Paweł Czado o sporcie na Śląsku i nie tylko
wtorek, 09 lutego 2010
Nokaut w meczu Śląska z Tatrami

Życie mnie nauczyło, że jeden medal Polski na zimowych igrzyskach to już wielki sukces. Wszystko co ponadto powiniśmy przyjmować z pocałowaniem ręki. Pamiętam jeszcze Sarajewo - jako pacholę lampiłem się wtedy w telewizor i oglądałem prawie wszystkie transmisje. Czekałem z nadzieją na ten jeden medal i się nie doczekałem. Od tego momentu nienawidzę cieszyć się z punktowanych miejsc. Po traumatycznych przeżyciach z 1984 roku każdy medal przyjmuję z dosytem.

Poprzednie igrzyska w Turynie były horrorem, dopiero sama końcówka imprezy wynagrodziła długie czekanie. Były dwa medale. Teraz optymiści mówią nawet o pięciu: Kowalczykówny, Sikory i Małysza. Pięć medali! Gdyby to założenie się spełniło, byłyby to najlepsza dla Polski zimowe igrzyska olimpijskie w całej historii!  Przecież dotychczas, od 1924 roku mogliśmy się cieszyć zaledwie z ośmiu krążków.

Przy okazji zauważam z zaskoczeniem, że mieliby je zdobyć sami przedstawiciele śląskich klubów. A gdzie Tatry?!

Mało kto zwraca na to uwagę, ale rywalizacja beskidzko-tatrzańska istnieje. Można udawać, że się tego nie widzi, ale zjawiska nie zamiecie się przez to pod dywan. Podobno najlepiej widać je w skokach. Rozmawiałem o tym kilka lat temu z selekcjonerem kadry narodowej Tadeuszem Kołderem.

Fragment:

W przeszłości była ostra rywalizacja beskidzko-tatrzańska?

- Nadal jest, choć na szczęście wykrusza się powoli pokolenie działaczy, dla których to była sprawa życia i śmierci. Dziś na zawodach działacze i zawodnicy obu ośrodków witają się serdecznie i poklepują po ramionach, ale kiedy zaczyna się konkurs, to nie ma zmiłuj się. Kiedy zakopiańczyk Kamil Stoch na zawodach Pucharu Świata w Pragelato wyprzedził Małysza, cieszyło się całe Zakopane!

Beskidzcy zawodnicy mają lepsze rezultaty od zakopiańczyków, choć przecież najlepsza polska skocznia - Wielka Krokiew - jest w Tatrach. Dlaczego?

- Może właśnie... dlatego! Kiedy zawodnicy z Beskidów przyjeżdżają trenować do Zakopanego, starają się wykorzystać każdą wolną chwilę. Skoro zapłaciło się za wynajem, nie można marnować czasu. A zakopiańczycy mają obiekt na co dzień. Kiedy byłem trenerem, zdarzyło mi się słyszeć od zawodników z Zakopanego: "Trenerze, my to sobie poskaczemy, ale po południu"...

Na szczęście mecz beskidzko-tatrzański nie jest sprawą życia i śmierci. Zauważmy: Adam Małysz najlepiej czuje się w towarzystwie zakopiańczyka Roberta Mateji.

Moim zdaniem, taka regionalna rywalizacja jest dobra (oczywiście jeśli nie osiąga chorobliwych rozmiarów). Jeśli miałaby przynieść medale w Vancouver - jestem za.

Szczerze mówiąc wygląda jednak na to, że w Kanadzie żadnej rywalizacji nie będzie. Śląskie po prostu znokautuje Tatry i całe Podhale. Nie chodzi tylko o Małysza, Sikorę i Kowalczyk (jej medale z racji przynależności klubowej idą oczywiście na konto Śląska, a nie Małopolski), bo po cichutku liczę jeszcze na medal Pauliny Ligockiej.

W efekcie śląskie powiększy w klasyfikacji medalowej przewagę nad Małopolską. Wspomniałem wcześniej, że tych medali było dotąd tragicznie mało (zaledwie cztery za mojego życia) łatwo więc sprawdzić jaki był wkład w sukces poszczególnych regionów. Wydawać by się mogło, że Podhale, a właściwie Zakopane nie mają w Polsce żadnej konkurencji. Tymczasem zdecydowanie prowadzi województwo śląskie. Trudno w to uwierzyć, ale zakopiańczycy zdobyli dotychczas na igrzyskach zaledwie dwa medale (przy czterech śląskich, z jednego krążka mogą być dumne Warszawa i Elbląg).

Ale jednego Zakopanemu nic nie odbierze: to ich człowiek zdobył przecież jedyny polski zimowy złoty medal olimpijski.

Żeby było jasne: podczas kanadyjskich igrzysk tak samo będę cieszyć z medali śląskich jak i tatrzańskich. Tylko nie za bardzo wiem, kto miałby zdobyć te drugie.

PS Jeśli ktoś myśli, że na Górnym Śląsku nikt nigdy nie cieszył się ze złotego medalu zimowych igrzysk to się myli. Cieszyły się Świętochłowice, choć medal szedł na zupełnie inne konto. W 1980 roku w Lake Placid złoto wywalczyła czwórka bobslejowa NRD. Wśród zwycięzców był urodzony w 1957 roku właśnie w Świętochłowicach Bogdan Musiol. Kolejne medale (choć już nie złote) dołożył na trzech kolejnych olimpiadach. Był też trzykrotnym mistrzem świata. Gdyby został na Śląsku z jednej strony należałby do najlepszych polskich sportowców wszech czasów, a z drugiej nie miałby przecież szans nim zostać, bo w Polsce bobsleje generalnie leżą i kwiczą.

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

16:34, pavelczado , Igrzyska
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 lutego 2010
Quo vadis Giekso?

No i proszę: chyba nici z wejścia Sabri Bekdasa do Katowic. Wystarczy, że jeden prezydent od serca pogada z innym prezydentem...

Nie wiem jak informację przyjmą fani Gieksy. Czy katowicki klub bez spodziewanej (przynajmniej przez niektórych) pomocy Bekdasa da radę? Bo chyba nikt nie łudzi się, że po tej deklaracji Piotra Uszoka turecki biznesmen zaczepi się jednak w Katowicach...

Niestety dla kibiców Gieksy (a także Górnika) mam jeszcze jedną wiadomość. Może Was mocno zaniepokoić. Nie słyszałem dotąd, żeby jakiś mecz się nie odbył z powodu braku... gazu!

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

sobota, 06 lutego 2010
Ruch nie zamarzł

Byłem dziś na sparingu Ruchu z Podbeskidziem w Tychach. „Niebieskich” widziałem po raz pierwszy od rozgrywek ligowych i mogę jednoznacznie obwieścić: pod względem piłkarskim drużyna z Chorzowa nadal ma się bardzo dobrze.

W pierwszej połowie Ruch grając w prawie podstawowym składzie dobrego przecież przeciwnika wręcz rozgniótł. „Niebiescy” przesadnie nie kombinowali tylko grali do przodu i mogli tych bramek zdobyć trochę więcej niż trzy. Kilkakrotnie rozklepali bielszczan w podręcznikowy wręcz sposób. Klepka, szybkie podanie na skrzydło, centra i strzał. Mówi się łatwo, ale kiedy takie akcje wykonuje tercet Grzyb - Niedzielan - Sobiech to również pisze się łatwo:-)

Przyjechałem do Tychów, bo byłem ciekaw czy po Tajlandii na lewej stronie, w zastępstwie Tomasza Brzyskiego, zagra Maciej Sadlok. Tymczasem Sadlok... w ogóle nie wyszedł na boisko. Zasięgnąłem informacji w sztabie niebieskich, co o tym zdecydowało. Okazało się, że trener postanowił dać mu odpocząć, bo przecież dużo grał w Tajlandii (ktoś tam świergotał o transferze do Cracovii, ale niebiescy musieliby chyba z byka spaść, że się na to zgodzić). Oczywiste jest, że Sadlok najlepiej czuje się jako środkowy obrońca, ale to taki człowiek, który nie będzie marudzić, kiedy trener każe mu grać na boku. W Tajlandii wypadł przyzwoicie.

Mnie ten pomysł się by nie spodobał także z innego względu. Gdyby Sadlok grał na stałe na lewej obronie, Nykiel grałby na stałe na prawej. Wtedy Grzyb grałby na stałe na prawej pomocy. Wtedy do składu nie wskoczyłby Marcin Zając, którego talent doceniam i szanuję. Dziś Zając gra na prawej pomocy.

Lewa pomoc to insza inszość. Na razie rządzi tam Łukasz Janoszka (strzelił nawet gola), ale nie wiem co będzie kiedy pojawi się tam Damian Świerblewski, obecnie jeszcze piłkarz Podbeskidzia, dopiero od lata gracz Ruchu. Dziś w ogóle go w Tychach nie było. Może i dobrze, bo pewnie zaogniłby atmosferę. Kluby nie dogadały się bowiem w sprawie odstępnego, żeby piłkarz mógł trafić do Chorzowa wcześniej. Sytuacja jest patowa.

Jedynego gola dla Ruchu po przerwie, kiedy z boiska zszedł już cały podstawowy skład, strzelił nowy zawodnik, który w momencie zdobywania tego gola nie miał jeszcze podpisanego kontraktu z „niebieskimi”. Arkadiusz Piech dostał piłkę trzydzieści metrów przed bramką i nagle zwolnił. Ludzie zaczęli się zastanawiać co właściwie robi, a on delikatną podcinką załatwił bramkarza!

Warto przypomnieć, że ten 25-letni napastnik trzy lata temu zdobył amatorskie mistrzostwo Europy. W meczu z Portugalią strzelił pięć goli! Ciekawe, że ostatnio ten zawodnik Widzewa dużo się leczył, a kontuzję miał odnieść w mecz łodzian z... Ruchem. Chyba się w Chorzowie przyda.

W Podbeskidziu ciekaw byłem pary pomocników Ocholeche - Matawu. Cóż, tym razem zostali pożarci na śniadanie przez parę Straka - Pulkowski. Przy okazji: zawsze śmieszy mnie kiedy słyszę obiegową opinię, jakoby czarnoskórzy Afrykańczycy byli do siebie generalnie tak podobni, że trudno ich rozróżnić. Różnice między poszczególnymi plemionami afrykańskimi są przecież ogromne. Moim zdaniem Nigeryjczyk Ocholeche tak różni się od Matawu z Zimbabwe jak Hiszpan od Szweda.

Mecz skończył się wynikiem 4:1 dla Ruchu.

PS A poza tym fajnie byłoby, gdyby takie spotkania Ruchu jak dzisiejsze, toczyły się przy Omedze. Do końca jej dni.

PS1 Czytelnicy Czadobloga zażyczyli sobie, żeby nie było żadnych sensacyjnych ploteczek z pogranicza damsko-męskiego, więc cicho sza!  I nie ciągnąć mnie za język.

PS2 Zaprzyjaźniony bloger podesłał mi zdjęcie jak wygląda teraz stadion jednego z moich ulubionych polskich klubów. Super, rośnie jak na drożdżach! Już nie mogę się doczekać, kiedy kulnę się tam na mecz jakiejś śląskiej drużyny! Sami zobaczcie:

stadion Cracovii rośnie

Fot. Armata/Wikipasy

Być może krakowskim Czytelnikom Czadobloga wyda się to zdumiewające, ale podkreślam z mocą i przekonaniem: szanuję jednakowo i lubię w tym samym stopniu oba krakowskie kluby. Spytacie jak można lubić Cracovię i Wisłę jednocześnie? Czadoblog jest żywym przykładem tego, że jednak można. Komuś kto nie mieszka w Krakowie (choć ma przyczółek na Kazimierzu;-) jest chyba łatwiej w tym względzie:-). Nie wyssał z mlekiem matki tych wzajemnych resentymentów. Z boku łatwiej docenić wspaniałą historię obu klubów. Przy okazji skoro o krakowskich klubach mowa: tu przeczytacie o tym dlaczego w Gliwicach biznesmen nie może być prezesem klubu piłkarskiego, a w Krakowie - może.

piątek, 05 lutego 2010
PZPN znów się wykłada

PZPN znów strzela samobója. Cudaczne działania w sprawie blokowania dostępu do strony koniecpzpn.pl mocno mnie smucą. Po kiego licha?! Kogoś jeszcze ta inicjatywa obchodzi? Czy nikt w PZPN-ie nie rozumie, że w ten sposób znów nagłaśnia tę beznadziejną i mocno żenującą ruchawkę? Ciszej nad tą trumną!

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić na Cichą na stałe i do końca swoich dni.

11:50, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (27) »
czwartek, 04 lutego 2010
Złamany nos źle złożony

Pod względem futbolowym jestem mocno sentymentalny, więc kocham takie wiadomości. Dla mnie to informacja dnia: do bramki Szombierek Bytom ma wrócić Edward Ambrosiewicz!

W pierwszej połowie lat 90. jako początkujący dziennikarz bardzo lubiłem chodzić na drugoligowe mecze Szombierek. Szefowie wysyłali mnie tam regularnie, więc właśnie z meczu tej drużyny napisałem pierwszą w życiu ligową relację (w oryginale to był potworny koszmar spłodzony przez mleczaka, który nawet nie zdawał sobie sprawy, że był to potworny koszmar. Na szczęście redaktorzy pomogli i uchronili od kompromitacji:-)

Edward Ambrosiewicz, w tamtym czasie podstawowy gracz Szombierek, był więc pierwszym bramkarzem którego dość regularnie oglądałem jako raczkujący dziennikarz.

Nauczył mnie dwóch rzeczy.

Po pierwsze: od niego dowiedziałem się, że sportowcy potrafią jednak przyznać się do błędu. Do meczu Szombierki - Piaseczno w 1994 roku wydawało mi się jakoś intuicyjnie, że to niemożliwe. Tymczasem Ambrosiewicz, który zawalił wtedy gola w paskudnym stylu, był pierwszym sportowcem w moim życiu, który powiedział mi, że coś spartolił.  ”To była moja wina. Chciałem piłkę złapać, ale odbiła mi się od ramienia. Potem zdezorientowany odwróciłem się w złą stronę i stało się...”

Do dziś pamiętam, że to wyznanie zrobiło wtedy na mnie wrażenie:-)

Po drugie: zrozumiałem, że sportowcy są znacznie bardziej wytrzymali od początkujących dziennikarzy. „Mam otwarte złamanie nosa” - przekazał mi zakrwawiony i obandażowany pan Edward schodząc do szatni po meczu z Lechią Gdańsk w 1996 roku. Omal mnie wtedy nie zemdliło. Gdyby ktoś mnie złamał nos w takiej sytuacji, chyba bym zrezygnował z gry w piłkę. Ale Edward Ambrosiewicz to kosmita, a nie człowiek:-)

Drugi raz omal mnie nie zemdliło po meczu Szombierek z Chrobrym Głogów, który odbył się parę miesięcy później. Znów rozmawiałem z Ambrosiewiczem i znowu zrobiło mi się słabo. „Miałem dziś wystąpić. Okazało się jednak, że za pierwszym razem lekarze źle złożyli mi złamany nos i wczoraj trzeba było go jeszcze raz nastawiać” - zdradził mi po meczu z Chrobrym. Długo się wtedy zastanawiałem jak nastawia się źle złożony nos. Ciosem bokserskim? Wybaczcie ignorancję, ale nikt nigdy nosa mi nie złamał (choć wielu się odgrażało:-)

Potem Szombierki spadły z drugiej ligi, a pan Edward znikł mi z oczu. Pamiętam, że jeszcze chwytał w kombinowanej drużynie Ogień - Woda czyli w Polonii/Szombierkach. Później przez lata go nie widziałem. Tymczasem okazuje się, że bez przerwy grał w piłkę, w międzyczasie zaliczył dziesięć klubów! Teraz, w wieku 46 lat wraca do Szombierek. Co prawda jako trzeci bramkarz, ale zawsze coś. Kurczę, bardzo chciałbym być na meczu, w którym dostanie szansę gry! Choćby to była liga okręgowa.

Ad multos annos, panie Edwardzie!

PS Andrzej Niedzielan odwiedził naszą redakcję bodaj w 2002 roku (jeszcze jako objawienie w Górniku) i zrobił wtedy wrażenie. Także na redakcyjnych koleżankach (”ale przystojny, kto to jest?”:-) Od tamtej wizyty miałem przekonanie, że jest jednym z najbardziej inteligentnych piłkarzy polskiej ligi. Teraz mam już pewność. A poza tym uważam, że Niedzielanowi powinna w Ruchu odmierzać czas Omega. Na zawsze i do końca swoich dni.

PS1 Właśnie byłem u rodziny jednego z najwybitniejszych śląskich piłkarzy wszech czasów. To było niesamowite przeżycie. Pieczołowitość i oddanie z jakim bliscy zachowują pamiątki po Zmarłym zrobiła na mnie gigantyczne wrażenie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem aż w takim stopniu. Na szczegóły przyjdzie czas, kiedy przyjdzie czas.

środa, 03 lutego 2010
Przewrót. W imię prawa?

Funkcjonowanie współczesnego klubu piłkarskiego w kapitalistycznych realiach niesie za sobą czasem przykre niespodzianki. Może coś na ten temat powiedzieć gliwicki biznesmen Jacek Krzyżanowski. Dziś ma polecieć jego głowa.

Prezesem Piasta jest od kwietnia 2005 roku, przejmował rządy po Marcinie Ż. (wtedy jeszcze nie Ż., bo na dach przed policją uciekał dopiero parę miesięcy później, w lipcu).

Kiedy w czerwcu zeszłego roku wpływ na klub zapewnił sobie gliwicki magistrat, który przejął 51% udziałów, zgodnie z prawem wprowadził do zarządu swojego przedstawiciela. Zdziwiło mnie, że był to Zbigniew Koźmiński, który wcześniej z Piastem nie miał nic wspólnego. O.K., w klubach piłkarskich często znajdują zatrudnienie ludzie, którzy wcześniej nie mieli z nimi nic wspólnego. Zatrudnia się ich ze względu na umiejętności. Przyznam, że nie wiem o jakie umiejętności chodziło w przypadku Zbigniewa Koźmińskiego.

W lipcu zeszłego roku Rada Nadzorcza Piasta ustaliła wynagrodzenie dla członków zarządu klubu, czyli Krzyżanowskiego i Koźmińskiego na poziomie czterech średnich krajowych pensji (ok. 12 tys. zł). Przypomnę, że prezes Piasta z tej kasy wtedy zrezygnował! Powód? Brzmi to górnolotnie, ale praca w klubie jest dla niego realizacją marzeń. - Jestem w tej dobrej sytuacji, że mogę przekazać pensję na rzecz Stowarzyszenia "Piast". To przecież jego działalności zawdzięczamy drużynę w ekstraklasie - mówił wtedy Krzyżanowski. 

Jak skomentował jego działanie Koźmiński? Proszę bardzo, to jego wypowiedź dla "Gazety": - Gest prezesa Krzyżanowskiego uważam za bardzo ładny. Władze Gliwic bardzo na niego nalegały, żeby pieniądze przyjął, więc znalazł fajne rozwiązanie z przekazywaniem ich na Stowarzyszenie "Piast". Ja nie mam kilku firm, aby postąpić tak jak on. Jestem zawodowcem, utrzymuję się z tej pracy.

Prawo stanowi, że osoba prowadząca działalność gospodarczą nie może pełnić funkcji publicznej. A Krzyżanowski rzeczywiście ma grupę powiązanych ze sobą firm oferujących różne usługi (roboty budowlano-remontowe, sklepy ogólnospożywcze, lokale gastronomiczne, biuro podróży, działalność headhunterska itd., itp.)

Dzisiejsze głosowanie ma sprawić, że Krzyżanowski będzie musiał odejść ze spółki. Ciekawe jednak, dlaczego miasto WCZEŚNIEJ nie stosowało się do tego zapisu. Ciekawe dlaczego przejmując większościowe udziały, nie podziękowało Krzyżanowskiemu OD RAZU, a wręcz przeciwnie - powołało go na prezesa nowopowstałej spółki? Nie wiedziało, że był biznesmenem?! Po drugie, dlaczego miasto nie bierze pod uwagę, że Krzyżanowski chce pozbyć się udziałów w biznesie? Przecież na wyraźne żądanie, podał termin zakończenia działalności.

PS Jacka Krzyżanowskiego nie znam, nie mogę o nim nic szczegółowego powiedzieć. Nie podoba mi się jednak sposób w jaki próbuje się go wykiwać.

Faktem jest, że zanim Krzyżanowski został prezesem, przez sześć lat działał w zarządzie Piasta. Moim zdaniem to nie do końca dobra rekomendacja. Zauważam jego wypowiedź, kiedy dwa lata temu w kręgach PZPN środowisko zmęczone korupcyjną aferą zaczęło mówić o abolicji.

Zgadzam się z pierwszym zdaniem Krzyżanowskiego: "Pomysł z abolicją nie jest najlepszy, bo to nie jest sposób na oczyszczenie".

Nie zgadzam się z drugim: "Uważam, że winę ponoszą przede wszystkim poszczególne osoby, a nie całe kluby."

UPDATE Potwierdziło się: Krzyżanowski odwołany. Nowym prezesem Piasta jest Józef Drabicki, dotychczasowy dyrektor klubu.

PS1 Fatalna wiadomość dla Katowic. Właśnie została przekroczona pewna granica: okazuje się, że w mieście żyje już mniej niż 300 tysięcy ludzi! To bardzo złe info... Także w kontekście Gieksy. Dlatego apeluję o rozmnażanie.

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić na Cichą na stałe i do końca swoich dni.

wtorek, 02 lutego 2010
Najdłuższy sparing nowoczesnej Europy

Właśnie wróciłem ze sparingu w Tychach. Górnik Zabrze zagrał z Koroną Kielce. Tylko ktoś ubrany w baaaardzo gruby kożuch, wełniane kalesony i futrzaną czapkę z nausznikami mógł wymyślić, że mecz będzie trwać 4X40 minut! Oczywiście było to więc spotkanie nie na jeden skład, ale na kilka. W Górniku wystąpiło 36 zawodników! Nic więc dziwnego, że piłkarze, którzy grali na początku, po zejściu nie oglądali już dalszej części meczu, tylko szli do kawiarni na ciepłą herbatę.

Co mi się nie podobało:

- zachowanie Nikoli Mijajlovicia. Nie od dziś wiadomo, że serbski obrońca jest, delikatnie mówiąc, nadpobudliwy. Pod koniec drugiej kwarty tuż przy linii bocznej po ostrym starciu nadepnął przeciwnika. Jako że metr dalej stali kibice (patrz punkt: oglądanie zza linii bocznej), jeden z nich głośno i bez owijania w bawełnę powiedział Mijajloviciowi co o tym myśli. Zapalczywy Serb chciał rzucać się do bicia, musieli powstrzymywać go koledzy z Korony. Rzekł więc tylko na odczepne kibicowi, że ten jest pewną męską częścią ciała, do tego wąsatą... Potem rozpalony Mijailović rzucał jeszcze pod nosem gromy po serbsku (chyba po serbsku). Aż sędzia nie wytrzymał i musiał mu powiedzieć, że jeśli chce jeszcze pograć, to niech lepiej będzie cicho.

Co mi się podobało:

- zachowanie Nikoli Mijajlovicia. Po chwili, kiedy cały gniew wykipiał, a piłkarz przestał drżeć z wściekłości, podszedł do kibica i go przeprosił. Potem, kiedy schodził do szatni, podszedł jeszcze raz i znów przeprosił. Panowie podali sobie ręce. Widać Serb wie, że jest zapalczywy. Przynajmniej tyle...

- oglądanie meczu tuż zza linii bocznej. Dzięki temu mogliśmy się poczuć jakbyśmy przenieśli się w lata 20. Minus jest taki, że czasem można się nasłuchać. Oj, można: piłkarze nie przebierają w słowach.

- efektowny gol Grzegorza Bonina na 2:1. Były piłkarz Korony zdobył go decydując się na efektownego loba. Wstrzeliwał się kilkakrotnie, wcześniej piłka dwa razy wywalona w kosmos spadała za bramką na... dach prywatnej posesji. Jedna futbolówka została w śniegu na stałe i pewnie spłynie z dachu dopiero z nadejściem wiosny... Ale warto było wierzyć we własne siły. Gol był naprawdę ładny.

- gra Jacka Kiełba. Dziwiłem się, kiedy dostał powołanie na Puchar Króla. Teraz się nie dziwię. W grze ofensywnej Korony wszystko się kręciło wokół piłkarza o pseudonimie „Riva” (tak na niego wołali koledzy z boiska). Ciekawe czy Kiełb wie, kim był Riva? Kilka zagrań Kiełba - mimo że miał stłuczoną stopę - było naprawdę świetnych. Ten piłkarz bardzo dużo widzi. Da się zauważyć, że koledzy z drużyny ufają jego umiejętnościom.

 Co mnie zaskoczyło:

- żółwik Adama Nawałki z Adamem Marciniakiem. Ciekawe kto kogo tego nauczył?;-)

Co budzi moje wątpliwości:

- jak zapisywac ten sparing? Lepiej 2:2 (0:1, 1:0, 1:0, 0:1) jak w hokeju, czy może 2:2 (0:1, 1:1, 2:1) jak w piłce nożnej? Co sądzicie?

PS Trochę więcej o tym meczu przeczytacie tutaj.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni. 

PS2 Popełniłem w „Gazecie” tekst niesportowy, choć temat był już także poruszany na Czadoblogu.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Zazdrość i tyle

Bardzo irytują mnie teksty lekceważące, albo wręcz naśmiewające się z obecnej polityki transferowej Odry Wodzisław. Że niby miejscowi ściągają złom z całego świata, kosztem miejscowych uzdolnionych zawodników, którzy mogliby przecież się w tej naszej polskiej lidze pokazać, mieliby szansę się wybić. Zwolennicy tej teorii: pokażcie konkretnego zdolnego nastolatka z okolic Wodzisłąwia, który byłby tak dobry, żeby już, NATYCHMIAST ratować ligę.

[.....]

[.....]

[.....]

Dałem Wam chwilę czasu, ale nie widzę żadnych zgłoszeń. Dlatego nie dziwcie się, że do wodzisławskiej wieży Babel dołączyła właśnie nowa, swego czasu dobrze znana, gwiazdka.

Bo prawda jest taka, że przeciętnego kibica wodzisławskiej drużyny nie interesuje, kto tak naprawdę uratuje ekstraklasowy byt jego ukochanemu klubowi. Jeśli będzie miał do wyboru zespół złożony z fajnistych karlusów z Wodzisławia, Lubomii, Gorzyc, któremu miałoby się nie udać, albo zespół złożony z różnoskórych burkliwych najemników z innych kontynentów, któremu miałoby się udać - wybierze ten drugi. Moim zdaniem słusznie.

Dlatego bardzo chciałbym, żeby autorski zespół Dariusza Kozielskiego przytarł teraz nosa prześmiewcom i utrzymał się w lidze. Ci prześmiewcy to tak naprawdę zazdrośnicy i tyle. 

PS Jest pretekst, żeby wspomnieć o interesującym mnie zjawisku. Przedstawię sprawę na przykładzie GKS-u Katowice. Ciekaw jestem, która data dla kibiców Gieksy jest szczególnie ważna. Byłoby to 1 maja (legendarne zwycięstwo w finale PP na Stadionie Śląskim w 1986 roku) czy może raczej 10 sierpnia (pierwsze w historii polskiego futbolu ligowe zwycięstwo za trzy punkty - 5:2 z wracającą zza chińskiego muru Legią Warszawa, w tym samym 1986 roku)? A może 18 października i klaps dany przyszłemu mistrzowi świata Zinedinowi Zidane (1:0 z Bordeaux w 1994 roku)? 

A czy ktoś pomyśli przez chwilę - uwaga - o 1 lutego? LUTY? Jaki luty, zdziwicie się. Co piłkarze mogą zdziałać w lutym?! 

Nie chodzi o piłkarzy: dokładnie czterdzieści lat temu czyli 1 lutego 1970 roku saneczkarka Barbara Piechówna reprezentująca właśnie GKS zdobyła mistrzostwo świata. Podczas zawodów w Koenigsee nasza zawodniczka wyprzedziła dwie reprezentantki NRF, rewelacyjnie spisując się w trzecim i czwartym ślizgu, kiedy biła rekordy toru. Katowiczanka wywalczyła złoty medal na sankach skonstruowanych specjalnie dla niej przez klubowego trenera Pawła Stoleckiego. Wykonano je w Zakładach Sprzętu i Narzędzi Górniczych im. gen. Świerczewskiego w Katowicach. Sanki nazwano "Capitano" - jak przyznała Piechówna - na cześć trenera. Po powrocie z zawodów wszyscy podziwiali jej umiejętność koncentracji. Saneczkarka wytłumaczyła, że to zasługa jej pracy zawodowej. Piechówna była bowiem księgową w katowickiej dyrekcji "Domu Książki".

Dlaczego o tym wspominam? Otóż chyba tęsknię trochę do czasów kiedy kluby były wielosekcyjne. Kiedy można było się emocjonować występem kolarzy Ruchu Chorzów, albo pójść na mecz hokeistów Górnika Zabrze... Można powiedzieć, że prawdziwa wszechogarniająca „wielosekcyjność” (taki Baildon Katowice miał w czasach świetności 16 sekcji!) jest jedyną sportową pozostałością z czasów PRL-u, której mi brakuje. Rozumiem, że nie może mieć racji bytu, ale i tak mi jej brakuje...

A Wy? Jaki macie stosunek do „wielosekcyjności”?

PS1 Fajne wieści z Ruchu. 21 kwietnia w Muzeum Miejskim przy ul. Powstańców w Chorzowie zostanie otwarta ekspozycja z pamiątkami Ruchu aż na 130 metrach kwadratowych (trzy sale na trzech piętrach). Działacze chcą wystawić wszystkie najbardziej znaczące eksponaty Ruchu Chorzów. Będzie można obejrzeć wszystkie puchary, które znajdują się w siedzibie Ruchu, nawet te, które przez kilka dziesięcioleci znajdowały się na strychu chorzowskiego zespołu. Zanim trafią na wystawę, zostaną odrestaurowane (najstarszy puchar pochodzi jeszcze z lat 30). Będzie również można zobaczyć zbiory z kolekcji Gerarda Wodarza, Jana Benigiera, a także kibiców (puchary, patery, koszulki, itp., itd.)

Mam tylko nadzieję, że Omega się tam nie znajdzie. Bo miejsce Omegi jest gdzie indziej: („A poza tym”...)Przeróżnych atrakcji ma być z okazji jubileuszu więcej, m.in. wybicie okolicznościowych medali albo przedstawienie w Teatrze Rozrywki. Inne pomysły, m.in. jubileuszowy mecz z atrakcyjnym zagranicznym przeciwnikiem są ciągle w fazie realizacji.

PS2 W poprzedniej notce było o Dzidku. Tutaj możecie przeczytać o innym skoczku. Był kreowany na następcę Fortuny, ale wykończył go... motocykl.

PS3 Złe wieści z Turnieju Zapomnianych Mistrzów. Nie przyjedzie Warta Poznań, która ledwo wiąże koniec z końcem (mam nadzieję, że w ogóle wystartuje wiosną). Bytomscy organizatorzy głowią się więc, kto mógłby zastąpić poznaniaków i mają ciekawy pomysł. Nie napiszę jednak o szczegółach, bo nie są dopięte. 

czwartek, 28 stycznia 2010
Najpierw skoki, potem wózek

Dokładnie pół wieku temu zdarzył się jeden z najbardziej tragicznych wypadków w historii polskiego sportu.

Być kandydatem do olimpijskiego medalu i dwa dni przed wylotem na najważniejszą imprezę w życiu przeżyć piekło nie tylko zabierające marzenia o igrzyskach, ale i na zawsze wywracające życie... Wyobrażacie to sobie?!  

28 stycznia 1960 roku na skoczni w Wiśle Malince doszło do tragicznego wypadku Zdzisława Hryniewieckiego. To był jeden z największych talentów w historii polskich skoków. Tego feralnego dnia zawodnik Włókniarza Bielsko-Biała wykonując skok odbił się trochę za wcześnie. W efekcie wywinął w powietrzu salto i uderzył o ziemię karkiem oraz plecami. Już nigdy sam potem nie chodził. 

Tuż po wypadku skoczek był przytomny, ale nie miał czucia w rękach i nogach. Natychmiast trafił do szpitala. Okazało się, że złamał piąty kręg szyjny oraz czwarty kręg piersiowy. To spowodowało porażenie kończyn oraz mięśni tułowia. A przecież dwa dni później miał wyjechać na wymarzoną olimpiadę w Squaw Valley...

Zbigniew Pietrzykowski, który tego samego roku zdobył wicemistrzostwo olimpijskie w boksie, kolega Hryniewieckiego, akurat tego dnia wracał z obozu w Wiśle i miał zabrać skoczka samochodem do Bielska. - Niestety, tuż przed moim przyjazdem zabrała go karetka - opowiadał potem z żalem mistrz.

Ciekawe, że Hryniewiecki nie był człowiekiem z gór: matka Julia pochodziła ze Lwowa, a ojciec Stanisław, potomek rodu szlacheckiego, spod Żytomierza. Gdyby skoczek interesował się piłką nożną, pewnie kibicowałby Polonii Bytom:-)

Zaskakuje informacja, że rozpoczął treningi w wieku dopiero 18 lat - dziś byłoby to niemożliwe. Ale już trzy lata później na Wielkiej Krokwi zdobył mistrzostwo Polski. Dokonał tego jako pierwszy człowiek z nizin. Ustanowił także rekord Polski w długości skoku (116 m).

Pięć lat temu odwiedziliśmy w Koniakowie Tadeusza Kołdera, trenera kadry narodowej skoczków w latach 1977-81. Wtedy uważał, że Adam Małysz wcale nie był największym talentem w historii beskidzkich skoków. Oto co nam powiedział: - Wielki talent miał choćby Zdzisław Hryniewiecki, jego czucie lotu było niepowtarzalne. To był zresztą mój serdeczny kolega, razem startowaliśmy. Fatalny upadek na treningu przekreślił jego karierę. Byłem już wówczas asystentem trenera kadry Mieczysława Kozdrunia i widziałem ten tragiczny skok w Malince. Stałem na górze skoczni i kiedy zobaczyłem w powietrzu spody jego żółtych nart, przeczułem najgorsze. Potem było czekanie na karetkę, jazda po wyboistych drogach do szpitala. Dramat Hryniewieckiego na kilka lat wstrzymał rozwój skoków w Polsce. Dzidek był wtedy postacią bardzo popularną, jego kalectwo musiało podziałać na wyobraźnię. Rodzice bali się potem wysyłać swoje dzieci na treningi.

Kiedy doszło do nieszczęścia Hryniewiecki miał 22 lata. Następne 21 przeżył na wózku inwalidzkim. Po nieudanym małżeństwie z pielęgniarką popadł w alkoholizm. Zmarł w 1981 roku.

Adam Małysz wolałby chyba, żeby to „Dzidek” był patronem skoczni w Malince.

środa, 27 stycznia 2010
Dla takich goli warto żyć

Byłem dziś na sparingu w Sosnowcu. Zagłębie zremisowało z GKS-em Katowice.

Co mi się podobało:

 - nowiutki wypasiony ośrodek treningowy tuż przy Stadionie Ludowym. W założeniu ma to być centrum pobytowe Euro 2012. Re-we-la-cja. Jest boisko o sztucznej nawierzchni, dwa boiska trawiaste (trawa zostanie zasiana wiosną), salka do rozgrzewki, pawilon szatniowy (bodaj osiem szatni). Ośrodek naprawdę świetny. Lepszego w regionie nie znajduję. Zagłębie ma się z czego cieszyć. Właśnie w tym ośrodku odbył się mecz.

nowy ośrodek w Sosnowcu

- fantastyczny gol Tomasza Łuczywka dla gospodarzy. Epitet nie jest przesadzony. Widzieliście bramkę Keity w meczu Wybrzeża z Algierią? Ta była identyczna! Strzał z ponad 20 metrów, piłka odbija się od spojenia i wpada do bramki. Jacek Gorczyca nie miał żadnych szans. Żeby zobaczyć takiego gola - warto żyć!

- podejście do meczu Piotra Pierścionka. Trener Zagłębia głośno zalecał swoim piłkarzom, żeby niepotrzebnie nie komplikowali gry i miał rację. ”Nie róbmy kwadratowych jaj” - wołał kilka razy Pierścionek. Jako że wokół boiska były zaspy, obaj trenerzy nie stali przy linii bocznej, tylko na nie wleźli i oglądali mecz niczym Jagiełło bitwę pod Grunwaldem.

- spokój z jakim Dzenan Hosić ”kasował” testowanego w Gieksie Michała Nowaka z Dalinu Myślenice. Ten bardzo ambitny chłopak jeszcze nie tak dawno grający w A-klasie dostał od Bośniaka profesorską lekcję. „Michał nie daj się robić tak łatwo” - wołał z rozpaczą II trener gości Henryk Górnik. 

- spryt Bartłomieja Dudzica przy zdobyciu wyrównującej bramki dla Gieksy. Moim zdaniem były napastnik Cracovii w tej chwili ma pewny plac w katowickiej jedenastce. Oczywiście jeśli ta przystąpi do rundy wiosennej. Na razie piłkarze Gieksy w styczniu dostali pensję za październik.

- kożuszek niedawno zaangażowanego w Sosnowcu Brazylijczyka Lilo (nie zagrał, bo kontuzjowany). Na pewno było mu ciepło. Podejrzewam, że kupił go na Krupówkach. Fajny, z wypasionym kołnierzem. Mój wujek chodził w identycznym w latach 70.

- zaangażowanie właściciela Zagłębia Krzysztofa Szatana. Podjechał swoim efektownym mercedesem i znów zobaczył całe spotkanie. Podkreślam to kolejny raz, ale Szatan naprawdę się drużyną interesuje. Nie musiał przyjeżdżać. Prezesów GKS-u nie widziałem.

- czasem zdarza się, że nawet sparingi sędziuje cudzoziemiec. Tak było tym razem, my już tego cudzoziemca opisaliśmy.

Co mi się nie podobało:

- że tak szybko Gieksa znalazła nowego lidera w linii obronnej, a nie wiem czy człowiek udźwignie ten ciężar. Dobrze widoczny Jakub Dziółka zachowuje się jak lider, nieraz ustawiał kolegów. „Ma być ogień” - wołał do tych z przodu. Dobrze, żeby był też z tyłu... Cóż, jak się nie ma kogo się lubi, to się lubi kogo się ma.

- że Zagłębie nie dysponuje wyrównaną kadrą. W pierwszej połowie gniotło gości ile wlezie, w drugiej było od nich gorsze. W obu drużynach było dużo zmian, ale wygląda na to, że w Gieksie zmiennicy są lepsi.

Więcej o meczu przeczytacie tutaj.

PS A poza tym uważam, że "Omega" powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

PS1 Od dziś mam nowe marzenie: pojechać na ten turniej!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46