niedziela, 03 września 2017
Niektórzy robią kariery!

O cholera, kolega z ogólniaka właśnie sędziuje finał mistrzostw Europy w siatkówce!

Tak się całkowicie przypadkowo złożyło, że akurat przeprowadziłem z nim wywiad o zmianach jakie zaszły w jego ukochanym sporcie w ciągu ostatnich lat. A zmieniło się ogromnie, na co wpływ miały przede wszystkim nowe technologie. O rozmiarach tych zmian taki laik jak ja nie miał nawet pojęcia. Okazuje się, że w siatkówce nie chodzi tylko o wideoweryfikację, ale kilka innych zaskakujących wątków. Koniecznie przeczytajcie TUTAJ!

Po rozmowie z Wojtkiem Maroszkiem mam pewność, że nowe technologie akurat w siatce to błogosławieństwo. Nie jestem jednak przekonany, że identycznie jest w przypadku piłki nożnej. Cuda w meczu Śląska Wrocław z Cracovią i błąd arbitra Szymona Marciniaka mnie w tym utwierdziły. Wygląda na to, że są sporty gdzie wideoweryfikacja sprawdza się idealnie i takie gdzie niekoniecznie. A może nie mam racji? 

PS Moja nowa książka "Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach" ukaże się 15 września. TUTAJ możecie przeczytać jej fragment o wyjazdach do Ameryki: "Zakaz karmienia dzieci!"

piątek, 01 września 2017
Ta drużyna może być naprawdę wielka

Nie wiem dlaczego, ale klęska reprezentacji Polski w Danii spływa po mnie jak po kaczce. Zdarza się. Nie wierzę by poważni kibice mogli uwierzyć, że zespołowi Adama Nawałki się to nie zdarzy.

W różny sposób ocenia się poziom drużyny. Być może jednym z nich jest moment, w którym zbiera bolesne baty.

Każdy kiedyś zbiera baty - chodzi o to żeby straty były jak najmniejsze, a nauczka jak największa. Być może to właśnie przydarza się reprze. Osobiście uważam, że baty przydarzyły się Polsce w idealnym momencie.

Po pierwsze: lepiej przegrać w taki sposób dokładnie w tym momencie eliminacji, a nie w 1/8 finału mistrzostw świata.

Po drugie: lepiej przegrać raz 0:4 niż cztery razy 0:1.

Po trzecie: ten nokaut jest właściwie bezbolesny. Ciągle Polska jest liderem grupy. Od niej wszystko zależy.

Ta drużyna ciągle może być jeszcze wielka. Dlatego wszelkie żale, płacze i narzekania przyjmuję do wiadomości, ale mam je gdzieś. Najważniejsze żeby wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski. Na narzekanie przyjdzie czas kiedy Polska w którymś momencie odpadnie. Głowy do góry. Ciągle jesteśmy w lepszej pozycji niż Duńczycy.

Zdrowie!

wtorek, 29 sierpnia 2017
Czas skończyć z monopolem Warszawy

Zaproszenie dawnych gwiazd Barcelony i Realu na ponowne otwarcie Stadionu Śląskiego to całkiem dobry pomysł. Na starcie powieje wielkim futbolowym światem.

Jeśli się uda będziemy mieli okazję pierwszy raz zobaczyć na Śląskim wielu byłych wybitnych piłkarzy. Choćby Ronaldinho - Brazylijczyk nigdy wcześniej w Chorzowie nie był, może uda się chociaż teraz? Nie mówcie, że nie chcielibyście go zobaczyć. To ciągle żwawy 37-latek, który uwielbia sztuczki techniczne.
Jednak tak naprawdę Stadion Śląski wraca do żywych przede wszystkim po to, żeby znowu gościła w Chorzowie reprezentacja Polski. Przypominam, że w 1993 roku Polski Związek Piłki Nożnej nadał mu - jako pierwszemu w Polsce - status Stadionu Narodowego. Przypominam również, że nigdy nie cofnął tej rekomendacji.

Oczywiste jest, że nikt na Górnym Śląsku nie może uzurpować sobie praw, by każdy mecz biało-czerwonych o punkty rozgrywać w Chorzowie. To byłoby niesprawiedliwe. Ale Śląski nie miał monopolu na kadrę: w latach 60. biało-czerwoni grali w Chorzowie (także towarzysko) - 12 razy, w złotych latach 70. - 10 razy, w latach 80. - 8. razy.

Byłoby wspaniałą wiadomością gdyby przynajmniej RAZ W ROKU polska reprezentacja grała w Chorzowie mecz międzypaństwowy. Jedno jest dla mnie jest oczywiste: należy jak najszybciej skończyć z monopolem Stadionu Narodowego w Warszawie na mecze reprezentacji Polski o punkty. W 2015 roku Polski Związek Piłki Nożnej przedłużył ze spółką PL.2012+ umowę na wynajem Stadionu Narodowego. Na jej mocy piłkarska reprezentacja Polski wszystkie mecze eliminacji mistrzostw Europy i mistrzostw świata będzie rozgrywać w Warszawie co najmniej do końca 2020 roku. Pacta sunt servanda, ale miejmy nadzieję, że nie „co najmniej” a „co najwyżej”!

„Stadion Narodowy w Warszawie jest wspaniały i powinny się na nim odbywać mecze reprezentacji Polski”. To zdanie polega na prawdzie. Ale zdaniu „Stadion Narodowy w Warszawie jest wspaniały i tylko tam powinny się odbywać mecze reprezentacji Polski” - mówimy nie. Bo Stadion Śląski jest równie wspaniały jak ten warszawski. I znowu, po latach, zasługuje na wielkie mecze reprezentacji Polski.

Czego państwu i sobie życzę.

czwartek, 24 sierpnia 2017
Cztery piwska i dwie lufy

Polską ligę oglądam namiętnie, wystarczy żebym miał czas - obejrzę każdy jej mecz w dowolnym zestawie rywali. Z Bundesligą jest to niemożliwe o tyle, że ta liga nie wywołuje moich namiętności. Na Śląsku znam jednak wielu ludzi – i to będących powszechnie kojarzonymi z innymi dziedzinami życia społecznego – którzy ją uwielbiają. Jednym tchem potrafią wymienić skład Bayernu (brrrr....), Schalke lub jednej czy drugiej Borussii. Musiałbym być oczywiście wariatem żeby nie doceniać Bundesligi. Doceniam, ale osobiście na jej punkcie nie szaleję.

Szaleję natomiast na punkcie książki Ronalda Renga. Muszę przyznać, że mnie urzekła. W niezwykle pomysłowy sposób odmalowuje dzieje dużo młodszej siostry naszej ligi (przypominam, że aż o 35 lat). To fantastyczna, świetnie skonstruowana, oryginalna i wartka opowieść. Najbardziej lubię kiedy o powszechnie znane historie opowiada się w niebanalny i nowatorski sposób. Tak właśnie o Bundeslidze opowiedział bardzo utalentowany Ronald Reng.

Spoiwem tej historii jest życiorys postaci z punktu widzenia polskiego czytelnika marginalnej. 79-letni Heinz Höher był piłkarzem Bayeru Leverkusen, Meidericher SV, holenderskiego Twente i Bochum. Od razu wziął się za trenerkę, pracował w zawodzie do 1996 roku, m.in. w Bochum, Duisburgu, Düsseldorfie i Norymberdze. Można by przyznać, że nie są to kluby mogące przyprawiać przeciętnego polskiego kibica o zawrót głowy. Niemniej – jak się okazuje – to właśnie Höher wszystko widział, wszędzie był i wszystko przeżył. Jego losy nierozerwalnie splątane z niemieckim futbolem są tak niebanalne i zajmujące, że momentami aż nie do uwierzenia.

Mnie bardzo się podoba sposób w jaki w tej książce pokazywane są zmiany. Bo zmienia się wszystko: nastawienie, mentalność, podejście do zawodu i ilość pieniędzy. Wątków o których mógłbym gadać i gadać jest wiele. Dletego zacytuję tylko jeden fragmencik. „Już wiele razy po bolesnych porażkach [Höher] odczuwał w sobie taką nagłą pustkę. Według jego wiedzy na określenie tego stanu nie było żadnego fachowego terminu medycznego choć przecież psychika zaczęła odgrywać w niemieckim sporcie znaczącą rolę najpóźniej w momencie gdy Boris Becker wyznał, że wygrywa swe mecze dzięki mentalnej sile. Ale poczucie psychicznego wyczerpania uznawano za słabość i aby ją pokonać, Heinz Höher musiał sobie walnąć od czasu do czasu cztery piwa i dwie lufy i zachowywać się tak jakby mu nic nie dolegało.”

Ciekawe ile razy niemoc, brak umiejętności radzenia sobie z poczuciem psychicznego wyczerpania oraz poczucie, że to coś wstydliwego wyprowadziła na manowce ludzi futbolu w naszym kraju.

O polskiej lidze nikt jeszcze w nie napisał w taki sposób jak Reng o Bundeslidze.

Przeczytałbym.

 

***

Ronald Reng

Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu

wyd.SQN (2017)

 

18:30, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
środa, 23 sierpnia 2017
Futbol a miłość życia

Wielokrotnie przekonywałem się, że nie mam pamięci do drogi i do miejsc, w których zostawiam samochód, ale mam z kolei dobrą pamięć do dat i wręcz fantastyczną do twarzy*. Ostatnio potwierdziło mi się to kilka dni temu kiedy szedłem przez ulicę Stawową w Katowicach. Niedaleko żaby spojrzałem na idącego w tłumie z naprzeciwka mężczyznę i coś mnie tknęło. Czy ja ostatni raz nie widziałem go na boisku jakieś trzydzieści lat temu? Natychmiast zawróciłem, zrównałem się z nim krokiem i grzecznie zapytałem: "Przepraszam, czy pan Marek Biegun?" (a w głowie zaświeciło mi się: "rok urodzenia: 1958"). Mężczyzna zdumiony potwierdził.

Takich okazji z rąk nie wypuszczam.

Efektem tego niewypuszczenia jest wywiad, który TUTAJ wklejam. Marek Biegun, jedna z gwiazd GKS-u Katowice z lat 80. fajnie opowiada o przeszłości. Wątków jest wiele, ale jeden chcę rozszerzyć na Czadoblogu. O tym jak bardzo futbol ma wpływ na życie prywatne.

Okazuje się, że Marek Biegun nie zakochałby się w konkretnej dziewczynie gdyby nie piłka. Na tym przykładzie łatwo udowodnić, że futbol może decydować o wszystkim.

Marek Biegun gra w młodości dobrze w piłkę => B. trafia do GKS-u, jednego z najlepszych wówczas klubów w Polsce => B. dobrze jak na ówczesne warunki zarabia: pobiera górniczą pensję i dostaje premie za zwycięstwa, które są co najmniej drugą pensją => stać więc B. żeby regularnie zabawiać się w katowickim hotelu "Warszawa" (szyk i szpan, jeszcze w zeszłej dekadzie reprezentacja Włoch właśnie tam rezerwowała pokoje, na alejce pod hotelem wpadłem wtedy na spacerującego wieczorem Marcelo Lippiego) => B. zauważa w hotelowym kiosku śliczną dziewczynę => B. zakochuje się => B. odrzuca propozycje przejścia do bardzo znanego klubu w Polsce (wtedy i dziś absolutny top, różnica taka, że wtedy GieKSa ich łomotała, a teraz nawet z nimi nie gra) => B. żeni się => rodzi mu się córka => ma dziś wnuki.

Gdyby B. dobrze w GieKSie nie zarabiał, życie potoczyłoby się inaczej. Bez tych pieniędzy w życiu nie przyszłoby mu do głowy bawić się w hotelu "Warszawa" nie spotkałby więc przyszłej żony.

To nie jest historia jedyna w swoim rodzaju.

PS Mało kto wie, że gra w GieKSie wpływała też na rozszerzanie smaków. Być może wyda wam się to dziwne, ale w połowie lat 80. niewielu Polaków żyjących w PRL-u znało smak... krewetek. Osobiście uwielbiam krewetki i zdążyłem zapomnieć, że w dzieciństwie w ogóle nie znałem tej pyszności.

W 1986 roku GKS grał w Islandii z Framem Reykjavik w Pucharze Zdobywców Pucharów. Kiedyś Marek Koniarek opowiadał mi, że piłkarze najbardziej uśmiali się kiedy wrzucali mydełka do gejzerów, ale Marek Biegun przede wszystkim zapamiętał, że gościnni gospodarze postawili przed piłkarzami GieKSy talerze pełne dziwnego jedzenia. Jednak nasi bali się je jeść, nie wiedzieli chyba za bardzo co to. Zdecydowali się tylko B. i bramkarz Robert Sęk.

Odkryli magiczny świat krewetek.

*rozpoznaję nawet kolegów z przedszkola, których nie widziałem od przedszkola.

wtorek, 22 sierpnia 2017
Walcz do końca. Zaniosą cię na rękach do domu

Często powtarza się, że w piłce nożnej trzeba walczyć do końca. Na tyle często, że nie robi to już większego wrażenia. Ale ciągle warto przypominać historie niezwykłe i czasy gdy działo się coś niezwykłego.

Dziś mija dokładnie 80 lat od niezwykłego meczu. 22 sierpnia 1937 roku Ruch Wielkie Hajduki gra w ekstraklasie z Warszawianką. Gospodarzom nie idzie, są nieskuteczni. W dodatku w 87 minucie, jeszcze przy stanie 0:0 sędzia dyktuje rzut karny dla gości. Rudolf Pirych strzela, piłka wraca w pole, a Józef Smoczek dobija do pustej bramki. Warszawianka wychodzi na prowadzenie.

Dwie minuty do końca. Na widowni rozpacz.

Wznowienie gry od środka. Atak Ruchu. Zamieszanie podbramkowe. Główkuje Teodor Peterek. Gol!

Wznowienie gry od środka. Ruch natychmiast przejmuje piłkę. Gerard Wodarz biegnie na bramkę. Traci piłkę, ale... udaje mu się ją odzyskać. Pędzi z nią w stronę linii autowej. Stamtąd znienacka wali bombę na bramkę. Piłka wpada w górny róg.

Szał na trybunach. Owacje.

Koniec meczu. Kibice znoszą Wodarza na rękach z boiska. Nie zanoszą go do szatni. Zanoszą go prosto do domu.

PS Warszawianka rozzłościła piłkarzy Ruchu. W trzech meczach, które oba zespoły rozegrały do wybuchu wojny strzelili jej piętnaście bramek.

wtorek, 08 sierpnia 2017
A co Ty zrobiłeś dla Ruchu?

Ruch Chorzów przeżywa jeden z najtrudniejszych momentów w historii. Obecnie nie jest możliwe żeby styl gry drużyny i jej wyniki olśniewały.

Pytacie czasami jaka jest różnica między futbolem obcym a naszym. Wydaje mi się, że największa różnica ze wszystkich jest taka, że tam (w Niemczech albo Anglii) przychodzi się na własną drużynę. U nas często przychodzi się przede wszystkim na obcą...

Trafia się doskonała okazja żeby okazać Ruchowi wsparcie. Dziś o godzinie 19 niebiescy grają u siebie z Chrobrym Głogów w Pucharze Polski. To pierwszy mecz chorzowian na własnym stadionie, który można zobaczyć na własne oczy.

Ruch to jeden z symboli Śląska. Nie tylko piłkarskich - uważam, że w ogóle. Prawda jest taka, że to Wy, kibice, możecie raz za razem udowadniać, że to symbol ciągle żywy. Nie ma nic piękniejszego niż wsparcie dla klubu w trudnych dla niego momentach. Udowadniają to fani Widzewa i Górnika. To dzięki gromadnemu zainteresowaniu tamte kluby mają szanse wyjść na prostą.

Ruch też zasługuje żeby wyjść na prostą. Ale bez Was to może nie być możliwe.

A wystarczy tylko, że przyjdziecie. A potem znów przyjdziecie. I znów... Bez marudzenia na styl i wyniki. Bo jeśli będziecie regularnie i gromadnie przychodzić wreszcie nadejdzie czas, że będziecie mogli pomarudzić.

Swoją drogą - czy to nie wspaniały moment żeby zacząć kibicowską przygodę?  Wydaje mi się, że jeśli ktoś nie jest kibicem a jego przygoda z piłką może rozpocząć się od takiego spotkania jak Ruchu z Chrobrym - w przyszłości mógłby się tym szczycić...

Nie jest sztuką zacząć być kibicem Barcelony kiedy ta wygrywa Ligę Mistrzów. Nie chodzi oczywiście o to żeby się katować. Chodzi o wsparcie. Bo tylko zaciskając zęby teraz jest szansa, że kiedyś będzie lepiej.  

Nie pytaj więc co Ruch zrobił dla Ciebie. Spytaj raczej co Ty możesz zrobić dla Ruchu. 

PS Nie muszę pisać co na ten temat sądzi Omega.

 

poniedziałek, 07 sierpnia 2017
Oto okładka mojej przyjemności

Miło mi oznajmić, że w połowie września ukaże się na rynku książka pod tytułem "Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach".

Pracowałem nad nią rok, to była dla mnie wspaniała przygoda. Uważam, że dla człowieka interesującego się futbolem właściwie nie ma lepszego sposobu na poznawanie sławnych ludzi piłki, ich wspomnień, osądów i przekonań niż praca przy okazji książki.

Rozkwit Górnika w latach 50., piętnaście lat z rzędu kiedy niezmiennie stoi na ligowym podium (w latach 1957-72) to historia w polskim futbolu jednorazowa. Zazwyczaj zabrzanie miażdżyli wtedy kogo chcieli i jak chcieli. A po kilku latach kryzysu, jeszcze raz, w latach 80. potrafili zadziwić - stało się to już udziałem innego pokolenia. Efekt: 14 tytułów mistrzowskich (zabrzanom w tym względzie dorównuje jedynie Ruch Chorzów) i finał europejskiego pucharu (w tym względzie nie zdołał im dorównać już nikt. Chciałbym żeby komuś za mojego życia się udało, ale szczerze powątpiewam).

Poniżej pierwszy raz prezentuję Wam okładkę książki. Wygląda następująco:

  stot

Nie wiem czy ktoś rozpoznaje, ale na okładce rozgrywa się jeden z najważniejszych meczów w bogatej historii Górnika. Miejsce też nieprzypadkowe. 13 września 1961 roku około 80 tysięcy ludzi zobaczyło na Stadionie Śląskim pierwszy mecz Górnika w europejskich pucharach. W Pucharze Mistrzów zabrzanie pokonali wówczas słynny Tottenham Londyn.

Na okładce Bill Brown, bramkarz Tottenhamu i reprezentacji Szkocji wprawdzie łapie piłkę, ale aż cztery razy mu się to tamtego dnia nie uda. Górnik w pucharową przygodę wszedł więc z przytupem.

Jestem zaszczycony, że prawie dokładnie 56 lat od tamtego wielkiego meczu ukaże się moja książka traktująca o fenomenie wielkiego Górnika. Wierzę, że dla wielu kibiców będzie to całkiem miłe 430 stron.

sobota, 29 lipca 2017
Dlatego kocham futbol

To bardzo dziwne uczucie kiedy nagle ktoś przypomina ci za co właściwie uwielbiasz piłkę nożną. Jako reporter nie przypominam sobie sytuacji jaka przydarzyła mi się w Mielcu, choć rozmawiam z piłkarzami po meczach już od 24 lat.

Pojechałem za Ruchem na Stal, bo byłem bardzo ciekaw tej nowej drużyny w brutalnym świecie, którego właściwie nie zna czyli w pierwszej lidze. 

W 68. minucie przy stanie 0:1 trener Krzysztof Warzycha postanowił dokonać zmiany. Na pozycję jedynego napastnika wchodzi Artur Balicki (rocznik 1999), który luzuje Jakuba Araka. Kilkadziesiąt sekund później Miłosz Przybecki przeprowadza dynamiczny rajd prawym skrzydłem i posyła płaską piłkę wprost pod nogi Balickiego. Ten przewraca się jednak w decydującym momencie i nieczysto uderza piłkę. Szansa przepadła...

Gole nie padły już do końca. Po meczu podszedłem do schodzącego z boiska Artura Balickiego. Łzy leciały mu jak grochy. - Przeżyłem coś wspaniałego: mogłem zadebiutować przy wypełnionym stadionie, prezentował się naprawdę pięknie. No ale oczywiście mam do siebie pretensje. Miałem przecież taką wymarzoną okazję żeby wyrównać... Była naprawdę dobra! No i ten debiut ma teraz słodko-gorzki smak... Muszę to przetrwać - pociągał nosem, a mnie łamało się serce. 

Ale wiecie co? Inni go nie zostawili. Niektórzy piłkarze schodząc do szatni okazywali mu wsparcie, klepali przyjacielsko po plecach.

Właśnie dlatego futbol jest tak uniwersalny. W prosty sposób przekazuje emocje. W najtrudniejszych momentach buduje się więź, cementuje społeczność. Ludzie dostrzegają na kogo mogą liczyć w trudnych chwilach.

Ruchowi będzie w tym sezonie jeszcze niejednokrotnie bardzo ciężko. Moim zdaniem trudno się spodziewać żeby mógł na razie myśleć o czymś więcej niż o utrzymaniu. Ale najważniejsze, że walczy i nie poddaje się. Na razie ta drużyna jest jak ciemiączko u niemowlaka. Ale jeszcze, mam nadzieję, okrzepnie. Wtedy będzie można myśleć o czymś więcej.

PS Pojechałem do Mielca licząc, że zobaczę te słynne trybuny, które pamiętam jeszcze z meczu z Albanią w 1984 roku. Zapomniałem, że czas leci i stadion wygląda już zupełnie inaczej. Ale muszę przyznać, że spodobało mi się kiedy przekonałem się co Stal znaczy dla Mielca. Stadion był prawie wypełniony. Ludzie żyli tym wydarzeniem. Powodzenia.

PS1 Pogadałem też w Mielcu z Januszem Patermanem oraz byłym graczem GieKSy i Górnika, fajnym synkiem, o którym wiadomo było, że Ruchowi nie przepuści. Szczegóły - TUTAJ i TUTAJ

PS2 Omega nie musi się moim zdaniem wstydzić, choć w browarze też nie ma oczywiście sensu zamaczać wskazówek.

piątek, 21 lipca 2017
Dziennikarz czasami również zazdrości

Tego rodzaju uczucie nie jest obce żadnej grupie zawodowej. Jestem przekonany, że każdy kiedyś zadał sobie pytanie: „dlaczego, do cholery, to nie ja wpadłem na ten pomysł...”
O co chodzi w moim przypadku? Nieczęsto mi się to zdarza, ale tym razem pieję z zachwytu. Niektórzy wiedzą, inni nie - fantastyczną robotę wykonują obecnie dziennikarze Radia Katowice. Od początku lipca prezentowana jest historia sportowego symbolu Śląska - najważniejszego polskiego stadionu piłkarskiego. Oczywiście wiadomo o jaki obiekt chodzi.
Autorzy - Jerzy Góra i Jarosław Juszkiewicz - wpadli na niecodzienny pomysł zaprezentowania najpiękniejszych chwil Stadionu Śląskiego.
Cykl piętnastu (tyle zaplanowano) kilkuminutowych, dynamicznie zrealizowanych odcinków nie prezentuje wydarzeń dotyczących Śląskiego w porządku chronologicznym, lecz skupia się na różnych emocjach, które towarzyszyły historii stadionu, a które są jednocześnie tytułami poszczególnych odcinków. Taki jest zresztą tytuł całego cyklu „Stadion Śląski - potęga emocji”.
Dotychczas wyemitowano „Strach”, „Entuzjazm” i „Radość”. Wkrótce „Gorycz”, „Zachwyt”, „Wdzięczność”, „Napięcie”, „Zmęczenie”, „Zaskoczenie”, „Odprężenie”, „Ekscytacja”, „Przyjemność”, „Miłość”, „Duma” i „Olśnienie”.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem jeden z odcinków - oniemiałem. To zupełnie nowe spojrzenie na historię stadionu, dzięki temu ujęciu nie trzeba poznawać jej chronologicznie ale można żonglować odcinkami wedle uznania. Na czas słuchania najlepiej odizolować się i użyć słuchawek - tak żeby przez te parę minut podróży w przeszłość nie odciągały was ważne sprawy, szef, dzieci lub pies.
Premierowe odcinki emitowane są na antenie Polskiego Radia Katowice w poniedziałki o 12.30. Ale jeśli któryś z tych odcinków wam umknie - nie ma straty. Można nadrobić ewentualne zaległości, bo wyemitowane już odcinki o Stadionie Śląskim można usłyszeć na stronie internetowej Radia Katowice.
Świetny pomysł to jedno ale trzeba mieć jeszcze odpowiednie archiwa żeby móc w ogóle myśleć o jego realizacji, żeby mieć z czego uderzyć. Katowiccy radiowcy mają takie możliwości, bo nie przypuszczam żeby ktoś dysponował bogatszym archiwum fonicznym dotyczącym tego tematu. Archiwa Polskiego Radia Katowice przez dziesiątki lat wzbogacały się o kolejne transmisje, relacje, audycje i wywiady. Nic nie umknęło. W efekcie radiowcy zrzucają na nas, słuchaczy, prawdziwą bombę.
W bardzo oryginalny sposób przypominają więc wszystkie wielkie wydarzenia sprzed lat. W audycjach opowiadają o nich wielcy sportowcy, artyści, dziennikarze. Należy dodać, że całość świetnie zrealizował akustycznie Jacek Kurkowski (to ogromnie ważny element, spoiwo całego pomysłu).
Dobrze się składa, że o tym piszę, bo akurat jutro mija 61. rocznica otwarcia Stadionu Śląskiego. Ostatnie lata były dla tego miejsca trudne, ale jest nadzieja, że nasz olbrzym odżyje i że kolejne pokolenia będą miały szanse na podobne chwili uniesień jak ich poprzednicy. Posłuchajcie tego co proponują radiowcy z Katowic - z pewnością poczujecie o co mi chodzi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 214
Archiwum