piątek, 15 lutego 2019
Tacy ludzie budują legendę Ruchu

Kiedy rozmawiam z gwiazdami futbolu sprzed lat uderzają mnie u nich trzy cechy: uprzejmość, stanowczość w sądach i powściągliwość w pochwałach. Ale u Eugeniusza Lercha znajdziecie również życzliwość w najlepszym rozumieniu tego słowa oraz pogodę ducha. Dla mnie to zaszczyt, że się znamy.

Kiedy pan Eugeniusz Lerch kończył lat 70, przeprowadziłem z nim poniższy wywiad. Te dziesięć lat minęło jak z bicza trzasł, ale rozmowa jest nadal aktualna.

Dziś mało kto pamięta, że już jako dziecko był uważany za wielki talent. Pierwsza wzmianka o nim w gazecie ukazała się, kiedy miał 11 lat. Było to w 1950 roku. „Pamiętasz zobowiązanie piłkarzy chorzowskiej Unii [tak w czasach stalinowskich musiał nazywać się Ruch – przyp. red.] gremialnego zdobycia odznaki »Sprawny do Pracy i Obrony«? Zawodnicy tego klubu wykonali zobowiązanie i zdobyli dotychczas 161 odznak sprawności fizycznej. Najmłodszym ze zdobywców odznaki jest Lerch, który liczy 11 lat". W prasie ukazywały się zdjęcia chłopca z podpisami „Lerch Eugeniusz żongluje już 115 razy prawa nogą” albo „14-letni Gienek Lerch ćwiczy pilnie sztukę główkowania"...

Paweł Czado: Pana ojciec też grał w piłkę?

Eugeniusz Lerch: Nie, Antoni Lerch był górnikiem kopalni Kleofas. Pracował od najmłodszych lat, był jedynym żywicielem rodziny. W latach 30. ciężko było o pracę, więc dbał o nią bardzo. Ale piłkę lubił. Chodził na mecze Ruchu Hajduki Wielkie, jeszcze na ten słynny „Hasiok” na Kalinie [nieistniejące boisko Ruchu, na którym niebiescy zdobyli pierwsze mistrzostwo Polski w 1933 roku – przyp. red.]. Ba, nawet kumplował się z niektórymi zawodnikami. Był okres, że pracował razem z Teodorem Peterkiem [legendarnym napastnikiem, autorem 154 ligowych goli dla Ruchu – przyp. red.]. Ale najbardziej tata był zafascynowany Ernestem Wilimowskim. Ile on mi o „Ezim” historyjek opowiedział...

Urodziłem się przy ul. Wolności [reprezentacyjna ulica Chorzowa – przyp. red.], ale wychowałem się na Batorym. Na stadion miałem więc bardzo blisko. Byłem jedynakiem, szybko okazało się, że jakąś tam smykałkę do piłki mam. Grałem na ulicy, na placu, na łące, w szkole – po prostu wszędzie.

Ojciec zaprowadził Pana na pierwszy trening?

Sam poszedłem, kiedy miałem 10 lat. Namówiłem jeszcze paru kolegów ze szkoły, m.in. Antka Nierobę [reprezentacyjny obrońca Ruchu w lidze grał w latach 1956-1972 – przyp. red.]. Nasze rodziny się przyjaźniły, chodziliśmy razem do klasy w szkole nr 36.

Dobrze pamiętam pierwszy ligowy mecz, na który poszedłem. To było, zanim jeszcze poszedłem na pierwszy trening. W marcu 1948 roku Ruch wygrał 1:0 z Garbarnią Kraków, a bramkę strzelił w ostatniej minucie Przecherka. Byłem wtedy właśnie za tą bramką. Nie było żadnych siedzeń, rosła trawa. Jak ktoś wstawał, to bardziej niecierpliwi kibice siedzący za nim rzucali w niego kępami. To było moje stałe miejsce. Później zamontowano tam zegar Elektromontażu.

Rodzice puścili Pana samego na mecz?

No jasne, nie było z tym problemu. Całe dni spędzałem na placu, kopiąc piłkę. Jak zgłodniałem, to mama rzucała na dół kawałek chleba i dalej się grało. Wtedy nauczyłem się techniki, dryblingu, a przy okazji nabrałem kondycji. A z tatą rzadko chodziłem na mecze. Pamiętam, że zabrał mnie na towarzyski mecz Ruchu z drużyną Kleofasa.

Szybko poznał Pan Gerarda Cieślika.

Wiadomo, że na początku lat 50. pan Gerard był wielką gwiazdą całej polskiej piłki. W Chorzowie był idolem wszystkich. Moim także, drugim po Wilimowskim. I właśnie Cieślik jako jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce zaczął wtedy trenować trampkarzy Ruchu. Kiedy się to rozniosło, zrobił się w Chorzowie szum – u Cieślika chciały trenować miliony bajtli. Oczywiście ja też. Nie mógł szkolić wszystkich, musiał zrobić selekcję. Dobrze pamiętam ten moment. Każdy chętny miał strzelać rzut karny. Podbiegłem i trafiłem w samo okno. „Zostajesz” – zdecydował od razu.

Cieślik miał serce do młodzieży, umiał nas trenować. I to właśnie on, ten niby nieumiejący się wysłowić hanys, taki zresztą jak i ja, potrafił wszystko doskonale przekazać. Naśladowałem wszystko, co pokazywał, później dziennikarze pisali nawet, że mam te same ruchy co on. Kiedy jako 17-latek trafiłem do pierwszej drużyny, dzięki niemu byłem już przygotowany do gry na ligowym poziomie. Ale nie przypuszczałem, że z moim idolem zagram w jednym zespole!

Zadebiutował Pan w ekstraklasie jako 18-latek w 1957 roku.

Wyróżniałem się w zespole juniorów, strzelałem w meczach po pięć bramek. Był taki zwyczaj, że w piątek przed wyjazdem na mecz ligowy był sparing między pierwszym zespołem Ruchu a rezerwami. Przed wyjazdowym meczem z ŁKS-em strzeliłem w takim sparingu parę goli. Pojechaliśmy do Łodzi na mecz, nocleg był w hotelu Savoy. Miałem grać w rezerwach, które rywalizowały we własnej lidze, coś jak dzisiejsze rozgrywki Młodej Ekstraklasy. Nagle woła mnie Cieślik. „»Elek«, przygotuj się, bo zagrasz w pierwszej drużynie” – powiedział jak gdyby nigdy nic. Zamurowało mnie. „Ja?!". „To ty nic nie wiesz? Chodź na odprawę, zaraz się zacznie".

Rzeczywiście, na odprawie ówczesny trener Ruchu Mikołaj Beljung wyczytał moje nazwisko. Miałem zagrać na środku ataku. Wtedy grało się jeszcze pięcioma napastnikami. Cieślik wystąpił obok mnie, na lewym łączniku...

Jak Pana przyjęli starsi koledzy?

Cóż, hierarchia była fest, w Ruchu same gwiazdy były. Ale niechęci, niszczenia młodych nie było. A jak zacząłem bramki strzelać, tym bardziej byli mi życzliwi. Z początku trochę się bałem, mówiłem do wszystkich „per pan", lecz starsi zawodnicy szybko zaproponowali przejście na „ty". Ale Gerardowi Cieślikowi do dzisiaj mówię „pan” [Gerard Cieślik zmarł w 2013, przyp.red.]. To był przecież mój trener, wychowawca – choć potem graliśmy razem, nie wypadało inaczej.

Jeszcze w tym samym roku strzelił Pan w lidze pierwszego gola.

W meczu z Lechią Gdańsk na Cichej. Boisko śliskie, jesień już była. Uderzyłem z daleka, Henryk Gronowski bronił wtedy [bramkarz Lechii tydzień wcześniej zadebiutował w reprezentacji Polski – przyp. red.]. Piłka wpadła w dolny róg. To była ostatnia bramka w tym meczu, na 4:1. Zaraz potem poszliśmy do restauracji niedaleko stadionu, tej na rogu, tam teraz tapety sprzedają. Dworcowa się chyba nazywała, ale i tak wszyscy mówili jak przed wojną: u Goldsteina. Nie było jeszcze słynnej kawiarenki na Ruchu, wtedy w tym pomieszczeniu była wielka szatnia. Kiedy wchodziłem do drużyny, był taki zwyczaj, że po meczu pierwszy zespół miał u Goldsteina darmowe jedzenie, pamiętam, że było dobre piwo. Wspólnie słuchało się radiowej relacji z meczu, który właśnie się odbył. Bawiliśmy się dobrze, świetna atmosfera była. Jak ta moja bramka na 4:1 padła, to „Pingol” Wyrobek [legendarny bramkarz Ruchu – przyp. red.] wyskoczył w górę, krzycząc: „Jeeeeeeeeeeeeest!". Ech, piękne czasy...

W 1958 roku miał Pan znakomity sezon – co mecz, to gol. Mając 19 lat, został Pan najlepszym strzelcem drużyny.

Czułem się wtedy naprawdę świetnie, czułem się pewny swoich umiejętności. Cieszyłem się na każdy mecz, nie mogłem się doczekać kolejnego gola, następnego dryblingu... Ale miałem wtedy radochę z grania. Nie przejmowałem się obrońcami, którzy mieli mnie specjalnie pilnować. A dawajcie „plastra", i tak sobie poradzę. Byłem dobrym dryblerem i miałem bardzo silny strzał z obu nóg. Góry wtedy mogłem przenosić...

Radocha z grania w Ruchu była, ale wielkich pieniędzy już raczej nie...

Wie pan, co dostałem za mistrzostwo Polski zdobyte przez Ruch w 1960 roku? Palmę z wiórów.

Jak to?

Klub przygotował różne nagrody rzeczowe, które piłkarze losowali. Ja napaliłem się na rakietę tenisową, ale trafiła się Jasiowi Schmidtowi [napastnikowi Ruchu w latach 1960-1962 – przyp. red.]. Mnie przypadła ozdobna palma. Stała potem u mamy na szafie. Trochę żałowałem tej rakiety...

Ach, to jeszcze nie wszystko! Na uroczystej akademii z okazji 40-lecia Ruchu każdy z piłkarzy dostał jeszcze po walizce. Pamiętam, że zielone były. Zdarzały się też inne miłe momenty: w 1958 roku po 500. meczu Ruchu w lidze, w którym strzeliłem dwa gole i wygraliśmy z Polonią Bytom 2:1, dostaliśmy ruskie zegarki z wygrawerowanym pamiątkowym napisem. Ja o pieniądzach wtedy nie marzyłem. Etat miałem w Hucie Batory. Pracowałem w tokarni przy gwintowaniu rur. Na szczęście majster patrzył na mnie ulgowo: jeśli zaczynałem o godz. 7, to kończyłem o godz. 11 i mogłem iść na trening.

Był jakiś obrońca w polskiej lidze, przeciw któremu nie lubił Pan grać?

Źle mi się grało przeciw obrońcom Legii Warszawa, byli wyjątkowo brutalni. Czasem jeszcze w tunelu prowokowali, przed meczem. Zapamiętałem zwłaszcza jednego, mniejsza o nazwiska. On, jak kopał, to nie po nogach, ale po brzuchu albo po głowie. Straszny był z niego „przecinak", jego koledzy z obrony też „nie odstawali".

Dużym szacunkiem darzę za to Staszka Oślizłę z Górnika. Grał twardo, ale zawsze fair. To była taka trudna do przejścia skała... Kapitalny piłkarz i przy okazji bardzo fajny człowiek. Zawsze się na niego mobilizowałem, zdarzyło się czasem wygrać z nim jakąś główkę... (śmiech).

Swoją drogą derby z Górnikiem to zawsze było wydarzenie. Lubiłem grać przeciw nim, bo często udawało się coś strzelić. Grając w Ruchu, pokonałem w lidze bramkarza Górnika siedem razy.

Ale kiedy Wy zdobyliście mistrzostwo w 1960 roku, w Pucharze Europy zagrał Górnik.

Wtedy graliśmy jeszcze systemem wiosna-jesień, a puchary odbywały się systemem jesień-wiosna. Dlatego mistrz Polski musiał potwierdzić dobrą formę co najmniej trzecim miejscem po rundzie wiosennej w kolejnym sezonie. Tymczasem w 1961 roku na półmetku byliśmy na czwartym miejscu, więc z Tottenhamem Londyn zamiast nas zagrał lider tabeli, czyli właśnie Górnik. Ja po latach i tak zagrałem przeciw Tottenhamowi! Ale już w barwach reprezentacji australijskiego stanu Wiktoria...

W Ruchu bardzo stawiał na Pana węgierski trener Janos Steiner, który wcześniej zdobywał mistrzowskie tytuły z Legią i Górnikiem...

To był znakomity fachowiec. Na Śląsku dawał pokazy treningów dla całego śląskiego środowiska piłkarskiego, wszyscy byli pod ich wrażeniem. Prowadził bardzo urozmaicone zajęcia. Dla niego najważniejsza była technika. Trening prowadził krótki, ale zawsze intensywny. Piłkarze musieli cały czas być w ruchu, trenowaliśmy przyjęcia piłki z powietrza, strzały z woleja w pozycjach akrobatycznych, dużo krótkich sprintów i ćwiczeń gimnastycznych. W tamtych czasach to było coś nowego. Ówcześni trenerzy „piłowali” nas ciężkimi treningami w górach, u Steinera tego nie było. A przy tym był człowiekiem bardzo kontaktowym, z każdym potrafił porozmawiać. Z Węgier przywoził dla nas kabanosy i salami na spotkania integracyjne. Z nikim się nie kłócił, ale jak już coś powiedział, nie było dyskusji.

To właśnie Steiner naciskał, żebyśmy jak najmniej robili fizycznie w hucie. „Przecież jeśli oni mają grać o mistrzostwo, to nie mogą pracować” – powtarzał.

Kiedy Steiner był trenerem Ruchu, my, piłkarze, przyswoiliśmy sobie kilka prostych węgierskich zwrotów, choć zazwyczaj mówił do nas po niemiecku.

Pan był jego tłumaczem.

Wie pan, na Śląsku niemiecki zawsze był przemieszany z polskim. Akurat w mojej rodzinie mówiło się po niemiecku. Kiedy poszedłem do polskiej szkoły w 1946 roku, to polskiego nie znałem. Ale w podstawówce bardzo lubiłem zajęcia właśnie z polskiego, mogę powiedzieć, że byłem prymusem. Jednak niemieckiego nie zapomniałem, choć w czasach PRL-u za często nie miałem okazji go używać. Gdybym dziś miał prowadzić specjalistyczną konwersację dotyczącą na przykład budowy samolotów, to byłyby trudności, ale ze swobodnym porozumiewaniem się nie mam problemów (śmiech).

Niemiecki przydał mi się nie tylko podczas współpracy ze Steinerem. W 1960 pojechałem jako reprezentant młodzieżówki na mecz do Cottbus. Przed wyjazdem rozeszło się, że w Niemieckiej Republice Demokratycznej brakuje... kawy, więc chłopaki postanowiły zrobić interes. Nakupowali tej kawy, ale na miejscu nie było jakoś okazji jej sprzedać. Wszyscy byli w desperacji. Prosili mnie: „»Elek«, ty znasz niemiecki, zrób coś". Obok stadionu, na którym mieliśmy grać mecz, było osiedle domków. Godzinę przed meczem urwaliśmy się z tą kawą razem Erwinem Wilczkiem i zaczęliśmy pukać od drzwi do drzwi. „Dzień dobry, jesteśmy z Polski, mamy dobrą kawę, nie chcieliby państwo kupić”? – pytałem. I tak paczka po paczce zszedł cały zapas. Wróciliśmy w pośpiechu na stadion. Wygraliśmy wtedy z NRD 3:0. Strzeliłem te trzy bramki...

To niejedyny Pański hat trick. Zdarzyło się, że trzy gole w jednym meczu strzelił Pan Edwardowi Szymkowiakowi, legendzie Polonii.

Jakoś miałem do niego szczęście, każdego roku strzelałem mu kilka goli. W 1961 roku padł remis 3:3, wszystkie trzy gole strzeliłem w pierwszej połowie. Niedługo potem spotkaliśmy się w Świerklańcu w Pałacu Kawalera, bo tak się złożyło, że Ruch i Polonia miały tam przedmeczowe zgrupowanie. Polonia nocowała na dole, a Ruch na piętrze. Wtedy Szymkowiak podszedł do mnie, popatrzył i mruknął: „Aleś miał farta, aleś miał farta"...

Wiele razy zastanawiałem się, jakim cudem człowiek, który strzelił ponad sto goli w ekstraklasie, nie zaliczył ani jednego oficjalnego występu w pierwszej reprezentacji Polski.

Sam do końca tego nie rozumiem. Nie byłem typowym, wysokim, rosłym napastnikiem, który ma się przepychać. Może tym kierowali się trenerzy? Fakt, że konkurencja była spora: Brychczy, Pohl, Liberda, Hachorek, Norkowski... Uważam, że zasługiwałem na to, żeby pojechać na igrzyska do Rzymu. Zamiast na olimpiadę zabrałem się z kadrą B na tournée po zachodniej Europie. Przeciw słynnej drużynie Stade de Reims [finaliście Pucharu Europy w latach 1956 i 1959 – przyp. red.] rozegrałem jeden z najlepszych meczów w życiu. Wygraliśmy wtedy 5:3. U rywali grali wtedy m.in. Raymond Kopaszewski i Roger Piantoni...

Za to zagrał Pan w kadrze PZPN-u przeciw najlepszemu piłkarzowi świata wszech czasów...

W 1960 roku do Polski przyjechał Santos z Pelem w składzie. Na Stadionie Śląskim przegraliśmy 2:5, ale najbardziej w tamtym meczu podobał mi się nie Pele, a wspomniany już Szymkowiak, który choć przepuścił pięć goli, to i tak dokonywał w bramce cudów. Pele, owszem, strzelił dwa gole, ale dla mnie najlepszym piłkarzem świata był w tamtych czasach Alfredo di Stefano.

Miał Pan paskudne kontuzje.

Pierwsza była bardzo ciężka. Zdarzyła się 6 września 1959 roku, dobrze pamiętam ten dzień. W meczu z Legią pękło mi jelito cienkie. W starciu podbramkowym obrońcy pchnęli mnie na bramkarza Stanisława Fołtyna. Młody był wtedy, jeszcze niedoświadczony. Chciał wypiąstkować piłkę i z całym impetem obiema pięściami trafił mnie w brzuch. Sędzia nawet nie przerwał gry. Myślałem, że zwariuję z bólu. Jelito odbiło mi się od kręgosłupa i pękło, choć wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Poszedłem zwinięty za bramkę i leżałem na ziemi, czekając, aż ten nieziemski ból minie. Myślałem, że za chwilę przejdzie i że zaraz wrócę do gry. Wtedy jeszcze nie było wolno dokonywać zmian, więc Gerard Cieślik co chwilę podbiegał do mnie i krzyczał: „Wstawaj, wstawaj!". Próbowałem, ale naprawdę nie byłem w stanie. Ruch do końca grał w dziesiątkę i utrzymał 0:0. Zaraz zawieźli mnie do szpitala na Strzelców Bytomskich i mnie uratowali. Początkowo w szoku nie chciałem zgodzić się na operację. Ostatecznie rozcięli mi wszerz cały brzuch, wszystko tam się wewnątrz rozlało... Koledzy myśleli, że już nie wrócę na boisko, ale w następnym roku wróciłem [tak się złożyło, że akurat ten mecz był ostatnim wspólnym ligowym występem Cieślika i Lercha, bo ten pierwszy jeszcze w tym samym roku zakończył karierę – przyp. red.].

Druga poważna kontuzja przydarzyła mi się po koniec mojej gry w Ruchu. Latem 1966 roku złamałem obojczyk w Jeleniej Górze na obozie przygotowawczym. Efekt: trzy miesiące przerwy. Byłem zdesperowany, trenowałem w gipsowym gorsecie, żeby jak najszybciej dojść do formy. Trener Teodor Wieczorek wystawił mnie na prestiżowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec na Ludowym. Strzeliłem gola, wygraliśmy 2:1. Jeden z moich ostatnich pamiętnych meczów w Ruchu i ostatnia ligowa bramka dla niebieskich...

W wieku 28 lat przeszedł Pan do ROW-u Rybnik.

Po latach myślę, że właśnie gdy grałem w Rybniku, doszedłem do najwyższej formy. Byłem tam idolem, robiłem na boisku, co chciałem, strzelałem mnóstwo goli. W II lidze zostałem królem strzelców. Gazety policzyły, że zdobyłem w jednym sezonie więcej goli niż pięć drużyn II ligi.

Trzykrotnie zdobywaliśmy awans do ekstraklasy. Codziennie dojeżdżałem na treningi z Chorzowa. Pociągiem do Gliwic, a potem przesiadałem się do autobusu.

No i w Rybniku można było zarobić. Byliśmy na etatach w kopalni Chwałowice, później pół Ruchu chciało z tego powodu przejść za mną do ROW-u.

Rozegraliśmy wiele fajnych meczów. Zdarzało się, że wdzięczni rybniccy kibice na rynku nas witali! Żyli piłką, ale... jeszcze bardziej żyli wtedy żużlem. Tam była wówczas wspaniała drużyna z Woryną i Wyglendą na czele. Lubiliśmy się z żużlowcami, to były fajne chłopaki. W zabawny sposób nas motywowali. Często jeździli na zawodach w Anglii i kiedyś na stacji benzynowej nakupowali medalików z podobiznami sławnych angielskich piłkarzy. Potem, jak któryś z nas strzelił gola, to dostawał taki medalik...

Z ROW-em pokazaliśmy się w Europie, kilka razy graliśmy w Pucharze Intertoto. Wygraliśmy nawet grupę. Już jako piłkarz ROW-u zdobyłem setnego gola w lidze. Strzeliłem go Jankowi Gomoli z Górnika.

W 1975 roku wyjechał Pan na saksy do Australii.

Początkowo nie miałem zamiaru się nigdzie ruszać. Gienek Faber chciał, żebym grał z nim we Francji, mogłem zostać w Niemczech, ale ja zawsze wolałem być z rodziną w Chorzowie. Zgodziłem się na grę w polonijnej drużynie z Melbourne, ale potem strasznie tęskniłem, bo nie mogłem zabrać żony i dwóch małych synów.

Sprowadził mnie biznesmen z branży budowlanej, który nazywał się Bazyli Sowiak, bodaj lwowiak. Początki były nerwowe. Na lotnisku w Melbourne nikt na mnie nie czekał, nikt nie wiedział o piłkarzu z Polski. Okazało się, że Sowiak chciał zrobić wszystkim niespodziankę i nikomu nic nie powiedział o moim przyjeździe. Z budki telefonicznej zadzwoniłem pod podany numer i zapytałem o Bazylego? „Bazyli? Bazyli is dead” – usłyszałem w słuchawce. Okazało się, że w momencie kiedy ja przylatywałem, biznesmen właśnie umierał... Na szczęście odebrał jego syn, jedyny, którego ojciec wtajemniczył w „niespodziankę". No i zawiózł mnie na stadion...

Trochę goli jeszcze w tej Australii postrzelałem. Było mało wyrafinowanej taktyki, a dużo dalekich wykopów do przodu. Chciałem wracać po roku, ale usłyszałem, że są ze mnie zadowoleni i mowy nie ma. Zostałem grającym coachem. Działacze chcieli, żebym został na stałe, obiecywali, że pomogą ściągnąć rodzinę i spłacić raty za domek, ale wróciłem do Chorzowa. Dziś mieszkam na trzecim piętrze w bloku, ale jestem zadowolony z życia. Najważniejsze, że synowie wyszli na porządnych ludzi.

***

Eugeniusz Lerch, ps. „Elek”

ur. 15 lutego 1939 roku w Chorzowie

Kluby: Ruch Chorzów (1949-1967), ROW Rybnik (1967-1975), Polonia Melbourne (1975-1976)

Mistrz Polski: 1960. W ekstraklasie strzelił 106 goli (85 dla Ruchu i 21 dla ROW-u).

Trener m.in. Grunwaldu Halemba, Zgody Bielszowice, AKS-u Chorzów, Slavii Ruda Śląska, Walcowni Czechowice i Gwarka Tarnowskie Góry. Był także drugim koordynatorem ds. młodzieży i drugim trenerem w Ruchu.

wtorek, 29 stycznia 2019
Czego kibice mogą żądać od piłkarzy poza dobrą grą

Zawsze chciałem żeby drużyny, którym kibicuję przede wszystkim wygrywały. Zawsze wydawało mi się oczywiste, że to istota kibicowania. Potem zaczęło do mnie docierać, że to nie jest takie proste.

Nie wiadomo dlaczego kibice pragną wierzyć, że piłkarze kochają klub, w którym grają tak samo jak oni, bywalcy trybun. Nigdy tak naprawdę tego nie potrafiłem zrozumieć. Moim zdaniem było to możliwe jedynie w romantycznych czasach pionierskich kiedy drużyny piłkarskie, nawet te ligowe składały się z piłkarzy, którzy wychowali się co najmniej w okolicach stadionu a już na pewno w mieście gdzie ten klub miał siedzibę. Tak że kiedy zaznaczyło się cyrklem odległość kilkunastu kilometrów od stadionu to w obrębie narysowanego koła były domy rodzinne wszystkich piłkarzy. W obecnej erze takie historie się nie zdarzają. Ba nie zdarzały się już w erze poprzedniej, a przykład Celticu, który w 1967 roku wygrał Puchar Europy Mistrzów Krajowych zawodnikami w komplecie pochodzącym z Glasgow albo jego bezpośredniego sąsiedztwa jest nie do powtórzenia.

Kibice zazwyczaj chcą deklaracji miłości do klubu od piłkarzy czy raczej wręcz wpisują tę miłość do zawodowych obowiązków zawodników! Jakby nie chcieli pamiętać, że w obecnych czasach gra w piłkę to przede wszystkim ich zawód. Zauważcie jednak, że dotyczy to tylko tych, którzy mogą się przydać drużynie. Wtedy nie ma znaczenia czy są przyjezdni czy miejscowi. W obu wypadkach MUSZĄ „kochać” tak samo. Zauważcie jednak, że nikogo na trybunach nie obchodzi już kogo piłkarz „kocha” kiedy jest zwyczajnie słaby.

Moim zdaniem chodzi nie tyle o niezdrową miłość co niezdrowe deklaracje. Dla mnie takie „deklaracje miłości” przez to, że często wymuszane są właściwie nic nie warte. Bo co miałaby oznaczać?

Dlatego charakterystyczne jest w jaki sposób niektórzy kibice wyobrażają sobie taki wyraz miłości do klubu. Nie polega on oczywiście na wybitnej grze, nie można przecież żądać żeby ktoś grał lepiej niż potrafi. Wyraz miłości ma polegać na pełnym zaangażowaniu, od piłkarzy żąda się żeby walczyli, żeby jechali na pełnej (niech tu każdy wpisze sobie co uważa). O ile to potrafię jeszcze zrozumieć (choć od zapienionego walczaka zawsze wolę grajka, który z rozmysłem odstawi nogę a potem właduje gola po wyrafinowanej akcji) to nie rozumiem dlaczego muszą okazywać radość po strzelanych bramkach. Chodzi o ten gwałtowny bieg z rozpostartymi ramionami w stronę trybuny gdzie siedzą najgorętsi fani po zdobytej bramce?

Tak naprawdę niektórzy fanatycy wyobrażają sobie, że miłość do klubu to miłość przede wszystkim do nich, bo przecież „klub to my, a nie wy”. Czyż to nie przypomina trochę postawy dziewczyny, która będąc niepewna uczuć swojego chłopaka, domaga się od niego publicznego ich okazywania (ewentualnie odwrotnie)?

Mnie nigdy nie zależało na tym, żeby po golu piłkarz leciał w moją stronę wrzeszcząc coś, że to dla mnie i moich kolegów. Wolałbym żeby zachwycał mnie na boisku, a jednocześnie nie okazywał mi - jako kibicowi - żadnego zainteresowania.

Szczerze mówiąc miałbym w dupie, że ma mnie w dupie. Byle był dobry na boisku.

Czytam właśnie świetną biografię Socratesa, którą napisał Andrew Downie [wyd. Arena]. To był niezwykły piłkarz, który nie kłaniał się nikomu. "Zaraz na początku [kiedy przyszedł do Corinthians Sao Paolo, przyp. aut.] powiedziałem do niego: „Socratesie, kiedy strzelisz bramkę, musisz okazać radość. On miał ten dziwny zwyczaj bycia zamkniętym w sobie i nieokazywania emocji" - przekonywał go Palhinha, kolega z zespołu. 

Potem się to zmieniło, ale przecież nie każdy jest jak Józef Nowak z Ruchu, który w latach 80, kiedy strzelił gola rozpalał publikę biegnąc z szaleństwem w oczach i rzucając się na płot fraternizując z kibicami. To oczywiście jest sympatyczne i do dziś wspominane, ale czy Nowak kochał bardziej Ruch niż Socrates kochał Corinthians?

Piszę ten felieton z myślą o Szymonie Żurkowskim, którego talent mnie oczarował, a właśnie przesądziło się, że odchodzi z Zabrza. Czy fani Górnika uważają, że kocha klub czy raczej nie?

Moim zdaniem to całkowicie nieistotne. Nawet gdyby okazało się, że Żurkowski darzy płomiennym uczuciem Ruch Chorzów (a nic mi o tym oczywiście nie wiadomo) nie powinno mieć to znaczenia, bo jego gra i zaangażowanie dla Górnika w okresie pobytu na Roosevelta były bez zarzutu.

Reasumując: czego więc kibice mogą żądać od piłkarzy poza dobrą ich grą? Odpowiedź jest prosta.

Niczego.

13:29, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 grudnia 2018
Cud zbiorowego uniesienia

Dziś jest pogrzeb Kazimierza Kutza. Cześć Jego Pamięci. Piętnaście lat temu zrobiliśmy z nim wywiad o piłce nożnej

***

Tak jak na boisku: dzieje się cud zbiorowego uniesienia.

Na nasz stadion w Szopieniach przyjechała drużyna z tabunem wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. gdy zdobyliśmy gola, ci panowie wyjęli spluwy i zaczęli strzelać. Przyjezdna drużyna nazywała się SS Auschwitz.

Paweł Czado, Piotr Zawadzki: Lubi Pan futbol?

Kazimierz Kutz: Jak wszyscy na Śląsku. Przed wojną było ogromne bezrobocie, Ślązacy mieli dużo wolnego czasu, więc kopali piłkę. Żeby grać w śląskiej A-klasie, trzeba było być znakomitym piłkarzem. 

A Pan jakim był?

- Nooo, skoro grałem w reprezentacji szkoły filmowej, to znaczy, że byłem dobry. Technika, szybkość, zwinność były moimi atutami. Że o inteligencji nie wspomnę. 

W łódzkiej Filmówce byli dobrzy piłkarze?

- W szkole strasznie się piło, więc mecze to był dobry sposób na kaca. Staszek Jędryka z Sosnowca był fenomenalnym defensywnym pomocnikiem. Grał nawet w reprezentacji Polski juniorów. Było też kilku dobrych studentów z Bułgarii. W akademickich mistrzostwach Łodzi graliśmy z politechniką. Tamci pięknie się prezentowali, a jak my wyszliśmy na boisko, to był jeden wielki śmiech. Takie Łazarze blade! Pijoki! Nawet jednakowych koszulek nie mieliśmy. Na bramce stał Jurek Gruza, bo dobrze wyglądał. Ja na prawym łączniku, to taki ofensywny pomocnik. A w ataku Wiesiek Zdort, później operator wielu moich filmów, który na setkę schodził poniżej 11 sekund! Nasza taktyka była prosta: powstrzymać ich, odebrać piłkę i wywalić ją do Zdorta. Po 20 minutach było 4:0 dla nas! Główka, nóżka, fiuuu do Zdorta i fruuu - gol! Ale że nie mieliśmy kondycji, dorwali nas w drugiej połowie... 

Przed wojną mogłoby się wydawać, że Pańskie rodzinne Szopienice to ostatnie miejsce na ziemi do uprawiania sportu.

- Od zachodu dymiło z huty ołowiu i kadmu, od wschodu z huty cynku, a w środku była wytwórnia hauskejzy [sera domowego - red.]. Ale w tej śmierdzącej dzielnicy zawsze było mnóstwo wysportowanych chłopaków. Kiedy miałem sześć lat, nie tylko należałem do chóru parafialnego, ale i potrafiłem zrobić stójkę na rękach albo salto. To nic nadzwyczajnego - wszyscy byliśmy jak koty.

W 18-tysięcznych wtedy Szopienicach było pięć klubów piłkarskich. W jednym piłkę kopali socjaliści, w innym powstańcy. Oprócz tego niezliczona ilość drużyn podwórkowych. W napięciach wynikających z rywalizacji uczestniczyło całe miasto. Mecz i wetka, czyli rewanż, trwały bez przerwy. To była zażarta, nawet krwiożercza rywalizacja. Gdyby chłopak z Ogrodu Dworcowego, ja tam mieszkałem, zakochał się w dziewczynie mieszkającej na Wilhelminie i chciał ją odwiedzić, od razu dostałby w banię.

Doskonale pamiętam czterech wspaniałych braci Pająków z HKS - najlepszego klubu w Szopienicach. Wszyscy zostali potem wcieleni do Wehrmachtu i poginęli na wojnie. Pamiętam też matkę Pająków. Na co dzień prała synom stroje, a w czasie meczów siadała na ryczce [zydelku - red.] obok bramki i wrzeszcząc, dawała im wskazówki. Miała nad nimi ogromną władzę.

Świetni byli także piłkarze z rodziny, której nazwiska już nie pamiętam, wołaliśmy na nich "Pitusie". Pająkowie wżenili się w "Pitusiów" i ta rodzinna drużyna była wręcz nieprawdopodobna. 

Ale w Szopienicach i tak wszyscy czekali na coroczny przyjazd Ruchu na towarzyski mecz.

- Obok odpustu to było najważniejsze wydarzenie. Obłęd, jak dziś wielki koncert rockowy. Bo przed wojną na Śląsku była piramida wielu drużyn, a na jej szczycie Ruch. Peterek, Wodarz. Giemsa... Najwyższa klasa, a przy tym ludzie stąd. No i ten Wilimowski! Krzywe nogi, rudy taki, ale co on z piłką wyprawiał! Pamiętam go z meczu Niemcy - Rumunia w Bytomiu [7:0 dla Niemiec w 1942 roku - red.].

Po wojnie symbolem Ruchu był Cieślik. Gdy pojechał z reprezentacją Śląska na tournee po Wyspach Brytyjskich, zachwyceni Anglicy oferowali ogromne jak na owe czasy pieniądze [10 tys. funtów - red.]. A on odmówił.

"Gerard, na Boga. Czemu pan nie przyjął takiej oferty?" - spytałem go po latach. "A co jo bych tam mioł robić" - odparł. To mówi wszystko. Cieślik zawsze kochał Ruch. Jego największa zmiana w życiu nastąpiła dziesięć lat temu: przeprowadził się dwie ulice dalej i miał bliżej na stadion.

Kiedy studiowałem w Łodzi, poszedłem raz na mecz ŁKS-u z Ruchem. Bramkarz złapał piłkę i cała drużyna Ruchu cofała się, ale plecami do niego. Jak bramkarz wykopał piłkę, to Cieślik już przeszedł środek boiska. Nagle się odwrócił i widzi, jak ta piłka leci na niego. I z tej swojej krótkiej nóżki jak nie pierd...! Piłka fruuu - i już w bramce! Stadion na króciutką chwilę zamarł, a potem wybuchła euforia. Kibice nigdy czegoś takiego nie widzieli i pewnie już potem nie zobaczyli.

Dziś Ruch bieduje i całe śląskie piłkarstwo bieduje. Powód? Po prostu: tu jest brzydko, tu się nie da mieszkać, tu wszystko się wali. Na całe śląskie piłkarstwo jest mniej pieniędzy niż w jednym miasteczku pod Poznaniem, gdzie bogaty człowiek produkuje foteliki samochodowe.

Ale Ślązacy nadal kochają futbol. 

W Pańskim filmie "Perła w koronie" górnicy grają w piłkę, nawet gdy strajkują pod ziemią.

- Wpadłem na ten pomysł, żeby pokazać, że oni mieli nawyk wypełniania wolnego czasu. A strajk to w jakimś sensie czas wolny. Piłka odwracała ich uwagę od cierpienia, od rozmyślań, co tam na górze, co z rodziną itd. Dlatego jak dziś strajkujący przychodzą z leżakami, to mi się chce śmiać. 

Najbardziej dramatyczne przeżycie związane z piłką?

- Podczas okupacji HKS grał w A-klasie [wszyscy Ślązacy byli wtedy obywatelami Rzeszy i mogli grać w swoich klubach, tylko pod zmienionymi nazwami. Jedynie Ruch został przez hitlerowców rozwiązany - red.]. Pewnego razu na nasz stadion w Szopienicach przyjechała dziwna drużyna. Zobaczyliśmy tabun wielkich facetów w eleganckich mundurkach, w skórzanych płaszczykach. Nie siedzieli na ławkach, tylko na nich stali. Nikt z nas nie spodziewał się tego, co się za chwilę wydarzy.

W HKS grała stara dobra przedwojenna drużyna, z "Pitusiami" i "Pająkami". To było jeszcze przed wojną z Rosją i nie brali ludzi do Wehrmachtu. Prawy pomocnik Morgała bodaj już w 11. minucie zdobył gola. I wtedy ci panowie w mundurkach wyjęli spluwy i zaczęli strzelać i bić. Skopali Morgałę. To był koniec futbolu w Szopienicach. Drużyna rozpadła się po prostu ze strachu. Ten przyjezdny zespół nazywał się SS Auschwitz... 

Najsławniejszym sportowcem z Szopienic był Janusz Sidło, wicemistrz olimpijski, dwukrotny mistrz Europy, rekordzista świata.

- Mój dobry kolega zresztą. To był absolutny niedźwiedź. Gdy się u nas drzwi zacięły, jak szarpnął - to wyrwał je z framugą! Można powiedzieć, że Sidło osiągnął sukces dzięki konfliktowi śląsko-zagłębiowskiemu. Bo on, proszę panów, rzucał od dzieciństwa: jechało się na stawy między Szopienicami a Sosnowcem i napieprzało z sosnowiakami na kamienie. Dzięki tym wyprawom ja też rękę sobie wyrobiłem. Przy okazji jakiegoś filmu zrobiliśmy zawody w rzucie granatem. Moim rywalem był reżyser Jerzy Kawalerowicz - dziesięcioboista, zbudowany jak Adonis. A ja z moimi warunkami go załatwiłem!

Pamiętam, jak Sidło pierwszy raz rzucił 80 metrów. Trochę popiliśmy, wziąłem go na stronę i mówię: "Gdybyś chciał, mógłbyś rzucić 100 metrów". A on na to: "Oczywiście, że tak. Ale wiesz, jak roz sypna sto, to oni zawsze bydom chcieli, żebych tyla rzucoł. Tak się nie do, a osiemdziesiąt to jo moga całe życie". Taka była jego filozofia.

Kiedy Sidły przeprowadziły się do śródmieścia, zamieszkali drzwi w drzwi z Białasami. Białasowie mieli mleczarnię, więc ich syn Czesiek ciągle wpieprzał te sery, te śmietany i w kółko nosił bańki po mleku. A potem został medalistą mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. W Szopienicach mieszkała też Bregulanka, ona pchała kulą i też pojechała na olimpiadę. 

W latach 50. na Śląsku pojawiła się nowa siła - Górnik Zabrze. I sukcesami przykrywał legendę Pana ukochanego Ruchu.

- Sentymentalnie zawsze byłem związany z Ruchem, ale cieszyłem się, że jest Górnik. Tyle że jego sukcesy to był efekt pieniędzy, które się pojawiły w górnictwie. 

Dwaj Ślązacy - Szołtysik i Cieślik - strzelali zwycięskie gole w meczach ze Związkiem Radzieckim.

- Ach, ten mecz w 1957... Może przesadzam, ale on wywołał taką euforię jak wybór Papieża. A Cieślik był wtedy dla wszystkich tym facetem, który przyp... Związkowi Radzieckiemu. I to dwa razy. 

Cieślik na Stadionie Śląskim.

- Opowiem wam mało znaną historię. W latach 50. wszyscy się wtedy zachwycali murawą stadionów w Anglii. Wojewoda Ziętek kazał sprowadzić do siebie najlepszych ogrodników ze Śląska. "Słuchejcie, pojedziecie do Londynu. I mocie tam kupić ta trowa. A jak się nie uda kupić, to trza ukraść". No i oni ją jakoś przywieźli, posiali. Miała wschodzić sześć tygodni. Na stadionie zatrudniono emerytów, którzy pilnowali, żeby nikt nie chodził po tej trawie. Ale jakoś nie wschodziła. W końcu Ziętek się zniecierpliwił i o piątej rano polazł sprawdzić, co się dzieje. Emeryt widzi, że ktoś chodzi po trawie i go zaczyna opierd... Jak się zorientował, że to wojewoda, o mało nie umarł ze strachu. A za godzinę Ziętek dzwoni do dyrektora stadionu: "Dejcie mu premia, bo dobrze pilnuje". 

Tuż obok silnych klubów śląskich wyrosło nagle prawie tak samo mocne Zagłębie Sosnowiec. Ile prawdy jest w tym, że za nim stał Gierek?

- Na Śląsku przed wojną zawsze były wielkie drużyny, a zagłębiacy robili wszystko, żeby sobie też taką zafundować. Po wojnie przejęli władzę, bo, jak mówił świętej pamięci śląski literat Wilhelm Szewczyk, przez komunistyczność tego regionu mieli największą wydajność przywódców z hektara. Zagłębie powstało na bazie klubu o nazwie RKU. Gdy w 1946 roku RKU grał z AKS Chorzów, doszło do potężnych zamieszek między kibicami obu drużyn. Niektórzy mówili, że to czwarte powstanie.

Ta nowa drużyna była oczkiem w głowie wszystkich władców z Zagłębia. Zdarzało się, że niektóre śląskie kluby, chcąc zrobić Gierkowi przyjemność, przegrywały z Zagłębiem, ale to, co się działo później za Grudnia [I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w latach 1971-80 - red.], to była kompletna paranoja. Wiem na pewno, że przed meczem wzywał sędziów, żeby ustalić wynik. 

Czy wpływ komuny na sport był dotkliwy?

- Znaczny. Moja pierwsza żona była tenisistką, więc dobrze w tamtych czasach poznałem to środowisko. O wszystkim decydowała grupa działaczy partyjnych, którzy rozstrzygali, kto pojedzie na turniej zagraniczny, a kto nie. Dlatego jak jedna z drugą chciała robić karierę, to musiała "dać", nie było innej możliwości.

Ale z drugiej strony wielu utalentowanych, mądrych ludzi, którzy nie chcieli uczestniczyć w polityce, znajdowało w sporcie azyl. W sporcie istniało coś, czego nie było w codziennym życiu: entuzjazm, sprawiedliwość, poczucie wolności, szacunek dla innych. Sport był demonstracją przeciw paskudnej rzeczywistości. Tak jak polskie kino i teatr - sport był schowkiem opozycji. 

Jaki sport lubi Pan poza piłką?

- Siatkówkę. Nooo, wspaniały sport. Na tę Skowrońską to mogę patrzeć od rana do nocy. Przed laty taką sportową muzą była Basia Sobottowa. Gdy zdobywała mistrzostwo Europy na 200 metrów [w 1958 roku - red.], to kochała się w niej połowa reprezentacji lekkoatletycznych. Wybrano ją na najładniejszą dziewczynę mistrzostw, jakiś niemiecki sprinter to nawet stracił dla niej całkowicie głowę. A dziś weźmy taką Annę Kurnikową. Ta jej widownia: tabuny młodych chłopów, których mecz właściwie gówno obchodzi. Oni patrzą tylko, jak to zwierzę lata po korcie. A ta odpicowana na tę okoliczność, dba o każdy szczegół. I to jest piękno sportu, bo daje ludziom zapotrzebowanie na instynkty w wysublimowanej formie. To fajne obcować z takim wdziękiem. 

Ostatnie sukcesy siatkarek to także zasługa ich trenera Andrzeja Niemczyka.

- Jest świetny, bo wyczuwa subtelną magię odmienności płci. Bardzo lubi kobiety. Tak jak ja. Bo nie może być dobrym trenerem kobiet ktoś, kto się nimi nie fascynuje. To jest instynktowne, zwierzęce. Nie wolno mu jednak żadnej wyróżnić, bo bańka pryśnie w jednej sekundzie. 

Piłka nożna kobiet też się Panu podoba?

- Również, również. Dziewczyny już tak świetnie grają, że jak są mistrzostwa świata, to z przyjemnością na to patrzę. 

Piłkarki nie wyglądają jednak specjalnie efektownie.

- Trudno, ale mam szacunek dla wyczynu. 

Jest Pan kibicem telewizyjnym?

- Tak. Bo chcę oglądać tych, którzy kopią piłkę inaczej niż wszyscy. Beckham, Zidane, Henry - oni już przekraczają pewne granice.

Ale tak naprawdę jestem maniakiem ligi niemieckiej. 

Komu Pan kibicuje? Bayernowi?

- Z Bayernem jest jak ze starą żoną, oglądam go już z nawyku. Kiedy działacze z Monachium sprzedali Elbera, popełnili moim zdaniem fatalny błąd. Ale to jest pocieszające, że tacy znawcy, takie cwaniaki, a też się mylą. Ostatnio mam coraz więcej satysfakcji, jak Bayern przegrywa. Teraz wolę VfB Stuttgart, bo to drużyna, która mąci stary układ.

W niemieckiej lidze uczestniczę intensywnie. W sobotę ona jest dla mnie najważniejsza. Cieszę się, że w każdy weekend mogę obejrzeć nieraz nawet trzy mecze. Wolę to niż cały ten szajs: telenowele, gadaczy politycznych, nacjonalistów, komunistów. Mecze piłkarskie to są wielkie spektakle teatralne, ale z jednym procentem niewiadomej. Jaki będzie wynik, kto kogo skopie, kto zobaczy czerwoną kartkę? A jeśli jeszcze jest to perfekcyjnie pokazane, to się dostaje produkt wręcz artystyczny. Bo znaczna część piłkarzy to są artyści. Choćby taki Bernd Schneider, wspaniały piłkarz!

Ten z Leverkusen? Przecież takich jak on jest wielu...

- Co też panowie opowiadają! To gwiazda niemieckiej ligi. Na MŚ był najlepszy w drużynie. Ja go uwielbiam. Tak jak Sammera, trenera Borussii Dortmund. On ma takie perypetie z drużyną... Jak on walczy z epidemią kontuzji, jak heroicznie sięga po jakiegoś chłopca z amatorskiej drużyny, żeby zatkać dziurę w składzie.

Albo perypetie Ailtona z Werderu. Ma chłopak kłopoty z nadwagą, balansuje na krawędzi. A musi się pilnować, bo inaczej straci wielkie pieniądze. Ale na razie strzela bramki, więc wszystko jest w porządku.

Bundesliga to taki wspaniały serial w odcinkach. Jest dla mnie ciekawa także dlatego, że gra w niej dużo Ślązaków: Schindzielorz, Podolski, Freier, Klose...

W niemieckich drużynach piłkarzy ze śląskimi korzeniami jest zdaje się nawet więcej niż Turków. I mnie to cieszy, a jednocześnie jest mi żal, że nie grają dla Polski. I powstaje pytanie: dlaczego?

Ważne, że mogą liczyć na kibiców Ślązaków. W Zagłębiu Ruhry jest ich mnóstwo. Wielu z nich, dawnych kibiców Ruchu, kibicuje teraz Schalke Gelsenkirchen. Oba kluby mają nawet te same biało-niebieskie barwy. 

Ogląda Pan tylko Bundesligę?

- Lubię też ligę włoską. Włosi kłócą się, rozpaczają, biją nawet. Ich mecze to jak widowiska teatralne. 

Jak przy tym wszystkim wygląda polska liga?

- Polskiej piłki nie oglądam. Jest tępa, amatorska - nieciekawa po prostu. Mamy sezonowe drużyny: Wisłę, teraz Groclin. Ktoś wyściboli jakieś pieniądze, żeby zebrać graczy w miarę przyzwoitych. Ale te zespoły to chimery, bo co lepsi piłkarze są z miejsca wykupywani. Poziom europejski w Polsce jest więc jak mgnienie wiosny, bo wszystko się szybko rozpada. Anelka, kiedy przyjechał do nas z Manchesterem City, to niczym nie zaimponował, a przecież jest więcej wart niż cała liga polska. Więc nasi piłkarze się demoralizują, a ta magia pieniądza wyraźnie im szkodzi.

Ale cóż... Każdy sportowiec pracuje na zaplecze. Rozwodzą się, mają dzieci, a wszyscy później ciągną pieniądze. Mają przecież kupę ludzi na utrzymaniu. Ale tak jest w każdej dziedzinie.

Żałuję tylko, że polska piłka nie ma dziś w sobie tej radości co kiedyś. 

Tak jak za czasów Kazimierza Górskiego?

- Wszyscy piłkarze tamtej drużyny mówią o nim jak o dobrym ojcu. On dawał im przedziwną opiekuńczość, a oni się odpłacali najlepiej, jak umieli. On w nich odkrywał możliwości, których sami w sobie nie podejrzewali. Potrafił te osobowości znaleźć i dopasować, i potem nauczył ich nowoczesnego myślenia ofensywnego o piłce. I jego chłopcy dokonali rzeczy historycznej. A przy tym wszystkim chłopcy Górskiego podleczyli psychikę społeczną w Polsce.

Górski miał jeszcze jedną ważną cechę: potrafił odnieść sukces. To wielka sztuka. Bo niektórzy za wcześnie dobrze się czują, a potem oglądamy ich kolosalne upadki. Z klęski można się wydobyć, a ze źle spożytego sukcesu już nie. Bo sport to dziedzina o wielkim potencjale demoralizacji. 

Czy trener powinien piłkarzom pozwalać na improwizację?

- Najwybitniejsi piłkarze mają wolność na boisku. Wszyscy liczą, że ta ich improwizacja, zdolność zaskakiwania to będzie tajna broń na przeciwnika. To jest najwyższy pułap, drużyn z takimi graczami jest na świecie tylko kilka. 

A jak Pan dobiera obsadę, to też Pan liczy na element zaskoczenia?

- Zawsze tak jest. Przytomny reżyser, jeśli ma do dyspozycji wielkiego aktora, to musi mu postawić bardzo poważne zadanie. Nawet ponad jego aktualne możliwości. To są najprzyjemniejsze chwile w zawodzie. A kiedy widziałem na dodatek, jak Łomnicki, Trela czy Gajos niesłychanie pobudzają pozostałych aktorów...

środa, 26 grudnia 2018
Śledztwo w Saint-Louis

Spacerowałem po wyspie w mieście Saint-Louis. To pierwsza kolonialna francuska osada w Afryce, ma jednorazowy urok. Przy Rue Ecole Coliche 36 stanąłem jak wryty. Zobaczyłem wmurowaną w ścianę tę tablicę. Głosi, że pochodzący stąd Mbarick Fall zwany Battling Siki to pierwszy afrykański mistrz świata w boksie zawodowym. Urodził się w Saint-Louis 22 września 1897 roku. Zmarł bardzo młodo, już w 1925 roku.

Nigdy wcześniej o tym facecie nie słyszałem, przyznaję. Od razu chciałem się czegoś dowiedzieć więc zastosowałem sprawdzoną metodę. Pytałem przechodzących ludzi czy wiedzą coś o tym bokserze z tablicy. Tylko wzruszali ramionami.

Ale nie poddałem się. W niedalekim hotelu Pointe de Sud na południowym krańcu wyspy zauważyłem na ścianie fotkę ze słynnej walki Alego z Foremanem, która odbyła się w Kinszasie w 1974. Było to bodaj pierwsze wydarzenie sportowe o światowym zasięgu mające miejsce w Afryce. Pomyślałem, że ktoś tu chyba interesuje się boksem. Nie pomyliłem się...

Wszystko wyjaśnił mi pracujący w hotelu konsjerż Mamadou Dia. - Siki wychował się tutaj, na lagunie - mówi.

Langue de Barbarie to wąski, piaszczysty półwysep oddzielający Atlantyk od ujścia rzeki Senegal i wyspy na której nocowałem, przyp.pacz.]. Dziś to siedziba tajemniczego, starego plemienia Lebou, zajmującego się rybołówstwem. Tajemniczego, bo Lebou nie są specjalnie wylewni. Starego, bo podobno mówili w języku Wolof wcześniej niż Wolof...

- Nie wiem czy Battling Siki był Lebou. Ale wiem, że zaciągnął się do francuskiej armii i poszedł na I wojnę światową. Nikt z nas nigdy nie widział go w akcji, u nas w Senegalu nie walczył. Ale jesteśmy z niego dumni - mówi Dia.

Senegalczyk stał się rewelacją wagi półciężkiej. W Europie łoił wszystkich, wreszcie w 1922 roku pokonał słynnego George'a Carpentiera i został pierwszym afrykańskim zawodowym mistrzem świata w boksie (jego walkę z Carpentierem można zobaczyć TUTAJ.)

Stał się ulubieńcem Paryża, ale sielanka nie trwała długo. Zaczął imprezować i po pół roku stracił pas. Wyjechał do Ameryki. Tam chciał kontynuować karierę, ale po dwóch latach w Nowym Jorku dostał dwie kulki w plecy...

Ćwierć wieku temu jego szczątki zostały sprowadzone do Saint-Louis.

Smutna, działająca na wyobraźnię historia.

13:55, pavelczado , Boks
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 grudnia 2018
Moja pierwsza rozmowa na wakacjach

Banjul, Gambia. Po przyjeździe natychmiast wbijam samotnie w miasto. Północ. Nieoświetlony zaułek. Kilkudziesięciu miejscowych porozrzucanych w grupy. Dwóch dreadmanów zauważa mnie i podchodzi.

- Hej! Podobają mi się twoje buty (niebieskie adidasy za 125 zł). Dasz mi? - pyta jeden.

- Mam tylko te, nie mogę.

- Spoko. A podobają ci się gambijskie kobiety? - pyta drugi.

- Są wspaniałe!

- Załatwić ci?

- Doceniam, ale dzięki. Macie fajne dredy. Lubię takie.

Lubisz rasta? Spoko. To wpadnij do nas. To zaraz obok. Miejsce nazywa się "Hot corner". Mamy fajny i dobry towar. I pamiętaj: "Gambia - no problems, no stress"

środa, 28 listopada 2018
Prezes bardzo nietypowy

Kiedy bylem młodszy uważałem, że prezes każdego klubu piłkarskiego w Polsce powinien robić wszystko żeby jego drużyna grała w ekstraklasie. Dziś nie jestem takim ortodoksem. Oczywiście trzeba się starać, ale nie za wszelką cenę, futbolowe płyty tektoniczne już się uformowały, już nastąpił podział na kluby, które budzą emocje wśród lokalnej społeczności i na takie, które budzą także poza nią.

Rymer Niedobczyce będzie obchodził w przyszłym roku stulecie, mało kto pamięta, że był pierwszym klubem ziemi rybnickiej w ekstraklasie (było to w 1948 roku). Powstaje tam ciekawa drużyna, która ma wielkie szanse na awans choć oczywiście nie mówimy o najwyższym szczeblu. 

Spotkałem się z prezesem Rymera. Pierwszy raz spotkałem się z działaczem o tak wielkiej wrażliwości społecznej. To kwestia jego wykształcenia i pracy zawodowej (prezesem jest społecznie). 

No i wychodzi z tego wyjątkowo ciekawa mieszanka, z której Niedobczyce mogą skorzystać.

15:08, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 października 2018
Roma

Uważam, że nie ma chyba nic bardziej dławiącego człowieka niż społeczna marginalizacja. Postanowiłem o tym napisać tekst. Dlatego pograłem w najlepszą grę świata z Romami.

Poznajcie FC Roma.

niedziela, 09 września 2018
Nacisnąć guzik w odpowiedni sposób

Właśnie skończyłem czytać książkę „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim”, którą napisał Vincente Muglia, dziennikarz z Buenos Aires. Nie mam pojęcia ilu ludzi w w Polsce ten dość egzotyczny z naszego narodowego punktu widzenia wątek może zainteresować. Ale jako czytelnik mam to oczywiście gdzieś. Najważniejsze jest, że mnie ta książka cholernie wciągnęła.

Opowieść Mugli (nie jest długa, za to konkretna i w przejrzysty sposób skonstruowana) to fascynujący przegląd kontaktów sławnego Katalończyka z argentyńskimi ludźmi futbolu (i nie tylko futbolu) oraz co to za sobą niosło. Tej współpracy, kontaktów, przyjaźni jest znacznie więcej niż każdy z nas mógłby się spodziewać...

Przypadkowo widziałem jak tamta wielka Barcelona Guardioli się rodziła. Przecież pierwszym oficjalnym meczem FCB pod wodzą Guardioli był w 2008 roku mecz z Wisłą Kraków w europejskich pucharach. Byłem na tamtym spotkaniu na Camp Nou; Wisła przegrała 0:4, a mnie nie śniło się wówczas, że rodzi się jedna z największych drużyn wszech czasów. Przez cztery sezony ekipa Guardioli wygrała 72 procent meczów, prezentując, jak wiadomo, zachwycający styl.

Ten styl był możliwy dzięki... Argentynie. Nie chodzi bynajmniej o Messiego, który właściwie nie był chłopcem z bajki Guardioli (dla Katalończyka idealny gol to taki kiedy w akcji uczestniczą wszyscy piłkarze, ostatni wbija piłkę do bramki, a przeciwnik nawet nie potrafi dotknąć futbolówki) ale przecież nie protestował kiedy Leo wbijał grady goli po samotnych rajdach). Chodzi o coś innego.

Magiczna „la nuestra”. Nikt kto kocha futbol nie może przejść obok niej obojętnie. Barcelona - obok stylu holenderskiego - inspirowała się właśnie nią. Guardiola dobrze wiedział, że w Argentynie wcześniej były już drużyny grające w sposób o który mu chodzi: choćby słynna La Maquina River Plate z lat 40., Rosario Central z lat 60. (z Menottim w składzie) czy Independiente z symbolem Ricardo Bochinim (z lat 80.). Uczeń przerósł mistrza: Newell’s Old Boys prowadzone Gerardo Martino (mistrz Argentyny z 2013) wzorowało się na Barcelonie i według świadków było najbliżej pierwowzoru.- W czasach, których przyszło mi żyć, tak pod kątem stylu gry jak i wyników Barcelona to najważniejsza drużyna w historii - przyznaje Martino.

Wpływ Guardioli na argentyński futbol jest oczywisty: znowu pchnął wahadło w drugą, tę jaśniejszą stronę. W Argentynie bowiem wszystko hula od ściany do ściany - dla jednych nie ma piłki bez piękna, dla innych - bez wyników. W Barcelonie Guardiola, jak wiadomo, to pogodził. Dzięki temu stał się inspiracją.

Osobiście wydaje mi się, że zwłaszcza jeden element w tej układance jest ważny: Guardiola uzmysłowił Argentyńczykom, że trzeba pracować nad ofensywą, że indywidualne talenty, uznanie, że „przecież z przodu zawsze to jakoś będzie” jest po części zostawieniem losów meczu przypadkowi.

Guardiola ma cechę, która ułatwia sukces i pomaga w życiu w każdej sferze: ciekawość. Jest cholernie, w niepowstrzymany sposób ciekawy futbolu u innych, u Argentyńczyków, jako nację, którą docenia - zwłaszcza. Zaznaczam - ciekawy, nie ciekawski.

Guardiola uczy się od kogo może. Jeśli ktoś go zainteresuje - chce się z nim spotkać. Jak choćby z Julio Velasco, legendarnym argentyńskim trenerem zajmującym się... siatkówką (chodziło o sposób zarządzania grupą i wypracowanie przywództwa - „kluczem do wszystkiego jest naciśnięcie odpowiedniego guzika” - brzmi banalnie, ale książkowe wytłumaczenie tego hasła jest interesujące, przy okazji Guardiola w obrazowy sposób opowiada podczas przemówienie w teatrze w Buenos Aires co stało się kiedy nacisnął guzik w nieodpowiedni sposób).

Cóż, świetna książka. Szczerze polecam wszystkim miłośnikom piłki nożnej.

PS Kiedy czytam jak Guardiola zziajany biegał za Diego Latorre (to miał być jeden z następców Maradony, nie udało się) w meczu Barcelona - Tenerife ogarnia mnie wesołość. Latorre był wybiegany i zmęczony Guardiola miał wołać za nim „ciulu, chodź tu, kurna”. Szacun za tłumaczenie;))).

PS1 Jeszcze wątek polski tej książki: Wisła przed grami z Barceloną wyeliminowała Beitar gdzie występował argentyński kumpel Guardioli Angel Matute Morales, z którym znał się z okresu gry w Meksyku. Morales mówi tak: "Kilka dni przed meczem Barcelony z Wisłą dostaję telefon. To Pep! Dzwonił by zapytać mnie, jak ci Polacy właściwie grają. Czy są wolni, czy napastnicy się łamią, czy grają wysokim pressingiem... Po tej rozmowie zrozumiałem, że Pep będzie wielkim trenerem. Choć ma mega drużynę, przejmuje się Polakami".

Vicente Muglia

„Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim"

wyd. Mandioca 2018

poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Ostatnio na Bukowej poczułem coś pierwszy raz od lat

Na meczach GKS-u Katowice w obecnym sezonie czuję coś dziwnego. Ostatni raz czułem to tam wiele lat temu.

Stwierdzenie, że im człowiek starszy, tym większym staje się pragmatykiem, to banał. Stwierdzenie, że w futbolu liczy się przede wszystkim wynik, to kolejna oczywistość. Wydawało mi się, że zbiegnięcie się tych dwóch stwierdzeń w pewnym momencie życia człowieka interesującego się piłką jest całkowicie naturalne. Ale na Bukowej zacząłem mieć wątpliwości...

Wiadomo, że w Katowicach czeka się na coś fajnego od wielu lat. Tak wielu, że pisanie słowa „wielu” przez jedno „e” jest już powoli uznawane za dezynwolturę i bezczelność. W GieKSie zdecydowano się całkowicie nie tyle przemodelować, co przewalić drużynę. Pojawił się tabun piłkarzy, których nazwiska – poza paroma oczywistymi wyjątkami – nic nie mówiły.

Stwierdzenie, że GKS nigdy nie grał ładnie, zawsze polegało to na wyrywaniu wygranych z gardła i ciągłej walce, nie jest zgodne z prawdą. Pamiętam mecze GieKSy z drugiej połowy lat 80., które były zajmujące, piękne i efektowne. Chciało się to oglądać. Potem przyszedł czas, że publika zaczęła cenić przede wszystkim zaangażowanie, co moim zdaniem zawsze świadczy o ograniczaniu kibicowskich ambicji, bo kibic silnych drużyn zawsze chce zwycięstw. Tylko kibic drużyn najsilniejszych chce zwycięstw efektownych, a przy okazji meczowych zdarzeń, o których będzie można opowiadać latami.

Ale może konkretnie. Ostatnie dziesięć lat GKS grał generalnie bardzo brzydko. Stwierdzenie, że ładnie grał ponoć za Jerzego Brzęczka, to jakiś dziwaczny absurd ze źle zawiązanymi sznurówkami. Jacek Paszulewicz rozpoczął zupełnie nowy projekt, przy czym trzeba pamiętać, że też będzie rozliczany tylko i wyłącznie ze skuteczności, a nie z piękna. Bo GKS ma wreszcie awansować do ekstraklasy. Jak powtarza się co roku od lat.

Na razie idzie mu co najwyżej średnio: w pięciu meczach dwa razy wygrał, dwa razy przegrał i raz zremisował. Tabela jest jeszcze spłaszczona; kto przed chwilą był na dole, za chwilę może być na górze i na odwrót. Natomiast wyczuwam coś, czego dawno nie było. Otóż GKS obecnie gra ŁADNIE. Nie napiszę, że pięknie, bo to za duże słowo, ale gra ładnie.

Zastanawiałem się, skąd się to bierze, i wydaje mi się, że odpowiedzią jest obsesja trenera Paszulewicza. Wydaje się, że dla niego ewidentnie najważniejsze jest nienaganne przygotowanie fizycznie. W ostatnim meczu – oczywiście biorę poprawkę, że z nie najsilniejszymi Wigrami Suwałki – jego piłkarze byli szybsi, bardziej wybiegani, bardziej zdecydowani. Pewność siebie tego rodzaju pozwala na dokonywanie wyborów, które przy okazji są również efektowne. Drybling Daniela Rumina w pierwszej połowie, kilka szybkich wymian – to było coś, co na chwilkę przypomniało mi koniec lat 80. na Bukowej. Ta mołojecka bezczelność - o to chodzi!

Zaskakujący jest fakt, że dają radę chłopcy, którzy jeszcze w zeszłym roku grali gdzieś po III ligach, gdzie słońce mówi dobranoc (albo przynajmniej dzień dobry). Rumin czy Dominik Bronisławski potrafią grać.

Powtarzam jednak: celem jest awans. Nie da się zrobić dobrego wyniku bez konkurencji. W GieKSie ciągle pojawiają się więc nowi piłkarze z ekstraklasowym doświadczeniem – w ataku Arkadiusz Woźniak, w obronie – Jakub Wawrzyniak (nie zadebiutował, bo nie spełnia jeszcze wymogów trenera pod względem fizycznym, musi popracować. Pojawiają się, ale nie ma tam zawahania, żeby pożegnać się z tymi, którzy oczekiwań nie spełniają – do takich trzeba niestety zaliczyć 31-letniego słoweńskiego napastnika Dalibora Volasa. Nie sądzę, żebyśmy go jeszcze zobaczyli...

Argentyńscy ludzie futbolu niezmiennie zachwycają się Barceloną Guardioli. Podkreślają, że argentyńska „la nuestra” z dawnych czasów to ten sam pień, to samo DNA. Podkreślają, że by móc osiągnąć coś takiego, potrzebne są: „chęć do biegania, odwaga, czas i cierpliwość”*. Oczywiście krojąc te przenikliwe założenia na naszą pierwszoligową miarę (nie wymagajmy od Paszulewicza, żeby robił na Bukowej Barcelonę, już jeden taki trener tu był i mu nie wyszło), warto dostrzec, że pierwszego i drugiego na Bukowej nie brakuje. Trzecie i czwarte to raczej kwestia działaczy i kibiców.

Przy takim założeniu może okazać się, że piękno wróci na Bukową szybciej, niż moglibyśmy przypuszczać.

*Vicente Muglia „Che Pep. Związek Guardioli z futbolem argentyńskim” (wyd. Mandioca, 2018), s. 27

 

piątek, 17 sierpnia 2018
Proporczyk

W 1976 r. reprezentacja Polski zagrała na Stadionie Śląskim towarzyski mecz z Argentyną. Kiedy goście wychodzili na rozgrzewkę, jeden z nich (chcę wierzyć, że to Mario Kempes) wręczył ten proporczyk chłopcu do podawania piłek. Chłopak nie wiedział, co z tym proporczykiem zrobić, więc wręczył go trenerowi, który opiekował się wówczas nastolatkami. A teraz, po latach, kilka dni temu, trener wręczył go mnie.

Tak się składa, że akurat tego dnia w Chorzowie debiutował w reprezentacji choćby Zbigniew Boniek. Jednocześnie był to przedostatni mecz w Polsce, w którym rolę selekcjonera pełnił Kazimierz Górski, który po igrzyskach w Montrealu, gdzie srebrne medale uznano za porażkę, pożegnał się ze stanowiskiem.

Historia z proporcem ma drugie dno.

Proporczyk to swoista reklamówka: przedstawia Argentynę jako miejsce rozgrywania mistrzostw świata, które odbędą się w tym państwie dwa lata później, w 1978 r.

Stawiający na ofensywny futbol trener Cesar Luis Menotti przywiózł do Chorzowa głodną sukcesów młodą reprezentację. Na poprzednim mundialu w 1974 r., tak udanym dla Polaków, Argentyńczycy kompletnie zawiedli, przegrywając m.in. z Biało-Czerwonymi 2:3.

W Chorzowie zagrało ośmiu piłkarzy, którzy za dwa lata zdobędą u siebie mistrzostwo (napastnicy Mario Kempes, Leopoldo Luque i Rene Houseman, obrońcy Jorge Olguin i Alberto Tarantini, pomocnicy Osvaldo Ardiles i Ruben Gallego, a obrońca Jorge Killer był na mundialu rezerwowym).

Zdumiewający przypadek: tak się złożyło, że akurat w dniu tego meczu, czyli 24 marca 1976 r., w Argentynie doszło do zamachu stanu. W efekcie władzę przejęła prawicowa junta. Armia zajęła najważniejsze miejsca w Buenos Aires, m.in. budynek telewizji. Wojskowi uznali, że zostawią w ramówce tylko jedną pozycję bez zmian: był to właśnie mecz w Chorzowie, który transmitowała argentyńska telewizja.

Argentyńscy piłkarze o zamachu dowiedzieli się tego samego dnia, już na Śląsku. Martwili się o rodziny. Jako profesjonaliści podeszli do meczu w pełni przygotowani i wygrali z Polską 2:1. Marcelo Trobbiani, świetny zawodnik Boca Juniors, który zagrał w Chorzowie na prawej pomocy, z przejęciem dopytywał po meczu argentyńskich piłkarzy, czy może wiedzą, co dzieje się z ich bliskimi.

Tymczasem Fernando Niembro, członek komitetu organizacyjnego mistrzostw świata, wydał oświadczenie w hotelu Silesia, gdzie stacjonowali Argentyńczycy. Zapewnił, że mundial odbędzie się w jego kraju, a nie zostanie przeniesiony do Brazylii.

Junta, która rozpoczęła brutalny terror wobec opozycji, zdawała sobie sprawę z siły mundialu. Argentyna dostała jego organizację jeszcze w 1966 r. Menotti, subtelny intelektualista o szerokich horyzontach, rzeczywiście mógł mieć dylemat: bardzo źle znosił nacjonalistyczną retorykę, przekonywał, że z rządem jego reprezentacja nie ma nic wspólnego, ale bardzo chciał wygrać mundial. Trudno mieć o to do niego pretensje – tak samo jak trudno mieć pretensje do polskich piłkarzy, którzy tak świetnie grali na mistrzostwach w 1974 i 1982, a w kraju rządzili komuniści.

Teraz proporczyk wisi u mnie i przypomina o tamtych zdarzeniach każdego dnia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 219
Archiwum