ten szajs: telenowele, gadaczy politycznych, nacjonalistów, komunistów. Mecze piłkarskie to są wielkie spektakle teatralne, ale z jednym procentem niewiadomej. Jaki będzie wynik, kto kogo skopie, kto zobaczy czerwoną kartkę? A jeśli jeszcze jest to perfekcyjnie pokazane, to się dostaje produkt wręcz artystyczny. Bo znaczna część piłkarzy to są artyści. Choćby taki Bernd Schneider, wspaniały piłkarz!

Ten z Leverkusen? Przecież takich jak on jest wielu...

- Co też panowie opowiadają! To gwiazda niemieckiej ligi. Na MŚ był najlepszy w drużynie. Ja go uwielbiam. Tak jak Sammera, trenera Borussii Dortmund. On ma takie perypetie z drużyną... Jak on walczy z epidemią kontuzji, jak heroicznie sięga po jakiegoś chłopca z amatorskiej drużyny, żeby zatkać dziurę w składzie.

Albo perypetie Ailtona z Werderu. Ma chłopak kłopoty z nadwagą, balansuje na krawędzi. A musi się pilnować, bo inaczej straci wielkie pieniądze. Ale na razie strzela bramki, więc wszystko jest w porządku.

Bundesliga to taki wspaniały serial w odcinkach. Jest dla mnie ciekawa także dlatego, że gra w niej dużo Ślązaków: Schindzielorz, Podolski, Freier, Klose...

W niemieckich drużynach piłkarzy ze śląskimi korzeniami jest zdaje się nawet więcej niż Turków. I mnie to cieszy, a jednocześnie jest mi żal, że nie grają dla Polski. I powstaje pytanie: dlaczego?

Ważne, że mogą liczyć na kibiców Ślązaków. W Zagłębiu Ruhry jest ich mnóstwo. Wielu z nich, dawnych kibiców Ruchu, kibicuje teraz Schalke Gelsenkirchen. Oba kluby mają nawet te same biało-niebieskie barwy. 

Ogląda Pan tylko Bundesligę?

- Lubię też ligę włoską. Włosi kłócą się, rozpaczają, biją nawet. Ich mecze to jak widowiska teatralne. 

Jak przy tym wszystkim wygląda polska liga?

- Polskiej piłki nie oglądam. Jest tępa, amatorska - nieciekawa po prostu. Mamy sezonowe drużyny: Wisłę, teraz Groclin. Ktoś wyściboli jakieś pieniądze, żeby zebrać graczy w miarę przyzwoitych. Ale te zespoły to chimery, bo co lepsi piłkarze są z miejsca wykupywani. Poziom europejski w Polsce jest więc jak mgnienie wiosny, bo wszystko się szybko rozpada. Anelka, kiedy przyjechał do nas z Manchesterem City, to niczym nie zaimponował, a przecież jest więcej wart niż cała liga polska. Więc nasi piłkarze się demoralizują, a ta magia pieniądza wyraźnie im szkodzi.

Ale cóż... Każdy sportowiec pracuje na zaplecze. Rozwodzą się, mają dzieci, a wszyscy później ciągną pieniądze. Mają przecież kupę ludzi na utrzymaniu. Ale tak jest w każdej dziedzinie.

Żałuję tylko, że polska piłka nie ma dziś w sobie tej radości co kiedyś. 

Tak jak za czasów Kazimierza Górskiego?

- Wszyscy piłkarze tamtej drużyny mówią o nim jak o dobrym ojcu. On dawał im przedziwną opiekuńczość, a oni się odpłacali najlepiej, jak umieli. On w nich odkrywał możliwości, których sami w sobie nie podejrzewali. Potrafił te osobowości znaleźć i dopasować, i potem nauczył ich nowoczesnego myślenia ofensywnego o piłce. I jego chłopcy dokonali rzeczy historycznej. A przy tym wszystkim chłopcy Górskiego podleczyli psychikę społeczną w Polsce.

Górski miał jeszcze jedną ważną cechę: potrafił odnieść sukces. To wielka sztuka. Bo niektórzy za wcześnie dobrze się czują, a potem oglądamy ich kolosalne upadki. Z klęski można się wydobyć, a ze źle spożytego sukcesu już nie. Bo sport to dziedzina o wielkim potencjale demoralizacji. 

Czy trener powinien piłkarzom pozwalać na improwizację?

- Najwybitniejsi piłkarze mają wolność na boisku. Wszyscy liczą, że ta ich improwizacja, zdolność zaskakiwania to będzie tajna broń na przeciwnika. To jest najwyższy pułap, drużyn z takimi graczami jest na świecie tylko kilka. 

A jak Pan dobiera obsadę, to też Pan liczy na element zaskoczenia?

- Zawsze tak jest. Przytomny reżyser, jeśli ma do dyspozycji wielkiego aktora, to musi mu postawić bardzo poważne zadanie. Nawet ponad jego aktualne możliwości. To są najprzyjemniejsze chwile w zawodzie. A kiedy widziałem na dodatek, jak Łomnicki, Trela czy Gajos niesłychanie pobudzają pozostałych aktorów...

piątek, 28 grudnia 2018, pavelczado

Polecane wpisy

  • Żegnam się

    Nigdy nie jest tak, że zawsze będzie tak samo. Pewne jest, że coś zawsze się kończy. W latach 2011-16 kierowałem m.in. witryną „Śląsk.Sport.pl”. To

  • Nikt tak nie uderzał z woleja

    Odchodzi kolejny Wspaniały Śląski Piłkarz, który zasługuje na pamięć. Ignacy Dybała zmarł wczoraj w Rybniku. Miał 90 lat. Był jednym z najstarszych żyjących rep

  • Pan z recepcji

    Przez prawie piętnaście lat pracowałem w Tychach. Kiedy wychodziłem lub wchodziłem do redakcji często zatrzymywałem się na dole przy recepcji. Lubiłem porozmawi

Komentarze
Gość: Rav, *.dynamic-ww-01.vectranet.pl
2019/01/01 10:59:22
R I P
-
2019/01/03 18:12:58
Świetny wywiad z nieocenionym człowiekiem, którego nie ma już wśród Nas.
-
Gość: Dyspo, 185.234.235.*
2019/01/05 09:01:03
Kapitalny wywiad. R.I.P.
-
Gość: f.wspanialy, *.dynamic.gprs.plus.pl
2019/01/06 15:43:50
I pomyśleć, że wylewano na Niego kubły pomyj. Btw, jego książka o Śląsku nie rozpaliła ognia w mojej duszy, w odróżnieniu od "Soli..." i "Perły...".