wtorek, 26 stycznia 2016
Dziękuję za wczoraj, zapraszam jutro!

Odwiedziłem wczoraj Opole. Byłem na spotkaniu trenera Antoniego Piechniczka z czytelnikami z okazji wydania książki "Piechniczek. Tego nie wie nikt". Jestem wdzięczny wszystkim uczestnikom, bo moim zdaniem wyszło świetnie. Sala była pełna. Rozmawialiśmy z kibicami o dawnej Odrze, widać w tym środowisku pamięć i tęsknotę za dawnymi wspaniałymi latami, które odeszły bezpowrotnie. Kiedy wrócą mocarstwowe plany dotyczące klubu z Opola nie wiadomo. Hasło "Opole w ekstraklasie" brzmi dziś niestety niepoważnie...

Musicie jednak wiedzieć, że to aż niewiarygodne jak ludzie w Opolu żyją dawną chwałą Odry, z jaką pasją opowiadają o konkretnych meczach i własnych wspomnieniach dotyczących tych spotkań (opowieść pewnego pana po siedemdziesiątce o tym jak jechał maluchem do Warszawy na słynny mecz z Legią w październiku 1978 roku wygrany 5:3 zrobiła na mnie wrażenie).

Pytań w każdym razie było mnóstwo, półtorej godziny minęło jak z bicza trzasł. Muszę przyznać, że uwielbiam spotkania autorskie z Antonim Piechniczkiem, bo choć wydaje mi się, że dzięki pracy nad książką dowiedziałem się o trenerze i jego karierze dość dużo, to za każdym razem mam okazję dowiedzieć się czegoś nowego, za każdym razem Antoni Piechniczek potrafi mnie zaskoczyć, rozbawić, dać do myślenia. 

okładka

Tak było i w Opolu, w pamięć zapadła mi zwłaszcza opowieść o konflikcie... piłkarzy z bokserami. Nie znałem jej wcześniej. Musicie wiedzieć, że zawodnicy Odry nie byli łatwi w prowadzeniu, a była to, jak wynika z opowieści trenera ekipa do bitki i do wypitki - w ścisłym tego określenia znaczeniu.

Zdarzyło się, że piłkarze z Odry poszli na imprezę, jednego z piłkarzy wysłali po papierosy. Mija pięć minut, dziesięć, zaczynają się niepokoić. Wysłannik wreszcie wraca z grymasem na zaczerwienionej twarzy.

- Co się stało?

- Dostałem w twarz przy barze.

Piłkarze zerwali się. - Co?! Pokaż, którzy to!

Chodziło o grupkę mężczyzn, którzy okazali się... pięściarzami. Nie byle jakimi. Polska czołówka. Pomocnik Zbigniew Kwaśniewski podszedł do tego, który miał uderzyć. 

- Przeproś kolegę jeśli nie chcesz by stała ci się krzywda.

- Spieprzaj, bo i tobie się dostanie.

Wpadł między nich Wiesław Rudkowski, mistrz Europy w wadze lekkośredniej z Katowic w 1975 roku. Znali się z Kwaśniewskim z... Warszawy - Rudkowski był pięściarzem Legii, a Kwaśniewski, zanim trafił do Odry, grał w stołecznej Gwardii.

Rudkowski próbował rozdzielać. Panowie są jednak nieugięci i idą na stronę. Zza drzwi słychać odgłosy bójki. Cichną. Z impetem otwierają się drzwi - kopniakiem, jak w saloonie.

- Możecie go zabrać - rzuca Kwaśniewski od niechcenia.

Więcej o spotkaniu w Opolu - TUTAJ.

Jeśli macie ochotę, możecie posłuchać Antoniego Piechniczka już jutro czyli w środę! Ale tym razem nie będzie o Odrze, raczej o BKS-ie Bielsko-Biała. Trener prowadził tę drużynę w latach 1973-75. Zapraszam w imieniu Antoniego Piechniczka i autorów na środową promocję książki, która odbędzie się w Bielsku-Białej. Miejsce: Książnica Beskidzka przy ul. Słowackiego 17a. Początek o godz. 17. Spotkanie poprowadzi Bogdan Dubiel.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

14:55, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 stycznia 2016
Gliwice przed historyczną szansą, nie marudźcie

Niektórzy oburzają się, że niedawno miasto zdecydowało o wsparciu w pierwszym półroczu 2016 roku Piasta Gliwice 7 milionami złotych. Wielu ludzi uważa, że miasta wyczynowego sportu wspierać nie powinny.

Mam, oczywiście odmienne zdanie. Mnie decyzja gliwickich radnych w ogóle nie oburza. Z dwóch powodów.
Pierwszy, ogólny: problem z górnośląskim sportem (a futbolem w szczególności) polega na tym, że w obecnych, paskudnie trudnych czasach, gdzie każdą złotówkę piętnaście razy obraca się w palcach zanim wyda, szczególnie ciężko w tym środowisku o mecenat firm i osób prywatnych. Dlatego kluby futbolowe często obecnie sponsorują miasta, ba - nierzadko (jak choćby w Gliwicach, Katowicach czy Zabrzu) są ich większościowymi udziałowcami.
Przeciwnicy tego rozwiązania uważają, że sport wyczynowy powinien sam na siebie zarabiać, że to wspomaganie prywatnych inicjatyw publicznymi pieniędzmi. Nie zgadzam się z takim poglądem z prostej przyczyny: uważam bowiem, że sportu wyczynowego nie można traktować jak każdej innej działalności komercyjnej. Kluby sportowe pełnią ważną rolę społeczną i nie ma w tym stwierdzeniu przesady. W lokalnych społecznościach nic nie budzi poczucia wspólnej podszytej emocjonalnym podkładem własności czy też poczucia zbiorowej tożsamości tak bardzo jak właśnie miejscowy klub sportowy.
Drugi, szczególny: jesteśmy świadkami nadzwyczajnego momentu w dziejach Gliwic. Dopiero drugi raz w historii klub piłkarski z tego miasta ma szanse na krajowe mistrzostwo. Pierwszy raz, 80 lat temu, Vorwärts-Rasensport Gleiwitz jako mistrz niemieckiej części Górnego Śląska grał w centralnych rozgrywkach o mistrzostwo Niemiec (wtedy nie było jeszcze ogólnokrajowej ligi w dzisiejszym rozumieniu tego słowa) i zajął ostatecznie czwarte miejsce. Teraz Piast, pierwszy raz w dziejach, ma realne szanse zdobyć mistrzostwo Polski. W regionie, który zawsze stał piłką, a który czeka na taki sukces już 27 lat (długo jak nigdy w historii) - to wyjątkowo smakowity kąsek. Niezwykła wręcz okazja na świętowanie, bo przyjęło się, że po upadku hut i kopalń futbolowy blask Górnego Śląska bezpowrotnie odszedł w niebyt. Piast ma okazję utrzeć nosa niechętnym i udowodnić, że to nieprawda, że marzenia się spełniają.
Jako że Gliwice bogactwem ustępują dziś jedynie Warszawie (w stolicy dochody na jednego mieszkańca wynoszą 7969 zł, w Gliwicach - 7097 zł), a tak bogata gospodarka lokalna jeszcze się rozwija, jako że Rada Miasta Gliwice uchwaliła łączną kwotę planowanych wydatków budżetu miasta w 2016 roku w wysokości miliarda i prawie 270 milionów zł - nie wydaje mi się zasadne łkanie nad 7 milionami. Rzekłbym nawet, że kto z tego powodu łka - naraża się na śmieszność.
Może zdarzyć się, że latem o Gliwicach będą mówić wszyscy w Polsce. Nie z powodu politechniki, palmiarni, fabryki opla czy nowego wydania Horsta Bienka ale z powodu mistrzostwa kraju piłkarzy Piasta Gliwice. To nadzwyczajna, niecodzienna sytuacja. W całym 2013 roku klub otrzymał 7,8 mln zł, a w drugim półroczu 2015 roku 4,9 mln zł. Teraz tych pieniędzy jest więcej, bo warto stawiać na Piasta. To nie jest już mały zapyziały klubik, na którego mecze w latach 80. przychodziło kilkaset osób. Wygląda na to, że raczej nowa siła polskiej piłki klubowej.
PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.
środa, 20 stycznia 2016
Probierz Ruchu

Ostatnie dni przyniosły dwie niepokojące informacje na temat Ruchu Chorzów. Pierwsza dotyczy długów wobec UEFA, a druga zakazu transferowego. Wojtek Todur wyjaśnia jednak dosyć precyzyjnie dlaczego wieści o wielkich problemach czy wręcz paraliżu chorzowskiej drużyny są przesadzone.

Dla mnie osobiście miernikiem obecnej sytuacji Ruchu będą dalsze losy Mariusza Stępińskiego. Wojtek jako pierwszy donosił, że Stępińskiego bardzo chce drużyna z Poznania. "Gazecie w Katowicach" nie chciano wtedy wierzyć. Propozycja została ponowiona, w grę wchodzi kilkaset tysięcy euro. Trudno ukrywać, że w naszych śląskich realiach to pieniądze od których może zakręcić się w głowie. Wobec sytuacji Ruchu - punktowej i kadrowej dalszy los tego piłkarza będzie idealnym probierzem kondycji chorzowskiego klubu.

Jeśli Stępiński zostanie - Ruch jednoznacznie da wszystkim do zrozumienia, że priorytetem jest pierwsza drużyna i jej pozycja w lidze. Jeśli odejdzie - wiadomo, że priorytetem będą pieniądze. Wiadomo, że bez pieniędzy nie ma nic i trudno obrażać się na rzeczywistość. Chodzi jednak o to żebyśmy wszyscy zdali sobie sprawę czy bez solidnych pieniędzy za Stępińskiego mogłoby nie być na Cichej nic. Chodzi o to żeby wiedzieć czy Ruch na odrzucenie takiej propozycji może sobie w ogóle pozwolić i czy bez nich jest w stanie normalnie funkcjonować.

Odrzucenie propozycji poznaniaków byłoby posunięciem symbolicznym: świadczyłoby o tym, że Ruch nie ma noża na gardle i jest w sytuacji kiedy może a nie musi. 

Chciałbym żeby Ruch nie musiał. Bo kiedy klub nie musi oznacza to, że jego organizacja, finanse i planowanie są pod pełną kontrolą.

PS Żywię ogromną nadzieję, że Gianni Infantino - choć ma wielką ochotę - nigdy nie zostanie prezydentem FIFA. Dlatego, że jego zapał do zmieniania formatu mistrzostw świata mnie przeraża. 40 drużyn w finałach to szaleństwo. Turniej z udziałem 32 drużyn wydaje się optymalny. Poza tym jest wygodny i przejrzysty: 32>16>8>4>2>mistrz. Jak zorganizować to przy czterdziestce uczestników? 

40>20>10>5 i co dalej? Bo chyba nie: 40>32>16 etc. albo 40>24>16 etc? Tak wspaniałe mundiale w latach osiemdziesiątych nie były wspaniałe dlatego, że uczestniczyły w nich 24 drużyny lecz mimo tego! Podział ćwierćfinałowych grup na trójki był chybiony, tak samo jak wyjście z grupy czasem trzech a czasem dwóch drużyn. Większy turniej, większe obroty, większe zarobki... Nie dajmy się zwariować.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 17 stycznia 2016
Unia polsko-litewska już była

Zakrztusiłem się herbatą kiedy usłyszałem, że Żalgiris Wilno rozważa ponoć przystąpienie do polskiej ekstraklasy. To jakiś kompletny idiotyzm, zakrztusiłem się więc jeszcze bardziej kiedy okazało się, że to zastępca burmistrza Wilna Linas Kvedaravicius oficjalnie wypowiada się w tej sprawie! Podkreśla przy tym, że litewskie kluby koszykarskie oraz hokejowe grają już w ligach innych krajów.

Choćby nawet takie rozważania były czysto hipotetyczne - niezmiennie mnie irytują.

Po pierwsze dlatego, że Żalgiris Wilno to klub litewski a nie polski. Kwestie zapewnienia mu rozwoju to sprawa Litwinów, nie Polaków;

Po drugie nie obchodzi mnie, że jakieś kluby litewskie innych dyscyplin grają poza granicami i nie obchodzi mnie, że ligi innych dyscyplin w Polsce niż piłkarska szmacą się przyjmując zespoły z innych krajów. Głęboko wierzę, że polska ekstraklasa piłkarska się nie zeszmaci;

Po trzecie mierzi mnie kiedy słyszę, że Wilno wraca do Polski. To miasto litewskie a w Polsce - na skutek oszustwa Józefa Piłsudskiego, który narzucił udawany "bunt" przez siły gen. Żeligowskiego - było tylko przez niespełna siedemnaście lat (1922-39). To tak jakby mówić, że Warszawa mogłaby wrócić do Niemiec: przecież aż przez dwanaście lata była w Prusach (1795-1807)!

Po czwarte - nie wierzę żeby litewscy kibice na to pozwolili. Co warta byłaby dla nich liga litewska bez Żalgirisu (trudno mi sobie wyobrazić żeby grał w obu ligach jednocześnie)?

Po piąte  - już całkowicie nieistotne - skąd wiara Kvedaraviciusa, że Żalgiris na "dzień dobry" łapałby się do polskiej ekstraklasy, a nie drugiego lub trzeciego poziomu rozgrywek?

Fajnie byłoby gdyby któryś z władnych oficjeli polskiej strony zaznaczył, że tego typu działania nie wchodzą w grę. Jednak wypowiada się zastępca burmistrza Wilna a nie chwiejący się pod budką miłośnik najlepszego litewskiego piwa Švyturys. Należy zdusić takie głupoty w zarodku, bo jeszcze ktoś może zacząć traktować to poważnie. Największa głupota stycznia jaką słyszałem.

Liga polska jest dlatego polska, ponieważ występują w niej polskie kluby. Liga litewska dlatego jest litewską, bo grają w niej drużyny z Litwy. Niech już tak zostanie.

Pomysły tego typu mnie obrażają. Przypuszczam, że litewskich kibiców - również.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

15:46, pavelczado
Link Komentarze (19) »
środa, 13 stycznia 2016
Projekt Y

Przez najbliższy rok wpisy na Czadoblogu będą pojawiały się incydentalnie. Najwyżej kilka razy w miesiącu: kiedy nie będę umiał się już powstrzymać.

Nie, nie porzucam Was. Chodzi o czas. Otóż startuje projekt Y, który zapowiada się wprawdzie jako pracochłonny ale przede wszystkim interesujący mnie jako reportera. Mam nadzieję, że będzie podobnie jak z fascynującym mnie projektem X. Zresztą o projekcie X akurat dzisiaj napisała "Rzeczpospolita".

Zeszły rok był dla mnie świetny, ale nadchodzi czas na kolejną dziennikarską przygodę. Już trwają przygotowania. Mam szczęście: praca reportera futbolowego jest jednak najlepsza na świecie:)

Uważam, że należy się Wam wyjaśnienie powodu mojej ograniczonej odtąd blogowej aktywności. Na razie nie zdradzę jednak o co chodzi. Wybaczcie, nie pytajcie. Kiedy przyjdzie czas - opowiem więcej. Wierzę, że efekt Wam się spodoba.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

18:28, pavelczado
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 stycznia 2016
Cisza. Spokój. Piast

Gdybym miał postawić jako wzór postawę nieoczekiwanego lidera po jesieni byłby to Piast Gliwice.

Wrzawę robi się kiedy przyjdzie sukces. Cieszę się, że w Gliwicach nikt nie robi wrzawy z mistrzostwa na półmetku*. Piast przygląda się, planuje, czeka, nie chwali się, nie boi się.

Śmieszy mnie za to wrzawa przy transferowym napinaniu konkurencji. Choćby Legia zjadła tysiąc kotletów i kupiła tysiąc Hamalainenów to i tak na Piaście nie powinno robić to wrażenia.

Z dwóch powodów.

Pierwszy - szanuję wszystkie transfery dotychczas dokonane przez rywali. Ściągają dobrych piłkarzy, na pewno będzie można na nich liczyć. Trzeba jednak zauważyć podstawowy niuans - po tych wzmocnieniach żaden z zespołów rywalizujących z Piastem nie jest ZNACZĄCO lepszy niż był jesienią. Piast mógłby się bać gdyby któryś z zespołów wywinął taki numer jak Wisła Kraków, która wiosną 1998 roku wyglądała personalnie zupełnie inaczej niż jesienią 1997. Chodzi mi to, że Piast nawet bez jednego nowego piłkarza mógłby  - uważam - obronić stan posiadania przed tymi wszystkimi rywalami z wszystkimi nowymi piłkarzami. 

Drugi - ludzie pracujący nad Piastem poza boiskiem udowodnili już, że mają rozeznanie. Za dość prawdopodobne można przyjąć więc założenie, że pracują nad wzmocnieniami, które być może znowu na nikim nie zrobią wrażenia. Tak jak nie zrobiło wrażenie przyjście Kamila Vacka i Martina Nespora. Piast pracuje po cichu. Może zdarzyć się, że znad Wełtawy, Morawy, Cichej Orlicy, Dolnej Beczwy, Svratki, Laborca bądź Ondavy nagle zjedzie bez rozgłosu nad Kłodnicę jakiś Vlk, Knedlicek, Tichy, Pospichal, Cech albo inny Slovak.

A potem nakryje wszystkich kaszkietówką. Nie zdziwiłoby mnie to. Przypuszczam więc, że Piast nas jeszcze wszystkich zaskoczy. Zaczekajmy. Zaczekajmy.

* przepraszam, przejęzyczyłem się. To nie półmetek, trzeba doliczyć jeszcze siedem nieszczęsnych kuriozalnych kolejek, zapomniałem, że nasz kraj nie jest normalny.

PS Jeśli wrócimy do czasów nieskalanych komercją i durnymi pomysłami to w prawdziwym plebiscycie FF Robert Lewandowski zająłby drugie miejsce. Jeśli odejmiemy Messiego i Neymara, których jako piłkarzy spoza Europy nie powinno się klasyfkować - Lewandowski przebija Kazimierza Deynę z 1974 roku i Zbigniewa Bońka z 1982 roku, których wyprzedziło dwóch Europejczyków. Lewandowskiego wyprzedził tylko jeden.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski. 

poniedziałek, 04 stycznia 2016
Ruch nie traci. Ruch zyskuje

Kamil Grabara, utalentowany nastolatek (8 stycznia skończy dopiero 17 lat) odchodzi z Ruchu Chorzów. Odchodzi zanim kibice Ruchu zdążyli go poznać. Nie zdążył zagrać w ekstraklasie. Na razie o jego talencie naocznie przekonali się więc tylko skauci, trenerzy i koledzy drużyny.

Wiadomo, że w takich sytuacjach od razu rozgrzewa wszystkich dyskusja czy Ruch robi dobrze. Prezes Zbigniew Boniek na twitterze żałuje. Uważa, że piłkarz powinien ograć się w polskiej lidze i wyjechać za dwa lub trzy lata. Jeśli zbyt szybko będziemy wyprzedawać talenty Champions League trafi do nas za sto lat.

Nie zgadzam się z dwóch powodów.

Pierwszy: kwestią jest cena. Ruch nie sprzedaje za grosze. Chodzi o potężne pieniądze za piłkarza, który nie tyle niewiele osiągnął co nic jeszcze nie osiągnął. W tym wypadku kosztuje talent czyli duża szansa na to, że zawodnik ma przed sobą wielką przyszłość. W przypadku naprawdę dużych pieniędzy nie warto się zastanawiać. Nie ma pewności wielkiej kariery Kamila Grabary, choć oczywiście Anglicy zapewne wiedzą co robią (a może te pieniądze nie są dla nich takie wielkie), a ja życzę nastolatkowi jak najlepiej.

Niestety - kiedy nie korzysta się z takiej okazji może stracić zarówno zawodnik jak i klub. Marek Citko nie chciał przejść z Widzewa do Blackburn Rovers choć Anglicy dawali za niego cztery miliony funtów (dziesięć milionów dolarów). Potem już nigdy nie był tyle wart, a Widzew nigdy za nikogo nie dostał takich pieniędzy.

Drugi: Skąd pewność, że Grabara w najbliższym czasie wygryzłby ze składu Putnocky'ego? Powinien grać zawsze najlepszy, a gdyby Grabara byłby lepszy od już teraz od Słowaka po prostu miałby miejsce w składzie. Waldemar Fornalik nie zawahałby się mu zaufać. Skąd pewność, że z Grabarą w składzie Ruch mógłby zawalczyć o Champions League? Być może prezesowi chodzi o to, że talent nie wzmocnił naszych najbogatszych klubów - drużyn z Warszawy albo Poznania. Tylko jaki Ruch miałby w tym interes? Polskie kluby mogą najwyżej tyle obiecać ile angielski gigant naprawdę zapłaci.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

środa, 30 grudnia 2015
Nie rozumiem skąd płacz nad Warszawą

Wiadomo już jakie miasta w Polsce będą gościć mistrzostwa Europy do lat 21 w 2017 roku. Okazuje się, że wbrew pierwotnym założeniom organizatorów zabraknie wśród nich Warszawy. To dlatego, że  - jak się słyszy tu i ówdzie - Legia chciała zbyt dużo pieniędzy za wynajem obiektu przy Łazienkowskiej. 

Nie mam pojęcia czy to prawda i właściwie w ogóle mnie to nie obchodzi. Dziwi mnie jedynie uważanie gdzieniegdzie decyzji UEFA za "kontrowersyjną". Choćby w kontekście historii tej imprezy.

W 2011 roku ME U-21 odbyły się w Danii. Wśród miast-organizatorów nie było Kopenhagi, finał odbył się w Aarhus.

W 2009 roku ME U-21 odbyły się w Szwecji. Wśród miast-organizatorów nie było Sztokholmu, finał odbył się w Malmo.

W 2007 roku ME U-21 odbyły się w Holandii. Wśród miast-organizatorów nie było Amsterdamu, finał odbył się w Groningen.

W 2006 roku ME U-21 odbyły się w Portugalii. Wśród miast-organizatorów nie było Lizbony, finał odbył się w Porto.

W 2004 roku ME U-21 odbyły się w Niemczech. Wśród miast-organizatorów nie było Berlina, finał odbył się w Bochum.

W 2002 roku ME U-21 odbyły się w Szwajcarii. Wśród miast-organizatorów nie było Berna, finał odbył się w Bazylei.

Co mogę dodać? Wydaje mi się, że idealnym stadionem na rozegranie finału jest obiekt w Tychach. Piękny i nowoczesny. Zapraszamy.

PS A poza tym czekamy na pierwszą reprezentację Polski na Stadionie Śląskim.

13:56, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 28 grudnia 2015
110 lat. Niezwykłe głosowanie internetowe

Chyba nie ma drugiego takiego klubu w Europie gdzie tak wielki wkład w osiągnięcia i historię mieliby piłkarze z Polski i z Górnego Śląska. 

AJ Auxerre dokładnie we wtorek obchodzi 110-lecie istnienia. Z tej okazji we Francji ogłoszono internetowe głosowanie wśród kibiców na najlepszą jedenastkę wszech czasów tego klubu.

Znalazłem aż pięć polskich nazwisk wśród piłkarzy, którzy zostali nominowani. Czterech z nich ma związek z naszym regionem.

Wśród bramkarzy pojawia się Maryan (czyli Marian) Szeja. To legenda Wałbrzycha, ale warto pamiętać o jego korzeniach. Świetny zawodnik, który urodził się w Siemianowicach a karierę zaczynał w Kędzierzynie-Koźlu. Bardzo szybko opuścił Górny Śląsk i do reprezentacji trafił dzięki dobrej grze w klubach wałbrzyskich. Najlepszy mecz w reprezentacji rozegrał w 1971 roku przeciwko RFN (0:0 w Hamburgu). Niestety zmarł w tym roku.

Wśród defensywnych pomocników nominowano Waldemara Matysika. Niezwykle ucieszyła mnie ta wiadomość. To fenomen. Grał rewelacyjnie zarówno przed poważną chorobą (choćby na mundialu w Hiszpanii), jak i po jej przezwyciężeniu. Fakt, że Matysika doceniają Francuzi za zaledwie trzy lata gry w Auxerre jest tego najlepszym dowodem. Rozmawiałem z nim wielokrotnie przy okazji pisania książki o Antonim Piechniczku i ujęła mnie cecha rzadko spotykana wśród piłkarzy: Waldemar Matysik jest AUTENTYCZNIE skromny. 

Wśród napastników dwaj kolejni byli zawodnicy Górnika - Andrzej Szarmach i Ireneusz Jeleń. Szarmach to kolejny fenomen - w ciągu pięciu lat zdobył w lidze francuskiej prawie sto bramek. Wyczyny Jelenia pamiętamy jeszcze z ostatnich lat. 

Dodatkowo wśród stoperów pojawia się kolejny znakomity polski piłkarz z lat 80. - Paweł Janas. Opowiadał mi niedawno, że miał ogromną satysfakcję, kiedy wybrano go we Francji najlepszym obcokrajowcem za sezon 1985/86 a przecież grali tam wtedy piłkarze tego pokroju co Jorge Burruchaga czy Safet Susić...

Głosowanie jest internetowe więc wiadomo, że przewagę mają piłkarze, których pamięta przede wszystkim młode pokolenie. Konkurencja jest ogromna. Na przykład wśród napastników oprócz Polaków startują choćby Djibrill Cisse czy Eric Cantona. Jak myślicie, który z tych dwóch Francuzów jest oceniany wyżej? Żebyście się nie zdziwili:)

Głosować i zobaczyć stan rywalizacji możecie TUTAJ.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Sląski.

niedziela, 27 grudnia 2015
Esesman chciał wyrównać rachunki

Kwestie sportu - a więc także futbolu - z czasów Wolnego Miasta Gdańska nie przedarły się raczej do powszechnej społecznej świadomości. Dlatego cenne są wszelkie inicjatywy przybliżania tego tematu. Sam zainteresowałem się nim dzięki Januszowi Trupindzie. To człowiek, który kocha sport (jest m.in. kibicem Werderu Brema), a na co dzień zajmuje się czymś fascynującym. Jest mediewistą, znawcą zamku w Malborku i dziejów Krzyżaków...

Nakładem wydawnictwa Oskar ukazała się właśnie książka Janusza Trupindy nosząca tytuł "KS Gedania. Klub gdańskich Polaków (1922-53)."  Losy tego klubu są niezwykłe. Gedanii nie było łatwo: pamiętajmy, że w tamtych czasach w Gdańsku - według różnych szacunków - Polakami było tylko od 3 do 15 procent obywateli.

To opowieść o klubie wielosekcyjnym, mnie oczywiście, nie dziwcie się, najbardziej zainteresowały wątki futbolowe. Niesamowity w historii Gedanii jest fakt, że początkowo widniała w polskich strukturach piłkarskich, a potem w... niemieckich. Jak to możliwe? Początkowo nowopowstały klub zapisał się do rozgrywek Toruńskiego Związku Okręgowego Piłki Nożnej. Okazało się to jednak chybionym pomysłem. Przedsięwzięcie było kosztowne - nie dość, że początkowo mecze domowe cieszyły się niewielkim zainteresowaniem to w dodatku niewielu kibiców przyjeżdżało na mecze Gedanii z Polski. Gedania przeniosła się więc do ligi konkurencyjnej i stała się członkiem struktur niemieckich (Baltischer Rasen und Wintersport Verband). To dawało szansę na większą frekwencję. Tam jej pojedynki zawsze były emocjonujące, bowiem w tle był zawsze kontekst rywalizacji polsko-niemieckiej. Wiemy, że ten kontekst potrafił rozpalić do czerwoności, prawda?

Chcę wspomnieć o pewnym interesującym wątku gdańsko-górnośląskim. Otóż 2 października 1932 roku odbył się mecz z okazji jubileuszu 10-lecia Gedanii. Zaproszeni goście to nie byle jaka ekipa. Do Gdańska zjechał bowiem Ruch Wielkie Hajduki, który lada moment stanie się najsilniejszą drużyną II Rzeczpospolitej (w następnym roku zdobędzie pierwsze mistrzostwo Polski). Niebiescy przyjechali prawie w najsilniejszym składzie -zabrakło dwóch reprezentantów Polski - Gerarda Wodarza i Ewalda Urbana, którzy - tak się złożyło - dokładnie w ten sam dzień debiutowali w reprezentacji Polski i w Bukareszcie zagrali z Rumunią (Polska wygrała 5:0, Urban strzelił nawet gola)! Mecz w Gdańsku skończył się wynikiem 2:2. Dla gospodarzy dwa gole strzela Piasecki, dla Ruchu też dwa - Gwóźdź. Gospodarze sroce spod ogona nie wypadli - kilka miesięcy później, w czerwcu 1933 roku, Gedania osiągnie największy sukces w historii sekcji piłkarskiej - zdobędzie mistrzostwo Wolnego Miasta Gdańska, pokonując całą niemiecką konkurencję.

Jak się okazuje mecze Gedanii z drużynami Preussen i Schupo miewały "kontynuację" poza boiskiem. Janusz Trupinda przytacza relację piłkarza Gedanii Eryka Fallowa, który wspominał, że kiedy trafił do miejsca gdzie zwożono Polaków na początku wojny - szukał go tam bramkarz drużyny Preussen niejaki Steffanowski. Chciał ponoć wyrównać porachunki z boiska...

Po wojnie też gedanistom nie będzie łatwo. Przyjdzie komuna a nowe władze oraz ludność napływowa traktują "przedwojennych" Polaków podejrzliwie. Dla wielu są volksdeutschami czy wręcz "fałszywymi Polakami". Nie brakuje inwektyw, żądań udowadniania polskości i patriotyzmu... Mnożą się procesy rehabilitacyjne i weryfikacyjne. Skądś to znamy, prawda?

Jedno jest pewne: warto tę książkę przeczytać. Polecam.

PS "Mam problem z piłką nożną. Od zawsze miałem. Nie wiem, co to jest spalony, nie oglądam meczów ligowych, nie kibicuję żadnemu klubowi. Na wf-ie gra w nogę była od zawsze moim utrapieniem. Rozpoznaję z biedą Lewandowskiego w telewizji i nie śledzę postępów (ani regresów) polskiej reprezentacji. Tym bardziej bałem się tej książki. Spodziewałem się branżowej biografii tylko dla wtajemniczonych, a okazało się, że to jedna z lepszych książek całego roku."

Jeśli tak o książce "Piechniczek. Tego nie wie nikt" pisze psycholog i psychoterapeuta pracujący z dziećmi i młodzieżą z zaburzeniami zachowania, a także z rodzinami i parami - mogę się tylko cieszyć.

Takie było nasze, współautorów, założenie - napisać książkę dla wszystkich - ale w ten sposób, żeby kibice mocno zaangażowani w piłkę nożną nie czuli, że to książka, która może zainteresować nie tylko ludzi oddychających futbolem. Są dobre wieści - z tego co słyszałem w styczniu ma być dodruk.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

20:00, pavelczado , Książki
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 202