środa, 06 grudnia 2017
Piękny rok 1922

Jak to jest, że kiedy polski futbol był światową potęgą powstawało o nim tyle książek co kot napłakał, a dopiero kiedy próbuje odbudować dawne pozycje w ciekawych pozycjach możemy przebierać?

Roczniki to niezbędne kompendium wiedzy dla kibica. Okazuje się jednak, że nie tyle te bieżące są interesujące. Właśnie udało się zrealizować interesujący pomysł futbolowej opowieści o roku... 1922! Co przeciętny polski kibic piłki nożnej mógłby o tym okresie powiedzieć? Chyba nieliczni, że tamtego roku mistrzem Polski została Pogoń Lwów i... to by było na tyle. Tymczasem działo się!

Piotrowi Chomickiemu, Leszkowi Śledzionie, Edwinowi Kowszewiczowi oraz ich współpracownikom udało się na ponad 360 stronach przedstawić szeroką panoramę ówczesnego futbolu. Znajdą w tej książce coś dla siebie miłośnicy interesujących tekstów (wśród nich znajdziemy opowieść Bartłomieja Rabija o Ameryce Południowej tamtego okresu a także wywód Witolda Łastowieckiego o kolorach strojów ówczesnej reprezentacji Polski), zdjęć (ponad 350!) i... tabel (prawie 190).

Górny Śląsk nie stał wówczas w hierarchii przesadnie mocno więc przesadnie mocno jego obecność w tej książce nie jest zaakcentowana. To się jednak wkrótce całkowicie zmieni - autorzy chcą bowiem kontynuować idee wydawania rocznika z lat 20. i 30. Nadejdzie więc czas, że Górny Śląsk (a zwłaszcza Wielkie Hajduki będą rządzić). 

Dodatkowym bonusem są rzeczywiście wspaniałe pocztówki, na które mogą liczyć wszyscy chętni, którzy nabędą książkę przed świętami. pocztówki. To pokolorowane zdjęcia m.in. reprezentacji Polski przed zwycięskim meczem ze Szwecją, Cracovii czy Warty Poznań. 

Całość mnie się bardzo podoba. Więcej informacji znajdziecie na www.rocznikpilkarski.pl

12:44, pavelczado , Książki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2017
Co Bambo ma wspólnego z senegalskimi butami

Kiedy byłem chłopczykiem a mama czytała mi do poduszki wierszyk Juliana Tuwima o Murzynku Bambo wydawało mi się, że wszyscy mieszkańcy Afryki wyglądają tak samo. Mają więc czarny kolor skóry, kręcone krótkie włosy, grube wargi no i błyskają białkami oczu. Ci straszniejsi mają jeszcze ewentualnie dzidy i nozdrza przebite zagiętą kością.

Od tamtego czasu jednak urosłem, zdążyłem się również przejechać po Afryce subsaharyjskiej. Pięć tygodni tam spędzone zmienia optykę. Przede wszystkim zacząłem dostrzegać, że Afrykańczycy nie są jednakowi: znacznie się różnią między sobą pod względem fizycznym. Wręcz dużo bardziej niż Europejczycy! Czy gdziekolwiek w Europie znajdziecie większą różnicę niż choćby między Pigmejami Mbuti z Konga a Masajami z Kenii? Już nie mówię, że rysy ich twarzy również potrafią bardzo się różnić. Niektóre ludy Etiopii posiadają rysy wręcz europejskie...

A wzrost? Kiedy na granicy kenijsko-tanzańskiej Masajowie sprzedawali mi tarczę (taką samą jak na fladze Kenii, mam ją do dziś) nie spotkałem wśród nich niższego od siebie. Z kolei w całej Lusace, stolicy Zambii, nie spotkałem od siebie wyższego...

Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Bo nie ukrywam: zdziwiłem się kiedy usłyszałem, że PZPN negocjuje przed mundialem mecz z Ghaną albo Nigerią. Ludy Akan czy Yoruba pod względem fizycznym to zupełnie inni Afrykańczycy niż Wolof. Ciekawe czy Senegal zakontraktuje przed mecze z nami spotkanie z Hiszpanią albo Norwegią...

Wydaje mi się, że to jednak ważne kto ubierze senegalskie buty. To nie jest tak, że afrykańskie drużyny nie różnią się między sobą stylem gry. Choćby same różnice fizyczne (ale nie tylko) powodują, że jednak się różnią... Tam wszyscy oczywiście kochają atakować, ale moim zdaniem robią to w różny sposób. 

Najlepsze drużyny z Afryki subsaharyjskiej (a takie przebijają się na mundial) są zawsze fantastycznie przygotowane pod względem fizycznym. Wszyscy to oczywiście wiedzą, wydaje mi się jednak, że nie można ich traktować jak trojaczków Bambo, Lambo i Sambo.

Kiedy wyraziłem wątpliwości na twitterze - zareagoweał prezes Zbigniew Boniek.eta

 - Czyli? - zapytał jeszcze raz prezes.

- Prędzej Mali. Inny etnos, ale wydaje mi się, że pod względem fizycznym bardziej podobni. Wielu piłkarzy powyżej 190 cm, jak w Senegalu (Diabate, Konate, Coulibaly, Yatabare). W ostatnich trzech meczach eliminacji. nie stracili gola. Drużyna frankofońska co też może być nie bez znaczenia. Nie awansowali do mundialu. ale nie jest to słaby zespół. Pewnie chętniej też przyjechaliby do Polski. Tak jak Senegalczycy najpierw szukają zatrudnienia w lidze francuskiej i w efekcie u tych, którym się udało, kształtują się podobne nawyki, zachowania - odparłem.

Przyznaję się bez bicia: piłkarską reprezentacją Senegalu zainteresowałem się jeszcze przed mistrzostwami świata w 2002 roku, pisałem o niej zresztą w tamtej książce. Przypuszczałem, że zawojują Azję, a potem, że cały świat. W tamtym mundialu rzeczywiście wypadli świetnie a potem... zniknęli. Dziś to już oczywiście zupełnie inna generacja. Bardzo żałuję, że akurat z nimi Polska zagra pierwszy mecz na tych mistrzostwach. Między innymi dlatego jestem pesymistą. Obecne Lwy Terangi mają te same fizyczne atuty, którymi mogli pochwalić się ich poprzednicy. Wtedy Pape Bouba Diop, pomocnik, który mierzył 195 cm strzelił gola w zwycięskim inauguracyjnym meczu z Francją. Powtórzę: pomocnik o wzroście 195 cm. Jeśli miłośnikom europejskiej piłki to nazwisko nic nie mówi przypomnę Patricka Vieirę - wzrost 191 cm. On też urodził się w Dakarze...

Dziś senegalską obroną trzęsie Kalidou Kulibaly z Napoli (195 cm przy wadze około 89 kg; to też dla nich charakterystyczne - są bardzo smukli nie tracąc nic z siły, szybkości i zręczności). W środku pola biega Cheikhou Kouyaté z West Hamu (192 cm) itd. Oczywiście nie jest tak, że tam są same wieżowce. Zarozumiały snajper sprzed 15 lat El Hadji Diouf miał "tylko" 181 cm, jego następca Sadio Mane to na ichniejsze warunki zaledwie kurczaczek (175 cm)...

Będzie ciężko. Może być tak, że od tego pierwszego spotkania w Moskwie zależeć będzie wszystko. Orły z Polski kontra Lwy Terangi.

Jedno jest pewne. Będzie się działo. To będzie wspaniały mundial. Oczywiście nie wiadomo tylko jeszcze dla kogo.

23:17, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (14) »
piątek, 01 grudnia 2017
Nie wyjdziemy

Odbyło się losowanie piłkarskich mistrzostw świata w Rosji.

Wiadomo, że lepiej wyczytują się optymistyczne opinie - że wygramy, że przejdziemy, że zajdziemy daleko. Na szczęście nie muszę Wam się przymilać i napiszę jak uważam. A uważam, że nie wyjdziemy z tej grupy. Oczywiście bardzo chciałbym żeby ostatnie spotkanie nie było o honor, bo przeżyłem to w 2002 i 2006 (w tym drugim przypadku osobiście), ale to tylko chciejstwo.

Żeby było jasne: bardzo doceniam klasę reprezentacji Polski Adama Nawałki. Doceniam również sposób w jaki przebiliśmy się do pierwszego koszyka, a wszelkie narzekania konkurencji jedynie mnie śmieszą. Sorry, ale co nie zabronione to dozwolone. Jeśli to było działanie intencjonalne, skierowane na ten efekt to czapki głów - przecież to działanie we własnym interesie.

Gdyby obowiązywał regulamin choćby z mundialu w Meksyku, kiedy wychodziły z niektórych grup aż trzy zespoły łudziłbym się, że może się udać. 

Nie - nie staram się być na siłę oryginalny  - jedynie po to żeby odróżniać się od wszystkich innych, twierdzących, że to dobra grupa. Oczywiście z żadną z tych drużyn, które wylosowaliśmy nie stoimy na straconej pozycji. Z drugiej strony mundial to nie polska liga - tutaj nie wygra każdy z każdym. Po prostu: doceniam akurat wszystkich tych przeciwników. Dlaczego? Zapewne przyjdzie jeszcze czas, że napiszę.

Kilka wstępnych uwag:

Po pierwsze - wprawdzie jako jedyni w tym gronie byliśmy kiedyś w czwórce i być może według niektórych mogłoby to nas upoważniać na spojrzenie z góry, ale ja tak nie uważam. Prawda jest taka, że to właśnie mundial kreuje nowe potęgi i zrzuca z piedestałów stare. 

Po drugie - powtórzę: rywali, których przydzielił nam los zwyczajnie się obawiam. Nie jestem zwolennikiem teorii, że od początku powinniśmy sobie radzić z każdym jeśli myślimy o sprawach wielkich. To turniej - zawsze lepiej mieć więcej sił na pojedynki po fazie grupowej, ale mecze z silnymi, moim zdaniem, nie sprawią, że parę dni później będziemy silniejsi z innymi silnymi. 

Wszystkich naszych rywali uważam za drużyny silne, bo każda z tych drużyn, moim zdaniem, może spróbować zaatakować ósemkę. 

Rozśmieszają mnie opinie już teraz jednoznacznie rozstrzygające kto będzie najtrudniejszym przeciwnikiem w tej grupie (i że jest to to Kolumbia). Przypominam, że mundial dopiero za pół roku i wiele może się zmienić. Polska? Niech choćby złamie nogę (tfu, tfu...) ten jeden jedyny nasz piłkarz o którym myślę - optyka będzie całkowicie inna. Albo niech objawi się wielki talent... 20-letni Władysław Żmuda na Wembley nie zagrał a potem był objawieniem. Tak też może się zdarzyć!

Chciałbym się mylić co do szans Polski. Na szczęście... mogę:)

PS Założyłem się na twitterze z Wojciechem Cyganem, byłym prezesem GKS-u Katowice, członkiem zarządu PZPN, który jeśli chodzi o szanse Polaków jest większym optymistą niż ja. Stawką jest flaszka Bushmills - najstarszej irlandzkiej whiskey. Nie lubię sytuacji kiedy całkowicie przegrywam. Ale w tym wypadku jeśli przegram to i tak wygram. Jeśli wygram to i tak przegram. Z kolei prezes Cygan odważnie hołduje Blaise Pascalowi: jeśli wygra - zbierze wszystko. Jeśli przegra - nie zostanie mu choćby satysfakcja;)

PS1 Zasłońcie okna, naciągnijcie koce na głowę. Lud Wolof nadchodzi. Przyznam, że zdziwiłem się kiedy usłyszałem, że PZPN negocjuje przed mundialem mecz z Ghaną albo Nigerią. Akan czy Yoruba pod względem fizycznym to zupełnie inni Afrykańczycy niż Wolof. Ciekawe czy Senegal zakontraktuje przed nami mecz z Hiszpanią albo Norwegią...

22:25, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (13) »
czwartek, 23 listopada 2017
Co Ruch i GieKSa mogą wspólnie osiągnąć

Czy na mecz piłkarski na zapleczu piłkarskiej ekstraklasy może przyjść 50 tysięcy ludzi? Teoretycznie może. Może warto powalczyć o takie osiągnięcie u nas, na Górnym Śląsku? Wyobrażacie sobie, że staje się to rzeczywistością?

Dziś jedynym górnośląskim klubem piłkarskim, który przyciąga prawdziwe tłumy jest – słusznie zresztą – Górnik Zabrze. Ale moim zdaniem nie jest prawdą, że tylko świetna zabrzańska drużyna jest w stanie rozognić fanów na trybunach.

Wiadomo, że najlepszym magnesem jest atrakcyjna gra i ponadprzeciętne wynikiPrzypominam jednak, że wreszcie mamy nowiuśki i wspaniały Stadion Śląski. Moim zdaniem grzechem byłoby z niego nie korzystać!

Dlatego z chęcią za pół roku zobaczyłbym na naszej arenie pierwszoligowe derby między Ruchem Chorzów i GKS-em Katowice, które zaplanowano na weekend 12-13 maja. Niektórzy uśmiechną się ironicznie czytając te słowa, bo przecież obecnie wspólna łączna frekwencja na ostatnich meczach obu tych drużyn nie ma żadnych szans nawet otrzeć się o niebotyczną cyfrę 50 000. Wydawać by się mogło, że wskazówka raczej opadnie w drugą stronę...

Po pierwsze: jest dużo czasu na przygotowanie tego wydarzenia. dużo czasu na mobilizację. Mobilizację obu klubów i mobilizację obu grup kibiców. Od organizatorów zależy jaką żonglerkę zastosują przy cenach biletów. Można by to wydarzenie opakować tak, żeby nie było jedyną tego dnia atrakcją na Śląskim.

Po drugie: nie wierzę, żeby Ruch Chorzów nie chciał skorzystać z takiej okazji i zwyczajnie zarobić. Rozmiary Śląskiego pozwalałyby na wpuszczenie wszystkich chętnych z obu stron.

To wydarzenie mogłoby połączyć starania Ruchu Chorzów i GKS-u Katowice o jak największą frekwencję. 45 lat temu na drugoligowy mecz Lecha Poznań z ROW-em Rybnik potrafiło przyjść ponad 50 tysięcy kibiców. Życzyłbym wszystkim żeby udało się kiedyś na Górnym Śląsku poprawić ten wynik. Tak żeby reszcie Polski szczęki opadły kiedy przyjdzie czas.

Niektórzy z Was powiedzą, że kluby mają inne problemy na głowie. Ja odpowiem, że owszem, ale zawsze trzeba być przygotowanym na różne scenariusze. Czy ten scenariusz nie byłby piękny?

PS Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam boks. Obok piłki nożnej i lekkoatletyki to dyscyplina z czadoblogowego podium. Przepadałem za meczami ligi bokserskiej na Śląsku w latach 90. Szczególnie podobało mi się na Kleofasie. Kuczeruk, Rybacki, Walas, bracia Butowicze... Dlatego jestem szczęśliwy, że mogłem dziś uczestniczyć w tego rodzaju uroczystości. 

PS1 Usłyszałem dziś niezwykłą historię, która wydarzyła się w styczniu 1940 roku. Nie znacie jej. Gestapo, futbol, morderstwo i... szczęśliwy koniec. Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Na pewno Wam ją wkrótce opowiem. 

piątek, 17 listopada 2017
Tak, Górniku Zabrze: Legia symbolem nowoczesnej Polski

Dariusz Mioduski, właściciel Legii Warszawa udzielił właśnie wywiadu portalowi "Sportowe Fakty".

Przeczytałem go z ogromnym rozbawieniem. Pan Mioduski oczywiście ma prawo do własnej wizji ekstraklasy, ale miejsce jakie rezerwuje Legii m.in. kosztem Górnika to jakieś gigantyczne kuriozum. Mówi bez zająknięcia:

"Piłkarze z takich klubów jak Górnik powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Legia czy Lech. Dopiero potem wyjeżdżać z kraju. To by było w interesie wszystkich, w tym zawodników".  

Moje pytanie jest proste i brzmi: jaki interes ma kibic Górnika w tym, że wyróżniający się piłkarz jego klubu przejdzie do Legii? Oczywiście można posunąć się dalej i próbować dociec dlaczego piłkarze z takich klubów jak Legia nie powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Górnik i dopiero potem wyjeżdżać z kraju, bo było by to w interesie wszystkich, w tym zawodników?

Oczywiste jest, że nikogo nie stać na racjonalną odpowiedź zawierającą tezę o nadzwyczajności Legii względem innych klubów.

Ciekawe czy wyróżniający się piłkarze Górnika nie będą już pytani przez dziennikarzy, którzy kibicują Legii: "czy chciałby pan zagrać w Legii" ale raczej "kiedy chciałby pan zagrać w Legii"?

Oczywiście kocopały głoszone przez Mioduskiego zasługiwałyby jedynie na szyderstwa gdyby nie fakt, że moim zdaniem są to na zimno wymyślone działania niosące za sobą niebezpieczne przesłanie.

 To sączenie do ucha pani, panu, społeczeństwu narracji, że Legia to wielkie dobro narodowe a jej wzmocnienie i dobre występy w europejskich pucharach, powinno nas - jako Polaków - napawać dumą. I że nie nikt nie powinien takim założeniom stać na drodze.

Bo niechęć oddania oddania wyróżniającego się piłkarza z innego klubu to egoizm i wąski sposób patrzenia... Na razie ta papka podawana jest delikatnie i nienachalnie. Ale wzmocnienie i konsekwencja tej narracji mogą kiedyś sprawić, że ludzie zaczną wierzyć w te brednie, a każdy kto myśli inaczej będzie postrzegany jako cudak, odszczepieniec, zwolennik wstecznictwa a nawet osobnik pozbawiony patriotyzmu!*

Adam Mickiewicz również by tego nie pochwalił takiego sposobu myślenia! Gdyby tylko mógł na pewno napisałby o Legii jakiś wspaniały poemat.

*niech każdy wpisze co uważa.

środa, 15 listopada 2017
Co Sopot ma wspólnego z España'82

Czy komuś zdarzyło się spotkać bohaterów najpiękniejszej baśni z dzieciństwa? Wyobraźcie sobie, że mnie właśnie się to udało.

W przeddzień meczu z Meksykiem spotkali się członkowie polskiej ekipy, która zdobyła trzecie miejsce na piłkarskich mistrzostwach świata w 1982 roku. PZPN zaprosił piłkarzy, trenerów i działaczy z tamtej imprezy na uroczysty raut w sopockim Sheratonie, żeby powspominali stare dobre czasy. Dawne gwiazdy patrzyły na siebie z uśmiechem, zdarzało się, że niektórzy z nich widzieli się po raz pierwszy od hiszpańskiego mundialu!

Dojechali prawie wszyscy. Zabrakło jedynie Włodzimierza Smolarka (nie żyje), Andrzeja Pałasza (uczy młodzież futbolu w Szanghaju), Andrzeja Szarmacha (nie przyjął zaproszenia, nie wspomina tamtego turnieju dobrze) oraz Jana Jałochy i Tadeusza Dolnego (nie ma z nimi kontaktu).

W strojach wieczorowych piłkarze wyglądali jak absolwenci prestiżowej szkoły zaproszeni na wspominki po latach. Miałem to szczęście, że PZPN także mnie zaprosił na tę uroczystość. Bez wahania wbiłem się w gangol. Byłem jednym z zaledwie kilku gości, których wówczas w Hiszpanii nie było. Jako dziesięciolatek zafascynowany tamtą imprezą (właśnie ona spowodowała moje trwałe zainteresowanie piłką nożną) nie przypuszczałem, że zobaczę moich bohaterów zebranych w jednym miejscu. Nie zmienili się za bardzo! Właściwie nie poznałem tylko Piotra Mowlika (rezerwowego bramkarza). Mało kto pamięta – a ja mu o tym przypomniałem – że pochodzi z Orzepowic na Górnym Śląsku, tam zaczynał przecież karierę, której najpiękniejsze chwile przeżył już gdzie indziej.

Imprezę poprowadzili Zbigniew Boniek i Dariusz Szpakowski, który relacjonował mistrzostwa w 1982 roku jeszcze dla radia (telewizyjnym sprawozdawcą był Jan Ciszewski, który zmarł parę miesięcy później. Rocznica jego śmierci przypadła dokładnie w dzień naszego spotkania, uczciliśmy go minutą ciszy). Prezes Boniek – trzeba to uczciwie przyznać – to prawdziwe „zwierzę medialne” – potrafi przemawia, nawet kiedy nie występuje w telewizji. Potrafi przywołać wspomnienia, widziałem, że choćby Andrzej Buncol był wyraźnie wzruszony. Prezes wręczył wszystkim członkom ekipy pamiątkowe koszulki, a potem na ekranie oglądaliśmy najpiękniejsze akcje z hiszpańskiego mundialu, zaś Szpakowski podchodził z mikrofonem do kolejnych bohaterów, którzy dzielili się własnymi impresjami. To było bardzo interesujące! Było widać i słychać - każdy z gości tę niezwykłą imprezę - wybaczcie, muszę górnolotnie - ma w sercu.

Na niezwykły gest zdecydował się trener Antoni Piechniczek. Wymyślił coś niecodziennego, co każdy piłkarz zapewne zapamięta na zawsze: każdemu z osobna wręczył podczas tej uroczystości odręczny list, który napisał o tamtych czasach właśnie szczerze i od serca. Także Andrzejowi Iwanowi, z którym był skonfliktowany po publikacji wspomnień tego ostatniego. Wbrew nadziejom niektórych bulwarowych dziennikarzy, których nie było na imprezie – podali sobie ręce.

Niecodzienną pamiątkę przywiózł ze sobą z kolei Marek Kusto. Napastnik Wisły był wcześniej w kadrze na mistrzostwach świata w 1974 i 1978 roku, ale dopiero w Hiszpanii dostał szansę od trenera Piechniczka. Na spotkanie w Sopocie zabrał koszulkę, w której grał na hiszpańskich mistrzostwach. Trochę się zmniejszyła i sprała, ale za zgodą Kusty mogłem wziąć ją w ręce, poczuć ten materiał... Cóż to było za przeżycie! Piłkarz miał ze sobą marker i pozbierał na niej autografy kolegów.

Potem był czas na wspominki i dyskusję. Usłyszałem wiele wspaniałych anegdot. Do naszego stolika dosiadł się Zbigniew Boniek i kolejny raz muszę przyznać, że umie opowiadać. W końcu, przed drugą, się wymknąłem. Bohaterowie muszą przecież mieć czas tylko dla siebie...

Wiem jedno - ten wypad do Sopotu, w którym nigdy dotąd nie byłem, zapamiętam na całe życie.

PS Nazajutrz też było miło. Przy obiedzie trener wręczył wszystkim piłkarzom egzemplarze książki, którą napisałem o nim wspólnie z Beatą Żurek. Potem miałem okazję usłyszeć kolejną porcję nieznanych anegdot kiedy gawędziłem przy stole z Piotrem Czają, Bogusławem Hajdasem i... Wojciechem Gąssowskim* ("gdzie się podziały tamte prywatki"). Kiedy człowiek się zastanowi to lata 80. w polskiej piłce nożnej były bardzo zajmujące, dzięki nim zostałem kibicem, a potem dziennikarzem. Ale ileż niecodziennych, nieopowiedzianych historii wydarzyło się w latach 60. i 70! Żeby tak to wszystko spisać i usystematyzować...

A wieczorem na fantastycznym gdańskim stadionie odbył się mecz z Meksykiem. Silną drużynę poznać również po tym, że wie kiedy jest idealny moment na porażkę:)

PS1 Przynoszę Wam również najnowsze wieści ze słupa umocowanego na samym czubku sopockiego molo: w tej chwili królują na nim wlepki Unii Oświęcim i... Cambrigde United. Były też Legia i Lech, ale ktoś zdrapał. Przysięgam, że nie ja.

*Wojciech Gąssowski zaimponował mi kiedy z szybkością karabinu maszynowego wyrecytował z pamięci skład Gwardii Warszawa z przełomu lat 50. i 60.

23:49, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 listopada 2017
Co Victor Hugo ma wspólnego z futbolem. Barrilete cósmico

Coś mnie naszło i od tygodnia próbuję zdobyć w księgarniach "Nędzników" Victora Hugo. Nie mam tego dzieła we własnym księgozbiorze, a jest ono tak wybitne, że staram się czytać co najmniej raz na dziesięć lat. 

W katowickich księgarniach doszło do kuriozalnej sytuacji. W jednej jest tylko tom I, w innej tylko tom II - do tego chodzi o wersję czterotomową. Zaczynam być sfrustrowany, wręcz nerwowy:)

W nieoczekiwany sposób ukoiłem jednak ostatnio nerwy, znów okazało się, że świat jest bardzo mały, a punktem stycznym może być... piłka nożna.

Kilka dni temu urodziny obchodził oto Najwybitniejszy Piłkarz Świata wszech czasów. Jak wiadomo do annałów przeszła jego bramka strzelona w 1986 roku, uchodząca - jakżeby inaczej - za najpiękniejszą w dziejach.

Polscy kibice znają ją pewnie na pamięć, ale nie wszyscy znają słynny komentarz, którym przeszedł z kolei do historii Victor Hugo Morales. Podejrzewam, że rodzice latynoskiego komentatora też byli miłośnikami twórczości francuskiego pisarza.

Tamto "ta-ta-ta" albo "barrilete cósmico" zna pewnie każde dziecko w Argentynie. Posłuchajcie zresztą sami. Czyż to nie wspaniałe? Podkręćcie na maksa. Można się wzruszyć!

 "La jugada de todos los tiempos". Czyż nie?! Po czymś takim nawet lekturę "Nędzników" można o kilka dni przełożyć:)

środa, 01 listopada 2017
Co Górnik Zabrze ma wspólnego z kurami

Górnik Zabrze czy wygrywa czy nie - dorobił się wyjątkowo cennej opinii. A opinia czasami zdaje się być ważniejsza niż... wyniki.

Ważniejsza w tym sensie, że w powszechnej opinii mecze Górnika są dziś bardzo zajmujące, bez względu na to czy rezultat jest dla niego korzystny (częściej) czy może raczej nie (rzadziej). W internecie hula zestawienie bardzo pochlebne dla zabrzan: ze średnią 22.329 KSG jest w pierwszej setce europejskich klubów - jako jedyny klub z Polski w tym zestawieniu - zajmuje 96 miejsce (o 400 kibiców wyprzedza 1.FC Kaiserslautern). O liderowaniu nie ma co marzyć - na czele jest Borussia Dortmund z prawie 81 tysiącami kibiców, żeby wskoczyć do pierwszej pięćdziesiątki trzeba by mieć frekwencję na poziomie ponad 30 tysięcy, ta - ze zrozumiałych względów - na razie dla Górnika jest nieosiągalna. 

Ale tymi celami zajmujmy się za jakiś czas. Nie od razu Rzym zbudowano, nie od razu na Górnik będzie chodzić regularnie pięćdziesiąt tysięcy kibiców...

Banałem jest stwierdzenie, że we futbolu najbardziej przyciągają emocje. Banałem jest stwierdzenie, że we futbolu emocje najbardziej budują strzelane bramki. Oczywiście nie wystarczy o tym pamiętać. Trzeba mieć instrumenty żeby teorię zmienić w praktykę. A w Górniku praktyka jest taka, że w tym sezonie zabrzanie ANI RAZU nie kończyli meczu z zerowym dorobkiem bramkowym. W każdym meczu potrafią strzelić gola - nie ma w Polsce zespołu, który potrafiłby się przed tym uchronić.

Teoretycy futbolu powtarzają, że dobrą drużynę buduje się od tyłu. Jeśli nie stracisz bramki, zdobędziesz punkt a co więcej to twoje. W obecnym zespole Górnika myśli się o defensywie. Jednak to ofensywa jest czymś co temu zespołowi wychodzi obecnie znacznie lepiej. Dla widowiska to znakomicie. Ale jeśli dla widowiska to dla frekwencji. Podejrzewam, że stu kibiców na stu będzie wolało zobaczyć trzy mecze z rzędu zakończone na przykład wynikiem 3:3 niż trzy mecze z rzędu zakończone wynikiem 0:0. Niech krzywią się zwolennicy idealnego realizowania zadań taktycznych (idealnego czyli bezbłędnego, bezbłędnego czyli bez straty bramki).

Futbol dziś to widowisko, choć warto pamiętać, że nie każdy nawet dziś rozumie tę definicję tak samo. Wydaje mi się, że dziś dla przeciętnego kibica widowisko to po prostu emocjonujący mecz, który kończy się zwycięstwem jego drużyny. Widowisko to dużo bramek.

Z jednej strony bardzo dobrze. Z drugiej osobiście trochę jednak żałuję, że w Europie pogardzane jest latynoskie podejście do tematu. Tam jeszcze gdzieniegdzie widowisko to przede wszystkim kunsztowne sztuczki będące popisem dla samego piękna popisu. Ktoś powie, że to archaiczny, zupełnie niepotrzebny przeżytek. Przeżytek o tyle, że popisy w konfrontacji ze zdyscyplinowanym futbolem poległy tak bardzo, że nawet dla Brazylijczyków ważniejsze stały się wynik niż piękno gry. 

Ale przecież dopiero historie o pięknie budują legendę. Uwielbiam choćby tę przytaczaną przez znakomitego urugwajskiego pisarza Eduardo Galeano. W 1950 roku jego rodacy sensacyjnie zdobyli mistrzostwo świata i dziennikarze z Europy chcieli poznać sekrety tamtych czarów, zwody - zwane moñas - ówczesnych urugwajskich mistrzów wprawiały ich w osłupienie. Słynny Jose Leandro Andrade z rozmysłem miał wpuścić wtedy żurnalistów w maliny: opowiedział im bajeczkę o tym, że jego rodacy uczą się tych zwodów goniąc... kury. Próbowaliście kiedyś złapać kurę? Ja próbowałem. Nigdy mi się nie udało. Nawet kiedy próbowałem używać robinsonad a la Hubert Kostka. Zygzaki kur są nie do przewidzenia!

Reasumując: tak naprawdę jedyne czegoś dziś brakuje mi w grze Górnika to... łapania kur. Choć z drugiej strony gdyby miało to sprawić, że ich 3:3 zmieniłoby się w 0:0 - to już może lepiej żeby ich nie łapali? Wniosek tych moich nie do końca sformułowanych marzeń może być tylko jeden: Górnik gra obecnie tak dobrą piłkę, że niektórzy zaczynają myśleć o czymś więcej. 

O joga bonito. O pięknie.

środa, 25 października 2017
Żeby być dumnym z przeszłości trzeba ją znać

Bardzo chciałbym żeby Górny Śląsk znowu kiedyś kojarzył się z potężną piłką nożną. Nad tym pracują trenerzy i piłkarze, a jedyne co możemy zrobić my - ludzie z boku - to walczyć żeby pamiętać o dniach chwały - kiedy fusbal był wizytówką naszego regionu.

Dni chwały trwały wiele lat, ale zdumiewające jest jak bardzo ulotne są ludzkie wspomnienia. Poza tym lata lecą i czasy kiedy śląskich sukcesów piłkarskich nikt z nas nie przeżył wydają się wcale nie tak odległe. Dlatego warto, uważam, popierać wszelkie inicjatywy, które złote lata starają się zachować we wdzięcznej pamięci.

Na interesujący pomysł wpadł w Chorzowie Grzegorz Joszko, badacz dziejów niebieskich i autor strony internetowej historiaruchu.pl. Jako mieszkaniec tego miasta zgłosił niecodzienny projekt, który mógłby być finansowany z publicznych pieniędzy, a realizowany przez Urząd Miasta w ramach Budżetu Obywatelskiego.

To wniosek pod hasłem „Historia Ruchu Chorzów - tablice informacyjne oraz strona z wirtualnym spacerem”. Został on już pozytywnie zatwierdzony przez komisję ds. opracowania propozycji zadań realizowanych w ramach 5. edycji Budżetu Obywatelskiego Chorzowa.

Wiadomo, że wszyscy w tym mieście są dumni z Ruchu - tak naprawdę to dzięki temu klubowi, Stadionowi Śląskiemu i Wesołemu Miasteczku przeciętni Polacy wiedzą, że takie miasto w ogóle istnieje i gdzie się znajduje. Ale często jest tak, że jedynym miejscem, które kojarzą dziś z Ruchem sami mieszkańcy Chorzowa to jedynie stadion przy ul. Cichej.

Z jednej strony trudno się dziwić, z drugiej to niewiedza wręcz zatrważająca. Żeby być dumnym z przeszłości trzeba mieć o niej pojęcie. - Chciałbym żeby taki szlak uświadamiał ludziom wyjątkowo bogatą historię Ruchu. Uważam, że dobrym pomysłem byłoby ustawienie tablic informacyjnych przedstawiających najważniejsze wydarzenia, miejsca i osoby mające związek z historią tego wspaniałego klubu. Tablice stanęłyby w miejscach, gdzie odbył się choćby pierwszy mecz (przy ul. Wrocławskiej), gdzie miała miejsce pierwsza siedziba (przy ul. 16 lipca), gdzie był pierwszy stadion (na Kalinie), gdzie w niedalekiej odległości od siebie mieszkali zasłużeni przedwojenni piłkarze (Wodarz, Alszer, Cieślik, Koenig i in.) - mówi Joszko.

Czy nie byłoby wspaniałe żeby ojciec zabrał swojego bajtla na spacer i wiedząc gdzie iść pokazał mu te wszystkie miejsca? Czyż uświadomienie sobie że żyjemy często dokładnie w tych samych miejscach, które kiedyś były świadkiem niezwykłych historii nie jest dojmujące? 

Warto dodać, że projekt Joszki zakłada powstanie także strony internetowej pozwalającej wirtualnie obejrzeć te miejsca. Na razie trwa zbieranie głosów. Jeśli któryś z czytelników jest zameldowany w Chorzowie lub w nim pracuje może zagłosować na ten projekt. Moim zdaniem warto.

PS Chciałbym żeby coś takiego powstało o innych śląskich klubach w innych śląskich miastach. Każdy ma prawo być dumny.

poniedziałek, 23 października 2017
Narośl

Sytuacje kiedy kibice zapominają, że w relacji klub-piłka-fani oni sami są jedynie dopełnieniem a nie podmiotem zawsze w końcu obraca się przeciwko nim. Dowodem na to jest choćby ostatni mecz GKS-u Katowice z Ruchem Chorzów.

Zawsze lubię prztyczki kibicowskie, takie przy których można się uśmiechnąć i je docenić. Tak było choćby w pierwszej połowie na Bukowej kiedy miejscowi fani wywiesili na blaszoku wielką fanę z hasłem „1964>1920”. Nie było to wulgarne, nikogo treścią nie obrażało. Dla mnie klasa.

W drugiej połowie wyszło jednak niestety wszystko, co uważam w kibicowaniu w naszym kraju za najgorsze. To otóż, że część fanów ma „tam, właśnie tam*” wszystko i wszystkich poza sobą.Już pod koniec meczu, kiedy GKS Katowic podjął szaleńczy wysiłek próbując wyrównać i już chwytał Ruch Chorzów (przy okazji: gratulacje za grę, trudno sobie wyobrazić, że będąc w takiej formie niebiescy mogliby spaść) za gardło - na przeszkodzie stanęli mu jego fani.

Jak to możliwe? To proste: w najgorszym momencie odpalili na stadionie racowisko. Przez efekty pirotechniczne na boisku mało co było widać, więc sędzia zarządził kilkuminutową przerwę w grze. To z kolei sprawiło, że piłkarze Ruchu, których obrona była coraz bardziej desperacka i kurczowa mogli sobie odsapnąć. To z kolei sprawiło, że chorzowianie zdołali dociągnąć satysfakcjonujący wynik do końca, co nie zawsze przecież w tym sezonie im się udawało. 

Problem, moim zdaniem, polega na tym, że dla niektórych fanów GKS-u sztubacka uciecha z numeru, jaki wykręcili na trybunach ważniejsza była niż to, co robiła ich drużyna na boisku, Że pokrzyżowali szyki piłkarzom? Mają to w...*. Niektórzy z nich naprawdę [sic!] wierzą, że GieKSa „to my, a nie wy”, tak bardzo są zakochani w sobie.

Uważam, że GKS Katowice to drużyna, która ciągle może bić się w tym sezonie o awans. Fakt - jest obecnie z tyłu tabeli, fakt - wiele razy w tym sezonie zdążyła już rozczarować. Ale kiedy przeanalizuje się ich możliwości i potencjał trudno jednak dojść do innych wniosków. Dlatego z przykrością ogląda się takie obrazki jakie miałem okazję zobaczyć w niedzielę wieczorem. Pod szatnią gospodarzy, przy stanie 0:2, jakiś oszołom już w przerwie wołał z wściekłością „wy k..., co wy robicie, mamy was na oku!”.

W obecnym czasach trudno zbudować silną drużynę opartą jedynie na wychowankach zapatrzonych we własny klub od dziecka. Buduje się ją raczej na piłkarzach sprowadzanych skądinąd. Na takich, którzy wiedzą, że w klubie zapewni im się rozwój. Są oni ważnym (czy wręcz dominującym) elementem każdej drużyny klubowej na świecie. Chodzi więc o to żeby piłkarze, których chciałaby sprowadzić GieKSa nie kręcili nosem, że kiedy przyjdzie przegrać będą musieli wysłuchiwać obelg. No i przede wszystkim żeby publika nie przeszkadzała im wygrywać.

Dlatego właśnie narośl, która wyrosła, Górniczemu Klubowi Sportowemu „Katowice” w tym nie pomaga. 

* Niech każdy z uczestników racowiska sam sobie objaśni, gdzie znajduje się to „tam”. I z ręką na sercu powie, że tak nie jest.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 216
Archiwum