poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Znowu rozdaję książki [KONKURS]

Bez wątpienia zalicza się do najlepszych bramkarzy świata. Kiedyś w Moskwie, jeszcze jako bardzo młody zawodnik usłyszał pytanie od dziennikarza i wywiązał się specyficzny dialog.

- Jak się czujesz wiedząc, że możesz zostać drugim największym bramkarzem w historii futbolu po Lwie Jaszynie*?

- A kto powiedział, że muszę być tylko drugim po Jaszynie, a nie mogę być lepszym od niego?

- Posłuchaj, może lepiej będzie jeśli nie zanotuję tej wypowiedzi.

- Zrobi pan jak zechce, ale myślę dokładnie tak, jak powiedziałem.

Radziecki golkiper (te dwa słowa postawione obok siebie dziwnie wyglądają, ale co tam;) ma tę przewagę nad konkurentami z bramki, że jako jedyny zdobył Złotą Piłkę redakcji "France Football" (w 1963 roku). Tak naprawdę trudno jednak porównywać Jaszyna do bohatera tej notki, to jednak dwie różne epoki. Na korzyść tego drugiego przemawia choćby fakt, że nigdy nie puścił gola z rogu podczas mistrzostw świata (a Jaszyn - puścił).

Łączy ich jedno - obaj puszczali bramki na Górnym Śląsku. Bardziej pamiętane są gole, które tracił Jaszyn w 1957 roku na Stadionie Śląskim. Z kolei Gianluigi Buffon, bo o nim mowa - czterdzieści lat później, 1 kwietnia 1997 roku przepuścił klepę z ponad 25 metrów na Bukowej w meczu młodzieżówek U-21. Autorem uderzenia z 25 metrów był Mirosław Szymkowiak.

Tak czy inaczej - Gianluigi Buffon napisał autobiografię. Właśnie ukazała się na polskim rynku. Dowiadujemy się z niej m.in., że ten słynny bramkarz ma swego rodzaju... polski kompleks. Okazuje się, że najbardziej żałuje... porażki z biało-czerwonymi na mistrzostwach Europy U-15 w maju 1993 roku. "Takie porażki bolą dużo bardziej niż, te które ponosisz już jako dorosły".

Do historii włoski bramkarz przechodzi jednak jako zwycięzca a nie przegrany. Raczej nie jest najlepszym bramkarzem świata wszech czasów, ale najlepszym włoskim bramkarzem wszech czasów - już pewnie tak. Zgadzacie się?

Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania trzy egzemplarze książki "Gigi Buffon. Numer 1".

Żeby ją wygrać należy odpowiedzieć na następujące pytanie:

Ile bramek przepuści Buffon łącznie w dwóch najbliższych meczach Serie A: z Udinese (dziś) oraz z Bologną (19 kwietnia)?

UWAGA: tak skonstruowane pytanie oznacza, że jeśli ktoś spóźni się z odpowiedzią przed dzisiejszym pierwszym meczem, nadal może brać udział w konkursie, bo - podkreślam - liczy się łączny wynik.

Jeśli jednak będę musiał wybierać między prawidłową odpowiedzią Czytelnika, który udzieli jej jeszcze przed meczem z Udinese (początek 20.45) oraz prawidłową odpowiedzią Czytelnika, który udzielił jej dopiero przed meczem z Bologną - wybiorę tego pierwszego. Oznacza to, że trochę bardziej opłaca się udzielić odpowiedzi jeszcze dziś niż jutro czy pojutrze.

Zwycięzców podam po meczu Juventus - Bologna. Najpóźniej nazajutrz napiszę w komentarzach kto wygrał i poproszę wtedy zwycięzców żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana. 

Z ciekawości czy byłbym w stanie wygrać w tym konkursie jako pierwszy podaję odpowiedź:) Brzmi ona jak tytuł książki: 1. Obiecuję, że jeśli wygram - przekażę nagrodę następnemu:)

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym "reforma ligi" powinna wrócić tam gdzie jej miejsce.

*osobiście wolę wersję Jaszin

19:16, pavelczado , Książki
Link Komentarze (47) »
niedziela, 13 kwietnia 2014
Dziennikarskie kundle

Czasy się zmieniają więc do nowych realiów muszą się przystosowywać także kluby piłkarskie szukające nowych zawodników i trenerów.

Moim zdaniem klubowi działacze powinni stwarzać szerszy niż dotąd profil piłkarza albo trenera uważanego za przydatnego do drużyny. Wydaje się, że powinny zacząć liczyć się nie tylko umiejętności czysto piłkarskie, cechy motoryczne (w pierwszym przypadku) ewentualnie charyzma, zdolność analizowania i wyciągania wniosków (w drugim przypadku) itp.

Może bowiem warto także - z punktu widzenia klubowych interesów - przebadać z kim kandydat do grania albo trenowania jest nadzwyczaj blisko ze światka dziennikarskiego? Kto u kogo był na weselu albo kto z kim hucznie imprezował, obalił parę flaszek... Wbrew pozorom pewnie to wcale nie musi być takie trudne. Facebook albo twitter mogłyby zapewne wydatnie pomóc w ustalaniu informacji, który piłkarz mizia się z którym redaktorem...

Niebezpieczeństwo dla klubu jest bowiem tego rodzaju, że kiedy trzeba pomóc w potrzebie w trakcie sporu z klubem kundel dziennikarski zawsze może w poczuciu lojalności wobec kumpla zaatakować. Z grubej albo cienkiej rury, zjadliwie, prześmiewczo, podstępnie, ironicznie. No i - to ważne - niewinnie...

Zapomniałbym: nie tylko w trakcie sporu, ale później również, bo cel namierzony już się nie zmienia.

Istnieje prawdopodobieństwo, że analizując ciągi przyczynowo-skutkowe kluby mogłyby nabyć wiedzę dzięki której uniknęłyby kłopotów w przyszłości...

PS Myślicie, że problem mógłby dotyczyć także ważnych działaczy niekoniecznie klubowych?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Muszę się Wam do czegoś przyznać.

Tak naprawdę uważam, że reforma ekstraklasy jest zbyt zachowawcza.

Po pierwsze - ciągle będzie trochę za mało meczów.

Po drugie - będzie jednak trochę za mało emocjonujących meczów w "fazie po sezonie zasadniczym".

Te dwa powody sprawiają, że i ja chciałbym dołożyć skromną cegiełkę do ulepszania naszej nędznej ligi.

Wymyśliłem rewelacyjne wyjście. Do "fazy sezonu zasadniczego" i "fazy po sezonie zasadniczym" należy dodać jeszcze "fazę całkowicie decydującą".

"Faza całkowicie decydująca" byłaby fazą pucharową gdzie grałoby się zawsze do jednego zwycięstwa. Mecz byłby organizowany zawsze na stadionie, która zajęła lepsze miejsce w "fazie po sezonie zasadniczym". Chodziłoby o to żeby "w fazie po sezonie zasadniczym" naprawdę się starać, bo byłoby przecież o co.

Potem 1 gra z 8, 2 z 7, 3 z 6, 4 z 5. Zasada obowiązywałaby zarówno w grupie mistrzowskiej jak i spadkowej. Czyli tylko jeden ćwierćfinał, jeden półfinał i jeden finał.

ALEŻ EMOCJE! NIE BYŁOBY ANI JEDNEGO MECZU O NIC, A KAŻDY O WSZYSTKO! 

No i kolejek nie byłoby 37 (37 - dziwnie brzmi) a 40. Czter-dzieś-ci. O ile lepsi byliby nasi piłkarze dzięki takiej dawce?! A my, kibice, o ile bardziej bylibyśmy nasyceni emocjami?! Co najmniej jak koń sianem w stajni!

Reformatorzy do dzieła! Dawać "fazę całkowicie decydującą"!

sobota, 12 kwietnia 2014
W Zabrzu omal nie doszło do linczu

Misja zakończyła się powodzeniem. Górnik Zabrze utrzymał miejsce w pierwszej ósemce.

Teraz decydenci w Zabrzu powinni jak najszybciej ustalić co dalej w trzech zasadniczych kwestiach. Naprawdę nie ma na co czekać.

I.

Czy Górnik nadal chce stawiać na Roberta Warzychę jako trenera (używam słowa "trener", bo nie bawię się w tej chwili w konwenanse)?

Pytanie jest zasadne, a decyzja jest ważna. Wiadomo, że Robert Warzycha nie przepracował z Górnikiem okresu przygotowawczego, do tego kierowana przez niego drużyna bez przerwy miała ogromne braki kadrowe spowodowane kontuzjami. Oczywiście trzeba to brać pod uwagę.

Z drugiej strony Robert Warzycha na razie w najmniejszym stopniu nie osiągnął tego po co został sprowadzony do Zabrza czyli NIE ODMIENIŁ na lepsze Górnika. Jego dotyczasowy bilans jest mizerny - nie wygrał ANI JEDNEGO MECZU!

Decyzja dla prezesa Zbigniewa Waśkiewicza będzie trudna (jeśli się waha) albo wyjątkowo łatwa (jeśli się nie waha. Brak wahania może wzmacniać fakt, że podziękowanie w tej chwili za współpracę Robertowi Warzysze byłoby w tej chwili przyznaniem się do osobistego błędu. Osobistego, bo ściągnięcie Warzychy jest przecież pomysłem obecnego prezesa)...

II.

Czy Górnik mając pewne utrzymanie powinien przestać brać pod uwagę w ostatnich siedmiu meczach tych zawodników z którymi nie wiąże przyszłości, albo którzy z Górnikiem nie wiążą przyszłości?

To ważne - także dlatego, że wielu zawodnikom kończą się latem kontrakty. Klub musi zdecydować jak najszybciej - moim zdaniem na dniach - z kim warto przedłużyć umowę a z nim się jednak pożegnać. Po to żeby tych drugich ewentualnie nie brać już pod uwagę w ostatniej części sezonu.

Bo czyż nie jest to idealny moment na zgrywanie tylko tych piłkarzy, którzy mają stanowić o sile Górnika w sezonie 2014/15?

Pytanie czy klub nie podda się presji kibiców żeby nie korzystać ze wszystkich najlepszych w określonych sytuacjach - na przykład podczas prestiżowego meczu z Ruchem Chorzów na własnym boisku, który odbędzie się już 3/4 maja. Odpowiedzialność za te kwestie powinien chyba wziąć trener (ktokolwiek nim będzie).

III.

Czy po rozstrzygnięciu dwóch powyższych kwestii działacze nie powinni przestać zajmować się całkowicie sprawami sportowymi i skupić się na tej - w kontekście pewnego utrzymania - najważniejszej?

Licencja. To kluczowe słowo. Kibicom pewnie ta sprawa nie spędza na razie snu z powiek. A powinna. Sprawy dotyczą wielu kwestii o których plotkuje się w Zabrzu. Słyszy się choćby o planowanych inspekcjach w klubie przedstawicieli Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Państwowej Inspekcji Pracy.

No i ciekawe dlaczego dzisiejszy mecz oglądał w Zabrzu selekcjoner Adam Nawałka z małżonką? Myślicie, że przyglądał się któremuś z piłkarzy drużyny gości pod kątem przydatności gry w kadrze?:)

PS Dziś doszło do wydarzenia chyba bez precedensu w polskiej lidze, przynajmniej ja takiego nie pamiętam. W 51. minucie piłkarze Górnika usłyszeli gwiazdek i stanęli. Goście grali dalej i strzelili trzecią bramkę. Sędzia ją uznał.

Uznał słusznie, bo okazało się, że gwizdka użył na trybunach kibic(?) Górnika. Facet siedział niedaleko, jakieś piętnaście metrów ode mnie. Wyobraźcie sobie, że omal nie doszło do linczu. Sąsiedzi kazali mu "wyp...lać", choć niektórzy mieli wielką ochotę wziąć sprawę we własne ręce a raczej pięści. Widziałem moment kiedy spłoszony, zakłopotany mężczyzna jak niepyszny, z głupim uśmieszkiem na twarzy, chyłkiem opuszczał miejsce. Nie uszedł daleko. Zaraz za nim niczym dwa złowrogie cienie udali się kierownik ds. bezpieczeństwa i ochroniarz (ten najszerszy i największy, bywalcy śląskich stadionów pewnie wiedzą o którym wspominam)...

Wyhaczyłem potem tego ochroniarza w budynku klubowym. Potwierdził mi, że przejęli tego gościa od gwizdka. Okazało się, że miał 1,8 promila.

Ciekawa kwestia: jakie zarzuty można postawić takiemu facetowi? Z jakiego paragrafu? Nie zakłócał porządku na stadionie, ale zakłócił przecież przebieg gry i miał istotny wpływ na wynik. Czy przepisy są przygotowane na tego typu sytuację? Przepisy jakiego prawa powinny to ewentualnie regulować? Czy Górnik Zabrze może podać gościa do sądu za spowodowanie wyższej porażki?:)

Co sądzicie? Są tu jacyś prawnicy?

PS1 A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. Oczywiście zanim powstanie wcześniej trzeba odpowiedzieć na trzy postawione przez Czadobloga pytania:)

PS2 A poza tym "reforma" ekstraklasy powinna pójść w niebyt.

piątek, 11 kwietnia 2014
Wracam do świata żywych

Dawno temu grałem w piłkę nożną osiem godzin dziennie. Dzięki temu wyrobiłem sobie świetną kondycję, bardzo dużo biegałem po boisku. Całe życie grałem na asfalcie, a kto spędza na nim aż tyle czasu moim zdaniem musi wyrobić sobie dobrą technikę.

Szczytową formę miałem w ogólniaku, potem wszystko zaczęło się zmieniać. Na studiach jeszcze kopałem, ksywka "Caniggia" była ciągle aktualna. Potem jednak było coraz gorzej. A właściwie - dzięki masie - coraz "ciężej". Siłą rzeczy zacząłem tracić jeden z atutów czyli wytrzymałość. Wreszcie nie wytrzymało kolano. Raz, a potem drugi.

Nadszedł czas, o którym myślałem, że w moim przypadku nigdy nie nadejdzie. Przestałem już kopać, co najwyżej tylko oglądałem kopanie. Kiedyś sądziłem, że ten stan dopadnie mnie co najwyżej przed 2050 rokiem...

Kiedy osiągnąłem 105 kilo uznałem, że muszę coś zrobić. Robiłem i robiłem, wreszcie wracam. W weekend nasza gazetowa drużyna gra sparing. Potem mamy zagrać w turnieju...

Nie oczekuję od siebie zbyt wiele. Nie mam kondycji. Najbardziej pasowałaby mi rola rozgrywającego, który nie wychodzi z kółka, ale kiedy gra się pięciu na pięciu ten przebiegły plan nie ma racji bytu;)

Żeby samego siebie pokrzepić daję u góry tego wpisu fotkę ze schyłkowego okresu mojego regularnego kopania piłki. To był 1997 rok. Stadion Piasta Gliwice (naprawdę!). Na fotce reprezentacja polskich dziennikarzy przed meczem z Anglią. Przegraliśmy go 3:4. U gości zagrali Terry Butcher i Trevor Brooking. Właśnie wtedy przeżyłem najbardziej wstrząsające piłkarskie doznanie w życiu. Terry Butcher wyskoczył obok mnie żeby wybić piłkę głową z własnego pola karnego, a jego biodro ze świstem znalazło się na wysokości mojej przerażonej twarzy. Właśnie wtedy uzmysłowiłem sobie ostatecznie - to nie jest tak, że człowiek z ulicy może przyjść i pograć z zawodowcami jak równy z równym:)

Opis zdjęcia. Od lewej w dolnym rzędzie: Andrzej Szarmach (gastspieler), Czadoblog, Kazimierz Oleszek ("Piłka Nożna"), Dariusz Tuzimek (dziś nc+, wtedy chyba "Życie"), Kazimierz Mochliński (angielski korespondent "Sportu), Maciej Weber (wtedy chyba "Życie").

Od lewej w górnym rzędzie: tego pierwszego faceta nie pamiętam, Marcin Jaroszewski (wtedy "Przegląd Sportowy", dziś prezes Zagłębia Sosnowiec), Rafał Zaremba (wtedy "Sport", dziś naczelnik Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki w chorzowskim Urzędzie Miasta), Włodzimierz Lubański (gastspieler), Jerzy Dusik (wtedy "Super Express", dziś właściciel agencji dziennikarskiej, współpracownik kilku gazet), Andrzej Grygierczyk (wtedy "Sport", dziś jego redaktor naczelny), Andrzej Twarowski (Canal Plus, teraz nc+), Tomasz Gorazdowski (III Program Polskiego Radia).

Dzięki temu meczowi mam w c.v. akcję Czado - Szarmach - Lubański... To już zostanie na całe życie! (tak naprawdę pan Lubański krzyknął tylko do mnie "Dawaj piłę, dawaj!" kiedy przekroczyłem z piłką linię środkową. Posłusznie zagrałem mu na skrzydło. "Wkręcił" jakiegoś Anglika, zacentrował do pana Szarmacha, strzał tego drugiego minimalnie minął bramkę gości. I to już, koniec... Mój udział w tej akcji był symboliczny, do tego w tej konfiguracji personalnej zdarzyła się tylko jeden raz. Ale co z tego: była? Była!:)

PS Sparing, w którym zmartwychwstanę jako piłkarz zagramy na "Bugli". To bliskie mi miejsce, jako bajtel latem bywałem tam na basenie codziennie. Dziś można tam też zagrać w piłkę. Pewnie mało kto pamięta ale "Bugla" to miejsce bardzo zasłużone dla śląskiego sportu. Jeszcze przed wojną mówiono o nim "Buglowizna".

Pisałem już, że nazwa Bugla pochodzi od nazwiska bogatego właściciela tych terenów. Pierwsze kąpielisko otwarto na tym terenie w 1927 roku. W tym czasie był to wykopany w ziemi basen obłożony wokół deskami, które ułatwiały nawroty. Miał olimpijski dystans (50 m) i sześć torów. Właśnie na Bugli dokonywały się zmiany w obyczajowości Ślązaków. Dziennik "Polonia" z 1930 roku donosił o nowym pomyśle: osobnych godzinach kąpieli dla mężczyzn i kobiet. Później ten pomysł zarzucono... W 1935 roku tuż obok wybudowano nowy betonowy kompleks basenowy Miejskich Zakładów Kąpielowych, który istnieje do dziś (tam nauczyłem się pływać). W momencie powstania był drugim co do wielkości kąpieliskiem w Europie Środkowej (po budapeszteńskim Palatinusie). Baseny Bugli były otwarte dla publiczności, wyczynowcy zajmowali skocznię i dwa baseny późnym popołudniem. Zbiorniki były zasilane wodą z kopalni Wujek. Aż trzy katowickie kluby zbudowały na Bugli szatnie: Erster Schwimmverein Kattowitz, Pogoń i Dąb... 

PS1 A po za tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym "reforma ligi" powinna wrócić tam gdzie jej miejsce.

14:12, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (14) »
czwartek, 10 kwietnia 2014
Kolejne debilizmy "reformy" ekstraklasy

Mam przeświadczenie, że każdy kto ma odrobinę zdrowego rozsądku a nie stoi za nim na przykład chęć robienia biznesu lub złe rozumienie celu rozgrywek zdaje sobie sprawę, że obecna wersja regulaminu dla piłkarskiej ekstraklasy jest żenująca (trochę znudziło mi się używanie najwłaściwszego epitetu: "debilna").

Zachwalanie tego kuriozum przypomina mi hałaśliwe nawoływanie murarzy zachwalających parkan, który właśnie postawili, a nie zauważają, że przez coraz więcej szczelin sączy się coraz więcej wody...

Zauważcie choćby, że przy obecnym systemie klub może mieć... wpływ na to jakich rywali w fazie dodatkowej zaliczy u siebie. Wbrew pozorom to istotne. To mogą być bardzo konkretne pieniądze.

Przenalizujmy to na przykładzie Ruchu Chorzów i jego obecnej sytuacji. Gdyby aktualna kolejność zespołów w tabeli utrzymała się po ostatniej kolejce sezonu zasadniczego (sformułowanie "sezon zasadniczy" tak pasuje do terminu "piłka nożna" jak Marcin Najman pasuje do Manny'ego Pacquiao) oznaczałoby to, że Ruch u siebie zagra mecze z rywalami ze śląskiego punktu widzenia głównie nieatrakcyjnymi (Lechia, Zawisza, Pogoń i jednak atrakcyjna Wisła) a hity na których mógłby sporo zarobić rozegra jednak na wyjeździe (Górnik, Legia, "Lech").

To oznacza moim zdaniem jednoznacznie, że Ruchowi obecny układ całkowicie nie odpowiada. To z kolei oznacza, że klubowi pasowałby zupełnie inny układ tabeli w kontekście wpływów z biletów. A znacznie łatwiej zmienić ten stan rzeczy... przegrywając niż wygrywając, nieprawdaż?

Nie podejrzewam Ruchu o takie chęci, pokazuję jedynie, że teoretycznie takie machlojki mogą się wydarzyć a jeśli tak to już wystarczy żeby je brać pod uwagę. Chodzi o to, że przy obnecnym regulaminie można w jakiś sposób wpływać ostatnimi wynikami na to z kim zagrasz u siebie a z kim na wyjeździe. A jeśli można mieć na coś wpływ dlaczego miałoby się z tego rezygnować?

Być może w obecnej konfiguracji i dość ciasnym sąsiedztwie w tabeli byłoby to trudne do "zrobienia", ale kto zagwarantuje, że do końca trwania "reformy" (jeśli ktoś nie pójdzie po rozum do głowy już tego lata) zawsze będzie ciasno w tabeli po trzydziestej kolejce?).

Gdyby ktoś był działaczem Ruchu i miał do wyboru: na przykład czwarte miejsce na koniec ligi (i wpływ z meczów z Zawiszą, Pogonią i Lechią) czy raczej szóste miejsce na koniec ligi (i wpływ z meczów z Legią, Górnikiem czy "Lechem") - mógłby nie zastanawiać się długo... Drugich w tabeli poznaniaków Ruch nie dogoni (nawet mimo ewentualnego zrównania się punktami), ale może przecież dać się dogonić i zmienić w ten sposób miejsce w tabeli...

Ale to był tylko taki michałek:)

Teraz zapoznajcie się z poważnymi zarzutami, które stawia wnikliwy Czytelnik Czadobloga, niezastąpiony jakas1.

Oddaję głos:

"Podstawowy argument za reformą był taki, że liczba meczów o pietruszkę znacząco się zmniejszy. Postanowiłem sprawdzić, ile takich meczów byłoby w tym sezonie, gdyby sezon był normalny, tzn. najbliższa kolejka byłaby ostatnią. Otóż w całym sezonie (włączając w to poprzednie kolejki) meczów zupełnie o nic, w którym żadna ze stron nie ma szans ani na puchary ani spadek (albo ma pewne puchary, jak Lech) byłoby zaledwie cztery:
Górnik Zabrze - Lech Poznań
Jagiellonia Białystok - Piast Gliwice
Korona Kielce - Cracovia
Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk
To są wyłącznie mecze ostatniej kolejki. Jeszcze w poprzedniej kolejce, WSZYSTKIE mecze były o coś - w każdym co najmniej jeden z uczestników musiał walczyć o punkty.
Za 1,5 miesiąca sprawdzę, ile meczów zupełnie o nic będzie w nowym systemie. Stawiam dolary przeciw orzechom, że będzie ich więcej, niż cztery.

I nie mniej ważna rzecz: dzielenie zdobytych punktów przez dwa i związane z tym potencjalne machlojki. Pokażę to zupełnie przypadkowo i hipotetycznie na przykładzie nachodzącego meczu Śląsk-Lechia:
Jest 88 minuta. Lechia prowadzi 1-0. Śląsk ma zatem 31 punktów, co po podziale da 16 punktów w nowej tabeli. Lechia ma 43 punkty, co po podziale da 22 punkty w nowej tabeli. Śląsk dostaje karnego w 93 minucie. Jak strzeli, to ma 32 punkty (czyli nadal ma 16 punktów w nowej tabeli), a Lechia ma 41 punktów, czyli 21 w nowej tabeli. Jedynym efektem strzelenia gola przez Śląsk jest zabranie punktów w nowej tabeli Lechii, która w dodatku w drugiej części sezonu nie będzie grała ze Śląskiem meczu, jeżeli ten nie strzeli karnego. Ciekawe czy strzeli?

Więcej konkretnych zarzutów dotyczących "reformy" znajdziecie - TUTAJ.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym po obecnym sezonie "reforma" ekstraklasy powinna odejść w niebyt.

środa, 09 kwietnia 2014
Atletico. Barcelona. Ruch

Kiedy w 5. minucie Koke zdobył pięknego gola dla Atletico w meczu z Barceloną wrzask na Estadio Vicente Calderon sięgnął nieba, ale ja akurat umilkłem. Wpatrywałem się z natężeniem nie tyle w bramkę nieszczęsnego Pinto co w... miejsce zaraz za nią.

Wiem, że niektórzy kiedy słyszą o kibicowskiej sztamie Atletico z Ruchem Chorzów wzruszają ramionami albo zaczynają się trząść ze śmiechu. Trzymając się za brzuchy dodają, że pewnie kibice Atletico nie mają nawet pojęcia, że kumplują się z kibicami z Górnego Śląska.

Jak w takim razie można wytłumaczyć fanę z napisem "Ruch" i charakterystyczną e-Rką w tak eksponowanym miejscu? Myślicie, że fani Atletico pozwoliliby ją wywiesić - ot tak? Inna sprawa, że ktoś dokładnie to przemyślał, musiał wiedzieć gdzie ustawione będą kamery, bo R-ka było rzeczywiście wyeksponowana.

Kibicom Ruchu życzę żeby kiedyś przyjechali jeszcze na ten stadion. Ale już za swoimi piłkarzami. Na występ w europejskich pucharach.

PS To nie jest pierwsza tak spektakularna pozaboiskowa akcja Ruchu na tym stadionie. Widziałem coś takiego już sześć lat temu.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym po obecnym sezonie "reforma" ekstraklasy powinna odejść w niebyt.

wtorek, 08 kwietnia 2014
Niemcy też mają słabości. Warto przeczytać!

Oczywiste jest, że życie kibica piłkarskiego w Polsce w porównaniu do tego sprzed choćby czterdziestu lat, jest gorsze - choćby dlatego, że nie ma szans przeżywać takich emocji jak przodkowie (debilna reforma ekstraklasy nie jest w stanie zapewnić nawet surogatu emocji). Jest jednak w znacznym stopniu lepsze z innych powodów. 

Czterdzieści lat temu właściwie jeszcze nikt w Polsce nie potrafił napisać takich książek piłkarskich jak dziś a do tego nikt nie myślał o wydawaniu godnych rozpowszechniania futbolowych dzieł zagranicznych autorów (pojedyncze przypadki w stylu choćby "Piłkarzy sportowców" Roberta Zsolta wydanych na Węgrzech w 1978 roku, a w u nas w 1985, zdają się potwierdzać tę regułę).

Dziś się to zmieniło. Uważam, że dla polskiego czytelnika zainteresowanego futbolem niezwykłym przeżyciem może być zapoznanie się ze świeżo wypuszczoną prze wydawnictwo Kopalnia książką "Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej" Ulricha Hesse. Niemiecki autor napisał ją po angielsku więc oczywiste jest, że pozycję przeznaczono dla klienta nie będącego narodowości niemieckiej. Książka wyjaśnia wiele spraw, które Niemcom mogą wydać się oczywiste, ale choćby Polakom - niekoniecznie.

Moim zdaniem to fascynująca pozycja a czytelnik znad Wisły po jej przeczytaniu może mieć uczucia ambiwalentne.

Po pierwsze - polski czytelnik może poczuć podziw. Historia niemieckiego futbolu obfituje w gigantyczną ilość sukcesów zarówno na polu reprezentacyjnym jak i klubowym. Moim zdaniem tak się składa, że futbol miał znacznie większy wpływ na historię Niemiec niż na historię Polski. Szał jaki ogarnął całe Niemcy Zachodnie po zdobyciu mistrzostwa świata w 1954 roku to niepowtarzalny fenomen. Fenomenem jest jego kontekst. "Obciążony winą, wciąż samokontrolujący się naród, nagle narodził się na nowo, czując, że Puchar Świata jest wyzwoleniem podarowanym z niebios". To musiało być niezwykłe. "Wir sind wieder wer" ("jesteśmy z powrotem"). Czy Polsce zdarzył się taki cud? Trzecie miejsce w Hiszpanii przyniosło wiele radości umęczonemu stanem wojennym narodowi, ale nawet flagi "Solidarności" na trybunach podczas meczu ze Związkiem Radzieckim Polacy nie mogli zobaczyć, bo macherzy od przycisków w studiu telewizyjnym wiedzieli, że nie wolno im do tego dopuścić...

Po drugie - polski czytelnik może poczuć satysfakcję. Okazuje się bowiem, że Niemcy, którzy przecież z reguły - co zauważył przecież Gary Lineker - na końcu zawsze wygrywają też... mają kompleksy. Mało tego; okazuje się, że kompleksy towarzyszyły Niemcom od samego początku. Wielkim niemieckim kompleksem byli właśnie Anglicy. Po szczegóły odsyłam do książki.

Wyobraźcie sobie, że niemieccy kibice potrafili mieć także poczucie krzywdy! Nie chodzi bynajmniej o słynny finał mistrzostw świata z 1966 roku. Nie - wspomnijmy o meczach, o których nie pamiętamy jak choćby słynne spotkanie z października 1971 roku. Borussia Moenchengladbach wygrała wtedy aż 7:1 z Interem Mediolan w Pucharze Mistrzów (meczu nie było w telewizji, bo niemiecka stacja nie zgodziła się dodatkowo zapłacić klubowi 6600 marek by pokryć podatek od sprzedaży praw). W rewanżu, który był zresztą jatką (Niemcy kończyli z czterema kontuzjowanymi zawodnikami) Inter wygrał 4:2 i... przeszedł do następnej rundy. Przeszedł dlatego, że w pierwszy meczu pusta puszka trafiła Roberto Boninsegnę. Został zniesiony z boiska, mecz powtórzono, skończyło się 0:0. Austriacki trener Max Merkel napisał potem: "[Boninsegna] leżąc na ziemi, uciął sobie pogawędkę ze swoimi kolegami, mówił im by się skarżyli u sędziego. Od tamtego czasu wiem, że w futbolu leżący Włoch jest bardziej niebezpieczny od tego stojącego..."

Czy nam to czegoś nie przypomina? Czy skądś nie znamy szukania winy w innych a nie w sobie?

Reasumując - najbardziej spektakularny obiekt polskich kompleksów czyli niemiecka piłka nożna, których wyjątkowo spektakularnym symbolem jest fakt, że Polska nigdy nie ograła Niemców na poziomie pierwszych reprezentacji narodowych (trudno liczyć enerdówek) staje się jakby mniej posągowy przez inny fakt - że kiedyś w Niemczech też patrzono z zazdrością na inne posągi...

Różnica jest mała, ale niestety zasadnicza. Można stwierdzić, że dziś to Anglicy mają futbolowy kompleks Niemców, a Niemcy nadal nie mają futbolowego kompleksu Polaków...

Po trzecie - polski czytelnik zaraz obok satysfakcji z punktu drugiego może poczuć... rozczarowanie. Zauważyłem, że Polak często w obcych historiach szuka biało-czerwonych wątków. Takich, które unaoczniają wkład polskiej myśli lub polskiego geniuszu. Takich, które potwierdzają, że nasi są wszędzie.

Niestety nie tym razem. Autora kompletnie nie obchodzi, że jednym z mistrzów świata  z 1954 roku był katowiczanin, a inny katowiczanin do dziś ma najlepszą średnią zdobytych goli dla niemieckiej reprezentacji. Ernest Wilimowski zdobył dla niej 13 bramek w 8 meczach. Średnia: 1,63 gola na mecz. Chcąc porównać obliczyłem sobie kiedyś średnią najsławniejszych niemieckich bombardierów: Gerd Mueller - średnia 1,10 gola na mecz, Uwe Seeler - średnia 0,60 gola na mecz; Karl-Heinz Rummenigge - średnia 0,47 gola na mecz; Juergen Klinsmann - średnia 0,43 gola na mecz.

Podejrzewam, że Hesse może w ogóle nie wiedzieć kto ma najlepszą średnią. Ale co z tego? Napisał wnikliwą historię niemieckiej piłki, dla której przytoczone przykłady mogłyby być jedynie sympatycznymi michałkami. Musimy przyjąć do wiadomości jak mało istotna dla Niemców jest polska piłka. Nazwisko "Wilimowski" w książce nie pojawia się ani razu, słynny mecz na wodzie we Frankfurcie w 1974 roku zajmuje całe jedno zdanie. Przez książkę przemyka za to w zaskakującym kontekście Adam Matysek, a właściwie cztery jego ważkie słowa...

Dla chcących się pocieszyć za wszelką cenę w tym miejscu wskazówka jak można to zrobić: sprawdźcie ile lat po polskich rozgrywkach ligowych powstała niemiecka Bundesliga...:) No i kto ma większą tradycję?

Autor podkreśla, że polską edycję książki chciałby zadedykować setkom tysięcy ludzi, którzy przybyli z polskich terytoriów do Zagłębia Ruhry w zachodnich Niemczech pod koniec XIX wieku, podkreśla, że bez ich dzieci i wnuków Niemcy nie mieliby Schalke 04 i Borussii Dortmund, a on sam nie zostałby fanem futbolu, ale... co mógłby innego napisać? Dla mnie to elegancka kurtuazja. Tym bardziej, że ci najbardziej znani potomkowie emigrantów jak Fritz Szepan (a właściwie Sczepan) czy jego szwagier Ernst Kuzorra, byli z pochodzenia Mazurami urodzonymi w Gelsenkirchen, a luterańscy Mazurzy - choć potomkowie polskich osadników z Mazowsza zasiedlający od średniowiecza Prusy Książęce często za Polaków się nie uważali (za Niemców zresztą też nie)...

Po czwarte wreszcie - polski czytelnik może czuć spełnienie. Spełnienie, które daje poczucie wiedzy. Chyba nic nie gwarantuje u czytelnika poczucia wiedzy tak bardzo jak przyglądanie się odzieraniu z mitów. Odzieranie z mitów najlepiej widać na fragmencie dotyczącym rywalizacji Monachium i Moenchengladbach. nawet w powszechnej niemieckiej świadomości Bayern to ten zły, a Borussia to ta dobra.

Hesse z drobiazgową dokładnością rozprawia się z tym mitem. 

Zauważa: nie jest tak, że ci dobrzy byli bardziej bramkostrzelni czyli piękniejsi od tych złych. nie jest tak, że w Bayernie chodziło o wynik a Borussii - o emocje. W mózgach utrwaliła się zasada, że Bayern nigdy nie grał dla upojenia, zawsze miało decydowało wyrachowanie, które stało się też symbolem niemieckiej piłki (przynajmniej dla polskich kibiców). Tymczasem między 1969 rokiem (pierwszym powojennym tytułem dla Bayernu) a 1977 rokiem (ostatnim tytułem dla Borussii) Bayern zdobył więcej i stracił mniej bramek niż Borussia; 

Hesse zauważa: nie jest tak, że w Bayernie były aroganckie próżne gwiazdy a Borussii - buntownicy. Czy do Paula Breitnera paradującego we fryzurze afro i odmawiającego śpiewania hymnu (co?! nie śpiewał hymnu?!) nie pasowałoby określenie buntownika? Czy to wina Franza Beckenbauera, który stał się symbolem wyniosłości i konserwatyzmu, że na pomeczowym bankiecie w Austrii dał się sfotografować z popiersiem Franza Josefa a potem już poszło?

A to przecież symbol BMG Guenter Netzer powiedział: "po boisku biega jedenastu biznesmenów. Każdy dba o własny interes". To kwintesencja raczej egoizmu niż buntu. Skąd więc bunt? Cóż tytuł pierwszej biografii Netzera to "Rebel am Ball" ("Buntownik przy piłce")...

Hesse zauważa: nie jest tak, że Borussia była jedynie sexy a Bayern jedynie passe (nie wiem dlaczego tak jest, ale także dziś to wyjątkowo ważny element postrzegania futbolowej rzeczywistości, sam się temu poddaję uwielbiając od lat argentyńskie grziwy). Przecież Horst Koeppel z BMG przez trzy sezony grał w tupeciku (oczywiście miłośnicy tupecików mają prawo w tym miejscu czuć się urażeni;)

Wniosek? W wielkiej debacie Bayern czy Gladbach nie chodziło wcale o futbol. O co więc?

Nie chcę obierać Wam przyjemności czytania. Przed Wami 350 stron fascynującej lektury. Mnóstwo interesujących faktów i anegdot budujących fascynujące historie z pomad stuletniej futbolowej historii jednego z najpotężniejszych pod względem piłkarskim narodów świata.  

Serdecznie polecam!

PS Uwielbiam uzmysławiać sobie, że ruch skrzydeł muszki nad Zambezi może wywołać błotną lawinę w Alpach. Czy Bayern doszedłby do takiej potęgi gdyby Gerhard Koenig, obrońca TSV 1860 nie uderzył w twarz pewnego nastolatka grającego z nim w w tym samym klubie co spowodowało, że bajtel podjął decyzję, iż przeniesie się do lokalnego rywala?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym po obecnym sezonie "reforma" ekstraklasy powinna odejść w niebyt.

20:34, pavelczado , Książki
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
Mężczyźni

Utarło się, że Korona Kielce to zespół, który w polskiej lidze wszedł kiedyś w rolę gladiatora torującego sobie drogę do zwycięstw fizyczną walką.

Ruch podjął dziś rękawicę. Nie było oczywiście łatwo - trzeba zaliczyć bolesne kopnięcie we własną twarz, albo przejechanie korasem po piszczelach. Korona faulowała jak potrafiła, ale Ruch też. Wreszcie był agresywny. Co prawda wypluł o jedną trzecią fauli mniej, ale jego nieprzepisowe zagrania też były pierońsko nieprzyjemne. Nigdy nie pomyślałbym, że taki cherubinek jak Bartłomiej Babiarz potrafi tak przyciąć rywala... Oczywiście nie pomyślałbym gdybym wcześniej nie zauważył, że nie warto mu wchodzić w drogę:)

Nie twierdzę absolutnie, że Ruch to brutale. Twierdzę jedynie, że potrafi się przepoczwarzyć i podjąć warunki rywala. Chorzowianie to w tej chwili zespół, który nie boi się jatki, a nie każda drużyna może się tym pochwalić. Oczywiście nie jest tak, że widzieliśmy dziś jatkę. Spotkanie nie było wcale specjalnie brutalne. Nie - Ruch pokazał tylko, że potrafi swobodnie poruszać się w tym bezpardonowym stylu, choć twierdzenie, że dzisiejsze zwycięstwo chorzowian było wydarte, wyszarpane, wydrapane pazurami byłoby nadużyciem - przecież niebiescy byli pod względem piłkarskim zwyczajnie lepsi. Pierwszy gol jest jednak symboliczny, bo padł po główkowym pojedynku i walce w powietrzu w trakcie której nie uświadczysz słówka "przepraszam". Niewielu jest w tej lidze, którzy mogliby stanąć do takiego pojedynku z będącym w dobrej formie Piotrem Stawarczykiem.

To jak pojedynek w turnieju rycerskim. Różnica taka, że tym razem nie nacierają na siebie w ciężkim galopie opancerzeni twardziele. Tutaj do kuli świetlistej, prującej powietrze w odpowiednim momencie muszą wybić się dwaj twardziele nieopancerzeni. Liczy się skoczność, twarde głowy i ostre łokcie. 

A potem można cieszyć się z gola.

Dziś na Cichej zagrali mężczyźni. Udowodnili, że Ruch ostatni był jedynie jakimś trudno wytłumaczalnym zamuleniem. Prawdziwy jest jednak Ruch przedostatni.

Ruch przedostatni ma realne szanse na podium. Nawet mimo żenującej "reformy" rozgrywek.

PS Zaimponował mi dziś kilkudziesięciometrowym sprintem Jakub Kowalski. Tym, po którym wpakował piłkę Małkowskiemu w krótki róg. Jakby wiedział, że Daniel Dziwniel z przeciwległego skrzydła  zagra w ten sposób piłkę. Myślicie, że wiedział?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym po obecnym sezonie "reforma" ekstraklasy powinna odejść w niebyt.

niedziela, 06 kwietnia 2014
Czy Tomasz Wieszczycki pomoże Piastowi Gliwice

Tomasz Wieszczycki, ekspert Canal+ powiedział dziś, że duet spadkowiczów wyłoni się z tercetu Widzew - Podbeskidzie - Piast.

Uważam, że to świetna informacja dla trenera Marcina Brosza. Im więcej takich głosów przed decydującą rozgrywką tym lepiej. Mają bowiem znakomitą wartość motywacyjną. Brosz powinien to wykorzystać.

Moim zdaniem przed - nie bójmy się tego słowa - debilną dogrywką zafundowaną nam przez pseudonaprawiaczy (przypominam, że jedynym i podstawowym zadaniem regulaminu rozgrywek powinno być wyłonienie najlepszej drużyny w JAK NAJBARDZIEJ SPRAWIEDLIWY SPOSÓB a nie tworzenie dodatkowych "atrakcji", jakkolwiek rozumielibyśmy to słowo) Piast jest we wcale niezłej pozycji wyjściowej, choć oczywiście niepokój musi się trochę tlić.

Cokolwiek by nie powiedzieć o sytuacji punktowej gliwiczan - po ujęciu punktów może zdarzyć się, że będą mieli przecież zaledwie punkt przewagi nad strefą spadkową - ich sytuacja wyjściowa do walki o byt jest niezła.

Niezła, bo szkielet drużyny istnieje. Dwóch bramkarzy na przyzwoitym poziomie - za stoperów nie trzeba się wstydzić - defensywny pomocnik wyróżniający się w lidze, wkrótce będzie jednym z najlepszych* - center na szpicy strzelający gole.

Wydaje się, że do rozwikłania są dwa problemy. W Piaście nie ma w tej chwili zawodnika, który byłby rozgrywającym w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale przecież nie od dziś wiadomo, że w gliwickiej drużynie ciężar gry bierze na siebie kilku zawodników. Tak więc być może wcale nie trzeba tego problemu brać za rogi. Mieszanie w maszynce może sprawić, że całkiem zachrzęści i przestanie trybić więc w organizacji gry lepiej teraz nie mieszać, co?

Drugi problem to decyzja na kogo tak naprawdę postawić na szpicy. Kamil Wilczek udowodnił dziś w meczu z Pogonią Szczecin, że potrafi grać na tej pozycji. Jego pech - czy też może zaleta - polega na tym, że może występować na różnych pozycjach. Przyzwyczaliśmy się, że w polskich warunkach Wilczek jako mediapunta, zawodnik operujący za napastnikiem, ale sam nie do końca nim będący - to najlepsze rozwiązanie.

Kamila Wilczka można na boisku ze swobodą przesuwać. Rabiola czy Kędziora to jednak piłkarze zdecydowanie przywiązani do swej roli na boisku, z kolei Jurado nie czuje się chyba najlepiej jako ten wysunięty, wydaje się, że lepiej mu na skrzydle.

To naprawdę dylemat. Może Wilczek regularnie i wytrwale występujący na pozycji centra to jakieś rozwiązanie na końcówkę sezonu? Bramka, którą strzelił w końcówce dzisiejszego meczu z Pogonią zachwyciła mnie. Trzeba mieć niezwykłą orientację i refleks żeby uderzyć w taki sposób. Zaskoczeni byli wszyscy dookoła na murawie!

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS1 Wieści z niższych lig: w meczu na szczycie A-klasy Niwy Brudzowice zremisował z MKS-em Sławków. W drużynie gości świetnie spisał się 49-letni bramkarz Edward Ambrosiewicz. Jednego karnego obronił, przy drugim piłkę dotknął, ostatecznie jednak wpadła do bramki. Mecz zakończył się rezultatem 1:1.

*widzieliście jak Nikiema odebrał dziś ochotę do gry Akahoshiemu?

sobota, 05 kwietnia 2014
Nie jestem, cholera, prezesem

Mam autorski sposób na sprawdzanie czy drużyna piłkarska jest w kryzysie. Ostatnio dużo mówiło się o kryzysie GKS-u Katowice więc postanowiłem wypróbować dziś moją metodę.

Metoda jest prosta jak budowa cepa - polega na przyglądaniu się jak zespół buduje akcje ofensywne spod własnej bramki. Chodzi nie tyle o ich różnorodność co skuteczność.

Diagnoza jest jednoznaczna - w tej chwili z GieKSą jest bardzo źle. Przykłady z meczu z Łęczną - pierwsze z brzegu, bez jakiegoś specjalnego wyszukiwania:

a) Czerwiński z autu do Pitrego, odegranie do Wróbla - strata;

b) po wymianie kilku poprzecznych podań w linii defensywnej, ostatecznie Pietrzak z lewej strony źle podaje do Wróbla, który nie ma szans dojść do piłki - strata;

c) akcję rozpoczyna Chwalibogowski - do środka do Goncerza, ten od razu do Czerwińskiego, ale ten mocno rozkojarzony - strata;

d) po wymianie kilku poprzecznych podań w linii defensywnej Jurkowski na lewo do Pietrzaka. Ten źle do Pitrego - strata.

I tak dalej i tak dalej... W ostatnim, najważniejszym kwadransie, kiedy decydowały się losy meczu gospodarze wyprowadzili bodaj jedną składną akcję spod własnej bramki. Składną na tyle, że skończyła się autem na wysokości pola karnego Łęcznej.

Generalnie wyszło na to, że GKS ma ogromne kłopoty z konstruowaniem i wyprowadzeniem akcji ze swojej połowy. Takich, które mogłyby być zagrożeniem dla rywali. To moim zdaniem jednoznacznie i nieodkrywczo oznacza, że katowicka drużyna rzeczywiście jest w kryzysie.

Aż spytałem Kazimierza Moskala czy nie jest zaniepokojony właśnie sposobem rozwijania się akcji własnej drużyny. - Rzeczywiście, nie ma odpowiedniej jakości. Akcje nie rozwijają się należycie, bo piłkarze nie wychodzą na pozycje, nie biorą na siebie odpowiedzialności - przyznał stroskany szkoleniowiec. Stwierdził, że "żal było patrzeć na grę GieKSy".

Ale coś jeszcze uzmysławia problemy katowickiej drużyny. Nie może być przecież tak, że kiedy drużyna marzy o awansie jej najlepszym piłkarzem jest bezprzecznie bramkarz. Gdyby nie Łukasz Budziłek, GKS przegrałby dziś bez gadania.

Na meczu był Rafał Ulatowski, którego zdanie cenię. - Po raz drugi widzę wiosną GKS na Bukowej, wcześniej oglądałem ich z Bełchatowem. Muszę przyznać, że zarówno wtedy jak i teraz więcej piłkarskiej jakości mieli goście. Katowiczan zjada nerwowość. Nie można im zarzucić braku ambicji i zaangażowania, ale mecze bardzo często wygrywa się piłkarską mądrością i cwaniactwem. Ta była po stronie Łęcznej - stwierdził Ulatowski.

Co dalej? Wszystko wskazuje na to, że GKS może mieć teraz mnóstwo czasu żeby przegrupować siły przed następnym sezonem. Przykro będzie jeśli w tym sezonie jeszcze wszystko wypali więc na finiszu okaże się, że zabraknie bardzo niewiele, na przykład punktu. Może się tak zdarzyć...

PS Przy okazji wizyty na Bukowej miał miejsce sympatyczny element humorystyczny. Otóż jeden z menedżerów (wytransferował jednego ze śląskich piłkarzy do Bundesligi) nieoczekiwanie wziął Czadobloga za... prezesa GKS-u Katowice. Aż mnie skręcało żeby przez chwilę poudawać i dowiedzieć się czegoś smakowitego. Niestety - jakoś przyzwyczaiłem się już do tego, że zdobywam informacje jako Czado. Z bólem serca stwierdziłem więc od razu, że nie jestem Wojciechem Cyganem:)))

PS1 Byłem dziś też na Stadionie Ludowym w Sosnowcu żeby jako przygrywkę zobaczyć mecz na szczycie II ligi. Po pierwszej połowie powiedziałbym, że Zagłębie nie ma żadnych szans na cokolwiek, tymczasem Paweł Janas musiał zadowolić się punkcikiem.

Tym razem zaskoczyło mnie coś poza boiskiem. Otóż na płocie kibice Zagłębia powiesili fanę z napisem "precz z komuną" i przekreślonym Ernesto "Che" Guevarą (z tego co się dowiedziałem dziś wcale nie był jej debiut). Pisałem już: nie godzę się z opinią, że Sosnowiec w polskim futbolu zajmuje pozycję podobną do Livorno, stolicy włoskich komunistów. Już kiedyś przecież dostałem na Ludowym wlepkę z herbem Zagłębia, wizerunkiem Stwórcy i napisem "Opus Dei"...

Zaskakująco (a może nie) wyglądały dziś dwie fany niedaleko siebie - trzy metry od "precz z komuną" wisiała przecież stara i lubiana płachta "working class" z młotkami górniczymi:)

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 171