sobota, 22 sierpnia 2015
Strojenie fochów i matematyka

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę oglądał śląskie derby na trzecim poziomie rozgrywek w towarzystwie ośmiu tysięcy ludzi, do tego w superkomfortowych warunkach - wyśmiałbym go.

Tymczasem dziś w Tychach doznałem przyjemnych dreszczy. Mecz z Polonią Bytom stał się okazją do pielgrzymek pod nowiutki stadion ze wszystkich stron miasta. Jakby Jan Paweł II z pielgrzymką przyjechał. Ostatni raz takie tłumy pod stadionem pamiętam we Lwowie przed meczem Niemcy - Dania w 2012 roku.

8197 widzów to nowy rekord odkąd trzeci poziom rozgrywek nazywa się "druga liga". W biciu rekordów tym razem pomaga, uważam, paradoks. Oczywiście nikt nie chciał spadku Tychów do drugiej ligi, ale właśnie teraz można przyzwyczaić ludzi do... zwycięstw. Otwarto nowy stadion, tyszanie w tej chwili są na miejscu premiowanym awansem. Wszystko dlatego, że zwyciężanie w drugiej lidze jest znacznie łatwiejsze i może sprawić, że wychodzenie na mecz (często całymi rodzinami) mogłoby stać się w Tychach stałym zwyczajem. To chyba najlepszy moment żeby tak się stało. Czy w tym mieście narodzi się niespotykane dotąd zjawisko społeczne? Ciekawy jestem czy tyszanom uda się jeszcze bardziej wyśrubować to i tak niezwykłe - jak na polskie warunki - osiągnięcie.

Z dzisiejszego wieczoru w Tychach zapamiętam dwa zagadnienia.

Pierwsze - postawa Łukasza Grzeszczyka. To bardzo ciekawy piłkarz z dużymi umiejętnościami - przypuszczam, że poradziłby sobie na wyższym szczeblu rozgrywek. W ostatnich trzech ligowych meczach zdobył pięć bramek, dziś Polonii wbił wyjątkowo efektowną. W zrobieniu większej kariery może mu jednak przeszkodzić - tfu, tfu, odpukać - pewna paskudna przywara. Otóż Grzeszczyk ma brzydki i przede wszystkim szkodliwy dla siebie zwyczaj... strzelania focha kiedy koledzy źle podadzą mu piłkę albo kiedy zmarnują jego dobre podanie. Gestykuluje wtedy, robi miny. To dla piłkarza nie jest dobre w momencie kiedy jest na dorobku. Jeśli rozzłości większość kolegów może zacząć się to odbijać na wspólnej grze. Najbardziej straci Grzeszczyk.

Drugie - pomeczowa konferencja prasowa. Chodzę na takie konferencje od 22 lat, ale pierwszy raz w życiu usłyszałem w ich trakcie tak niezwykłe zdanie dotyczące analizy meczowej. "W pierwszej połowie brakowało nam nałożenia matematycznego na gości" - powiedział trener gospodarzy Kamil Kiereś

Fajnie, że mogę uczyć się całe życie.

PS Życie jest naprawdę piękne kiedy człowiek może sobie na własne oczy zobaczyć dwa mecze w ciągu jednego dnia. Wcześniej byłem bowiem w Chorzowie na meczu Ruchu z Niecieczą. O Omedze wspominam już tylko pro forma.

Bardzo zaciekawił mnie sposób gry gospodarzy w tym meczu. Nie był dotąd jakoś jaskrawo widoczny, ale dziś ewidentnie widzieliśmy chorzowską tiki-takę. Niebiescy elegancko klepali sobie piłkę między połową a polem karnym rywala, bardzo często wymieniali podania z pierwszej piłki. Okazało się, że wymienili prawie 150 podań więcej od rywali (dokładnie 552:409)!* Aż zagadnąłem o to po meczu Waldemara Fornalika. - Klepanie klepaniem, ale nie chodzi wcale o sztukę dla sztuki. Chodzi o to że ma to czemuś służyć, że piłkarz musi wybrać ten jeden dogodny, najlepszy moment żeby nagłym podaniem stworzyć dogodną sytuację. W takim kierunku chciałbym podążać - wyjaśnił trener.

* dane dzięki uprzejmości Ekstraklasy. Uzyskałem je ze statystyk, które dostaję od T-Mobile Stats.

23:28, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (8) »
środa, 19 sierpnia 2015
Jezu jak się cieszę! Hurrrra! OMEGA wraca na Cichą!!!

"A poza tym Omega powinna wrócić".

Być może niektórzy z Was kojarzą to zdanie. Kreśliłem je z cierpliwością na Czadoblogu od 4 grudnia 2009 roku. Marek Porcjusz Katon pokazał, że kropla drąży skałę.

Wygląda na to, że upór popłaca. Już wkrótce Omega, która od 1939 roku działała przy Cichej przez kilkadziesiąt lat (z przerwami) wróci na stadion!

Ostatnio Ruch odwołuje się do bogatych tradycji, stadion został opakowany wielkoformatowymi banerami z podobiznami wielkich sław, z których każda w wielu innych klubach mogłaby być tą największą. Powrót Omegi trafia więc w idealny okres.

Jestem wdzięczny, jestem zachwycony, że w Ruchu uznali by warto do tego pomysłu wrócić.

Zegar będzie stał w innym miejscu niż dotychczas. Dotąd był za plecami fanów przyjezdnych drużyn, którzy nie zawsze potrafili go uszanować - zdarzało się, że rzucali w niego kamieniami. Nowa konstrukcja - na której ma zostać zamontowana Omega - stanie naprzeciw trybuny krytej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze - miałoby się to stać już w połowie września, gdy na Cichą przyjedzie Legia Warszawa. Oczywiście nie dlatego, że przyjeżdża Legia, ale dlatego, że akurat mija 80-lecie powstania słynnego stadionu przy Cichej.

PS A poza tym...

A poza tym Omega powinna wrócić. Że ma wrócić - już wiadomo. Ale sześcioletni PS zniknie z Czadobloga dopiero kiedy zegar fizycznie pojawi się na stadionie.

A może ktoś z Was ma pomysł jak na nowo zagospodarować PS. Waszym zdaniem jakie hasło mogłoby się tu pojawić?

niedziela, 16 sierpnia 2015
Przypadek w Gliwicach

Zgodnie z oczekiwaniami Piast Gliwice wygrał z Legią Warszawa i został liderem. Piszę "zgodnie", bo przed meczem kiedy Paweł Mogielnicki tradycyjnie pytał mnie jaki będzie wynik odpowiedziałem, że tym razem 2:1. Paweł powtarza, że powinienem obstawiać mecze u bukmacherów. Pewnie - gdyby to pozbierać - wygrałbym już jakiś fajny samochód, ale przyjąłem zasadę, że dopóki jestem dziennikarzem sportowym nie będę obstawiał. Żeby nikt nie mógł mi nic zarzucić. No i z bólem serca tej zasady na razie się trzymam.

W meczu Piasta z Legią dostrzegam wielki przypadek. To świetny przykład na to, że można zwracać uwagę na wszystko a i tak o wszystkim zdecyduje właśnie "przypadek".

Otóż wielkim przypadkiem jest, że Piast zapewnił sobie zwycięstwo dopiero w końcówce. Nie wiem czy zwróciliście, że na początku meczu nad głową Heberta przelatywał motyl. Brazylijczyk strzepnął go, a to spowodowało, że do piłki ruszył ułamek sekundy później. 

To spowodowało, że wpadł na kolegę z drużyny - Kamila Vacka. Zderzenie z Hebertem musi być jak zderzenie z triceratopsem.

To spowodowało, że Vacek odniósł bolesny uraz. Tak naprawdę powinien zejść na ławkę, ale po doprowadzających go do stanu używalności zabiegach poprosił trenera Radoslava Latala żeby pozwolił mu grać dalej. 

To spowodowało, że szkoleniowiec się zgodził choć zamierzał rodaka ściągnąć z boiska.

To spowodowało, że kulejąco-człapiący, krzywiący się z bólu Vacek zaraz potem stracił piłkę, po której poszła kontra i Legia wyszła, cholera, na prowadzenie. 

Gdyby nie to wszystko (gdyby Legia nie zdobyła bramki, bo Vacek źle podał, bo go bolało, bo zderzył się z Hebertem, bo nad głową Heberta przelatywał motyl) - Żivec nie musiałby strzelać w końcówce bramki przesądzającej o zwycięstwie Piasta. Byłaby nią piękna bramka Nespora jeszcze z pierwszej połowy. Czyż przypadek nie rządzi światem?

A teraz poważnie: nie jest przypadkiem tak wysoka pozycja w tabeli Piasta Gliwice. To jest już poważna drużyna, w której nie ma już przypadkowych piłkarzy. W każdej formacji są zawodnicy wyróżniający się na tle całej ekstraklasy. Trenerowi Radoslavowi Latalowi trzeba oddać, że zbudował bardzo ciekawą drużynę. Już teraz wychodzi na to jak przemyślane były letnie transfery. Jakim cudem boczny obrońca Patrik Mraz po pięciu kolejkach może mieć bodaj dwa gole i dwie asysty, a prawie każde jego ofensywne wejście powoduje zamieszanie?

Martin Nespor ma to coś. To "coś" oznacza być może jedną okazję w meczu i od razu jest dziabnięcie.

Kamil Vacek to moim zdaniem temat na odrębne opowiadanie. Jeśli będzie zdrowy a wszystkie tryby się dotrą, to następnym razem po meczu Legia - Piast na pewno usłyszy pytanie od warszawskich dziennikarzy: "A czy chciałby pan grać w Legii?";)

Goście nie grali źle. Na początku byli nawet lepsi, potem wszystko im się posypało. Zawsze mi jednak u nich od pewnego czasu imponuje, że co przychodzę na mecz z ich udziałem to pojawia się zawodnik o którym nigdy nie słyszałem  i bardzo mi się podoba. Dziś na środku pomocy pojawił  się po przerwie Rafał Makowski i otwarłem szerzej oczy. 19-latek o wzroście 191 cm na środku pola to trochę nietypowe, przyznacie. Legia nas, cholera, zaleje tymi talenciakami... Robert Błoński, którego pytałem w Gliwicach o Makowskiego słusznie zwrócił mi uwagę, że wiedziałbym o nim więcej gdyby przeczytał ten tekst z piątku. Nie szukam w necie i w gazetach tekstów o Legii, ale czasem warto je jednak - niestety - przeczytać. Rzeczywiście fajny. 

Dziś na meczu zgadzało się wszystko. Atmosfera, emocje, poziom i wynik. Nie pasowała mi tylko drobnostka. Szkoda, że tuż przed miejscami dla prasy wyrosło parę buraków pastewnych. Kiedy Piast zdobywał gola, facet z wybałuszonymi oczami i zaczerwienioną twarzą odwracał się, ryczał i spoglądał na nas triumfalnie. Prawie pluł nam w notatki. W dodatku na to wszystko patrzył jego mały syn. Ostatnio takich matołów widziałem pod miejscami prasowymi na Odrze Wodzisław z piętnaście lat temu, pamięta ktoś? Myślałem, że tacy wymarli, ale jednak nie...

Nie wiem skąd bierze się takie prostactwo. Rozumiem, że można Legii nie lubić, przecież nie ma w tym nic złego, to całkiem naturalny stan rzeczy. Ale skoro ktoś przyjeżdża w gości trzeba pokazać, że cywilizacja nas nie ominęła. Przez takich dumnych z siebie bekających bałwanów tracę wiarę w ludzi.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Zapomniałbym: spiker na Piaście powinien trochę stonować. Chyba, że chce być porównywany z tym cudakiem, pożal się Boże, Hadajem.

piątek, 14 sierpnia 2015
Maciek Blaut. Dix ans plus tard

Z rozrzewnieniem wspominam czas kiedy zastępca naczelnego wołał mnie i mówił: "idź młody na ulicę i dowiedz się co ludzie sądzą o tym i o tym". To nie do wiary, kiedyś w robocie byłem najmłodszy.

Lata mijają i nadszedł czas, że to ja zacząłem szukać łebków. Dziesięć lat temu przyjmowałem Maćka Blauta do roboty w dziale sportowym. Był niedoświadczonym smarkaczem, ale wydawało mi się, że ma wszystkie niezbędne cechy, które powinny charakteryzować dobrego dziennikarza sportowego. 

Cieszę się, że się nie zawiodłem. 

Musicie bowiem wiedzieć, że z dziennikarzami jest tak:

- nie potrafią pisać i nie potrafią się dowiedzieć. Czasem takie kurioza się zdarzają i jakiś czas w tym zawodzie funkcjonują. Raczej krótszy niż dłuższy;

- potrafią pisać i nie potrafią się dowiedzieć. To jest prawdziwa męka. Męczą siebie i innych wokół. Niby za dobrze piszą żeby ich zwolnić, ale przecież w codziennym reporterskim harataniu najważniejsze jest zdobywanie informacji;

- nie potrafią pisać i potrafią się dowiedzieć. A! To zupełnie co innego. Znam ludzi, którzy mając takie połączenie cech zrobili w tym zawodzie zawrotne kariery. Redaktor czyta, woła takiego żeby mu opowiedział jeszcze raz - ten wszystko wie, opowiada, redaktor pisze i git. No i bardzo dobrze - przynajmniej jest robota dla redaktora:)

- potrafią pisać i potrafią się dowiedzieć. Maciek Blaut moim zdaniem należy do tego grona. Bardzo odpowiadał mi jego suchy, oszczędny styl - pisze tak jak maszerują rzymskie legiony. W dodatku ma cechę, którą uwielbiam - jest inteligentnie złośliwy. Wiele razy przygadał mi tak, że zapominałem języka w gębie, w duchu podziwiając jego złośliwość. Lubię to!

Ale dlaczego tutaj tyle o Maćku? Bo wyobraźcie sobie, że młody... odchodzi. To koniec pewnej epoki: 10 lat. Kiedy u nas zaczynał we Włodowie akurat zabito recydywistę grożącego mieszkańcom maczetą (słynny "samosąd we Włodowie"), Wojciech Olejniczak zostawał przewodniczącym partii, która do dziś nazywa się Sojusz Lewicy Demokratycznej, Stanisław Dziwisz zostawał metropolitą krakowskim, U2 rozbrzmiewało na Stadionie Śląskim (byłem, widziałem, szalałem) a w GieKSie dopalała się ziemia po spadku z ekstraklasy i jej odchodzącego prezesa akurat namówiłem żeby polskiemu społeczeństwu przedstawił bezmiar futbolowej korupcji.

Przez te dziesięć lat Maciek przepoczwarzył się z czupurnego prawdziwka w wyrafinowanego dziennikarza. W międzyczasie zdążył się ożenić, pojawiły się dzieci. Teraz Blaut postanowił zmienić robotę a ja muszę się z tym pogodzić. Właśnie dziś Maciek pracował po raz ostatni. Bierze urlop a z nowym miesiącem czeka go nowe miejsce pracy i nowe wyzwania. 

Na szczęście nie kończy z futbolem. Mało tego - dopiero teraz będzie siedział w piłce po same uszy. Będzie się działo! Ale co konkretnie będzie robił - niech sam ogłosi. Możecie się zdziwić. Jedno jest pewne - niektórzy dowiedzą się lepiej co znaczy złośliwość Macieja Blauta.

Powodzenia Maciek i dzięki serdeczne za te dziesięć lat.

                                                        %

Wiecie jednak, że życie musi toczyć się dalej i nie ma mowy o próżni. Maćka zastępuje więc nowy człowiek. 

Odmładzamy dział. Na samym początku zdumiało mnie, że możliwe jest aby nie być jeszcze na świecie kiedy w 1986 roku odbywał się pamiętny mundial w Meksyku, ba - nie być nawet w planach! Wyobrażacie sobie, że po ziemi mogą chodzić ludzie, którzy dwie wspaniałe bramki Diego Maradony w meczu z Anglią widzieli tylko z odtworzenia? Jak to w ogóle możliwe?! 

Jest duża szansa, że to jedyna wada Kamila Kwaśniewskiego. Młody idzie jak burza, nie boi się i jest taki jak trzeba - grzeczny acz stanowczy. Niektórych jego autentyczne grzeczność i skromność mogą zmylić ale to ich problem. W każdym razie - witamy na pokładzie. Jeśli chcecie poznać styl Kamila - zajrzyjcie TUTAJ. To autorski projekt Kwaśniewskiego.

Kamil przejmuje działki należące do Maćka. Przede wszystkim będzie więc pisał (już pisze) o Górniku Zabrze, Piaście Gliwice, GKS-ie Katowice, Polonii Bytom i Rozwoju Katowice. 

PS A poza tym Omega, Maciek, powinna wrócić.

czwartek, 13 sierpnia 2015
Z nowym prezesem Górnika służyłem do mszy

Zastanawialiście się czy człowieka idącego w waszą stronę z naprzeciwka już kiedyś mijaliście? Ilu ludzi może żyć w waszym mieście których nie mijaliście? Czy tacy w ogóle istnieją?

Świat jest cholernie mały. Przekonuję się o tym także dziś. Otóż nowym prezesem Górnika Zabrze został facet, z którym w latach 80. wielokrotnie... służyłem do mszy w parafii św. Józefa na Załężu (to ta z wyjątkowo pięknym neogotyckim kościołem wybudowanym po tym jak w 1896 roku w strasznym pożarze w kopalni Kleofas zginęło 106 górników).

Przygodę ministrancką wspominam bardzo miło. To była dobra szkoła punktualności, obowiązkowości i poszanowania hierarchii. Czyli tego wszystkiego czego brakuje we współczesnym świecie. Oczywiście nie byliśmy z Markiem Pałusem kumplami. Starszy ode mnie - był poważnym ministrantem, asystował przy udzielaniu komunii świętej, uczestniczył w liturgii słowa. Ja byłem bajtlem, który podczas mszy głównie klęczał na schodkach przed ołtarzem. Raz dorwałem się do dzwonków, ale wystraszyłem wiernych (sposób dzwonienia był ściśle określony, ale nikt mnie wcześniej nie przeszkolił więc zaimprowizowałem) - w efekcie już nigdy więcej nie dostąpiłem tego zaszczytu.

Po latach Marek Pałus zaczął działać w niszowych sportach, był choćby prezesem Polskiego Związku Koszykówki. Teraz przed nim rzeczywiście poważne zadanie: próba wyprowadzenia Górnika Zabrze w finansowego kryzysu. Ważne, że to nie jest działacz z zawodu, ale uznany prawnik z doświadczeniem.

Pałus przychodzi do klubu w dziwacznym momencie. Nie przypominam sobie sytuacji kiedy nowy prezes w ten sam dzień zwalniał starego trenera. Moim zdaniem to nie jest dobry początek, ale musiałbym być naiwny sądząc, że to była decyzja Marka Pałusa. Pamiętajmy, że Górnikiem rządzi miasto. Obserwowałem jednak Pałusa - choćby w niedawnej debacie o przyszłości katowickiego sportu w Radiu Katowice. Ma własne zdanie, temperament i swadę więc mam nadzieję, że będzie akurat z tych, którzy nie są malowanymi prezesami.

Jeszcze jedno: dla mnie sposób i moment pożegnania się z Robertem Warzychą i Józefem Dankowskim to poważny błąd. Przykre, że tak niezwykły klub jak Górnik ma niestety w sobie także coś paskudnego: nie potrafi godnie żegnać trenerów będących jednocześnie dzięki własnej świetnej zawodniczej przeszłości kimś więcej dla tego klubu. Tym pożegnaniom -  wcześniej choćby z Ryszardem Komornickim a teraz z Warzychą i Dankowskim - zwyczajnie brakuje klasy.

Ciągle mam przekonanie, że Górnikowi niewiele brakowało (brakuje) żeby odpalić. Powiedzmy sobie szczerze: w obecnej sytuacji Puchar Polski nie był dla zabrzan priorytetem i w ogóle nie przejąłem się odpadnięciem z Zagłębiem. Warzycha zwracał uwagę, że - powiedzmy to wprost, nieoględnie - bicza nie da się ukręcić z niewłaściwych materiałów. Bieda powoduje, że wyróżniający się zawodnicy muszą odchodzić, ale proszę wskazać w tej chwili choćby JEDNEGO pełnokrwistego, groźnego, bramkostrzelnego napastnika w tym klubie. Nie ma! Nie ma! Czyja to wina? Trenera?

Z obecnej sytuacji awans do czołowej ósemki byłby cudem. Nowy trener Leszek Ojrzyński paradoksalnie nie stoi przez wyjątkowo trudnym zadaniem. Moim zdaniem wyciągnie Górnika ze strefy spadkowej (czego wszyscy oczekują) no i nie da rady awansować z nim do strefy mistrzowskiej (czego pewnie nikt w obecnej sytuacji nie będzie miał mu za złe).

PS A TUTAJ zdecydowanie najciekawszy wywiad jaki czytałem w tym roku.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Czy zarząd Górnika zachowa się po frajersku

Czasy takie, że wszyscy wszystko komentują. Uważam to za przejaw zdrowo rozumianej demokracji. Demokracja umożliwia nie tylko komentowanie, ale i skomentowanie komentarza innych oraz apelowanie w reakcji na apel innych.

Zabrzańska "Torcida" wydała oświadczenie.  Wolno jej - jak każdemu. Żąda w nim natychmiastowej reakcji zarządu oraz właściciela klubu na słabe wyniki. Fakt, że są słabe - Górnik zajmowałby ostatnie miejsce nawet gdyby przed sezonem nie zabrali mu punktu.

Zdumiewa mnie jednak hasło pod adresem trenerów - Roberta Warzychy i Józefa Dankowskiego: "Jeżeli obaj Panowie mają honor, powinni podać się do natychmiastowej dymisji".

Z niezmienną cierpliwością przypominam zasady zdrowo rozumianego futbolu: piłkarze generalnie są od grania, sędziowie od sędziowania, działacze od zarządzania, kibice od kibicowania a trenerzy od trenowania. Jeśli piłkarze zaczną sędziować, sędziowie zarządzać, kibice trenować a trenerzy grać - czeka nas to:

Takie oświadczenie jak dzisiejsze uważam za przejaw skrajnej dezynwoltury wobec ludzi z których każdy z osobna dał Górnikowi nieporównywalnie więcej niż wszyscy razem podpisujący się pod tymi kuriozalnymi słowy pod ich adresem.

Owszem - też nie rozumiem niektórych trenerskich decyzji - jak choćby rezygnacji z obowiązującego w zeszłym sezonie systemu 3-6-1 gdzie wahadła chodziły jak tłoki w silniku i całkiem nieźle to wychodziło. Nigdy nie przyszłoby mi jednak do głowy odwoływać się z tego powodu do honoru Roberta Warzychy i Józefa Dankowskiego!

Zarząd powinien mieć wolną wolę w podejmowaniu tak ważnych decyzji jak zmiana trenera. Kibice tego rodzaju oświadczeniami tę wolną wolę działaczom ograniczają. Ba; moim zdaniem - jeśli zarząd Górnika właśnie teraz pozbędzie się trenerów - postąpi po frajersku. Taki ruch będzie można bowiem interpretować tylko w jeden sposób - jako przymilanie się niektórym środowiskom kibicowskim i chowanie głowy w piasek w trudnej sytuacji. "Bo kibice chcieli..." Dla mnie zarząd przestanie w tym momencie być zarządem a stanie się bezwolną kukłą w rękach organizacji reprezentujących niektórych kibiców.

Jeszcze jedno: moim zdaniem takie oświadczenia jak to dzisiejsze jest działaniem na szkodę klubu. Miejmy bowiem w tyle głowy ważne założenie: chodzi przecież o to żeby znaleźć dla Górnika nowego sponsora czy też bogatego właściciela odpowiadającego aspiracjom tego wspaniałego klubu. Czyż potencjalny właściciel nie zastanowi się teraz pięć razy bardziej wnikliwie czy wchodzić do klubu - nawet z tak bogatą przeszłością, nawet z tak powszechnie znaną marką - w którym kibice będą próbowali wchodzić mu na głowę?

Dostrzegam łatwe wyjście z tej sytuacji. Fani bardzo łatwo mogą znaleźć upust swej gwałtownej woli zarządzania. Wystarczy powołać klub o nazwie "Torcida Zabrze", opracować stosowny regulamin gdzie wszystkie decyzje będą podejmowane demokratycznie, zgłosić drużynę do profesjonalnych rozgrywek i wydawać oświadczenia. Choćby codziennie.

PS Oczywiście nie mam nic przeciwko uznaniu przez niektórych mojego apelu za skrajnie debilny. Wolno im, każdemu wolno. Na tym polega demokracja.

czwartek, 30 lipca 2015
Katowice pójdą na wymianę z Chorzowem? Nie sądzę

Zawsze byłem zwolennikiem dbania o własne interesy. Bardzo dobrze o własne interesy dba Chorzów. Katowice chcą budować nowy stadion na Bukowej, ale dwie działki pod stadionem należą do Chorzowa. Chorzów nie chce sprzedać, woli grunt w innym miejscu czyli przy oczyszczalni ścieków Klimzowiec. Proponuje zamianę.

Nie sądzę żeby Katowice się zgodziły. Dlatego, że też dbają o własne interesy. Klimzowiec płaci im w podatkach miliony rocznie. Patrząc z punktu Katowic: z jakiej paki ta kasa miałaby teraz pójść do Chorzowa? Obie strony myślą o własnym interesie i trudno żeby było inaczej.

                                                                    * * *

Co więc dalej?

Widzę sześć scenariuszy, choć dwa z góry odrzucam:

a) Katowice się zgadzają, oba miasta zamieniają się działkami. Z powodów wymienionych wyżej - nie wierzę w to;

b) Chorzów nie popuszcza ale Katowice i tak budują nowy stadion na części jego terenów czyli na Bukowej. Tak kosztowna inwestycja jednego miasta na terenie innego? Nie wierzę w to;

c) Katowice nie popuszczają, bo od kiedy przejęły Bukową wsadziły w nią parę baniek. Całkowita rezygnacja byłaby z ich strony marnotrawstwem. Z Klimzowca też nie mają jednak zamiaru rezygnować więc czekają na cenę podyktowaną przez Chorzów. Chorzów ją w końcu dyktuje. Strony dobijają targu. To moim zdaniem możliwe;

d) Chorzów nie popuszcza więc Katowice szukają innego terenu pod stadion. Wtedy ostro zaczynają protestować środowiska kibicowskie GieKSy, które nie wyobrażają sobie innego miejsca. Miasto rezygnuje z innej lokalizacji, ale moc oddziaływania środowisk kibicowskich GieKSy na miasto Chorzów jest oczywiście zerowa więc pozostaje jedno. Pat. To moim zdaniem możliwe;

e) Chorzów nie popuszcza więc Katowice szukają inny teren pod stadion. Na razie jeszcze nie wiadomo gdzie, wiadomo jedynie, że w innej części miasta. Za kilka lat GKS opuszcza Bukową - gra na nowym stadionie, a na starym jedynie przygotowuje się do meczów - Bukowa staje się zalążkiem nowoczesnego ośrodka treningowego. Nie wiem czy to możliwe;

f) Chorzów nie popuszcza więc Katowice wymyślają inny teren pod stadion. A właściwie nie wymyślają lecz wracają do konkretnej koncepcji sprzed 11 lat. Już w 2004 roku pojawił się pomysł żeby nowy stadion Katowic zbudować przy ul. Kościuszki. To z drugiej strony miasta od Bukowej. Chodzi o były stadion Gwardii a wcześniej 1.FC. Analizy, kosztorysy wskazują, że budowa jest możliwa. GKS przenosi się tam przed 2020 i rozpoczyna nową erę w dziejach klubu i sportowych dziejach miasta. Nie wiem czy to możliwe.

PS Skoro już o dawnym stadionie Gwardii mowa to pokrótce przypomnę dzieje tego miejsca.Związany jest z nim kawał historii katowickiego sportu. Stadion Powstał w 1920 r. W 1927 r., w pierwszym sezonie istnienia ligi, niewiele brakowało, żeby był świadkiem fety z okazji mistrzostwa Polski w piłce nożnej! Drużyna 1.FC w decydującym meczu na własnym stadionie przegrała jednak z Wisłą Kraków i ostatecznie musiała zadowolić się wicemistrzostwem.

W lipcu 1928 r. na stadionie 1.FC reprezentacja Polski w obecności prawie 20 tys. kibiców pokonała 2:1 Szwedów. Był to pierwszy mecz reprezentacji Polski na Górnym Śląsku, w tym spotkaniu zadebiutował w kadrze gwiazdor śląskiej piłki Karol Kossok. Obiekt nie miał krytej trybuny (jak sąsiedni obiekt Pogoni, który dziś jest stadionem AWF-u). Szatnie były na koronie stadionu, piłkarze schodzili na murawę po schodkach. W 1930 r. 1.FC musiał opuścić stadion. Powód? Władze Katowic wymówiły 10-letnią dzierżawę terenów, gdzie znajdował się obiekt. Klub przeniósł się więc na boisko na Muchowcu.

Po wojnie stadion przeszedł w posiadanie Wojewódzkiego Milicyjnego Klubu Sportowego (później Gwardii). Wielkiej piłki już nigdy w tym miejscu nie było, Gwardia grała w lidze śląskiej. W latach 60. odbywały się na tym obiekcie zawody hipiczne. 

Kiedy byłem tam ostatni raz na murawie widziałem pasące się kozy.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 29 lipca 2015
Wygląda na to, że Piast odsadzi śląską konkurencję

Rozmawiałem wczoraj w Ostrawie z Adamem Sarkowiczem, prezesem Piasta Gliwice. W trakcie pogawędki dość przypadkowo wyszedł temat pomysłu gliwickiego klubu na przyszłość. Priorytetem Piasta jest przede wszystkim obecność w ekstraklasie. O tę obecność w ekstraklasie ekipa z Gliwic zamierza powalczyć jednak w inny sposób niż kluby zza miedzy.

Pomysł wydaje się bardzo rozsądny a Sarkowicz wydaje się zdeterminowany - w poniedziałek oglądał z miejskimi urzędnikami mapy Gliwic. Byłoby fajnie gdyby Piastowi się udało - także dlatego, że przetarłby drogę innym śląskim klubem, które widząc efekty niechybnie poszłyby jego śladem. "Udało się" - czyli wychowało od bajtla grupę własnych ligowców. Zawsze to lepiej wychować niż sprowadzić. Łatwo się mówi, bo żeby wychowywać systemowo potrzeba coś więcej. Właśnie o tym "więcej" myśli Piast.

Zwraca uwagę nacisk na stawianie na swoich. Wiadomo, że nie uda się powtórzyć wyczynu Celticu z 1967 roku - kiedy Puchar Mistrzów zdobyła ekipa w całości pochodząca z Glasgow lub jego bezpośredniego sąsiedztwa - ale pomysł nowoczesnego ośrodka szkoleniowego otwartego przede wszystkim na własnych chłopaków ma dodatkowy plus - powoduje jeszcze większą identyfikację lokalnego środowiska z klubem. 

Dobry ośrodek to także dobrze opłacani trenerzy młodzieży. Piast chciałby wziąć takich na etat. Czy to będzie przełom w naszym lokalnym futbolu?

Do boju Pieście!

PS Według danych Izby Skarbowej okazuje się, że w województwie śląskim mieszka 1728 milionerów. Ze złożonych w tym roku PIT-ów wynika, że najbardziej o sponsoring ma do kogo uderzać GKS Katowice - w tym mieście jest aż 178 milionerów. W Bielsku-Białej jest ich 106 (a w powiecie bielskim dalszych 87!). W Zabrzu jest 42 milionerów, w Sosnowcu - 41, w Chorzowie - 34, a w Gliwicach - 30.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 24 lipca 2015
Powstaje niezwykła książka. Możecie pomóc

Grupa entuzjastów - dziennikarzy sportowych, pracuje nad historią lokalnego futbolu dla książki pod tytułem „Katowice w ekstraklasie".

To dzieło o niespotykanym dotąd rozmachu: nie chodzi bowiem jedynie o GKS Katowice. Szykuje się niezwykła, kompleksowa monografia obejmująca niezwykłe futbolowe dzieje wspaniałego miasta od jego zarania. Będzie tam o 1.FC Katowice, Dębie, ale również i o innych katowickich klubach. Znajdą się tam nieprawdopodobne historie dotąd nieznane szerszej publiczności.

Ale to właśnie szersza publiczność może pomóc autorom jak nikt inny. Brak archiwów powoduje luki, które autorzy pragną uzupełnić przy pomocy Czytelników.
Zapewne wiedza o futbolistach sprzed lat zachowała się w pamięci kibiców, znajomych, a także rodzin. Liczy się każdy szczegół, który pozwoli opisać dzieje bohaterów sprzed lat. Na początek lista graczy, reprezentantów Śląska w latach 1936-39.
To Niedurny (Policyjny KS Katowice), Florian lub Józef Jojko (Slavia Ruda), Rduch (BBTS), Smolin (Czarni Chropaczów), Stachelski (TS Bytków), Szolc (Słowian Katowice) oraz pomocnik Hanf, w którego przypadku autorzy nie potrafią ustalić nawet przynależności
klubowej. Dlatego będą wdzięczni za każdy szczegół, który pomoże w ustaleniu losów sportowych i życiowych.

To poważna inicjatywa. Wystarczy, że napiszę kto za nią stoi: to Andrzej Gowarzewski i wydawnictwo GiA.

Jeśli ktoś z Was może uzupełnić wiedzę i sprawić, że ta książka będzie jeszcze lepsza - służę telefonem. Dzwońcie proszę na numery: 32 2031456 lub 601419905.

środa, 22 lipca 2015
Wolę mlaskać niż czuć szacunek

Kiedy pierwszy raz widzę piłkarza na boisku to mogę ze wzruszeniem ramion przyjąć do wiadomości, że jest taki ale mogę i szeroko otworzyć oczy jednocześnie wyduszając z siebie pełne podziwu: „o!”. Kamil Vacek z Piasta Gliwice należy do tej drugiej opcji. Nie wróży to dobrze Ruchowi przed piątkowymi derbami Śląska.

                                       * * *

W latach 80. najlepsze polskie drużyny czasami potrafiły jak równy z równym grać z europejską czołówką. Może brzmi to dziwnie, ale piłkarze Górnika Zabrze podczas dwumeczu w Pucharze Europy w 1988 roku dorównywali technicznie piłkarzom Realu. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie odcinało im prąd i nie potrafili już tak szybko biegać. Dziś wydaje się, że tendencja jest odwrotna. Coraz więcej w polskiej ekstraklasie młodzieńców o byczych karkach nie dających sobie w kaszę dmuchać, w pożądany sposób agresywnych, takich, którzy słowo „pardon” znają jedynie z filmów o muszkieterach. Wydaje się, że nasza liga jest coraz bardziej rozbiegana, dysząca, wytrwała, twarda, zajadła, wytrenowana, nieustępliwa, wytresowana i pełna spartańskich okrzyków zarówno w szatniach jak i na trybunach. Kiedy więc jak z nieba spada do nas człowiek, który myśli jak zagrać, albo nawet nie musi myśleć, bo raczej to czuje - cichniemy i wydajemy z siebie pełne atencji, pożądane „o”!

Wydaje się, że takim piłkarzem-objawieniem w polskich warunkach może stać się Kamil Vacek z Piasta Gliwice. Na razie trudno mi jeszcze powiedzieć jak szybko - i czy w ogóle - ten Czech sprawi, że nazwisko „Vassiljev” uleci w mgły niepamięci, ale na pewno już można powiedzieć, że ten facet potrafi grać w piłkę. Spytałem dziś na Cichej trenera Waldemara Fornalika co sądzi o Vacku - jemu oczywiście nie drgnęła nawet powieka, nie chciał powiedzieć zbyt wiele, bo obok siedział trener Radoslav Latal, ale wyczułem, że docenia tego piłkarza.

- Na pewno jest to zawodnik od którego sporo zależy w tym zespole. Trenerzy Piasta doskonale widzieli jakiego zawodnika potrzebują i pod tym kątem był ściągany. Ale z różnych względów nie chcę go szczegółowo oceniać - powiedział tylko.

Nie dziwię się trenerowi Fornalikowi, że był małomówny. Nie wierzę jednak żeby Kamila Vacka pozostawił samemu sobie. Wiadomo że nie zdradzi jak zneutralizować tego zawodnika. Musiałby być wariatem żeby to zrobić. My, dziennikarze możemy tylko ubolewać, że jedyny konkret, który możemy podać przed meczem to lista kontuzjowanych (a i to nie zawsze). Mam jednak przekonanie graniczące ze wzruszeniem ramion: gdybym był trenerem przed meczem konkretnego jednego słowa bym nie powiedział.  Mimo to miałem nieodparte wrażenie, że trener Latal z bardzo dużym skupieniem i tak słuchał co akurat Fornalik mówi o Vacku.

                                        * * *

Założenie, które uosabiał swą rozczulającą pewnością siebie Franciszek Smuda - często powtarzający, że drużyna rywali go nie interesuje i skupia się na własnej - bezpowrotnie odeszło na śmietnik piłkarskiego złomu. Kiedy jest się słabszym warto poznać słabsze strony silniejszego by mieć jakieś szanse na wygraną (tylko w tym najlepszym ze sportów zespołowych słabszy tak często wygrywa z silniejszym). A kiedy z kolei jest się silniejszym i tak warto poznać słabsze strony słabszego - choćby po to żeby mniej się zmęczyć. Energia w ligowym maratonie to przecież bardzo pożądany towar.

Jeśli nie zdarzy się nic przewidywanego Vacek będzie napędzał zaskakującymi podaniami Piasta. A kto będzie napędzał Ruch. Poszukiwania nowego Filipa Starzyńskiego trwają. Miał nim być Maciej Iwański, ale na inaugurację ligi zawiódł. Fornalik: - Iwański? Każdy dzień działa na jego korzyść. Niedawno minęły dopiero trzy tygodnie od kiedy jest z nami. Wiążemy z nim określone nadzieje na przyszłość. Ale to nie dzieje się z dnia na dzień, to musi trochę potrwać.

To może nowa dycha w Ruchu czyli młody Lipski? - Biorę pod uwagę, że może zagrać od pierwszej minuty i nie będę z tego robił wielkiej tajemnicy - przyznaje trener Ruchu.

Tak czy inaczej to może być ciekawy pojedynek reżyserów gry. Tak sobie myślę, że im więcej naszych rodzimych czy też nawet sprowadzanych z najbliższej okolicy Riquelme’ów w polskiej lidze - tym lepiej. W całej tej zabawie chodzi przecież o to żeby czasem móc aż mlasnąć z nieokiełznanego zachwytu. Sama „walka do końca” - owszem - może budzić szacunek. Ale od wzbudzania zachwytu są raczej futboliści - artyści.

Szczerze pisząc na co dzień wolę jednak mlaskać niż czuć szacunek.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Pierwszy raz widziałem dziś na własne oczy opakowany stadion Ruchu. To świetna akcja propagująca wśród młodych i przypominająca starym chlubną historię. Jest w tym myśl. Bardzo mi się to podoba.

Wiadomo jednak, że ten cholerny Czadoblog musi się do czegoś przyczepić. Chodzi o sposób podpisania zdjęć grupowych sprzed kilkudziesięciu lat. Zamiast listy nazwisk od lewej do prawej, nazwiska na niektórych zdjęciach są podane alfabetycznie. To sprawia, że wartość poznawcza tych zdjęć spada niepomiernie. A przecież ciągle żyją ludzie, którzy są w stanie spojrzeć na zdjęcie i wyrecytować prawidłowo jego bohaterów bez mrugnięcia okiem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 195