wtorek, 24 lutego 2015
Historia Helmuta. Co na to tzw. patrioci?

Oczywistością jest, że świat nie jest czarno-biały więc najnowsza generacja piewców moralności i wzniosłego patriotyzmu (chodzi mniej więcej o tę generację, która o rotmistrzu Pileckim dowiaduje się od nauczycieli przedmiotu "wiedza o społeczeństwie") jest dla mnie wręcz nieznośna w swoim zero-jedynkowym postrzeganiu rzeczywistości. Nowa generacja tzw. patriotów w dostrzeganiu szarości zauważa coś wstydliwego i jakby obniżającego postawione przez nich wysokie moralne standardy.

A ja właśnie teraz przedstawiam Wam przypadek, z którym niezłomni sobie nie poradzą i będą siedzieć cichutko. Droga zero-jedynkowa prowadzi bowiem do zanegowania pierwszych dwóch tytułów dla Legii Warszawa z połowy lat 50. i... nie tylko. 

W styczniu 1934 roku w Beuthen (Oberschlesien) rodzi się mały Helmut. Jeszcze w wieku 11 lat nie potrafi słowa powiedzieć po polsku (Beuthen do 1945 roku znajduje się po niemieckiej stronie granicy), jego ojciec w czasach wojny będzie żołnierzem Wehrmachtu (w cywilu jest górnikiem kopalni, która za niemieckich czasów zwała się "Heinitzgrube", a za polskich - "Rozbark").

Kiedy jeszcze przed wojną fater zabiera Helmuta do siostry mieszkającej w Świętochłowicach (po polskiej stronie granicy) chłopak nie rozumie ani słowa.

Najnowsza generacja tzw. zero-jedynkowych patriotów w 1945 roku od razu z chęcią wysiedliłaby rodzinę Helmuta do Niemiec. To przecież szkopy! Oni oczywiście nie chcą wyjeżdżać. Beuthen to całe ich życie. Także wtedy gdy zmienia nazwę na Bytom.

Zostają.

W peerelowskiej rzeczywistości trzeba oczywiście coś zrobić z imieniem Helmut. Jak to brzmi! Co innego - Czesław albo Jerzy. Bajtel dostaje więc nową wersję. Też zaczyna się na "h". Zostaje Heńkiem. 

Mały Heniu uczy się od podstaw polskiego w polskiej szkole (wcześniej w tym budynku była szkoła niemiecka) razem z rówieśnikami, którzy również nie mówią w tym języku. 

Mały Heniu uwielbia piłkę i okazuje się, że ma ogromny talent. Zapisuje się do klubu, który nazywa się Polonia, podobnie jak inni chłopcy poczęci w niemieckim Beuthen, jak choćby Jan Liberda. Heniu jest urodzonym środkowym napastnikiem. Wbija mnóstwo goli. Tak wiele, że chce go wszechwładna w połowie lat 50. - Legia Warszawa.

Heniek gra tam początkowo na prawym skrzydle, środek ataku zarezerwowany jest w Legii dla Edmunda Kowala (kiedy Heniek był jeszcze Helmutem, Edmund Kowal był z kolei Egonem Ernestem Schmidtem). W pierwszym sezonie 1955 (wtedy liga gra jeszcze systemem wiosna - jesień) Heniek strzela "tylko" 13 goli (osiem w lidze i pięć w PP). Może być jednak zadowolony - także dzięki jego bramkom Legia pierwszy raz w historii zdobywa mistrzostwo Polski.

W sezonie 1956 nowy trener Ryszard Koncewicz oddaje Heńkowi środek ataku. Efekt: 21 goli w ekstraklasie, drugie mistrzostwo Polski i tytuł króla ligowych strzelców. Do tego jeszcze 5 bramek w PP. Heniek pełni służbę wojskową, ale kwaterę ma w barakach na terenie stadionu. Legia bardzo go docenia. Początkowo Heniek mieszka w pokoju czteroosobowym, ale jest ważny dla klubu zostaje więc przeniesiony do pokoju dwuosobowego. Po skończeniu dwuletniej służby Legia bardzo chce żeby został jeszcze rok. Dostaje więc stopień chorążego, a odchodząc - w uznaniu zasług - jeszcze telewizor (zabiera go kiedy wraca do Bytomia, choć w tym czasie telewizja działa jeszcze tylko w Warszawie). 

W 1957 roku Polska rozgrywa słynny mecz ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim. Pierwszego gola Heniek wypracowuje Gerardowi (czyli syn żołnierza Wehrmachtu podaje byłemu żołnierzowi Wehrmachtu). Polska wygrywa 2:1.

Heniek w ciągu trzech sezonow (55-57) w 64 ligowych meczach zdobywa aż 46 goli. W obecnych czasach taką średnią nie może pochwalić się żaden napastnik Legii.

Jest jednak klub dla którego robi nie mniej niż dla Legii. To osobna wspaniała historia. Z Polonią Bytom też zdobywa dwa tytuły mistrzowskie, też zdobywa tytuł króla strzelców. Dla Polonii wbija 53 bramki. Ogółem jego ligowy licznik zamyka się na 99 golach (pozdrowienia dla Tomasza Wieszczyckiego). 

Jeśli jesteście w Bytomiu akurat dziś -  tak się składa, że możecie o historii Heńka dowiedzieć się znacznie więcej. O godzinie 17 w kamienicy przy Rynku odbędzie się niezwykła impreza: promocja książki o bohaterze tego wpisu, wielkiej gwieździe futbolu lat 50. Ja też tam będę. Po Kazimierzu Trampiszu (napisał o nim Darek Leśnikowski), po Edwardzie Szymkowiaku (napisał o nim Czadoblog) czas właśnie na Heńka. Napisał o nim Bartek Błasiak. Czytałem już tę książkę i mogę z czystym sumieniem ją polecić. Wypada żałować, że Bohater Opowieści nie przyjedzie z Niemiec na uroczystość mu poświęconą. Jest jednak poważnie chory.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

10:25, pavelczado , Książki
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 23 lutego 2015
Znalazłem niezwykłe listy gwiazdy Górnika Zabrze

Muszę Wam się przyznać, że uwielbiam kiedy we własnym domu spotykają mnie takie niespodzianki jak ostatnio. Chodzi o to, że w tzw. pokoju piłkarskim gromadzę wszystko co związane z futbolem. Źródła tych pamiątek są różne, trafiają do mnie w różny sposób. W efekcie wiele spraw mam uporządkowanych, ale ciągle są w tym pokoju miejsca, które wciąż potrafią mnie zaskoczyć. Czasami po prostu nie wiem co mam.

Sznupałem za czymś w związku z Projektem X, w który intensywnie się angażuję i nieoczekiwanie w szpargałach dotąd przeze mnie niedotykanych znalazłem trochę niezwykłych dokumentów m.in. odręczne listy. Mam je już parę lat, a nawet o ich istnieniu nie widziałem!

Dwa listy napisał człowiek o niecodziennej piłkarskiej karierze. Zmarł pięć lat temu w Kolonii w wieku 82 lat i tam jest pochowany. To wspaniała i niezwykle zasłużona postać dla górnośląskiego futbolu. Antoni Franosz był znakomitym obrońcą* Górnika Zabrze, w którym grał od początku jego powstania aż do 1962 roku i trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Grę rozpoczynał jeszcze jako wychowanek Preußen Hindenburg (1940-44). Zresztą muszę Wam przypomnieć, że aż  trzech wychowanków Preussen zdobyło po wojnie mistrzostwo Polski z Górnikiem! To Józef Kaczmarczyk, Henryk Czech i właśnie Antoni Franosz, który po zakończeniu kariery był trenerem w zabrzańskich klubach, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec.

Od 1928 roku do 1945 Franosz nie miał wiele wspólnego z Polską, jako mieszkaniec Hindeburga był obywatelem niemieckim. Po wojnie mówił charakterystyczną mieszanką polskiego i niemieckiego co doskonale pamiętają jeszcze piłkarze, którzy grali w piłkę w latach 60. Ostatnio jeden z nich wspominał mi charakterystyczną wypowiedź Franosza, która daje pojęcie o jego sposobie wysławiania się: - U nas wielki dyscyplin. Dwadzieszcza dwa: spać!

Ci, którzy mają zamiar to wyśmiewać muszą pamiętać gdzie i kiedy wychował się Antoni Franosz.

Poniżej treść bardzo ciekawego listu jednej z pierwszych prawdziwych gwiazd Górnika. Znalezisko z piłkarskiego pokoju Czadobloga daje pojęcie o sposobie wysławiania się Franosza. Warto zwrócić uwagę, że pisząc list właściwie nie popełnił błędu ortograficznego. Cytuję, bo tekst nie zawiera żadnych treści prywatnych:

Köln, 8.12.88

Jestem 9.02.1928 w Zabrzu (Hindenburg) rodzony. Jako 7-letni chłopiec grałem już piłki nożnej z starszymi chłopcami na placach i podwórku. Moje zainteresowania do piłki rosły i tak w 1940 grałem w drużynie młodzieżowej A "Preußen Hindenburg". W roku 1944 awansowałem do I Drużyne "Preußen Hindenburg" za pozwoleniem Matki, ponieważ Ojciec już nie żył. 1945 powstał Klub "Pogoń Zabrze" gdzie od razu grałem w pierwszej drużynie, do roku 1949 [Górnik powstał w 1948 roku, ale pierwsze mecze rozgrywał na początku 1949, przyp.pacz]. Wtedy doszło do łączenia 4rych drużyn ze "Zabrza" które się nazwały Zjednoczenie, Skra, Concordia i Pogoń Zabrze. Z tych Klubów powstał Klub "Górnik Zabrze".

W tej Drużynie grałem na początku w ataku i później na pozycji obrońca.

Zdobywałem w tej drużynie 3krotnego Mistrza Polski w roku 1957, 1959, 1961. W roku 1962 był dla mnie ostatni mecz przeciw "Stal Sosnowiec" [w przegranym na Stadionie Śląskim finale Pucharu Polski, przyp.pacz].

Najpiękniejsze przeżycie było w grudniu 1957 w meczu Górnik Zabrze przeciw Odra Opole w którym my wygrali 7:1 [w rzeczywistości 8:1, przyp.pacz] i z tym zdobywaliśmy pierwszy raz Mistrza Polski w Zabrzu. Trenerym był wówczas Soltan Opata (...).

Mój najlepszy mecz był 1960 [w rzeczywistości w 1961 roku, przyp.pacz] przeciw Tottenham Hotspur, który my wygrali 4:2.

Najgorzej przeciwnik dla "Górnika" była Drużyna Ł.K.S. Łódź. Obecnie jestem na emeryturze i ze względu na stan zdrowia nie uprawiam Sportu. Mieszkam w Köln i dalej prześladuję mecze Górnika Zabrze.

Ze Sportowym Pozdrowieniem

Anton Franosch

Serdeczne Pozdrowienia dla Kierownictwo, Działacze jak również dla Piłkarze i dla wiernych Kibiców.

W drugim liście Antoni Franosz pisze o bardzo ciekawych szczegółach. Jako zawodnik grając w Preußen wzorował się na Friedrichu Buchcziku. Buchczik, na którego wołali "Frieda", był bardzo dobrym zawodnikiem - w latach wojny miał nawet zostać powołany do reprezentacji III Rzeszy na mecz ze Szwecją, ale ostatecznie spotkanie zostało odwołane. Po wojnie Buchczik występował jeszcze w Pogoni Zabrze. Chciał go AKS Chorzów, ale do transferu nie doszło przez fatalny stan zdrowia ciężko rannego na froncie piłkarza.

Franosz - tak jak Buchczik - w 1945 roku trafił do Pogoni Zabrze. Podkreśla, że tam z kolei wzorował się na Maksymilianie Bortliku. Z kolei w Górniku lubił grać z Marianem Olejnikiem, postacią, która zasługuje na odrębne opowiadanie. A wiecie kto był wzorem dla Antoniego Franosza  - jak się wyraził - "w ogóle"?  Gerard Cieślik. Mieli zresztą okazję zagrać w jednej drużynie we wrześniu 1955 roku kiedy Cieślik został przez Górnika wypożyczony z Ruchu Chorzów na tournee po Związku Radzieckim.

Okazuje się również, że Antoni Franosz był kuszony przez inne kluby. "Propozycję dostałem od Sosnowca, Szombierek i w końcu miałem do Zielonej Góry przejść." W Górniku został do końca kariery.

Według Franosza pierwszy skład Górnika - z wiosny 1949 roku - wyglądał tak:

w bramce - Ginter Procek;

na obronie - Antoni Garus i Heinz Zimmermann (brat ojca słynnego pianisty Krystiana);

w pomocy - Paweł Winderlich, Ginter Pawlik i Eryk Nowara;

w ataku - Józef Holesz, Antoni Franosz, Gerard Ptak, Henryk Czech i Werner Niesterok.

PS Ciekawe czy we własnym domu czekają na mnie jeszcze tego typu niespodzianki:) Jedno jest pewne - nie warto czekać z rozpakowaniem jakiegoś pudła kilka lat;)

*najpierw napastnikiem:)

środa, 18 lutego 2015
Nie wierzę Sylwestrowi Latkowskiemu od 11 lat

W Polsce mówi się o aferze związanej z Kamilem Durczokiem. Bez względu na to jak się mają fakty (a wygląda na to, że mają się "trochę" inaczej niż przedstawia to "Wprost") wzruszam ramionami ponieważ Sylwester Latkowski, redaktor naczelny tego pisma nie jest dla mnie żadnym autorytetem dziennikarskim. Kiedy wczoraj usłyszałem jego nazwisko przypomniałem sobie, że przecież kojarzę tego faceta i powód dlaczego go kojarzę. Tak! Wyobraźcie sobie, że przestałem mu wierzyć jedenaście lat temu przez... futbol.

W 2004 roku Sylwester Latkowski zażenował mnie kiedy zajął się kibolstwem. Nakręcił wtedy tzw. film dokumentalny. Niektórzy być może uznali wtedy obraz za objawienie, ale przypuszczam, że najwyżej ci, którzy nie wiedzieli, że do uprawiania piłki nożnej niezbędne są nogi. Napisałem wtedy w katowickiej "Wyborczej" coś takiego:

Dorsz w klatce

"Sylwester Latkowski to podobno najbardziej kontrowersyjny polski dokumentalista. Po projekcji filmu "Klatka" w TVP 2 przekonałem się tylko, że najbardziej przereklamowany.

Tym razem enfant terrible rodzimej reżyserki zabrał się za kibiców, a właściwie chuliganów piłkarskich. Próba przedstawienia tego środowiska w jego wykonaniu wypada żałośnie. Po emisji tego przydługiego, nudnego filmu jedno wiadomo: że nie wiadomo, o co chodziło autorowi.

Pewne jest, że Latkowskiego przyciągnął tylko chwytliwy temat, a od dawna słyszy się, że jego zaletą jest niebywały nos do wychwycenia wszystkiego, co może przyciągnąć masową publikę. A przecież o ustawkach, czyli bijatykach szalikowców, ustalających wcześniej między sobą czas i miejsce, jeszcze nikt filmu nie nakręcił. Latkowski przechwycił więc kasetę z ustawki*, dokleił parę kadrów z materiałów operacyjnych policji i dokręcił do nich jeszcze chaotyczne, przypadkowe scenki bez ładu i składu. Przy okazji pomieszał wątki, bo chuligaństwo stadionowe z walkami w tytułowej klatce** nie ma nic wspólnego. W rezultacie wychodzi zupełnie zafałszowany obraz polskiego kibica, stereotyp kibola - prymitywnego buca z karkiem a la Tyson.

Film fatalnie świadczy o Latkowskim jako scenarzyście - trudno zauważyć jakąkolwiek myśl w konstrukcji filmu. Kolejność ujęć jest przypadkowa: w tym filmie nie ma żadnej historii - koniec mógłby być środkiem, a początek końcem. Kolejne kadry nie mają logicznego związku. Zupełnie nie wiadomo, po co ujęcia z rozbierającymi się facetami, wywijającymi przy alkoholu genitaliami, czy z zakapturzonym wyrostkiem stojącym na dachu rozpędzonego pociągu. Kim są ci ludzie? Dlaczego się tak zachowują? Sedno opowieści powinno tkwić w szczegółach. A Latkowski po temacie się prześlizguje. W tym filmie brak tezy, brak puenty, brak pomysłu po prostu.

Brak także elementarnej wiedzy reżysera. Latkowski nie zna tych środowisk i kompletnie ich nie rozumie. Fragment filmu poświęca napisowi na murze "nigdy nie zostaniesz sam", nie mając pojęcia, że hasło upowszechniło się wśród polskich kibiców dzięki liverpoolskiemu hymnowi "You'll never walk alone".

Po emisji, podczas dyskusji w studiu Latkowski próbował wcisnąć telewidzom pseudosocjologiczną sieczkę, że to nie jest film o kibicach, ale o przemocy wypływającej z poczucia beznadziei i biedy. Ciekawe więc, dlaczego na jego filmie widać, jak chuligani przyjeżdżają na ustawki drogimi samochodami terenowymi?

Film miał wzbudzać emocje i pewnie wzbudził, ale pewnie tylko u przerażonych matek, którym dorastający synowie właśnie obwieścili, że mają zamiar iść na stadion, żeby zobaczyć mecz. Ja akurat po emisji "Klatki" byłem rozgrzany emocjami niczym dorsz na wodach Prądu Wschodniogrenlandzkiego."

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 O skrócie HKS dotyczącym Ruchu Chorzów przeczytacie TUTAJ. Wbrew pozorom nie należy go rozumieć jako "Hutniczy Klub Sportowy":)

PS2 Dawid Plizga odchodzi z Górnika. Myślałem, że do GieKSy, a tu - niespodzianka! GieKSie to on może teraz strzelić gola już w pierwszym meczu...

*uważni widzowie zwrócą uwagę, że przy niektórych ujęciach z ustawek, dźwięk podłożony w momencie uderzania przeciwnika jest zaskakująco zbieżny z odgłosem używanym przez czechosłowackich filmowców przy kręceniu słynnej parodii westernu "Lemoniadowy Joe" z 1964 roku. Tyle, że Latkowski robi to śmiertelnie poważnie:D

**niektórzy powiedzą, że użycie terminu "klatka" przez Latkowskiego to przenośnia odnosząca się do zamkniętych trybun piłkarskich. W tym samym filmie są jednak również kadry z walk w klasycznej klatce. Po cholerę?

sobota, 14 lutego 2015
Cierpliwość. Siła. Refleks. Nieustępliwość. Koncentracja. Ruch

Byłem dziś na meczu Ruchu Chorzów z Piastem Gliwice.

Śląskie derby spowodowały, że przypomniał mi się... Jacek Gmoch. W 1967 roku reprezentacja Polski rozgrywała mecz eliminacji mistrzostw Europy z Belgią na Heysel. Gmoch użerał się wtedy z Johannesem Devrindtem, piłkarz Anderlechtu strzelił dwa gole. Belgijska Polonia dogryzała wtedy z trybun Gmochowi, a on w przerwie powiedział oczywiste i mądre słowa: "poczekajmy, bo mecz trwa 90 minut".

Polska wygrała wtedy 4:2.

Dziś Ruch w pierwszej połowie grał moim zdaniem... nie, nie napiszę, że słabo. To nie było słabe. Raczej nudne. Piast, który - tak przy okazji - ma obecnie nadzwyczaj silną ławkę rezerwowych (nie wiem czy nie najsilniejszą w dziejach czyli Rusov, Jurado, Podgórski, Murawski, Janczyk, Żivec, Horvath) powinien po pierwszej połowie prowadzić. Nie prowadził tylko dlatego, że nowy nabytek Ruchu Matus Putnocky pokazał na jak wysokim poziomie stoi sztuka bramkarska na Słowacji.

Ruch ostatecznie wygrał, bo pokazał:

- po pierwsze: cierpliwość. Zachował się jak Gmoch na Heysel w 1967 roku;

- po drugie: siłę. A właściwie siłę pokazał Grzegorz Kuświk, który przy pierwszym golu - skoro potrafił przepchnąć takiego dzika jak Hebert - zasługuje na najwyższe uznanie;

- po trzecie: refleks. A właściwie refleks pokazał Jakub Kowalski, który gdyby nie refleks, nie miałby żadnych szans na zdobycie drugiej bramki (nie zapominajmy też o refleksie Putnocky'ego pod drugą bramką - powtarzam się, ale ta pojedyncza interwencja zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie);

- po czwarte: nieustępliwość. Gdyby Kuświk w 50. minucie i Kowalski w 57. minucie zawahaliby się ułamek sekundy, przestali wierzyć w powodzenie akcji nie mieliby żadnych szans na zdobycie gola;

Dobrą diagnozę postawił Angel Perez Garcia. Jego zdaniem Piast przegrał po na dziesięć minut stracił koncentrację. Hiszpan był zły, po przed meczem mówił piłkarzom, że akurat koncentracji nie mogą stracić nawet na moment. Ruch jej nie stracił nawet na chwilę więc wygrał.

Przy okazji wspomnę, że moim zdaniem Piast został skrzywdzony. Krzywda nie miała raczej wpływu na wynik, ale uważam, że sędzia popełnił błąd pokazując czerwoną kartkę Konstantinowi Vassiljevowi. Estończyk zszedł z boiska po zobaczeniu dwóch żółtych kartek, ja nie pokazałbym mu żadnej.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Może głupi jestem, ale nie rozumiem dlaczego Hanzel grał przed Vassiljevem.

piątek, 13 lutego 2015
H

Na Czytelników Czadobloga zawsze można liczyć. Nikt jak oni nie pociągną tematu w interesujący sposób.

Niedawno pisałem o tym jak powiększyłem kolekcję o autograf Ernesta Pohla i o tym jakie rozterki budzi u mnie literka "H" w jego nazwisku. 

W mojej kolekcji jest autograf na którym piłkarz podpisał się "Ernest Pol".

Czytelnik Grześ jest z kolei szczęśliwym właścicielem zdjęcia na którym podpisujący się gwiazdor użył formy "Ernest Pohl". Fotka została wykonane w Zabrzu przez meczem z Ruchem Chorzów 9 czerwca 1962 roku (Górnik wygrał 3:1 a Pohl strzelił ostatnią bramkę).

 autograd ernesta pohla

Okazuje się, że już na początku lat 60. Pohl był w profesjonalnym stylu przygotowany na popularność. Miał przy sobie zdjęcia i rozdawał je podczas imprezy w zabrzańskiej kawiarni "Fregata". Mieściła się wówczas na parterze przedwojennego budynku Admiralspalast w Zabrzu w miejscu Piwiarni Bawarskiej (teraz mieści się tam ING Bank Śląski).

Podpisywał je i rozdawał zwolennikom Górnika, którzy akurat przebywali w tej samej kawiarni. Autograf jest o tyle cenny i niecodzienny, że pierwotnie napisana przez Ernesta Pohla na zdjęciu data imprezy - 4 lipca 1962, została przez niego samego poprawiona na datę meczu a zarazem wykonania zdjęcia - 9 czerwca 1962. Teraz fotka i autograf są własnością Grzesia, który zdobył ją na Allegro.

Odezwał się również inny Czytelnik - Mieczysław. Zasysa wszystko co dotyczy futbolu związanego z Rudą Śląską (o związkach Pohla z Rudą chyba nie muszę pisać, nawet we własnych zbiorach mam fotkę tego piłkarza w barwach Slavii). Mieczysław podesłał mi mailem zdjęcie z autografem jakie Ernest Pohl trzy lata wcześniej, w 1959 roku, dał jednemu z kibiców Rudy Śląskiej o imieniu Bernard. Jest to dla Bernarda tak cenna pamiątka, że pozwolił Mieczysławowi tylko zrobić jej zdjęcie, ten nie mógł jej nawet zabrać do domu żeby zeskanować. Co prawda ta fotka nie przybliża nas do rozwikłania problemu literki "h", ale i tak warto zerknąć. Zobaczcie:

  pohl

autograf pohla

Jak więc rozwikłać wątpliwości dotyczące powodów pisania własnego nazwiska przez sławnego piłkarza na dwa sposoby (nie ma już wątpliwości, że własnoręcznie pisał się zarówno "Pol" jak i "Pohl")?

Grześ snuje domysły i proponuje ciekawą hipotezę. Chodzi o okoliczności powstania podpisu, wiadomo przecież, że mogą mieć istotny wpływ. Mogło być tak, że Ernest Pohl kiedy podpisywał się prywatnie - używał literki "H". Kiedy składał podpisy na oficjalnych dokumentach lub w okolicznościach nie do końca dla siebie jasnych - były oficjalne, bez literki"H". Przypominam o istotnym fakcie: trzeba pamiętać, że dopiero 3 września 1952 roku Biuro Ewidencji Ludności i Dowodów Osobistych przy Komisariacie Milicji Obywatelskiej w Rudzie Śląskiej specjalnym pismem powiadomiło o dokonaniu sprostowania pisowni nazwiska z "Pohl" na "Pol". Czyli było to w momencie gdy piłkarz miał 20 lat, wiadomo więc, że o "h" nie mógł zapomnieć.

Drodzy Czytelnicy;

Proszę: dzielcie się ze mną wszelkimi wątpliwościami natury historycznej dotyczącymi Waszych ulubionych śląskich klubów i piłkarzy. Takie dyskusje sprawiają, że wszyscy wiemy więcej:)

PS A jeśli jest mowa o Górniku to warto wspomnieć, że znana jest ścieżka w jaki sposób miasto będzie spłacać klubowe długi. Ciekawe.

środa, 11 lutego 2015
Będzie powieść "Wilimowski". Autorem... chorwacki pisarz

Ze zdumieniem dowiedziałem się, że w Polsce ukaże się książka pod tytułem "Wilimowski" kogoś innego niż Andrzej Gowarzewski. Dla mnie taki ruch jest samobójstwem każdego innego autora kimkolwiek by nie był.

Uspokoiłem się jednak, bo okazało się, że chodzi o powieść a nie klasyczną biografię. Ewenementem jest fakt, że jej autorem jest zagraniczny literat! Co rusz łamane są kolejne granice. Najpierw śląski piłkarz zostaje patronem stadionu we Francji, teraz śląski piłkarz znajduje miejsce w tytule książki chorwackiego pisarza urodzonego i wychowanego w Sarajewie, a obecnie mieszkającego w Zagrzebiu. Hasła o globalnej wiosce nie są przesadzone;)

Autorem powieści jest Miljenko Jergović, w 2012 roku laureat Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus za książkę "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Na razie powieść "Wilimowski" istnieje jedynie w wersji elektronicznej na kilku skrzynkach mailowych, w tym tłumaczki. Ważne, że będziecie mogli ją w Polsce przeczytać mniej więcej za rok.

Dostałem informację o czym właściwie będzie ta książka. Dzielę się z Wami tą wiedzą, bo fascynuje mnie skąd Chorwat może cokolwiek wiedzieć o Erneście Wilimowskim - bezwzględnie najlepszym piłkarzu grającym w Polsce ever, choć przecież na tyle zapomnianym, że każdy w naszym kraju wie kto to Deyna, Boniek, Lubański, a nie każdy wie kto to Wilimowski. Jak to się stało, że "Ezi" inspiruje Jergovicia?

Zastanawiam się nad związkami Wilimowskiego z Chorwacją i jako pierwsze - a właściwie jedyne - skojarzenie przychodzi mi na myśl, że zagrał przeciw w niej w dwóch meczach międzypaństwowych. Zdarzyło się to 15 czerwca 1941 roku w Wiedniu i 1 listopada 1942 roku w Stuttgarcie. Najpierw przywalił Chorwatom jednego gola, a potem dołożył dwa. Reprezentacja Niemiec w obu przypadkach wygrała w identycznym stosunku 5:1*. Jergović nie mógł być świadkiem tamtych zdarzeń, bo urodził się przecież jakieś ćwierć wieku później. Jednak tak naprawdę Wilimowski jest jedynie pretekstem do snucia tej opowieści. O czym?    

W tej niewielkiej książce jest miłość, samotność, smutek, nieszczęście, mądrość, głupota, dobroć, zło, zwyczajność. I tematy zawsze bliskie Jergoviciowi: tożsamość, inność, wykluczenie, tolerancja, zagrażająca wojna. Tak jak i w innych swoich książkach o wszystkim tym mówi poprzez opowieść. Jej bohaterami są Polacy, profesor Tomasz Mieroszewski, fizyk z Krakowa, jego kaleki syn Dawid, opiekunka i nauczyciel syna. Podróżują do górskiego hotelu w Dalmacji. Z powodu zapadnięcia się drogi część wędrówki odbywają pieszo, Dawid w lektyce, osłonięty przed słońcem białą gazą, co w oczach miejscowych chłopów czyni go innym, obcym, i budzi ich strach. Ta obcość i lęk pozostaną do końca. Podróżni docierają wreszcie do hotelu, gdzie profesor montuje swój wynalazek, radio i antenę. Dzięki temu będą mogli wysłuchać transmisji meczu z Brazylią na mistrzostwach świata, którego bohaterem był Wilimowski. Był on potrzebny profesorowi Mieroszewskiemu w jakimś tajemniczym celu, jako pretekst do odbycia rozmowy z synem. Synowi zaś po to, by mu się przyśnić i zamienić się z nim rolami: to Dawid biegał po boisku, a Wilimowski siedział na widowni i teraz on był budzącym niechęć i obrzydzenie potworem, którym na jawie był Dawid. A Jergoviciowi po to, by opowiadając o nim i jego koledze Fritzu Scherfke, mówić o tożsamości, o nich i wielu innych Górnoślązakach, którzy w hitlerowskich Niemczech, często nie z własnego wyboru, stali się Niemcami, o odpowiedzialności za faszyzm.

Premiera powieści będzie miała miejsce w Polsce. Książka ukaże się pod koniec 2016 roku nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty. Ciekawe co Ernest Wilimowski sądziłby o tej opowieści gdyby mógł ją przeczytać.

PS Ciekawe również czy jest w książce coś o Omedze:)

PS1 Zatkało mnie. Takie zdarzenia powodują, że hasła o "dupowatości" Ślązaków trafiają na podatny grunt.

 * w tym drugim meczu Niemców z Chorwatami zagrał również błyskotliwy skrzydłowy August Klingler, któremu poświęciłem kiedyś wpis.

17:50, pavelczado , Książki
Link Komentarze (19) »
niedziela, 08 lutego 2015
Taki był futbol przed pierwszą wojną światową

Symptomatyczne, że wszyscy interesujemy się najwspanialszą dyscypliną świata, ale o jej pierwszym półwieczu istnienia nie bylibyśmy w stanie wiele powiedzieć. Nawet kiedy sięgamy do czasów dla nas odległych to już futbolowe międzywojnie jest czymś absolutnie nieprzekraczalnym.

Warto jednak zwrócić, że piłka nożna istniała - mało tego; miała się dobrze - w prawie całej Europie już przed wybuchem I wojny światowej. Kiedyś bardzo interesowałem się jak to wyglądało na Górnym Śląsku, dziesięć lat temu napisałem nawet artykuł naukowy na ten temat*.

Zagorzali fani są w stanie wymienić najlepszych piłkarzy trzeciej, czwartej czy piątej dekady XX wieku. Ale jak wygląda to choćby z pierwszą albo drugą dekadą?

Górny Śląsk trudno porównywać do Argentyny, Czech czy Węgier (nie mówiąc o Anglii) gdzie futbol dostał przyśpieszenia wiele lat wcześniej. Nawet na Islandii wszystko działo się wcześniej niż u nas - w Reykjaviku piłkę w 1895 roku zaczął propagować szkocki drukarz (taki prawdziwy, nie chodzi o sędziego) James Ferguson.

Piłkarze sprzed stu lat mieli na Górnym Śląsku problemy dla ich obecnych następców trudne do wyobrażenia. Otóż przyczyną opóźniającą u nas rozwój futbolu (choć właściwie ni tylko u nas) była dezaprobata... władz szkolnych. Uważano, że sportowcy w niecodziennych strojach z odkrytymi nogami są przyczyną zgorszenia. Młodzież szkolna miała zakaz uczestnictwa w rozgrywkach, a przecież wiadomo, że to ona była bardziej motorem napędowym zjawiska niż stateczni ojcowie. Symptomatyczny jest przypadek Emila Nogliego, ponoć jednego z najlepszych piłkarzy Diany Kattowitz, mistrza Górnego Śląska w 1912 roku. Nogli, na co dzień prymus, został zawieszony w prawach ucznia a dyrektor nie chciał go dopuścić do matury. Dopiero pod wpływem nauczycieli gimnazjum, potajemnie... miłośników tej dyscypliny zmienił zdanie. Nogli jest dla mnie symboliczną gwiazdą drugiej dekady XX wieku na Górnym Śląsku:)

Ale to nie wszystko. W tym czasie istniał jeszcze jeden bardzo poważny czynnik hamujący rozwój piłki. Bardzo trudno było mu fiknąć. I chyba trudniej oszukać niż szkołę.

"Matki (pierwszych katowickich piłkarzy, przyp.pacz) narzekały, że chłopcy kopaniem piłki niszczą buty i zgadzały się z księdzem proboszczem, że piłka nożna jest grą raczej nieprzyzwoitą, jako że krótkie podenki i białe kolana wywoływały rumieńce wstydu u dziewcząt. A poza tym opuszczali nieszpory!"

Romantyczne czasy prawda? Te rumieńce musiały być naprawdę urocze!:)

U nas jeszcze był romantyzm, ale gdzie indziej już raczej futbolowy przemysł. Fajnie objaśnia to książka, której nagłe i niezapowiadane pojawienie się na rynku jest dużą frajdą, choć pewnie nie będzie taka dla wszystkich, bo nie wiem czy wyszło więcej niż trzysta egzemplarzy.

Otóż Miejska Biblioteka Publiczna w Piekarach (sic!) zdecydowała się wydać książkę o piłce nożnej dotyczącą tematyki, o której właściwie nikt w Polsce wcześnie kompleksowo nie pisał (a przynajmniej ja o tym nie wiem). Adam Fryc, mieszkaniec Piekar, absolwent historii na Uniwersytecie Śląskim i nauczyciel angielskiego zajął się tematem, o którym 99 kibiców na stu nie wie zapewne nic.

Fryc na trzystu stronach analizuje zagadnienie dogłębnie. Opierając się głównie na źródłach i opracowaniach angielskojęzycznych opisuje narodziny i ekspansję futbolu, ewolucję przepisów, systemów i stylów gry oraz metod treningu, infrastrukturę – pierwsze stadiony, pierwsze eksperymenty ze sztucznym oświetleniem, pierwsze tragedie na stadionach (jak się okazuje nie jest to wymysł czasów współczesnych). Opisuje pierwsze mecze, pierwsze wielkie gwiazdy i pierwsze wielkie drużyny.

O najlepszych piłkarzach pionierskiego okresu pewnie pamięta dziś już niewielu ludzi warto więc ich wymienić. Oczywiście prym wiodą wyspiarze:

- Szkoci** William MacKinnon, Alexander McMahon i James Quinn;

- Anglicy Stephen Bloomer (najwybitniejszy zawodnik z tego kraju przed II wojną światową), William Foulke (słynny grubas na bramce - tego jednego możecie kojarzyć, zwłaszcza jeśli czytaliście "Bramkarza czyli outsidera" Jonathana Wilsona, wydanego u nas w zeszłym roku), Robert Crompton, Vivian Woodward, Samuel Hardy

- Walijczyk William Meredith. Z Walijczyków wymienimy Rusha, Hughesa i Giggsa, ale - jak się okazuje - żaden z nich nie miał jednak pozycji Mereditha, uważanego za najlepszego piłkarza świata początku XX wieku. Z drugiej strony ten chyżonogi prawoskrzydłowy, gwiazda Manchesteru City to jeden z pierwszych poważnych piłkarzy ukarany za próbę przekupstwa (trzy lata dyskwalifikacji, ostatecznie wrócił po niespełna dwóch...)

Oprócz wyspiarzy warto wspomnieć o wybitnych grajkach już z kontynentu. Wymienia ich Adam Fryc:

- Czechu Janie Kosku (rekordziście Czech na 100 metrów w 1905 roku, zdobywcy 666 goli dla Slavii Praga);

- Czechu Vaclavie Pilacie (gwieździe Sparty Praga, jednym z twórców słynnej "czeskiej uliczki" - podania między obrońcami do wybiegającego na pozycję napastnika);

- Duńczyku Sophusie Nielsenie (wicemistrzu olimpijskiem w 1908 i 1912 roku, na tym pierwszym turnieju wbił najpierw jedną bramkę Francji B, a potem w półfinale dorzucił jeszcze... dziesięć Francji A);

- Niemcu Gottfriedzie Fuchsie (królu strzelców igrzysk w 1912 roku, dziesięć goli wbił wtedy Rosji. Jako że był żydowskiego pochodzenia, w 1937 roku udało mu się opuścić Niemcy);

- Węgrze Imre Schlosserze (od 1909 do 1914 królu strzelców węgierskiej ekstraklasy, dorzucił jeszcze jeden taki tytuł w 1917. W kadrze narodowej grał aż 21 lat, wbił dla niej aż 59 goli. Powinni go kojarzyć kibice Wisły Kraków, w latach dwudziestych trenował bowiem "Białą Gwiazdę");

- Włochu Renzo de Vecchim (wybitnym lewym obrońcy, trzykrotnym mistrzu Włoch z Genoą, debiutującym we włoskiej kadrze w 1910 roku w wieku 16 lat, człowieku o słabych warunkach fizycznych nadrabiającym braki nadzwyczajną umiejętnością przewidywania i brylantową techniką - typowy Włoch, nie?)

- Basku Rafaelu Moreno Aranzadim o ksywce „Pichichi” (świetnym napastniku Athleticu Bilbao grającym zawsze w białej czapeczce - od jego ksywki nazwano nagrodę wręczaną do dziś najlepszemu strzelcowi hiszpańskiej ekstraklasy).

Kojarzycie ich? Nie? Autor wszystkim tym piłkarzom, protoplastom Cristiano Ronaldo, Manuela Neuera czy Andrei Pirlo poświęca wiele miejsca. Podobnie jak najlepszym drużynom tamtych czasów (zalicza do nich m.in. Wanderers F.C. z Londynu, Queens Park Glasgow i całą plejadę istniejących do dziś klubów z Wysp a także Slavię Pragę, Viennę Cricket  and Football Club, Genoę, Haagsche Voetbal Vereniging, Athletic Bilbao, VfB Lipsk czy Ferencvaros Budapeszt).

Interesujący jest ostatni rozdział zajmujący się futbolem w społecznej rzeczywistości XIX i XX w: futbolem jako rozrywką, profesją, źródłem dochodu, jako czynnikiem wychowawczym, futbolem a kwestią narodową, robotniczą, relacjami z chrześcijaństwem, futbolem kobiet (już taki był!), futbolem jako czynnikiem społecznej integracji, a także... stadionowym chuligaństwem (w Anglii naparzali się już w 1886 roku a we Włoszech w 1898. Z kolei na Węgrzech w 1911 roku po meczu między reprezentacją Budapesztu a Blackburn Rovers piłkarze gości zostali obrzuceni kamieniami. Węgrzy nie byli aniołkami; w gminie Ersebethsalva sześciu piłkarzy odniosło ciężkie rany z czego dwóch - śmiertelne).

Wszystko to bardzo interesujące. Na podstawie tej pracy Adam Fryc obronił doktorat na katowickiej AWF.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

* mój artykuł pod tytułem "Początki piłki nożnej w Katowicach" ukazał się w zeszytach metodyczno-naukowych "Z dziejów polskiej i niemieckiej kultury fizycznej na Górnym Sląsku z XIX i XX wieku" wydanych przez katowicką AWF w 2005 roku.

** wyobraźcie sobie, że Szkoci już w 1890 roku wydali książkę "Wspomnienia i szkice o szkockim futbolu". U nas wtedy jeszcze nie było niczego do wspominania:)

czwartek, 05 lutego 2015
Stadion we Francji dostanie imię gracza Ruchu Chorzów

W piątek we francuskim mieście Lievin odbędzie się niezwykła uroczystość. Nie wiem czy kiedykolwiek miał miejsce jej odpowiednik w historii śląskiego futbolu.

Otóż tamtejszemu stadionowi zostanie nadane imię Eugeniusza Fabera, znakomitego skrzydłowego Ruchu Chorzów z lat 60.

Chodzi o obiekt w Parc de Rollencourt (gra tam na co dzień drużyna U.S.A. Lievin Football). – Jestem dumny, bo mnie docenili. Będzie wielu gości. Ma przyjechać nawet prefekt departamentu Pas-de-Calais – mówi mi Eugeniusz Faber. Poniżej możecie go zobaczyć na zdjęciu z 1971 roku, kiedy grał już nie w Ruchu a w Racingu Lens. W tym francuskim klubie - tak jak w Chorzowie - też zapisał się ze wspaniałej strony.

Eugeniusz Faber

 (zdjęcie z archiwum Antoniego Nieroby)

Wielu z Was być może tego nie wie, ale Eugeniusz Faber to wielki, choć  - co mnie osobiście bardzo dziwi - zapomniany nieco w Polsce piłkarz. A przecież w latach 1959-69 rozegrał 36 meczów w reprezentacji i strzelił w nich 11 goli. Pochodzący z Klimzowca lewoskrzydłowy rywalizował z innym fantastycznym zawodnikiem na tej pozycji, dwa lata starszym Romanem Lentnerem z Górnika Zabrze (choć zdarzało się również, że grali w kadrze obok siebie).

Z Ruchem Eugeniusz Faber dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, odszedł z Cichej w 1971 roku kiedy nowy trener Ruchu Słowak Michal Vican zaczął odmładzać skład.

Faber przeszedł wtedy do Lens, gdzie grał z innym śląskim piłkarzem - Ryszardem Grzegorczykiem z Polonii Bytom. Przez pięć lat występów stał się ulubieńcem tamtejszych kibiców. W 1973 roku awansował z drużyną do francuskiej ekstraklasy, w tym samym sezonie został królem strzelców jednej z grup francuskiej drugiej ligi (21 bramek), a dwa lata później dotarł z Lens do finału Pucharu Francji. W ostatnim sezonie kariery, w wieku 36 lat potrafił w tamtejszej ekstraklasie strzelić 10 goli. W 1975 roku wrócił do Polski, bo przez cztery lata gry nie puścili zagranicę jego żony i dzieci.

Od 1981 znowu mieszka we Francji. Zadecydował przypadek. Na święta Bożego Narodzenia do Francji zaprosił go z rodziną inny były piłkarz Ruchu Joachim Marx. O wprowadzeniu stanu wojennego Faberowie dowiedzieli się w Niemczech i postanowili zostać we Francji na stałe. Zamieszkali w trzydziestotysięcznym Lievin, miasteczku oddalonym o 4 km na zachód od Lens (dziś to właściwie przedmieścia). Pan Faber pracował w merostwie; trenował młodych piłkarzy i szukał talentów. Teraz Francuzi chcą go docenić.

To trochę inaczej niż u nas. Jednym z minusów naszej futbolowej rzeczywistości jest fakt, że raczej nie potrafimy docenić ludzi, którzy czegoś dokonali. Eugeniusz Faber jest doprawdy niezwykłą postacią, a dziś wielu bajtli w Chorzowie nawet nie wie, kto to. U nas jest niestety tak, że jak już doceniamy, to zazwyczaj dopiero po śmierci. Mierzi mnie to.

Pierwszy raz rozmawiałem z panem Faberem na Cichej w jesienią 2002 roku, kiedy przyjechał odwiedzić stare kąty. Dziś wszyscy kojarzą go jako niebieskiego, ale jako że - jak wspomniałem - pochodził z Klimzowca, będąc bajtlem kibicował AKS-owi, który tuż po wojnie potrafił zdobyć jeszcze wicemistrzostwo Polski. Jego ojciec, który był górnikiem, interesował się futbolem dzięki czemu mały "Ojga" - pewnie jako jeden z pierwszych w Chorzowie - miał skórzaną piłkę. Wszystko dlatego, że fater robił na kopalni z angielskimi jeńcami, a oni w wolnych chwilach z butów wycinali cholewki i szyli z nich piłki. "Ojga" dostał jedną i... zaczęło się. Rozpoczynał w klubiku, który działał przy chorzowskiej kopalni "Prezydent" i był tak dobry, że w drużynie seniorów zaczął występować jako... 13-latek. - To było dość dziwne, bo wokół były same chopy koło trzydziestki...

Ciekawy jest sposób w jaki Faber trafił do Ruchu. W 1956 roku reprezentacja Górnego Śląska grała o Puchar Warszawy. Najlepszy wówczas lewoskrzydłowy z naszego regionu, wspomniany Roman Lentner był wtedy chory (swoją drogą to równie wybitna postać. Na co dzień pan Lentner mieszka w Berlinie, ale czasem wpada do rodzinnego Chropaczowa gdzie pięć lat temu pojechaliśmy do niego z Henrykiem Latochą i zrobiłem bardzo satysfakcjonujący mnie wywiad). Feliks Dyrda, ówczesny prezes okręgowego OZPN powołał Fabera do tamtej drużyny. 17-latek zagrał bardzo dobrze i działacze Ruchu mieli go na oku. Zgłosili się trzy lata później.

Rodzina za ten transfer dostała nie byle co, bo... bon na telewizor. Matka piłkarza dwie noce stała z tym bonem w kolejce. Ale kiedy potem przeczytała w gazecie, że jej syn zagrał słabo w meczu z Górnikiem Radlin to się wściekła. Uniosła się honorem. Spakowała telewizor (dociekliwym zdradzę, że aparat był marki "Tesla") i zawiozła na Cichą. "Jak się Wom mój synek nie podobo, to se ten telewizor zabierajcie!" Na szczęście udało się rozładować nieporozumienie i Eugeniusz Faber mógł kibiców na Cichej zachwycać szybkością.

Utrzymał ją aż do końca kariery. Dopiero kiedy przestał grać w Lens i nie robił nic przez cztery miesiące przytył 12 kilogramów. Tak już zostało....

Możecie się zastanawiać - skoro Eugeniusz Faber był takim świetnym piłkarzem i tylu ich było w latach 60. to dlaczego reprezentacja Polski odpaliła dopiero w następnej dekadzie za Kazimierza Górskiego?

Celną diagnozę wystawił właśnie piłkarz Ruchu i Lens. Pan Faber żalił się, że w latach 60. nikt jeszcze o piłkarzy nie dbał. Myślicie, że przesadza?

Po meczach zagranicą reprezentanci zawsze wracali do Warszawy i tam się rozchodzili. Piłkarze Legii mieli dobrze, bo do domu blisko, ale o takich Ślązaków nikt nie dbał. Trudno w to uwierzyć, ale nie mieli jak wrócić do domu. Wiele razy wracali na Śląsk... wagonem pocztowym. Stali w kolejce po bilety a ostatni pociąg już odjeżdżał. Piłkarze biegli co sił w nogach na peron i wskakiwali do pocztowego. Kolejarze już boroków kojarzyli więc nie robili problemów. Tak podróżowali reprezentanci Polski z Górnego Śląska.

PS Jeśli przyglądacie się zdjęciu i coś Wam kołacze w głowach, że gdzieś już to widzieliście - wyjaśniam. Chodzi pewnie o znak, który Eugeniusz Faber ma na koszulce. Tak zgadza się - Carrefour. Kiedyś, gdy w Polsce nikt jeszcze nie wiedział co to właściwie jest, Carrefour był sponsorem Racingu Lens.

PS1 Omega pozdrawia Eugeniusza Fabera. A poza tym uważam, że powinna wrócić.

środa, 04 lutego 2015
Górnik dobrem społecznym + [BARDZO TRUDNY QUIZ]

To był zły dzień dla Górnika Zabrze. Nie wiadomo co będzie dalej z tym klubem. Jednak nawet w takiej paskudnej chwili jak obecna wiem, że Górnik to w ścisłym tego słowa znaczeniu dobro społeczne i jako takie powinno być już traktowane z atencją.

Oczywiście - wszystkie kluby powinny być traktowane sprawiedliwie. Jeśli jest wina (czyli dopuszczenie do wielomilionowych długów) to powinna być również kara.

Z drugiej strony - to jakaś zimnokrwista, rybia, przerażająca w swej niesprawiedliwości obojętność kiedy pozwala się na agonię niezwykłym klubom przez lata budującym markę i ewidentnie będącym w efekcie dobrem społecznym, budującym tożsamość tysięcy ludzi.

Rozśmieszają mnie ci wszyscy zaangażowani piewcy futbolowego wolnego rynku kłapiący zawsze te same farmazony. Żeby odkryć ich hipokryzję wystarczy sprawdzić komu kibicują i przyjrzeć się czy tak samo hałasowali kiedy ich kluby, obecnie mocno stojące na mocnych finansowych podstawach ledwo goniły w piętkę. A musicie wiedzieć, że w polskiej lidze nie było ani jednego klubu, który w jakimś momencie w piętkę by nie gonił... 

Uważam, że PZPN, który chlubi się dziesiątkami milionów zł w związkowej kasie mógłby je pożytecznie wykorzystać. Uważam, że powinno się choćby spróbować zabezpieczyć ścieżkę prawną umożliwiającą nieoprocentowaną pożyczkę klubom będącym dobrem społecznym w celu przetrwania najtrudniejszego okresu. Myślicie, że nie stać PZPN-u? Myślicie, że ktoś się zainteresował taką opcją w związku? Uważam, że wszyscy ci sprawni profesjonalni finansiści i utalentowani audytorzy na usługach PZPN, za sprawą związku powinni głowić się nie jak udupić, ale jak nie udupić. Bo wydaje mi się, że często zapominamy o jednym: to PZPN zawsze powinien pełnić służebną rolę wobec klubów. Z całym szacunkiem: to związek jest dla nich, a nie one dla związku. Związek bez nich byłby przecież jedynie wydmuszką. Dlatego moim zdaniem stworzenie czegoś w rodzaju funduszu, który w trudnych chwilach ratowałby dobro społeczne - ma sens.

Spytacie Czadobloga - jaką zasadę przyjąć więc przy precyzowaniu który klub można uznać za dobro społeczne? Wiadomo, że to nie może być pojemne pojęcie. Wiadomo również, że zasada dotycząca tego pojęcia musi być po pierwsze - przejrzysta, po drugie - równa dla wszystkich.

Cóż, Górnik w tym przypadku nie potrzebowałby stosować się tak naprawdę do żadnych zasad jako klub mający ze wszystkich największe osiągnięcia w europejskich pucharach, ale tak sprawy nie wolno oczywiście stawiać: elementarne poczucie niesprawiedliwości nie opuściłoby przecież ludzi źle mu życzących lub obojętnych na jego losy aż do dziesiątego pokolenia. 

Czadoblog wymyślił więc prostą zasadę. Otóż moim zdaniem na pomoc PZPN-u i jego pieniądze powinien w dramatycznej sytuacji móc liczyć klub, który przynajmniej raz w historii zdobył mistrzostwo kraju albo krajowy puchar. To wyjątkowo nieskomplikowana i przejrzysta zasada, prawda?

Proste - chcesz być lepiej traktowany w trudnych dla ciebie chwilach to osiągnij coś naprawdę wartościowego co jednoznacznie udowadnia, że na to zasługujesz.

Zasada ma jeszcze jedną zaletę - jest niezwykle motywująca żeby walczyć o jak najwyższe cele. Wyższy limit pożyczki w razie nieszczęścia zawsze się przecież przyda... 

Jeśli przyjęlibyśmy taką zasadę Górnik na pomoc PZPN-u zasłużyłby już dwudziestokrotnie (14 plus 6). A może od ilości tytułów uzależnić limit takiej pożyczki?:)

Co zwykli kibice mogą dziś zrobić? Nic. Ale zamiast siedzieć z rezygnacją wylewającą się z zamglonych oczu będą mogli wkrótce choćby wykupić klubowe obligacje. Nawet za symboliczną kwotę.

Czadoblog deklaruje, że chętnie taką obligację gwarantowaną przez miasto  - jeśli będzie taka możliwość dla pojedynczego ludka - wykupi. Oczywiście w miarę jego skromnych możliwości.                                

                                  ***

Żeby poprawić Wam humory wymyśliłem quiz. Jeśli uważasz się za kibica Górnika - spróbuj odpowiedzieć na pytania dotyczące jego historii. Jeśli z głowy odpowiesz na trzy z dziesięciu - jesteś kozakiem. Jeśli na dwa - nie musisz mieć kompleksów. Nawet jeśli na jedno - możesz iść na browca.

Zapraszam. Quiz znajdziecie - TUTAJ.

PS Kibice innych klubów mogą spodziewać się wkrótce podobnych quizów:)

PS1 A poza tym nie dajmy zginąć Górnikowi.

poniedziałek, 02 lutego 2015
Mam dylemat dotyczący wybitnego gracza Górnika

Dawno temu - jako nastolatek - zbierałem autografy piłkarzy. Pisałem już, że kiedyś długo rozpaczałem, kiedy zginął mi długopis, którym podpisał się w 1988 roku Meksykanin Hugo Sanchez. Cieszyłem się, kiedy w 1989 roku udając członka obsługi technicznej, wnosiłem na Stadion Śląski jakiś reflektor i oszukałem ochroniarzy. Zanim mnie wyprosili, zdobyłem podpisy ówczesnych szwedzkich asów - Matsa Magnussona i Johny'ego Ekstroema. Kiedy indziej ówczesny selekcjoner naszej kadry Wojciech Łazarek zanim się podpisał, postawił warunek: w słynnym tunelu prowadzącym na śląskim gigancie  z szatni na murawę wspólnie musieliśmy zaśpiewać "My som chopcy z Górnego Śląska". Dziś autografów już raczej nie zbieram, ale nigdy nie wyrzucę tych pożółkłych karteluszków. Czuję do nich sentyment. Poza tym paru zasłużonych ludzi - kiedy akurat przebywali na Górnym Śląsku - udało mi się złowić: Gerda Muellera (w 1993 roku), Zinedine Zidane'a (w 1994 roku) czy Eusebio (w 1996 roku).

Niezbieranie niezbieraniem, choć oczywiście jeśli trafi się niezwykła gratka - uzupełniam kolekcję. No i takie cacko właśnie mi się trafiło...

Ostatnio dostałem w prezencie autograf od koleżanki. Ktoś jej dał karteczkę z podpisem dawno temu w szpitalu. Najbardziej cenię autografy, które zdobywam osobiście, bo mam pewność, że są autentyczne. W tym przypadku to jednak niemożliwe, bo autor tego akurat podpisu nie żyje od dwudziestu lat, w dodatku pięć lat przed śmiercią wyemigrował do Niemiec i tam zmarł. 

Sprawdziłem jednak autentyczność autografu (mam to szczęście, że wiem jak i gdzie to zrobić, dotyczy to zresztą wszystkich piłkarzy grających w polskiej lidze, ale sposób niech pozostanie moją tajemnicą) i okazało się: bingo.

Dysponuję więc autografem jednej z największych gwiazd Górnika Zabrze w historii. Jednocześnie jednak pojawił się dylemat do którego nie wiem jak się odnieść. 

autograf Ernesta Pola

Tak, nie mylicie się - to własnoręczny podpis samego Ernesta Pohla. Spostrzegawczy Czytelnicy natychmiast jednak zauważą - jakiego Pohla?! Raczej Pola - bez niemego "h".

Nie ulega jednak wątpliwości, że kiedy 3 listopada 1932 roku mały Ernest przychodził na świat w Rudzie Śląskiej jako syn Zygfryda (górnika) i Agnieszki (gospodyni domowej) nosił nazwisko "Pohl". Wiem to na pewno, bo mam w domowym archiwum odpis zupełny aktu urodzenia przyszłej gwiazdy Górnika. Dopiero 3 września 1952 roku Biuro Ewidencji Ludności i Dowodów Osobistych przy Komisariacie Milicji Obywatelskiej w Rudzie Śląskiej specjalnym pismem powiadomiło o dokonaniu sprostowania pisowni nazwiska z "Pohl" na "Pol". Niemniej w latach 50. w gazetach sportowych relacjonujących mecze z udziałem bohatera tego wpisu ciągle można było spotkać pierwotną pisownię z "h" w nazwisku. W dodatku po latach, kiedy piłkarz wyjeżdżał za rodziną do Niemiec i kiedy tam umierał w 1995 roku - znowu w użyciu była wersja "Pohl".

Jak jednak ustosunkować się do okresu pomiędzy początkiem a końcem jego życia? Czy nie należy uszanować wyboru piłkarza? Wyraźnie podpisał się "Pol". Wniosek z tego, że w pewnym okresie (a może zawsze) musiał więc uważać się za "Pola" a nie "Pohla".

Z drugiej strony - kto zagwarantuje, że piłkarzowi po przymusowej zmianie nazwiska nie zależało przede wszystkim na spokoju? Kto wie czy gdyby nastawał na "h" urzędnicy nie wierciliby mu dziury w brzuchu? Albo jeszcze inaczej: skąd pewność, że właściwie to nie Pohl nastawał na zmianę pisowni? Jaką pisownię stosował w młodości, przed dwudziestym rokiem życia i na emeryturze?

Na te pytania pewnie trudno będzie już znaleźć odpowiedź. Być może wyjaśnienie tej sprawy jest zupełnie inne niż sądzimy.

Jedno jest jednak pewne. Jego gwiazda nie przeminie. Nie wiem czy za mojego życia ktokolwiek strzeli więcej bramek w polskiej ekstraklasie niż On.

PS Szombierki Bytom były na ostrym zakręcie, ale wygląda na to, że likwidacji klubu nie będzie. Miasto ma nadal pomagać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 190