niedziela, 31 sierpnia 2014
Narodziny Wenus

Zgodnie z oczekiwaniami po siedmiu kolejkach Podbeskidzie ma tyle samo punktów co Legia. Kiedy prognozowałem mocne wejście Macieja Korzyma w Bielsku-Białej i zastanawiałem się czy jest w stanie strzelić piętnaście goli w sezonie (na razie w czterech meczach strzelił ich trzy) niektórzy sugerowali żebym odstawił zioło.

Nie mogę odstawić zioła, ponieważ nigdy w życiu tego nie spróbowałem. Brzydzę się i jestem za całkowitym zakazem używania w Polsce jakichkolwiek narkotyków. Miękkich, twardych, połykanych, wdmuchiwanych, wstrzykiwanych i jakichkolwiek innych.

W historii piłki zdarzało się zapewne, że mecze wygrywali piłkarze będący na haju, na kacu czy na bani. Na pewno jednak żaden z nich nie miałby racji bytu w Podbeskidziu. Myślę, że kapral Leszek Ojrzyński nogi z dupy by takiemu powyrywał. Piłkarz, który w zeszłym sezonie 11 razy wychodził na boisko ekstraklasy (w październiku wchodził na boisko w debiucie Ojrzyńskiego w Podbeskidziu, w grudniu grał połówkę w poprzednim zwycięskim meczu z Legią) a w lipcu spowodował wypadek samochodowy mając 1,5 promila w wydychanym powietrzu i uciekał przed policją - w tym sezonie w ekstraklasie nie zagrał już ani razu. Telepie się w trzecioligowych rezerwach.

Drużyny prowadzone przez Leszka Ojrzyńskiego nie charakteryzują się moim zdaniem wymyślną, wyrafinowaną taktyką. Obrońcy bronią, pomocnicy pomagają z przodu i z tyłu, a napastnicy atakują. Zauważam, że Podbeskidzie świetnie potrafi odebrać piłkę rywalom, przeciąć akcję - wydaje mi się, że trener Ojrzyński może na to zwracać uwagę, może przywiązywać do tego szczególną rolę. Wślizg, wślizg, wślizg!

Okazuje się, że ten sposób gry - jeśli jest konsekwentny - wystarczy na Legię Warszawa. Gospodarze wcale nie zaskoczyli gości stylem. Myślę, że Podbeskidzie bynajmniej nie ma wcale ambicji nikogo zaskakiwać czymkolwiek. Myślę, że ma to gdzieś. Bielskiego futbolowego stylu nie można być może porównać do delikatnych pociągnięć pędzla Sandra Boticellego ślęczącego przy narodzinach Wenus, prędzej do dziarskiego rytmu wydawanego przez bezbłędnie naoliwioną fabryczną maszynę do łupania orzechów. Tylko co z tego?

To świetny przykład: w meczu z Legią w Podbeskidziu zadebiutował Pavol Stano. Ocena jego gry jest dla kondycji polskiego futbolu klubowego szczególnie przygnębiająca. Oto prawie 37-letni piłkarz, który ostatnio nigdzie nie grał, trenował bo chciał, nagle podpisuje kontrakt i kilkadziesiąt godzin później jest wyróżniającym się zawodnikiem w meczu z mistrzem kraju a reprezentacyjni piłkarze ze stolicy nie potrafią sobie z nim poradzić.W Bielsku-Białej to oczywiście powód do satysfakcji, a przy okazji kolejna okazja żeby docenić nos trenera Ojrzyńskiego, który miał pewność, że może na takiego zawodnika postawić i się nie zawiódł. 

PS Rozśmieszyła mnie dyskusja czy pierwszy gol dla Podbeskidzia na pewno był prawidłowy, czy aby na pewno piłka przekroczyła linię bramkową. Dobra - przyjmijmy na moment, że nie przekroczyła (choć przekroczyła), że Kuciak ją wygarnął. Czy ktoś zapomniał, że do pustej bramki dobił ją Patejuk? Gol i tak padł.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

sobota, 30 sierpnia 2014
Pierwsza porażka Górnika. Spokojnie

Górnik Zabrze przegrał pierwszy ligowy mecz w tym sezonie. Szkoda, ale nie był to wcale najgorszy mecz zabrzan w tym sezonie, nie była to bynajmniej porażka bezdyskusyjna.

Gdyby pierwszy gol dla Śląska Wrocław słusznie nie został uznany (Flavio Paixao był na spalonym, w tej sytuacji nie ma "trochę spalonych" - albo jest się na spalonym i akcja powinna zostać przerwana, ale się nie jest i wszystko jest w porządku) to nie padł by również drugi gol. Drugi gol był przecież jedynie wynikiem całkowitego odsłonięcia się Górnika, który dążył do remisu - gdyby wynik był remisowy Śląsk nie miałby żadnych szans żeby znaleźć się w sytuacji kiedy jego piłkarz biegnie sam na bramkę rywala od połowy boiska.

Pomyłka bocznego miała więc decydujący wpływ na wynik, ale moim zdaniem w tym wypadku nie ma co się wściekać - takie sytuacje się zdarzają i w kontekście coraz szybszej gry będą oczywiście zdarzać. Ten spalony był rzeczywiście trudny do wychwycenia.

Niektórych mógł dziwić fakt, że przy niekorzystnym wyniku dla Górnika ofensywny z nazwy piłkarz wszedł dopiero w 85. minucie (Łuczak), ale warto zauważyć, że wbrew pozorom sztab KSG nie spał, zareagował znacznie wcześniej. Już w przerwie zszedł Dzikamai Gwaze, wszedł Maciej Mańka, który pojawił się na nietypowej dla siebie pozycji skrajnego pomocnika, zastępując tam Romana Gergela, który przesunął się do środka.

Tym sposobem pojawił się bardzo mocny akcent ofensywny w drugiej linii, która zdecydowanie zmieniła oblicze. Wcześniej w centrum boiska było 2+2 (ofensywni Jeż i Madej oraz defensywni Sobolewski i Gwaze), teraz zmieniło się to w 3+1 (Jeż, Madej, Gergel oraz Sobolewski). Szkoda, że nie przyniosło to wymiernego efektu, ale to pokazuje jak system 3-6-1 jest wdzięczny rozkładaniu akcentów w zależności od sytuacji).

Martwić może co innego. W systemie 3-6-1 niezwykle istotna jest rola środkowego napastnika. Mateusz Zachara świetnie w tym ustawieniu się sprawdził. W tym sezonie nie było go na boisku przez 31 minut, Górnik w tym czasie nie zdołał strzelić bramki. Jeśli Zachara odejdzie - nie wiem kto go zastąpi. Czy mógłby to być Dawid Plizga? Wielu uważa go za pomocnika, ale ja doskonale pamiętam kiedy dziesięć lat temu strzelał ważne bramki dla GKS-u Katowice właśnie jako napastnik. Gdyby tak się stało na pewno nie ustępowałby Zacharze dynamiką, przebojowością i pracowitością - problem w tym, że ma gorsze warunki fizyczne. Trudno mi sobie wyobrazić jedynego napastnika w drużynie o wzroście 173 cm.

Może jednak sztab trenerski sobie wyobraża? Robert Warzycha i Józef Dankowski udowodnili już przecież, że posiadają wizję, mają pomysł i potrafią ulepić coś konkretnego z tego co mają do dyspozycji. jestem przekonany, że zastanawiali się już jak ewentualnie mógłby wyglądać świat po Mateuszu Zacharze...

piątek, 29 sierpnia 2014
Na razie proszę nie wysyłać cv

Moim zdaniem zawód trenera piłkarskiego na szczeblu krajowej ekstraklasy to obecnie - z wyjątkiem posady masażysty Mili Kunis - najbardziej pożądana profesja w męskim świecie.

W tym zawodzie nigdy tak niewielu nie musiało się tak rozglądać, bo tak wielu chciałoby zająć ich miejsce.

Angel Perez Garcia miał w zeszłym sezonie w Gliwicach "wejście smoka". W obecnym smok zmienił się jednak w ichneumona. Przez pierwsze kolejki było to więc "wejście ichneumona".

Przynajmniej tak wyglądało to z boku. Ale tak naprawdę nasze odczucia są całkowicie nieważne. Ważne raczej kim Perez Garcia jest dla piłkarzy Piasta. Smokiem czy ichneumonem? Wiadomo, że jeśli trener nie ma autorytetu w drużynie to jego dni są policzone.

Dzisiejszy mecz moim zdaniem jednoznacznie te wątpliwości względem trenera Piasta rozwiał. Nie chodzi nawet o to, że gliwiczanie wygrali trzema bramkami. Chodzi o konkretny moment, który miał dziś miejsce w 72. minucie.

Akurat efektownego gola zdobył Kamil Wilczek. Ten moment właściwie rozstrzygał, że jest już po meczu - Piast uciekł właśnie Zawiszy na dwie bramki. Zauważyliście co zrobił potem Wilczek? Pobiegł prosto do Angela Pereza Garcii - żeby wspólnie cieszyć się z bramki.

To ważna chwila: zawodnik, któremu w tym sezonie kompletnie nie szło jako strzelcowi, który zdobył właśnie pierwszego gola w sezonie biegnie do trenera, któremu w tym nieszczęsnym jak dotąd dla Piasta sezonie nie udało się jeszcze wygrać meczu i który jak dotąd wcale na tego piłkarza od początku do końca nie stawiał.

W pierwszym meczu (0:4) zmienił Wilczka w 46. minucie.

W drugim meczu (1:1) wpuścił Wilczka w 76. minucie.

W trzecim meczu (1:3) wpuścił Wilczka w 54. minucie.

W czwartym (0:0), piątym (0:1) i szóstym (0:0) meczu wpuszczał już go na cały mecz. Tak jak dziś.

Przy tak mizernym dorobku punktowym i strzeleckim Garcia Perez mógł przestać ufać Wilczkowi. Był jednak konsekwentny. Wierzył w umiejętności piłkarza. A dziś Wilczek mu się odwdzięczył. A co ważne - pod ławkę przybiegła prawie cała drużyna.

To oznacza, że gliwiccy piłkarze poważają i szanują Hiszpana. A to oznacza, że zmiana trenera w Piaście, akurat teraz - kiedy wydaje się, że może powoli wychodzić z kryzysu - jest bezsensowna. To z kolei oznacza, że można wystosować apel do bezrobotnych trenerów: na razie proszę na Okrzei nie wysyłać C.V.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

czwartek, 28 sierpnia 2014
Atak węża

Tuż przed dzisiejszym meczem Ruchu w Kijowie dotknęła mnie zła wróżba: pierwszy raz w życiu zaatakował mnie wąż. To było w moim garażu. Nie kituję - kiedy bestia zobaczyła mojego mopa to się wściekła. Uniosła się jak kobra i prawie słyszałem jak kłapała paszczą! Miała jakieś 30 cm i coś jakby zygzak na grzebiecie, ale żeby się upewnić - muszę jeszcze pooglądać jakiś atlas z wężami występującymi w Polsce.

Zmiotłem węża szybko w krzaczory, przekonując się, że mieszkanie w lesie ma jednak nieliczne złe strony. To nie tylko sarenki, ale i węże, cholera... Na szczęście nie było obok mnie Barcelony, bo byłaby jazda.

Wracając do dzisiejszego występu Ruchu - mam uczucia ambiwalentne.

Z jednej strony - niebiescy nie dali plamy i na pewno zaszli dalej niż ktokolwiek wcześniej się by spodziewał. Gdyby każda drużyna reprezentująca Polskę w rozgrywkach pucharowych zawsze przeskakiwała dwie pierwsze przeszkody - świat byłby lepszy. Brawa dla Ruchu - zespół pokazał się z dobrej strony.

Z drugiej strony - mam nieszczęście znać historię naszej piłki więc trochę czuję teraz cierpki smak w ustach: oto mam być dumnym z faktu, że Ruch PRAWIE awansował do rozgrywek grupowych. Muszę za udany uważać występ w trzech rundach, w trakcie których Ruch na sześć spotkań wygrał przecież dokładnie JEDNO.

Nie odbieram Ruchowi tego co niebieskie - piłkarze dali z siebie w tych meczach wszystko albo jeszcze więcej, dali fanom sporo radości i satysfakcji. Teraz, do kolejnego awansu też niewiele zabrakło. Marzę jednak, że jeszcze nadejdą czasy kiedy kibice w Polsce będą cieszyć się dopiero po wyjściu klubu z grupy w Lidze Europy - nigdy wcześniej. 

Czego sobie, Państwu i Omedze życzę.

PS Czas zapomnieć o Europie i z nowym napastnikiem zawojować pierwszą połówkę tabeli. Czasu sporo, można się odbić.

środa, 27 sierpnia 2014
Widzę przed GieKSą światełko w tunelu

GKS Katowice zremisował dziś z Chojniczanką. To oczywiście przygnębiająca strata punktów, ale akurat dziś zauważam w związku z ekipą z Bukowej coś... naprawdę pozytywnego!

Mecz jak mecz, generalnie do zapomnienia - ani wynik ani styl chluby Katowicom nie przynosi. Dlatego kurczowo chwycę się przyjemnego detalu.

Jeszcze niedawno myślałem, że kiedy z GieKSy odejdzie Przemysław Pitry to zostanie spalona ziemia, bo nie będzie komu na Bukowej rozgrywać. Pitry, który z upływem lat zmienia się w klasyczną "dziesiątkę" wyróżnia się - na polskie standardy - w tym względzie. Nie będzie jednak na Bukowej występował wiecznie - życzę mu oczywiście żeby grał jak najdłużej, ale koniec kariery powoli już widać za rogiem...

Po dzisiejszym meczu przekonałem się, że w Katowicach dysponują już gotowym następcą Pitrego. Ma 20 lat i nazywa się Kamil Bętkowski. To wychowanek bodaj najlepszego trenera wśród klubowych rzeczników w Polsce - tak się bowiem składa, że Marcin Ćwikła udanie łączy rzecznikowanie ze szkoleniem klubowej młodzieży co - musicie przyznać - nie jest codziennością.

Bętkowski nie jest znany szerszej publiczności - łapał się już do katowickiej kadry na końcóweczki w zeszłym sezonie, ale dopiero ten obecny może należeć do niego. Dziś drugi raz z rzędu (ale pierwszy raz na Bukowej) wyszedł na plac w podstawowym składzie. Okazuje się, że na tle kolegów wyróżnia się techniką, przy czym nie jest to technika bezproduktywna. Chłopak bardzo dużo na boisku widzi - potrafi wykonać zaskakujący zwód, w nagły sposób świetnie zmienić kierunek akcji, do tego już teraz bodaj najlepiej w całym zespole wykonuje stałe fragmenty gry. Jego dośrodkowania z rzutów różnych są rzeczywiście niezwykle groźne - ani za słabe, ani przeciągnięte, a o to chodzi. A przecież nieczęsto zdarza się żeby młodzik wchodzący do drużyny monopolizował ten istotny element gry. Znaczy to, że umie i znaczy, że inni w drużynie to widzą! Do tego ma jeszcze jeden element istotny we współczesnym futbolu - potrafi być agresywny, bo dziś bez agresji to można jedynie nazrywać bukiet niezapominajek na łące pod lasem... 

Oczywiście nie mam zamiaru zagłaskiwać Bętkowskiego i wzdychać jakiż to wielki talent zstąpił na katowicką ziemię. "Kola" (taką ma ksywkę, ponoć po ojcu, który uprawiał w Siemianowicach... hokej na trawie) to jednak przykład tego, że przed GKS-em Katowice - charakteryzującym się dotąd chroniczną niemożnością wskoczenia do ekstraklasy - widać światełko w tunelu na którego końcu ta ekstraklasa może się jednak znajdować. 

Światełko w tunelu polega na tym, że w GieKSie, która przez lata raczej nie słynęła z doskonałej pracy z młodzieżą (aż tak wielu wychowanków, którzy regularnie graliby w ekstraklasie się nie dochrapała) pojawia się coraz więcej zdolnych młodych piłkarzy - nie kupionych, a przez GKS wyszkolonych. Właśnie ci chłopcy mogą być przyszłością klubu. To już nie tylko Krzysztof Wołkowicz czy wspomniany Bętkowski, ale także choćby Aleksander Januszkiewicz, prawdziwy wicher - co udowodnił choćby w spotkaniu z Widzewem, ale i dziś szarżował niczego sobie. Oczywiście trzeba z tymi zawodnikami pracować, tłumaczyć, że kiedy przed nimi jest dwóch albo trzech rywali to nie ma co porywać się z motyką na słońce, bo lepiej oddać piłkę do kolegi z drużyny. Istotne jednak, że oni już teraz, na początku karier nie boją się niekonwencjonalnych zagrań, nie boją się odpowiedzialności. 

Chyba ważne żeby każdego z tych chłopaków traktować indywidualnie, interesować się ich problemami, troskami i obawami związanymi z piłką. Wiadomo, że po jednym wiązka rzucona przez trenera spłynie, ba - wręcz pomoże, zmobilizuje ale drugi będzie taką reprymendę bardzo przeżywał i ochrzan wpłynie na niego destabilizująco.

Nie chodzi o to żeby młodych zagłaskiwać, chwalić za to tylko, że są młodzi. Raczej o to żeby dawać im odczuć, że są dla drużyny ważni no i że będą coraz ważniejsi. To trudny moment dla trenera - trzeba mieć smykałkę dobrego pedagoga, bo wiadomo, że wielu młodziakom kiedy wchodzą do pierwszej drużyny może odbić palma. Ale traktować ich jednakowo to moim zdaniem pójście na łatwiznę. Chodzi o to, żeby złapać moment kiedy można im zaufać (dla każdego inny) i powoli obarczać większą odpowiedzialnością. Z tego co szepcą ściany na Bukowej jeśli Kazimierz Moskal bardziej zaufa tym chłopakom - mogą naprawdę odpalić.

Chodzi o to żeby rzeczywiście stali się lepsi od starszych kolegów. Tylko wtedy ma to sens. Żeby nie wychodzili na plac tylko żeby przygotowywać się do nadejścia formy i doświadczenia, które... nigdy nie nadejdą. Iluż to było młodych, zdolnych w GieKSie, którzy po paru ogonach ostatecznie lądowali w śląskich klubach niższych klas i nigdy już stamtąd nie wyfruwali?

Obecnym katowickim dwudziestolatkom życzę żeby już do końca karier nie musieli rezygnować z gry na szczeblu centralnym. Z tego co widzę i słyszę trenerzy grup młodzieżowych w GieKSie wierzą w potencjał wychowanków. Podobno w każdej takiej grupie jest chłopak dorównujący talentem Bętkowskiemu. Jeśli tak jest naprawdę - przed GieKSą wcale nie ma małego światełka w tunelu. Raczej oślepiająca jasność.

Oby wreszcie GieKSa zaczęła oślepiać rywali w e-klasie. Chcę jeszcze przed emeryturą zobaczyć derby z Ruchem. Czego sobie i Państwu życzę.

PS Takie derby Ruchu to coś co Omega lubi najbardziej.

wtorek, 26 sierpnia 2014
"Do ko-pal-ni! Do ko-pal-ni!" Nie ma sprawy

"Do ko-pal-ni! Do ko-pal-ni!" - tak z reguły skandują na stadionach śląscy kibice kiedy są niezadowoleni z gry własnych piłkarzy. Tymczasem na szczeblu centralnym pewien przypadek sprawia, że ten zaśpiew całkowicie traci rację bytu.

Beniaminkiem II ligi jest Ludowy Klub Sportowy Nadwiślan Góra. Ta nazwa - jak na górnośląski klub - dla niektórych może trochę dziwnie brzmieć, ale przecież na historycznym Górnym Śląsku również znajdują się miejscowości nie dość, że malutkie to jeszcze położone nad Wisłą. To nie tylko przywilej Krakowa albo Warszawy. Stadionik Nadwiślana jest położony zaledwie kilkaset metrów do rzeki. Może nawet jest bliżej Wisły niż stadiony Cracovii, Wisły albo Legii?:)

Musicie wiedzieć, że w tymże Nadwiślanie kopie piłkę facet, którego historia zmienia optykę. Tomasz Matysek to dla mnie niezwykła postać. Górnik. Ale taki prawdziwy, który codziennie wstaje o 5 rano żeby pójść na szychtę. Matysek ma 26 lat, pochodzi z Lędzin i robi na grubie (dokładnie w KWK Ziemowit). Trenuje dopiero po robocie, co w zeszłym sezonie nie przeszkodziło mu być najlepszym strzelcem drużyny. Facet zdobył aż 23 gole (22 w lidze + 1 w barażach) i wydatnie pomógł Nadwiślanowi w awansie będącym przecież największym sukcesem w historii tego klubu. 

I teraz najlepsze: kiedy wszyscy piłkarze klubu z Góry podpisywali zawodowe kontrakty Matysek... się wyłamał! Twardo stąpa po ziemi: piłkarzem się bywa, górnikiem się jest. W efekcie to facet ciągle bez zawodowego kontraktu!

Pozytywna historia przy której nasuwają się pytania.

Po pierwsze - w której właściwie lidze powinno podpisywać się zawodowe kontrakty? Czy w ogóle przepisy powinny mieć na to jakikolwiek wpływ?

Po drugie - czy górnika powinno się ubezpieczać od urazów odniesionych na boisku? Czy piłkarza powinno się ubezpieczać od urazów odniesionych w kopalni? Czy przepisy w ogóle powinny to regulować?

Po trzecie - czy gdyby talent Matyska wystrzelił jeszcze wyżej to czy na wyższym poziomie można by go zmusić do dokonania wyboru? Czy tylko pieniądze powinny być tym co mogłoby go przekonać do zarzucenia profesji górnika?

Tak czy inaczej - niech Tomaszowi Matyskowi (czy ktoś wie co łączy go z Johannem Cruyffem?) i jego Nadwiślanowi wiedzie się jak najlepiej. Na razie w II lidze piłkarze z Góry jeszcze nie wygrali, ale pamiętajcie - z powodu remontu boiska jeszcze nie zdołali w ogóle zagrać u siebie. Trzy mecze rozegrali jako gospodarz na boisku rywali. Pierwszy historyczny drugoligowy mecz w Górze odbędzie się już niedługo: 31 sierpnia. Niezwykłe, że rywalem będzie klub również... położony nad Wisłą, również mający Wisłę w nazwie! Nie sądzę jednak żeby piłkarze z Puław wsiedli na statek i popłynęli w górę rzeki.

To będzie niezwykły mecz. Chciałbym tam być! 

PS Zdaję sobie sprawę, że przeciętnemu kibicowi Nadwiślan Góra może w ogóle nie kojarzyć się z Górnym Śląskiem. Przeciętny kibic z głębi Polski może pomyśleć, że:

- po pierwsze: na GŚ są przecież same miasta;

- po drugie: miejscowość Góra nie może leżeć na GŚ, co najwyżej może to być miejscowość o nazwie Hałda.

- po trzecie: Wisła nie płynie przecież w okolicach Śląska, raczej Odra;

To błędne wyobrażenie, bo:

- po pierwsze: owszem w województwie śląskim jest więcej miast na prawach powiatu niż samych powiatów, ale jeśli chcecie natrafić również na sielski wiejski krajobraz - to właśnie tutaj. Aż 40 procent województwa to użytki rolne, właśnie u nas jest najwięcej w Polsce małych kilkuhektarowych gospodarstw. A Góra to najludniejsza wioska w gminie Miedźna, w powiecie pszczyńskim. Ogółem niespełna 3000 mieszkańców. 

- po drugie: wbrew pozorom nasz region wcale nie składa się z zapadlisk po węglu:) Najwyższy punkt GŚ to położona na wysokości 1220 m.n.p.m. Barania Góra więc gdzie do niej położonej zaledwie na wysokości 245 m.n.p.m. Górze tej od Nadwiślana?

- po trzecie: to właśnie na zachodnim stoku Baraniej Góry zaczyna się Wisła - ta sama co potem płynie przez Kraków i Warszawę:). Nie dość, że wypływa w województwie śląskim to jeszcze jest później rzeką graniczną dla regionu - leży nad nią kilka miast i miejscowości rdzennie górnośląskich: Czechowice-Dziedzice, Goczałkowice, Bieruń.  

PS1 Jeśli chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o Nadwiślanie Góra zerknijcie do fajnego specjalnego alfabetu, który przygotował Michał Pawlak. Pierwsza część - TUTAJ, a druga część - TUTAJ.

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014
No i co, hejterzy?

Alberto Cifuentes Martinez nie miał szczególnie udanego wejścia w polską ligę. Wręcz przeciwnie. Na dzień dobry ten 35-letni bramkarz Piasta przepuścił cztery strzały w Poznaniu więc przesłanie stało się jasne. Po pierwsze - zagraniczniak, po drugie stary zagraniczniak, a po trzecie stary, nieudaczny zagraniczniak. Od razu zaczęło się więc pomstowanie na Cifuentesa: że facet bez przyszłości, że zabiera miejsce golkiperem młodszym, bardziej perspektywicznym a przede wszystkim ludziom własnego chowu, Polakom itd.

Dziś Piast moim zdaniem wywozi remis z Bełchatowa głównie dzięki Cifuentesowi. Ten bronił strzały z daleka, z bliska, rykoszety, uderzenia sprzed pola karnego i z pola bramkowego. Wyłapywał dośrodkowania, przy budowaniu akcji od tyłu rozdzielał piłki do obrońców na lewo i prawo jakby był  ostatnim stoperem. Neuer by się nie powstydził! A jeśli wykopywał piłki w pole to pewnie i daleko. Być może nikt na nie zwrócił uwagi, ale Hiszpan był dziś bez-błęd-ny. A kiedy trzeba było - dopisywało mu również szczęście  (jak choćby w 89. minucie po niecelnym strzale Ślusarskiego z metra).

Cifuentes nie przepuścił bramki w grze z Bełchatowem - drużyną, która we wszystkich wcześniejszych ligowych meczach tego sezonu wbijała gole. Czystego konta nie zdołali utrzymać Duszan Kuciak Legii, Vytautas Cerniauskas z Korony, Silvio Rodić z Łęcznej, Mariusz Pawełek ze Śląska i Michal Pesković z Podbeskidzia. A Cifuentes - jednak zdołał.

Hiszpan był dziś zdecydowanie najlepszym piłkarzem meczu w Bełchatowie. Mógłby nawet zostać bramkarzem kolejki, ale szansy na przebicie Krzysztofa Kamińskiego z Ruchu nie dostał. Kamiński obronił karnego "nazwiśnika" ze stolicy Wielkopolski. Cifuentes mógłby spróbować obronić karnego choćby Michała Maka, bo trzeba obiektywnie przyznać, że gospodarze powinni dostać jedenastkę za ewidentny faul Horvatha na Ślusarskim. Szkoda, że Hiszpan nie dostał tej szansy, bo przy jego dzisiejszej dyspozycji postawiłbym dolary przeciw orzechom na jego skuteczną interwencję:)

"Zagraniczny szrot" nie zawsze okazuje się "zagranicznym szrotem", co Albert Cifuentes jeszcze nieraz - mam nadzieję - udowodni.

PS Żeby nie było samych pochwał - przykro patrzeć na dyspozycję Podgórskiego. Gdzie podziały się te jego wykonywane z zegarmistrzowską precyzją centry?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 24 sierpnia 2014
Padł ostatni relikt PRL-u?

Zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy punkt wywalczony przez Ruch nie jest sprawiedliwy. Goście zasłużyli na zwycięstwo, bo sędzia nie uznał im w pierwszej połowie prawidłowo strzelonej bramki dopatrując się spalonego, którego nie było.

Mimo to z samej gry Ruchu jestem... zadowolony.

Po pierwsze dlatego, że moim zdaniem forma czysto piłkarska tej drużyny rośnie. Podoba mi się choćby różnorodność i częstotliwość sposobów w jaki Ruch potrafi odzyskać piłkę w trakcie ofensywnej akcji przeciwnika.

Po drugie dlatego, że w meczu z teoretycznie silniejszym rywalem Ruch stworzył więcej sytuacji. Z niezrozumiałych dla mnie względów większość z nich miała miejsce na samym początku meczu, trudno zrozumieć dlaczego Ruch  w miarę upływu czasu nie potrafił nawiązać do stylu, który prezentował w pierwszych dwudziestu minutach. Być może było to spowodowane jakąś niezwykle skuteczną taktyczną decyzją u gości (jeśli tak to biję się w piersi, bo jej nie zauważyłem), być może jednak to tempo narzucone przez Ruch było za wysokie.

Po trzecie dlatego, że w bardzo wysokiej formie są dwa ogniwa Ruchu od których będzie mnóstwo zależeć w czwartek w Kijowie. Pierwsze ogniwo to Krzysztof Kamiński, który bronił rewelacyjnie, ukoronowaniem była oczywiście obrona w ostatnich minutach rzutu karnego. Kolejny mecz, w którym był BEZ-BŁĘD-NY. Wszyscy chwalili Kotorowskiego za grę w pierwszych minutach, ale to przecież Kamiński na samym początku wybronił strzał, który mógł ustawić mecz. 

Drugie ogniwo to Bartłomiej Babiarz, który znaczy w Ruchu znacznie więcej niż jeden z dwóch defensywnych zawodników w kwintecie pomocników. To przestaje być klasyczny defensywny pomocnik. To zaczyna być wolny elektron, którego na boisku wszędzie pełno. Coraz więcej znaczny również przy stałych fragmentach gry. Wydaje mi się, że wynika to także z nastawienia psychicznego piłkarza, ewidentnie okrzepł na poziomie ekstraklasy. Mam przeczucie, że w tym sezonie Babiarz walnie gola, który będzie pretendował do bramki sezonu. Na razie szczęście mu nie sprzyja, ale przypatrzcie się uważnie  jego próbom zaskoczenia bramkarza. Fantastycznie potrafi również odebrać piłkę lub przeszkodzić w akcji ofensywnej. Robi to tak sprytnie, że nie zauważają tego często sędziowie. Dziś Babiarz dostał żółtą kartkę za to, że czyściutko wszedł wślizgiem Ubiparipowi... Nie ukrywam: coraz bardziej podoba mi się ten piłkarz.

Ze spraw pozafutbolowych najbardziej ucieszyło mnie, ze wraz z kibicami na Cichą nie wrócił... archaiczny dźwig na ciężarówce z którego korzysta operator z kamerą. Jego widok na stadionach, które nie dysponują wysokimi trybunami tuż za bramką moim zdaniem wpływa na naszą percepcję:) Nawet jeśli mecz jest na Cichej jest fajny to niektórych z nas często coś z tyłu głowy uwiera. Wiem co: właśnie widok tego oldskulowego dźwigu. Moim zdaniem to ostatni element na naszych stadionach żywcem wyjęty z czasów PRL-u. Kiedy widziałem taki dźwig na stadionie automatycznie opuszczałem głowę w dół żeby sprawdzić czy przypadkiem nie jestem ubrany w ... sztruksy z rozszerzanymi nogawkami.

Cieszę się, że dziś nie było już tego archaicznego dźwigu.Zastąpił go bardziej elegancki podnośnik o nowocześniejszej konstrukcji. Wypada chyba podziękować Canal +. Ktoś o tym pomyślał. 

PS WDŚ dopiero na początku października. Już dawno nie oczekiwałem tego spotkania z tak dużą ciekawością. jeśli obie drużyny utrzymają rytm, może być naprawdę świetny mecz! 

PS1 Mam przeczucie, że na miano najlepszego obcokrajowca polskiej ekstraklasy w sezonie 2014/15 może zasłużyć Darko Jevtić. Świetny piłkarz! Dużo potrafi i bardzo dużo widzi.

PS2 Omega już nie może doczekać się czwartku.

sobota, 23 sierpnia 2014
Zabrzańskie puzzle działają

Wróciłem właśnie z meczu Górnika z Łęczną. Zgodnie z moimi oczekiwaniami (są świadkowie) zabrzanie wygrali 2:0.

Co mi się podobało:

a) że zabrzańskie puzzle  - czyli system wymyślony przez Roberta Warzychę działa. Chodzi o to, że każda pozycja w podstawowym ustawieniu jest tam zabezpieczona i w efekcie nawet tak ważnego zawodnika jakim w Górniku stał się Błażej Augustyn - da się zastąpić. W czwartek Augustyn naderwał mięsień czworogłowy. Według optymistycznych prognoz przerwa potrwa trzy tygodnie, według pesymistycznych - sześć. Niech Błażej Augustyn wraca jak najszybciej, ale po dzisiejszym meczu można mieć pewność, że bez niego zabrzański świat się nie zawali -  nieobecnego godnie na środku obrony zastąpił Adam Danch, dotąd wspólnie z Radosławem Sobolewskim stanowiący pierwszą linię zasieków. A kto zastąpił Dancha - o tym w punkcie d;

b) że nowoczesny futbol znajduje w grze Górnika odbicie. Dziś oba gole zdobył ten sam pomocnik po asystach tego samego napastnika. Kiedyś pomocnika rozliczano tylko z asyst a napastnika - tylko z goli. Mam jednak nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy narzekać na zerowy dorobek strzelecki w tym meczu Mateusza Zachary;

c) modelowa akcja po której padł drugi gol. Pierwsza to głównie zasługa bramkarza Łęcznej, który na ułamek sekundy próbował zamienić się w siatkarza - choć należy docenić ładne ścięcie do środka Łukasza Madeja i fakt, że dał szansę bramkarzowi popełnić błąd. Akcji po której padł drugi gol nie powstydziłaby się żadna liga. Ciekawe, że Madej ostatni raz dwa gole w ligowym meczu strzelił ponad dziesięć lat temu. Wiecie komu? Oczywiście... Łęcznej. Jako piłkarz Lecha Poznań w maju 2004 roku!

d) że Dzikamai Gwaze zdołał w trakcie meczu opanować strach. Strach wynikał z faktu, że pierwszy raz w tym sezonie piłkarz z Zimbabwe zagrał w podstawowym składzie. Zagrał na pozycji Adama Dancha, jako defensywny pomocnik. Wejść w takim momencie do drużyny, której dobrze idzie rodzi niepewność, że jeśli nagle teraz jej nie pójdzie - winę zwali się na nowe ogniwo. Moim zdaniem po Gwaze z początku widać było tę niepewność; aż do 28. minuty podawał tylko do... tyłu. Chyba bał się cokolwiek zepsuć, wolała zagrać asekuracyjnie niż ryzykowanie. Po pół godzinie poczuł się chyba pewnie  i zaczął grać do przodu. Za trzecim razem kiedy po jego podaniu do przodu pod bramką Łęcznej było groźnie przestałem liczyć mu podania do tyłu. Już nie było potrzeby. Przemógł się;

Co mi się nie podobało:

a) słaba skuteczność zabrzańskich obrońców w rozpoczynaniu akcji ofensywnej dalekim podaniem. Być może wynikało to z faktu, że - jak zauważył po meczu Józef Dankowski - Łęczna zaskoczyła gospodarzy ustawieniem. Goście zostawili z tyłu trzech obrońców i bardzo zagęścili środek pola. Górnik chyba na początku nie za bardzo wiedział co robić.

W efekcie w pierwszych pięciu minutach zabrzańscy defensorzy aż pięciokrotnie rozpoczynali akcję dalekim przerzutem, ale żaden z nich nie zakończył się powodzeniem. Albo piłkę przejmował bramkarz gości albo ich obrońca, ewentualny pojedynek główkowy też wygrywał piłkarz z Łęcznej.

Pierwsze udane dalekie podanie (czyli celne) wykonał dopiero w... 56. minucie Seweryn Gancarczyk (to było - jakby je określił Andrzej Strejlau - "podanie diagonalne"). Niestety żadna akcja rozpoczynana dziś dalekim przerzutem przez obrońców nie skończyła się groźną sytuacją.

Adam Danch próbował w 1. i 90. minucie. Bez powodzenia.

Dominik Sadzawicki próbował w 4., 5., 9., 21., 42. i 80. minucie. Bez powodzenia.

Seweryn Gancarczyk próbował w 2., 3., 17., 25., 56., 64., 83. minucie. Tylko podania w 56. i 83. minucie dotarły do adresata.

Oczywiście od obrońców wymaga się przede wszystkim skuteczności w bronieniu więc trudno w tym względzie zarzucić coś zabrzanom, bo z tyłu wyszło na zero. Jednak współczesny futbol wymaga czegoś więcej. Ale cóż - jak zauważył Józef Dankowski: "sztuką jest wygrać nie kiedy idzie, ale kiedy nie idzie". Górnikowi dziś nie szło - sam Łukasz Madej przyznawał, że był to najsłabszy mecz od pewnego czasu - a jednak wygrał.

Liderem ekstraklasy jest się właśnie dlatego, że wygrywa się nie tylko te lepsze mecze ale i te gorsze.

PS Zdziwiło mnie, że mecz obserwował z uwagą Jarosław Tkocz, trener bramkarzy polskiej kadry. Może oglądał spotkanie jedynie dla przyjemności? Na pewno nie z obowiązku, bo w bramce Górnika stał przecież Łotysz (właśnie powołany do łotewskiej kadry), a w bramce Łęcznej - Chorwat. Cóż - zobaczyć lidera zawsze warto.

czwartek, 21 sierpnia 2014
Ruch a Liga Europy. Jestem pod wrażeniem

Ruch Chorzów próbował już niejednokrotnie wyważać drzwi do Ligi Europy. To trzecia próba w ostatniej pięciolatce. W 2010 roku za mocna okazała się Austria Wiedeń, a w 2012 nie było cienia wątpliwości, że Viktoria Pilzno jest zdecydowanie poza zasięgiem Ruchu i lanie, która wówczas sprawiła niebieskim trzeba było przełknąć z pokorą.

Dwa lata temu Viktoria zrobiła na mnie znacznie bardziej korzystne wrażenie niż dziś Metalist Charków. Wtedy Czechami byłem oczarowany. Teraz oczywiście nie lekceważę ekipy ze wschodniej Ukrainy - przecież widać doskonale, że ten klub sroce spod ogona nie wypadł. To wcale nie jest twarda szkoła ukraińska, lecz "latina" doprawiona senegalskim sosem: bardzo podobał mi się dziś stoper Pape Gueye, który być może wyglądał na ospałego i przesadnie wyluzowanego, ale to były oczywiście tylko pozory. W Metaliście jest alfą i omegą, prawdziwą skałą... Rozmiary Gueye (192 cm/84 kg) pozwalają sądzić, że pochodzi z niezwykłego ludu Wolof, który moim zdaniem wnosi zdumiewający wkład w rozwój światowego futbolu.

Nie o Wolof jednak chciałem tym razem a o szansach Ruchu na fazę grupową Ligi Europy. Czyż nie byłoby pięknie awansować? Przypominam: wystarczy już nawet nie wygrać - wystarczy bramkowo zremisować, a bramy raju otworzą się przed Ruchem.

To byłby rzeczywiście raj:

a) pod względem finansowym - podobno mogłoby się zakręcić w okolicach rocznego budżetu Ruchu;

b) pod względem sportowym - trudno powiedzieć z kim Ruch mógłby się tam zmierzyć, ale sześć dodatkowych spotkań w Europie z silnymi drużynami prezentującymi rozmaity styl gry to  nie jest coś na co można machnąć ręką;

c) pod względem krajoznawczym - kibice Ruchu mieliby szansę zadziwić żarliwością dopingu różne zakątki naszej starej, dobrej Europy:) Dziś potwierdzili, że doping im nieobcy!

Po tym co dziś zobaczyłem, uważam, że Ruch Chorzów jest w stanie dokonać tej sztuki. Być może znaczenie dla sprawy będzie miał fakt, że rewanż właściwie obie drużyny zagrają na wyjeździe: dla Metalista grać ten mecz w Kijowie to tak jak Ruch miał go jako gospodarz rozgrywać na Łazienkowskiej...

Awans do fazy finałowej wcale nie musiałby być końcem pięknej przygody. Bo wiecie co ciągle jest jeszcze możliwe? Tak, nie mylicie się, spójrzcie w górę na Gwiazdozbiór Małej Niedźwiedzicy... Dostrzegacie tam zwycięstwo Ruchu w finale z Legią* na Stadionie Narodowym w Warszawie?:D

Dobra, wracamy na ziemię. Ruch musi w rewanżu być niezwykle skoncentrowany. Metalist wygląda na drużynę, która jeśli tylko poczuje krew - będzie w stanie wygrać z niebieskimi pięcioma albo sześcioma bramkami. Ale ja jednak poproszę w Kijowie 1:1 - to smurfy  i czadoblogi lubią najbardziej.

PS Czego Omega trzymając kciuki także sobie i Państwu serdecznie życzy.

PS1 Wygląda na to, że Stadion Śląski wreszcie ma szansę zostać dokończony. Jeśli wszystko dobrze pójdzie obiekt będzie gotowy na początku 2016 roku. Już zastanawiam się kogo można przyjąć na pierwszego gościa. Najlepiej byłoby gdyby przyjechał wicemistrz świata, ale dopuszczam oczywiście inne opcje:)

*takie założenie ewidentnie wyklucza domniemaną niechęć Czadobloga wobec zespołu ze stolicy. Czy nie znosząc Legii można jej życzyć awansu do finału Ligi Europy?:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 182