wtorek, 23 maja 2017
Uważam, że góra GieKSy powinna zostać

Prezydent Katowic ogłosił dziś, że prezes Wojciech Cygan i wiceprezes Marcin Janicki złożyli rezygnację.

Szczerze mówiąc mam nadzieję, że ta rezygnacja nie zostanie przyjęta. Oczywiście pod warunkiem, że GKS Katowice w następnych sezonach nadal będzie miał ambicje awansu do ekstraklasy. 

Moim zdaniem Cygan i Janicki to fachowcy. Oczywiście wielu mnie wyśmieje - jak mogę tak pisać po ostatnich kompromitujących wynikach pierwszej drużyny i w fatalny sposób zaprzepaszczonej szansie na awans.

Zarządzanie klubem piłkarskim jest coraz bardziej skomplikowane, jak zresztą cała rzeczywistość wokół nas. Wielu ludzi nie ma nawet pojęcia jak bardzo. Czy GieKSę stać na to żeby ewentualni następcy uczyli się na żywym organizmie? W dodatku o tyle bardziej skomplikowanym od innych, że wielosekcyjnym? W dodatku presja na nowym szefie ciążyłaby od razu, bo nie wyobrażam sobie żeby w przyszłym sezonie GieKSa nie powalczyła o awans.

Czy Katowice na to stać?

PS Zwolenników teorii spiskowych, którzy będą twierdzić, że dotychczasowi prezesi GieKSy to moi kumple informuję, że zawsze byłem i jestem z nimi na per pan.

PS1 Rozmawiałem z piłkarzem GKS-u, który wywalczył pierwszy awans do ekstraklasy w 1964 roku. Ma ciekawe przemyślenia. Uważa, że nowym trenerem Katowic powinien zostać... Waldemar Fornalik.

poniedziałek, 22 maja 2017
Bransoleta od króla

W weekend była Noc Muzeów, z tej okazji miałem publiczne wystąpienie. Zainteresowanym opowiadałem o losach polskich sportowców, którzy zginęli w trakcie II wojny światowej.

Kolejny raz przekonałem się, że warto opowiadać o sprawach, które w jakiś sposób dotykają słuchaczy bezpośrednio. Bo potem potrafią oni dopełnić historię własną opowieścią.

Opowiadając o losach Janusza Kusocińskiego, pierwszego Polaka*, który zdobył dla Polski złoty medal olimpijski, nie mogłem nie wspomnieć o tym, że zanim został rozstrzelany w Palmirach, pracował w czasie okupacji jako kelner w barze „Pod kogutem” przy ulicy Jasnej w Warszawie, zwanym Gospodą Sportowców.

Nazwa była nie od parady, w takim samym charakterze pracowała w tym barze m.in. mistrzyni tenisowa Jadwiga Jędrzejowska. Do czasów Agnieszki Radwańskiej była jedyną Polką, która wystąpiła w finale wielkoszlemowego singla (Wimbledon 1937).

W czasie wojny Jędrzejowska dostała wezwanie do gestapo. Tam zdumiona usłyszała, że jej wyjazdu do Szwecji życzy sobie król Gustaw V, który w ten sposób próbował uratować jej życie. Monarcha pamiętał ją, bo była jego partnerką w mikście. Niemcy polecili jej przygotować się do wyjazdu.

Tenistka wprawiła jednak informującego ją o niezwykłej propozycji gestapowca w osłupienie kiedy oświadczyła, że nigdzie się nie wybiera i że chce pozostać nad Wisłą.

Przeżyła wojnę i zapisała się trwale w historii Katowic, bo potem przeprowadziła się właśnie do tego wspaniałego miasta. W ciągu 40 lat kariery zdobyła aż 63 tytuły mistrza Polski (23 w grze pojedynczej, 15 w deblu i 25 w mikście). Po raz ostatni indywidualną mistrzynią kraju została w wieku 53 lat! Jej największym sukcesem był awans do finału Wimbledonu w 1937 roku. Jest jedyną Polką, która wygrała turniej wielkoszlemowy seniorów. A w Baildonie Katowice grała od 1957 roku (wcześniej Legia Warszawa i kluby z Bydgoszczy oraz Pogoń Katowice). Po zakończeniu kariery trenowała młodzież. Zmarła w Katowicach w 1980 roku.

Wyobraźcie sobie, że po moim wystąpieniu zahaczył mnie jeden ze słuchaczy i opowiedział mi, że po wojnie Jędrzejowska spotkała się jednak z Gustawem V. Szwedzki monarcha miał ofiarować jej drogocenną bransoletę ozdobioną drogocennymi kamieniami. Mój rozmówca zaznaczył, że tę drogocenną pamiątkę widział, bo tenisistka często bywała u niego w domu odwiedzając jego rodziców. 

Uwielbiam kiedy ludzie opowiadają mi takie historie.

 *tak, wiem

wtorek, 16 maja 2017
Presja

GKS Katowice bezsprzecznie powinien grać w ekstraklasie. Tak jak Górnik Zabrze, Zagłębie Sosnowiec czy GKS Tychy.

Jednak jego sytuacja jest trochę inna niż konkurentów. Paradoksalnie trudniejsza, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. O co chodzi?

GKS jest klubem wielosekcyjnym, który mocno wspiera miasto. Magistrat bardzo chce powrotu do czasów świetności, ale klub nie może liczyć na coraz większe pieniądze z miasta, mimo że Katowice relatywnie są bogate. Powód jest prosty: budżet miasta, które dużo wydaje na sport nie jest przecież z gumy.

Paradoksalnie piłkarzom nie pomaga wielosekcyjność GieKSy. Inne sekcje - chodzi mi przede wszystkim o siatkarską i hokejową - spisywały się ostatnio bardzo dobrze, a wszystko wskazuje, że będą jeszcze lepiej. Przypuszczam, że w 2018 roku jedni i drudzy będą blisko medali mistrzostw Polski. Hokeiści już się wzmacniają, a te wzmocnienia nie są byle jakie. 

Z tego co słyszę w roku 2018 GieKSa będzie mogła liczyć na wsparcie z miasta na podobnym poziomie jak obecnie. Siatkarze i hokeiści będą potrzebowali więcej pieniędzy - jako, że drużyny są coraz silniejsze mają ku temu mocne argumenty. Wiem, że w mieście są ludzie, którzy patrzą na nie przychylnym okiem. Wygląda na to, że więcej pieniędzy dla hokeistów i siatkarzy może oznaczać mniej dla piłkarzy. No chyba, że awansują do ekstraklasy teraz.

Przypuszczam, że brak awansu w tym sezonie może oznaczać mniejsze nakłady na piłkę w przyszłym. Chyba warto zdać sobie z tego sprawę.

niedziela, 07 maja 2017
Jeden wielki spazm

Bylem wlasnie w mlynie podczas meczu tajskiej ekstraklasy miedzy Muangthong United a Royal Thai Navy FC. Siedzialem w miejscu gdzie na TYM zdjeciu jest czerwono-czarna flaga.

Mlyn jest generalnie podobny do tych europejskich, z jedna zasadnicza roznica. Oczywiscie jest prowadzacy doping, sa stanowiska dla bebniarzy, ale chyba nieco inne jest rozlozenie plci. Oczywiscie na plocie wisza najbardziej zagorzali fani, ktorzy pokazuja fucki gosciom, a ich bramkarzowi demonstruja, ze powinien isc sie onanizowac, ale kilka rzedow wyzej to juz krolestwo nastolatek.

Akurat tam sprzedali mi bilet i wokol mnie siedzialy tylko dziewczeta i panie ubrane w czerwono-czarne koszulki MTUTD. Nigdy w zyciu nie przezylem takiego meczu. Bez przerwy - doslownie bez przerwy - piszczaly a kiedy przy pilce byl oznaczony dziesiatka 29-letni napastnik Teerasil (z Muangthong przechodzil juz do Manchesteru City i Almerii, ale nie zrobil tam kariery) dostawaly wrecz spazmow.

Muangthong wygrali 4:0, a Teerasil strzelil dwa gole. Kiedy je wbijal wokol mnie rozpoczynal sie spazmatyczny, gromadny placz szczescia. Te dziewczyny placzac pokazywaly w strone idola rozczapierzone dlonie co mialo oznaczac dziesiatke, ktora mial na plecach.

Ale najbardziej zdziwilem sie kiedy trybuna nagle zaczela spiewac:

"Ruchu nasz kochany, my wspieramy zawsze cie

głośny doping, mecz wygrany, to dziś dla nas liczy się".

Oczywiscie spiewala to po tajsku:)

PS A po meczu musialem przejechac jakies 20 km do guesthouse'u. Juz calkowita noc. Wokol stadionu w ogole nie bylo taksowek wiec zgodzil sie mnie podrzucic motocyklista. To bylo jedno z najstraszniejszych przezyc w moim zyciu. Gwaltowny slalom miedzy autami, takze pod prad. Kiedy zsiadalem z motocykla trzesly mi sie dlonie. Ale warto bylo!

środa, 03 maja 2017
Dlaczego Kambodża nie wygrywa mundialu?!

Wiadomo, ze futbol tego kraju nie liczy sie, reprezentacja nigdy nie grala w finalach mistrzostw swiata, ale wlasnie tam zlapalem sie za glowe jak nigdzie indziej.

Jestem w Siem Reap, stolicy prowincji w polnocno-zachodniej Kambodzy. Wlasnie tutaj przy drewnianym mostku obok Psar Chaa (Old Market) spotykaja sie milosnicy niezwyklej gry. Wlasciwie nie wiem nawet czy to gra czy raczej forma przyjemnosci.

Przypadkowo przechodzilem i... zatrzymalem sie na cala godzine. Tylko wybaluszalem slepia. A potem przychodzilem popatrzec co wieczor przez cztery dni z rzedu.

Widzialem wiele ulicznych popisow w wielu czesciach swiata, ale czegos takiego jednak nigdy. Ci ludzie schodza sie o roznej porze, sa w roznym wieku. Od nastolatkow po starcow. Wyczyniaja cuda. Od razu przypomnial mi sie skorpion Higuity. 

 Tyle, ze to bylo jednorazowe, a panowie ze Siem Reap powtarzaja to kilkanascie razy podczas jednej akcji. Ustawiaja sie w kolku i przebijaja obcasami plasko zakonczona lotke (maly fragment gumowego weza do ktorego przytwierdzone sa piora). Kazdy z nich ma wlasny popisowy numer. Przebicie tej lotki jedna noga w stylu skorpiona to nic. Jeden najpierw lapie lotke na kark, inny przebija przez obrecz z wlasnych rak. Najbardziej zaimponowal mi starszy pan, ktory robil skorpiona na lezaco, jakby robil pompki.

Na bialych turystkach nie robilo to wrazenia. Ale widzialem, ze kazdy ich towarzysz ubrany w koszulke jakiegos europejskiego klubu byl w szoku.

Spytalem autochtonow jak nazywa sie ich sport. - Sey dark - odpowiedzieli. 

- Ile trzeba trenowac zeby tak odbijac? - pytam.

- Co najmniej dziesiec lat. Dzien w dzien - uslyszalem. 

Ponizej filmik obrazujacy co potrafia, choc nie oddajacy maestrii grupy ze Siem Reap. Co wazne - nie popisuja sie wcale dla pieniedzy. Ich przedstawiciel nie chodzi z kapeluszem. Po prostu sie bawia...

 

PS Jesli bedziecie z Kambodzy MUSICIE zobaczyc Angkor - nawet jesli nie interesujecie sie historia i zabytkami. Kiedy u nas rzadzili Piastowie - w Kambodzy powstal gigantyczny wyrafinowany kompleks budowli. To niesamowite, mogliby tu krecic kolejnego Indiane Jonesa. Juz nie mowie nawet o najslynniejszym Angkor Wat (jest na fladze Kambodzy) - zobaczcie jak drzewa pozeraja kamien w Ta Prahm... Warto wziac trzydniowy bilet za 62 dolce. Mnie w tym czasie udalo sie zobaczyc czternascie swiatyn porozrzucanych w dzungli. 

PS1 W roznych okolicznosciach mialem do czynienia z policja, ale w Kambodzy mnie zamurowalo. Dwukrotnie otrzymalem od funkcjonariuszy propozycje kupna odznaki. Nie zdecydowalem sie. Kupilem cos lepszego... 

środa, 19 kwietnia 2017
Laos

Jestem w tej chwili w Laotanskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Flagi z sierpem i mlotem powiewiaja tu wszedzie*, ale z drugiej strony buddystow jest jakies czterdziesci razy wiecej niz ateistow. Lud pracujacy miast i wsi tyra, a z drugiej strony luzujacy sie Budda z Xieng Khuan - budzi prawdziwa sympatie:)

Miejscowy futbol w Laosie nie jest zbyt popularny. Zwiedzam stolice Vientiane i przeszedlem sie wlasnie na obiekt o dumnej nazwie National Stadium. Odbywaja sie na nim mecze osmiozespolowej Lao League. Na moj nos ten pietnastotysieczny stadion bylby zdecydowanie najgorszym obiektem w polskiej ekstraklasie (zeby nie bylo: za miastem Laos wybudowal sobie New National Stadium, juz na 25 tys. ludzi).

Mistrz Laosu bierze m.in. udzial w mistrzostwach Mekongu**. Ostatnio zdominowali te rozgrywki Tajlandczycy, w 2015 i 2016 wygral je Buriram United - klub na tyle popularny, ze w Indochinach chodzi sie w jego koszulkach (oprocz tego popularne sa tez koszulki Realu, Barcelony, MU i Liverpoolu).

Podczas spaceru na National Stadium widzialem na nim budzace sympatie obrazki, ktore nie moglyby miec zapewne miejsca w polskiej ekstraklasie. Otoz na murawie odbywal sie wlasnie trening ligowej druzyny, a w tym samym czasie bieznia byla otwarta dla wszystkich. Kilkunastu ludzi uprawialo na niej jogging, nie przeszkadzajac futbolistom i nie interesujac sie w ogole ich treningiem. Tez chodzilem sobie po biezni i nikt nie probowal mnie z niej zganiac. Od czasu do czasu moglem odkopnac pilke, ktora minela bramke.

* flagi sa bardzo podobne do tych z czasow ZSRR, tyle ze sierp i mlot sa wieksze no i znajduja sie na centralnym miejscu a nie w rogu.

** alez to potezna rzeka, Wisla wyglada przy niej jak piecioletnia siostra.

sobota, 15 kwietnia 2017
Smigus-dyngus po tajsku

Jestem w tej chwili w Indochinach - w miescie Udon Thani na pograniczu tajlandzko-laotanskim. Trafilem akurat na niezwykle swieto Songkran, Tajowie fetuja Nowy Rok.

Polega to na tym, ze caly dzien wszyscy wszystkich polewaja woda. Nie przepuszcza sie nikomu. Przez ostatnie 12 godzin bylem oblany pewnie ze sto razy. Zapewniam, ze nie symbolicznie. Nasz polski smigus-dyngus kiedy po ulicach za dziewczynami uganiaja sie tabuny wyrostkow z wiadrami to naprawde maly pikus. Tutaj oblewaja wszystkich dookola male dzieci, ich matki, dziadkowie i babcie.

Chodzilem po miescie mokry od stop do glowy rano, wieczor, we dnie i w nocy. Lali nas z chodnikow nawet kiedy jechalismy na skuterze. Nastepnego dnia nie wytrzymalem. Ustawilem sie na ulicy i przez kilka godzin razem z kumplem wylalismy na przejezdzajace samochody, skutery i na przechodzacych ludzi kilkaset litrow wody. Lalismy ze szlaufa, czerpalismy ja z beczki. A oni lali nas.

A wiecie co jest najlepsze? Jutro bedzie identycznie, pojutrze tez, a moze i popojutrze. 

Przypomnial mi sie w tej chwili Gornik Zabrze.

Po pierwsze - jest w Udon Thani rozwieszony bialo-niebiesko-czerwony szalik z napisem "Duma Slaska".

Po drugie - dowiedzialem sie, ze przegral u siebie bardzo wazny ligowy mecz.

Po trzecie - pomyslalem, ze pilkarzom Gornika przydalby sie Songkran. Musza juz wygrywac wszystko do konca tego sezonu jesli jeszcze w Zabrzu o czymkolwiek sie marzy. A marzy, prawda?

PS Mam przeczucie graniczace z pewnoscia, ze Kac Vegas dwojka, ten krecony w Bangkoku jest oparty na faktach.

sobota, 25 marca 2017
Najważniejsze dziś derby

Byłem dziś na WDŚ - Wielkich Derbach Świętochłowic. Dziś nie rozgrywano żadnych ważniejszych derbów w Polsce. Wiele znacznie większych miast nie może poszczycić się taką rywalizacją. Dwa wspaniałe kluby z niecodzienną historią: Śląsk Świętochłowice i Naprzód Lipiny ostro rywalizowały ze sobą w lidze już w latach 20. Wiosną 1921 roku w klasie A nie udało im się jeszcze zagrać, bo wybuchło III Powstanie Śląskie, ale potem między nimi działo się mnóstwo, najciekawiej oczywiście przed wojną...

Śląskowi dwukrotnie udało się wtedy awansować aż do ekstraklasy. W Lipinach do legendy przeszedł mecz kiedy oba zespoły walczyły o awans a słynny Erwin Michalski nie strzelił Świętochłowicom karnego w tak ważnym momencie. "Rozbieg... strzał... i piłka poszybowała wysoko, daleko, na sąsiadujący z boiskiem... cmentarz. Do dziś w Lipinach opowiadają, że Michalski pogrzebał jedną z największych szans awansu" - pisał "Sport" w 1960 roku.

W 1934 roku na mecze Śląska z Naprzodem przyszło 7 tysięcy kibiców. Reszty chętnych nie wpuszczono, bo nie było miejsc. Czasem dochodziło do meczów wręcz niezwykłych - choćby w 1938 kiedy Śląsk wygrał z Naprzodem 8:4 i wyprzedził go ostatecznie w tabeli ligi śląskiej (lipinianie zajęli drugie miejsce)...

Dzisiejszy mecz odbył się na Skałce, bardziej kojarzonej oczywiście z żużlem. Faworytem był - z oczywistych względów - Śląsk. Gospodarze w okręgówce walczą o awans, przed tym meczem mieli punkt straty do lidera - Odry Miasteczko Śląskie. Naprzód walczył o honor - zajmuje w tabeli ostatnie miejsce i nie będzie mu łatwo się utrzymać, bo miał siedem punktów straty do zespołu zajmującego... przedostatnie miejsce w tabeli.

Wstęp na dzisiejszy mecz był darmowy, można było bez problemów wjechać sobie samochodem na stadion i zaparkować przy trybunie. Na spotkanie przyszło około pół tysiąca kibiców. Nie było między nimi nienawiści znanej z lig wyższych. Obok mnie szalała pani, która nie ukrywała mięty do gości i nikt nie miał z tym problemu.

Przed meczem najbardziej podobało mi się... podejście do ławek rezerwowych. Otóż na Skałce - ze względu na bieżnię służącą żużlowcom - nie ma ich w miejscu gdzie jesteśmy przyzwyczajeni je oglądać. Pięć minut przed meczem rezerwowi zawodnicy przesunęli je tak żeby mogły być wykorzystane na specjalnych platformach pod trybuną główną. Podejrzewam, że takiego widoku na murawę nie mają rezerwowi na żadnym stadionie w Polsce!

Na boisku nie było widać różnicy w tabeli. W pierwszej połowie ambitnie grające Lipiny miały kilka świetnych okazji na bramkę, ale nic z tego nie wyszło. W drugiej - gospodarze wbili dwa gole i było po meczu. Ta wygrana dała Śląskowi pozycję lidera, bo Miasteczko Śląskie nieoczekiwanie przegrało dziś u siebie z Łazowianką.

Nie zmienia to faktu, że obu klubom życzę by rozgrywały kiedyś derby co najmniej tak wysoko jak przed wojną. Na przykład walcząc o ekstraklasę.

19:24, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 marca 2017
Obsesja wreszcie puściła

Przez ostatni rok bardzo ciężko pracowałem. Przejechałem tysiące kilometrów po Europie, przeprowadziłem dziesiątki rozmów, w archiwach spędziłem dziesiątki godzin.

Warto było. Usłyszałem i przeczytałem mnóstwo niezwykłych historii. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Czułem uniesienie, wzruszenie, oszołomienie, podziw, czasem złość lub niedowierzanie.

Właśnie skończyłem. Książka jest napisana. To był wspaniały okres, ale cieszę się także, że dziś wreszcie opuściło mnie pewne paskudne uczucie.

Przez ten rok za każdym razem kiedy zajmowałem się czymkolwiek innym niż pracą miałem poczucie marnowanego czasu. To stawało się moją obsesją.

Obejrzałem stary western z bliskimi w niedzielę - szept do ucha: "marnujesz czas, masz go coraz mniej".

Poszedłem do pracy na piechotę - szept do ucha: "marnujesz czas, mogłeś podjechać autem".

Znienacka wrzuciłem parę słów na Czadoblogu - szept do ucha: "głupi jesteś? Wiesz o ile mogłeś w tym czasie popchnąć książkę dalej?"

Złapałem infekcję - szept do ucha: "zwariowałeś?! Uważasz, że możesz sobie pozwolić na wylegiwanie w łóżku?"

Ale teraz jestem szczęśliwy i spokojny. Obsesja puściła. Dziękuję wszystkim, których przez ostatni rok spotkałem na reporterskim szlaku.

Wyłączam komputer i idę na spacer. Wreszcie będę mógł wystawić twarz do słońca na rynku w Katowicach bez poczucia, że marnuję czas.

I wiecie co? Jak nie będzie słońca to wystawię ją nawet do chmur. Mam to gdzieś. Koniec z pośpiechem.

11:46, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 marca 2017
Peru, Peru, Peru. Albo Kamerun

Super wiadomość!

Jeśli modernizacja Stadionu Śląskiego będzie przebiegać zgodnie z planem, a reprezentacja Polski wygra eliminacje mistrzostw świata jest szansa, że biało-czerwoni wkrótce zagrają w Chorzowie mecz towarzyski. Jeszcze w tym roku!

Jak dowiedział się Czadoblog chodzi o termin, w którym rozgrywane będą baraże o grę na mundialu (9-11 listopada lub 12-14 listopada). Jeśli Polska wygra eliminacje nie będzie musiała w nich brać udziału. Trener Adam Nawałka chciałby wtedy ten termin wykorzystać. W grę wchodziłaby rywalizacja z drużyną spoza Europy. Mogłaby to być reprezentacja Peru, ewentualnie któraś z drużyn afrykańskich, prawdopodobnie Kamerun. Przypomina Wam się Espana'82?:)

Dziś był na Śląsku Janusz Basałaj, szef departamentu ds. mediów i komunikacji w PZPN. - Rzeczywiście, powstał taki pomysł. Oczywiście, gdyby wszystko poszło jak należy, Śląski musiałby zdążyć z modernizacją. Dobrze byłoby gdyby wcześniej odbył się tam jakiś mecz piłkarski żeby sprawdzić czy wszystko spełnia odpowiedni poziom. Śląski to ważny stadion dla polskiej piłki, sam byłem w Chorzowie na wielu pamiętnych meczach Polski. Pierwszy raz na meczu z Portugalią w 1977 roku - powiedział mi Janusz Basałaj, którego złapałem w pociągu z Katowic do Warszawy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 212
Archiwum