piątek, 26 sierpnia 2016
Zbigniew Boniek nowym prezesem PZPN

Po wyborach w Śląskim Związku Piłki Nożnej to już raczej przesądzone. Zbigniew Boniek, szef PZPN, który niedawno zadeklarował, że będzie się ubiegać o ponowny wybór, mógł jeszcze niedawno obawiać się opozycji z naszego okręgu. Teraz już nie musi.

Gdyby wygrał Zdzisław Kręcina, mógłby stworzyć front, który byłby w stanie pokrzyżować plany Bońkowi. Oczywiście, niejedna z osób obserwujących wydarzenia w centrali polskiego futbolu z politowaniem by się uśmiechnęła na takie prognozy, ale żadni z nich znawcy. Wyrabiają sobie zdanie, biorąc pozory za rzeczywistość i są przekonani, że wszystko wiedzą, choć błądzą jak dziecko we mgle.

Kręcina niejednego zmylił. Uchodzi za śmiesznego, pucołowatego kolesia, pochrapującego w samolocie między Wrocławiem i Warszawą. Nic bardziej mylnego. Prawda jest bowiem taka, że to bardzo bystry facet. Oczywiście można z nim się nie zgadzać (według niektórych nawet należy), ale na pewno nie powinno się go lekceważyć. Moim zdaniem Zbigniew Boniek doskonale o tym wie - tym bardziej prawdziwe i szczere są jego gratulacje na twitterze dla Henryka Kuli, kontrkandydata Kręciny, który ostatecznie wygrał te wybory.

Kula, nieznany dotąd szerszej opinii publicznej, startował jako delegat Ludowego Klubu Sportowego "Sokół" Wola grającego w tyskiej A-klasie. Namaścił go schodzący ze sceny prezes Rudolf Bugdoł, który doszedł do porozumienia z Bońkiem już wcześniej. Kula od kilkunastu lat jest wiceprezesem śląskiego związku (od spraw sędziowskich i spraw rozgrywek) i ustępujący prezes* ma do niego zaufanie.

Przyznam, że wynik wyborów w trakcie tego wielogodzinnego zjazdu w ogóle mnie nie zaskoczył, bo z przebiegu obrad można było domyślić się takiego finału. Na początku ustępujący prezes zaproponował oto na przewodniczącego zebrania Krzysztofa Seweryna, którego pamiętam jeszcze jako trenera II-ligowych wówczas Szombierek w latach 90. Teraz Seweryn rządzi podokręgiem Bytom i jest radnym w Piekarach z ramienia PiS (w poprzedniej kadencji był nawet przewodniczącym rady tego miasta). Żeby pokazać, że podziały w piłce wcale nie idą po linii politycznej nadmienię, że w tym momencie delegat Grzegorz Janik z Rybnika, choć jest posłem z listy PiS, zgłosił Sewerynowi kontrkandydata. Był nim Zbigniew Waśkiewicz, były rektor katowickiej AWF, prezes Rozwoju Katowice, który nie ukrywał wsparcia dla Zdzisława Kręciny.

Z uwagą przyglądałem się temu głosowaniu. 77:43 wygrał Seweryn, co dla mnie było ewidentnym sygnałem, że akcje Kuli stoją wśród delegatów jednak wyżej niż akcje Kręciny.

Były sekretarz PZPN próbował zmienić sytuację podczas brawurowego przemówienia. Tu zauważam kolejny brak przypadku. W proponowanym porządku obrad w ogóle nie było bowiem miejsca na przemówienia kandydatów! Myślę, że układający porządek mogli zdawać sobie z tego sprawę. Pomysł przemówienia do delegatów zgłosił dopiero Zbigniew Waśkiewicz, a sala się zgodziła. Kręcina jako mówca - choć nie jest oratorem wszech czasów - bije na głowę doświadczeniem rywala. Potrafi improwizować. Tego drugiego ratował jednak fakt, że obaj kandydaci musieli zmieścić się w pięciu minutach.

Delegat Piasta Gliwice ostro zaatakował Zbigniewa Bońka za nieobecność na katowickim zjeździe. - Fakt, że go tu nie ma, jest najlepszym dowodem, jak nas traktuje. Trzeba zrobić wszystko, żeby Śląsk znaczył o wiele więcej niż dziś - grzmiał, a przemówienie zakończył barwnie, wręcz odlotowo. - Gwarantuję, że w 2020 roku, na jubileuszu stulecia śląskiego związku oprócz prezesa PZPN pojawi się również mój dobry kolega... prezes FIFA Gianni Infantino!

To, co mówił Kręcina rzeczywiście bardziej wbiło się w pamięć niż przemówienie Kuli, który opowiadał o poprawie szkolenia dzieci i młodzieży, organizacji szkoleń dla trenerów, obiecywał pozyskanie nowych sponsorów oraz położenie większego nacisku na rozwój futbolu kobiecego i futsalu. Kula nie czuł się jednak pewnie. Tuż przed głosowaniem w kuluarach stwierdził - co sam słyszałem - że jeśli przegra będzie miał co robić w życiu. 

Kręcina nie zdołał jednak odwrócić nieuchronnego. Głosowanie przegrał wprawdzie niżej niż Waśkiewicz z Sewerynem, ale jednak w podobnych rozmiarach. Komisja wyniosła urnę w ustronne miejsce i przeliczyła głosy: skończyło się 72:51 dla Kuli.

Ten po wyborach odetchnął z ulgą. - Myślę, że zwyciężyła piłka. Muszę środowisko jednoczyć, dlatego myślę o współpracy ze Zdzisławem Kręciną - stwierdził kilka minut po wyborze (wątpię w taki rozwój sytuacji, ale kto wie?).

Podczas zebrania delegaci przedstawili kilka ciekawych problemów. Denerwowali się choćby, że koszty związane z sędziami są zbyt duże. - Na delegację dostaję 15 zł a sędziom za dojazd muszę zapłacić 30 zł. Tak nie może być - złościł się jeden z delegatów. Inny wzburzony mówił, że w pasie przygranicznym Czesi i Słowacy grabią małe śląskie kluby z talentów. - Nikt nad tym nie panuje. Obiecują rodzicom złote góry i ci wypuszczają dzieci do klubów w Czechach i Słowacji! - narzekał. Kręcina obiecywał, że załatwi tę sprawę na spotkaniu z władzami tamtejszych związków, nie będzie miał jednak takiej szansy. 

Obrady były interesujące choć momentami mocno irytujące. Na dzień dobry odczytywano listę ponad stu siedemdziesięciu delegatów, którzy - jak w szkole - zgłaszali obecność wyciągając w górę rękę.Potem zaczęto dyskutować nad sposobem głosowania i zapachniało groteską. Okazało się, że można skomplikować nawet coś tak prostego, jak wybór zwycięzcy spośród dwóch kandydatów. Trzeba było ustalić, czy tego, którego wyboru sobie życzymy, trzeba zaznaczyć, czy może drugiego, którego nie chcemy mamy z niej skreślić. Chyba nie tylko ja odniosłem wrażenie, że wielu delegatów od tych dywagacji miało mętlik w głowie. Ale... może - jak niektórzy szeptali - ta dyskusja o metodzie głosowania była sprytnym wybiegiem frakcji Kręciny? Przyznam, że sam nie jestem pewny.

Jednak kiedy jeszcze przed głosowaniem usłyszałem od jednego z delegatów gromkie i rozdzierające "powinna nastąpić reasumpcja** głosowania!!!", który wygłosił tę kwestię tonem, którego mógłby użyć Rejtan w 1773 roku - poczułem się irracjonalnie. Aż musiałem wyjść i się napić...

Po trzaśnięciu dwóch kaw wróciłem na salę obrad (w przerwie prezes jednego z ligowych klubów przytoczył mi opowiastkę o Polaku, który miał dwie kulki, jedną gubiąc a jedną psując, co jeszcze lepiej wprowadziło mnie w specyficzny nastrój obrad).

Co dalej? Nie mam pojęcia jakim Henryk Kula jest człowiekiem, nie mam również pojęcia jakim będzie prezesem. Niesprawiedliwe byłoby go więc oceniać już teraz, bowiem po czynach go poznacie.

Nie potrafię jednak oprzeć się przekonaniu, że to wybór koncyliacyjny, ostatecznie podporządkowujący nasz okręg Zbigniewowi Bońkowi.

Kula przyznawał wcześniej w jednym z wywiadów, że po czterech trudnych latach spowodowanych faktem, że śląski związek poparł w poprzednich wyborach na prezesa PZPN innego kandydata niż Boniek ważne jest odbudowanie bardzo silnej pozycji naszego regionu. Czy można z tego wnioskować, że kolejne lata według koncepcji Kuli będą łatwiejsze dlatego że śląski związek poprze tym razem kogo należy?

Sprawa moim zdaniem jest przesądzona. Można chyba ogłosić, że najbliższe wybory na szefa PZPN wygra Zbigniew Boniek. 

* w uznaniu zasług ustępującemu Rudolfowi Bugdołowi przyznano tytuł honorowego prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej.

** reasumpcja - ponowne rozpatrzenie sprawy przez ten sam organ połączone z równoczesnym uchyleniem skutków uprzedniego rozstrzygnięcia.

17:38, pavelczado , ŚZPN
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Apeluję o rozsądek

Doszło do strasznej tragedii. W weekend w okolicach dworca w Katowicach od ciosu nożem zginął młody mężczyzna. Mimo reanimacji zmarł w szpitalu.

Okazało się potem, że w przeszłości był piłkarzem drużyn młodzieżowych GKS-u Katowice.

Z tego co czytam na razie nie wszystko wiadomo o szczegółach. Dlatego apeluję do wszystkich o wstrzemięźliwość w sądach, opiniach. Bardzo łatwo powiedzieć o słowo za dużo, które potem może być kołem zębatym w nakręcaniu spirali przemocy i zbrodni.

Żeby napisać, że były piłkarz GKS-u Katowice został zamordowany trzeba mieć pewność, że został zamordowany dlatego, że był piłkarzem GKS-u Katowice. To zdanie jest kluczowe w tym tekście. Jeśli nie mamy tej pewności - a moim zdaniem nikt jej nie ma - powinno się napisać, że młody mężczyzna zginął od ciosów nożem.

Rozumiem pogoń za chwytliwym newsem, sam pracuję w tej branży. Ale ta szaleńcza pogoń nakręcona do granic możliwości w dobie internetu nie powinna przesłaniać zdrowego rozsądku.

Chyba, że chcemy mieć ciąg dalszy. Chcemy?

15:06, pavelczado , żal
Link Komentarze (9) »
niedziela, 21 sierpnia 2016
Kolejny absurd związany z zamykaniem stadionów

Wiadomo, że nie wszystkie przepisy od razu wymyślono, ale wiadomo, że powinno się je w miarę możliwości uszczegóławiać. Bo jak nie - dochodzi do absurdu. Idealnym przykładem jest według mnie sobotni mecz Cracovii z Ruchem Chorzów. 

Spotkanie odbyło się przy pustych trybunach. Wszystko dlatego, że Najwyższa Komisja Odwoławcza PZPN zarządziła 12 lipca wykonanie kary rozegrania przez krakowski klub jednego meczu bez udziału publiczności (wcześnie ta kara była zawieszona na 18 miesięcy). Komisja Ligi Ekstraklasy nałożyła na Cracovię tego rodzaju karę w związku z naruszeniem porządku i bezpieczeństwa podczas meczu z Pogonią Szczecin, który został rozegrany 18 kwietnia 2015 roku.

Stadion przy Kałuży miał być zamknięty dla kibiców na mecz pierwszej kolejki z Piastem Gliwice, jednak działacze Cracovii poprosili o wystąpienie z wnioskiem o wznowienie postępowania w tej sprawie. To wstrzymało wykonanie kary więc mecz Cracovia - Piast odbył się z udziałem publiczności. Teraz jednak mecz odbył się bez udziału kibiców.

Ja to wszystko rozumiem. Nie chcę wnikać w zasadność kary, nie to jest tematem tego wpisu. Tematem jest raczej fakt. że znowu karze się niewinnych i ogranicza ich swobody obywatelskie.

Wiadomo, że niemożność zobaczenia meczu z trybun to kara dla kibiców Cracovii. Dlaczego jednak każe się kibiców Ruchu, którzy chcieli ten mecz zobaczyć, a zupełnie bez racjonalnego powodu nie mieli takiej możliwości? Przecież w ogóle nie mieli związku z wydarzeniami za które została nałożona kara. Znowu odpowiedzialność zbiorowa? Kto jest w stanie racjonalnie to wytłumaczyć?

Moim zdaniem to może być fantastyczny pomysł na utemperowanie kibolstwa. Jeśli kibolstwo zadymi i zostanie ukarane niemożnością oglądania własnej drużyny dodatkowo skarze ją na doping z trybun własnego stadionu tylko kibiców przyjezdnych. 

Taki mechanizm mogłby spowodować, że niektórzy trzy razy bardziej zastanowią się czy warto źle zachowywać się podczas meczu! A jeśli się nie zastanowią - cóż, będzie to dobitnie świadczyć, że wcale nie o piłkę i wspieranie własnej drużyny im chodzi.

16:54, pavelczado , żal
Link Komentarze (8) »
sobota, 20 sierpnia 2016
Panie wojewodo! Jak można pójść na taką łatwiznę?!

Coraz częściej zdarza się, że połączenie słów „wojewoda” i „futbol” budzi we mnie dreszcz. Najgorzej kiedy władza wtrąca się tam gdzie nie powinna się wtrącać.

Jak się okazuje wojewoda śląski Jarosław Wieczorek właśnie zdecydował, że interesująco zapowiadający się środowy mecz piątej kolejki pierwszej ligi między GKS-em Katowice a Zagłębiem Sosnowiec odbędzie się bez kibiców gości. Nie mogłem w to uwierzyć więc zadzwoniłem do obu klubów żeby upewnić się czy dobrze słyszę...

Wydaje się, że cichym idolem Wieczorka jest chyba jego poprzednik Piotr Litwa, który również decydował się na tego rodzaju kuriozalne rozwiązania i namiętnie zamykał stadiony lub ich część.

Obecna decyzja Wieczorka jest moim zdaniem jednak wyjątkowo skandaliczna. Nie jest to bowiem nawet rodzaj „kary”, choć przy okazji przypominam, że w społeczeństwie obywatelskim odpowiedzialność zbiorowa powinna być wykluczona, a karani powinni być tylko ci, którym udowodniono winę. To już raczej – co mnie jeszcze bardziej bulwersuje – zakaz prewencyjny, podjęty ot, tak, na wszelki wypadek. Tak jakby prawo działało nie wstecz a już w przód!

Uważam to za niebezpieczny precedens. Rozwiązanie może się wojewodzie niestety spodobać, a tak się składa, że w obecnym sezonie w pierwszoligowym sezonie meczów podwyższonego ryzyka z udziałem drużyn z naszego regionu, których kibice nie przepadają za sobą będzie mnóstwo.

Czy skłonności Jarosława Wieczorka do zamykania mogą oznaczać, że w najbliższym czasie:

3 września – w siódmej kolejce – wojewoda zamknie stadion Podbeskidzia dla fanów GKS-u Katowice? Kibice obu drużyn nie przepadają za sobą;

17 września – w dziewiątej kolejce – wojewoda zamknie stadion Podbeskidzia dla fanów Zagłębia Sosnowiec? Kibice Zagłębia mają „zgodę” z fanami futbolowej drużyny BKS-u Bielsko-Biała, którzy z kolei nie są zakochani (z wzajemnością) we fanach Podbeskidzia;

1 października – w jedenastej kolejce – wojewoda zamknie stadion GKS-u Tychy dla fanów GKS-u Katowice? Kibice obu drużyn nie przepadają za sobą (w tym wypadku być może powinienem powtórzyć to po trzykroć).

Nie ma w tym zestawieniu meczu z szóstej kolejki. Wojewoda nie zamknie Stadionu Ludowego w Sosnowcu dla fanów Górnika Zabrze – przyjezdnych obowiązuje kara w czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie. Kłopot z głowy!

Zestawów następnych kolejek nie chce mi się już przeglądać, ale zapewniam – można układać dowolne konfiguracje i ciągle zadawać to samo pytanie.

Oczywiste jest, że za bandyckie zachowania i karczemne awantury chuliganeria powinna być bezwzględnie ścigana i pociągana do odpowiedzialności.

Czy jednak ludzie, którzy są nieawanturujący się i chcą tylko zobaczyć mecz ulubionej drużyny (myśli pan, że istnieją, panie wojewodo?), powinni być prześladowani? Ktoś nie zdaje sobie chyba sprawy, że pozbawienie możliwości zobaczenia wyjazdowego meczu ulubionej drużyny bez powodu mógłby być uznany za rodzaj prześladowania!

Futbol to nadzwyczajny sport i wywołuje nadzwyczajne namiętności. Zawsze tak było. Za okupacji na meczach tzw. śląskiej gauligi zdarzały się awantury; kibice TuS Schwientochlowitz nienawidzili się ponoć zwłaszcza z fanami 1.FC Kattowitz. Po wojnie, w latach 60. pierwszy szef klubu kibica Ruchu Chorzów był bezwzględnie ścigany po Stadionie Ludowym a ochronili go dopiero piłkarze niebieskich.

Zakazy prewencyjne nie powinny być jednak stosowane. Zwłaszcza wtedy gdy sektory przygotowane dla fanów przyjezdnych spełniają wszystkie wymogi, a i tak nie mogą być wykorzystane.

Nie tak to powinno wyglądać.

00:04, pavelczado , żal
Link Komentarze (21) »
środa, 17 sierpnia 2016
Pele to super gość

Uwielbiam spotykać się ze śląskimi piłkarzami, którzy robili kariery w XX wieku. Wielu z nich miało niezwykłe przeżycia - zarówno za bajtla, potem w szczytach kariery, i wreszcie zagranicą gdzie kończyli przygodę z piłką. Ich wspomnienia często zaskakują...

Dotąd myślałem, że śląskimi futbolistami, którzy najwięcej mogliby powiedzieć o słynnym Pele byli Edward Szymkowiak, Eugeniusz Faber, Jan Liberda albo Eugeniusz Lerch. To dlatego, że w 1960 roku grali w reprezentacji Górnego Śląska przeciwko Santosowi w słynnym meczu na Stadionie Śląskim. Albo Stanisław Oślizło, Włodzimierz Lubański czy Zygmunt Anczok. Oni z kolei dlatego, że w 1966 roku grali w reprezentacji Polski przeciwko Brazylii na Maracanie.

O Pele sprawozdawca katowickiego "Sportu" pisał: "Trzeba przyznać, że jest to fenomenalny zawodnik. Barczysty, doskonale zbudowany Murzyn dysponuje olśniewającym zestawem tricków, techniką wyśrubowaną do szczytu perfekcji, kondycją, szybkością i bombą nie z tej murawy".

Okazuje się jednak, że pewien śląski piłkarz zna Pelego z zupełnie innego okresu - na początku drugiej połowy lat 70. grali razem w zawodowej North American Soccer League.

Zresztą zawodnik i którym wspominam ma niezwykle ciekawy życiorys - zanim w 1974 roku trafił do Ameryki, w której mieszka zresztą do dziś przez dekadę był piłkarzem Ruchu Chorzów, zdobył z nim mistrzostwo Polski.

Dziś może to wydawać się nieprawdopodobne, ale mój rozmówca jest żywym przykładem na to, że można było wychować się w Chorzowie, a w dzieciństwie wcale nie być kibicem Ruchu. Dlaczego? W tamtych czasach był bowiem jeszcze inny klub w pobliżu, który działał na wyobraźnię mieszkańców Chorzowa. Mój rozmówca wyjaśnia to w obszernym wywiadzie, którego mi udzielił. Rozmowę możecie przeczytać - TUTAJ.

niedziela, 14 sierpnia 2016
Radość Tychów. Milik to widział

Byłem dziś na meczu GKS-u Tychy z Górnikiem Zabrze. Nie ma chyba większej ekstazy tłumów kiedy zwycięstwo przynosi dosłownie ostatnia akcja a sędzia już nawet nie wskazuje na środek. Musielibyście zobaczyć ten szał i usłyszeć ten ogromny krzyk, który wzbił się aż do nieba. Nic dziwnego; pierwszy raz w dziejach Tychy wygrały ligowy mecz z Górnikiem!

Mecz idealnie dla tyszan się zaczął i idealnie skończył. W środku nie było tak słodko, choć mogło, ale Jakub Świerczok spartolił drugiego karnego - świetnie w tym przypadku spisał się bramkarz Górnika Mateusz Kuchta. Tego pierwszego, w 2. minucie Świerczok wykorzystał bezbłędnie. Przy drugim coś wcześniej szepnął mu były gracz Górnika, a teraz kolega z drużyny Maciej Mańka. Byłem ciekaw co więc spytałem o to obrońcę GKS-u.

- Powiedziałem Kubie żeby absolutnie nie strzelał tego drugiego karnego tak samo jak pierwszego. Nie posłuchał, ale to nie znaczy, że nie potrafi dobrze strzelać karnych - powiedział Mańka.

Z tymi karnymi to ciekawa sprawa. Dotąd wykonywał je Łukasz Grzeszczyk (przy okazji: znowu podobała mi się jego gra. Dużo widzi, wie co chce zagrać, potrafi nieszablonowo podać. A co najwazniejsze - już teraz nie wymachuje z dezaprobatą rękami po nieudanych zagraniach kolegów), więc na pomeczowej konferencji padło pytanie: czy Jakub Świerczok ma już tak mocną pozycję, że kiedy sędzia dyktuje karnego on po prostu zabiera piłkę i strzela? - Tajemnica szatni - odparł wymijająco trener Kamil Kiereś. Jedno jest pewne: Świerczok się nie oszczędzał, do szatni schodził z potężną bulwą na czole. Spytałem go skąd to - okazało się, że uderzył rywala w tył głowy przy wyskoku. Wyglądał jak po dziesiątej rundzie zawodowej walki.

A zabrzanie? Nie przypominali drużyny, która tak świetnie w ostatnim meczu poderwała się do gry z Legią, ale Marcin Brosz nie wie czy tamten mecz miał wpływ na dyspozycję w dzisiejszym spotkaniu. Podkreślił, że generalnie fizycznie zabrzanie przygotowani byli dobrze.

No, może poza Igorem Angulo, który wszedł w drugiej połowie. Założyłem się, że ten facet strzeli w sezonie dla zabrzan dużo goli i byłem ciekawy zdania trenera Brosza na temat Baska. Wyszło na to, że szkoleniowiec też jest przekonany o jego przydatności. Piłkarz - zanim trafił do Zabrza - był uważnie obserwowany i przy angażu przeważyło zdanie, że jego piłkarska klasa przyniesie KSG wiele korzyści. Napastnik trenuje z Górnikiem od 9 dni i na razie jego forma fizyczna nie jest idealna. Niemniej uważni obserwatorzy dzisiejszego meczu mogli dostrzec jego kilka zagrań przerastających poziom zaplecza polskiej ekstraklasy. Jedno jest pewne - to nie jest chyba klasyczny środkowy napastnik, który tylko czeka na podanie. Angulo potrafi również rozegrać.

O losy Górnika można byłoby być spokojnym gdyby dołączył do niego zawodnik oglądający ten mecz z trybun. Gdyby pięć lat temu ktoś by nam powiedział, że w 2016 roku - kiedy Górnik będzie spadał z ekstraklasy, prawie równocześnie Arkadiusz Milik będzie przechodził za wielowielowielokrotność budżetu zabrzan z Ajaksu do Napoli - zapewne nie uwierzylibyśmy.

A przecież właśnie w piłce zdarzają się rzeczy, które przed chwilą nie śniły się najbardziej błyskotliwym filozofom. Choćby to, że po trzech kolejkach pierwszej ligi Górnik będzie na przedostatnim miejscu. 

PS Zdziwiło mnie tylko jedno: że na tyskim stadionie nie pękła bariera 10 tysięcy ludzi. Jeśli Górnik nie wypełnił stadionu to kto ma szansę? Pewnie powalczą Zagłębie i GieKSa.

21:58, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (8) »
czwartek, 11 sierpnia 2016
Górnik jak burza. Byle tak dalej

Ten mecz miał znacznie większe znaczenie niż zwycięstwo z Legią. Legię Górnik bił po łapach przecież wielokrotnie, już w lepszym stylu i o większa stawkę. To doprawdy nic nadzwyczajnego.

Nie podniecam się również przesadnie faktem, że zabrzanie przeskoczyli drabinkę w Pucharze Polski. W tym rozgrywkach spełnienie osiąga się dopiero na finiszu, liczy się właściwie tylko ostateczne zwycięstwo a do takiego stanu zabrzanom baaaaaardzo daleko. Tak szczerze - będzie im bardzo trudno ten puchar zdobyć - mimo zwycięstwa nad obrońcą trofeum.

Czasem okoliczności są takie, że zwycięstwa są... niewygodne. Oczywiście nikt nigdy w żadnym klubie tego nie powie, ale mnie ewentualna złość kibiców za obrazoburcze słowa nie rusza więc mogę to napisać: moim zdaniem zwycięstwo w tym meczu nie było Górnikowi przesadnie potrzebne w kontekście najważniejszego celu. Trudno jednak płakać dlatego, że wyeliminowało się Legię w krajowym pucharze, prawda?

Jednak ten mecz ma ogromne, wręcz fundamentalne znaczenie w innym kontekście. Takie spotkanie, ten styl, ten przebieg, ten efekt - to wszystko musi zabrzan podnieść psychicznie. Być może to zabrzmi patetycznie, ale tego rodzaju spotkanie może stać się wręcz kamieniem węgielnym nowej, lepszej ery. Po nienajlepszym ligowym starcie, po dwóch meczach w pierwszej lidze bez zwycięstwa piłkarze Górnika mogliby przecież sądzić, że o awans do ekstraklasy będzie trudno. Jeśli tak było - to mecz z Legią musiał zmienić humory o 180 stopni!

W obecnym sezonie nie ma nic ważniejszego niż awans. A czy można w niego wątpić po takiej grze jak w meczu z Legią? Zabrzanie właśnie dobitnie udowodnili, że także w obecnym składzie personalnym i z obecnym trenerem potrafią grać pomysłową, skuteczną piłkę z wyżej notowanym rywalem. No i wygrać! A skoro udaje się z rywalem wyżej notowanym to dlaczego miałoby się nie udawać z przeciwnikami niżej notowanymi? W I lidze nie widzę żadnego przeciwnika realnie do zabrzan mocniejszego.

Mecze jak ten z Legią pomagają okrzepnąć w wierze i rozwinąć skrzydła.

Górnik poszedł jak burza. Byle tak dalej. Aż do ekstraklasy.

niedziela, 07 sierpnia 2016
Piast mógł w tej Warszawie wygrać

Z tyłu idealnie i ze szczęściem. Z przodu niemrawo i dość bojaźliwie. Piast Gliwice zagrał dziś na wyjeździe z Legią przede wszystkim pragmatycznie: futbol to nie wybory miss, grunt to osiągnięcie celu a kibicom nie muszą po plecach przechodzić dreszcze wywołane wrażeniami artystycznymi. Udało się.

Szczerze pisząc Piast mógł na Legii nawet wygrać, ale nie ma co marudzić. Remis na wyjeździe to nie jest zły wynik, w końcu Legia to mistrz Polski.

Trener Jiri Necek ciągle zmienia Piasta i wydaje się, że rzeczywiście ustawia go pod konkretnego rywala. Taktycznie gliwiczanie ustawili się pod Legię bez zarzutu. Zaczynam rozumieć wdarcie się na stałe do podstawowego składu Piasta obrońcy Piasta Aleksandra Sedlara. Dla mnie to ciche okrycie tego meczu. Oprócz cech oczywistych dla każdego defensora o określonym ligowym poziomie Serb ma także niezwykłe wyczucie dystansu i w efekcie cenną umiejętność blokowania szczególnie groźnych zagrań rywala. Sposób w jaki zablokował piłkę w 20. minucie przy strzale Michała Kucharczyka, albo w 26. minucie przy strzale Aleksandrowa a także w kilku innych sytuacjach zasługują na duże słowa uznania. W trakcie meczu miał najwięcej odzyskanych piłekze wszystkich zawodników w tym meczu - 31 (żaden inny piłkarz Legii i Piasta nie doszedł do bariery 30 interwencji).

W parze z Hebertem, który również zagrał w Warszawie fantastycznie mogą stworzyć wręcz granitowy duet. Brazylijczykowi nie sposób wręcz przeszkodzić kiedy walczy o piłkę. Jest szybki i zdecydowany, ale to wiemy przecież od dawna.

A jeśli na bramce stoi Jakub Szmatuła, którego właśnie nawiedziła forma z zeszłego sezonu można być naprawdę spokojnym o tyły Piasta. Szmatuła momentami bronił jak natchniony, być może dlatego, że zawarł osobistą znajomość z futbolówką: w trakcie meczu po udanych interwencjach całował ją przynajmniej trzykrotnie. 

Cały gliwicki blok defensywny miał okazję się wykazać, bo Legia wcale się nie oszczędzała i ze wszystkich sił próbowała wygrać. Gospodarze grali ofensywnie, walecznie, starali się i dużo im się udawało. Wielu piłkarzy Legii ma wysokie umiejętności, tym razem mógł zaimponować rezerwowy skrzydłowy Steeven Langil, które centry potrafią siać spustoszenie i w przyszłości prawdopodobnie niejedna zakończy się golem.

Statystyki meczowe przemawiają za Legią; częściej posiadała piłkę, częściej i celniej strzelała, miała więcej podań, ale paradoksalnie - Piast mógł zgarnąć komplet punktów. Nie atakował zbyt często, ale i tak stworzył sytuacje wręcz idealne do zdobycia gola.

Można założyć, że gdyby Piast miał w składzie będącego w formie środkowego napastnika, takiego jakim w zeszłym sezonie był Martin Nespor mógł na Łazienkowskiej wygrać choćby 2:0. W 5 minucie po fantastycznym podaniu z głębi pola sam na sam z Arkadiuszem Malarzem znalazł się pełniący z konieczności funkcję środkowego napastnika Bartosz Szeliga, ale "podpalił się" i uderzył obok bramki. W jeszcze lepszej, wręcz idealnej sytuacji w 47 minucie znalazł się rezerwowy Marcin Pietrowski, ale również uderzył niecelnie i widać było, że jeszcze długo nie zapomni zmarnowanej szansy.

piątek, 05 sierpnia 2016
Górnik ma jeden punkt. Sędziowie zabrali już trzy

Trudno przystosować się Górnikowi Zabrze do pierwszoligowych realiów. Nie zmienia to jednak faktu, że zabrzanie nie mają szczęścia do sędziów, którzy krzywdzą ich decyzjami a raczej brakiem decyzji.

W pierwszym meczu sezonu z Miedzią Legnica przegranym 0:1, sędziowie nie zauważyli spalonego przy akcji po której padł gol. Potem przeprosili, ale co z tego?

Dziś sędzia nie zauważył ręki zawodnika Stali Mielec przy strzale głową Adama Dancha. Gdyby nie dotknięcie piłki w polu karnym bardzo prawdopodobne, że wpadłaby do bramki. Rzut karny był moim zdaniem ewidentny, ale co z tego?

Nie twierdzę, że to spisek. Trzeba jednak na takie rzeczy zwracać uwagę, bo wkrótce ta rywalizacja może zamienić się w parodię.

Wiadomo, że generalnie nie ma co oglądać się na sędziów tylko grać swoje. Ale kiedy ci w tak krótkich odstępach czasu rzucają piasek do silnika to później naprawdę trudno odpalić.

PS Co w dzisiejszej grze Górnika mogło się bardzo nie podobać to zastraszająca ilość zepsutych podań - akurat tych, które w ofensywnej akcji wydawały się najważniejsze, wręcz kluczowe.

wtorek, 02 sierpnia 2016
Polska. Trauma nowego selekcjonera Argentyny

Nowym selekcjonerem Najlepszej Drużyny Świata został Edgardo Bauza. Można przypuszczać, że ma błogosławieństwo papieża Franciszka.

Jako trener nie jest być może w Polsce zbyt znany, ale nie ma czego się wstydzić. W 2008 roku wygrał Copa Libertadores z ekwadorskim LDU Quito (został wtedy trenerem roku w Ameryce Południowej), a w 2014 - powtórzył sukces ze San Lorenzo, ukochaną drużyną Franciszka. To jakby europejską Champions League wygrał najpierw z Legią a potem z West Hamem.

Polacy Bauzy być może nie kojarzą, ale można przypuszczać, że Bauza Polskę jednak dobrze pamięta.

Zanim został trenerem był niezwykle bramkostrzelnym stoperem związanym głównie z Rosario Central (ciekawe więc czy dogada się z Messim). Pod uwagę brał go Cesar Luis Menotti, ale reprezentacyjną karierę Bauzie złamała... Polska kierowana przez Antoniego Piechniczka.

W 1981 roku Bauza zadebiutował w kadrze u Menottiego na środku obrony podczas meczu na Estadio Monumental w Buenos Aires właśnie przeciw Polakom. Partnerował wtedy Danielowi Pasarelli. Argentyńczycy przegrali tamten mecz 1:2 a pretensje do środkowych obrońców miejscowi kibice mogli mieć przede wszystkim za utratę pierwszego gola, bo zagapili się i dopuścili do strzału Andrzeja Buncola.

U Menottiego Bauza już nigdy nie zagrał. Dostał jeszcze szansę u Carlosa Bilardo przed mistrzostwami świata we Włoszech, ale dwa towarzyskie mecze w 1989 roku z jego udziałem Argentyńczycy przegrali (z Meksykiem i Szkocją). Na mundial we Włoszech pojechał, ale nie wstał tam z ławki. Trzy mecze w kadrze, trzy przegrane...

Co tam! Teraz chodzi o to żeby na mundialu w Rosji niekoniecznie wstawał z ławki, ale żeby uniósł Puchar Świata.

PS Piękną romantyczną wersję narusza trochę Radio Brazylia czyli ekspert od latynoskiej piłki - Bartek Rabij. Pisze mi, że Bauza miał pecha, bo Menottiemu przydarzył się wysyp dobrych stoperów. No ale gdyby Bauza strzelił wtedy Polsce taka bramę jak kolega ze środka obrony, a sam przypilnował Buncola?:) Kto wie - może własnie jemu udałoby się przypilnować później van der Bergha?;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 208