wtorek, 21 października 2014
Wielkie Derby Bytomia. Raczej ich nie zobaczycie

Jest w śląskim futbolu kilka wielkich ligowych rywalizacji, którym los stanął na drodze. Przed laty rozpalały do białości, teraz już nawet nie pamiętamy ostatnich meczów, bo dawni wielcy rywale od dawna grają w różnych ligach...

Pamiętacie jeszcze mecze Ruch - GieKSa albo Zagłębie - GieKSa? Największym chyba jednak hitem, który znikł na długie lata z futbolowej mapy Polski jest ligowa rywalizacja Polonii z Szombierkami. Dwaj mistrzowie kraju z jednego miasta! Pierwszy z takich ligowych meczów odbył się w roku 1949 na poziomie ekstraklasy*. Ostatni - w roku 1997 już na drugim poziomie rozgrywek. Od tego czasu - cisza....

Ale wreszcie koniec z tą ciszą! Już w najbliższą sobotę coś co Czadoblogi lubią najbardziej: po siedemnastu latach przerwy wreszcie zabłysną Wielkie Derby Bytomia! 

Ligowy mecz odbędzie się na stadionie Szombierek. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że spotkanie zobaczą tylko szczęśliwcy. Co prawda Szombierki od początku nie chciały organizować imprezy masowej i spotkanie zobaczyłoby 999 kibiców, ale miejscowa policja zdecydowała, że to mecz podwyższonego ryzyka. Oznacza to, że na stadion przy ul. Frycza-Modrzewskiego wejdzie zaledwie 199 szczęśliwców. Oczywiście nie w smak to zarówno jednemu jak i drugiemu klubowi (Szombierki by zarobiły, Polonia miałaby doping), ale nic nie da się zrobić.

Kibice Polonii zapowiadają, że i tak przyjdą pod stadion. Składają do Urzędu Miasta wniosek o pozwolenia na zgromadzenie publiczne żeby pooglądać mecz zza płotu (według prawa to takie zgromadzenie, które "zorganizowane jest na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób". Musi to być zgrupowanie "co najmniej 15 osób, zwołane w celu wspólnych obrad lub w celu wspólnego wyrażenia stanowiska"). Rozmawiałem dziś o tym wniosku z Damianem Bartylą, prezydentem Bytomia. Wiadomo, że jest zaangażowanym kibicem Polonii, byłym prezesem tego klubu, ale wyraźnie mi podkreślił, że to nie ma nic do rzeczy. Poprosi o analizę prawną w tej sprawie i wyda decyzję w oparciu o obowiązujące przepisy. 

Policja ma własne racje, własne powody i można je zrozumieć. Rozmiar wzajemnej niechęci między sympatykami klubów mógłby wstrząsnąć osobami postronnymi i niezorientowanymi. Osobiście byłbym jednak za imprezą na tysiąc osób i dopuszczeniem kibiców Polonii do udziału w tym widowisku. 

Nie wiem czy istnieje przepis, który zabroni zorganizowania zgromadzenia publicznego kibicom Polonii. Jeśli nie ma - to chyba lepiej żeby byli na trybunach pod kontrolą niż gdyby mieli brykać pod stadionem. Dobrym przykładem są choćby zdarzenia z 2012 roku w związku z derbami Ruch Radzionków - Polonia Bytom.

Po ówczesnej decyzji policji mecz z trybun mogło obejrzeć właśnie 199 osób (impreza niemasowa o podwyższonym ryzyku), a fani Polonii w ogóle nie mogli się pojawić na stadionie. Wiązało się to z faktem, że obiekt Ruchu przy ul. Narutowicza nie spełnia wszystkich warunków bezpieczeństwa. Efekt? Około 600-osobowa grupa sympatyków Polonii zgromadziła się za ogrodzeniem boiska. Tuż po zakończeniu meczu, kiedy zawodnicy Polonii przeskoczyli przez wewnętrzne ogrodzenie i pobiegli w stronę kibiców, część osób z tej grupy zaczęła rzucać butelkami i kamieniami w stronę pracowników ochrony oraz policjantów. W ruch poszły pałki, strzelby gładkolufowe, miotacze wody...

Myślę, że gdyby kibice Polonii weszli na stadion Szombierek i zrobili zadymę na trybunach byliby najgłupszymi szalikowcami świata, bo to świadczyłoby, że nie doceniają co się dla nich robi. Nie uwierzyłby im już nikt i nikt nie chciałby się z nimi układać.

Więcej o tym meczu - TUTAJ. Rozmawiam o nim z prezydentem Bytomia, działaczami Szombierek i Polonii, szefową Stowarzyszenia Kibiców Klubu Polonia Bytom a także z rzecznikiem bytomskiej policji.

PS [...]

*trudno w to uwierzyć, ale ostatni derbowy mecz między Polonią a Szombierkami na poziomie ekstraklasy odbył się już w 1980 roku! Potem oba kluby spotykały się już tylko na drugim poziomie rozgrywek. Nic dziwnego, że kibicom coraz trudniej przypomnieć sobie emocje związane z tą konkretną rywalizacją. 

poniedziałek, 20 października 2014
Kompletnie nie rozumiem Jana Kociana

Były trener Ruchu Chorzów udzielił dziś obszernej wypowiedzi stronie niebiescy.pl.

Zdanie Słowaka jest interesujące choć właściwie nikt nie zauważył, że niestety kompletnie niespójne.

Najpierw Kocian mówi:

Prezes zarzuca mi, że nie znałem odpowiedzi na pytanie: w czym jest problem? Takiej diagnozy nie ma. To nie jest tak, jak idziesz do lekarza, bo cię boli gardło, doktor daje diagnozę, że to jest chrypka i przepisuje ci na to jakiś medykament. W piłce tak się nie da. Tutaj nie ma szybkich odpowiedzi na wszystko. Mogłem odpowiedzieć, że widzę problem w tym i w tym. Mogłem wskazać rozegranie wielu meczów, transfery czy brak boiska, ale to nie byłaby jasna odpowiedź. 

A potem mówi:

Wróciłem niedawno na Słowację i muszę czytać o sobie, że nie miałem planu. Plan jest zawsze. Mieliśmy plan na tę dwutygodniową przerwę i na to, jak dalej pracować z drużyną.

Zanim wyjaśnię dlaczego moim zdaniem te dwa fragmenty się wykluczają - zauważę, że nikt z działaczy nie wymagał od Kociana szybkich odpowiedzi na wszystko. Został zwolniony dopiero po jedenastu meczach z których wygrał jeden. Słowo "szybkie" chyba więc nie przystaje do rzeczywistości.

A teraz o tym dlaczego te dwa fragmenty są sprzeczne. W pierwszym trener Kocian przyznaje, że nie ma diagnozy zapaści. W drugim twierdzi, że wie jak wyjść z kryzysu.

Moim zdaniem trudno wyjść z kryzysu jeśli nie zna się jego powodów i nie dotyczy do tylko futbolu.

Można to czynić owszem - ale tylko po omacku. Tyle, że po omacku to jednak ryzyko. W przypadku pacjenta, który ma chrypkę a lekarz leczy mu nogi najwyżej trochę dłużej pokaszle. W przypadku słabo grającej drużyny może ona w efekcie spaść z ekstraklasy. A czyja to będzie wtedy wina? Oczywiście działaczy.

Dzięki Janowi Kocianowi Ruch udowodnił w zeszłym sezonie, że nie jest słabą drużyną. Jeśli teraz gra znacznie gorzej to przepraszam - nie jest to wina działaczy.

PS [...]

niedziela, 19 października 2014
Zabrzańska masakra piłą mechaniczną

Widziałem to na własne oczy, ale nie mogę napisać: lubię to. Nie przypominam sobie sytuacji żeby lider polskiej ekstraklasy przegrał u siebie w tak kompromitujących rozmiarach. To zdarzyło się właśnie dziś w Zabrzu: Górnik został doszczętnie rozjechany przez Wisłę. 

Najlepsza jak dotąd obrona w lidze, która w jedenastu meczach dopuściła do straty tylko dziewięciu goli, w dwunastym straciła aż pięć.

Nie funkcjonowała obrona.

Nie funkcjonowała pomoc.

Nie funkcjonował atak.

Nie funkcjonowało górne, dalekie podanie.

Nie funkcjonowało budowanie akcji krótkimi, szybkimi podaniami.

Nie funkcjonowały skrzydła.

Nie funkcjonował środek.

O co więc chodzi?

Kiedy nie wiadomo o co chodzi wydawać by się mogło, że chodzi o pieniądze. Ale nie w tym przypadku! Okazuje się, że piłkarze Górnika właśnie przed meczem z Wisłą dostali dwie zaległe pensje. W żadnym razie nie może więc chodzić o niecodzienną "formę protestu", nie należy doszukiwać się spiskowej teorii dziejów, poza tym piłkarze Górnika to  - wiem, że po dzisiejszym meczu to dziwnie brzmi, ale jednak - profesjonaliści.

Wiadomo, że niektóre mecze w zaskakujący sposób nie wychodzą, ale przypominam sobie tylko jeden taki łomot na Roosevelta. Dziewiętnaście lat temu zabrzan w Pucharze Intertoto rozjechał Karslruher SC. W ostatnim jak dotąd występie Górnika w europejskich pucharach (choć właściwie pucharu Intertoto nigdy nie zaliczałem do poważnych europejskich rozgrywek) było 1:6.

W drugiej połowie piłkarze Górnika nie byli dziś w stanie przeprowadzić żadnej groźnej akcji. Tylko raz rozległy się brawa, kiedy w 75. minucie Roman Gergel uderzył nad porzeczką. Widać było, że gospodarze są coraz bardziej sfrustrowani, Łukasz Madej kilkakrotnie wymachiwał rękami i burczał coś pod nosem. Po trzeciej straconej bramce było już tylko czekanie na koniec. Czekanie z coraz większym utęsknieniem...

Kibic Górnika, którego poznałem w przerwie, a który przyjechał na ten mecz specjalnie z Chicago, był załamany. Też byłbym załamany na jego miejscu. Jechać taki kawał żeby zobaczyć największą klęskę ukochanego Górnika w XXI wieku? Będzie miał facet co opowiadać...

Dlatego trochę zaskoczyli mnie ci kibice Górnika, którzy w 80. minucie przy stanie 0:4 śpiewali "tańczymy labada, labada, labada, tańczymy labada, małego walczyka"... Tak jakby nie przejmowali się wynikiem. Dopingowali do końca, owszem, ale jednak czasem warto dostosować się do okoliczności, co?

Najważniejsze jednak to jak najszybciej się pozbierać. Nie dać rozlać się frustracji. Na szczęście nasza liga pozwala znokautowanej drużynie pozbierać się szybko. Wynik 0:5 nie oznacza bynajmniej, że w następnym meczu na pewno nie będzie zwycięstwa. Choć przy takiej grze trudno sobie wyobrazić, że w piątek z Bełchatowem Górnik mógłby uratować choćby remis...

PS Specjalne podziękowania od Czadobloga dla służb technicznych, które tak wydzieliły przejścia, że można było posłuchać co piłkarze Górnika mają sobie do powiedzenia po meczu w szatni.

...

...

...

...

...

...

...

Żartowałem.

sobota, 18 października 2014
Bordeaux, 20 lat później. Niezwykła historia

18 października 1994 roku GKS Katowice rozegrał jeden z najważniejszych meczów w historii. Katowiczanie w Pucharze UEFA pokonali Girondins Bordeaux. Trzech piłkarzy gości - Zinedine Zidane, Bixente Lizarazu i Christophe Dugarry cztery lata później zdobyło mistrzostwo świata.

Byłem na tamtym meczu. Jedyna bramka meczu padła tuż przed końcem, jej autorem był Zdzisław Strojek.

 

Minęło dwadzieścia lat. 18 października 2014 roku GKS uczcił tamto wydarzenie w naprawdę niezwykły sposób. W najlepszy jaki mógł - na boisku. Oczywiście przeciwnik inny, okoliczności inne, stawka inna, ale dziś także wydarzyła się niezwykła historia. Z takich, które są rzeczywiście niezwykle rzadkie. Mimo usilnych starań Czadoblog nie potrafi przypomnieć sobie podobnej sytuacji. Może Wy pamiętacie?

- To było gładkie 2:1 Widzieliście kiedyś coś takiego? - śmiał się z niedowierzaniem schodząc do szatni Grzegorz Goncerz, który w tym sezonie zdobył już jedenastą bramkę.

Jeszcze w 90. minucie GKS remisował dziś u siebie ze Stomilem Olsztyn. Gra była rozczarowująca, tuż przed końcem rozzłoszczeni kibice zaczęli skandować żeby Kazimierz Moskal wpuścił na boisko klubową maskotkę - "GieKSika". Szkoleniowiec zdecydował się jednak na inną zmianę. W 90. minucie gry zdjął bardzo aktywnego i mocno zmęczonego Krzysztofa Wołkowicza a na jego miejsce wpuścił Dariusza Zapotocznego (rocznik 1995 więc kiedy GieKSa grała z Bordeaux nie było go jeszcze na świecie). Dla młodziana był to ligowy debiut. Spytaliśmy go potem czy spodziewał się, że w ogóle dotknie piłkę? - Rzeczywiście zastanawiałem się nad tym kiedy wchodziłem na boisko - przyznał. Dotknął. Jeden raz. Wystarczyło. Stadion oszalał ze szczęścia. Zaraz potem sędzia zakończył mecz. Goście nawet nie zdążyli wznowić od środka. Gol Zapotocznego dał zwycięstwo. Rzucili się na niego wszyscy - łącznie z ławką rezerwowych. Zaliczyć taki debiut! To brzmi jak bajka... Będzie miał chłopak co wspominać do końca życia. Teraz najważniejsze żeby to nie było jego najlepsze wspomnienie. 

PS Z okazji rocznicy GKS-owi należy życzyć żeby ćwierćwiecze meczu z Bordeaux czcił już w innych rozgrywkach.

Nowy Ntibazonkiza

Wróciłem z meczu Ruchu w Krakowie. Byłem ciekaw jak będzie wyglądał powrót Waldemara Fornalika.

Przypuszczałem, że nowy - stary trener nie będzie zmieniał ustawienia do którego drużyna się przyzwyczaiła. Tak się stało. Niestety nie zniknął stary problem. Tym razem znowu Ruch prezentował się znacznie lepiej w pierwszej połowie niż w drugiej. Trener Fornalik martwił się po meczu skutecznością, a chyba nawet nie tyle skutecznością co wręcz umiejętnością stwarzania sytuacji do zdobycia gola. W kontekście niedawnych meczów niebieskich szczególnie interesowało mnie ostatnie dwadzieścia minut.

Ruch w tym czasie:

- prowadził grę;

- stracił gola;

- znów prowadził grę. Z prowadzenia gry nie wynikła nawet jedna dogodna sytuacja do strzelenia bramki.

Wiadomo, że najważniejsze - czyli punkty - uciekło, dostrzegam jednak... pozytywy. Odkryciem dla mnie jest gra prawej strony Ruchu, który tym razem wypadła znacznie lepiej niż przeciwległa. To tym bardziej zaskakujące, że w lidze wcześniej nigdy takiego zestawienia osobowego nie było - tymczasem Martin Konczkowski i Wołodymyr Tanczyk spisali się bardzo przyzwoicie (zdążyli pograć ze sobą w jednym sparingu). Śmiem twierdzić, że ten pierwszy był tym razem w Ruchu najlepszy, prawie bezbłędny, no i do końca prezentował się bardzo dobrze fizycznie. - Udowodniliśmy już wcześniej, że w piłkę grać potrafimy, teraz trzeba tylko wrócić na właściwie tory - mówił po meczu Konczkowski.

Z kolei dla Tanczyka był to pierwszy mecz w polskiej ekstraklasie od pierwszej minuty i moim zdaniem bardzo dobrze wprowadził się do drużyny. Będzie tylko groźniejszy. Brakowało mi dotąd w polskiej lidze mojego ulubionego piłkarza - tak się składa, że byłego zawodnika Cracovii - Saidi Ntibazonkizy. Przepadam za malcami z pokrętłem. Ukrainiec ma moim zdaniem wielkie szanse stać się chorzowskim Ntibazonkizą. Jest jeszcze o pięć centymetrów niższy od Burundyjczyka, ale podobnie jak on dysponuje bardzo dobrym - jak na polskie warunki - przyspieszeniem, ma też kiwkę i inteligentne podanie. Waldemar Fornalik uznał, że już teraz nadaje się do pierwszego składu.   Przypatrywałem się kto często podaje Ukraińcowi piłkę. Symptomatyczne, że byli to Filip Starzyński i Łukasz Surma. Dostrzegają, że Tanczyk jest zaawansowany technicznie i rozegranie z nim piłki może coś Ruchowi przynieść. - Dobry jest, pokazał, że jest szybki, ma potencjał - usłyszałem od Surmy. Wydaje mi się, że Tanczykowi tak naprawdę brakuje teraz przede wszystkim pewności siebie.

Musi jej nabrać jak najszybciej. Bo jeszcze w tej kolejce może zdarzyć się, że Ruch znajdzie się w strefie spadkowej.

PS Omega nawet nie chce o tym słyszeć.

PS1 Ruch po meczu z Cracovią złoży protest. Nie chodzi jednak o sprawy czysto sportowe.

PS2 Na początku przyszłego roku planowałem wykupić taniutkie wczasy w Maroku - po to żeby bez stresów pooglądać na żywo Puchar Narodów Afryki. To mój ulubiony turniej. Wygląda na to, że nic z tego - Marokańczycy wycofali się z organizacji. Wszystko przez gorączkę krwotoczną wywoływaną przez wirus Ebola. W tej chwili chyba żaden kraj afrykański nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa uczestnikom i kibicom.

Kiedyś pod Kilimandżaro przeżyłem napad bardzo wysokiej gorączki. Na szczęście nie była krwotoczna, ale i tak przeleżałem swoje prawie nieprzytomny w hoteliku w Nairobi. Łatwo nie było - tym bardziej, że w ramach oszczędności woda była w kranach wprawdzie codziennie ale tylko do... godz. 13. Naprawdę myślałem wtedy, że umrę. Zapewniam Was, że strach przed śmiercią tysiące kilometrów od domu jest mocno paraliżujący.

Dlatego - choć z założenia jestem gorącym przeciwnikiem przy majstrowaniu w terminach imprez turniejowych rangi mistrzowskiej - tym razem uważam, że przesunięcie imprezy o rok byłoby rzeczywiście rozsądne. Zresztą nie tylko ja tak sądzę.  Dlatego ze względów zdroworozsądkowych ten turniej sobie odpuszczam.

czwartek, 16 października 2014
Powroty po latach

Ostatnio do Ruchu Chorzów wracają ludzie z Ruchem związani. Efekt jest niecodzienny. Nie ma chyba bowiem w Polsce klubu, w którym wiceprezes do spraw finansowo-prawnych, dyrektor sportowy, trener pierwszej drużyny oraz drugi trener pierwszej drużyny wcześniej występowali wspólnie właśnie w pierwszym zespole tego klubu.

Waldemar Fornalik, Marek Wleciałowski, Mirosław Mosór i Jacek Bednarz mają w Ruchu różny pod względem długości staż, ale tak się zdarzyło, że wspólnie grali na Cichej w latach 1990-94. Ich wspólny bilans występów w ekstraklasie wynosi 762 mecze i 24 gole.

Ostatni powrót wywołuje sporo emocji także pozasportowych. Oto po dwudziestu latach na Cichą wraca Jacek Bednarz (musi to jeszcze klepnąć rada nadzorcza). Jako piłkarz nie wzbudzał u mnie zachłyśnięcia umiejętnościami technicznymi, zawsze imponował mi za to nienagannym przygotowaniem fizycznym, zafascynowany przyglądałem się jak niezmordowany potrafił biegać na skrzydle tam i z powrotem. Był jak nakręcona zabawka mechaniczna.

Po za tym zawsze mogę powiedzieć, że grałem w tej samej lidze uniwersyteckiej co Jacek Bednarz. No, prawie tej samej... Różnica była taka, że jego prawnicza drużyna "Gryfusie" (warto podkreślić, że Bednarz ukończył studia stacjonarne) była bardzo mocna, chyba nawet wywalczyła mistrzostwo. Parę lat później nasze ukochane "Skorupy" złożone z "talentów" studiujących historię telepały się w lidze uniwersyteckiej, ale... drugiej. To i tak były naprawdę piękne czasy...

Już chyba nie wrócą. Nie tak dawno szedłem koło Rawy i zauważyłem, że na dawnym boisku uniwersyteckim na tyłach rektoratu urządzono parking. Może teraz studenci podczas zajęć z wychowania fizycznego siedzą w szatni i przepisują przepisy do gry w siatkówkę? Pamiętam, że kiedyś w szkole spotkało to mojego bracika...

Wracam jednak do Bednarza. Niektórzy może pamiętają mu, że nienadzwyczajnie rozstawał się z Ruchem. Cóż, zawsze był charakterny i potrafił się odgryźć. W 1994 roku nie ukrywał, że chce już z Ruchu odejść. Wiadomo, że kibice nigdy nie przepadają za piłkarzami, którzy "chcą odejść". Bednarz pojechał wtedy na testy do Herthy Berlin, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy wrócił nikt w klubie specjalnie nie nalegał już na jego pozostanie. Bednarz odszedł więc do... Legii Warszawa. I właśnie tam przeżył najlepszy okres kariery - ze zdobyciem mistrzostwa i grą w reprezentacji Polski włącznie.

Teraz w Ruchu ma zostać wiceprezesem ds. prawno-finansowych. Wiadomo już, że w Ruchu nie będzie odpowiadał za kontakty z kibicami. Ciągle nie ucichły jeszcze echa jego konfliktu z częścią niektórych środowisk w Wiśle. Jako prezes tego klubu chciał wygonić kibolstwo ze stadionu. Efekt był taki, że przy użyciu myjki ciśnieniowej osobiście usuwał napisy, które kibole w wymalowali przy Stadionie im. Henryka Reymana: "Cała Wisła krzyczy razem: precz z łysym" albo "Anty Bednarz"... 

Usunął a potem - co prawda już bez myjki ciśnieniowej - usunięto z Krakowa jego.

Ludzie Ruchu zasięgali o nim opinii i wszędzie - od zarządów klubów, w których pracował, po spółkę Ekstraklasa - słyszeli to samo słowo - "fachowiec". Praca w Wiśle zakończyła się wprawdzie jego wizerunkową porażką (nie z winy Bednarza, nie poddał się przecież do końca), ale ponoć wiele się tam nauczył.

Jestem ciekawy jak będzie mu szło w pracy na Cichej, jak przyjmą go kibice. Łatwo pewnie nie będzie - z jednej strony widziałem w sieci wypowiedzi pełne niechęci, z drugiej - pełne nadziei (zresztą nie tylko o Bednarza w tym wątku chodzi, ale również o powrót Marka Wleciałowskiego - jedni z kibiców pamiętają "Wleciałowi", że usunął z drużyny Mariusza Śrutwę, inni - że wywalczył z Ruchem awans do ekstraklasy). Są też fani niezdecydowani: "Niy wiym czy my sie zbrojymy czy osłabiomy ale jedno jest pewne: jak niy dej Boże dupnymy to z fest wysokiego konia..."

Ruch na ściągnięciu Marka Wleciałowskiego i Jacka Bednarza na pewno może skorzystać. Zobaczymy jak będzie. W każdym razie Ruch będzie chyba pierwszym klubem, który o wiceprezesie ds. prawno-finansowych będzie mógł powiedzieć, że zna się na futbolu od podszewki.

PS Omega zadzwoniła z urlopu żeby powiedzieć, że Bednarza pamięta.

PS1 Jest jeszcze ktoś kto kojarzy Bednarza i Wleciałowskiego ze wspólnej gry na boisku, ale nie w... Ruchu. Warto bowiem pamiętać, że występowali razem w drużynie, która do dziś - zwłaszcza na Śląsku - wspominana jest z sentymentem. AKS Chorzów to kawał wspaniałej historii. Do dziś żałuję, że na Górnym Śląsku nie było PIĘCIU mistrzów. A przecież niewiele brakowało...

wtorek, 14 października 2014
Niemożliwe nie istnieje

Padły remisy.

Największe emocje budzi teraz nie mecz w Warszawie a... mecz w Gelsenkirchen. Remis Niemców z Irlandczykami sprawia bowiem, że w polskiej grupie stało się dość ciasno.

Ludzie zaczynają kalkulować. Wielu kibiców polskiej reprezentacji żałuje, że... Irlandczykom w ogóle udało się zremisować z mistrzami świata na wyjeździe. Wszystko dlatego, że nikt nie wierzy by Niemcy mogłyby nie wyjść z naszej grupy. Niemcy mogą oczywiście przeżywać trudności, ale przecież nigdy dotąd nie zdarzyło się żeby zawalili eliminacje. 

Dlatego uważa się, że wszelkie ewentualne punkty zdobywane przez wyspiarzy to dla polskiej reprezentacji oznacza jedynie złe wieści. W myśl tego założenia Niemcy powinny zabierać punkty wszystkim, a Polacy, którzy jako jedyni z nimi jak dotąd wygrali - tylko na tym skorzystają.

No bo jak: Niemcy mieliby tej grupy nie wygrać?

No bo jak: Niemcy musiałyby o awans walczyć w barażach??!!

No bo jak: Niemcy mogłyby nawet zaprzepaścić udział w barażach???!!!

Cóż, ostatnie dni udowodniły, że zawsze jest ten pierwszy raz, że  niemożliwe nie istnieje*.

Uważam, że polska reprezentacja nie powinna się na mistrzów świata oglądać. Moim zdaniem powinno się zakładać, że Niemcy to rywal jak każdy inny. A w przyszłym roku pomyśleć jak wygrać tam na wyjeździe.

Dlatego uważam więc, że punkt Irlandii w Gelsenkirchen jest dla biało-czerwonych korzystny.

PS A tak poza tym mecz ze Szkocją zapamiętam z trzech powodów.

Pierwszy: przez Arkadiusza Milika. Ten gol był fantastyczny, do tego w bardzo ważnym momencie. Co ten dwudziestolatek jeszcze zdziała?

Drugi: przez "sędziego" Alberto Mallenco. Niezauważenie na początku meczu próby urwania nogi Lewandowskiego przez Gordona Greera dyskwalifikuje tego człowieka jako arbitra. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że Lewandowski nie może liczyć na nic lepszego również w meczu z Irlandczykami. Taki styl...

Trzeci: z kombinowania Adama Nawałki. Kombinowania - znaczy reagowania na niesprzyjające okoliczności. Po meczu jesteśmy mądrzy, ale ustawienie drużyny dokładnie w ten sam sposób jak na Niemcy, z wymianą pojedynczych ogniw o tej samej charakterystyce - miało sens. Wydawało się, że trzeba przeciwstawić się rąbance. Rzeczywiście rąbanka była, ale tym razem - powtarzam: jesteśmy mądrzy po szkodzie - nie warto było czekać. Z Niemcami trwanie za podwójną a nawet potrójną gardą miało głęboki sens. Adam Nawałka jest zwolennikiem cierpliwości więc przypuszczał, że ze Szkocją też zdarzy się moment na odskoczenie.

W trakcie meczu okazało się, że jest potrzeba lepszej jakości w rozegraniu piłki. Jest potrzeba posiadania piłkarza, który nie tylko będzie rozbijał, ale jest w stanie niekonwencjonalnie i zaskakująco podać.

Adam Nawałka to dostrzegł i wpuścił Sebastiana Milę. To wejście mimo faktu, że to z Niemcami Mila strzelił gola było moim zdaniem ważniejsze niż w poprzednim meczu. Nie ma wątpliwości, że ten moment odmienił losy meczu. Mila był świetny. I choć akurat nie Mila brał udział w akcji dającej wyrównanie to za właśnie kombinowanie należą się selekcjonerowi słowa dużego uznania.

Paradoksalnie ten mecz powinien wzmocnić... Filipa Starzyńskiego. Oczywiście, dziś jego pozycję zajmuje Sebastian Mila i to fakt bezdyskusyjny. Mnie chodzi jednak o to, że Starzyński powinien uzmysłowić sobie ważną sprawę: chodzi o to, że obecność piłkarza o jego charakterystyce i sposobie gry ma jednak w tej kadrze sens. A przecież do tego eliminacyjnego dwumeczu nie wydawało się to wcale takie oczywiste. 

*oczywiście bez przesady z tym niemożliwym: w najbliższym meczu Niemców z Gibraltarem będzie dwucyfrówka.

poniedziałek, 13 października 2014
Zaskakująca naiwność Süddeutsche Zeitung

To nieprawdopodobne jak łatwo we współczesnym świecie o złą interpretację gestów czy też o uznawanie zdarzeń za symboliczne. Kolejny raz okazuje się, że wszystko zależy od punktu widzenia i nastawienia.

Dobrym przykładem może być "Süddeutsche Zeitung". Jej korespondent był zachwycony faktem klaskania polskich kibiców w trakcie hymnu Niemiec przed meczem na Stadionie Narodowym. W efekcie tamtejszy dziennik górnolotnie miał nazwać to nieszczęsne zdarzenie "historycznym gestem".

Śmieszne nieporozumienie być może wynika z faktu, że dziennikarz tej gazety zapewne nie bywał na innych meczach reprezentacji Polski i nie może mieć pojęcia, że widok rozanielonych twarzy, których właściciele wyklaskują hymn gości sądząc oczywiście, że to szczyt savoir-vivre'u jest widokiem na polskich stadionach niestety częstym i gęstym.

W efekcie żurnalista musiał uznać klaskanie za coś tak niezwykłego, że połączyło mu się to z trudną wspólną historią obu nacji. "To demonstracja szacunku i przyjaźni dla sąsiadów zza zachodniej granicy".

Niestety; niektórzy w naiwności uwierzyli, że to właśnie obecność Niemiec wywołała u znacznego odsetka polskiej publiczności tego typu zachowanie.

Szczerze obawiam się teraz, że ten prostacki gest na trybunach zostanie uznany za zdarzenie tego samego kalibru co list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku. Opublikowanie listu uważane było i jest za jeden z najważniejszych momentów pojednania polsko-niemieckiego po drugiej wojnie światowej. Interpretacja klaskania może pójść jeszcze dalej... Być może jakiś mądrala uzna ten buraczany gest ze Stadionu Narodowego za niezwykły dowód na pojednanie na poziomie mas społecznych? 

A przecież trzeba wyraźnie podkreślić, że był to jedynie tradycyjny na trybunach nad Wisłą zaścianek, który będzie nam towarzyszył niezależnie od faktu czy Polska zagra z Niemcami, Brazylią, Grenlandią czy może Burkina Faso. Niewychowane oszołomy nadal będą klaskać i wyczekiwać z ekstazą słów pochwały. 

Kiedy wreszcie ktoś wbije im do głów, że wyrazem szacunku dla innych jest wysłuchanie hymnu w postawie na baczność, w ciszy i skupieniu?

PS [...]

12:38, pavelczado , żal
Link Komentarze (66) »
niedziela, 12 października 2014
N-I-E-W-I-A-R-Y-G-O-D-N-E

Właśnie wróciłem z Warszawy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co zobaczyłem.

I.

Jaki ten futbol dziwny... Nie udało się wygrać z Niemcami polskiej reprezentacji mającej w składzie w latach 30. Ernesta Wilimowskiego, w latach 50. i 60. Ernesta Pohla., w latach 80. Włodzimierza Lubańskiego, a udało się kadrze z Arkadiuszem Milikiem. Chłopak z Tychów ma zaledwie 20 lat, a w piękny sposób zapisał się w najważniejszym jak dotąd meczu reprezentacji Polski w XXI wieku. Czy zrobi taką karierę jak jego wielcy poprzednicy ze Śląska?

Niemcy jawili mi się dotąd jako fantastycznie, w najdrobniejszych szczegółach zaprojektowane cybernetyczne monstrum futbolowe, które za każdym razem kiedy los ma na to ochotę bez emocji odziera ze złudzeń szarpiącą się w konwulsjach reprezentację Polski. Oczywiście piszę o meczach o stawkę. Dotychczas w meczach o coś konkretnego biało-czerwoni strzelili Niemcom tylko jednego gola. Zresztą w tym samym miejscu co teraz, choć okoliczności przyrody - czyli stadion - był "nieco" inny (43 lata temu udało się to Robertowi Gadosze, Polska i tak wtedy przegrała).

Dlatego trudno było sobie wyobrazić lepszy moment na przełamanie najbardziej niepomyślnej passy w historii futbolu. Nie ma już ani jednej drużyny ze światowej czołówki z którą biało-czerwoni przynajmniej raz nie wygrali, nie wspominając o zwycięstwie w meczu o stawkę. W dodatku tym razem udało się pokonać Niemców jako aktualnych mistrzów świata...

Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie wyprowadzić Niemców z równowagi. Wydawało się, że Polaków zawsze ogrywają beznamiętnie, bez zbędnych uczuć i bez pasji, bo z pasją można grać z równym sobie. Tym razem zobaczyliśmy innych Niemców. Okazało się, że to nie cyborgi, lecz ludzie, których może coś dotknąć. Widać to było nie tylko w końcówce meczu kiedy jeden z piłkarzy gości wdał się w szarpaninę ale i po ostatnim gwizdku kiedy prawie żaden z nich nie podszedł do sektora gości żeby podziękować im za doping. Zabolało ich. Tak po ludzku ich zabolało. Zauważenie tego faktu przez polskich piłkarzy może mieć ogromnie znaczenie także w przyszłości. Człowieka znacznie łatwiej dotknąć niż cyborga, znacznie łatwiej go pokonać.

II.

Po losowaniu większość kibiców w Polsce życzyła Niemcom jak największych zdobyczy punktowych, poza grami z biało-czerwonymi oczywiście. Chodziło o to żeby mistrzowie świata zabrali jak najwięcej punktów innym drużynom, bo pierwsze miejsce i tak będzie zarezerwowane dla nich. Teraz nieoczekiwanie pojawia się pokusa żeby kibicować innym w starciu z Niemcami, bo - co jeszcze przed chwilą wydawało się nierealne - Polska mogłaby wygrać wyścig o pierwsze miejsce w grupie. To oczywiście hurraoptymizm, któremu będzie można odciąć przedrostek "hurra-" jeśli ekipa Nawałki wygra jeszcze dwa tegoroczne spotkania eliminacyjne. To jest możliwe, ale nie warto dopisywać sobie tych punktów już przed tymi meczami.

Już słyszę opinie, że ten zwycięski mecz przejmie rolę mitycznego meczu na Wembley sprzed ponad 40 lat, że wreszcie coś innego z dziedziny futbolu zajmie główne miejsce w naszych hipokampach;) Akurat z tym zgodzić się nie mogę. 

Wtedy mecz na Wembley był początkiem czegoś niezwykłego, czegoś co skończyło się na samym szczycie. Mecz w Warszawie też może być początkiem czegoś niezwykłego, ale wcale nie musi. Wówczas Wembley dawało awans do mistrzostw świata po 36 latach. Teraz mecz w Warszawie nawet nie daje awansu do mistrzostw Europy po ośmiu latach przerwy (cztery lata temu Polska nie walczyła o awans). Dlatego poczekajmy jeszcze z detronizacją Wembley.

III.

Mecz jest cenny nie tylko dlatego, że delikatnie narusza ten mit, lecz przede wszystkim dlatego, że mebluje tę drużynę akuratny sposób. Chodzi o to, że klasowy zespół musi mieć kręgosłup na którym musi się oprzeć. Okazało się dobitnie, że trzy z czterech supełków tworzących linię są zawiązane i nie ma potrzeby ich rozwiązywać i zmieniać. 

Po pierwsze - Wojciech Szczęsny bronił fantastycznie i gdyby nie on mecz byłby przegrany. Jest świetny zarówno na linii jak i na przedpolu. Po drugie - Kamil Glik dzięki codziennej grze we Włoszech zrozumiał na czy polega rola stopera i ta wiedza przy jego możliwościach jest nie do przecenienia. Zrozumienie zawiłości taktycznych na jego pozycji jest kluczowe i chyba właśnie to pozwala mu przeistaczać się w stopera europejskiej klasy. Po trzecie - Robert Lewandowski potwierdził - w sposób może tym razem nieprzesadnie spektakularny - że jest jednym z najlepszych napastników świata. Lewandowski w starciu z mistrzami w żadnej konkretnej sytuacji ani razu nie stracił głowy. Nie stresował się kiedy miał rywala obok siebie (co zdarzało się jego kolegom), mało tego - potrafił go w takiej sytuacji ośmieszyć przy okazji na przykład wykonując znakomite podanie (jak to do Sebastiana Mili) albo wręcz celowo (zakładając siatkę w końcowych minutach).

Żeby szczęście było pełne potrzeba jeszcze czwartego supełka. Kogoś w pomocy. Nie chodzi nawet o defensywnego pomocnika, wiadomo, że tę rolę znakomicie przez lata może pełnić Grzegorz Krychowiak. Chodzi o klasycznego playmakera, który potrafi regulować tempo i znakomicie podać. Niemcy mieli w swoich szeregach dwóch kapitalnie wywiązujących się z tej roli zawodników: Kroosa i Goetze, który szczególnie mi zaimponował. Okazuje się, że bez playmakera można wygrać, ale gdyby polska kadra dysponowała kimś takim na reprezentacyjnym poziomie o ile zwiększałby się wachlarz jej możliwości? Niektórzy widzą w tej roli Sebastiana Milę, ale dla mnie nawet gol zdobyty w meczu z mistrzami świata to zdecydowanie za mało.

IV. 

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o Stadionie Narodowym. Nigdy na nim wcześniej nie byłem więc muszę napisać co uważam. Otóż jestem zachwycony. Dziś w Polsce nie ma lepszego miejsca do rozgrywania meczów reprezentacji Polski w piłce nożnej. To cacko, które robi wrażenie pod względem architektonicznym, ale i arena, która daje fantastyczną moc gdy jest wypełniona kibicami. Warszawa może być dumna z tego miejsca. Ujął mnie także tak nieznaczący z futbolowego punktu widzenia fakt, że stadion świetnie widać z Placu Zamkowego... 

Oczywiście zawsze można się do czegoś przyczepić. Ogólnie publiczność na Stadionie Narodowym zachowywała się wspaniale, ale nie podobały mi się dwa momenty.

Pierwszy, niezmienny od lat - klaskanie podczas hymnu. Musielibyście widzieć te rozanielone twarze, których właściciele wyklaskują hymn gości sądząc oczywiście, że to szczyt savoir-vivre'u. Wiadomo, że piłka przyciąga także ludzi prostych i nie ma w tym nic złego. Warto jednak żeby jakiś przemawiający do ich serc albo umysłów autorytet wytłumaczył, że to zaścianek z gatunku tych najbardziej zawstydzających.

Drugi to nowe zjawisko. Odkąd  nowoczesne stadiony dysponują świetną bazą gastronomiczną ("świetną" w sensie bliskości od trybun i łatwości sięgnięcia) pojawiła się nowa plaga. Plaga polega na tym, że w przerwie ludzie gromadnie idą napełnić kałduny. Nie ma w tym oczywiście nic złego, razi mnie jednak, że żarcie zabierają ze sobą na trybuny. Nie chodzi nawet o to, że oglądają pochłaniając, choć pochłanianie oglądając to nie moja bajka. Chodzi o to, że z tymi wszystkimi hamburgerami i innymi parówkami przeciskają się na swoje miejsca już po gwizdku wznawiającym grę i potem trzeba robić im miejsce, wstawać, dekoncentrować się i z nie swojej winy tracić wiele z jakości widowiska. Jedyna rada na pożeraczy hamburgerów jest taka, że z równo z gwizdkiem rozpoczynającym drugą połowę powinny zatrzaskiwać się wejścia prowadzące bezpośrednio na sektory. Spóźnieni pożeracze nie powinni być wpuszczani. Dokładnie tak jak spóźnieni kinomani nie powinni być wpuszczani do sali kinowej kiedy rozpoczął się już film.

To oczywiście marzenie ściętej głowy, bo wtedy byłby mniejszy zysk a co zarabiającego obchodzi, że pożeracz hamburgerów przeszkadza innym kibicom?

PS Wydawać by się mogło, że niemiecki futbol nie ma Polsce nic do zawdzięczenia. Otóż ma.

Jak donosi mój niemiecki kolega dziennikarz Thomas Dudek właśnie ukazuje się tam autobiografia Wernera Hanscha, jednego z najbardziej znanych komentatorów piłkarskich w Niemczech. "Die Stimme des Ruhrgebiets ("Głos Zagłębia Ruhry") jak się go tam nazywa jest żywą legendą. Okazuje się, że Hansch ma polskie pochodzenie. Pochodzi z polskiej mniejszości w Zagłębiu Ruhry a po wojnie jego ojciec, który był komunistą, wyjechał z nim do Polski. Tam Werner Hansch nawet zapomniał niemieckiego! Ale potem wszystko się zmieniło...

Przy biografii współpracował Uli Hesse, którego świetna książka "Tor! Historia niemieckiego futbolu" ukazała się w tym roku na polskim rynku nakładem wyd. Kopalnia. A szczegóły dotyczące biografii Hanscha - TUTAJ.

piątek, 10 października 2014
Sport polski a zemsta na hitlerowcach

Coś co mogłoby się nam dziś wydawać niedorzeczne kiedyś było uznawane za całkowicie normalne. Oczywiście odnosi się to także do piłki nożnej. Skąd sportowi publicyści z lat międzywojnia mieliby wiedzieć tyle co my?

Jutro wielki mecz Polska – Niemcy, warto więc przypomnieć okoliczności rozegrania pierwszego spotkania na szczeblu pierwszych reprezentacji. W latach 20. do takiego meczu nie doszło, regularnie grały za to Niemiecki Śląsk i Polski Śląsk.

Po dojściu Hitlera do władzy Rzesza miała ochotę na piłkarskie starcie z Polską, słyszało się o próbach doprowadzenia do takiego meczu w Gdańsku. Był to chyba jednak tylko balon próbny, żeby wysondować stanowisko PZPN. Warszawska centrala nie zabrała głosu w tej sprawie powściągliwie czekając na oficjalne stanowisko berlińskiego odpowiednika.

W czwartek 2 listopada 1933 roku niemiecka federacja przysłała do PZPN oficjalną propozycję rozegrania meczu międzypaństwowego w Berlinie jeszcze w tym samym roku oraz rewanżu w Polsce jesienią 1934 roku.

Propozycja odbiła się w Polsce dość szerokim echem. Dyskutowano czy warto podejmować ten kontakt, czy jest nam to w ogóle potrzebne. Pamiętajmy, że państwo niemieckie od niespełna roku funkcjonowało pod rządami Adolfa Hitlera już jako III Rzesza. Rozpoczęły się prześladowania m.in. Żydów o czym doskonale w Polsce wiedziano (trudno było nie wiedzieć o głośnym w 1933 roku bojkocie żydowskich sklepów, banków, przychodni czy kancelarii albo nie słyszeć o ustawie dotyczącej przywrócenia zawodowej służby publicznej, która zabraniała Żydom zajmowania stanowisk rządowych)...

Tymczasem w listopadzie 1933 roku w zajmującym się sportem Tygodniku Ilustrowanym „Raz, Dwa, Trzy", zdanie na temat gry z Niemcami wyraził ceniony publicysta Jan Erdman, przedwojenny dziennikarz związany z „Przeglądem Sportowym".

Erdman pisze tak:

Nawiązujemy kontakt sportowy z mocarnym sąsiadem. Jest to w historii naszego sportu dokonanie epokowe. Takie nasze stanowisko nie przeszkadza nam absolutnie rozumieć i odczuwać pozycji Żydów i socjalistów. Wszelkie protesty z tamtej strony trzeba przyjmować jako coś naturalnego i normalnego. Obie te grupy dostały cięgi tak bolesne, że nie mogą o nich zapomnieć w ciągu kilku miesięcy. Współczujemy, ale nie mamy powodów dla których za te polityczne walki miałby się mścić na hitlerowcach sport polski".

Erdman zgadzał się, że polscy piłkarze nie muszą przed meczem stosować nazistowskiego salutu Heil Hitler (w zamian proponował „sportowcy wszystkich krajów łączcie się"*). Nie mógł oczywiście przypuszczać, że zaledwie sześć lat później hitlerowcy oficjalnie zakażą uprawiania w Polsce piłki nożnej...

Polska strona ostatecznie przyjęła propozycję. Mecz w Berlinie biało-czerwoni przegrali 0:1 po golu straconym w... – jak sądzicie? Macie rację, dokładnie tak –...w przedostatniej minucie. Spotkanie oglądał m.in. minister propagandy Joseph Goebbels, który powitał piłkarzy w... przerwie.

O tym jak były to czasy odmienne od naszych niech świadczy fakt, że w ten sam dzień kiedy odbył się mecz (3 grudnia 1933 roku) w berlińskich restauracjach – jako że była to jednocześnie pierwsza niedziela miesiąca – wolno było podawać tylko jednodaniowe obiady**. W Niemczach Hitler spożywał publicznie jednodaniowe obiady, by zachęcić do oszczędności. Wyobrażacie sobie jak zareagowałoby społeczeństwo gdyby w dzisiejszych czasach wprowadziła Niemcom taki nakaz Angela Merkel albo Polakom – Ewa Kopacz?;)

Wróćmy do genezy pierwszego kontaktu obu państw na szczeblu międzypaństwowym, bo to interesujące ze śląskiego punktu widzenia. Do takiego meczu doszłoby zapewne znacznie później gdyby nie... Katowice. Otóż właśnie w Katowicach w 1928 roku podczas uroczystego przyjęcia dr Peter Joseph Bauwens, słynny niemiecki sędzia międzynarodowy, pierwszy raz zahaczył w tej kwestii ówczesnego prezesa PZPN gen. Bończę-Uzdowskiego. Było to możliwe, bo Bauwens sędziował wówczas w Katowicach towarzyski mecz międzypaństwowy ze Szwecją. Wyobraźcie sobie, że zdaniem Bauwensa mecz Polaków z Niemcami nie mógł odbyć się wcześniej, bo wówczas nasi sąsiedzi grali cztery towarzyskie mecze rocznie i mieli wszystkie terminy zajęte.

                                 * * *
Od pierwszego meczu minęło ponad 80 lat. Dziś ludzie patrzą na mecz Polska – Niemcy na trzy sposoby:

a) plemienny, czyli dokopmy Niemcom za wrzesień '39, Auschwitz, okupację i powstanie warszawskie;

b) historyczno-sportowy – wygrajmy, bo przecież jeszcze nigdy z nimi nie wygraliśmy. N-I-G-D-Y; moim zdaniem to największy kompleks w historii współczesnej piłki nożnej na całym świecie bez podziału na kategorie;

c) czysto sportowy – wygrajmy, bo to zbliży nas do finałów Mistrzostw Europy.

Pierwszy sposób może spowodować syndrom wiecznego toczenia piany z ust. Drugi sposób może spowodować uschnięcie z tęsknoty za nieznanym. Trzeci dla naszego zdrowia jest zdecydowanie najlepszy...

PS [Omega na urlopie]

PS1 Czadoblog zakupił bilet na mecz i wybiera się z kolegami do Warszawy. Słyszał, że Stadion Narodowy jest bardzo ładny i że naprawdę nadaje się nie tylko do przeprowadzania na nim zawodów pływackich. Przekonamy się.

*ostatecznie po wyjściu na środek Polacy odwrócili się w obie strony boiska i zakrzyknęli za każdym razem „cześć, cześć, cześć"!

**ciekawe czy dotyczyło to także polskich piłkarzy?;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 185