środa, 28 listopada 2018
Prezes bardzo nietypowy

Kiedy bylem młodszy uważałem, że prezes każdego klubu piłkarskiego w Polsce powinien robić wszystko żeby jego drużyna grała w ekstraklasie. Dziś nie jestem takim ortodoksem. Oczywiście trzeba się starać, ale nie za wszelką cenę, futbolowe płyty tektoniczne już się uformowały, już nastąpił podział na kluby, które budzą emocje wśród lokalnej społeczności i na takie, które budzą także poza nią.

Rymer Niedobczyce będzie obchodził w przyszłym roku stulecie, mało kto pamięta, że był pierwszym klubem ziemi rybnickiej w ekstraklasie (było to w 1948 roku). Powstaje tam ciekawa drużyna, która ma wielkie szanse na awans choć oczywiście nie mówimy o najwyższym szczeblu. 

Spotkałem się z prezesem Rymera. Pierwszy raz spotkałem się z działaczem o tak wielkiej wrażliwości społecznej. To kwestia jego wykształcenia i pracy zawodowej (prezesem jest społecznie). 

No i wychodzi z tego wyjątkowo ciekawa mieszanka, z której Niedobczyce mogą skorzystać.

15:08, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 października 2018
Roma

Uważam, że nie ma chyba nic bardziej dławiącego człowieka niż społeczna marginalizacja. Postanowiłem o tym napisać tekst. Dlatego pograłem w najlepszą grę świata z Romami.

Poznajcie FC Roma.

niedziela, 09 września 2018
Nacisnąć guzik w odpowiedni sposób

Właśnie skończyłem czytać książkę „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim”, którą napisał Vincente Muglia, dziennikarz z Buenos Aires. Nie mam pojęcia ilu ludzi w w Polsce ten dość egzotyczny z naszego narodowego punktu widzenia wątek może zainteresować. Ale jako czytelnik mam to oczywiście gdzieś. Najważniejsze jest, że mnie ta książka cholernie wciągnęła.

Opowieść Mugli (nie jest długa, za to konkretna i w przejrzysty sposób skonstruowana) to fascynujący przegląd kontaktów sławnego Katalończyka z argentyńskimi ludźmi futbolu (i nie tylko futbolu) oraz co to za sobą niosło. Tej współpracy, kontaktów, przyjaźni jest znacznie więcej niż każdy z nas mógłby się spodziewać...

Przypadkowo widziałem jak tamta wielka Barcelona Guardioli się rodziła. Przecież pierwszym oficjalnym meczem FCB pod wodzą Guardioli był w 2008 roku mecz z Wisłą Kraków w europejskich pucharach. Byłem na tamtym spotkaniu na Camp Nou; Wisła przegrała 0:4, a mnie nie śniło się wówczas, że rodzi się jedna z największych drużyn wszech czasów. Przez cztery sezony ekipa Guardioli wygrała 72 procent meczów, prezentując, jak wiadomo, zachwycający styl.

Ten styl był możliwy dzięki... Argentynie. Nie chodzi bynajmniej o Messiego, który właściwie nie był chłopcem z bajki Guardioli (dla Katalończyka idealny gol to taki kiedy w akcji uczestniczą wszyscy piłkarze, ostatni wbija piłkę do bramki, a przeciwnik nawet nie potrafi dotknąć futbolówki) ale przecież nie protestował kiedy Leo wbijał grady goli po samotnych rajdach). Chodzi o coś innego.

Magiczna „la nuestra”. Nikt kto kocha futbol nie może przejść obok niej obojętnie. Barcelona - obok stylu holenderskiego - inspirowała się właśnie nią. Guardiola dobrze wiedział, że w Argentynie wcześniej były już drużyny grające w sposób o który mu chodzi: choćby słynna La Maquina River Plate z lat 40., Rosario Central z lat 60. (z Menottim w składzie) czy Independiente z symbolem Ricardo Bochinim (z lat 80.). Uczeń przerósł mistrza: Newell’s Old Boys prowadzone Gerardo Martino (mistrz Argentyny z 2013) wzorowało się na Barcelonie i według świadków było najbliżej pierwowzoru.- W czasach, których przyszło mi żyć, tak pod kątem stylu gry jak i wyników Barcelona to najważniejsza drużyna w historii - przyznaje Martino.

Wpływ Guardioli na argentyński futbol jest oczywisty: znowu pchnął wahadło w drugą, tę jaśniejszą stronę. W Argentynie bowiem wszystko hula od ściany do ściany - dla jednych nie ma piłki bez piękna, dla innych - bez wyników. W Barcelonie Guardiola, jak wiadomo, to pogodził. Dzięki temu stał się inspiracją.

Osobiście wydaje mi się, że zwłaszcza jeden element w tej układance jest ważny: Guardiola uzmysłowił Argentyńczykom, że trzeba pracować nad ofensywą, że indywidualne talenty, uznanie, że „przecież z przodu zawsze to jakoś będzie” jest po części zostawieniem losów meczu przypadkowi.

Guardiola ma cechę, która ułatwia sukces i pomaga w życiu w każdej sferze: ciekawość. Jest cholernie, w niepowstrzymany sposób ciekawy futbolu u innych, u Argentyńczyków, jako nację, którą docenia - zwłaszcza. Zaznaczam - ciekawy, nie ciekawski.

Guardiola uczy się od kogo może. Jeśli ktoś go zainteresuje - chce się z nim spotkać. Jak choćby z Julio Velasco, legendarnym argentyńskim trenerem zajmującym się... siatkówką (chodziło o sposób zarządzania grupą i wypracowanie przywództwa - „kluczem do wszystkiego jest naciśnięcie odpowiedniego guzika” - brzmi banalnie, ale książkowe wytłumaczenie tego hasła jest interesujące, przy okazji Guardiola w obrazowy sposób opowiada podczas przemówienie w teatrze w Buenos Aires co stało się kiedy nacisnął guzik w nieodpowiedni sposób).

Cóż, świetna książka. Szczerze polecam wszystkim miłośnikom piłki nożnej.

PS Kiedy czytam jak Guardiola zziajany biegał za Diego Latorre (to miał być jeden z następców Maradony, nie udało się) w meczu Barcelona - Tenerife ogarnia mnie wesołość. Latorre był wybiegany i zmęczony Guardiola miał wołać za nim „ciulu, chodź tu, kurna”. Szacun za tłumaczenie;))).

PS1 Jeszcze wątek polski tej książki: Wisła przed grami z Barceloną wyeliminowała Beitar gdzie występował argentyński kumpel Guardioli Angel Matute Morales, z którym znał się z okresu gry w Meksyku. Morales mówi tak: "Kilka dni przed meczem Barcelony z Wisłą dostaję telefon. To Pep! Dzwonił by zapytać mnie, jak ci Polacy właściwie grają. Czy są wolni, czy napastnicy się łamią, czy grają wysokim pressingiem... Po tej rozmowie zrozumiałem, że Pep będzie wielkim trenerem. Choć ma mega drużynę, przejmuje się Polakami".

Vicente Muglia

„Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim"

wyd. Mandioca 2018

poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Ostatnio na Bukowej poczułem coś pierwszy raz od lat

Na meczach GKS-u Katowice w obecnym sezonie czuję coś dziwnego. Ostatni raz czułem to tam wiele lat temu.

Stwierdzenie, że im człowiek starszy, tym większym staje się pragmatykiem, to banał. Stwierdzenie, że w futbolu liczy się przede wszystkim wynik, to kolejna oczywistość. Wydawało mi się, że zbiegnięcie się tych dwóch stwierdzeń w pewnym momencie życia człowieka interesującego się piłką jest całkowicie naturalne. Ale na Bukowej zacząłem mieć wątpliwości...

Wiadomo, że w Katowicach czeka się na coś fajnego od wielu lat. Tak wielu, że pisanie słowa „wielu” przez jedno „e” jest już powoli uznawane za dezynwolturę i bezczelność. W GieKSie zdecydowano się całkowicie nie tyle przemodelować, co przewalić drużynę. Pojawił się tabun piłkarzy, których nazwiska – poza paroma oczywistymi wyjątkami – nic nie mówiły.

Stwierdzenie, że GKS nigdy nie grał ładnie, zawsze polegało to na wyrywaniu wygranych z gardła i ciągłej walce, nie jest zgodne z prawdą. Pamiętam mecze GieKSy z drugiej połowy lat 80., które były zajmujące, piękne i efektowne. Chciało się to oglądać. Potem przyszedł czas, że publika zaczęła cenić przede wszystkim zaangażowanie, co moim zdaniem zawsze świadczy o ograniczaniu kibicowskich ambicji, bo kibic silnych drużyn zawsze chce zwycięstw. Tylko kibic drużyn najsilniejszych chce zwycięstw efektownych, a przy okazji meczowych zdarzeń, o których będzie można opowiadać latami.

Ale może konkretnie. Ostatnie dziesięć lat GKS grał generalnie bardzo brzydko. Stwierdzenie, że ładnie grał ponoć za Jerzego Brzęczka, to jakiś dziwaczny absurd ze źle zawiązanymi sznurówkami. Jacek Paszulewicz rozpoczął zupełnie nowy projekt, przy czym trzeba pamiętać, że też będzie rozliczany tylko i wyłącznie ze skuteczności, a nie z piękna. Bo GKS ma wreszcie awansować do ekstraklasy. Jak powtarza się co roku od lat.

Na razie idzie mu co najwyżej średnio: w pięciu meczach dwa razy wygrał, dwa razy przegrał i raz zremisował. Tabela jest jeszcze spłaszczona; kto przed chwilą był na dole, za chwilę może być na górze i na odwrót. Natomiast wyczuwam coś, czego dawno nie było. Otóż GKS obecnie gra ŁADNIE. Nie napiszę, że pięknie, bo to za duże słowo, ale gra ładnie.

Zastanawiałem się, skąd się to bierze, i wydaje mi się, że odpowiedzią jest obsesja trenera Paszulewicza. Wydaje się, że dla niego ewidentnie najważniejsze jest nienaganne przygotowanie fizycznie. W ostatnim meczu – oczywiście biorę poprawkę, że z nie najsilniejszymi Wigrami Suwałki – jego piłkarze byli szybsi, bardziej wybiegani, bardziej zdecydowani. Pewność siebie tego rodzaju pozwala na dokonywanie wyborów, które przy okazji są również efektowne. Drybling Daniela Rumina w pierwszej połowie, kilka szybkich wymian – to było coś, co na chwilkę przypomniało mi koniec lat 80. na Bukowej. Ta mołojecka bezczelność - o to chodzi!

Zaskakujący jest fakt, że dają radę chłopcy, którzy jeszcze w zeszłym roku grali gdzieś po III ligach, gdzie słońce mówi dobranoc (albo przynajmniej dzień dobry). Rumin czy Dominik Bronisławski potrafią grać.

Powtarzam jednak: celem jest awans. Nie da się zrobić dobrego wyniku bez konkurencji. W GieKSie ciągle pojawiają się więc nowi piłkarze z ekstraklasowym doświadczeniem – w ataku Arkadiusz Woźniak, w obronie – Jakub Wawrzyniak (nie zadebiutował, bo nie spełnia jeszcze wymogów trenera pod względem fizycznym, musi popracować. Pojawiają się, ale nie ma tam zawahania, żeby pożegnać się z tymi, którzy oczekiwań nie spełniają – do takich trzeba niestety zaliczyć 31-letniego słoweńskiego napastnika Dalibora Volasa. Nie sądzę, żebyśmy go jeszcze zobaczyli...

Argentyńscy ludzie futbolu niezmiennie zachwycają się Barceloną Guardioli. Podkreślają, że argentyńska „la nuestra” z dawnych czasów to ten sam pień, to samo DNA. Podkreślają, że by móc osiągnąć coś takiego, potrzebne są: „chęć do biegania, odwaga, czas i cierpliwość”*. Oczywiście krojąc te przenikliwe założenia na naszą pierwszoligową miarę (nie wymagajmy od Paszulewicza, żeby robił na Bukowej Barcelonę, już jeden taki trener tu był i mu nie wyszło), warto dostrzec, że pierwszego i drugiego na Bukowej nie brakuje. Trzecie i czwarte to raczej kwestia działaczy i kibiców.

Przy takim założeniu może okazać się, że piękno wróci na Bukową szybciej, niż moglibyśmy przypuszczać.

*Vicente Muglia „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim” (wyd. Mandioca, 2018), s. 27

 

piątek, 17 sierpnia 2018
Proporczyk

W 1976 r. reprezentacja Polski zagrała na Stadionie Śląskim towarzyski mecz z Argentyną. Kiedy goście wychodzili na rozgrzewkę, jeden z nich (chcę wierzyć, że to Mario Kempes) wręczył ten proporczyk chłopcu do podawania piłek. Chłopak nie wiedział, co z tym proporczykiem zrobić, więc wręczył go trenerowi, który opiekował się wówczas nastolatkami. A teraz, po latach, kilka dni temu, trener wręczył go mnie.

Tak się składa, że akurat tego dnia w Chorzowie debiutował w reprezentacji choćby Zbigniew Boniek. Jednocześnie był to przedostatni mecz w Polsce, w którym rolę selekcjonera pełnił Kazimierz Górski, który po igrzyskach w Montrealu, gdzie srebrne medale uznano za porażkę, pożegnał się ze stanowiskiem.

Historia z proporcem ma drugie dno.

Proporczyk to swoista reklamówka: przedstawia Argentynę jako miejsce rozgrywania mistrzostw świata, które odbędą się w tym państwie dwa lata później, w 1978 r.

Stawiający na ofensywny futbol trener Cesar Luis Menotti przywiózł do Chorzowa głodną sukcesów młodą reprezentację. Na poprzednim mundialu w 1974 r., tak udanym dla Polaków, Argentyńczycy kompletnie zawiedli, przegrywając m.in. z Biało-Czerwonymi 2:3.

W Chorzowie zagrało ośmiu piłkarzy, którzy za dwa lata zdobędą u siebie mistrzostwo (napastnicy Mario Kempes, Leopoldo Luque i Rene Houseman, obrońcy Jorge Olguin i Alberto Tarantini, pomocnicy Osvaldo Ardiles i Ruben Gallego, a obrońca Jorge Killer był na mundialu rezerwowym).

Zdumiewający przypadek: tak się złożyło, że akurat w dniu tego meczu, czyli 24 marca 1976 r., w Argentynie doszło do zamachu stanu. W efekcie władzę przejęła prawicowa junta. Armia zajęła najważniejsze miejsca w Buenos Aires, m.in. budynek telewizji. Wojskowi uznali, że zostawią w ramówce tylko jedną pozycję bez zmian: był to właśnie mecz w Chorzowie, który transmitowała argentyńska telewizja.

Argentyńscy piłkarze o zamachu dowiedzieli się tego samego dnia, już na Śląsku. Martwili się o rodziny. Jako profesjonaliści podeszli do meczu w pełni przygotowani i wygrali z Polską 2:1. Marcelo Trobbiani, świetny zawodnik Boca Juniors, który zagrał w Chorzowie na prawej pomocy, z przejęciem dopytywał po meczu argentyńskich piłkarzy, czy może wiedzą, co dzieje się z ich bliskimi.

Tymczasem Fernando Niembro, członek komitetu organizacyjnego mistrzostw świata, wydał oświadczenie w hotelu Silesia, gdzie stacjonowali Argentyńczycy. Zapewnił, że mundial odbędzie się w jego kraju, a nie zostanie przeniesiony do Brazylii.

Junta, która rozpoczęła brutalny terror wobec opozycji, zdawała sobie sprawę z siły mundialu. Argentyna dostała jego organizację jeszcze w 1966 r. Menotti, subtelny intelektualista o szerokich horyzontach, rzeczywiście mógł mieć dylemat: bardzo źle znosił nacjonalistyczną retorykę, przekonywał, że z rządem jego reprezentacja nie ma nic wspólnego, ale bardzo chciał wygrać mundial. Trudno mieć o to do niego pretensje – tak samo jak trudno mieć pretensje do polskich piłkarzy, którzy tak świetnie grali na mistrzostwach w 1974 i 1982, a w kraju rządzili komuniści.

Teraz proporczyk wisi u mnie i przypomina o tamtych zdarzeniach każdego dnia.

sobota, 04 sierpnia 2018
Anglicy chcą największy talent Ruchu Chorzów

Byłem dziś na meczu Ruchu Chorzów. Był to mój pierwszy mecz na Cichej w tym sezonie. 

W pierwszym składzie gra tam bardzo zdolny chłopak Mateusz Bogusz (rocznik 2001). Dziś strzelił pierwszego gola wśród seniorów, zresztą bardzo ładnego i podkreślającego jego talent. Dowiedziałem się z dobrego źródła, że na Cichą wpłynęła oferta angielskiego Brighton (Brighton & Hove Albion Football Club gra obecnie w Premier League). Czy Ruch przyjmie ofertę? Przyznam, że wolałbym oglądać tego chłopaka na Cichej - wszystko jest kwestią jak bardzo Ruch potrzebuje tych pieniędzy...  

Po tym co dziś zobaczyłem, trudno mi uwierzyć, że chorzowianie mogliby mieć kłopot z utrzymaniem, a tak wieszczyli niektórzy pesymiści po porażkach w dwóch pierwszych meczach. Dziś grali efektownie i skutecznie a cztery bramki były bardzo ładne. Ruch wygrał 4:0! Kiedy tak było ostatni raz? O ho ho...

niedziela, 29 lipca 2018
Argentyńskie wahadło

"Aniołowie o brudnych twarzach" rzeczywiście mogą zachwycić.

Nie zawiodłem się. Jonathan Wilson napisał kolejną fantastyczną książkę. Nie pozbył się wprawdzie trochę nieznośnej angielskiej maniery wyższości (a może ja niesprawiedliwie tak to oceniam), ale blaski i cienie futbolu argentyńskiego zostały przezeń oddane nie tylko rzetelnie ale i finezyjnie.

Opowieścią o piłkarskiej historii Argentyny jestem zauroczony. Początkowo chciałem ją jak najszybciej połknąć, ale pierwszy raz od dawna zmieniłem sposób czytania - powolutku i po trochu, rozsmakowując się.

Zakres i ogrom materiału sprawił, że Wilson musiał raczej "cienkować" niż "grubasić" a i tak wyszło ponad 630-stronicowe dzieło zamknięte w siedemdziesięciu ekscytujących rozdziałach. Podoba mi się, że na poły jest to opowieść reporterska (autor spotyka się z wieloma dawnymi asami, czuć, że był w Argentynie), na poły historyczna.

W trakcie opowieści autor przeskakuje z dziejów klubów w dzieje reprezentacji i z powrotem. Przytacza mnóstwo rewelacyjnych anegdot i fantastycznych historii, których nie ma sensu tu przytaczać, trzeba samemu się w nich zanurzyć... 

Wynika z nich jedno: argentyńskie wahadło nigdy się nie zatrzyma. Skąd wahadło? Generalnie co jakiś czas następuje w Buenos i okolicach zwrot o 180 stopni. Albo finezyjna, zachwycająca "la nuestra" albo skuteczny i pragmatyczny "antifutbol". Decydowały o tym bolesne klęslo: cios obuchem w postaci 1:6 z CSRS na mistrzostwach świata w Szwecji czy też brak awansu na meksykański czempionat w 1970.

Ale co najciekawsze, obie szkoły, romantyzm i pragmatyzm, inspirowanie i funkcjonalność przenikają się wzajem. Najpiękniejszy gol padł przecież w szczytowym okresie "bilardismo"... No i ta szczypta (a może cysterna) vivezy!

Bezwzględnie warto. Po rosyjskiej traumie lek na duszę. Nota 10 w dziesięciopunktowej skali! Bardzo polecam.

PS Myślałem, że scena z filmiku to skecz. Otóż nie - w latach 70. u zdolnego argentyńskiego trenera Carlosa Griguola w Rosario Central i Ferro Carril Oeste (ciekawy wątek o tym ostatnim klubie, jak wszystkie zresztą) był to prawdziwy sposób na motywowanie zawodników! Romantyczne to czy pragmatyczne?:)



sobota, 14 lipca 2018
Czy to będzie piłkarz roku na świecie

Przekonamy się właśnie jutro.

Niedawno sięgnąłem po autobiografię tego faceta. Początkowo się przeraziłem... „Lubię wracać pamięcią do dawnych czasów, do mojego Macon, które jest też rodzinnym miastem Alphonse’a de Lamartine’a. Ten wybitny poeta, powieściopisarz, historyk, dyplomata i polityk urodził się w 1790. „O Czasu, zatrzymaj swój lot, a wy, godziny łaskawe, powstrzymajcie swój bieg!” - napisał w słynnym wierzu „Jezioro”, który przeszedł do historii literatury jako fragment zbioru „Medytacje poetyckie”. To fragment jednego z pierwszych rozdziałów autobiografii człowieka, który na wstępie przyznaje, że nie lubi za bardzo czytać...

Gdybym chciał się czegoś dowiedzieć na te tematy wolałbym jednak sięgnąć do historii literatury francuskiej. Na szczęście potem jest już tylko ciekawie. Jak to możliwe, że odrzuciło go tyle szkółek renomowanych francuskich klubów? O tym dlaczego według autora Didier Deschamps jest tak dobrym trenerem? Dlaczego Cholo Simeone jest tak dobrym trenerem? Dlaczego strach związany z Bataclan był tak obezwładniający? Dlaczego dziennikarzy z L’Equipe autor uznał w pewnym momencie za durniów? To jedna setna pytań, na które odpowiedzi znajdziecie w tej książce, której słabszym punktem jest jeszcze jedynie tytuł: „Za zasłoną uśmiechu”. Brrrr.... Ale zapewniam, że nie są to zapiski zakochanej XIX-wiecznej guwernantki.

Moim zdaniem warto. I wiecie co? Mam gdzieś, że Antoine Grizemann nie lubi czytać. Grunt, że lubi kopać. Dziś w finale życzę mu hat-tricka. Mimo, że przed chwilą strzelił gola Argentynie.

Antoine Griezmann, Arnaud Ramsay

"Za zasłoną uśmiechu" [Derriere Le Sourire]

wyd. SQN

 

20:56, pavelczado , Książki
Link Komentarze (6) »
czwartek, 12 lipca 2018
Jerzy Brzęczek. Nie podoba mi się to

Jerzy Brzęczek został nowym trenerem reprezentacji Polski. Szczerze pisząc: nie podoba mi się ten wybór. 

Z poprzednikiem - Adamem Nawałką - łączą Brzęczka cztery elementy.

a) w młodości byli bardzo zdolnymi piłkarzami, reprezentantami Polski, którzy mogli jednak osiągnąć więcej;

b) obaj ważą słowa, a ich konferencje prasowe są przeraźliwie nudne;

c) obaj są cholernie ambitni;

d) obaj pracowali w GKS-ie Katowice.

***

Dochodzi do pokoleniowej zmiany trenerskiej. Jerzy Brzęczek ma 46 lat. Jeśli ktoś powie, że jest za młody, to Zbigniew Boniek z pewnością przypomni Antoniego Piechniczka, który obejmował reprezentację w wieku zaledwie 40 lat. Oczywiście, życzę Jerzemu Brzęczkowi, żeby wystrzelił jak jego poprzednik sprzed lat, ale uwiera mnie, że PZPN za wszelką cenę stawia obecnie na szkoleniowców rodzimych, jakby zagraniczni fachowcy byli samym złem.

Jerzy Brzęczek był dobrym piłkarzem. To lider drużyny, która osiągnęła dla polskiej piłki ostatni realny medalowy sukces, czyli wicemistrzostwo olimpijskie w 1992 roku. Pamiętam go jako walecznego, inteligentnego pomocnika. Był mistrzem Polski z Lechem Poznań i Austrii - z Tirolem Innsbruck. Przez siedem lat grał w pierwszej reprezentacji Polski (akurat w tym okresie nic nie osiągnęła).

Z boiska pamiętam go jako dobrego piłkarza, choć nie olśniewającego. Jego atutem jest fakt, że to urodzony lider. Inni go słuchali. Potrafił pociągnąć za sobą drużynę.

W kontaktach z dziennikarzami jest za to cholernie nudny, choć jest oczywistym, że lepszy trener nieciekawie mówiący, który ma świetne wyniki, niż Cyceron niedorajda. Niemniej Brzęczek potrafił mnie zdumiewać na konferencjach prasowych bardziej niż Nawałka.

Pamiętam jak choćby w kwietniu 2016 roku po przegranym na Bukowej ligowym meczu jego GKS-u Katowice z Olimpią Grudziądz (którą prowadził wtedy... Jacek Paszulewicz) stwierdził, że drużyna zagrała bardzo dobre spotkanie. Brzmiało to mniej więcej tak: „Patrząc na to, z jakim zaangażowaniem, jaką pasją i z jaką chęcią zdobycia bramki - przynajmniej jednej - poruszali się moi zawodnicy, myślę, że zabrakło skuteczności. Patrząc na to, jak drużyna walczyła, jak rozgrywała piłkę, jak dochodziła do sytuacji strzeleckich, jestem z tego bardzo zadowolony, dumny. Rozumiem rozgoryczenie kibiców. Jeśli drużyna przegrywa, kibice mogą krytykować, ale po takiej porażce nie może być tak, że piłkarze są wyzywani. Obiektywni kibice nie mogą zarzucić drużynie, że nie chciała. Będę pierwszy, który będzie ich krytykował, jeżeli nie będzie zaangażowania, i wtedy wezmę to na siebie. Ale nie po takim meczu jak dzisiejszy, w którym było widać do ostatniej sekundy, że chcemy...”.

Szczerze mówiąc, jestem w stanie sobie wyobrazić, że Brzęczek mówi podobne słowa na przykład po towarzyskiej porażce reprezentacji Polski z Cyprem...

Zdumiały mnie tamte słowa, bo zaangażowanie nie powinno tak naprawdę zależeć od trenera i myślę, że w ogóle nie powinien się taką sprawą zajmować. Zaangażowanie powinno być czymś naturalnym, a jeśli piłkarz nie jest zaangażowany, to powinien zostać wyrzucony z drużyny. Trener jest moim zdaniem przede wszystkim od tego, żeby jego piłkarze potrafili dobrze grać w piłkę, czyli z rozmachem konstruować akcje ofensywne czy też dokonywać na boisku dobrych wyborów, w razie potrzeby umiejętnie się bronić, itd. 

Jerzemu Brzęczkowi nie można za to odmówić ambicji, a to cecha, która powinna charakteryzować selekcjonera. Dzięki niej nie zgodzi się na nic, co mogłoby osłabić szansę na sukces, nie będzie tolerował słabości zawodników na polu, powiedzmy, niezawodowym. To rzeczywiście cenne.

Z drugiej strony nie wiem czy jest w wystarczającym stopniu odporny na stres. Ciągle mam w głowie sposób, w jaki odszedł z GKS-u Katowice po fatalnym meczu ze zdegradowanym Kluczborkiem. Kiedy Nawałka opuszczał GieKSę, kibice się martwili. Kiedy Brzęczek - wręcz przeciwnie...

Potem przejął Wisłę Płock. Prowadził ją w poprzednim sezonie 2017/2018. Jego drużyna zajęła piąte miejsce w lidze. PZPN-u nie mogła przekonać jego praca w Rakowie Częstochowa, Lechii Gdańsk czy GKS-ie Katowice (drużyna, którą prowadził w Katowicach moim zdaniem nie prezentowała wcale urzekającego stylu). Przekonać więc musiała praca w Płocku. 

Czy naprawdę wystarczy zdobyć piąte miejsce w ekstraklasie, żeby dostać posadę selekcjonera reprezentacji Polski? Cóż; nie możesz mieć Marcelo Bielsy - masz Jerzego Brzęczka.

niedziela, 01 lipca 2018
Dla mnie mundial się skończył

Wpis poniewczasie, ale musiałem dojść do siebie po niezwykłym meczu Argentyny z Francją, porozmawiać z drzewami, skałami i wiatrem... Znowu się nie udało i znowu trzeba będzie czekać cztery lata na mistrzostwo.

Wiadomo, że futbol nienawidzi gdybania, ale nie mogę się powstrzymać: gdyby w 6. minucie doliczonego czasu grypo centrze di Marii piłeczka poleciała trochę inaczej - widzielibyśmy najpiękniejszą chyba remontadę w historii mundiali. Nie udało się. Szkoda. Szkoda. Szkoda...

Jestem rozżalony, ale to przynajmniej nie była klęska po której trzeba się wstydzić. Piszę „klęska”, bo brak Argentyny w finale mistrzostw świata to dla mnie zawsze klęska. Z Francuzami Argentyńczycy grali moim zdaniem bardzo dobrze i przy szczęściu mogli rywali wyeliminować.

Niemniej byłbym wariatem gdybym stwierdził, że Francuzi wywalczyli awans niezasłużenie. Obie drużyny zagrały doprawdy świetnie i ktoś musiał być lepszy. Muszę się z tym pogodzić, że nie „Albicelestes”.

Mówi się, że Argentyna nie była faworytem nawet do wyjścia z grupy, że to kolos na glinianych nogach, którego futbolowa słabość odzwierciedla stan argentyńskiego państwa, że Argentinidad („Argentyńskość”) generalnie ma się źle...

Ale przecież co dzieje się na mundialu - nie zawsze (albo wręcz nigdy) jest odzwierciedleniem siły futbolu poszczególnych państw uczestników. Czy niemiecka piłka jest tak słaba jak jej start na mundialu, czy rosyjska jest tak silna jak jej start na mundialu? Moim zdaniem fakt, że ktoś przed chwilą miał kryzys, był w kłopocie, w nerwach, tłamsiła go niemożność - nie ma znaczenia. Bo to było przed chwilą...

Pytacie może: co dalej z Messim? Pewnie odejdzie, choć ja oczywiście bardzo chciałbym żeby pokazał się za cztery lata w Katarze. Ale już na innych zasadach... Jego geniusz nie może być jak dominujący jak jakaś potężna jarakanda mimozolistna kładąca cień gdzieś na argentyńskich pampasach. Nie może być tak, że jak źle do to wujka Lionela. Myśleć i brać odpowiedzialność za wynik muszą brać wszyscy. Wszyscy!

Jednocześnie chciałbym żeby Otamendi i Mercado zniknęli już z reprezentacji Argentyny. Nie potrafią trzymać nerwów na wodzy w trudnych chwilach - w efekcie przynoszą jej wstyd swoim zachowaniem i powodują niechęć całego piłkarskiego świata. Nie wolno tracić nerwów aż tak. To już nie jest viveza. To niestety szaleństwo w złym tego słowa znaczeniu.

Idę się napić yerba mate.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 218
Archiwum