wtorek, 21 lutego 2017
Pierwszy wyświetlony

Kilku sławnych piłkarzy Górnika Zabrze będzie miało w najbliższych miesiącach okrągłe urodziny. Abraham już za nimi, ale nie za obecnym trenerem Polonii Bytom. To właśnie dziś!

Andrzej Orzeszek to młodsza generacja, ale też kawał historii Górnika. Zdążył z nim zdobyć jeszcze trzy ostatnie mistrzostwa Polski, ale ostatnie mecze rozegrał w zabrzańskim klubie już w innej epoce, w XXI wieku (dokładnie w 2001 roku).

Ciekawe, że zapisał się w pamięci wielu kibiców Górnika jak żaden inny piłkarz zabrzańskiego klubu. Otóż 30 października 1988 roku odbył się na stadionie przy Roosevelta mecz w trakcie którego pierwszy raz działała słynna tablica świetlna, ówczesny symbol nowoczesności. Górnik wygrał wtedy 1:0 z Widzewem a jedyną bramkę efektownym strzałem głową strzelił właśnie Andrzej Orzeszek. Jego nazwisko rozbłysło więc na świetlnej tablicy jako pierwsze. Rozmawiałem z nim niedawno o tym wydarzeniu, ma świadomość, że niektórzy fani pamiętają je nawet do dziś.

Andrzej Orzeszek to fajny facet więc z przyjemnością dołączam się do życzeń urodzinowych. Prywatnie - spełnienia marzeń i zdrowia a zawodowo - utrzymania w lidze Polonii Bytom!

PS A tablica - choć trudno w to dziś uwierzyć działała zaledwie 10 lat, do 1998 roku. Potem przestała, a zdemontowano ją w 2011 roku.

PS1 Andrzeja Orzeszka (i nie tylko) spotkałem dziś na stadionie Górnika. Na Roosevelta odbyła się bowiem prezentacja efektownie wydanego albumu "Sportowcy z Zabrza". Autorem tekstu jest jeden z najlepszych śląskich dziennikarzy futbolowych red. Dariusz Czernik ze "Sportu". Zaletą są również wspaniałe zdjęcia, bardzo wiele z nich oglądam zachwycony po raz pierwszy. Człowiek kolejny raz może sobie uświadomić - tak, Zabrze to miasto sportu.

niedziela, 19 lutego 2017
Pewność zamiast przekonania

Zgodnie z oczekiwaniami Ruch ograł Legię w Warszawie. To żadna niespodzianka, przynajmniej dla mnie, w Polsce wyraźna hegemonia jednego klubu nad innymi wynikająca z działań systemowych to bowiem ciągle bajka mocowana jedynie przez marzenia dziennikarzy kibicujących tej drużynie. Legia sobie, przypuszczam, poradzi, zapewne nawet awansuje w tym sezonie do pucharów. Obiektywny obserwator musi również zauważyć, że dziś rzeczywiście starała się, walczyła, szarpała do samego końca i dlatego za ambicję należą się jej słowa uznania. Jednak przegrać z lepszym to naprawdę nie wstyd. Warszawiacy nie muszą się więc wstydzić tej porażki.

Dla Legii ten mecz nie był jednak tak istotny - trzeba to przyznać - jak dla Ruchu. Dla chorzowian dzisiejszy wynik to przecież świetna wiadomość, ale i sygnał dla innych. Mogło być do zera, ale nie ma co marudzić, bo wynik i tak zacny.

Widać jak na dłoni: w tej lidze nie ma przeciwnika, z którym nie dałoby się wygrać. Ruch w tym składzie personalnym jest w stanie osiągnąć wyśniony cel czyli czternaste miejsce w lidze - nawet mimo skandalicznego zabierania punktów. Ten mecz sprawia, że piłkarze już nie tylko w to wierzą. Oni już o tym... wiedzą! Nie muszą mieć już tylko przekonania, mogą mieć już pewność, że ten cel da się osiągnąć.

I to dziś było najważniejsze. 

PS Legia to całkiem duży klub więc nic dziwnego kibicuje mu także ichniejszy lumpenproletariat. Tak się składa, że lumpenproletariat zawsze kibicuje przecież największym... Od niektórych przedstawicieli owej warstwy społecznej (tych, którzy nie dostali ode mnie jeszcze za typowe lumpenproletariackie chamstwo bana na twitterze) dostałem przed meczem pozdrowienia pod hasłem "Legia rucha Rucha".

Nie za bardzo wiem o co im chodziło, ale i tak życzę im wszystkiego dobrego. Ja szanuję Legię, bo walczyła dziś do samego końca i opłaciło się: stać ją było nawet na honorową bramkę. Za to należą się brawa.

Biję więc brawo.

piątek, 10 lutego 2017
Słuchaj Ruchu

Masz do skrzydeł

przywiązaną złotą rybę

Jeśli ty odfruniesz

serce jej przestanie bić

Słuchaj Ruchu,

W klatce nie jest ci najgorzej

Źle jest wtedy

Kiedy nie chce się już żyć

 

PS Chodzi o to

By niebieskie

mnie kusiły często drzwi

wtorek, 10 stycznia 2017
Pazerność prowadzi do wypaczeń

FIFA zdecydowała, że od 2026 roku w finałach piłkarskich mistrzostw świata zagra 48 drużyn. Po "reformie" turnieju uczestnicy zostaną w pierwszej rundzie podzieleni na 16 grup po trzy drużyny. To oznacza zwiększenie łącznej liczby meczów z 64 do 80. 

W bajeczki FIFA o misji popularyzacji futbolu czy też wyrównywania szans mogą uwierzyć tylko naiwni. Wiadomo przecież, że jeśli kura znosi pięć złotych jajek naraz to dlaczego miałaby nie znosić siedmiu? Nawet to rozumiem (choć zrozumienie nie oznacza akceptacji).

Dla mnie - uważającego, że 32 uczestników finałów to ideał - problem nie polega nawet na fakcie, że będzie więcej meczów. Bardziej boli mnie, że nie zgadza się liczba uczestników. Nawet magicy z UEFA uznali, że 64 to byłoby za dużo. Ichniejsi prestigitatorzy wymyślili więc coś równie złego. A właściwie nie wymyślili. Przecież użyto tego już raz, w 1982 roku i od razu zarzucono. Grupa trójzespołowa na mundialu nie jest dobrym pomysłem. My - dzięki niezwykłym meczom z Belgią i ZSRR słusznie wspominamy ją świetnie, ale trzeba przypomnieć ile zespołów awansowało wtedy dalej z tych drużyn, które przegrały pierwsze mecze w ćwierćfinałach. Nie przegrać pierwszego meczu w trójzespołowej grupie może stać się myślą przewodnią tej fazy turnieju. Moim zdaniem to teoretyczne pole do wypaczeń.

1=> 2=> 4=> 8=> 16=> 32 to idealny zestaw. Nie ma tam miejsca na 48.

Jeszcze jedno: trudno mi sobie wyobrazić, żeby takie rozrośnięte mundiale organizował jeden kraj. A jeden organizator takiego turnieju zawsze był dla mnie jedną z najważniejszych idei.

Żałuję, bo mundial to jedna z niewielu spraw do których byłem szczególnie przywiązany. Niestety; FIFA żeruje na mnie i mnie-podobnych. Bo ja zawsze będę oglądać mundial. Nawet jeśli nie będzie mi się podobał regulamin tego turnieju, nawet jeśli wszyscy będziemy psioczyć. FIFA to doskonale wie.

piątek, 30 grudnia 2016
Górnik Zabrze i tak nie zmieni nazwy

Dziś po 110 latach kończy wydobycie ostatnia kopalnia w Zabrzu... KWK Makoszowy przed wojną działała jako Delbrückschachte (i już wtedy stworzyła własny zespół piłkarski). 

Nie muszę mówić jak ogromny wkład po wojnie górnictwo miało w rozwój i siłę Górnika Zabrze, to oczywiste. Piłkarze i trenerzy mieli etaty na kopalniach, wielu z nich właśnie na KWK Makoszowy. Wśród nich choćby Stanisław Oślizło.

Byłem na dole w wielu kopalniach, tej akurat nie. Zrobiłem sobie tylko przed jej bramą (kiedy jeszcze była połączona z KWK "Sośnica") zdjęcie z Lukasem Podolskim, który czekał na wujka aż skończy szychtę.

Wkład KWK Makoszowy w historię Górnika jest większy niż można przypuszczać. Jej dyrektorem w latach 1958-75 był Wiluś Kasperlik, jak wspominał mi Hubert Kostka „bardzo fajny i przyzwoity facet”. Zresztą Kasperlik sam krótko prezesował Górnikowi w połowie lat 50.

Mało kto wie, że kiedy unowocześniano stadion, za szatnie odpowiadała właśnie KWK Makoszowy. To jej nakładem powstały tam baseny z ciepłą i zimną wodą, sauna, nowiutkie łazienki z wszechobecną glazurą i bardzo wówczas modną dębową boazerią.

Żeby było jasne: nie zawsze życie piłkarzy jako górników było usłane różami. W 1974 roku klub prosił kopalnię Makoszowy gdzie akurat w tym czasie etat miał słynny Stefan Florenski o pozwolenie na podjęcie dodatkowego zatrudnienia w Górniku jako asystenta trenera. Kopalnia się zgadza, ale „zezwolenie niniejsze może być uchylone w każdej chwili w przypadku ujawnienia iż wykonywanie dodatkowego zatrudnienia pozostaje w sprzeczności z obowiązkami Obywatela w tutejszej kopalni”.

Mimo to w Zabrzu tak naprawdę piłkarzom nieba by przychylili. No bo z czym kojarzy się jeszcze to miasto przeciętnemu Polakowi? Kardiochirurgią i Zbigniewem Religą, też zresztą zagorzałym fanem Górnika.

Jedno jest pewne: choć fedrunek się kończy nikt nawet nie pomyśli żeby zmienić temu wspaniałemu klubowi nazwę. Wawel już na zawsze Wawelem pozostanie. Tak samo będzie z Górnikiem. 

PS Rozmawiałem o Górniku z jego dawną gwiazdą z najlepszych czasów. Ma sporo ciekawych przemyśleń. Ciągle wierzy w awans! Więcej - TUTAJ.

sobota, 24 grudnia 2016
Jak zniechęcić psa do biegania

Na jedną ze stu najważniejszych książek przeczytanych w życiu nie trafia się przypadkiem, nic o niej wcześniej nie wiedząc. Mnie to się właśnie przytrafiło.

                                        ***

Lubicie spacerować po księgarniach przeglądając co wam wpadnie w ręce? Ja uwielbiam. Co prawda zawsze wcześniej namierzam książkę o którą mi chodzi, a w księgarni jedynie spadam na nią jak sęp kołujący nad padliną, łapię i zadowolony biegnę do kasy*. Oczywiście podczas kołowania chwytam w ręce różne, pierwsze z brzegu książki, bo na tym przyjemność kołowania polega, ale - choć później czasami do niektórych z tych książek nawet wracam - nigdy nie kupuję ich od razu tylko dlatego, że przeczytałem szybko jakiś ustęp.

Tym razem było inaczej. Niedawno podczas takiego rekonesansu moja ręka całkowicie przypadkowo omsknęła się na cieniutką książeczkę w czerwonej okładce. Wyciągnąłem ją z półki i zajrzałem. A kiedy zajrzałem to zamknąłem ją zdumiony po godzinie i poleciałem do kasy.

Przyznaję z rumieńcem na twarzy: nie wiedziałem wcześniej kim był Ota Pavel. Te zawstydzające braki uzmysłowił mi kolega z redakcji, kiedy zachłyśnięty lekturą spytałem go czy słyszał kiedykolwiek o kimś takim, a on bez wahania odparł, że to ten facet co napisał „Śmierć pięknych saren”.

Niektórzy pogardzają reporterami sportowymi, uważają ich za gorszy sort. Na pewno nie czytali więc prozy Pavla, który już w wieku trzynastu lat pracował jako górnik na kopalni w Kladnie. Krótko po wojnie został komentatorem sportowym w czechosłowackim radiu, a od 1964 roku jego reportaże o tematyce sportowej zaczęły ukazywać się jako książki. Właśnie wtedy, podczas zimowych igrzysk w Innsbrucku zapadł na ciężką chorobę psychiczną męczącą go do śmierci, która przytrafiła się dziesięć lat później. Od wpadnięcia w chorobę pisanie było dla niego formą terapii.

„Bajka o Raszce” to zbiór w niezwykły sposób "wymyślonych" prawdziwych opowieści. Tytułowa opowieść poprowadzona jest jak baśń, ale baśń do której autor zrobił szczegółowy research. Kiedy czytałem jak Emil Zatopek zniechęcił do biegania psa to prawie zapomniałem oddychać z wrażenia. Zawsze myślałem, że najlepiej pisze się o piłce nożnej, tymczasem na ten zbiór składają się teksty o skoczku narciarskim, dwa o kolarzach, o alpinistach, szczypiornistach, lotniku, gimnastyczce, hokeistach i biegaczu. To nie są reportaże w ścisłym tego słowa znaczeniu, to raczej jedyne w swoim rodzaju „otapavelortaże”. Czytelnikiem miotają uczucia podziwu dla bujnej wyobraźni, umiejętności niecodziennych skojarzeń i niezwykłego bogactwa języka.

                                         ***

Ale dlaczego właściwie piszę o tej książce w tym miejscu? Co ona ma wspólnego ze Śląskiem? Cóż; Adamowi Małyszowi zabrakło chyba tylko jednego: żeby ktoś opisał jego karierę tak jak Ota Pavel napisał o zmarłym cztery lata temu Jirzim Raszce... A pretekst od biedy też się znajdzie. Otóż pierwsze zdanie brzmi: „W niewielkim mieście Frenštát pod Radhoštěm, pośród beskidzkich lasów żył sobie szewc Oldrich Raszka”. Na Śląsku też są Beskidy, Frenštát leży w kraju morawsko-śląskim:)

Wiem, że pretekst trochę naciągany, ale czy żeby zachwycić się taką książką potrzeba pretekstu?

 

Ota Pavel

„Bajka o Raszce i inne reportaże sportowe

wyd. Dowody Na Istnienie

PS Na szczęście Ota Pavel pisał też o futbolu. Błagam: niech ktoś wyda w Polsce „Dukla mezi mrakodrapy” z 1964 roku!

PS1 Wszystkiego dobrego na święta wszystkim. Zdrowia!

*nie kupuję książek przez internet. Niczego nie kupuję przez internet. Kupowanie przez internet przypomina mi działanie orgazmotronu ("Śpioch", reż. Woody Allen, prod. USA, 1973). Dlatego własnoręcznego kupowania będę się trzymał już do końca - albo rzeczywistości pozainternetowej albo mnie.

10:59, pavelczado , Książki
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 grudnia 2016
O skupieniu, szaleństwie, wierności i smutku
"Piłka nożna bez kibiców jest niczym" - tak uważał słynny szkocki trener Jock Stein, który z Celtikiem Glasgow niespełna pół wieku temu wygrał Puchar Europy.

Stein ukochał futbol aż za bardzo: 10 września 1985 roku, w trakcie meczu eliminacji do mundialu w Meksyku z Walią na Ninian Park zmarł na zawał serca. Jego słowa jednak pozostały i to one rozpoczynają niezwykły fotograficzny album "Going to the match" Przemka Niciejewskiego. W Polsce dotąd nie ukazało się chyba nic podobnego. To opowieść o kibicowaniu: o przeżywaniu, radości, skupieniu, szaleństwie i wierności, uniesieniu i smutku.

Na ponad dwustu stronach starannie wydanej publikacji Niciejewski prowadzi nas przez kibicowski świat. Nie tylko w Polsce. Oprowadza nas prawie po całej Europie, w albumie znajdziemy również mnóstwo fot z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Jak to dobrze, że są również zdjęcia z Górnego Śląska. Dla autora pod względem futbolowym to miejsce niezwykłe. – Jest w tym miejscu jeszcze wiele starych stadionów na których panuje niezwykła atmosfera, które mają duszę. Warto to uwiecznić – opowiada mi Przemek. Wyszło mu świetnie. Na jego zdjęciach widać, że piłkę nożną, najwspanialszy sport świata kocha się tak samo zarówno w Londynie jak i Łyskorni. Że futbol kochają w równym stopniu staruszki z Oldham jak i chłopcy z Zambrowa.

Warto dodać, że wstęp do tego albumu napisał Jonathan Wilson. Dla miłośników literatury futbolowej to guru. Ten brytyjski dziennikarz sportowy, piszący m.in. dla Guardiana, The Independent i Sports Illustrated, opublikował kilka bestsellerów. Jego „Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej” podbiła świat. W tym roku wydał opowieść o argentyńskim futbolu. Jego „Aniołowie o brudnych twarzach” mają też wyjść w Polsce.

Wilson opisuje jak to się stało – i co stało się później – kiedy w wieku sześciu lat pierwszy raz usiadł na trybunach. W jego przypadku był to Roker Park, stadion Sunderlandu. Pisze o tym jak opanowało go to dojmujące uczucie, którego doświadczamy przecież wszyscy, którzy kochamy futbol.

Warto.

Going to the match

Przemek Niciejewski

wyd. Magnus

19:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (2) »
środa, 21 grudnia 2016
Żegnam się

Nigdy nie jest tak, że zawsze będzie tak samo. Pewne jest, że coś zawsze się kończy.

W latach 2011-16 kierowałem m.in. witryną „Śląsk.Sport.pl”. To był interesujący czas. Żegnam się i dziękuję za wszystko.

Odtąd proszę nie szukać moich tekstów zarówno tam jak i na "Sport.pl". Proszę już nie kojarzyć mnie z tymi witrynami.

Na szczęście nadal będę mógł współpracować z najlepszym, moim zdaniem, prasowym dziennikarzem sportowym w woj. śląskim czyli Wojtkiem Todurem. Nasze teksty będziecie mogli znaleźć na "Katowice.wyborcza.pl". Będzie nam miło, jeśli będziecie tam wpadać.

PS No i zostaje Czadoblog. Tutaj zawsze będę mógł być triceratopsem.

poniedziałek, 19 grudnia 2016
Czy Zbigniew Boniek był na Gwiezdnych Wojnach

Śmiać mi się chce. Werdykt w sprawie Ruchu zostanie przez niektórych przyjęty tak, że klub jest winny, bo są minusowe punkty. Ale jeśli przyjrzycie się werdyktowi - to oczywista bzdura.

W dzisiejszym obszernym komunikacie Komisji Licencyjnej dotyczącej chorzowskiego Ruchu zwracają moją uwagę przede wszystkim dwa zdania. Brzmią one następująco:

a) Ruch Chorzów udowodnił, że odmienna od prezentowanej przez Komisję interpretacja punktu 10.2.2 Podręcznika nie miała charakteru oszustwa

b) naruszenie przepisów zobowiązujących Ruch do wykazania zadłużenia Fundacji w dokumentacji licencyjnej nie miało charakteru umyślnego.

Oznacza to, że wszyscy, którzy oskarżali Ruch o OSZUSTWO przed wydaniem wyroku powinni teraz uprzejmie przeprosić i liczyć, że klub nie poda ich do sądu o zniesławienie. Przecież właśnie o to przede wszystkim toczyły się boje: że ludzie w Chorzowie są oszustami. Niektórzy pewni siebie "dziennikarze" ogłosili to jeszcze przed zakończeniem postępowania. Przypominam tytuły: "Ruch przez lata ZATAJAŁ długi przed PZPN". Słowo "zatajał" sugeruje działanie intencjonalne. Werdykt Komisji Licencyjnej świadczy, że działania intencjonalnego nie było. Czy teraz, kiedy okazało się, że to nieprawda, niektórzy zachowają się z klasą czy raczej jak zwykli szmaciarze?

Czy powiedzą/napiszą, że przepraszają za przedwczesne insynuacje? Że jest im przykro? Że ich poniosło? Nie sądzę, choć chciałbym się mylić. Zapewne nawet na ten temat nie zakwikną, oczywiście będzie cicho - tak jakby nikt nigdy nie oskarżał Ruchu Chorzów o oszustwo. Ba, zapewne odtrąbią zwycięstwo, triumfalnie ogłaszając, że skoro są jednak minusowe punkty to Ruch jest oczywiście winny.

Ale zważcie: ogłaszane zawczasu przy dźwiękach werbli rzekome ogromne rozmiary kar od których zachłysnęłaby się nawet Barcelona, okazały się nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością, pełną pustosłowia szarżą. Klub miano spuścić do niższej ligi, odebrać dziesiątki punktów, nie tylko w tym także w przyszłym sezonie itd. Generalnie miało być posprzątane! A tymczasem?

Osobiście uważam, że Ruch powinien wyjść z tego starcia w ogóle bez strat własnych, czyli bez żadnych minusowych punktów. Rozumiem jednak, że druga strona za wszelką cenę chciała zachować twarz.

Ostatecznie Ruchowi - co i tak uważam za wielką niesprawiedliwośćodebrano 8 punktów, z zastrzeżeniem, że cztery z nich nie zostaną odjęte, jeśli fundacja do końca stycznia spłaci zaległości finansowe wobec piłkarzy. Można więc z dużym prawdopodobieństwem już założyć, że Ruch ostatecznie straci jedynie cztery punkty czyli po podziale - dwa. Z kolei przy takim założeniu można już wierzyć, że z tymi piłkarzami i z tym trenerem klub obroni ekstraklasowy byt. To jest całkiem dobry na polskie warunki zespół. Na szczęście wiosną będzie miał szansę to udowodnić.

Moim zdaniem najbardziej sprawiedliwym wyrokiem byłby całkowity brak kary. Ruch reguluje zobowiązania, na ile może. Nie może naraz, ale należne pieniądze generalnie ciągle skapują tam gdzie powinny. Oczywiście idealnie byłoby gdyby długów nie było, ale prawda jest taka, że są. Ruch jednak je spłaca.

                                                ***

Na koniec jeszcze jedno (last but not least):

W każdym cywilizowanym kraju nie ogłasza się decyzji sądów, trybunałów, komisji zanim same tego nie ogłoszą.

Tymczasem Zbigniew Boniek dziś zatwittował:

"Sami się karze poddali, czyli wiedzą ,ze kręcą i manipulują, później coś o jakiej zemście mówi. Mali ludzie, szkoda kibiców i piłkarzy:-))"

Zdumiało mnie, że prezes PZPN zatwittował w momencie kiedy nie ogłoszono jeszcze werdyktu Komisji Licencyjnej. Ba, było to w momencie kiedy posiedzenie Komisji jeszcze trwało! Już abstrahuję od założenia, że jakiej niby karze Ruch Chorzów miał się poddać skoro nie była jeszcze ustalona? Skąd Zbigniew Boniek miałby to wiedzieć? Ciekaw jestem jak Krzysztof Sachs skomentowałby ten sympatyczny tweet prezesa PZPN...

Żeby było jasne: tak naprawdę nie chce mi się wierzyć, żeby te słowa prezesa dotyczyły Ruchu Chorzów. Poważnie! Przypuszczam, że pan Boniek napisał te słowa rozemocjonowany kinowym seansem najnowszych "Gwiezdnych Wojen". Moim zdaniem tak bywały w świecie i inteligentny człowiek nie pozwoliłby sobie na coś tak dyskwalifikującego. Kto przecież skacze na główkę do pustego basenu?

PS A zakaz transferów to już jakaś kompletna farsa:)))) Znów chodzi o sprawy sprzed lat... Ruch dostał od PZPN-u papier, że wszystko spłacił, a wcześniej przecież wydał miliony na pokrycie zobowiązań poprzednich właścicieli (co nie o każdym - jak doskonale wiecie - w tej ekstraklasie można powiedzieć) i teraz jakiś kolo przywala mu karę. Spokojnie: proponuję podchodzić do tej decyzji beznamiętnie i zaczekać do momentu aż rzeczywiście zostanie wyegzekwowana... Już żeśmy to przerabiali nieraz i nie dwa, prawda? 

poniedziałek, 12 grudnia 2016
Dziwne ruchy

Wybuchła afera związana z chorzowskim Ruchem.

Wypada rozpocząć od podstawowej i NAJWAŻNIEJSZEJ konstatacji: pacta sunt servanta więc chorzowski klub musi wreszcie kiedyś - co oczywiste - wypłacić wszystkie należności piłkarzom. Tak nakazują wyroki sądów, ale tak nakazuje również moralność. Nawet nie ma co o tym w ogóle dyskutować.

Niemniej - przy okazji - niektóre, być może mało uchwytne fakty zmuszają do przystanięcia. Zastanowienie się nad nimi może pozwolić złapać tło całości.

Przede wszystkim apeluję żeby zaczekać na końcowe ostateczne decyzje organów władnych w tej sprawie: 

a) jeśli wszystkie informacje ujawnione przez portal "Weszło"* w przedstawionym świetle potwierdzą się, Ruch czeka zapewne kara. Zdumiewa mnie jednak, że po pierwsze: ujawniając fakty nie próbowano zapytać o zdanie przedstawicieli klubu (nie zauważyłem formułki stosowanej kiedy próbuje zdobyć się informacje od flekowanej strony zakończonej odmową komentarza). Po drugie dziwię się, że sprawę przed jej zakończeniem już komentuje kierownik działu licencji i dyrektor departamentu rozgrywek krajowych PZPN, a więc szef istotnych instytucji dla których decyzja o karze ma znaczenie. Mało tego: sugeruje nawet możliwy rodzaj kary. Czy to nie skłania do refleksji, że podejrzanemu wymierza się karę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku? Nie pamiętam żeby tak ostatnio robiło - może było tak w pierwszej połowie lat 50.?

Na obecną chwilę wygląda to tak, że przedstawicieli Ruchu zlinczowano zanim jeszcze cokolwiek zdołali z siebie wydusić. Komuna pełną gębą. Poczekajmy jak to przedstawią od własnej strony. A może linczujący popełniają błąd? Może okaże się jeszcze, że Ruch ma coś w zanadrzu na obronę? Nie wiem.

b) Ciekawe kto kogo poinformował o aferze? Zastanawiam się: portal Komisję Licencyjną czy raczej Komisja Licencyjna portal? Spytacie - ale czy to w ogóle ważne? Najważniejsze, że wyszło. Ale moim zdaniem jednak ta informacja jest ważna. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że portal wykonał godną podziwu pracę dziennikarzy śledczych i to dzięki jego własnym informacjom do boju ruszyła stojąca na straży praw Komisja Licencyjna. Już jednak lada moment posiedzenie w sprawie więc raczej oczywiste, że to niemożliwa ścieżka: to jednak Komisja Licencyjna (lub ktoś spoza Komisji, kogo dopuszcza ona do swoich ustaleń a więc bierze za to odpowiedzialność) poinformowała zaprzyjaźniony portal.

Informacja wypływa jeszcze zanim sprawę sfinalizowała Komisja. Czy to codzienność dotycząca spraw, którymi się zajmuje? Powiecie, że screeny dokumentów podesłał któryś z byłych pracowników klubu. Ale w kontekście dat wyroków zasądzających wypłaty dlaczego miałby to zrobić dopiero teraz, już w przeddzień wyjścia sprawy na światło dzienne?

Nie jest więc moim zdaniem prawdą, że portal coś ujawnia dzięki warsztatowi używanemu przez dziennikarzy śledczych. Portal wyprzedza inne media w kontrolowany sposób przy okazji sprawiając wrażenie, że ujawnia niespodziewaną aferę. Aferę, która lada moment i tak - powtarzam - ujrzałaby światło dzienne.

c) sposób pisania tekstów w  zaprzyjaźnionym z PZPN portalu pozwala na charakterystyczną praktykę - tam nie oddziela się informacji od komentarza więc od razu można informację skomentować tworząc jeden tekst co u mniej wyrobionych czytelników może powodować wrażenie, że komentarz jest częścią informacji czyli właściwie sam jest informacją. Dlaczego daje to do myślenia?

Cytat z tekstu:

"Sytuacja jest o tyle szczególna, że Komisja Licencyjna gra o swoją reputację. Jeśli nie zareaguje z niezwykłą stanowczością, okaże się, że jej przepisy można kreatywnie obchodzić i nie niesie to za sobą żadnych poważniejszych konsekwencji. Mówiąc krótko – KL stoi pod ścianą, bo albo będzie to dla niej moment, w którym umocni swoją pozycję, albo stanie się bardziej kółkiem dyskusyjnym. A dobrze wiemy, że w tym gremium zasiadają zbyt poważni lidzie by chcieli przekształcić się w kółko dyskusyjne..."

Sprytny manewr: to ewidentne sugerowanie co powinno się stać czyli nacisk na niezależną komisję. Jak myślicie: czy komisja ma coś przeciwko takiemu naciskowi...

d) mocno, bardzo mocno żenuje mnie parszywa radość z tego co przytrafia się Ruchowi i jej kibicom. To obrzydliwe. Szczególną przykrość sprawiają mi tego rodzaju odgłosy  z Górnego Śląska. Doskonale rozumiem, że można kibicować przeciw jakiejś drużynie. Nie rozumiem już jednak jak można życzyć jej upadku. No chyba, że tylko udaje się zainteresowanie futbolem albo zainteresowanie pisaniem o futbolu...

PS W żadnej mierze nie będzie mi przeszkadzać, że "według Czady to spisek". Najwyżej się uśmieję.

PS1 Być może - ale tego nie przesądzam - słowo "spisek" wróci jeszcze w innym kontekście. Pamiętacie ze szkoły sprzysiężenie Katyliny z 63 p.n.e.? Okazuje się że to klasyczny przykład dylematu interpretacyjnego. Nie warto patrzeć na wszystko z jednej strony:)

*pierwotnie nazwy "Weszło" nie było w tym wpisie. Przepraszam za paskudną zagrywkę, chciałem sprawdzić dla kogo konkretnie to będzie najważniejszy element tego tekstu. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 211
Archiwum