piątek, 23 stycznia 2015
Jak Górnoślązak skasował (wice)mistrza świata

Historia futbolu z naszego regionu jest niezwykła co wielokrotnie było do udowodnienia. Ważne, że jest coraz więcej chętnych żeby ją odkrywać. Wbrew pozorom ciągle naprawdę jest co.

Jednym z tych, którzy posuną naszą wiedzę nie o dziesięć schodków, ale o dziesięć pięter jest Mariusz Kowoll z Gliwic. Zdążyłem poznać jego pasję, skrupulatność, nieustępliwość i systematyczność. Moje rozeznanie pozwala mi ocenić z całkowitą pewnością: nie było i nie ma w Polsce lepszego specjalisty od historii górnośląskiej piłki w latach II wojny światowej. Mariusz od kilku lat szlifuje, cyzeluje, doprecyzowuje własną historię rozgrywek na Górnym Śląsku w latach 1939-1945. Myślicie, że kituję? Uwierzcie mi - oniemiejecie kiedy przeczytacie jego książkę. Wydawnictwo, które będzie miało szczęście wydać to niezwykłe przedsięwzięcie długo zapamięta ten moment.

Szczęściarze mieli okazję  wysłuchać wykładu Kowolla na temat Górnoślązaków w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej do 1945 roku w zabrzańskiej Galerii Café Silesia.

Tematyka mocno rozległa więc skupię się tylko na jednym malutkim wątku a właściwie postaci, którą na nowo odkrywa Kowoll.

Kilka lat temu pisałem już o Richardzie Maliku. Stał się postacią numer jeden w Beuthen 09 już na początku złotych lat 30. Richard "Hattek" Malik (rocznik 1909), wcześniej gracz znakomitej klubowej drużyny juniorów, był pierwszym Górnoślązakiem i jedynym zawodnikiem z Bytomia, który znalazł się w wykazie oficjalnych spotkań reprezentacji Niemiec. Ten motorniczy kopalnianej lokomotywy z zawodu, był wieloletnim kapitanem. Zaczynał karierę jako lewy łącznik, ale dość szybko znalazł swoje miejsce w środku drugiej linii.

Jerzy Krasówka, nieżyjący już powojenny as Szombierek, zdążył być jeszcze zawodnikiem Beuthen 09. Wiele lata temu opowiadał: - Z 22 Schomberg przyszedłem do Beuthen 09 jako 17-latek, uczyłem się już wtedy w technikum w centrum Bytomia. Pamiętam, że na boisku dosłownie wszystko zależało od Malika, otrzymywałem od niego wspaniałe podania. Często wystarczyło przyłożyć nogę i bramkarz rywali musiał kapitulować...

Malik był znakomitym dyrygentem zespołu, to właśnie jemu bytomianie zawdzięczali ówczesny tzw. wiedeński styl. Był on oparty na wspaniałej technice, na misternych podaniach, na wyrafinowanej grze kombinacyjnej. Wówczas na Śląsku prawie nikt tak nie grał, przeważał u nas futbol atletyczny, siłowy. Malik należał do wyjątków...

"Hattek" debiutował w reprezentacji Niemiec w przegranym 1:2 meczu z Węgrami w Budapeszcie, strzelił zresztą tę jedyną bramkę (październik 1932). Nawet polskie gazety podkreślały, że był w tamtym meczu "główną sprężyną w napadzie". Trzy miesiące później zagrał jeszcze z Włochami w Bolonii, Niemcy przegrały 1:3. Malik jeszcze przez kilka lat należał do najlepszych niemieckich pomocników, ale trener Otto Nerz bardziej wolał chyba Ludwiga Goldbrunnera z Bayernu Monachium. Richard Malik zginął w styczniu 1945 roku na froncie wschodnim...

Dodajmy, że przez kilka sezonów pewne miejsce w drużynie Beuthen 09 miał Paul Malik, starszy o pięć lat brat Richarda. "Paulek" występował jako obrońca bądź pomocnik. Jego wielkim atutem była kondycja, zdobywał tytuły mistrza Śląska w biegach długich. Jego koronnymi dystansami były 3 km i 5 km.

Właściwie wiele więcej o Maliku nie mógłbym już dodać. W przeciwieństwie do Mariusza Kowolla. Oto zapomniane fakty, które dotychczas ustalił:

a) zacznijmy od końca - sprawa śmierci. Dotąd wiedzieliśmy, że piłkarz zginął  20 stycznia 1945 roku na froncie wschodnim jako żołnierz Wehrmachtu. Mariusz dopowiada ważne szczegóły: pojawia się druga, alternatywna data śmierci 17 stycznia oraz informacja, że Malik miał zginąć we własnym czołgu podczas walk o [zapewne] wschodni brzeg Wisły;

b) w klubie Beuhener 09 SuSV Malik występował od dziecka (prawdopodobnie rozpoczął treningi jako dziewięciolatek). Bardzo szybko zaczął grać w lidze i jako 20-latek trafił do reprezentacji regionu (wówczas Südostdeutschland). Grał jeszcze w sezonie 1943/44.

c) Mariusz zauważa, że poważniej zwrócono na Malika uwagę w roku 1931: podczas międzynarodowego tournee bytomskiej drużyny jeden z zagranicznych trenerów wypowiedział się o nim, jako o graczy z potencjałem międzynarodowym; Beuthen 09 przegrał wówczas z reprezentacją Węgier tylko 2:3.

d) wspominałem o starszym bracie Paulku i jego zamiłowaniu do długich dystansów. Tymczasem Mariusz dopowiada, że "Hattek" był mistrzem Górnego Śląska na 400 m, 800 m i 1500 m.

e) wiadomo, że w 1932 roku odbył się mecz nieoficjalnej reprezentacji Niemiec ze słynnym Evertonem Liverpool i że wystąpił w nim Ślązak - Kurt Hanke, pomocnik Preussen Hindenburg. Mariusz ustalił, że w tym samym meczu miał zagrać właśnie Richard Malik, ale w ostatniej chwili został zastąpiony przez Joppicha z Łużyc (SV Hoyerswerda). Żałujemy!

f) ostatecznie Malik - jak wiadomo - zadebiutował w reprezentacji Niemiec w spotkaniu z Węgrami, który odbył się w Budapeszcie 3 października 1932 roku (mecz oglądał uważający się za narodowego socjalistę węgierski premier Gyula Gömbös de Jákfa, który rozpoczął urzędowanie zaledwie parę dni wcześniej).

Gospodarze wygrali 2:1, a jedynego gola zdobył właśnie Malik. Zdecydowała o tym sprytna zamiana miejsc z lewoskrzydłowym Hoffmanem, który przeszedł na środek. Węgrzy się nie połapali i człowiek z Górnego Śląska przysolił w róg. Malik na tamten mecz był powołany właśnie jako środkowy napastnik. Warto pamiętać, że wezwanie do kadry wzbudziło wiele kontrowersji w Niemczech. Tamtejsze gazety nie dowierzały, że dość anonimowy grajek z Górnego Śląska jest godzien grać w pierwszym składzie reprezentacji, na dodatek w tak prestiżowym spotkaniu. Tymczasem trener Otto Nerz był bardzo zadowolony z postawy zespołu. Niemcy zaprezentowali się lepiej od Madziarów i powinni byli odnieść zwycięstwo.

g) debiutem Górnoślązaka w reprezentacji Niemiec w dodatku okraszonym bramką zachwycił się cały Bytom. Dr Adolf Knacrick, oberbürgermeister [czyli nadburmistrz] Bytomia wysłał gratulacje dla strzelca i całej drużyny na ręce Niemieckiego Związku Piłki Nożnej. Mariusz ustalił jego treść:

„Za chwalebny występ Richarda Malika w drużynie narodowej przesyłam gorące „Szczęść Boże!” [Glück auf!] w kolejnych pojedynkach. Wszystkim zebranym serdeczne pozdrowienia. Do zobaczenia na kolejnych wielkich pojedynkach w Bytomiu.
Nadburmistrz Dr. Knakrick, Bytom” (za „OV”).

h) Mariusz znalazł także informację, że Malik o wrażeniach z pobytu na zgrupowaniu przedmeczowym, pobytu w Budapeszcie, o samym spotkaniu i oczywiście o zdobytym golu opowiadał w radio Schlesischen Rundfunk we wtorek 1 listopada w godzinach 18.20 - 19.20.

i) Mecz wywołał na niemieckim Górnym Śląsku olbrzymie poruszenie. Także dlatego, że wcześniej oburzano się trochę na protekcjonalne traktowanie Malika przez prasę z głębi Niemiec, niektórzy tamtejsi dziennikarze nawet nie wiedzieli, że jest z Bytomia przypisując go jako gracza ekipy Breslau 08 (oj, po odejściu Mili przydałby się dziś Śląskowi taki piłkarz jak Richard Malik)! Niektóre gazety próbowały znaleźć uzasadnienie dla tego dziwacznego z ich punktu widzenia (No jak to? Górnoślązak w kadrze?!) powołania: otóż Niemcy mieli wówczas cierpieć na deficyt środkowych napastników, pełnowartościowych, wybitnych, wyjątkowych; i cóż z tego, że próbowany do tej pory był Ernst Kuzorra (podobnie jak Malik mający korzenie na terenach obecnej Polski), skoro nawet on, w klubie Schalke 04, podobnie jak Malik w Bytomiu, gra na pozycji łącznika, nie środkowego napastnika? „Richard Malik ma we własnych rękach – a raczej w nogach – uzasadnienie swojego powołania i udowodnienia, że nie koniecznie trzeba pochodzić z Południa lub Zachodu Niemiec, by być zdolnym piłkarzem”. Śląska satysfakcja była wielka, bo do tamtej pory całe południowo-wschodnie Niemcy postrzegano w niemieckim piłkarstwie jako kopciuszka. Powołanie Malika mogło być zwiastunem zmian.

j) Mariusz wysznupał info, że po najważniejszym meczu w dotychczasowej karierze zabrano Malika (prawdopodobnie starsi piłkarze) do knajpy z dancingiem gdzie zabawa trwała do świtu. Załamywano ręce; troszczono się o młodego sportowca żeby nie zszedł na złą drogę, żeby zwyciężyły szlachetne właściwości edukacyjne sportu.

k) jak wiadomo 1 stycznia 1933 roku Richard Malik zagrał jeszcze jeden mecz w reprezentacji Niemiec - z równie wymagającym rywalem czyli z Włochami. Przed tym meczem niektórzy śląscy dziennikarze odlecieli: sugerowali, że Malik na sto sytuacji bramkowych wykorzystywał 90:) Niemcy przegrali 1:3, ale Malik na pewno nie musiał się wstydzić. Zagrał jako lewy łącznik, pozwalał sobie na sztuczki w polu karnym rywala. Włosi jednak jak to Włosi - wiedzieli jak zareagować. Malik doznał kontuzji w zderzeniu ze środkowym pomocnikiem i miało to wpływ na jego postawę. Sam jednak też nogi nie odstawiał. Wyobraźcie sobie, że przeraził cały stadion kiedy w starciu zranił słynnego Luisa Montiego. Monti to była megapostać światowego futbolu okresu międzywojnia: niezwykle twardo grający Argentyńczyk, który w 1930 na pierwszym mistrzostwach świata wywalczył z macierzystą drużyną narodową wicemistrzostwo. Jako że miał włoskie korzenie ściągnięto go zaraz potem jako oriundo do Italii (pełną listę oriundi znajdziecie - TUTAJ). No i właśnie po starciu z Malikiem musiano odwieść Montiego do szpitala. Trąbiono, że noga złamana, ale Mariusz sprawdził, że miesiąc później Monti zagrał w meczu z Belgią więc wieści o trzaskających kościach musiały być przesadzone:) A w następnym, 1934 roku, Monti - jako Włoch - zdobędzie mistrzostwo świata;

l) Mariusz wyłapuje ciekawy polski wątek także w tej historii. Otóż po meczu Malika, jako jednego z trzech najlepszych graczy niemieckich (razem z Sigmundem Haringerem i rezerwowym bramkarzem Buchlohem) wskazał Gustav „Guggi” Wieser, obecny na meczu były znakomity napastnik austriacki, ówcześnie właśnie szkoleniowiec Beuthen 09 (na mecz pojechał z Malikiem). Pamiętajmy, że jeszcze tego samego roku Wieser przejmie Legię Warszawa, później trenować będzie m.in. Ruch Chorzów, a w czasie wojny opiekować się będzie Germanią Königshütte...

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Można by tak długo. Mariusz na swój wykład przygotował tego typu opowieści o dwunastu piłkarzach!  Uwierzcie mi - jego problemem jest już tylko kłopot bogactwa a co za tym idzie jedynie prasowanie tych niezwykłych historii, choć akurat ja byłbym za tym żeby jego książka liczyła choćby z pięć tysięcy stron. To zapewne nie byłby żaden problem:) Tym bardziej, że Mariusz ciągle wynajduje kolejne zapomniane i nieznane fakty.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 22 stycznia 2015
Zwieńczenie niezwykłej serii + [WIDEO]

Wprawdzie mundial minął pół roku temu, ale było to zjawisko tak niezwykłe, że ciągle wracam do niego pamięcią.

Pamiętacie futbol totalny reprezentacji Holandii? Właśnie w ten sposób Andrzej Gowarzewski zaatakował czytelników ostatnim tomem niezwykłego pięcioksiągu o piłkarskich mistrzostwach świata. Motywem przewodnim tym razem jest brazylijski mundial. Jako czytelnik zostaję rozwalony po trzykroć. Do jednego przemawia tekst, do innego statystyki, do jeszcze innego - niezwykłe fotografie. Do mnie wszystko.

Po pierwsze - teksty

To osobiste spojrzenie człowieka, który był na wszystkich mundialach od 1982, ale potrafi się zachwycić turniejem mimo, że ogląda jego dziewiątą z rzędu edycję i mógłby przywyknąć. Uwielbiam osobiste impresje, choćby tę o pomocy Stanleyowi Rousowi na jednym z turniejów. Albą tę o kolekcjonowaniu pereł w naszyjniku czyli wizytowaniu stadionów, które były arenami meczów o złoto. Właśnie teraz Gowarzewski zdobył Wielką Piłkarską Koronę Himalajów - przy okazji wizyty w Ameryce Południowej zaliczając brakujące do kolekcji Maracanę, Estadio Monumental w Buenos Aires, Estadio Nacional w Santiago i  Estadio Centenario w Montevideo. Nie mógł z oczywistych względów zaliczyć jedynie Stadio del Partido Nazionale Fascista (Stadion Narodowej Partii Faszystowskiej) - finałową arenę w Rzymie z 1934 toku, zburzono w 1957 roku. Na jego miejscu stoi dziś Stadio Flaminio służący rugbistom.

Po drugie - statystyki

Każdy może, prawda, tworzyć statystyki, ale fenomen Andrzeja Gowarzewskiego i jego współpracowników polega na tym, że oni już wszystko co dotyczy mundiali obliczyli i teraz wyciągają niezwykłe zestawienia jak króliki z kapelusza. Mnie najbardziej zainteresowało zestawienie kiedy urzędujący mistrz został pokonany po raz pierwszy po turnieju oraz rewanże za finały mistrzostw świata. W tym pierwszym przypadku najdłużej niepokonana była Brazylia po trzecim tytule. Pokonali ją Włosi dopiero po dwóch latach i 353 dniach czyli 9 czerwca 1973 roku. Dla odmiany ci sami Włosi w 2006 roku  wytrzymali zaledwie 38 dni, jeszcze w sierpniu pokonała ich Chorwacja...

Bardzo ciekawe są rewanże za finały. Pewna drużyna wygrała je prawie wszystkie - zarówno wtedy gdy zdobywała mistrzostwo jak i je przegrywała. Wiadomo, że może to być tylko jeden zespół - Argentiiiiiiina!

W 1930 roku Argentyńczycy przegrali z Urugwajem. W rewanżu dwa lata później wygrali 2:0;

W 1978 roku Argentyńczycy wygrali z Holandią. W rewanżu rok później zremisowali 0:0;

W 1986 roku Argentyńczycy wygrali z RFN. W rewanżu rok później wygrali 1:0;

W 1990 roku Argentyńczycy przegrali z RFN. W rewanżu trzy lata później wygrali 3:1;

W 2014 roku Argentyńczycy przegrali z Niemcami. W rewanżu po dwóch miesiącach wygrali 4:2...

Po trzecie - obrazy

Na 376 stronach prawie 500 fotografii, w pięcioksiągu jest ich prawie 3000! Znane i nieznane, bardzo często niezwykłe. Jak choćby ta Pelego - wykonana 25 maja 1960 roku w Katowicach gdzie tło stanowi północna pierzeja ulicy Dworcowej między Pocztową a św. Jana (na pewno przechodziliście tamtędy tysiące razy, ja w każdym razie przechodziłem).

Aż szkoda, że to już koniec.

PS Skoro mundialu...
Jeśli ktoś ma ochotę - wklejam zapis spotkania dotyczącego brazylijskich mistrzostw, które odbyło się w De Revolutionibus Books&Cafe. To księgarnio-kawiarnia przy ulicy Brackiej (jeśli ktoś w Krakowie bywa rzadko - Bracka to jedna z ulic odchodzących od Rynku). Pogadaliśmy tam obszernie i żarliwie o mundialu. Pojawili się twórcy wydawnictwa "Kopalnia" (Marek Wawrzynowski i Piotr Żelazny - jednocześnie autorzy tekstów) a także niektórzy dziennikarze, którzy również do niej napisali (Michał Okoński, Rafał Stec no i Czadoblog). Wszystko w towarzystwie fanów dobrej piłki nożnej. Spotkanie poprowadzili Łukasz Kwiatek i Bartek Kucharzyk.

A Kopalnia II ma już wyjść niedługo. Czadoblog zajął się w niej pewnym niezwykłym zjawiskiem...

PS1 Skoro tym razem wpis o książkach napiszę o jakiej ja piłkarskiej książce marzę w najbliższych latach. Baaaaardzo, bardzo chciałbym żeby ktoś wydał u nas historię... węgierskich trenerów, którzy robili karierę zagranicą. Ludzie generalnie nie zdają sobie chyba sprawy jak ogromne zasługi w krzewieniu tego sportu na świecie mają Węgrzy. Tamtejsze gwiazdy tworzyły potęgę choćby:

- Milanu (trenerzy Jozsef Banas, Jozsef Viola, Lajos Czeisler, Bela Guttmann);

- Interu (trenerzy Arpad Veisz, Jozsef Viola, Istvan Toth, Gyula Feldmann);

- Barcelony (trener Franz Platko);

- Benfiki (trener Bela Guttmann);

- już nie mówiąc o Polsce (węgierscy trenerzy zdobyli najwięcej tytułów mistrzowskich ze wszystkich zagranicznych nacji - tylko w Górniku Zabrze szkoleniowców znad Dunaju, którzy wywalczyli mistrzostwo było pięciu - Opata, Steiner, Farsang, Kalocsay, Szusza).

Piszę o tym, bo nie kojarzyłem - ze wstydem przyznaję - że potęgę Torino, jednej z najsilniejszych klubowych potęg świata lat 40. też tworzył Węgier (ściślej mówiąc węgierski Żyd) - Ernö Erbstein.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić 

18:40, pavelczado , Książki
Link Komentarze (16) »
niedziela, 18 stycznia 2015
Jedyny taki

Niepostrzeżenie i po cichutku skończył właśnie 60 lat. Niezwykła postać. Na pewno jedna z najbardziej niezwykłych o jakich miałem szczęście napisać. Osiągnął coś czego nie osiągnął żaden inny Polak. Myślę jednak, że jest nieszczęśliwy i niespełniony. Kiedy piętnaście lat temu robiłem o nim materiał czuł się niespełniony. A na pewno niedoceniony. Nie sądzę, żeby aż do dziś coś się w tej materii zmieniło. Niestety, także trochę z jego winy.

Nie wierzę, że od opublikowania tamtego tekstu (ukazał się w czerwcu 2000 roku) minęło już prawie 15 lat! Czas biegnie bardzo szybko... W każdym razie mój tekst jest nadal aktualny. Doklejam go poniżej - ku przestrodze. Bo nawet kiedy złapiesz Pana Boga za nogi i staniesz się mistrzem, nie możesz tych nóg puścić... Happy endu nie ma, ale historia jest niezwykła. Wręcz filmowa. Polecam:


Takich bokserów można by zliczyć na palcach jednej ręki

Henryk Średnicki pisze list do prezydenta RP. - Chcę spytać, dlaczego mistrzostwo świata mniej jest warte niż brązowy medal olimpijski? Przecież Mazurek Dąbrowskiego grany mistrzowi olimpijskiemu i mistrzowi świata jest taki sam - przekonuje sam siebie

Michał Szczepan, nieżyjący już były trener reprezentacji, wymieniał go wśród najbardziej utalentowanych pięściarzy w historii polskiego boksu. - Takich jak Średnicki można by zliczyć na palcach jednej ręki - uważał.

W drugiej połowie lat 70. na Kubie ściskał mu dłoń Fidel Castro. Z Ułan Bator wrócił z futrem z lisów, które dostał od oczarowanych nim Mongołów. W Ugandzie bił się na stadionie w obecności kilkunastu tysięcy rozwrzeszczanych Afrykańczyków. Przed igrzyskami w Moskwie Duńczycy chcieli, żeby Średnicki przeszedł na zawodowstwo. Oferowali mnóstwo pieniędzy. Na zachętę dostał koszulkę z wyhaftowanym własnym nazwiskiem. Zrezygnował.

Dziś jedyny polski mistrz świata w boksie ma 840 zł górniczej emerytury. Dorabia na ćwierć etatu jako trener w Myszkowie. Dostaje za to 300 zł, z czego 200 wydaje na pociągi. Po opłaceniu świadczeń zostaje mu na życie 200 zł.

Pod koniec listopada Aleksander Kwaśniewski podpisał nowelizację ustawy o kulturze fizycznej. Każdy medalista olimpijski ma prawo do sportowej emerytury równej średniej krajowej. Dziś to około 1,6 tys. zł brutto.  Henryk Średnicki przygryza wąsy. Był na dwóch igrzyskach, ale medalu nie zdobył. Według ustawy nic mu się więc nie należy. Dlatego postanowił napisać do prezydenta.

Nachalne kawki

Zagórze, blokowisko na obrzeżach Sosnowca. Ciemne klatki, graffiti na brudnych ścianach. Gramy w lotki i rozmawiamy w osiedlowym barze bez nazwy, niedaleko bloku, gdzie mieszka Średnicki. - Panie Heniu, panie Heniu! - podchodzi do nas facet z rękami jak bochny chleba i karkiem jak Tyson. - Mam prośbę, mam prośbę - odstawia kufel z piwem i nieśmiało łapie Średnickiego za łokieć.

- Odejdź pan, jestem zadumany w sobie. Teraz rozmawiam z dziennikarzem.

- Dziennikarz? - zainteresował się mną "Tyson". - To może napisze pan o byłym zapaśniku? - marszczy się zachęcająco.

Zniecierpliwiony Średnicki: - Proszę pana, a czy zdobył pan mistrzostwo świata?

- Nie.

- No to nie chcę być niegrzeczny, ale w Polsce takich zapaśników, którzy nie zdobyli mistrzostwa świata, jest wielu, a mistrz świata w boksie jest tylko jeden.

- Dobrze już, panie Heniu - ustępuje były zapaśnik - Mam jeszcze tylko jedną prośbę.

- No?

- Czy moglibyśmy spróbować się na ręce?

Średnicki patrzy zdegustowany. - Chodźmy stąd - mówi do mnie. - W domu spokojnie porozmawiamy.

Wszyscy trenerzy i bokserscy działacze, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że największym przekleństwem Średnickiego zawsze byli nachalni kibice. - Z mistrzem świata chciał się napić każdy górnik. Heniek nie potrafił odmówić. A potem każdy chciał się z takim małym zmierzyć - mówi działacz Górnika Sosnowiec, klubu, w którym Średnicki kończył karierę.

Przez swój niepozorny wygląd pięściarz zawsze miał kłopoty: - Ludzie nie chcieli wierzyć, że taki mały może być dobrym bokserem, a kiedy zdobyłem mistrzostwo świata, nie mieściło im się w głowach, że mam tylko 158 cm wzrostu. Wołali na mnie "krasnoludek". Wielu chciało mnie wypróbować. Musiałem bić się w różnych miejscach. Ale wszyscy padali jak kawki! - uderza pięścią w tors. - Ja w ulicznej bójce nigdy nie klęknąłem. Jestem typem choleryka, który łatwo się zapala, a potem niemal natychmiast zapomina o wszystkim - przyznaje Średnicki. - W ringu Heniek był wzorem sportowca. Zawsze bardzo grzeczny, komend arbitra wysłuchiwał na baczność - mówi Edmund Ligocki, wieloletni sędzia, dziś prezes Śląskiego Okręgowego Związku Bokserskiego.

Mistrz zbliża się jednak do pięćdziesiątki. Coraz trudniej jest mu się bronić przed podpitymi młodszymi cwaniakami, którzy chwalą się potem kolegom, że zaczepili mistrza świata.

Ty, synku, siedź

Ojciec przyszłego mistrza, Eugeniusz, w młodości próbował boksować w Siemianowiczance. Był górnikiem, ale rzucił kopalnię i założył hodowlę świń. Po latach niektórzy pięściarze, zazdrośni o sukcesy, nazywali Średnickiego "świniopasem". - To żaden wstyd - prycha były mistrz świata. Mówi, że jego przodkowie mieli szlacheckie pochodzenie: - Nasz rodowy herb to Średnica - podkreśla z dumą.

W dniu 15. urodzin Średnicki wlał pięciu chłopakom, którzy zaatakowali jego starszego o cztery lata brata. Ojciec stwierdził, że Heniek na ulicy bić się nie będzie, i zapisał go do Górnika Siemianowice.

Zanim zaczął boksować, dźwigał ciężary. W Górniku Siemianowice trenowali olimpijczycy Zbigniew Kaczmarek i Grzegorz Cziura. Także Średnickiemu wróżono w ciężarach wielką przyszłość: - W wieku 14 lat, ważąc 44 kg, robiłem przysiady ze 140-kilogramową sztangą. Uwierzy pan?

Z kariery sztangisty nic jednak nie wyszło. Po wypadku rowerowym Średnicki do dziś nie potrafi zgiąć do końca ręki w łokciu.

Pierwszy boksu uczył go Marian Stojek, na co dzień elektryk Huty Bankowej w Dąbrowie Górniczej, który chlubi się tym, że nigdy nie przegrał przez nokaut ze Zbigniewem Pietrzykowskim.

Średnicki od razu wpadł mu w oko. - Zapamiętałem Heńka, bo był strasznie napakowany. Od razu wiedziałem, że ten chłopak coś osiągnie. Był bardzo pracowity - mówi Stojek.

Średnicki już jako nastolatek miał umięśnioną sylwetkę. - Koledzy w reprezentacji nazywali go "szafą", bo górną część ciała miał jak bokser co najmniej wagi półśredniej - opowiadał trener Michał Szczepan, który od połowy lat 50. był asystentem "Papy" Stamma, a potem sam prowadził kadrę.

Kiedy na jednym z treningów Średnicki znokautował 80-kilogramowego kolegę, w klubie nikt nie chciał z nim sparować. - Jego serie sierpów robiły wrażenie na każdym. Na spartakiadzie młodzieży regularnie walczył z chłopakami startującymi w wyższych kategoriach - wspomina Stojek.

Po trzech miesiącach treningów Średnicki zdobył brązowy medal młodzieżowych mistrzostw Polski. W 1972 roku dostał się do kadry juniorów. - Pamiętam selekcję na obozie w Cetniewie. Odrzucili mnie, chciałem wyjść z sali. Wtedy pan Feliks Stamm powiedział tylko jedno zdanie: "Ty, synku, siedź". To wystarczyło - opowiada bokser.

Szedł jak burza

W 1974 roku Średnicki zdobył pierwszy tytuł mistrza Polski. Miał 19 lat. Rok później powtórzył sukces we Wrocławiu. - Henryk Średnicki to dla mnie najlepszy zawodnik mistrzostw. Może zrobić międzynarodową karierę - chwalił młodziutkiego pięściarza "Papa" Stamm.

W 1975 roku, na mistrzostwach Europy w Katowicach, młodziutki bokser medalu jeszcze nie zdobył. Pokonał go sławny Węgier Gyorgy Gedo, wcześniej dwukrotny mistrz Europy i mistrz olimpijski z Monachium.

Rok później Średnicki wystartował na igrzyskach w Montrealu. Kiedy pokonał głównego faworyta Amerykanina Curtisa, fachowcy przewidywali, że zdobędzie medal. Jego następnym przeciwnikiem był Koreańczyk Uk Li Byong. Kilka dni wcześniej podczas sparingów, wedle słów trenera Szczepana, Średnicki "obijał go jak psa". Tymczasem w prawdziwej walce sędziowie punktowali 3:2 dla Koreańczyka. Dziś pięściarz krzywi się na wspomnienie tego pojedynku. - Nie przypuszczałem, że jeden punkt pozbawi mnie sportowej emerytury - wyjaśnia. Koreańczyk zdobył srebrny medal.

Dopiero w 1977 roku Średnicki osiągnął pierwszy międzynarodowy sukces. Na mistrzostwach Europy w Halle nie dał szans rywalom w wadze papierowej. - Heniek szedł jak burza do samego finału - wspominał Michał Szczepan. W walce o złoto Średnicki pokonał Bułgara Georgi Georgiewa.

Rok później był na szczycie. Maj 1978: na mistrzostwach świata w Belgradzie pierwszy złoty medal dla Polaka. Jak dotąd jedyny. Średnicki pokonał Vaclava Hornaka z Czechosłowacji, potem Węgra Sandora Orbana. W półfinale trafił na wielkiego faworyta Aleksandra Michajłowa z ZSRR, który wcześniej znokautował dwóch przeciwników. - Trochę się go bałem. W pierwszej rundzie tak mi przyłożył, że aż klęknąłem. Potem zmobilizowałem się i było już dużo lepiej - opowiada Średnicki. - Heniek zawsze był typowym zawodnikiem turniejowym. Rozgrzewał się z walki na walkę, z rundy na rundę - twierdził trener Szczepan.

Po zwycięstwie nad Michajłowem w finale czekał na Średnickiego Kubańczyk Hector Ramirez. "Polak jak zwykle atakował od początku w korpus rywala, a sam zgrabnymi unikami i side-stepami uciekał przed groźnym uderzeniem Ramireza" - relacjonował sprawozdawca. Za tytuł Średnicki dostał 1,6 tys. jugosłowiańskich dinarów, za które kupił żonie buty, i 8 tys. zł, czyli więcej niż dwie średnie krajowe pensje.

Złoty medal Średnickiego wywołał szał zwłaszcza w Jastrzębiu - stutysięcznym, górniczym mieście przy czeskiej granicy. W Górniczym Klubie Sportowym Średnicki zarabiał 7 tys. zł. Klub załatwił mu dożywianie, mieszkanie i kolorowy telewizor. - Dbaliśmy o niego. Heniek rozsławił nasze miasto w całej Polsce - wspominał zmarły kilka dni temu Kazimierz Rochalski, który w tamtych czasach był jednym z trenerów GKS.

Kiedy Średnicki został mistrzem świata, na lotnisku Okęcie czekało siedmiu taksówkarzy z Jastrzębia. Mistrz miał dylemat: co zrobić, żeby żadnego nie urazić? - Jednemu dałem medal, drugiemu koszulkę, trzeciemu jeszcze coś innego. Każdy musiał przecież czuć, że wiezie cząstkę mistrza - wspomina. Po powrocie z mistrzostw świata klubowi działacze byli dla Średnickiego bardziej hojni niż Polski Związek Bokserski. Czekał na niego talon na fiata 125p.

Krystyna Średnicka właśnie jechała autobusem, kiedy przez radio usłyszała, że mąż został mistrzem świata. Oszołomiona chciała zaczerpnąć świeżego powietrza, więc poprosiła kierowcę, żeby się zatrzymał. Ten odmówił, bo przystanek był kilkaset metrów dalej. - Wtedy pół autobusu krzyknęło: "Otwieraj, człowieku, to przecież żona mistrza świata!". Przestraszony kierowca otworzył natychmiast - wzrusza się bokser.

Krystyna Średnicka to ładna brunetka o zmęczonej twarzy. Przycupnęła na kanapie i cicho przysłuchuje się naszej rozmowie. - Gdyby nie ona, to nigdy nie zdobyłbym mistrzostwa świata - mówi z czułością pięściarz.

Pani Średnicka dba o dom. Liczne puchary są zawsze wypucowane. Przez 20 lat prowadziła też kronikę sukcesów męża. Wklejała do niej zdjęcia i gazetowe wycinki. Kilka lat temu Średnicki komuś pożyczył kronikę. Już jej nie zobaczył.

Średnickiemu przeszkadzało, kiedy słyszał, że bokserzy są "ciency w rozumie". Postanowił wykształcenie uzupełnić. Jeszcze w Jastrzębiu zaczął chodzić do ogólniaka, ale nie najlepiej układały mu się stosunki z nauczycielami. - Kiedyś dyrektorka zwróciła mu uwagę. Średnicki odparł jej: "Ja to jeszcze mogę być dyrektorem szkoły, a pani mistrzem świata już nie" - wspomina prezes Edmund Ligocki. Maturę Średnicki zdał, kiedy przeprowadził się do Sosnowca. Potem ukończył jeszcze dwuletnie studium rehabilitacyjne na warszawskiej AWF.

Ostatni wielki sukces Średnicki osiągnął w 1979 roku. Na mistrzostwach Europy w Kolonii w walce o złoty medal pokonał Rumuna Daniela Radu. Na igrzyskach olimpijskich w Moskwie przegrał w ćwierćfinale z zawodnikiem gospodarzy Miroszniczenką 2:3.

Reżim konsumpcyjny

O tym, jak zrzucał zbędne kilogramy, krążą dziś legendy. - Heniek miał znakomity apetyt, więc potem strasznie męczył się z wagą - mówi Edmund Ligocki.

Średnicki: - Przed ME w Halle dziesięć dni nic nie jadłem, żeby zbić wagę. Zrzuciłem wtedy dziewięć i pół kilograma. To był mój rekord.

Zgodził się na tak duży wysiłek, żeby w wadze muszej zrobić miejsce dla Leszka Błażyńskiego. Sam wystartował w papierowej. Obaj zdobyli złote medale.

Michał Szczepan: - Średnicki był ogromnym talentem, ale bez przerwy musiał być mocno trzymany w ryzach. Dlaczego? Heniek miał skłonności do rozluźniania się w najbardziej nieodpowiednich momentach i gwałtownie przybierał na wadze.

Na szczęście trener Szczepan miał posłuch u Średnickiego. Na jego polecenie mistrz bez szemrania potrafił na obozie w Zakopanem biegać w deszczu 20 kilometrów. Zawsze zbijał wagę w naturalny sposób - ostry trening i wielogodzinne moczenie się w wannie napełnionej wodą z solą. Na lekarzy zawsze patrzył nieufnie. - Wolałem nie łykać nieznanych mi tabletek. Na olimpiadzie w Montrealu oddałem jakieś pastylki naszym ciężarowcom - opowiada.

Przed mistrzostwami świata w Belgradzie w 1978 roku Średnicki jak zwykle miał kilkukilogramową nadwagę. Po przyjeździe do Jugosławii trener Szczepan kazał masażyście Stanisławowi Zalewskiemu pilnować pięściarza na każdym kroku. - Kiedy Średnickiego w nocy skręcał głód, Stasiu musiał grać z nim w karty, żeby Heniek choć na chwilę przestał myśleć o jedzeniu. Pilnował go nawet, żeby nie próbował pić wody z kranu - śmiał się Szczepan. Opłaciło się.

Czasem Średnicki nie wytrzymywał tego reżimu. Kiedyś podczas zgrupowania w Zakopanem pięściarz w tajemnicy postanowił zwiedzić miejscowe knajpy. Po północy Średnicki z butami w ręku, w samych skarpetkach, skradał się do swojego pokoju. Nagle ciszę nocną zakłócił głośny hałas. Koledzy z kadry postanowili spłatać mu figla i przed drzwiami swojego pokoju Średnicki wszedł w wiadra oraz parę rondli. Wszystko się wydało, pięściarz miał kłopoty.

Garnki sprzedam

Pod koniec kariery przeniósł się do Sosnowca. Załoga kopalni Czerwone Zagłębie dobrowolnie opodatkowała się na pierwszoligową drużynę pięściarską. Średnicki ostatni tytuł mistrza Polski wywalczył w 1982 roku. Potem coraz trudniej było mu utrzymać formę, przegrywał ligowe walki.

Zaglądał do kieliszka. Zdarzało się, że o piątej nad ranem prosto z imprezy szedł na przystanek. Stamtąd naczelny inżynier kopalni zabierał go na poranny trening.

W 1988 roku Średnicki zdecydował, że wystarczy. Po skończeniu kariery nosił elementy obudów w kopalni Czerwone Zagłębie. Wytrzymał przez trzy miesiące - okazało się, że ma astmę. Zaczął tyć.

Szybko zabrakło mu pieniędzy. Żona nigdy nie pracowała, a na utrzymaniu były jeszcze dwie córki. W 1993 obcięto mu rentę do półtora miliona złotych. Zdesperowany pięściarz zaczął pomagać sąsiadowi w handlu garnkami na bazarach w Dąbrowie Górniczej i Olkuszu. Dorabiał jako barman w sosnowieckich knajpach. Dostał jednorazową zapomogę z fundacji Gloria Victis. Ale kiedy poszedł po pomoc do działaczy, usłyszał: "Ty medale zdobywałeś dla komuny, a nie dla nas". - Czy to w porządku? - uśmiecha się smutno. I dlatego pisze list do prezydenta.

HENRYK ŚREDNICKI

Urodził się 17 stycznia 1955 roku w Siemianowicach. Oficjalnie stoczył 377 walk (nieoficjalnie około 500) w wadze papierowej, muszej, koguciej i piórkowej. Odniósł 339 zwycięstw (w tym ponad 200 przed czasem), 8 pojedynków zremisował, 30 przegrał. Był mistrzem świata (1978), mistrzem Europy (1977, 79), mistrzem Polski (1974, 75, 76, 78, 79, 82).

PS Myślicie, że list do prezydenta przyniósł efekt?

PS1 W tekście nie pociągnąłem wątku ulicznych bijatyk z udziałem mistrza. Podkreślę jeszcze raz: musicie wiedzieć, że to nie było tak, że on chciał się naparzać, ale kiedy się zaczęło - nie odpuścił. Nigdy nie dał sobie wejść na głowę. Poza jednym przypadkiem. W tekście wspominam o tym, że Średnicki z Ułan Bator wrócił z futrem z lisów, które dostał od oczarowanych nim Mongołów. Kiedy wysiadł na Śląsku z pociągu został przyuważony przez kilku chuliganów. Chcieli zabrać małemu futro i przy okazji popisać się przed partnerkami. Wyśmiał ich więc się na własne nieszczęście na niego rzucili. Potem kiedy już leżeli nieprzytomni, rzuciły się na niego z kolei ich kobiety. Jedna wskoczyła mu od tyłu na barana i zaczęła go drapać i okładać. Co Średnicki miał zrobić? Jak wołać o milicję z rozhisteryzowaną wrzeszczącą babą na głowie, walącą pięściami na oślep i chcącą wydrapać oczy? Co Wy byście zrobili? Wyjście było jedno.

Też została leżeć.

A mistrz odszedł z futrem.

PS2 Nikt nigdy w Polsce nie powtórzył tego sukcesu do dziś. Nikt nigdy nie został już pięściarskim mistrzem świata amatorów.

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić.

16:31, pavelczado , Boks
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Cristiano Ronaldo? Że co?!

Cristiano Ronaldo dostał "Złotą Piłkę" czyli został wybrany najlepszym piłkarzem grającym w Europie w 2014 roku.

Moim zdaniem to zły wybór. Wręcz absurdalny. Mam jeden zasadniczy argument. Pierwszy raz w historii zdarzyło się żeby "Złotą Piłkę" dostał zawodnik, który uczestnicząc w mundialu nawet nie wyszedł z grupy. Z grupy! To już nawet Igor Biełanow był lepszy...

Oczywiste jest, że Cristiano Ronaldo grał w tym roku fantastycznie, osiągi miał znakomite, styl również był godny podziwu. Doprawdy świetny piłkarz! Nie od dziś. Choćby po roku 2012 uważałem, że Messi powinien oddać mu "Złotą Piłkę".

Dziwi mnie jednak, że najważniejszą nagrodę za 2014 rok dostał piłkarz, który w NAJWAŻNIEJSZYM momencie zeszłego roku CAŁKOWICIE zawiódł. To jest jak z maturą - musisz się sprężyć na ten jeden moment, pokazać klasę w najważniejszych chwilach, dokładnie wtedy kiedy ta klasa jest najbardziej potrzebna. To  właśnie jest dowodem jakości.

Mundial to dla piłkarzy matura. W trakcie ubiegłorocznej matury Cristiano Ronaldo zawiódł, powtórzę, CAŁKOWICIE. Nie zmieni tego faktu gol na otarcie łez w meczu z Ghaną. W grze tej najbardziej spektakularnej - z Niemcami - w bezpośrednim pojedynku z Manuelem Neuerem - nie miał szans. NIE POKAZAŁ WŁAŚCIWIE NIC. Został zmiażdżony. Zawiódł również w spotkaniu najbardziej istotnym - z USA. Tymczasem od takich piłkarzy oczekuje się żeby ciągnęli za sobą zespół w najważniejszych chwilach. CR7 Real ciągnął owszem, znakomicie. Ale w roku mundialu Portugalii nie pociągnął już nigdzie. Przypominam - Portugalia nawet nie wyszła z grupy!

Osobiście cenię zawodników, którzy najlepsi są w najważniejszym momencie. Bycie najlepszym w najważniejszym momencie jest nieporównywalnie trudniejsze niż bycie najlepszym w nieważnym albo i nawet ważnym momencie... Udźwignięcie ciężaru oczekiwań to niezwykła umiejętność. Nie rozumiem jak najlepszym piłkarzem może zostać zawodnik, który nie udźwignął ciężaru na najważniejszej ze wszystkich ważnych piłkarskich imprez. Nie ma przecież nic ważniejszego od mundialu! Taką Ligę Mistrzów można przecież wygrać cztery raz częściej.

Złota Piłka przyznawana jest od 1956 roku. Większość z wyborów w latach mundialu była dla mnie niekontrowersyjna. Na pocieszenie: dzisiejszy wybór Cristiano Ronaldo to jednak nie jest największa żenada. Choćby prawie trzydzieści lat temu zdarzyła się większa...

Poniżej krótka analiza pod tytułem "Złota piłka a lata mundialowe":

W 1958 - Raymond Kopa. Brawo. Trafny wybór. Francja była na tamtym mundialu* rewelacją. Osiągnął wtedy realny sukces. Zagrał genialnie. Szwecja była wyżej, ale żaden z gospodarzy nie olśnił jak on. Lśnił bardziej nawet niż absolutny rekordzista Just Fontaine. Strzelić 13 goli na jednym mundialu i nie zostać najlepszym piłkarzem Europy? To jak dobry musiał być ten, którego oceniono wyżej?

W 1962 - Josef Masopust. Brawo. Trafny wybór. Czechosłowacja była na tamtym mundialu rewelacją. Osiągnął wtedy realny sukces. Mózg z Pragi był symbolem tamtej ekipy, choć na pewno nie wolno zapominać o ówczesnym selekcjonerze Rudolfie Vytlacilu;

W 1966 - Bobby Charlton. Brawo. Trafny wybór. Osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. Po raz pierwszy od kiedy wymyślono "Złotą Piłkę" nagrodę dostał najlepszy piłkarz drużyny, która właśnie zdobyła mistrzostwo świata. Nie mógł go przebić wtedy nawet Eusebio;

W 1970 - Gerd Mueller. Brawo. Trafny wybór. Co prawda Włosi byli w ostatecznym rozrachunku wyżej, ale Mueller był wtedy naprawdę fantastyczny - także w półfinałowym meczu z Włochami, które Niemcy ostatecznie przegrały. Indywidualnie żaden z Włochów - także w tamtym meczu nie był w stanie mu dorównać;

W 1974 - Johann Cryuff. Mieszane uczucia. Owszem, Holender osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. Być może wybrano go dlatego, że wpływ jego gry, jego inteligencja, jego wkład w sukces znaczyły dla Holandii więcej niż wkład Beckenbauera w sukces Niemiec czy Deyny w sukces Polski? Do tego cztery lata później okazało się, że bez Cruyffa też się przecież da...

W 1978 - Kevin Keegan. Pierwsza konsternacja. Wybrany najlepszym piłkarzem mimo, że w ogóle nie było go na mundialu. stało się tak dlatego, że w Argentynie tak naprawdę nie zachwycił w pełni żaden europejski piłkarz. Nie było żadnych wątpliwości - Anglik zdobył dwa razy więcej punktów niż piłkarz drugi w zestawieniu. Jest w tym jednak logika - wybrano piłkarza, który z racji nieobecności nie miał szans zawieść:) Cristiano Ronaldo w Brazylii jednak był. Wolałbym wygrać jak Keegan;

W 1982 - Paolo Rossi. Brawo. Trafny wybór. Największa rewelacja najlepszej drużyny. Nie ma dyskusji. Osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. Po raz drugi od kiedy wymyślono "Złotą Piłkę" nagrodę dostał najlepszy piłkarz najlepszej drużyny świata. Jedynie co mi się wtedy nie podobało to fakt, że Giresse prześcignął Bońka. Polak za rok 1982 powinien być na drugim miejscu;

W 1986 - Igor Biełanow. Druga konsternacja. Największa żenada w historii plebiscytu. Pierwszy z tej grupy, który był na mundialu i odpadł zaraz po rozgrywkach grupowych. Do teraz nie rozumiem w jaki sposób mógł prześcignąć choćby Gary'ego Linekera, który zarówno drużynowo jak i indywidualnie w trakcie meksykańskiego mundialu osiągnął więcej;

W 1990 - Lothar Matthaeus. Brawo. Trafny wybór. Osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. Po raz trzeci od kiedy wymyślono "Złotą Piłkę" nagrodę dostał najlepszy piłkarz najlepszej drużyny świata;

W 1994 - Christo Stoiczkow. Brawo. Trafny wybór. Żaden z Europejczyków nie pokazał wtedy większej klasy. Blisko był Roberto Baggio, ale Stoiczkow był wtedy twórcą i tworzywem, a Baggio - świetnym, najlepszym z możliwych uzupełnieniem. Jego zespół był w czwórce;

W 1998 - Zinedine Zidane. Brawo. Trafny wybór. Osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. Po raz czwarty od kiedy wymyślono "Złotą Piłkę" nagrodę dostał najlepszy piłkarz najlepszej drużyny świata;

W 2002 - Ronaldo. Żenada. Od początku do końca byłem i jestem przeciwko zmianie formuły nagrody. Obecnego stanu rzeczy nie przyjmuje do wiadomości, Latynosi powinni dostawać własne laury. A Ballon d'Or powinien dostać wtedy Oliver Kahn;

W 2006 - Fabio Cannavaro. Brawo. Trafny wybór. Osiągnął wtedy na mundialu realny sukces. W jego wyborze jest dla mnie coś symbolicznego: dla mnie to nie była włoska drużyna, która olśniewałaby z przodu. To był sukces nie akcji, ale reakcji;

W 2010 - Leo Messi. Żenada. Od początku do końca byłem i jestem przeciwko zmianie formuły nagrody, Latynosi powinni dostawać własne. Nagrodę powinien dostać Andres Iniesta;

W 2014 - CR7. Już pisałem nie będę się powtarzał. Dla mnie Złotą Piłkę powinien dostać Manuel Neuer. Niemiec był wyśmienity nie tylko przed i po mundialu. Był wyśmienity także w trakcie mundialu. W przeciwieństwie do Portugalczyka.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

*wiem, że termin "mundial" jest w powszechnym użyciu dopiero od 1978, ale ułatwia sprawę.

środa, 07 stycznia 2015
Były naczelny "Przeglądu Sportowego" na Czadoblogu

Nie ma nic przyjemniejszego dla autora bloga kiedy jakiś tekst wywołuje czytelniczą reakcję. Zwłaszcza kiedy reakcja jest poważna, wyważona i przenikliwa. Czasem powoduje to reakcję łańcuchową: wypowiadają się kolejni ludzie, którzy z racji doświadczenia mają coś wartościowego do powiedzenia.

Dziś na tekst Marka Blukacza z Poznania, niedawno zamieszczony na Czadoblogu, reaguje Maciej Polkowski, redaktor naczelny "Przeglądu Sportowego" w latach 1990-1994. Poniżej jego impresja:

Warto być przyzwoitym - utwierdził mnie pan Marek Blukacz z Poznania. Z reguły ograniczam się do obserwacji wszelkich dyskusji, polemik i sporów w tak zwanych mediach społecznościowych, ale jednak tym razem dziennikarski temperament wziął górę.

To, co prezentuje pan Blukacz jest warte co najmniej kilkukrotnego przeczytania - nie z powodu trudności w zrozumieniu zbyt "naukowo" napisanego tekstu, ale ze względu na zawarte treści i konkluzje. Zainspirowały mnie one do zastanowienia się nad stanem dziennikarstwa sportowego, albowiem to z oczywistych względów było, jest i będzie mi najbliższe.

Świętej pamięci wybitny reżyser i aktor Adam Hanuszkiewicz wypytywany kiedyś o kondycję polskiej reżyserii teatralnej odpowiedział: "No, jest nas kilku oraz kilkuset, którzy starają się uprawiać ten zawód". Z całkowitą odpowiedzialnością za słowo stwierdzam, że powyższa opinia pasuje jak ulał do obrazu polskiego dziennikarstwa, co gorsza nie tylko sportowego. Kwestię, czy ktoś powinien lub czy ma prawo recenzowania jako dziennikarz książek o tematyce sportowej za darmo - uważam (powtarzając ulubione określenia idola pewnej grupy) za całkowicie chorą.

Przypomina się fragment niedawnego wywiadu Jacka Walkiewicza (psychologa, mentora), który stwierdził: "Ingvar Kamprad, twórca Ikei, mówił, że praca bez przyjemności musi być koszmarem. Zgadzam się z nim. Jestem z pokolenia, które przychodząc do pracy nie pytało, ile będzie zarabiać. I ludzie, których zatrudniałem też o to nie pytali. Po prostu chcieli pracować w tej firmie. Bo chcieli się czegoś nauczyć. Nadal są ludzie, którzy będą pracowali za grosze, bo chcą się czegoś nauczyć i np. otworzyć własną restaurację. A kiedy odnosisz sukces? Wtedy gdy za pieniądze robisz coś, co i tak byś robił, nawet za darmo..."

"Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej" - ocenia, a może nawet ostrzega Marek Blukacz. Problem nie w tym, że ktoś korzysta z tzw. współczesnych narzędzi, ale problem w tym, że teraz - dosłownie z dnia na dzień - można się obwołać dziennikarzem, ba - redaktorem naczelnym - portalu lub innego społecznościowego wynalazku. Klikasz i masz; klikasz i pouczasz, krytykujesz i brylujesz, uchodzisz za znawcę materii, autorytet - bez żadnego przygotowania, doświadczenia, o umiejętnościach bądź szczypcie talentu nie wspominając.

Kiedyś ten zawód cieszył się zasłużoną estymą, a gdy w 1972 roku rozpoczynałem pracę w "Przeglądzie Sportowym" to czułem się jakby Pan Bóg pozwolił mi złapać się za nogi. Mieć swoje biurko, krzesło i maszynę do pisania w "PS" to było naprawdę coś!

Warto jednak zdać sobie sprawę, jaka wówczas była niesłychanie ostra selekcja (niewielka ilość tytułów w porównaniu z dzisiejszymi czasy) a przede wszystkim obowiązywała święta zasada - dziennikarstwo to zawód czeladniczy. Nawet jeden z najbardziej bezkrytycznych wyznawców "religii Bońka" przyznał, że zaczynał o robienia tabelek i tekstów, których innym nie chciało się robić oraz od... ganiania po piwo. Co ciekawe, wtedy on też jeszcze nie pytał za ile. Dopiero potem, z czasem, weszło do obiegu hasło "Kasa, misiu, kasa" - bardzo wielu się spodobało i wielu przyjęło je za życiową dewizę.

Kto inaczej myśli o funkcjonuje ten jest "frajerem", "pożytecznym idiotą". Pytanie - czy na pewno? Przecież żyjemy w wolnym kraju i nie wszystkim - uprawiającym zawód dziennikarza - musi odpowiadać nachalne lansowanie własnej osoby. Naprawdę nie każdy choruje na potrzebę bycia, za wszelką cenę, celebrytą - bez jakiegokolwiek poczucia przyzwoitości, skromności, wstydu.

Dlatego właśnie - jak zauważa spore grono bardziej wnikliwych obserwatorów - obecnie nie mamy do czynienia z mediami sportowymi, ale specyficznymi "maszynkami do robienia pieniędzy". Sport należy do tych tematów, czy raczej towarów, które poprzez swoją atrakcyjność świetnie się sprzedają. Z małymi wyjątkami, korzystając z internetu, co krok wpadamy na portale jedynie pozornie sportowe, a faktycznie firmy bardziej bukmacherskie niż sportowe, których dealerami są prezes PZPN i kilku znanych tak zwanych dziennikarzy. Specjalnie napisałem tak zwanych bo mam prawo uważać, że propagowanie bukmacherki nie mieści się w pojęciu dziennikarskiej etyki. Jak znam niektórych to mi odpowiedzą ripostą: „Sorry, takie mamy czasy!”.

Takie mamy czasy (?), że merytoryczne polemiki zastąpiło zwalczanie jakiejkolwiek potencjalnej konkurencji - ośmieszanie, dyskredytowanie wręcz opluwanie innych.

O solidarności zawodowej dziennikarzy już dawno zapomniano. Nie znam drugiego takiego środowiska, w którym ludzie traktowaliby się aż tak ostentacyjnie wrogo i pogardliwie. Dobrze, iż  znalazła się grupa (sam się z nią utożsamiam już jako jeden seniorów), która nie popiera umacniania w przekonaniu Czytelników, iż język jakiego używają musi być pełen nienawiści, pogardy i wulgaryzmów; a ich działanie musi charakteryzować zwykłe chamstwo. Na to nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody! Bo tak wcale nie musi być. To niestety prawda, że internet sprzyja takim postawom i zachowaniom, ponieważ hołduje zasadzie – hulaj dusza, piekła nie ma. Coś takiego jak odwaga cywilna jest w ogóle pojęciem nieznanym. Anonimowość zapewnia bezkarność i… zapewnia systematyczny wzrost klientów, a tym samym kasy właścicieli oraz ich najemnych pracowników. Jak prawdziwie diagnozuje pan Blukacz: „…pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę… Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska”.

Aha, jeszcze jedno: jak mawiał słynny porucznik Columbo - od dłuższego czasu odnoszę nieodparte (graniczące z pewnością) wrażenie, iż owi biznesmeni-żurnaliści tak na dobrą sprawę nie lubią sportu, piłki nożnej, a co najważniejsze ludzi. I nie mają przyjaciół i co więcej wcale im nie są potrzebni. Bo gdyby większe zyski przynosiło to, co się dzieje powiedzmy (z całym szacunkiem) wśród górali zajmujących się wypasem owiec to… U nas „to” wszystko funkcjonuje na zasadzie zblatowania bezczelnej i cynicznej ferajny, co całkiem jasno wyłuszczył Marek Blukacz.

Maciej Polkowski

P.S. Niektórym wydaje się, że są głównymi rozgrywającymi w grze, którą prowadzi jeden znany prezes. Nic bardziej mylnego. On traktuje ich nie podmiotowo, a przedmiotowo. Są mu potrzebni tutaj, na razie, do czasu… bo jak sam niedawno wyznał: „W Polsce mam trzech prawdziwych przyjaciół”.

Zgadzacie się z Maciejem Polkowskim? Uważacie inaczej? Jeśli tak - dlaczego? Jeśli nie - dlaczego?

A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 29 grudnia 2014
Co archeologia ma do wywalonego języka [KONKURS]

Kiedy archeolog znajduje cenne stanowisko już nie popuści. Z zaciśniętymi szczękami i drgającymi mięśniami twarzy delikatnie zdejmuje kolejne warstwy, rysuje, fotografuje i wydobywa. I tak aż do tzw. calca. Calec to warstwa jałowa, warstwa bez materiału archeologicznego. Znaczy, że pod spodem już nic nie ma. Bez sensu jest grzebać dalej, bo nic się nie znajdzie.

Wydaje mi się, że z calcem jest jak z dobrymi książkami. To nie zdarza się nagminnie, ale czasem czytelnik ma poczucie, że ma w ręce coś co całkowicie wyczerpuje dany temat, że bez sensu jest aby kolejny pisarz czy reporter brał się za to samo, bo bez sensu byłoby kusić czytelnika historią na temat, w którym ktoś już wcześniej dokopał się do calca.

Czasem powstają opowieści, które tak potrafią zaorać temat, że zamykają sprawę na kłódkę. Właśnie mam taką opowieść w rękach i Wy też możecie mieć.

Przyznaję: o koszykówce nie wiem zbyt wiele. Najbardziej kojarzę tę dyscyplinę ze względu na to, że w dawnych czasach na wuefie w moim ogólniaku próbowano nam ją narzucić, bo nasza szkoła była wcześniej ponoć dobra w te klocki (a raczej w te kosze) i wygrywała jakieś zawody więc kadra nauczycielska chciała podtrzymać ten trend. Na szczęście trafiłem na grupę uczniów, którzy podchodzili do tego "podtrzymania" z ironicznym dystansem, no bo jakim cudem można nastolatków zmusić do gry w kosza zamiast w fusbal? Przypominaliśmy grupę wojaków Szwejków, których nagle ktoś chce nauczyć się bić. Koszykówka na naszej niechęci do nauki nie straciła, bo zapewniam, że nikt z nas w najmniejszym nawet stopniu nie rokował w tej trudnej przecież dyscyplinie sportu. Nie mieściło nam się jedynie w głowach, że ktoś może nas zmuszać do gry w koszykówkę zamiast w piłkę nożną i uważać, że to dla naszego dobra. Traktowaliśmy to jako zabijanie w nas radości życia. Oczywiście były elementy w koszykówce, które nam się podobały. Zwłaszcza kiedy czujne oko nauczyciela nas opuszczało. Zmienialiśmy wtedy zasady gry. Na przykład wolno było kozłować tylko oburącz albo nie wolno było faulować inaczej niż brutalnie (na przykład uderzeniem pięścią). Na szczęście kadra nauczycielska szybko zauważyła, że szybowcami to my nigdy nie będziemy i w miarę szybko dała nam spokój.

Oczywiście i tak miałem z koszykówką na co dzień. Po lekcjach, kiedy nie chciało nam się grać w nogę albo pękły już wszystkie piłki, które mieliśmy do dyspozycji, graliśmy w tzw. "króla" czyli rzucaliśmy do kosza (osobiście zawsze mnie zdumiewało, że ktoś mógł chcieć mieć piłkę do koszykówki na własność) i celny rzut dawał mi czasem satysfakcję. NBA znałem słabo i z reguły nie próbowałem tamtejszych wzorców przenosić na boisko, choć teraz sobie przypominam, że jedno zagranie z amerykańskich parkietów tak mi zaimponowało, że próbowałem się go nauczyć jako bajtel. Nie, nie chodzi o slam dunki, na to byłem oczywiście za mało skoczny. Chodzi o zagranie stosowane przez pewnego wielkiego grubawego białasa - Larry Bird mu było chyba. Wiecie - ten gość z Boston Celtics. Otóż facet miał pewną niezwykłą umiejętność. Z upodobaniem stał daleko od kosza, tyłem kozłował piłkę, blokowany nachalnie przez rywala. No i Bird w pewnym momencie wyskakiwał, w trakcie tego wyskoku się obracał i bezbłędnie trafiał za trzy! Jego powtarzalność w tej kwestii wywoływała we mnie paroksyzmy rozkoszy, choć wiem, że połączenie słów "koszykówka" i "rozkosz" na tym blogu może zdawać się dziwaczne.

Możecie poczytać o tamtych czasach, bo tym razem mam dla Was książkę właśnie o koszykówce. To biografia Michaela Jordana, najwybitniejszego zawodnika wszech czasów. Tak jak trudno sobie wyobrazić by ktoś kiedykolwiek mógł być lepszy we futbolu od Maradony albo w boksie od Tysona, tak trudno sobie wyobrazić by ktoś mógł lepiej grać w koszykówkę od Michaela Jordana. Przyznaję - jako chłopaka drażniło mnie, że wszyscy wokół mnie zachwycają się Jordanem, dlatego ja zawsze wolałem być... Clydem Drexlerem. W finałowych rywalizacjach Chicago Bulls - Portland Trail Blazers trzymałem stronę tych drugich. Postawiłem na złego konia - to Jordan był i jest niepowtarzalnym zjawiskiem. 

Nie znam się na koszykówce, ale po przeczytaniu zajmującej biografii Jordana autorstwa Rolanda Lazenby'ego wiem, że nie ma już żadnego sensu pisać czegokolwiek o tym wybitnym sportowcu. To po prostu dobra książka. Lazenby dogrzebał się do calca. Jak mogłoby być inaczej skoro opowieść o Jordanie zaczyna się od... Dawsona Handa, pradziadka Michaela?

Dobra przejdźmy dla powodu dla których ten wpis właściwie powstał: konkursu! Mam dla rozdania trzy biografie Michaela Jordana.

Zadanie jest chyba fajne i premiuje tych, którzy znają się na koszykówce. Pieszczę w sobie cichą nadzieję, że przynajmniej kilku takich Czytelników się na tym blogu znajdzie...

Otóż jeśli chcesz cegłę o Jordanie napisz pod spodem uzasadnienie: jakim zawodnikiem, z którym albo przeciw któremu grał Michael Jordan zachwycasz się najbardziej i dlaczego? Magic? Bird? Ewing? Barkley? Stockton? Pippen? Malone? Do wyboru, do koloru! (dla Czytelników młodszych, nie pamiętających już gry Jordana  i jego wielkich rywali inne pytanie - dlaczego kozłowanie jedną ręką jest lepsze niż oburącz?)

Tym razem postanowiłem nie stosować żadnych formalnych ograniczeń choć warto pamiętać, że czasem (a raczej zazwyczaj) sto zdań nie ma wcale większej siły rażenia niż jedno.

Czekam na Wasze komentarze do końca tygodnia. W następny poniedziałek (5 stycznia) wybiorę wpisy, które najbardziej mi się podobały i ogłoszę trzech (a może troje) zwycięzców.

Do dzieła!

PS Jordan w jednym okazał się lepszy od Maradony i Tysona. Otóż do nieśmiertelności przeniósł jeden... nie wiem czy można nazwać to gestem, bo nie wiem czy językiem można wykonywać gesty. W każdym razie ani Mike ani Diego nie dorobili się takiego znaku rozpoznawczego jak wywalony jęzor Michaela Jordana.

PS1 Jedyne czego mi w tej książce brakuje to indeksu nazwisk. Przed zabraniem się do tej cegły (liczy 666 stron) miałem ochotę przeczytać przede wszystkim o Larrym Birdzie i Clydzie Drexlerze. Przez brak indeksu czytanie przed czytaniem nie było możliwe.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

12:04, pavelczado , Książki
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Nie bądź małpą

Pamiętam kiedy pierwszy raz wyjechałem całkiem sam zagranicę. Miałem wtedy 20 lat i pojechałem w wakacje szukać pracy we Francji. Co prawda nie znalazłem, ale przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę bardziej uwiodły mnie klimaty średniowiecznej zachodniej cywilizacji niż robota w winnicy. Wciągnąłem się w samotne zwiedzanie Turenii i Andegawenii (polecam Chinon, gdzie więziony był m.in. ostatni wielki mistrz templariuszy Jacques de Molay). Tak naprawdę miałem komfort: nie musiałem wówczas tej pracy wcale znaleźć. Nie stałem pod ścianą. Taką ścianą pod jaką często stoją u nas piłkarze z Afryki.

Kiedy przyjeżdża do nas nastolatek stamtąd żeby kopać tu piłkę zazwyczaj spotyka się z ogromną rezerwą. To zrozumiałe: musi pokazać, że jest lepszy od innych, ale wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jaki to dla niego ogromny stres. Stres związany nie tylko z pojawieniem się na innej planecie (różnice nie tylko w poziomie ale i w sposobie życia są ogromne). To nie jest tak jak było w moim przypadku, choć ja też w trakcie tej pierwszej francuskiej podróży zaliczyłem parę zdumień (pierwszy raz widziałem wtedy choćby Auchan, w Polsce jeszcze takich supermarketów wówczas nie było. Chciałem wejść i nie mogłem zrozumieć dlaczego wózki są przyczepione łańcuchami do innych wózków. Szarpanie ich ze złością nie pomagało. Wstyd było pytać, dyskretnie musiałem obserwować więc co robią tambylcy i jak udaje im się odczepić ten cholerny wózek. Nie wiedziałem, że bez wózka też można wejść;)

Po pierwsze - ja tam tylko mogłem, Afrykańczycy często u nas muszą. Fakt, że pracy wtedy nie znalazłem niczego nie zmienił. Bliscy byli przede wszystkim szczęśliwi, że wróciłem cały, zdrowy i z nowymi doświadczeniami. Młodzi Afrykańczycy dźwigają znacznie cięższe brzemię: doskonale wiedzą, że jeśli im nie wyjdzie zawiodą w ojczyźnie wiele osób. Nie, nie chodzi mi o kibiców śledzących jak powodzi się na europejskich boiskach ich rodakom. Kandydaci na piłkarzy zdają sobie doskonale sprawę, że przyjeżdżając do Europy dostali szansę na jaką niewielu z nich może liczyć. Że łapią Pana Boga za nogi. Wielu bliskich szczęściarza, którzy pozostali w Afryce liczy na to, że szansa przez kandydata na piłkarza zostanie wykorzystana i że członek rodziny pociągnie ich za sobą, że to będzie szansa na lepsze życie nie tylko dla niego, ale również i dla nich. Niestety; kandydatom częściej towarzyszy paskudne poczucie, że zawiedli niż błogie poczucie spełnienia. 

Po drugie - jednemu czarnemu wśród setki białych jest trudniej niż jednemu białemu wśród setki czarnych. Zwiedziłem dotąd siedem afrykańskich państw i kontaktem z tambylcami stresowałem się właściwie tylko raz. W Nairobi umknąłem przed miejscowymi "dziećmi ulicy" w boczną uliczkę. To była jakaś setka gniewnych maluchów w wieku 5-15 lat, która rozwrzeszczana szła przez ulicę, pokrywając wszystko jak szarańcza i wysysając na co tylko miała ochotę.

Kiedy w Zimbabwe byłem na piłkarskich derbach Harare a portier podprowadził mnie do ławki rezerwowych wobec prawie 30 tysięcy  Murzynów na trybunach (machałem w ich stronę niczym na defiladzie) żeby spytać piłkarzy i sztab trenerski czy przypadkiem nie mają jakichś klubowych pamiątek dla miłego gościa z Europy - właściwie w ogóle się nie stresowałem. Afrykańczyk szukający pracy w Polsce, musi przeżywać tych stresów znacznie więcej. Chodzi o to, że ludzie ciągle patrzą na nich z nieufnością. Uważają za gorszych. Zaręczam Wam - kiedy wszyscy wokół patrzą na Was z nieufnością od rana do wieczora - spalacie się psychicznie. Ja już coś takiego przeżyłem (nie w Afryce - w Polsce) - także dlatego potrafię ich zrozumieć.  

Po trzecie - warto pamiętać skąd przyjeżdżają do nas młodzi czarnoskórzy piłkarze. Mnie osobiście zawsze rozśmiesza kiedy słyszę w Polsce narzekania na biedę i brak perspektyw w naszym kraju. Ludzie, którzy wypowiadają te słowa nie zdają sobie sprawy, że zawsze może być gorzej. Ja to "gorzej" widziałem w Afryce. Widziałem prawdziwą biedę i brak perspektyw na masową wręcz skalę. W malawijskim Lilongwe widziałem całe dzielnice ziemianek pozbawione prądu i bieżącej wody. Tambylcy pewnie chcieliby przynajmniej wybrać w jakich ziemiankach przyjdzie im żyć. Tradycyjnie okrągłych, które zapewniają większe... bezpieczeństwo (węże, których tam nie brakuje poruszają  się zwykle przy krawędzi równej przeszkody, gdy trafiają na okrągłą ścianę - pełzną dalej) czy raczej ziemiankach kwadratowych, w których można by dzięki temu wygodnie dosunąć łóżko do samej ściany? Chcieliby, ale ochota to w wielu przypadkach największy atut jaki mają do dyspozycji.

Poza tym nigdzie tak bardzo jak w Afryce nie miałem poczucia przemijalności, nigdzie indziej nie ogarniała mnie myśl, że właściwie w każdej chwili mogę stracić życie. Nie, nie byłem świadkiem żadnego konfliktu zbrojnego. Za to choroba może cię zgasić w każdej chwili jak płomyk świecy. Ja tam nie byłem na zorganizowanej wycieczce. Byłem w Afryce z plecakiem i małą butlą gazową. W Kenii przez dwie doby leżałem właściwie w malignie, z gigantyczną gorączką i tam jedyny raz w życiu pogodziłem się już, że umrę (wiem, że brzmi to nieznośnie patetycznie, ale tak właśnie było). To w Afryce koło mojego samochodu położył się lew, a ja miałem zepsutą szybkę w drzwiach i nie mogłem jej zakręcić... (auto wypożyczył były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Zimbabwe).

Przeżyłem wtedy, ale powtarzam: poczucie przemijalności towarzyszyło mi w subsaharyjskiej Afryce prawie bez przerwy. Jak choćby w małej osadzie Kasisi w Zambii gdzie działa sierociniec, którym zajmują się polskie siostry - Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. To niezwykłe miejsce. Byłem tam w 2000 roku. W Zambii mnóstwo ludzi choruje na AIDS i do przytułku trafia wiele dzieci już zarażonych. Najbardziej wryła mi się w pamięć alejka za szpitalem. Zapamiętałem, że po obu jej stronach uklepano mogiły. Malutkie mogiły. Coraz mniejsze. Półtorametrowe. Metrowe. Półmetrowe... 

Myślałem naiwnie, że niewiele osób w Polsce wie o Kasisi tymczasem w sobotę ze zdumieniem przeczytałem w "Wyborczej" wywiad z Szymonem Hołownią. Okazuje się, że facet mnóstwo energii, czasu i pieniędzy poświęca na pomoc właśnie tamtejszym dzieciom. Warto przeczytać tę niezwykłą opowieść. A kto wie: jeśli się wzruszycie - może warto i pomóc?

Wiem, że Kasisi jest daleko. Wiem, że u nas biedne dzieci też potrzebują pomocy i wsparcia. Kiedy jednak będziecie na stadionach piłkarskich w Polsce też możecie zrobić coś dobrego dla Afryki: możecie nie obszczekiwać tamtejszych piłkarzy, nie pohukiwać w ich stronę, jak małpy. Pamiętajcie - ich życie, choć wydaje się tak przyjemne, bo przecież życie zawodowego piłkarza musi być przyjemne - niesie za sobą mnóstwo stresów, które nam nawet trudno sobie wyobrazić czy zrozumieć.

W Polsce coraz częstszy jest pogląd, że ludzie pohukujący z trybun na Afrykańczyków nie są rasistami. Oni chcą ponoć jedynie wyprowadzić za wszelką cenę przeciwnika z równowagi. A przecież wobec czarnoskórego człowieka pohukiwanie małpy jest najprostszym przekazem - bez względu na różnice językowe zrozumie go na pewno. I może się zdenerwuje? Może koślawo kopnie piłkę? Rozumiem, że można chcieć zdekoncentrować przeciwnika. Uważam jednak, że nie każda metoda jest do przyjęcia. 

Empatia czasem się przydaje. Nie można z nią przesadzać, ale to właśnie także dzięki niej nie jestem rasistą.

PS O moich osobistych impresjach futbolowych z subsaharyjskiej Afryki możecie przeczytać - TUTAJ.

PS1 Omega życzy Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

piątek, 19 grudnia 2014
Jeszcze o konflikcie Stanowski - Czado. Gościnnie

Miałem już nie odnosić się do różnicy zdań między mną a Krzysztofem Stanowskim, ale napisał do mnie Czytelnik Czadobloga. Napisał tak wnikliwie, że nie sposób nie oddać mu pola.

Tekst nie jest krótki, ale naprawdę zachęcam żeby uważnie przeczytać.

 "Ponieważ dyskusja na temat recenzowania przez dziennikarzy książek sportowych w zasadzie wygasła, należy się jeszcze kilka zdań podsumowania oraz uzupełnienia o ważne wątki, które nie zostały poruszone. Będzie trochę o dziennikarstwie sportowym, przede wszystkim o tym mniej rzetelnym oraz jakie koszty ponoszą klienci-czytelnicy piłkarskich portali internetowych. Bo to, że wbrew pozorom jakieś ponoszą, być może nie dla wszystkich jest takie oczywiste.

Tytułem wprowadzenia napiszę tylko, że czytam regularnie Czadobloga od kilku lat, Weszło trochę ponad rok. Jakkolwiek by to dziwnie brzmiało jestem wielkim fanem piłki kopanej w wydaniu krajowym, a z wykształcenia antropologiem kultury (UAM Poznań) z analitycznym podejściem do każdego tematu, który wzbudza moje zainteresowanie.

Burzliwa wymiana zdań (w formie całe szczęście nie tak parlamentarnej jak ta która miała miejsce w ostatnich dniach w polskim Sejmie) pomiędzy wyżej wymienionymi, zapoczątkowana została wpisem Stanowskiego krytykującym kolegów po fachu za darmowe recenzje książek o tematyce sportowej. Nazwał ich „pożytecznymi idiotami” i w środowisku zakotłowało. Rozpętała się wojenka na twitterze, który staje się ostatnio bardzo modnym narzędziem pracy żurnalistów sportowych. Możemy określić takie dziennikarstwo jako sms-owe, należy przesłać krótką wiadomość tekstową, ale wygrywa tylko ten, który dokona tego jako pierwszy lub będzie bardziej kontrowersyjny niż reszta uczestników zabawy. Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej, ale obiecałem się zająć innym problemem, więc wracam do głównego tematu.

Kluczowe na dziś wydaje się zrozumienie zmian jakie zachodzą na rynku prasowym i to nie tylko tym sportowym. Niczym odkrywczym będzie stwierdzenie, iż w coraz większym stopniu czytelnik wybiera te media, które zapewnią mu najszybszy dostęp do informacji, jednocześnie treści te dezaktualizują się w sposób błyskawiczny.

Prześledźmy to na przykładzie futbolu. Kalendarz wydarzeń piłkarskich w ostatnich kilkunastu latach uległ radykalnemu przeobrażeniu. Obecnie praktycznie 365 dni w roku, każdego dnia gdzieś na świecie są rozgrywane mecze, jak nie w wydaniu klubowym to reprezentacyjnym. Każdy mecz musi być opisywany i interpretowany w zasadzie na bieżąco – „online”. Wynika to z faktu, iż w kolejce czeka kolejne spotkanie, a widz zapomina o tym, które właśnie oglądał. „Żywotność” takiego meczu jest coraz krótsza. Czasy kiedy rytm życia piłkarskiego kibica wyznaczany był w odstępach weekendowych kolejek ligowych i dodatkowo wpadała raz na jakiś czas gratisowa środa z europejskimi pucharami lub reprezentacją, to okres dla badań archeologów sportowych.

Niszę na polu dziennikarstwa poświęconego zdecydowanie najpopularniejszej dyscyplinie sportu w naszym kraju coraz bardziej skutecznie zajmuje portal Weszło. Dostarcza on odbiorcy, czyli klientowi największy wybór tekstów, a jego właściciel po kilku latach działalności dość dobrze wyczuwa potrzeby swoich klientów. Informacja przekazana jest praktycznie natychmiast po wydarzeniu, a klient nie ponosi z tego tytułu bezpośrednio żadnych kosztów finansowych. Dziennikarze Weszło piszą językiem internautów, ich artykuły, felietony, czy też inne wpisy okraszone są sporą dawką wulgaryzmów oraz hejtu. W pakiecie otrzymujemy gratis zdjęcia i filmiki (czy aby na pewno legalnie?) z najciekawszymi bramkami, akcjami, itp.

O użytkownikach portalu Weszło celowo piszę Klienci, ponieważ sam Stanowski określa siebie (np. podczas ostatniego spotkania ze studentami w Poznaniu) jako przedsiębiorcę, który prowadzi dochodowy i innowacyjny w swoim pomyśle biznes. Błyskotliwy dziennikarz, jakim bez wątpienia jest założyciel portalu Weszło, przepoczwarza się w bezwzględnego biznesmana gotowego wszcząć wojnę z każdym, kto może stanowić dla niego konkurencję. Przywdziewając szaty rewolucjonisty oraz innowatora próbuje marketingowo każdą taką okoliczność sprzedać jako walkę „nowego porządku”, którego jest jednym reprezentantem, ze „starym systemem”, reprezentowanym przez resztę świata dziennikarskiego. Zresztą ten ostatni też jest traktowany w sposób utylitarny. Krytyka „Przeglądu Sportowego” ustała z dnia na dzień w październiku 2013 roku, gdy ponownie na łamach tej gazety zaczęły pojawiać się artykuły Stanowskiego. Wówczas wrogiem nr 1, też z dnia na dzień, stał się katowicki „Sport”.

Powoli, ale w końcu dochodzimy najważniejszego aspektu niniejszego wywodu, czyli kosztów jakie ponoszą klienci portalu Weszło. Pozwolę sobie podzielić je na koszty bezpośrednie oraz pośrednie. Przypominam, że portal ten jest dla jego założyciela przede wszystkim biznesem, więc jego czytelników traktuję jak zwykłych klientów. Cała logistyka takiego przedsięwzięcia jak e-biznes w postaci portalu z informacjami o tematyce piłkarskiej wymaga mniejszych, ale jednak określonych kosztów. Potrzebne są zatem przychody (w przeciwieństwie do czytelników prasy drukowanej, odbiorcy internetowi nie płacą za zakup gazety), firma czerpie je z pewnością z reklam umieszczanych na stronach internetowych portalu. Korzystając z serwisu bardzo szybko można zauważyć, iż najwięcej reklam dotyczy prezentacji ofert internetowych firm bukmacherskich, notabene w świetle prawa polskiego działających, co najmniej na granicy prawa. Nachalne namawianie do skorzystania z ich usług sprawia, iż wystarczy tylko nacisnąć odpowiedni link by przenieść się do świata wirtualnego hazardu i uszczuplić zasoby swojego portfela o konkretne kwoty, przeważnie zdecydowanie wyższe niż cena ulubionej gazety o tematyce sportowej. Mechanizmów rządzących tym rodzajem e-biznesu opisywać już nie muszę, nie jest to ideą tego wpisu.

Powyżej opisane są koszty bezpośrednie, Klient płaci firmie bukmacherskiej, a ta portalowi który ją reklamuje. Są to koszty widoczne na pierwszy rzut oka, przy skutecznym wprowadzeniu mechanizmów obronnych można ich uniknąć. Niestety nie wszyscy zostali wyposażeni przez naturę w takowe lub nabiorą ich dopiero z czasem, stąd ogromna popularność internetowej bukmacherki.

Dużo trudniej wykryć natomiast koszty pośrednie jakie ponosi Klient w związku z korzystaniem z treści proponowanych przez portal internetowy o którym mowa w tej analizie. By zostawić konkurencję w pokonanym polu, decyduje przede wszystkim szybkość przekazania informacji odbiorcy, należy za wszelką cenę ubiec konkurenta biznesowego, który jest traktowany jako rywal na polu walki o Klienta. Z umieszczaniem artykułów po wydarzeniach piłkarskich nie ma najmniejszego problemu, są one często pisane jeszcze w trakcie meczu, czy szerzej kolejki ligowej. Nie pomylę się, gdy stwierdzę, że tak działają w kraju dziesiątki innych portali o tematyce piłkarskiej. Kluczowy jest zatem dostęp do informacji wyjątkowych, często zakulisowych, a o dużym znaczeniu z punktu widzenia kibiców konkretnych drużyn. Taką sferą jest np. polityka transferowa klubu poza sezonem, czy też przeprowadzanie zmian na ławkach trenerskich w trakcie.

Będę teraz upraszczał i generalizował, ale pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę. Ci, którzy należą do tej pierwszej grupy, w zamian za lojalną współpracę, czyli dostarczenie odpowiedniej ilości przecieków informacyjnych, otaczani są parasolem ochronnym i niezależnie od okoliczności nie tylko nie zostaną zhejtowani, ale przeważnie są jeszcze promowani. Problem mają natomiast przedstawiciele tej drugiej grupy – pozostali piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd., ponieważ fundament tego typu biznesu oparty jest na idei (tego oczekuje Klient internetowy), że będą oni pełnić rolę kozłów ofiarnych, na których można w dowolny sposób hejtować. Ich sukcesy są minimalizowane, a porażki wyolbrzymiane. Przypominam: hejt internetowy to druga naczelna zasada działania tego biznesu.

Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska. By nie być gołosłownym przytoczę przykład słowackiego rozgrywającego Górnika Zabrze, 6 drużyny jesieni w Ekstraklasie, który zaliczył więcej niż poprawną rundę. Nie licząc jednego meczu, w którym strzelił dwie bramki, na Weszło zawsze po nim „jadą”. Na drugim biegunie jest dwóch młodych środkowych pomocników 13 drużyny ekstraklasy, największego rozczarowania sezonu, tj. Lechii Gdańsk, o których nawet nie wspomina się w podsumowaniach kolejek. Gdyby na miejscu któregoś z nich był Robert Jeż, to już wielokrotnie zostałby zmasakrowany, zjedzony i wydalony przez autorów Weszło. Niestety sprawa jest poważniejsza niż się wydaje na początku, Robert Jeż poddawany totalnej krytyce także w poprzednim sezonie, został pobity jesienią 2013 przez niezidentyfikowanych sprawców przed własnym domem w Lubinie, a jego koledze Michałowi Gliwie (drugiemu wyszydzanemu piłkarzowi na portalu Weszło) zniszczono samochód. Podobnych przykładów podziału na piłkarzy/kluby/menedżerów promowanych i poddanych hejtowaniu mogę przytoczyć bez liku.

Wracając do wywołanego przez redaktora Weszło konfliktu z Pawłem Czado, no cóż, krytyka prezesa PZPN na jaką zupełnie słusznie co jakiś czas pozwala sobie autor Czadobloga, musiała spowodować reakcję drugiego z największych piewców bukmacherki internetowej".

Marek Blukacz

 

Zgadzacie się? Uważacie, że autor się myli? Proszę jedynie o poważne opinie. "Merdacze" nie będą mile widziani.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 18 grudnia 2014
Gangsta rap

Przypominam, że ciągle trwa konkurs, w którym nagrodą jest autobiografia Mike'a Tysona. Szczegóły - TUTAJ. Mam do rozdysponowania trzy egzemplarze, a właściwie już... dwa.

Postępuję może niepedagogicznie, ale już teraz, przed zakończeniem konkursu, jedną z nagród przyznaję Czytelnikowi o nicku Samotny Amator. W konkursie chodzi o wyrażenie opinii: za co lubi się albo nie lubi Tysona. Samotny Amator postanowił wyrazić się niekoniecznie w prozie. Nie jest to wprawdzie subtelny styl Juliusza Słowackiego, ale to przecież całkowicie nieistotne. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że autor skanduje te słowa w jakimś garażowym konkursie przed kumplami z osiedla a wszyscy rytmicznie kiwają się do taktu. Extra!:)

Wprawdzie w poniższym utworze nie ma nic o biedzie, gangach, rasizmie i problemach z policją, ale przecież to oczywiste, że utwór o Tysonie musimy zaliczyć do gatunku gangsta rap;)

Samotny Amator w komentarzach pod wpisem tak więc oto zarapował. Jeeeedziemy:

Za co lubię Tysona, 

Takich powodów jest od groma, 
Pochylę się tylko nad kilkoma. 

Za charakterystyczny tatuaż na twarzy, 
Nie każdy by się zdecydował dla tej skazy, 
Ale Mike jest wariat i się odważył. 

Za atletyczną sylwetkę podczas kariery, 
Wyraz profesjonalizmu i dobrego wyglądu maniery, 
Uosobieniem współczesnego gladiatora był bez ściemy. 

Za moc nokautu aż ring się trzęsie, 
Mimo niewielkiego wzrostu uderzenie miał silne piekielnie, 
Zamiatał rywalami po deskach aż mina rzednie. 

Za ten jego nikczemny uśmiech, 
Wrażenie sprawia niczym komediowy oblech, 
Jednak ma to swój zawadiacki wdzięk. 

Za te wojny ringowe, 
Oraz wybryki pozasportowe, 
Ten facet to postać nietuzinkowa, każdy to powie. 

Reklamował napoje, był w filmie i we wrestlingu, 
Mike Tyson to Bestia marketingu. 
Takie są powody mojej sympatii do tego typa, 

Bo to postać w historię sportu mocno wryta. 

PS Omega wystawiła przed siebie wskazówki i porusza nimi rytmicznie w górę i w dół. Yooooo - yooooo...

PS1 Święto w Chorzowie. W centrum, na ul. Wolności, najważniejszej ulicy w mieście i tamtejszym deptaku odsłonięto dziś ławeczkę Gerarda Cieślika. Teraz każdy może sobie z nim usiąść. Cieszę się, tym bardziej, że to pomysł mojego kolegi z redakcji Piotra Zawadzkiego.

PS2 Nie możecie się już doczekać meczów na Stadionie Śląskim? Widać już światełko w tunelu. Dach ma być gotowy pod koniec 2015 roku a cały stadion pod koniec 2016. Pomalutku, powolutku trzeba się będzie zastanowić jakiego przeciwnika zaprosić na start. Co byście powiedzieli na reprezentację Argentyny?:)

PS3 PZPN nie jest już tak beznadziejny i archaiczny jak kiedyś. Za dawnych betonowych czasów za ustawienie 31 meczów i kupiony awans byłaby degradacja. Tymczasem od 2009 roku i uchwały abolicyjnej jest po bożemu. Dlatego dziś za taki numer GKS Bełchatów dostał pół miliona zł kary. Przyszło nowe. Nowe lepsze. Świetlane. Wszyscy mogą odetchnąć z ulgą. Dobrze jednak się stało, że PZPN-em rządzi Zbigniew Boniek. Przecież nie jest w jego gestii zmienić uchwałę abolicyjną, nigdy nie słyszałem żeby był za status quo ante. Teraz ta nasza piłka jest taka nowoczesna, postindrustrialna i metroseksualna...

Do tego klub może się jeszcze odwołać od tej decyzji. Oczywiście: zmniejszcie im karę do 10 tysięcy!

Pora umierać.

środa, 17 grudnia 2014
Idiota niepożyteczny

Zaatakował mnie Krzysztof Stanowski. Ten z "Weszło". Sugeruje, że jestem tzw. pożytecznym idiotą, bo piszę darmowe recenzje książek sportowych. Idiotą, bo przecież mógłbym na tym zarabiać a tak psuję jedynie rynek.

Pseudozarzut I

Stanowski zarzuca mi, że piszę recenzje książek, które przesyła mi wydawnictwo i że piszę je... tylko dlatego. Sugeruje, że zachłystuję się darmową przesyłką.

Pisze tak: Czado jest o tyle niewiarygodny, że dziwnym trafem promuje akurat te książki, które dostaje za darmo. Niby zajmuje się śląskim futbolem, ale jak mu podesłano egzemplarz autobiografii słynnego boksera z USA – to będzie wpis o bokserze z USA. Ja widzę trzy możliwości: albo go nie stać na książki, albo ma bardzo daleko do księgarni, albo wystarczy mu dać egzemplarz za cztery dychy, żeby zatańczył tak, jak mu się zagra. Chociaż jemu samemu się zdaje, że sam wybiera kroki i że sam włącza muzykę.

Riposta

Stanowskiemu pierwszy raz udało się mnie rozzłościć. Chwyt jest bowiem obrzydliwy, w dodatku stosowany przez gościa u którego używanie w pożądanym przez nas kontekście słowa "wiarygodność" przyprawia mnie o kaszel. Opanowuję się jednak i kulturalnie wyjaśniam:

- po pierwsze: kłamstwem jest, że recenzuję jedynie książki, które dostaję za darmo. To uwłaczający zarzut. Łatwo sprawdzić, że recenzowałem wiele książek, które sam kupiłem*. Ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą (Stanowskiemu najbardziej do rozumu przemówi chyba przykład "Spalonego"). Mało tego; zdarza się, że kupowałem książki, o których wiedziałem, że i tak zostaną mi przysłane. Chciałem je mieć jednak szybciej, bo zwyczajnie nie mogłem się doczekać (choćby prawie każdego tomu encyklopedii FUJI). Biznesmen Stanowski nazwałby to frajerstwem, bo przecież tylko frajer mógłby w ten sposób tracić pieniądze;

- po drugie: Stanowski jest mało spostrzegawczy. Sugeruje, że biografią Tysona zająłem się tylko dlatego, że wydawnictwo przysłało mi darmowy egzemplarz. To uwłaczający zarzut. Tak się składa, że uwielbiam boks i uważam go za drugi najważniejszy sport po piłce nożnej, na moim blogu od wielu lat istnieje nawet specjalna zakładka poświęcona tej dyscyplinie. Mało wprawdzie o boksie piszę, bo uważam, że - w przeciwieństwie do futbolu - nie wiem o nim tyle żeby regularnie się mądrzyć;

- po trzecie: do wymienianych na końcu trzech powodów dla których miałbym "promować" za darmo (w przeciwieństwie do Stanowskiego wolę używać słowa "recenzować", bo nie jestem opętany zarabianiem na wszystkim na czym dałoby się zarobić) w ogóle nie mam zamiaru się odnosić - są obraźliwe. Ich wymyślenie dobrze jednak oddaje mentalność biznesmena Stanowskiego, który udowadnia, że dla niego najważniejszą zaletą człowieka jest umiejętność zarabiania pieniędzy. W sumie nie wiem czy jest coś czego nie uznałby za dobry sposób na zarobek. Może jest?

Pseudozarzut II 

Stanowski pisze:

"Czado sam przyznaje, że nie ostrzega czytelników przed bardzo słabymi książkami, które dostał w prezencie. Nie napisał: uważajcie, bryndza taka, że nie da się przebrnąć pierwszego rozdziału. Wydaje mi się, że gdyby książkę sam kupił, nie miałby z tym problemu, a tak w głowie włącza się hamulec. Jest więc idealnym pożytecznym idiotą, ponieważ nie ma ryzyka, iż po otrzymaniu prezentu, który nie przypadnie mu do gustu, wyrazi publicznie niezadowolenie."

Riposta

To jasne, że nie ostrzegam przed słabymi książkami, które dostałem za darmo. Nie wiem jak można się temu dziwić. Powód jest oczywisty: wyrzucam takie książki, w ogóle ich nie czytając. Uważam, że czytanie słabych książek jest stratą czasu, a z uczciwości wobec Czytelników nie napiszę przecież recenzji książek, których nie przeczytałem, prawda? Czy to tak trudno zrozumieć?**

Stanowski udowadnia przy okazji, że jest idiotą, w dodatku wcale nie takim pożytecznym. Sugeruje bowiem, że gdybym kupił słabą książkę to nie miałbym oporów z napisaniem miażdżącej recenzji. Moim zdaniem tylko kompletny idiota mógłby kupić słabą książkę. Żeby się przed tym obronić wystarczy przecież uważne półminutowe przejrzenie książki w księgarni przed podjęciem decyzji o ewentualnym zakupie. Książki nie są bowiem czymś co kupowałbym w ciemno. W ciemno to ja mogę kupić płyn do mycia naczyń.

Pseudozarzut III

Rozśmiesza mnie, że Stanowski wyśmiewa dziennikarzy, którzy chwalą się na Twitterze okładkami książek nadesłanych przez wydawnictwa. Wyśmiewa, że chwalą je zanim jeszcze zdążą je przeczytać.

Riposta

Mnie bowiem te śmichy-chichy nie dotyczą. Po pierwsze - nigdy nie umieściłem okładki książki na Twitterze. Po drugie powtórzę się - nie piszę recenzji książek, których nie przeczytałem. Wygląda na to, że Stanowski śmieje się z tego co sam robi. Zajrzyjcie w linka, podesłał mi to Hanys, Czytelnik Czadobloga. Po pierwsze Stanowski chwali się zdjęciem okładki książki przysłanej mu przez wydawnictwo, po drugie - zdjęcie tytułuje tak: "nowy dzień, nowa przesyłka". Tweetuje o godz 8.27 rano. Czy można w związku z tym uważać, że chwali się książką, której nie zdążył jeszcze przeczytać? Musiałby przecież dostać przesyłkę tuż po północy żeby zdążyć połknąć te 464 strony. Może rzeczywiście tak szybko czyta?

Nie wnikam już w to czy ten tweet został może usunięty (szczerze mówiąc nie chciałoby mi się to wierzyć, bo takie postępowanie świadczyłoby o wyjątkowej małości Stanowskiego, a naprawdę nie sądzę, że mógłby być taką gnidą) czy raczej nie. Mam to gdzieś.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Przypominam, że trwa konkurs na biografię Mike'a Tysona. Zapraszam.

*Niedowiarki niech podzwonią po wydawcach.

**Wydaje się, że to trudne do przyswojenia przez osoby, które nazywam "merdaczami". Od merdania ogonem. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 189