piątek, 22 lipca 2016
Przestadion

Dziś mija 60 lat od otwarcia Stadionu Śląskiego. Drugiego takiego nie ma.

Nie wierzycie? Który stadion ma tak niezwykły korytarz prowadzący z szatni na murawę gdzie krzyk widowni brzmi z oddali jak narastający grzmot jeżący piłkarzom włosy na głowie? Gdzie indziej 70-letnia fanka futbolu widząc przed sobą ten właśnie stadion uklękłaby i z czcią ucałowała ziemię w podzięce, że znów może zobaczyć mecz w Świątyni Futbolu?*

Czy gdziekolwiek indziej podczas meczu międzypaństwowego po faulu na naszym bramkarzu w sąsiedztwie polskiej bramki pojawiło się dwóch oburzonych widzów po to żeby go... pomścić? Czy gdziekolwiek indziej mógłby powstrzymać ich rezerwowy zawodnik łapiąc jednego z nich wpół szepcząc przy tym do ucha: „Tutaj bracie, jesteś niepotrzebny”?

Czy gdzieś indziej w dniu meczowym publiczność mogła pożreć na stadionie 9 ton wędlin, 12 ton krupnioków, 100 tysięcy bułek, 2 tysiące pączków i wypić kilkadziesiąt tysięcy butelek napojów orzeźwiających?

Na którym innym stadionie kibice potrafili po meczu zostawić pod ławkami 50 tysięcy butelek po wódce a na trybunach w trakcie spotkania nieznani sobie ludzie bratali się z rozanieleniem ściskając ze łzami w oczach?

Czy gdziekolwiek indziej przy rozsadzaniu kamienistego podłoża niecki stadionu podczas jego budowy minerzy zużyli 6 ton dynamitu? Czy gdziekolwiek indziej zużyto na ławki aż 110 km listew drewnianych? Na którym stadionie ułożono przeszło 20 km betonowych krawężników? Czy przy budowie jakiegoś innego piłkarskiego obiektu ktoś taki jak Gerard Cieślik taszczyłby belki i nosił kamienie? Czy podczas budowy jakiegoś innego stadionu nagle ku zdumieniu budowlańców trysnęło na trybunie... tajemnicze źródełko?

Który inny polski stadion może się pochwalić, że właśnie na nim trzy razy piłkarze wywalczyli awans do mistrzostw świata?
Czy na jakimś innym stadionie w Polsce nasza reprezentacja zdołała pokonać Anglię albo Holandię? Który inny polski stadion widział tylu zdobywców Złotej Piłki? Czy któryś nasz inny stadion oglądał tak wspaniałe bramki Pelego? Czy gdziekolwiek indziej piłkarze reprezentacji Polski zagrali oficjalny mecz mając na piersiach... czerwone orzełki na białym tle?

Czy przed meczem międzypaństwowym na jakimś innym stadionie działaczy zajmujących się dystrybucją biletów zrozpaczeni kibice bez wejściówek próbowali przekupić... czekoladą?

Czy na którymś stadionie w Polsce rozbłysło wcześniej elektryczne światło? Na którym stadionie przygrywała górnicza orkiestra na 1500 muzyków? Czy gdziekolwiek indziej śpiewało 2000 chórzystów?

Na którym innym naszym stadionie polski żużlowiec zdobył mistrzostwo świata? Na jaki inny polski stadion przyszło 80 tysięcy kibiców na zwykły ligowy mecz? Czy gdzie indziej 70 tysięcy kibiców witało na mecie Ryszarda Szurkowskiego, który na Śląskim dwukrotnie wygrywał Wyścig Przyjaźni, zwany „śląskim Wyścigiem Pokoju”?

Czy na jakimś innym stadionie tłum odśpiewał „Boże coś Polskę” ze stojącym na środku płyty Lechem Wałęsą na pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Czy gdziekolwiek indziej przerwa między pierwszą a drugą połową wydłużyła się aż o pięć minut dlatego, że zawodniczki jednej z drużyn pokłóciły się w szatni i nie potrafiły dojść do porozumienia zapominając przy tym, że trzeba wyjść na mecz?

Na którym innym stadionie Sting potrafiłby tak pięknie zaśpiewać „Roxanne”? Gdzie indziej James Hatfield z Metalliki potrafiłby tak pięknie zanucić „Nothing Else Matters”? Na którym innym stadionie Bono z U2 ukląkł z wrażenie przed publicznością i dziękował za zaproszenie? Gdzie w Polsce zgromadzonym na płycie aż tak przechodziły ciarki przy „Californication” Red Hot Chili Peppers?
Wierzcie mi: mógłbym pisać w tym stylu wiele godzin - ale to nie ma sensu. Ten kto kocha Stadion Śląski - nie musi być przekonywany, że większej gwiazdy wśród polskich stadionów nie ma. A nieprzekonanych i tak nie przekonam.

Dlatego mogę skończyć ten wpis tylko w jeden sposób: "do zobaczenia na Śląskim podczas meczów reprezentacji Polski albo lekkoatletycznych mistrzostw Europy lub świata".

PS Właśnie na Stadionie Śląskim doszło do dwóch najbardziej chuligańskich wybryków w kibicowskim życiu Czadobloga, które zdarzyły się we wspaniałych latach 80. Nie liczę perfidnego wykorzystywania znajomości istotnego miejsca - z oczywistych względów z nikim tą wiedzą się nie podzieliłem - gdzie w zasłoniętym krzewami stadionowym ogrodzeniu brakowało kiedyś pręta i w związku z tym ktoś tak szczupły jak przyszły Czadoblog mógł zaliczyć za darmo kilka fajnych meczów w latach 80. Chodzi raczej o przemycenie na stadion flagi na zabronionym sztylu (przerzuciliśmy ją przez płot), a także rzucenie z wściekłością (bo akurat wynik był bardzo zły) z korony stadionu... oranżady w woreczku (kiedyś takie sprzedawano). Poleciała w dół wypełnionych trybun i rozprysła się na plecach Bogu ducha winnego kibica. Cały był w lepkiej cieczy i tak mną to wstrząsnęło, że zawstydzony coś sobie obiecałem: nigdy więcej chuligańskich wybryków na żadnym stadionie. 

Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie szczerze żałuję. 

* 71-letnią wówczas Czesławę Wojciechowską z Sopotu, która od lat 50 jeździła na mecze piłkarskie i oglądała między innymi słynny zwycięski mecz ze Związkiem Radzieckim poznałem pod Stadionem Śląskim w 1997 roku

wtorek, 19 lipca 2016
Komuno, wróć!

Piast Gliwice rozgrywa wkrótce rewanżowy mecz w eliminacjach Ligi Europy. Po blamażu w pierwszym meczu u siebie wydaje się, że rewanż w Szwecji będzie nieprzyjemną formalnością. Nie ma powodów do chwały, ale kiedy słyszę, że powinniśmy wysłać pismo do UEFA, w którym informujemy, że w następnych latach rezygnujemy z części przysługujących nam miejsc, bo nie chcemy już grać pucharach, żeby się wreszcie nie wstydzić, ogarnia mnie szyderczy śmiech.

Polski futbol skompromitował się w ten sposób tylko raz, za czasów najgłębszej, stalinowskiej komuny. W 1953 roku biało-czerwoni w eliminacjach mistrzostw świata wylosowali Węgry, wówczas zdecydowanie najlepszą drużynę globu. Wiadomo było, że nie mamy szans na cokolwiek (w 1951 roku przegraliśmy z bratankami 0:6, w 1952 – 1:5, a w 1956 – 1:4), ale tę kuriozalną decyzję w charakterystyczny, butny sposób, nie oglądając się na nikogo, podjęli ówcześni wielkorządcy społecznej organizacji Sekcji Piłki Nożnej podlegającej Głównemu Komitetowi Kultury Fizycznej. PZPN wówczas nie istniał, bo w 1951 roku władze PRL odgórnie zdecydowały, że związek ma się sam rozwiązać po to, żeby wprowadzić model obowiązujący w sowieckim sporcie. Nowym tworem zarządzali sowieccy generałowie oddelegowani do Polski.

Przewodniczącymi sekcji (czyli dzisiejszymi prezesami PZPN) byli w tym czasie najpierw Jerzy (a właściwie Jurij Wiaczesławowicz) Bordziłowski, wcześniej prezes Legii Warszawa, a także szef sztabu generalnego Ludowego Wojska Polskiego i jednocześnie wiceminister Obrony Narodowej, a zaraz po nim Jan (a właściwie Iwan) Rotkiewicz, dowódca najpierw Warszawskiego a potem Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Wyszły z tego właśnie takie kwiatki jak haniebna rezygnacja z gry w eliminacjach – tylko po to, żeby nie dostać bęcków.

PZPN przywrócono w 1956 roku, Rotkiewicz wrócił do Związku Radzieckiego w 1957 roku, a Bordziłowski w 1968. Obydwaj zmarli w Moskwie.

Myślałem, że te mroczne czasy bezpowrotnie minęły, ale rzeczywistość potrafi przerosnąć wszystko. Dziś nie potrzeba już sowieckich generałów. Wystarczą pseudoeksperci. Wiedzeni przeświadczeniem, że są głosem ludu nawołują z emfazą „aby z pucharami dać sobie spokój, bo lepiej się z nich wypisać niż narobić obciachu.”

Głupszej konstatacji już dawno nie słyszałem.

Wiadomo, że rozgrywanie meczów pucharowych w lipcu jest kompletnym bezsensem, ale dzieje się tak dlatego, że liczba krajów (a więc uczestników) się rozrasta. Jest tylko jedno proste wyjście: trzeba się przełamać i początkowe rundy wygrywać choćby po to, żeby w przyszłości zaczynać jak bozia przykazała, czyli w lipcu albo sierpniu. Górnik Zabrze dochodząc do finału Pucharów Zdobywców Pucharów w 1970 roku rozpoczynał grę dopiero we wrześniu, ale to były inne czasy, inne uwarunkowania, które już nigdy nie wrócą.

Gdyby idiotyczne sugestie podnoszone w polskiej piłce zastosować w naszym szkolnictwie, wyszłoby na to, że słabi uczniowie, którzy dostają prawie same jedynki zrobiliby najlepiej, gdyby w ogóle przestali przychodzić do szkoły.

Pseudoznawcy nie mają oczywiście konkretnego pomysłu na odbudowanie siły polskiej piłki. Czy któryś z nich zastanowił się jak i kiedy trzeba by wpasować polski futbol do europejskich struktur klubowych po takiej dobrowolnej odstawce? No i skąd mielibyśmy wiedzieć, że polska piłka stała się na tyle silna, że już można na powrót zgłosić zespoły do europejskich pucharów z gwarancją (sic!) braku obciachu? Fachowcy pytaliby o to gwiazdy na niebie?

Dlatego walcz Piaście ile sił. Najprawdopodobniej odpadniesz, ale nie poddawaj się. Następnym razem może być lepiej. Trzeba w to wierzyć. Rezygnują tylko frajerzy.

23:00, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (9) »
sobota, 16 lipca 2016
Czy Waldemar Fornalik ma ból głowy

Wiadomo, że Ruch dziś wygrał nie tylko dlatego, że wygrał. Otóż wygrał także dlatego, że jest nowe rozdanie i w związku z tym można zmieniać w kibicach mentalność. Chodzi o to żeby na mecze Ruchu kibice chodzili nie tylko dlatego, że kochają Ruch, ale także dlatego, że jego mecze są emocjonujące a ich szczegóły pamiętane długo. Dzisiejszy mecz z Łęczną do takich oczywiście należy - niecodziennie traci się prowadzenie dwie minuty przed końcem i odzyskuje w drugiej minucie doliczonego czasu gry. Po tym spotkaniu znowu można powiedzieć: warto chodzić na mecze Ruchu, bo są emocje (choć sprawiedliwie trzeba przyznać, że przez godzinę na nie się nie zapowiadało) i jest happy end. Zespół potrafił w najważniejszym momencie podnieść się po ciosie i samemu zadać ten nokautujący.

Jeśli chodzi o tytułową kwestię: nie chodzi mi wcale o to kogo Waldemar Fornalik wystawi w napadzie w następnym meczu (wystawienie w podstawowym składzie Mariusza Stępińskiego i Jakuba Araka jednocześnie wydaje mi się mało prawdopodobne nie tylko ze względu na fakt, że tego pierwszego teoretycznie może już nie być, Po prostu trudno mi uwierzyć, że w tym konkretnym zestawieniu personalnym trener zdecyduje się w następnym meczu na ustawienie 4-4-2).

Chodzi mi raczej o sprawę obsady bramki rozpatrywaną w dłuższym okresie. Wojciech Skaba bronił bez zarzutu prawie cały mecz, był zdecydowany, skuteczny, odważny i do tego sprzyjało mu szczęście. Z drugiej strony popełnił błąd w ważnym momencie, niektórzy twierdzą nawet, że to on był autorem samobójczej bramki. Pytanie brzmi: czy nadal powinien być pierwszym bramkarzem? Minus: W zeszłym roku w czterech ligowych występach puścił dziesięć goli i nie dawał znaków, że po odejściu Matusa Putnocky'ego mógłby być podstawowym bramkarzem na kolejny sezon. Plus: dziś mógłby być uznany nawet piłkarzem meczu. Znaczy, że potrafi.

Ból głowy trenera polega na tym, że moim zdaniem zmiennik Skaby Kamil Lech stracił szansę na przekonanie do siebie szkoleniowca w ostatnim przedsezonowym sparingu z Karpatami Lwów kiedy puścił gola w sposób, który mocno zirytował Fornalika (po tamtym meczu szkoleniowiec wyraził się nawet z przekąsem, że "ten strzał z dystansu nawet on by obronił").

Ruch w ostatniej chwili ściągnął jeszcze jednego bramkarza, który był rezerwowym w Arce, ale na razie nie zdołał zdobyć statusu z poprzedniego klubu, bo z Łęczną nie wskoczył nawet na ławkę rezerwowych. Jeśli nie wskoczy to pomysł ściągnięcia go do klubu będzie dla mnie jedną z największych zagadek transferowych niebieskich ostatniego dziesięciolecia:)

Czyli jeśli chodzi o obsadę bramki chyba nie ma alternatywy. Jedno jest pewne: obecnie Waldemar Fornalik ma większy wybór wśród napastników niż wśród bramkarzy. Pytanie brzmi: czy w tej rundzie bramkarze będą Ruchowi dawać punkty czy raczej sprawiać, że będzie je tracił?

Jedno jest pewne - na razie Wojciech Skaba z czystym sumieniem może powiedzieć tak: "ale o co wam chodzi? Przecież także dzięki mnie mamy także trzy punkty".

Drugie też jest pewne - nie mógłby tak powiedzieć gdyby napastnicy nie zrobili co do nich należało.

PS Podoba mi się pewność siebie nowego napastnika Ruchu, którą łączy ze skromnością.

PS1 A poza tym Omega ma wreszcie wrócić tam gdzie powinna:))))

piątek, 15 lipca 2016
Jaka piękna katastrofa

Zawsze żal kiedy drużyna, której życzy się dobrze - przegrywa. Kiedy dzieje się to w meczu z lepszymi można przeżyć. Gorzej kiedy dostaje się straszne baty od zespołu co najwyżej przeciętnego a już na pewno niespecjalnie utalentowanego.

Idealnym przykładem był mecz Piasta z IFK Göteborg. To bardzo przykre: by powstrzymać najlepsze zespoły polskiej ligi wystarczy dziś jedynie siła, wybieganie, dyscyplina taktyczna, agresywność (choć kolega z numerem 6 czyli Sebastian Eriksson przeginał) oraz kilka przećwiczonych schematów. 

Od początku było widać, że na takiego rywala jak IFK trzeba mieć pomysł. Spróbować grać jak oni - bez sensu, nie wiem czy ich najmniejszy zawodnik miał mniej niż 185 cm wzrostu. Piast próbował więc grać technicznie, metodą dużej ilości podań, które miały umożliwić przedarcie się środkiem. Niestety wyglądało to nieporadnie. Żaden z gliwiczan nie był w stanie wykonać choćby 1/8 akcji Hala Robsona-Kalu z meczu z Belgią podczas Euro.

Należy jednak pamiętać, że Piast przystępował do meczu ze Szwedami bez dwóch zębów trzonowych. W ostatnich latach gliwiczanie przyzwyczaili się, że mogli liczyć zarówno na playmakera w starym stylu, który potrafił regulować tempo oraz skutecznie a przy tym w zależności od potrzeb konwencjonalnie lub niekonwencjonalnie rozegrać (Vassiljev, Vacek) jak i na napastnika, który ledwie muskał piłkę - ale tak żeby wpadła (Wilczek, Nespor).

Mecz ze Szwedami dobitnie uzmysłowił, że źródełko wyschło i kolejnych ludzi mogących wypełnić lukę na tych pozycjach nie ma. Rozegranie szwankowało, gliwiczanie próbowali rozdzielić je między kilku piłkarzy, ale efekty były mizerne. Jeszcze gorzej było z pomysłem na skuteczne wykończenie. W tej chwili nie ma w Piaście piłkarza, który robiłby różnicę.

Frustracji dał wyraz po meczu trener Radoslav Latal, który powiedział coś co na pewno nie spodobało się działaczom Piasta. Tego rodzaju wypowiedzi rzeczywiście powodują zaognienie wewnątrzklubowych relacji interpersonalnych co najczęściej zawsze kończy się tak samo.

- Pewne osoby w klubie muszą sobie uzmysłowić, że przed takimi meczami nie można osłabiać drużyny. Klub musi wyciągnąć wnioski, bo jeśli nie wyciągnie może być bardzo ciężko - powiedział Latal.

Wygląda na to, że jesień w Piaście może nie być przesadnie spokojna. 

czwartek, 07 lipca 2016
Gwiezdne wojny. GieKSa kontratakuje

Byłem dziś w Pałacu Goldsteinów żeby posłuchać o planach dotyczących GKS-u Katowice. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.

O siatkówce (nowym trenerem nie byle kto, bo Piotr Gruszka) i hokeju (nowym trenerem nie byle kto, bo Jacek Płachta) w tym miejscu nie piszę, tym razem tylko o futbolu, choć wielosekcyjność klubu jest z pewnych powodów - o których na końcu - istotna.

Pod względem sportowym GKS od dziesięciu lat jest w tym samym miejscu czyli na drugim poziomie. W międzyczasie podejmowano próby ataku na ekstraklasę o różnym natężeniu, ale zawsze kończyły się niepowodzeniem.

Nie chcę teraz pisać o ataku jaki szykuje GieKSa w nadchodzącym sezonie, bo łatwo jej na pewno nie będzie. Wymieniła prawie cały skład - rozmawiałem dziś z Jerzym Brzęczkiem, oczywiście wierzy w ten zespół - trzeba więc się zgrać, ale rywale w tym sezonie będą silni i z ambicjami - podejrzewam, że nikt zarówno w Zabrzu jak i w Bielsku-Białej nie wyobraża sobie innego rozwiązania jak awans. Jest jeszcze Zagłębie...

Przypominam, że może awansować tylko dwóch.

Ale mnie chodzi raczej o to, że tym razem GKS - przy ogromnej pomocy miasta - szykuje się do ataku wielopłaszczyznowo.

Zaawansowany pomysł przeniesienia stadionu w inne miejsce na pierwszy rzut oka wydawałby się świętokradczy. Jak można opuszczać Bukową?! Prezes Wojciech Cygan przedstawia jednak konkretne argumenty i szczerze mówiąc trudno nie przyznać mu racji.

Na jeszcze jedną sprawę chcę zwrócić uwagę. GKS staje się klubem wyjątkowym w aglomeracji górnośląskiej z jednego zasadniczego powodu. Stworzenie w miarę szybko trzech bardzo nośnych sekcji sportowych jednego klubu, które w założeniu będą trafiać do różnego, że się tak wyrażę, targetu buduje zupełnie nową, unikalna wręcz pozycję takiego klubu w poszukiwaniu sponsorów. Trzy poważne nogi jednego klubu, trzy zespoły w trzech bardzo popularnych dyscyplinach. Reklama w potrójnym pakiecie -  robi to na Was wrażenie? Na mnie robi.

To może się udać.

PS Ciekawostka: nazwa Bukowa być może wcale nie zniknie. Prezydent Marcin Krupa rozważa zmianę nazwy ulicy. Cóż; nowy stadion miałby siedzibę przy ul. Upadowej.  "Upadowa" - to nie brzmi dobrze, prawda?:)

poniedziałek, 04 lipca 2016
Kolos

Zastanawiam się czy kiedykolwiek jakikolwiek śląski obrońca znaczył aż tyle dla reprezentacji Polski jak teraz Kamil Glik.
Wiadomo, że tacy piłkarze jak Stanisław Oślizło czy Jerzy Gorgoń to niezwykłe legendy, ale trudno w szerokiej perspektywie ocenić tego rodzaju pytanie. Z oczywistych względów: kiedyś nie prowadziło się tak dokładnych statystyk jak dziś.

Tymczasem statystyka Glika dotycząca Euro jest miażdżąca. Okazuje się, że podczas francuskich finałów Glik wręcz rozniósł klasyfikację dotyczącą skutecznych interwencji. Zanotował ich podczas mistrzostw aż 51, na razie najwięcej ze wszystkich uczestników turnieju. Kolejni w tym zestawieniu Ragnar Sigurðsson i Chris Smalling ustępują Polakowi aż o 11.

Do tego Glik notuje najbardziej prestiżową przygodę klubową wśród śląskich obrońców. Od czasów Waldemara Słomianego, który był pierwszym polskim piłkarzem w Bundeslidze po słynnej ucieczce z Górnika Zabrze latem 1966 roku do Niemiec Zachodnich (wzięło go wtedy Schalke Gelsenkirchen), nie było obrońcy, który grałby w tak dobrych ligach. Nawet taka gwiazda jak Gorgoń trafiła zaledwie do ligi szwajcarskiej.
Glik właśnie przenosi się z ligi włoskiej (Torino) do francuskiej (Monaco). Zostać kapitanem w wyrafinowanej taktycznie drużynie Serie A i zyskać uwielbianie tifosich, na tyle by śpiewali o tobie piosenki - to naprawdę nie byle co.

To idealny moment żeby poznać historię tego piłkarza, która oczywiście nie jest usłana różami. Napisał ją śląski dziennikarz Michał Zichlarz, który dobrze poznał Glika zanim ten został profesjonalnym piłkarzem (ja z kolei poznałem Zichlarza zanim ten został dziennikarzem).

Kto wie co jeszcze Glik osiągnie, ale trudno będzie zrozumieć jego karierę bez wszystkich zawirowań, które przeszedł, a które w zajmujący sposób przedstawia Michał. Glik jako dziecko przetrwał chorobę, która zabija większość na nią zapadających, jako nastolatek przetrwał dyskwalifikację nałożoną przez Śląski Związek Piłki Nożnej (dostał rok zakazu gry w piłkę mimo, że na posiedzenie przyszedł jako... świadek, potem karę zmniejszono). Jako ukształtowany piłkarz przełknął gorycz po pierwszym zagranicznym transferze - w Palermo na treningi podwoził go sam Javier Pastore, ale trener nie dał mu się wykazać. Nie dostał tam szansy ani razu.

Nie wrócił jednak z podkulonym ogonem. Wytrwał i ostatecznie się przebił. Dziś jest najdroższym polskim obrońcą w historii. Co jeszcze może osiągnąć?

piątek, 01 lipca 2016
Już odlatujemy. Jak ja nie lubię takich odlotów

Jestem wdzięczny polskim piłkarzom za występ na mistrzostwach Europy. Historia bez happy endu uzmysłowiła mi jednak jak bardzo nasza kibicowska mentalność zmieniła się przez ostatnie trzydzieści lat. Kiedyś byliśmy zachwyceni po sukcesach. Dziś do zachwytów wystarcza nam świadomość, że nie musimy się wstydzić.

Długie lata posuchy i beznadziei sprawiły, że u większości z nas interesujących się futbolem, nastąpiły nieodwracalne zmiany.

Zanim napiszę o co mi chodzi podkreślam z mocą: za grę i osiągnięte rezultaty podczas tych mistrzostw, piłkarzom i całemu sztabowi należą się wdzięczność i podziękowania. To było świetne.

Wszyscy pokazali, że byli właściwymi ludźmi na właściwych miejscach i zasłużyli na to, żeby nadal zajmować reprezentacją Polski. Zyskaliśmy nieznane nam dotąd uczucie, że nasza reprezentacja nie musi się bać nikogo i dosłownie z każdym jest w stanie stoczyć wyrównany mecz. To bardzo dużo, ale jednak... nie wszystko.

Dla Polski nie był to jednak turniej do zapamiętania (czytaj - pieszczenia we wspomnieniach). Toutes proportions gardées - zanim się oburzycie, odpowiedzcie na pytanie: który mecz z rozegranych przez Polskę na tegorocznym Euro ma szansę przejść do legendy? Który z nich nabędzie statusu spotkania z Włochami z 1974 roku albo z Belgią z 1982 roku?

Owszem, Polacy rozegrali jeden mecz, który ma już stałe miejsce w annałach - z Niemcami. Ale chodzi jednak o spotkanie wygrane w eliminacjach, a nie to zremisowane w turnieju finałowym.

Niestety, w osiąganiu jakichkolwiek sukcesów w najważniejszej dyscyplinie sportu byliśmy tak wyposzczeni, że bardzo dobry wynik jakim jest ćwierćfinał fetujemy, jakbyśmy zdobyli medal.

Dla tak dużego narodu jak Polska sukcesem zawsze powinien być tylko medal. Jeśli będziemy zmniejszać sobie cele, daleko nie zajdziemy.

Kiedy nasi himalaiści atakują zimą ośmiotysięcznik cieszymy się dopiero, kiedy go zdobędą, a nie z tego, że udało im się założyć kolejny obóz. Ćwierćfinał to ostatni obóz, medal to szczyt.

W ocenie wysiłku polskich piłkarzy na Euro wybija się niestety nieznośna społeczna egzaltacja. Do tego ta agresja wobec tych, którzy czują przede wszystkim rozczarowanie. Zdumiewa mnie atak na Marylę Rodowicz, której nie podobał się ostatni mecz Polaków. Myślałem, że żyjemy w kraju, w którym każdy z każdym nie musi się zgadzać. Niestety, zdaniem niektórych, osoby, które czują rozczarowanie nie są prawdziwymi Polakami i trzeba je obrzucić wyzwiskami.

Nikt o zdrowych zmysłach nie zamierza napadać na Jakuba Błaszczykowskiego za to, że nie strzelił karnego, ale ludzie, zastanówcie się - nie jest to przecież również jego zasługą. Kiedy płacze Cristiano Ronaldo to go wyśmiewamy. A kiedy płaczą nasi piłkarze musimy czuć jedynie wzruszenie. Czy to normalne? Dla mnie takie podejście to brak konsekwencji i przykład mentalności Kalego.

Ja czuję w tej chwili rozczarowanie, nie dumę. Na szczęście nie ja jeden. Wygląda na to, że nasi piłkarze też są przede wszystkim rozczarowani. Drużyna doszła do miejsca, z którego było widać szczyt, ale jednak się nań nie wdrapała i ma tego świadomość. To rozczarowanie napędza, nie duma.

Oczywiście chciałbym, że występ na mistrzostwach Europy był dopiero początkiem wielkiej przygody naszej reprezentacji; żeby za dwa lata nasi namieszali na rosyjskim mundialu. Ale już zapala mi się światełko, gdy zewsząd słyszę, że to całkiem pewne.

Pewne? Ludzie, skąd wy to wiecie?! Jakub Błaszczykowski będzie miał 33 lata, Artur Jędrzejczyk i Michał Pazdan po 31 lat, Robert Lewandowski 30 lat, podobnie jak Kamil Glik i Kamil Grosicki. Większość trzonu obecnej drużyny będzie po trzydziestce. Podczas mundialu w Rosji z ważnych piłkarzy dwójkę na początku będą mieli jedynie Arkadiusz Milik, Bartosz Kapustka, Wojciech Szczęsny i Grzegorz Krychowiak.

Najważniejsze, że Adam Nawałka i jego sztab daje nadzieję, że uda im się znaleźć kogoś zdolnego i młodszego. Nadzieję, nie pewność. Niektórzy odlecieli jednak w kosmos i zdają się o tym zapominać.

11:02, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (17) »
czwartek, 30 czerwca 2016
Czy z Portugalią powinniśmy obawiać się CR7

Oczywiście, że tak.

Podoba mi się powszechny optymizm, który czuję wokół, ale zadziwia powszechna pewność.

Ktoś kto uważnie ogląda futbol wie, że nagłe tąpnięcie a także rozmiar tąpnięcia jest czymś zupełnie nieprzewidywalnym i najczęściej zaskakującym.

Ktoś obstawiał, że rozpędzona Dania w 1986 roku dostanie takie bęcki do Emilia Butragueno? Czy wcześniej El Buitre pokazał na meksykańskich boiskach coś nadzwyczajnego?* Oczywiście chciałbym żeby teraz podobne bęcki oberwała od Roberta Lewandowskiego Portugalia, ale dostrzegam niebezpieczeństwo.

W 1982 roku Brazylia grała genialnie i odpadła z Włochami, które właściwie nic wielkiego wcześniej nie pokazały. W 1986 roku Związek Radziecki grał genialnie i odpadł z Belgami, którzy nic wielkiego wcześniej nie pokazali. Tego rodzaju przykładu można multiplikować bez umiaru.

Może zdarzyć się więc i tak, że przegramy - tfu, tfu - 0:3 po hat-tricku Cristiano Ronaldo. To wybitny piłkarz, a jego egocentryczne zachowania w kontekście wyniku są raczej nieistotne. Osobiście wierzę oczywiście w awans Polski i dość spokojnie czekam na mecz, bo postawa biało-czerwonych na tym turnieju daje do tego rodzaju wiary mocne podstawy, ale wcale nie będę przesadnie zaskoczony jeśli trafi się jednak nieszczęsne 0:3.

Oprócz Cristiano Ronaldo najbardziej obawiam się Renato Sanchesa - gdybym miał wziąć jednego nastolatka do własnej drużyny - byłby to właśnie ten facet.

Polska jest silna. Ale powtarzam: nawet silny zespół może przegrać z drużyną, która wcześniej niczego wielkiego nie pokazała. Zanim się zachłyśniemy - warto, przy zaciśniętych kciukach - o tym pamiętać.

Podsumowując: wierzę, ale jednak miarowo oddycham.

PS Ciekawe czy zagramy na prowokację Pepe. To mógłby być kluczowy element całej tej układanki.

*nie licząc gola już w 1. minucie z Irlandią Północną

16:02, pavelczado , Euro 2016
Link Komentarze (5) »
środa, 29 czerwca 2016
Pan z recepcji

Przez prawie piętnaście lat pracowałem w Tychach. Kiedy wychodziłem lub wchodziłem do redakcji często zatrzymywałem się na dole przy recepcji. Lubiłem porozmawiać o piłce z jej pracownikami. Uwielbiali futbol. Jeden z nich miał zawsze wyjątkowo wyważone opinie, pozbawione tej charakterystycznej dla dzisiejszych czasów agresywności. Bardzo doceniałem ten jego spokój.

To był Henryk Gdawiec. Kiedy byłem dzieckiem i nie wiedziałem jeszcze co to piłka nożna, grał jako obrońca m.in. w Polonii Bytom i GKS-ie Tychy. W barwach tego drugiego klubu wystąpił m.in. w Pucharze UEFA przeciwko 1.FC Koeln - ta rywalizacja sprzed prawie 40 lat do dziś w Tychach owiana jest legendą. U rywali brylowali m.in. Wolfgang Overath i Heinz Flohe - mistrzowie świata z 1974 roku, Wolfgang Weber - wicemistrz z 1966 czy Dieter Mueller, który roku rywalizacji z Tychami został wicemistrzem Europy i królem strzelców tej imprezy. Henryk Gdawiec zagrał przeciwko nim wszystkim w Kolonii.

Planowałem zrobić z Nim duży wywiad. Już nawet się umawialiśmy. Nigdy do tego nie doszło. A potem przestałem pracować w Tychach.

Pan Henryk Gdawiec nie żyje. Zmarł w wieku 66 lat. Pogrzeb odbędzie się w czwartek o godz. 10. w kościele św. Jadwigi w Tychach przy ul. Żwakowskiej. Zmarły zostanie pochowany na cmentarzu Tychy Świerczyniec.

R.I.P.

poniedziałek, 27 czerwca 2016
Los malditos penales

To ponad moje siły. Ani słowa o Argentynie*.

Dziękuję. Powodzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*wytrzymam do 2018.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 207