wtorek, 16 września 2014
Kibice Górnika biorą sprawy we własne ręce

Nigdy nie sądziłem, że w Polsce powstanie kibicowska organizacja, która nie będzie miała w ogóle zamiaru zajmować się oprawami albo organizacjami wyjazdów.

A tu proszę - zaczyna działać "Socios Górnik". To ewidentny przekaz, że zwykłym ludziom na tym klubie zależy. Niekoniecznie zależy na wspomnianych oprawach i na wyjazdach.

Zauważam dwa charakterystyczne elementy.

Po pierwsze: stowarzyszenie NICZEGO od klubu nie chce. To chyba nie jest codzienność polskiego futbolu. Zależy mu - co ważne - na transparentności. Jego członkowie będą chcieli wiedzieć tylko na co pójdą zebrane przez nich pieniądze.

Po drugie: z założenia idea stowarzyszenia ma łączyć. Nikt nie sprawdzi jakiego jesteś pochodzenia, wyznania, światopoglądu czy profesji, kompletnie nieważne gdzie mieszkasz i czy lubisz seks albo nikotynę. Nieważne czy popierasz PiS, PO czy SLD - nikt ci niczego nie wytknie. Mają tam działać ludzie prowadzący własne firmy, ale i bezrobotni. Chodzi o to żeby nikt z jakiegokolwiek powodu nie czuł się jako członek "Socios" nie u siebie.

Jeśli ktoś z Was naiwnie myśli, że kibice to drechy - ma okazję się przekonać, że w tym przypadku to nieprawda. Oczywiście kibice w dresach albo lubiący króciutkie fryzurki na glacę też mogą należeć do "socios". Dla "socios" nie ma to żadnego znaczenia. Na przykład mnie o wszystkim poinformował członek zarządu nowopowstałej organizacji, jednocześnie doktorant filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz uniwersytetu w Lille. O szczegółach - możecie dowiedzieć się TUTAJ.

Jestem bardzo ciekaw jakie ta inicjatywa będzie miała przełożenie na realia. Jako kibic śląskiej piłki bardzo chciałbym oczywiście żeby wypaliła. Dlatego życzę "Socios Górnik" wszystkiego najlepszego. Życzę też żeby - jeśli wypali - nie przepoczwarzyła się w coś innego, niekontrolowanego. Żeby jej członkom zawsze przyświecały ideały - te podjęte na początku drogi.

PS Spotkałem się dziś w Gerardem Badią, bohaterem Piasta z ostatniego meczu. W Hiszpanii chciał rzucać futbol, a w Polsce czuje się szczęśliwy. Zdumiało mnie co sprzedaje jego żona. Szczegóły - TUTAJ.

niedziela, 14 września 2014
Szrot

Przyznam, że mierzi mnie nazywanie jakichkolwiek piłkarzy "szrotem". Nie chodzi nawet o to, że to zwykłe chamstwo, które przedostaje się już nawet do przestrzeni publicznej, bo dziennikarze nie wahają się używać tego obrzydliwego sformułowania - nie ma w tym żadnego poszanowania dla ludzkiej godności.

Mierzi mnie bardziej z innego powodu. Otóż tak się składa, że ci, którzy obdarzają konkretnego zawodnika tym epitetem nigdy potem nie odszczekują kiedy obsobaczani piłkarze pokazują, że jednak stać ich na coś godnego pochwały czy wręcz zachwytu.

Na przykład dziś: bez hiszpańskiego tzw. "szrotu" Piast Gliwice nie przeżyłby bodaj najbardziej satysfakcjonującego dnia w historii. Historyczny moment: jak wiadomo Piast pierwszy raz wygrał mecz ekstraklasy na boisku największego rywala, w Zabrzu.

Bramkarz Alberto Cifuentes wybronił dziś mnóstwo groźnych strzałów, przepuścił tylko jeden. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. Pomocnik Carles Martinez wykonał fantastyczne podanie z którego padła pierwsza bramka. Skrzydłowy Gerard Badia oddał z tego podania fantastyczny strzał z woleja, po którym padł podaj najładniejszy gol w tej kolejce. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. Napastnik Ruben Jurado naharował się jak wół i choć akurat dziś nie miał szczęścia bez niego nie byłoby tego zwycięstwa. A trener Angel Perez Garcia wszystko to poustawiał. Bez niego nie byłoby tego zwycięstwa.

Czy tych ludzi można przyrównywać do złomowiska samochodowego? Cóż, jest taka moda, zwłaszcza wobec obcokrajowców znajdujących zatrudnienie w polskiej lidze. Hiszpanie z Piasta udowadniają, że jak na nasze standardy, nasze potrzeby prezentują przyzwoity albo bardzo przyzwoity poziom. Powtarzam: niech wkraczający w świat dorosłej piłki Polacy grają lepiej od nich - na pewno wtedy zajmą ich miejsce. Młody Bartosz Szeliga kiedyś pewnie wygryzie z podstawowego składu choćby Carlesa Martineza, życzę mu tego. Ale niech to się dokona w sportowej rywalizacji z której korzysta przede wszystkim Piast. A nie z powodu "pseudopatriotycznego" nachalnego nacisku niektórych kibiców i obserwatorów.

A Górnik Zabrze? Spokojnie. Czasem zdarzają się gorsze mecze czy też gorsze wyniki po nie najgorszych meczach. Przypuszczam, że w tym sezonie jeszcze będzie przepięknie.

PS Nie ukrywam, że jestem gorącym entuzjastą Canal+ (czy też nc+) za sposób pokazywania polskiej piłki ligowej. Konsekwentnie wprowadzany pomysł na komentowanie w trakcie bezpośrednich relacji (1+1), odpowiedni pod względem merytorycznym skład komentatorów, staranne pod względem technicznym realizowanie transmisji, interesujące studio pomeczowe, humor i luz tych ludzi - niezmiennie wprawia mnie w podziw i dobry nastrój. To prawdziwy okręt flagowy tej stacji w Polsce. Z czystym sumieniem płacę za to co chcę dostać.

W tej chwili jest właściwie tylko jedna przypadłość w materiałach tej stacji potwornie mnie irytuje, a która niestety jakby pęcznieje, nabrzmiewa zamiast zanikać. To niezrozumiałe dla mnie "tykanie" reporterów przez piłkarzy w przed- lub pomeczowych rozmówkach. W osobistych relacjach nie ma oczywiście nic złego, jeśli dziennikarz i piłkarz znają się to bardzo dobrze, dziś chyba nie warto już tego ukrywać w wywiadach. Jeśli mówią do siebie na wizji pert "ty" - OK. Głupio jednak słuchać - przyznacie - kiedy reporter wali do gościa per "ty", a ten odpowiada per "pan". No to znają się czy nie? Chyba nie, a reporter moim zdaniem całkiem niepotrzebnie wychodzi w tym momencie na głupka, bo przecież głupcy w Canalu nie pracują. A już całkiem kuriozalnie wychodzi kiedy w tej sytuacji reporter jest młodszy od piłkarza.

PS1 Wysłuchałem ostatnio bardzo ciekawego reportażu wyemitowanego w radiowej Trójce, który jest poświęcony Ernestowi Wilimowskiemu. Dziennikarze zbudowali go w najlepszy możliwy sposób: zapytali ludzi, którzy znali "Eziego", widzieli jego grę, wręcz z nim rozmawiali i na ich relacjach oparli reportaż. Moim zdaniem warto, bardzo mi się podobało. Jeśli też chcecie posłuchać - kliknijcie TUTAJ.

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

piątek, 12 września 2014
Wysadzić ten system. Zanim powstanie

Kiedy futbol zmienia się w biznes zaczyna się mariaż śliskiego pędu do pieniędzy z... prawem. Nadchodzą czarne chmury.

I.

Od następnego sezonu przez sześć lat prawa telewizyjne do transmisji polskiej ekstraklasy będzie sprzedawać jakaś nowa firma, nie znam. W efekcie liga ma dostać przynajmniej 25 procent więcej pieniędzy niż w tej chwili. Jesienią kluby ekstraklasy mają zdecydować, w jaki sposób je rozdzielić. Już teraz wiadomo jak chcą tego dokonać kluby obecnie najmocniejsze. Świadczą o tym zdumiewające słowa prezesa Legii Warszawa: - Trzeba się zastanowić, czy w polskich warunkach więcej pieniędzy dla mniejszych klubów na pewno oznacza ich rozwój. Czy nie lepiej więcej środków przekazywać czołówce, licząc na sukcesy w Europie („Gazeta Wyborcza”, nr 212.8244 z 12 września 2014).
Kiedy słyszę coś takiego, szlag mnie trafia. To tak jakbyśmy mieli zdecydować czy nie lepiej żegnać się lewą ręką, licząc na sukcesy w Europie.

II.

Jeśli się przyjrzycie - zauważycie, że to co niektórzy chcą obecnie wprowadzić w Polsce jest na małą skalę tym co bezwstydnie wprowadzono ponad dwie dekady temu w Europie.
Najpierw o Starym Kontynencie: cezurą jest dla mnie powstanie prestiżowej Ligi Mistrzów. Myślicie, że polska piłka klubowa jest taka słaba, bo z założenia jest słaba i grają w niej ciamajdy? Otóż nie. Chodzi o to, że bogatsze federacje piłkarskie rok w rok dostają od UEFA nieporównywalnie więcej pieniędzy niż nasza. Wszystko oczywiście zgodnie z ustanowionym prawem. Pieniądz rządzi wszystkim dlatego efekt może być tylko jeden; dysproporcja między naszymi klubami a zagranicznymi z każdym rokiem się powiększa. To już nie jest wyścig syrenki z fordem - to wyścig osła z ferrari. Ten wyścig co roku przegrywamy już przed startem - wie to zarówno ten co siedzi na ośle i ten uśmiechnięty rozwalony na fotelu w testarossie.
Co za tym idzie?
Wszystko co najgorsze.
Liga Mistrzów ma bowiem dwa wejścia: szerokie - dla ferrari i wąziutkie, obwarowane bramkami, bardzo trudne do sforsowania - dla jeźdźców na osłach.
Zauważcie: gdy nie było Champions League z dwoma wejściami, a ciągle istniał najwspanialszy, bezlitośnie zamordowany twór pod nazwą Pucharu Europy Mistrzów Krajowych - rozgrywki były co najmniej wyrównane. Widzew był kiedyś w stanie jak równy z równym walczyć z Liverpoolem albo Juventusem, inne kluby z krajów drugiego, komunistycznego wyboru - także. A dziś?

III.

Różnica między moim pokoleniem polskich kibiców, a obecnym jest taka, że nam się to nie podobało, a oni w pełni to akceptują, ba - gorąco to popierają. To co ja uważam za wadę i praprzyczynę całego zła w europejskim futbolu, inni postrzegają jako wielką zaletę i zabezpieczenie przed nudą. Ileż można czekać na wygraną? Kibicujmy zwycięzcom! W efekcie więcej bajtli chodzi w koszulkach Bayernu, Barcelony albo Realu niż Górnika, Ruchu, Polonii, Szombierek, Zagłębia albo GKS-u.
Mam złe przeczucia: po dwóch dekadach podobny w wymowie zamach w Polsce, z podobnym skutkiem chcą przeprowadzić najbogatsze polskie kluby. Stąd bulwersujące mnie słowa Bogusława Leśnodorskiego, który mierzy w Europę, stąd próba pokrojenia na nowo telewizyjnego tortu.
Jeśli słabsze kluby nie stworzą u nas jednolitego frontu wobec możnych będą musiały zapomnieć o sukcesach w polskiej lidze. A spychanie na margines nie jest w tym wypadku tylko spychaniem na margines. Za tym procesem idą zmiany w mentalności czy też ograniczanie ambicji. Jeśli nic się nie zmieni wkrótce będziemy cieszyć się nie z faktu, że wygrywamy z Legią, lecz że w ogóle z nią gramy. Dysproporcje finansowe sprawią, że każdy naprawdę zdolny piłkarz zostanie zgarnięty przez ligowych możnowładców kiedy tylko zechcą. Zerwą go jak jabłko z drzewa za grosze, które dla macierzystego klubu będą żyłą złota. Mało tego; biedaklub w razie niezdecydowania będzie musiał się jeszcze zmagać z nieprzychylnym pomrukiem kibiców nawet z... własnego miasta i okolic. Bo ileż można będzie czekać na zwycięstwo? Kibicujmy zwycięzcom! W efekcie zmian więcej bajtli może chodzić w koszulkach Legii, Wisły, Lechii czy Lecha niż Górnika, Ruchu, Polonii, Szombierek, Zagłębia albo GKS-u. Śmiejecie się? Osobiście uważam, że to nie jest takie niemożliwe...
Te zmiany dodatkowo będą mieć jeszcze przychylny medialny klimat. Tworzenie pojedynczych silnych ośrodków, które mają więcej i mogą więcej po to żeby powalczyć w Europie w imieniu całej reszty będzie miało poparcie mediów. Wiadomo, że hasło "więcej dla największych" poprze zdecydowana większość ważnych dziennikarzy. Z dwóch powodów: albo prywatnych (zwyczajnie kibicują tym, którzy chcą więcej) albo zawodowych (chcieliby wreszcie pojeździć po Europie z Ligą Mistrzów).

IV.

Warto walczyć o swoje zanim nie będzie za późno. Dlatego podkreślam: polską ligę tworzy szesnaście drużyn a nie cztery. Wszystkie zawsze startują z takich samych pozycji. Liga to szesnaście elementów, a nie tylko dwa lub trzy. Elementy są osobnymi bytami dlatego nie rozumiem dlaczego w imię pokazania się klubowego sukcesu polskiego w Europie miałyby oddać co się z udziału we wspólnocie słusznie należy.
Już słyszę teksty w stylu "to nie komuna", bogatsi mają więcej pieniędzy, więcej kibiców, więcej sukcesów więc należy im się większy kawałek tortu z podziału praw telewizyjnych. Z tego co wiem, w takiej Anglii wielokrotnie stawianej za wzór pierwszy, owszem - dostaje więcej niż ostatni, ale na litość boską - nie o wiele więcej.
Ale jest moim zdaniem znakomity i skuteczny sposób żeby powstrzymać te buńczuczne zapędy. Solidarnie, jak jeden mąż odmówić gry w lidze z tymi, którzy żądają więcej. Po prostu.
Niech możnowładcy grają o mistrzostwo Polski w dwójkę. Albo w trójkę. Albo może w pojedynkę?
Reszta niech gra ze sobą dalej we własnej lidze. Ciekawe kto dłużej pociągnie.
Chyba tylko tak można wysadzić ten system zanim powstanie. No i trzeba reagować już teraz - przy pierwszej próbie zachwiania tym statkiem. Jeśli słabsi nie zareagują już teraz, beton nowego rozdziału stwardnieje i za kilka lat będzie już za późno. Przebicie się kogoś do czołówki polskiej ligi będzie przypominać przebijanie się polskich drużyn do Ligi Mistrzów przez ostatnie 18 lat...
                                                                 
PS Cały ten tekst jest oczywiście nieaktualny jeśli jest wam obojętne czy Wasze dzieci na Śląsku będą kibicowały na przykład Legii. Byleby tylko klub reprezentujący Polskę grał w Lidze Mistrzów. Jeśli tak - wprowadzenie zmian, które mnie przerażają będzie formalnością.
A za pięćdziesiąt lat cała Polska będzie się dziwić: jak to możliwe, że na początku XX wieku można było kibicować komukolwiek innemu niż Legia?

PS1 Omega się ze mną zgadza.

czwartek, 11 września 2014
Maradona - Gentile - Keegan - trener Piasta

Już wkrótce świetnie zapowiadające się derby Górnika z Piastem Gliwice w Zabrzu. Jest więc pretekst żeby spotkać się z trenerem Angelem Perezem Garcią.

Zacząłem heblować co prawda własne hablowanie, ale wywiadu z Hiszpanem nie jestem jeszcze w stanie przeprowadzić bez tłumacza. Pomógł mi więc Bartosz Otorowski - świetny, kontaktowy facet, którego Hiszpanie z Piasta bardzo lubią, a Perez Garcia nazywa nawet "przyjacielem".

Spotkanie z Garcią to dla mnie pretekst żeby zastanowić się jaki tak naprawdę powinien być trener. "Fachowcem" - powiecie. To oczywiście nie ulega wątpliwości. Chodzi raczej o to jaki powinien być dla własnych zawodników żeby wydobyć z nich jak najwięcej. "Powinni go szanować" - powiecie. To też raczej oczywiste. Chodzi mi przede wszystkim o to jaki powinien być żeby wymusić posłuch u piłkarzy.

Są różne szkoły. Trener "zamordysta", trener "brat-łata", trener "nie wtracający się".

- Trenerka to nie jest taka prosta sprawa. Nie wystarczy rozdać koszulki, rzucić piłkę i powiedzieć: Grajcie. Czasem trzeba piłkarza przytulić, a czasem trzymać na dystans. Raz jestem demokratą, raz dyktatorem, kiedy indziej anarchistą - tłumaczył mi piętnaście lat temu Franciszek Smuda. Podkreślał wtedy, że w Polsce jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, by któryś z piłkarzy próbował nadszarpnąć jego autorytet (potem bywało różnie). - W Mielcu narzekali na mnie, że mam twardą rękę. Wołali na mnie "hitlerowiec". A jak mnie w Mielcu zabrakło, to Stal szybciutko spadła z ligi - opowiadał mi.

Pamiętam, że najbardziej piłkarze w naszym regionie bali się Huberta Kostki. Wiadomo jednak było, że kto u niego ciężko pracuje nie musi się bać. Respekt wzbudzał zawsze. Także mój. Pamiętam kiedy jako reporter chciałem do niego podejść i zdobyć opinię po meczu Górnika z Basel w Pucharze Intertoto w 1995 roku. Kostka oglądał ten mecz prywatnie, przyjechał do Zabrza, bo na szwajcarskim futbolu zna się w Polsce jak mało kto. "Pan się nie boi, nie gryzę" - ośmielił mnie wtedy.

Z kolei Wojciech Łazarek jawił mi się jako brat-łata. Pamiętam kiedy w 1988 roku podszedłem do niego nieśmiało na Stadionie Śląskim żeby wziąć autograf kiedy kadra przygotowywała do meczu z Albanią w eliminacjach mistrzostw świata, trener Łazarek wziął mnie pod ramię i w słynnym tunelu Śląskiego idąc w stronę szatni musiałem odśpiewać z nim "My som chopcy z Gornego Ślonska". Pamiętam to do dziś - dla bajtla było to przeżycie.

Okazuje się, że Angel Perez Garcia jest zwolennikiem stosowania strategii "trener - ojciec". - Staram się respektować i szanować wszystkich zawodników, to jakby moja rodzina. Uważam, że trener dla piłkarzy powinien być jak ojciec. Wspierać zawodników, doceniać ich, traktować z uczuciem. Oczywiście w razie potrzeby trzeba mieć twardą rękę, jasno zaznaczyć: „Nie w ten sposób nie działamy”. Nie chodzi jednak o to żeby wymuszać posłuch - mówi mi Garcia.

Kiedy tak przyglądam się naszemu futbolowi uważam, że nie ma jednej słusznej trenerskiej drogi. Każdy trener jest inny i u jednego zadziała metoda, która u innego zupełnie nie wypali za to ten drugi lepszy okaże się w sposobie pracy, który zupełnie nie przypadnie do gustu temu pierwszemu. Moim zdaniem trener musi się trzymać jednej podstawowej zasady: "nie działać wbew sobie". Zamordysta nie powinien udać brata-łaty. Brat-łata nie powinien wchodzić w skórę zamordysty. Bo wtedy polegną na pewno.

PS Wiedziałem, że obecny trener Piasta był obrońcą Realu Madryt, ale nie wiedziałem, że wiążą się z tym tak ciekawe historię. Okazuje się, że ktoś tam uznał jego grę przeciwko Kevinowi Keeganowi w meczu Realu z HSV jako jedno z trzech najlepszych występów w roli „plastra” w historii futbolu. Garcia do dziś ceni sobie to wyróżnienie, przypomina, że innym wysoko ocenionym występem indywidualnym była choćby gra Claudio Gentile przeciw Diego Maradonie na mundialu w 1982 roku. 

Moim zdaniem to - obok bramek Rossiego - drugi podstawowy powód, który sprawił, że w 1982 roku Włosi zdobyli mistrzostwo świata. "Futbol nie jest dla primabalerin" - miał powiedzieć po tym meczu Gentile. Moim zdaniem powinien wtedy kilkakrotnie zostać ukarany czerwoną kartką. Nie zmienia to faktu, że zdołał Maradonę powstrzymać, ten nie strzelił przecież gola. Ciekawym czy szkoła Angela Pereza Garcii i powstrzymanie Keegana wywodziło się z tego samego rozumienia futbolu. Nie przypuszczam o tyle, że Angel Perez Garcia w ogóle nie jawi mi się jako brutal. Pozory czasem mylą, ale nie potrafię wyobrazić sobie trenera Piasta perfidnie wchodzącemu Anglikowi w kostkę, a potem patrzącego niewinnie swymi błękitnymi oczami na arbitra

Mój obszerny wywiad z trenerem Piasta Gliwice możecie przeczytać - TUTAJ.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 10 września 2014
Kontrowersja. Czy sędzia może być trenerem

Czy można być jednocześnie twórcą i tworzywem? Chcę Wam opowiedzieć o historii, w której PZPN nie widzi problemu. Ja - wprost przeciwnie. Tym razem rzecz nie dotyczy futbolu w świetle reflektorów. Chodzi o zdarzenia w miejscu gdzie ten futbol się dopiero rozpoczyna.

Być może jestem przewrażliwiony, bo rozmawiałem o tej sprawie z kilkoma osobami ze środowiska piłkarskiego i one nie widzą żadnego problemu. A mnie jednak uwiera.

Być może niektórzy wiedzą, że jestem uczulony na punkcie łączenia funkcji czy też urzędów. Zawsze podobała mi się zasada "incompatibilitas" (z łaciny - "niepołączalności") obowiązująca w przestrzeni publicznej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Chodziło o to, że nie wolno było łączyć określonych funkcji publicznych w administracji rządowej i samorządowej. Nie wolno było być jednocześnie na przykład kanclerzem i wojewodą albo starostą i wojewodą albo kanclerzem i marszałkiem itd, itp. Dzięki temu z założenia unikało się sytuacji, które mogłyby śmierdzieć.

Futbol to nie sprawa polityczna więc w naszej piłce zasada "incompatibilitas" nie obowiązuje. Uwierzycie, że można być jednocześnie sędzią i... trenerem?! Naprawdę! Można być arbitrem na poziomie centralnym i zarazem szkoleniowcem grup młodzieżowych...

Historia dzieje się w Piaskach, dzielnicy Czeladzi - ważnego zagłębiowskiego miasta. "Bohater" mojej historii przekonuje mnie jakoby nie było nic niestosownego w fakcie, że jest zarówno sędzią piłkarskim i trenerem. Owszem, ma zapis w kontrakcie, że nie może jako trener prowadzić drużyny seniorów. Ale nie dotyczy to młodzieży i dzieci. "Przecież na tym poziomie nie chodzi o wyniki, tylko o szkolenie" - podkreśla.

Uważacie, że nie ma w tym wypadku "konfliktu interesów"? Przepraszam bardzo. Mnie zawsze do głowy przychodzą największe patologie i najpaskudniejsze ewentualności. Czy z czystym sumieniem moglibyście całkowicie wykluczyć patologię, którą właśnie wymyśliłem?

Proszę bardzo, krok po kroku:

a) działacze klubów niższych klas zauważają, że coraz więcej sędziów piłkarskich ze szczebla centralnego zajmuje się trenerką dzieci;

b) działacze klubów niższych klas zatrudniają u siebie sędziów piłkarskich jako trenerów dzieci.

c) drużyny klubów piłkarskich niższych klas, które trenują sędziowie odnotowują bardzo dobre rezultaty. Ich mecze sędziują arbitrzy, którzy bardzo znają trenerów tych drużyn. Muszą się dobrze znać, bo zdarzało się wcześniej, że wspólnie prowadzili jakieś mecze!

d) dobre wyniki drużyn młodzieżowych dają możliwość pochwalenia się w mieście. "Widzicie jakie dobre mamy szkolenie dzieci? Widzicie, że warto w nas inwestować?"

e) miasto bardzo chętnie daje klubowi dotację na grupy młodzieżowe. Wszyscy są zadowoleni.

Krzykniecie, że obrzucam błotem człowieka? Nie obrzucam. Dostrzegam jedynie okoliczności, które przecież mogłyby się wydarzyć, a mój "bohater" jako człowiek na świeczniku, starający się zrobić przede wszystkim karierę sędziowską - powinien moim zdaniem za wszelką cenę unikać. Powinien być jak żona Cezara. Nie stwarzać nawet pretekstu dla rodzących się podejrzeń.

W tej historii nie ja jestem najbardziej poruszony. O wszystkim  dowiedziałem się od rodziców dzieci grających w drużynie, która rywalizowała z zespołem prowadzonym przez mojego "bohatera". Tę rywalizację zapamiętają na długo. O całej historii przeczytacie - TUTAJ.

PS A propos patologii, którą wymyśliłem na potrzeby tego wpisu.  "Bohater" tej historii podkreślał w rozmowie ze mną, że ma wielu kolegów, którzy są przecież sędziami i jednocześnie trenują młodzież i nie ma w tym nic dziwnego... Czyżby można było już mówić o zjawisku?!

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.    

PS2 Znacie inne historie takich sędziotrenerów i trenerosędziów? Podzielcie się.

20:15, pavelczado , żal
Link Komentarze (10) »
wtorek, 09 września 2014
Kibice z Zabrza w czasie wojny. Ale się działo!

Warto chodzić do muzeów. Nie tylko dlatego żeby coś zobaczyć - czasem dlatego żeby posłuchać. Muzeum w Zabrzu zorganizowało dziś kapitalną konferencję naukową. Jej temat: "Zabrze w latach wielkich wojen 1914-18, 1939-45". Tematyka była różnorodna: przemysł, działania wojenne, Żydzi zabrzańscy, religijność. Wiedzieliście, że przed drugą wojną aż 17 procent ludności Zabrza uczestniczyło w nabożeństwach odprawianych po polsku? Wiedzieliście, że uczniowską modlitwę przed lekcjami w zabrzańskich szkołach zniosło gestapo w 1941 roku? Albo że niektórzy jeńcy wojenni z Anglii zostali zwolnieni z kopalni w Mikulczycach dopiero 18 maja 1945 roku?!

Mnie do Zabrza przygnała jednak inna tematyka: oczywiście piłka nożna. Nie chciałem pominąć wystąpienia człowieka, który najlepiej w Polsce zna się na śląskiej historii futbolu z czasów drugiej wojny światowej. Znam Mariusza Kowolla i wiem jaką ma ogromną wiedzę na ten temat.

Nie zawiodłem się. Mariusz przedstawił niebywałą historię zabrzańskiej piłki w czasie II wojny. Można tylko ubolewać, że miał do dyspozycji zaledwie dwadzieścia minut. Jego największym problemem było skracanie wystąpienia żeby zmieścić się w tym czasie. Ale i tak warto było. Oto tylko niektóre wątki:

a) kluby

W 1939 roku funkcjonowało ich w tym mieście osiem, w 1942 - pięć, w 1945 - dwa. Zabrze (a właściwie Hindenburg) chwaliło się, że w latach wojny miało najbardziej aktywną społeczność pod względem futbolowym. Ciekawe, że jeden klub powstał w czasie wojny: to sekcja futbolowa Gehörlosen Sportgemeinschaft Hindenburg czyli klubu... niedosłyszących i głuchych;

b) sprzęt

w wojennej rzeczywistości szybko pojawił się problem ze sprzętem. Piłki i buty były w tym czasie tylko na kartki, bo wyroby skórzane traktowano przecież jako towar reglamentowany. W dodatku żeby je kupić trzeba było przebrnąć przez ogromną ilość formalności, które mogły zniechęcić nie dość zdeterminowanych działaczy...

c) działacze

Mieli nakaz żeby dbać o piłkarzy wcielonych do Wehrmachtu. Chodziło o wysyłanie paczek i zachowanie więzi. Chodziło o to żeby ci ludzie wiedzieli, że czekają na nich nie tylko rodziny, ale także kluby. Do ich obowiązków należało także dbanie o wdowy i rodziny piłkarzy znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej. To oczywiste, że nie musiały płacić składek członkowskich w imieniu mężów i synów. Istnieją również dwa udokumentowane przypadki, że działacze musieli zrobić coś jeszcze innego, ale o tym w punkcie d;

d) piłkarze

Zdumiewać może sposób w jaki radzono sobie z pustkami po zawodnikach wcielanych do Wehrmachtu. Metodycznie podzielono ich na pięć kategorii. Oto one:

- urlauber (urlopowicz)

to wszyscy piłkarze-żołnierze, którzy dostali tydzień urlopu, a byli w okolicy.

- gastspieler (gracz gościnny)

to wszyscy piłkarze, którzy akurat przebywali w okolicy, a mogli zagrać. O zjawisku pisałem choćby TUTAJ. Pierwszym udokumentowanym gastspielerem, który zagrał w Hindnburgu jest niejaki Steinbach, który wcześniej grał na przedmieściach Wiednia w Liesing, na trzecioligowym poziomie. Wiedeń działał na wyobraźnię. Zdarzyło się także w Zabrzu skorzystać z usług bramkarza występującego na co dzień w rozgrywkach... piłki ręcznej;

- auslander (obcokrajowiec)

W 1941 roku w barwach Hindenburg 09 wystąpił kilka razy niejaki Ferdinand Ibscher, anonsowany jako reprezentant Rumunii z Bukowiny. W wykazie reprezentantów tego kraju nie ma piłkarza o tym nazwisku, co nie oznacza, że Ibscher był oszustem: mógł po prostu zmienić nazwisko co było dośc częstą praktyką, mogły być też inne powody. W 1942 roku strzelił dla zabrzańskiego klubu trzy gole, potem występował w... powiecie będzińskim. Ostatnia informacja o nim jest taka, że został skazany za... pełnienie funkcji w Auschwitz jako unterscharfuehrer (młodszy dowódca szwadronu)

- Hitler Jugend (młodzież)

żeby dostać zgodę na grę niepełnoletnich za każdym razem trzeba było się zwracać o zgodę do miejscowych struktur Hitler Jugend. Już zimą 1939/40 w zabrzańskich klubach zaczęli grać 16-latkowie;

- Alten Herren (starsi panowie)

Reischfuehrer zalecił żeby przywracać do aktywności dawnych sportowców. Oczywiście byli to ludzie dobiegający czterdziestki, wówczas starsi panowie byli młodsi. W tym miejscu trzeba wspomnieć o działaczach, którzy w ostatniej chwili musieli wyjść na boisko, bo nie miał kto. Mariusz znalazł dwa takie udokumentowane przypadki, jednym z nich był słynny Erich Kampa, wychowanek Preussen Zaborze;

e) kibice

To była niezła jazda. Obecni fani Górnika to aniołki. Ówcześni kibice z Zabrza charakteryzowali się całkowitym brakiem dyscypliny. Tak dużym, że jeszcze przed wojną policja dawała do miejscowych gazet ostrzegawcze anonse, że chuliganów boiskowych będzie surowo karać! Niewiele to dało.  Przykładem może być niejaki Josef Drapat, lat 31. Wydawać by się mogło, że w tym wieku czas się ustatkować. Tymczasem facet już w czasie okupacji dostał tak powszechny dziś zakaz stadionowy! Mało tego; zostało mu zapowiedziane, że jak jeszcze raz przyjdzie na mecz to stadion w Makoszowach zostanie zamknięty! Niezły musiał być gagatek...

Albo mecz Sportfreunde z Hindenburg 09, który odbył się w lutym 1942 roku w Mikulczycach (północna dzielnica Zabrza, tam siedem lat później urodzi się Jerzy Gorgoń). W 84. minucie miejscowy bramkarz Nowara odbił strzał napastnika gości Kruzela. Ten wściekły podbiegł do golkipera i... kopnął go w brzuch. W tym momencie do napastnika podbiegł oburzony kibic, który spoliczkował piłkarza. Może dałoby się opanować to zajście gdyby nie fakt, że za tym pierwszym kibicem na boisko wparowało kolejnych... sześciuset. Kara? Stadion zamknięty na trzy tygodnie.

Takich niezwykłych historii Mariusz Kowoll ma w zanadrzu mnóstwo. Dlatego mam apel do dyrekcji muzeów innych śląskich miast. Zaproście Mariusza Kowolla! Jego wystąpienia o śląskiej piłce z lat 1939-45 w Bytomiu, Chorzowie, Katowicach albo Świętochłowicach będą ozdobą organizowanych przez was konferencji naukowych.

PS Omega chętnie posłuchałaby co działo się w Wielkich Hajdukach w czasie wojny. Tym bardziej, że przecież w tym czasie leżała schowana przed hitlerowcami.

niedziela, 07 września 2014
Tauzen

W futbolu świetne jest to, że nigdy nie zostajemy na lodzie: zawsze jeśli coś się kończy to coś w zamian się zaczyna. Zapominamy już więc o świetnym brazylijskim mundialu: dziś sympatyczne i bezstresowe rozpoczęcie eliminacji mistrzostw Europy.

Osobiście uważam, że jeśli biało-czerwowni wygrają z Gibraltarem niżej niż 3:0 to będzie wstyd, ale w ogóle nie zamierzam się nad tym rozwodzić, bo to po prostu praktycznie niemożliwe. Uważam, że z tym rywalem byłaby w stanie poradzić sobie reprezentacja Tauzena. Co prawda w Gibraltarze żyje o sześć tysięcy więcej mieszkańców niż na katowickim osiedlu Tysiąclecia (29 tysięcy - 23 tysiące), ale wiem co piszę: na Tauzenie często wynajmują przecież mieszkania piłkarze grający w pobliskich klubach (z Tauzena są dwa rzuty beretem na Bukową i Cichą i jeden rzut beretem na Stadion Śląski).

Dlatego wynik 3:0 to założenie mocno pesymistyczne, osobiście wierzę w... 5:0.

Ucieszył mnie Zbigniew Boniek. Sprawę postawił jednoznacznie, jak mężczyzna. W wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" powiedział:

"Do Francji chcemy jechać i prawdopodobnie pojedziemy. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co robi kadra. Stworzyliśmy jej najlepsze możliwe warunki. Trenera Nawałkę wybrałem ja i jestem przekonany, że postąpiłem dobrze."

Najistotniejsze dla mnie jest drugie zdanie: "biorę pełną odpowiedzialność". Dla mnie oznacza to ewidentnie honorowe podejście do sprawy i rezygnację z prezesury w razie nieosiągnięcia celu. No bo co innego mogą oznaczać takie słowa?

Oczywiście poniewczasie może okazać się, że ja rozumiem to tak, że jak pan Boniek mówi to robi a pan Boniek rozumie tak, że jak mówi to mówi, ale moim zdaniem nie ma sensu tego na razie roztrząsać. Polska przecież na pewno awansuje do najbliższych mistrzostw Europy. Gdyby mnie ktoś spytał czy wolę żeby Polska była w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy a Boniek nadal był prezesem czy raczej żeby Polska nie awansowała do Euro 2016, a Boniek zrezygnował to nawet chwili bym się nie zastanawiał. Dla mnie Zbigniew Boniek mógłby być dożywotnim prezesem PZPN - byleby tylko w czasie jego kadencji Polska regularnie wychodziła z grup na wielkich turniejach. Powtarzam: to JEDYNE kryterium jakie powinno obowiązywać przy ocenie prezesa futbolowego związku.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 A jakie są Wasze typy na Gibraltar? Czy jest choć jedna osoba, która twierdzi, że Polska dziś nie wygra?

czwartek, 04 września 2014
Oniemiałem

Pamiętam moje rozczarowanie kiedy w 2005 roku czytałem autobiografię Diego Maradony. Książka była oczywiście interesująca, ale zdumiało mnie, że autor nie rozpoczął od 22 czerwca 1986 roku kiedy na stadionie Azteca padła bramka tysiąclecia.

Żałowałem, że Maradona zdecydował się na szablonowe ujęcie chronologiczne i w efekcie niezwykłemu golowi wbitemu Anglii poświęcił zaledwie niespełna dwie strony w szóstym rozdziale. Zapamiętałem ubawiony, że zacytował Enrique, który po tym golu już pod prysznicem w szatni powiedział o Diego: "wielkie jego zasługi wielkie, ale gdyby po takim podaniu jakie dostał ode mnie nie strzelił gola, chybabym go zabił". Pamiętacie skąd podawał Enrique?:D

Wayne Rooney błędu Maradony nie popełnił. Właśnie wyszła na polskim rynku jego autobiografia "Moja dekada w Premier League" (wyd. SQN). Książka zaczyna się opisem czegoś co wydarzyło się 12 lutego 2011 roku. Pamiętam jak dziś - siedziałem wówczas przed telewizorem a kiedy to się stało wydarłem się jak nieprzytomny do reszty domowników: "Chodźcie, chodźcie, szybko!!!"

Cudowna przewrotka Rooneya w meczu z Manchesterem City zaparła mi dech w piersiach. Oniemiałem. Taka technika, taka pomysłowość, taki refleks, taka przebojowość, taka siła w meczu o taką stawkę?! To była madonna przewrotek, dzieło skończone... Już nic lepszego Rooneya nie spotka. Zapomniałem na moment, że drużyna, której kibicowałem właśnie straciła gola, błysk geniuszu sprawia, że to nieważne. Do dziś uważam, że bramka Maradony z 1986 roku i bramka Rooneya z 2011 roku to dwa najwspanialsze gole wbite na piłkarskim boisku w dziejach futbolu.

Nic dziwnego, że książka Rooneya zaczyna się wspomnieniem przewrotki, a bohater poświęca jej bite... osiem stron! Osiem stron! Czy ktoś z Was opisał kiedyś jakieś zdarzenie z własnego życia na osiem stron?! Osiem stron to już coś - można się wyrazić, nie trzeba się ograniczać:) 

To musiał być wysiłek...Wyobrażam sobie z uciechą w jakim skupieniu autor musiał opisywać tę chwilę - może kreślił długopisem na kartce z wywalonym w namyśle językiem?;) Jako że w karierze Rooneya wydarzyło się jednak znacznie więcej momentów godnych zapamiętania, w efekcie książka liczy nie osiem a prawie trzysta stron. Ale gdyby miała jednak tylko te początkowe osiem - i tak przeczytałbym ją z zainteresowaniem. Bo tylko piłka nożna jest w stanie sprawić, że ktoś będzie czytał o jakimś golu stronę po stronie i przewracał kolejne kartki z rosnącym zainteresowaniem. Próbował poczuć co czuł strzelec, jak przeżywał... "Jeśli gra w futbol jest jak nurkowanie, to zdobywanie takich goli jest jak wypłynięcie na powierzchnię żeby zaczerpnąć świeżego powietrza". 

PS Omega też widziała parę przewrotek w swoim życiu

PS1 Zgodzicie się chyba, że dwóch wspanialszych bramek w dziejach futbolu od tych, które wymieniłem nie było, co?

19:40, pavelczado , Książki
Link Komentarze (20) »
środa, 03 września 2014
Alemania, decime qué se siente

To było ważne zwycięstwo dla tylko przypadkowo nie najlepszej z nazwy drużyny świata. Okazuje się, że bez najwybitniejszego obecnie piłkarza świata Albicelestes też potrafią świetnie funkcjonować. To dla Argentyńczyków cenna wskazówka: okazuje się, że bez Messiego również można wygrywać z najmocniejszymi. A już zaczynałem mieć wrażenie jakby oni przestawali wierzyć, że bez niego nie są wcale sierotami.

A tak poza tym mecz w Düsseldorfie dał wiele innych cennych wskazówek:

a) okazuje się, że skład, który osiągnął wicemistrzostwo wcale nie jest wypalony. Cykl się nie zakończył, ten zespół nadal jest głodny sukcesów i stać go na wiele. Uzupełniony brylantami takimi jak Lamela może śmiało sięgnąć po mistrzostwo świata w 2018 roku;

b) okazuje się, że Papa Martino może być strzałem w dziesiątkę argentyńskiej federacji.  Mam przekonanie graniczące z pewnością, że są trenerzy bardziej pasujący do rozgrywek ligowych i szkoleniowcy skrojeni do prowadzenia reprezentacji. Martino zalicza się do drugiej grupy. Trudno wyobrazić sobie lepszy debiut w roli selekcjonera;

c) okazuje się jak ważne są strzały z pierwszej piłki. O ile trudniej je obronić? To co zrobił Lamela było - nomen omen - majstersztykiem;

d) okazuje się jak wiele oznaczał brak Di Marii w finale MŚ. Cztery punkty w klasyfikacji kanadyjskiej w meczu z mistrzami świata na ich terenie... Pamięta ktoś taki wyczyn?

e) okazuje się, że nie ma bramkarzy niepokonanych, są tylko "źle trafieni". Przy drugim golu Neuer był tak bezradny, że aż dech mi zaparło. Ale każdy na jego miejscu  w tamtej chwili byłby bezradny.

PS U Niemców najbardziej podobał mi się Antonio Rüdiger. To będzie kawał zawodnika. Ale pantera...

PS1 W tytułowej piosence trzeba tylko zmienić "Cani" (Caniggia) na "Burru" (Burruchaga), "Italia" na "Mexico" oraz "Pele" na "Müller" - i można śpiewać.

PS2 Nie wiem jakie wnioski z tego meczu mógłby wyciągnąć Adam Nawałka.

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić.

wtorek, 02 września 2014
Taki teść to skarb [WIDEO]

Henryk Kempny był wybitnym napastnikiem, legendą Polonii Bytom i nie tylko (grał choćby na środku ataku w tym słynnym meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim w 1957 roku). Piłkarz zasłużył na biografię, ta została już zresztą przez jednego z kolegów napisana, ale nawet nie wiem dlaczego jeszcze jej nie wydano. Okazuje się jednak, że dla naszej piłki zasłużył się nie tylko świetną grą, ale i... posiadaniem teścia o zacięciu filmowca!

Zachęcam żeby zobaczyć film wykonany amatorską kamerą przez pana teścia. To prawdziwy skarb, nie znałem tego wcześniej.

Film przedstawia cztery wydarzenia:

a) mecz finałowy o tytuł mistrza Polski rozegrany 1 lipca 1962 roku na stadionie Ruchu Chorzów przy Cichej pomiędzy Polonią Bytom a Górnikiem Zabrze;

b) wyjazd piłkarzy Polonii Bytom wraz z rodzinami na wakacyjną wycieczkę spod siedziby przy ul. Kolejowej autobusem Przedsiębiorstwa Budowy Szybów;

c) mecz ligowy w sezonie 1962/1963 rozegrany na Cichej pomiędzy Polonią Bytom a Arkonią Szczecin;

d) mecz PEMK rozegrany 12 września 1962 roku na Stadionie Śląskim pomiędzy Polonią Bytom i Panathinaikosem Ateny.

Zachęcam żeby pooglądać i poczuć klimat minionych lat. Bajeranckie są na przykład tylne słupki naciągające siatkę w bramkach na stadionie Ruchu. Dziś takich nie znajdziecie. Albo ten autobus, którym piłkarze Polonii jadą na wycieczkę. Jeszcze się takim "ogórkiem" zdążyłem przejechać jako bajtel... No i kibice na tych meczach jacyś grzeczniejsi;)

Film możecie obejrzeć - TUTAJ.

PS Omega jest szczęśliwa. Odżywają wspomnienia. Nieczęsto można się przecież zobaczyć na filmiku sprzed 52 lat!

PS1 Henryk Kempny ma coś wspólnego z Tomaszem Wieszczyckim. Ciekawe czy "Wieszczu" o tym wie:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 183