sobota, 25 października 2014
Dramat. Nie zazdroszczę prezesowi

Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice z Dolcanem Ząbki.  Skończył się rezultatem 2:3 co jest wynikiem całkowicie mylącym, bo sugeruje, że mecz był wyrównany.

To nieprawda. Goście byli zdecydowanie lepsi i modelowo rozpracowali GieKSę zamykając sprawę w trochę ponad kwadrans. Nie przypominam sobie żeby GKS kiedykolwiek przegrywał u siebie 0:3 po 17. minutach a parę meczów na Bukowej już w życiu widziałem.

Wynik nie mógł być lepszy ponieważ w grze GKS-u szwankowały:

a) przyjęcie piłki. Źle było w najróżniejszych momentach, w najróżniejszych rejonach boiska. Podczas atakowania i podczas bronienia. Czasami piłka wylatywała na aut, czasami przejmowali ją zaskoczeni rywale;

b) podania. Gospodarze właściwie nie potrafili posłać dalekiego celnego podania, które stwarzałoby przewagę lub dawało możliwość stworzenia groźnej sytuacji. Jedynym, który potrafił regularnie i powtarzalnie dobrze podać był Przemysław Pitry. A centry z rogu, a dośrodkowania ze skrzydła? Z ilu mogło się coś wydarzyć?;

c) kiwka. Dobry drybling nie jest zły. Zły drybling jest jednak zły;

d) szybkość. Objawiało się to na przykład w momentach kiedy piłkarz gości tracił piłkę a potrafił się wrócić i ją odzyskać;

e) zwrotność - jak wyżej;

f) odpowiedzialność. Nie było piłkarza, który po tych trzech gongach na początku wziąłby ją na siebie w pełni. Objawiało się to podaniami do najbliższego partnera albo podaniami do tyłu kiedy wcale nie trzeba było podawać do tyłu. W tym meczu nie było lidera, a takie spotkanie to idealny moment żeby się taki objawił. Niestety;

g) komunikacja między piłkarzami. Właściwie jej brak czego efektem było niezrozumienie. Kto kogo kryje, kto kogo sobie przekazuje, komu podaje, kto przejmuje piłkę, kto wychodzi na pozycje? Czasem wyglądało jakby piłkarze w ogóle się nie rozumieli;

h) gra ciałem. Miałem wrażenie, że jak trzeba przepchnąć to zawsze szkoła ząbkowska jest górą;

i) boiskowe wybory. To chyba najważniejsze. Wybór rozwiązania akcji to przecież podstawa. Dziś kilkakrotnie się zastanawiałem po stratach piłki: dlaczego zawodnik GieKSy zagrał tak a nie inaczej? Wiem, że łatwo się pisze takie rzeczy siedząc a nie grając, ale nie zmienia to faktu: dziś były prawie same złe wybory.

j) psychika. Psychika? Nieeeeeeeeeeeee, tutaj muszę się nie zgodzić sam ze sobą! Owszem długo wydawało mi się, że u piłkarzy GieKSy szwankowała również psychika. Cóż, po koszmarnym początku było naturalne, że zawodnicy długo nie będą w stanie dojść do siebie. Pytanie czy nie podniosą się już do końca meczu było zasadne. Okazało się, że nie - w pewnym momencie mimo ciągle słabej gry gospodarze uwierzyli, że są w stanie tego meczu nie przegrać. Dzięki temu mieliśmy emocjonującą końcówkę. Dlatego psychika drużyny - mimo przegranego meczu - zdecydowanie na plus!

Na poczynania gości patrzyłem z szacunkiem, bo objawili się jako poukładana drużyna, która wie czego chce. Z upływem czasu pojedyncze zachowania piłkarzy Dolcanu sprawiały, że zacząłem tracić jednak do nich sympatię. Bramkarz Rafał Leszczyński za każdym razem kiedy przepuszczał piłkę do siatki nie wiadomo dlaczego próbował przeszkadzać piłkarzom GKS-u, którzy chcieli natychmiast wznowić grę więc wyrywał sobie z nimi piłkę. Przy tej okazji Grzegorza Goncerza wręcz wepchnął do siatki! Z kolei pomocnik Grzegorz Piesio, który udowodnił, że potrafi dobrze grać w piłkę - w samej końcówce okazał się moim zdaniem prowokatorem, który przyczynił się do rozpętania gigantycznej awantury z udziałem nawet ławek rezerwowych. Zdziwiłem się, że nie zobaczył czerwonej kartki.

Wiadomo, że każdy orze jak może. Ale potem inni pamiętają jak orze...

                                 * * *

Teraz prezes Wojciech Cygan musi podjąć decyzję: co dalej?

Po pierwsze - atakować jeszcze ekstraklasę czy już tylko bronić się przed spadkiem?

Po drugie - jeśli atakować ekstraklasę to czy jeszcze z trenerem Kazimierzem Moskalem a jeśli tylko bronić się przed spadkiem to czy jeszcze z trenerem Kazimierzem Moskalem?

Z jednej strony nie ma jeszcze połowy sezonu, a początek tabeli wcale przesadnie nie ucieka. Wystarczy krótka udana passa - choćby trzy zwycięstwa z rzędu - a znów jest się w tej lidze kandydatem do awansu. Nie ma w tej stawce zespołu nie do pokonania przez katowiczan. W tej chwili GKS traci do miejsca gwarantującego awans do ekstraklasy osiem punktów. To jeszcze da się odrobić. Z drugiej strony - jeśli spojrzeć do tyłu - strefa spadkowa też jest oddalona na osiem punktów...

Trener Kazimierz Moskal przed sezonem dostał duży kredyt zaufania - także od kibiców. W zeszłym sezonie nie udało się osiągnąć ambitnych celów a szkoleniowiec mimo to został i mógł budować drużynę według własnego uznania. Pozbyto się za to kilku zawodników, których uznano za niepotrzebnych.

Dzisiejszy mecz pokazał, że katowicka drużyna nie ma właściwie pomysłu jak grać. Obnażył ją rywal, który dotąd był przecież niżej w tabeli, wyprzedził GieKSę dopiero dzięki temu zwycięstwu.

Z drugiej strony - jaki inny trener będzie w stanie zagwarantować lepszą grę GKS-u? Widzicie kogoś takiego na rynku? Tu nie chodzi o natychmiastową poprawę wyników ze względu na grożący spadek. Chodzi o natychmiastową poprawę wyników ze względu na oddalający się awans. To moim zdaniem zupełnie dwie różne sprawy. Tak jak decyzja Ruchu względem Jana Kociana jest dla mnie jednoznaczna, tak decyzja GKS-u względem Kazimierza Moskala taka dla mnie nie jest. Dlatego, że chodzi o inne cele.

Typowym przykładem jak nietrafne bywają decyzje kiedy zmienia się trenera by jego następca zagwarantował wiekszy sukces a nie jedynie status quo - może być historia z samej GieKSy. W 1989 roku na Bukową przyjechała amatorska drużyna z Finlandii o nazwie Rovaniemi Palloseura. GKS, trenowany wtedy przez Władysława Żmudę, prowadził wówczas w ligowej tabeli, ale Marian Dziurowicz myślał też o europejskich pucharach. Pewny zwycięstwa "Magnat" zaprosił wtedy na stadion całą ówczesną górniczą wierchuszkę. Miała być wielka feta, tymczasem GKS przegrał po golu fińskiego piłkarza, grającego z 39-stopniową gorączką i odpadł z Pucharu UEFA. Rozwścieczony Dziurowicz zrobił w szatni awanturę, a po kilku dniach zwolnił Żmudę. Wielu ludzi twierdzi, że gdyby Żmuda został, to zdobyłby mistrzostwo. Jego następcy nie zdołali utrzymać prowadzenia w tabeli... 

Nie zazdroszczę więc Wojciechowi Cyganowi. Musi podjąć decyzję - co dalej? Jeszcze czekać czy już reagować? Cholera, nie jest łatwo być prezesem...

Jedno jest pewne: będzie bardzo ciekawie. Tak się składa, że najbliższe trzy mecze GieKSa rozegra z trzema bardzo pokancerowanymi, mocno pokiereszowanym ostatnio rywalami: Sandecją (właśnie powieziona czwórką w Grudziądzu), Tychami (dwie porażki z rzędu, ostatnie trzy mecze bez zwycięstwa) i Arką (właśnie powieziona czwórką w Lubinie). 

Jeśli GKS wygra trzy razy - spojrzenie będzie całkowicie inne...

PS Byłem dziś również na Wielkich Derbach Bytomia. Skończyło się 0:0, moją relację z meczu możecie przeczytać TUTAJ. Chcę wspomnieć jeszcze o aspekcie kibicowskim.

Nie zostało to moim zdaniem dobrze rozegrane.

Po pierwsze - ze względu na kibiców Szombierek. Pod bramą widziałem emerytów ze łzami w oczach. Oni nie mieli wcześniej pojęcia, że 199 biletów jest już dawno wyprzedanych. - Proszę pana, jestem stond, Szombierki to moja drużyna i zawsze chodzę na jej mecze. Dlaczego teraz nie mogę kupić biletu? - denerwował się starszy pan na wieść, że kasy zamknięte. W ogóle nie wiedział, że mecz obejrzy tylko 199 fanów... Zapewniam Was, że to nie był odosobniony przypadek. 

Po drugie - ze względu na kibiców Polonii. Zapowiedzieli, że będą pod stadionem i tak się stało. Część z nich wdarła się na obiekt żeby oglądać mecz zza trybuny za bramką - tej naprzeciw zegara. Widziałem, że ruszyło na nich konno dwóch policjantów i ekipa została rozgoniona (żeby było jasne - nie twierdzę, że ci funkcjonariusze użyli siły, wystarczył jej pokaz). Moim zdaniem w takich przypadkach nic nie gwarantuje takiej skuteczności jak oddziały konne. Jeśli nie przeżyliście momentu kiedy ruszają na was jeźdźcy - niczego nie przeżyliście:) Tym razem to było tylko dwóch policjantów na koniach, ale wierzcie mi - to i tak zrobiło na mnie wrażenie. Zawsze zdumiewam się jakim cudem wojsko Jagiełły wytrzymało pod Grunwaldem frontalny atak 16 chorągwi krzyżackich, doborowej ciężkiej jazdy pod wodzą UvJ...

W efekcie pod siłą policyjnej konnicy piesze oddziały kibiców Polonii poszły w rozsypkę, a potem większość musiała przemieścić się za stadionem za drugą bramkę - tę obok zegara (nie mam stuprocentowej pewności, że byli to ci sami kibice). Kilku/kilkunastu z nich wlazło na płot i stamtąd oglądało mecz. Oddziały policji asekurowały kibiców gości, ale nie zdecydowały się już na interwencję (przynajmniej ja takiej nie zauważyłem).

Przez cały mecz było spokojnie (co byłem potem nie wiem, jechałem już na GieKSę). W tym kontekście szkoda, że kibiców Polonii nie wpuszczono na spotkanie, że nie zapłacili na bilety, do przecież "piłka nożna jest dla kibiców".

Z drugiej strony można zrozumieć ludzi, którzy byli przeciwni wpuszczeniu ich na stadion. Wyrazicielem tej opinii może być trener Szombierek Krzysztof Górecko. - A wyobraża pan sobie co by się działo gdyby na stadion weszło 1500 osób, większość kibiców Polonii a my wygralibyśmy ten mecz?

Muszę przyznać: nie wiem co by się działo... No bo gdzie miałyby zostać usadowione te tłumy kibicujące Polonii. Obecny stadion Szombierek powstawał w 1968 roku na 30 tysięcy ludzi, ale wtedy liczyło się inaczej, no i wszędzie w niecce były ławki. Teraz poloniści musieliby siedzieć albo stać na zwykłym wale ziemnym. A na to nie pozwalają przepisy. Na Szombierkach nie ma bowiem tradycyjnej klatki dla przyjezdnych fanów...  

Chyba nie było dobrego wyjścia. A jeśli nie ma dobrego wyjścia przyjmuje się to, które jest najmniej ryzykowne. Policja uznała, że zaufanie kibicom Polonii niesie za sobą zbyt wielkie ryzyko. 

Generalnie - to straszne, że zamiast świętować taki mecz trzeba się modlić żeby nie doszło do tragedii... 

piątek, 24 października 2014
Czy chcecie książkę przed El Clásico [KONKURS]

Wkrótce kolejny mecz, który porusza całą planetę. Z tej okazji Czadoblog ogłasza konkurs. Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania trzy świeżutkie egzemplarze biografii niejakiego Raula Gonzaleza Blanco. Mam nadzieję, że kojarzycie?:)

Pytanie jest bardzo proste. Brzmi ono: Jakim wynikiem zakończy się najbliższy mecz Realu z Barceloną?* Trzy pierwsze prawidłowe odpowiedzi zostaną uhonorowane książką.

W poniedziałek potwierdzę zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

WAŻNA UWAGA. Warto pamiętać, że konkretny wytypowany przez forumowicza wynik nie oznacza, że ktoś inny nie może obstawić tego samego wyniku. Do rozdania są przecież trzy książki a nie jedna:)

Jeszcze jedno: nie można obstawić trzy razy tego samego wyniku, nie można obstawić więcej niż jednego wyniku.

PS W przyszłym tygodniu będę miał coś jeszcze dla fanów futbolu zza Pirenejów. Do wygrania będą bowiem trzy książki ze świetną opowieścią o Barcelonie autorstwa Jimmy'ego Burnsa (tego gościa co rozwścieczył Diego Maradonę:) Tytuł dzieła: "Barça. Życie, pasja, ludzie". To bardzo starannie wydana pozycja z dodatkową atrakcją. Na wyklejce wydrukowano imiona i nazwiska prawie pięciu tysięcy kibiców FCB z Polski! Warto.

*Żeby nie było wątpliwości: przy typie nieremisowym proszę zaznaczyć kto wygrał. Na przykład: 1:0 dla Barcelony albo 2:1 dla Realu.

16:11, pavelczado , Książki
Link Komentarze (69) »
czwartek, 23 października 2014
Jedenastka na rękach kibiców

Już w sobotę największy hit weekendu czyli Wielkie Derby Bytomia. W tym wieku dopiero pierwsze takie do tego odbędą się na czwartym poziomie rozgrywek. Czasy ciężkie więc proponuję żeby sobie przypomnieć o chlubnych początkach tej rywalizacji. 65 lat temu obie drużyny pierwszy raz spotkały się w ligowych derbach i było to w ekstraklasie!

W 1949 roku w dwunastozespołowej lidze znalazły się zarówno Polonia jak i Szombierki określane wtedy często jako Górnik.  W pierwszych historycznych derbach górą był ten drugi klub. „Górnicy bytomscy stają się powoli pupilkiem miejscowej publiczności. Podczas gdy do niedawna kibiców tej jedenastki  poza załogą kopalni Szombierki można było policzyć na palcach obu rąk to teraz widzieliśmy na stadionie miejskim w Bytomiu dotychczasowych zagorzałych zwolenników Polonii, którzy dopingowali jedenastkę górniczą” - pisał katowicki "Sport" o historycznym meczu.

Goście wygrali 2:1, a największą gwiazdą był Jerzy Willibald Krasówka, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej debiutował w reprezentacji Polski podczas meczu z Rumunią w Bukareszcie. „Krasówka jest w bardzo dobrej formie, jest kierownikiem ofensywy górników.” O wyniku w dużej mierze zdecydował fakt, że na chwilę w Polonii musiało dojść do zmiany bramkarza. Dobrze spisującego się Sztola na pięć minut zastąpił między słupkami Kuczapski. „Był właściwym sprawcą utraty przez Polonię obu punktów, fatalnie puszczając nietrudny do obrony strzał Burdy”.

Ciekawostką jest fakt, że ten mecz prowadził ceniony wtedy sędzia Julian Brzuchowski, który w historii śląskiej piłki zapisał się także w inny sposób. To on był bowiem - jako architekt - twórcą projektu Stadionu Śląskiego, który powstał kilka lat później.

23 maja 1949

Polonia Bytom - Szombierki Bytom 1:2 (1:0)

Bramki: 1:0 Szmydt (10.), 1:1 Gaweł (72.), 1:2 Burda (77.)

Widzów: 12 000.

W rewanżu mecz był już jednostronny. Warto zauważyć, że w tym czasie ta bytomska rywalizacja była określana derbami... Śląska Opolskiego. „Polonia Bytom ratując się przed spadkiem z ligi gra obecnie w takim stylu na jaki nie stać w tej chwili żaden zespół z czołówki. Jedenastka Polonii zademonstrowała grę dawno nie oglądaną na naszych boiskach. Twardy ambitny przeciwnik. mający na rozkładzie najlepsze kluby ligi nie miał nic do powiedzenia w tym meczu. Falowych ataków Polonii, szybkich skrzydeł, sprytnego Trampisza na prawym łączniku nie byli w stanie zastopować ani obrońcy ani pomocnicy”.

Wyobraźcie sobie, że po końcowym gwizdku „rozentuzjazmowani kibice Polonii unieśli całą jedenastkę na rękach do autobusu”.

13 września 1949

Szombierki Bytom - Polonia Bytom 0:3 (0:1)

Bramki: 0:1 Trampisz (25.), 0:2 Wieczorek (34.), 0:3 Wiśniewski (57.)

Widzów: 10 000.

Polonii ostatecznie to zwycięstwo nic nie dało, spadła wtedy z ekstraklasy. Szombierki też były blisko, w dodatku kibice mieli powody do stresu. Otóż 17 sierpnia 1949 roku zarząd opolskiego OZPN zawiesił klub za długi (chodziło o 20200 zł).  W połowie października Szombierki uregulowały zobowiązania i kara została odwieszona. Ktoś jednak zauważył, że w okresie zawieszenia Szombierki wygrały w lidze z Gwardią (czyli Wisłą) i Lechią. Wniesiono więc protest do władz PZPN (nie ustaliłem kto go wniósł) o zweryfikowanie tych meczów jako walkowerów dla przegranych rywali Szombierek. Gdyby protest został uznany Szombierki straciłyby cztery zdobyte punkty i to one - zamiast Polonii - spadłyby wtedy z ekstraklasy. Ostatecznie jednak protest nie został uwzględniony.

PS [...]

PS1 Widzieliście co zrobił właśnie Erik Lamela?! Rewelacyjna rabona. Tak strzelają TYLKO Argentyńczycy!

środa, 22 października 2014
Dostęp do alkoholu sprawia, że nie jesteśmy równi

Dobry alkohol, jak wiadomo, nie jest zły. Wiadomo jednak również, że nie w połączeniu z wycieczką na stadion. Choć raczej... nie do końca.

Czasy takie, że futbol dwóch prędkości kluje się już nie tylko na boisku ale i na trybunach. Alkohol. Właśnie to sprawia różnicę.

Jestem wściekły. We wściekłość wprawił mnie niecodzienny przypadek kibica w Katowicach, który omyłkowo próbował wnieść przed meczem na Bukową 20 mililitrów "Gorzkiej żołądkowej" (czyli mniej niż pół kieliszka). Facet ma sklep monopolowy i dzień wcześniej robił zakupy w hurtowni. Dostał tam w prezencie kilkadziesiąt takich buteleczek jako gratisy do półlitrówek. No i przy ich wypakowywaniu jedna buteleczka mu się "schowała". Ochrona jednak zadziałała - wezwana policja alkomatem sprawdziła delikwenta: 0,00. Ale co tam: sprawiedliwy sąd w trybie przyspieszonym wymierzył właścicielowi monopolowego karę 2000 zł grzywny i orzekł dwuletni zakaz udziału w imprezach. Dwuletni! Na szczęście jest druga instancja, która właśnie przywróciła mi wiarę w zdrowy rozsądek sądów. O "przygodach" nieszczęśnika możecie przeczytać - TUTAJ.

Osobiście uważam, że alkohol na meczu piłkarskim to nie jest dobry pomysł. Po pierwsze dlatego, że przeszkadza w intensywnym przeżywaniu wydarzeń na boisku. Po drugie dlatego, że często przeszkadza się potem innym w intensywnym przeżywaniu wydarzeń na boisku.

Czasy nadeszły takie, że zakaz wnoszenia i spożywania alkoholu na stadionach to jeden z najbardziej bezczelnych i zakłamanych przepisów jakie mogę sobie wyobrazić. Dotyczy on bowiem jedynie szaraczków, którzy kupują zwykłe bilety. Facetowi, któremu zawieruszyła się w torbie malutka flaszka groziło, że nie zobaczy meczu przez dwa lata. Z kolei inny facet może na stadionie wypić równowartość dziesięciu takich flaszeczek a jeszcze mu z uśmiechem drzwi otworzą. Bo jeśli jesteś w strefie VIP - bez problemów możesz wprawić się stan lekkości wódką, winem czy tym tam tylko chcesz. Wiadomo, że siedzenie przy soczku nie jest tak atrakcyjne jak możliwość wysączenia sobie drinka. Ale co tam - skoro trafiłeś na teren gdzie alkohol serwują - znaczy jesteś ważną personą; w jakiś sposób dla gospodarza cenną. A jeśli tak - trzeba ci umilić pobyt. W Polsce kultura umilania polega na umożliwieniu picia. Czujesz się zadowolony - możesz jeszcze przynieść dużo profitów...

Mam przekonanie, że takie w sumie drobne sprawy potrafią czasem przeważyć szalę. Lud nie widzi jak bawią się "nadludzie". Może i dobrze. Wściekłość potrafi ponieść w rejony niebezpieczne. Aż do tego, że "żadne zasługi ani talenty nie uzasadniają nierównego podziału dóbr konsumpcyjnych".

A tego nie chcielibyśmy, zapewne, przeżywać. To już było. "Wściekli" już byli. Babuwizm się skończył.

PS Czasy są ciężkie więc kluby upadają. Trudne momenty pokazują cechy charakteru. Cwaniaczki kupują licencję obcego klubu, uprawiają fuzje i inne tego typu duperele. Są też jednak i uczciwi. Ci, którzy zaczynają od samego dołu. Panie i panowie: Victoria Jaworzno wróciła do świata żywych. Życzę powrotu na szczebel centralny!

20:38, pavelczado , Alkohol
Link Komentarze (20) »
wtorek, 21 października 2014
Wielkie Derby Bytomia. Raczej ich nie zobaczycie

Jest w śląskim futbolu kilka wielkich ligowych rywalizacji, którym los stanął na drodze. Przed laty rozpalały do białości, teraz już nawet nie pamiętamy ostatnich meczów, bo dawni wielcy rywale od dawna grają w różnych ligach...

Pamiętacie jeszcze mecze Ruch - GieKSa albo Zagłębie - GieKSa? Największym chyba jednak hitem, który znikł na długie lata z futbolowej mapy Polski jest ligowa rywalizacja Polonii z Szombierkami. Dwaj mistrzowie kraju z jednego miasta! Pierwszy z takich ligowych meczów odbył się w roku 1949 na poziomie ekstraklasy*. Ostatni - w roku 1997 już na drugim poziomie rozgrywek. Od tego czasu - cisza....

Ale wreszcie koniec z tą ciszą! Już w najbliższą sobotę coś co Czadoblogi lubią najbardziej: po siedemnastu latach przerwy wreszcie zabłysną Wielkie Derby Bytomia! 

Ligowy mecz odbędzie się na stadionie Szombierek. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że spotkanie zobaczą tylko szczęśliwcy. Co prawda Szombierki od początku nie chciały organizować imprezy masowej i spotkanie zobaczyłoby 999 kibiców, ale miejscowa policja zdecydowała, że to mecz podwyższonego ryzyka. Oznacza to, że na stadion przy ul. Frycza-Modrzewskiego wejdzie zaledwie 199 szczęśliwców. Oczywiście nie w smak to zarówno jednemu jak i drugiemu klubowi (Szombierki by zarobiły, Polonia miałaby doping), ale nic nie da się zrobić.

Kibice Polonii zapowiadają, że i tak przyjdą pod stadion. Składają do Urzędu Miasta wniosek o pozwolenia na zgromadzenie publiczne żeby pooglądać mecz zza płotu (według prawa to takie zgromadzenie, które "zorganizowane jest na otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób". Musi to być zgrupowanie "co najmniej 15 osób, zwołane w celu wspólnych obrad lub w celu wspólnego wyrażenia stanowiska"). Rozmawiałem dziś o tym wniosku z Damianem Bartylą, prezydentem Bytomia. Wiadomo, że jest zaangażowanym kibicem Polonii, byłym prezesem tego klubu, ale wyraźnie mi podkreślił, że to nie ma nic do rzeczy. Poprosi o analizę prawną w tej sprawie i wyda decyzję w oparciu o obowiązujące przepisy. 

Policja ma własne racje, własne powody i można je zrozumieć. Rozmiar wzajemnej niechęci między sympatykami klubów mógłby wstrząsnąć osobami postronnymi i niezorientowanymi. Osobiście byłbym jednak za imprezą na tysiąc osób i dopuszczeniem kibiców Polonii do udziału w tym widowisku. 

Nie wiem czy istnieje przepis, który zabroni zorganizowania zgromadzenia publicznego kibicom Polonii. Jeśli nie ma - to chyba lepiej żeby byli na trybunach pod kontrolą niż gdyby mieli brykać pod stadionem. Dobrym przykładem są choćby zdarzenia z 2012 roku w związku z derbami Ruch Radzionków - Polonia Bytom.

Po ówczesnej decyzji policji mecz z trybun mogło obejrzeć właśnie 199 osób (impreza niemasowa o podwyższonym ryzyku), a fani Polonii w ogóle nie mogli się pojawić na stadionie. Wiązało się to z faktem, że obiekt Ruchu przy ul. Narutowicza nie spełnia wszystkich warunków bezpieczeństwa. Efekt? Około 600-osobowa grupa sympatyków Polonii zgromadziła się za ogrodzeniem boiska. Tuż po zakończeniu meczu, kiedy zawodnicy Polonii przeskoczyli przez wewnętrzne ogrodzenie i pobiegli w stronę kibiców, część osób z tej grupy zaczęła rzucać butelkami i kamieniami w stronę pracowników ochrony oraz policjantów. W ruch poszły pałki, strzelby gładkolufowe, miotacze wody...

Myślę, że gdyby kibice Polonii weszli na stadion Szombierek i zrobili zadymę na trybunach byliby najgłupszymi szalikowcami świata, bo to świadczyłoby, że nie doceniają co się dla nich robi. Nie uwierzyłby im już nikt i nikt nie chciałby się z nimi układać.

Więcej o tym meczu - TUTAJ. Rozmawiam o nim z prezydentem Bytomia, działaczami Szombierek i Polonii, szefową Stowarzyszenia Kibiców Klubu Polonia Bytom a także z rzecznikiem bytomskiej policji.

PS [...]

*trudno w to uwierzyć, ale ostatni derbowy mecz między Polonią a Szombierkami na poziomie ekstraklasy odbył się już w 1980 roku! Potem oba kluby spotykały się już tylko na drugim poziomie rozgrywek. Nic dziwnego, że kibicom coraz trudniej przypomnieć sobie emocje związane z tą konkretną rywalizacją. 

poniedziałek, 20 października 2014
Kompletnie nie rozumiem Jana Kociana

Były trener Ruchu Chorzów udzielił dziś obszernej wypowiedzi stronie niebiescy.pl.

Zdanie Słowaka jest interesujące choć właściwie nikt nie zauważył, że niestety kompletnie niespójne.

Najpierw Kocian mówi:

Prezes zarzuca mi, że nie znałem odpowiedzi na pytanie: w czym jest problem? Takiej diagnozy nie ma. To nie jest tak, jak idziesz do lekarza, bo cię boli gardło, doktor daje diagnozę, że to jest chrypka i przepisuje ci na to jakiś medykament. W piłce tak się nie da. Tutaj nie ma szybkich odpowiedzi na wszystko. Mogłem odpowiedzieć, że widzę problem w tym i w tym. Mogłem wskazać rozegranie wielu meczów, transfery czy brak boiska, ale to nie byłaby jasna odpowiedź. 

A potem mówi:

Wróciłem niedawno na Słowację i muszę czytać o sobie, że nie miałem planu. Plan jest zawsze. Mieliśmy plan na tę dwutygodniową przerwę i na to, jak dalej pracować z drużyną.

Zanim wyjaśnię dlaczego moim zdaniem te dwa fragmenty się wykluczają - zauważę, że nikt z działaczy nie wymagał od Kociana szybkich odpowiedzi na wszystko. Został zwolniony dopiero po jedenastu meczach z których wygrał jeden. Słowo "szybkie" chyba więc nie przystaje do rzeczywistości.

A teraz o tym dlaczego te dwa fragmenty są sprzeczne. W pierwszym trener Kocian przyznaje, że nie ma diagnozy zapaści. W drugim twierdzi, że wie jak wyjść z kryzysu.

Moim zdaniem trudno wyjść z kryzysu jeśli nie zna się jego powodów i nie dotyczy do tylko futbolu.

Można to czynić owszem - ale tylko po omacku. Tyle, że po omacku to jednak ryzyko. W przypadku pacjenta, który ma chrypkę a lekarz leczy mu nogi najwyżej trochę dłużej pokaszle. W przypadku słabo grającej drużyny może ona w efekcie spaść z ekstraklasy. A czyja to będzie wtedy wina? Oczywiście działaczy.

Dzięki Janowi Kocianowi Ruch udowodnił w zeszłym sezonie, że nie jest słabą drużyną. Jeśli teraz gra znacznie gorzej to przepraszam - nie jest to wina działaczy.

PS [...]

niedziela, 19 października 2014
Zabrzańska masakra piłą mechaniczną

Widziałem to na własne oczy, ale nie mogę napisać: lubię to. Nie przypominam sobie sytuacji żeby lider polskiej ekstraklasy przegrał u siebie w tak kompromitujących rozmiarach. To zdarzyło się właśnie dziś w Zabrzu: Górnik został doszczętnie rozjechany przez Wisłę. 

Najlepsza jak dotąd obrona w lidze, która w jedenastu meczach dopuściła do straty tylko dziewięciu goli, w dwunastym straciła aż pięć.

Nie funkcjonowała obrona.

Nie funkcjonowała pomoc.

Nie funkcjonował atak.

Nie funkcjonowało górne, dalekie podanie.

Nie funkcjonowało budowanie akcji krótkimi, szybkimi podaniami.

Nie funkcjonowały skrzydła.

Nie funkcjonował środek.

O co więc chodzi?

Kiedy nie wiadomo o co chodzi wydawać by się mogło, że chodzi o pieniądze. Ale nie w tym przypadku! Okazuje się, że piłkarze Górnika właśnie przed meczem z Wisłą dostali dwie zaległe pensje. W żadnym razie nie może więc chodzić o niecodzienną "formę protestu", nie należy doszukiwać się spiskowej teorii dziejów, poza tym piłkarze Górnika to  - wiem, że po dzisiejszym meczu to dziwnie brzmi, ale jednak - profesjonaliści.

Wiadomo, że niektóre mecze w zaskakujący sposób nie wychodzą, ale przypominam sobie tylko jeden taki łomot na Roosevelta. Dziewiętnaście lat temu zabrzan w Pucharze Intertoto rozjechał Karslruher SC. W ostatnim jak dotąd występie Górnika w europejskich pucharach (choć właściwie pucharu Intertoto nigdy nie zaliczałem do poważnych europejskich rozgrywek) było 1:6.

W drugiej połowie piłkarze Górnika nie byli dziś w stanie przeprowadzić żadnej groźnej akcji. Tylko raz rozległy się brawa, kiedy w 75. minucie Roman Gergel uderzył nad porzeczką. Widać było, że gospodarze są coraz bardziej sfrustrowani, Łukasz Madej kilkakrotnie wymachiwał rękami i burczał coś pod nosem. Po trzeciej straconej bramce było już tylko czekanie na koniec. Czekanie z coraz większym utęsknieniem...

Kibic Górnika, którego poznałem w przerwie, a który przyjechał na ten mecz specjalnie z Chicago, był załamany. Też byłbym załamany na jego miejscu. Jechać taki kawał żeby zobaczyć największą klęskę ukochanego Górnika w XXI wieku? Będzie miał facet co opowiadać...

Dlatego trochę zaskoczyli mnie ci kibice Górnika, którzy w 80. minucie przy stanie 0:4 śpiewali "tańczymy labada, labada, labada, tańczymy labada, małego walczyka"... Tak jakby nie przejmowali się wynikiem. Dopingowali do końca, owszem, ale jednak czasem warto dostosować się do okoliczności, co?

Najważniejsze jednak to jak najszybciej się pozbierać. Nie dać rozlać się frustracji. Na szczęście nasza liga pozwala znokautowanej drużynie pozbierać się szybko. Wynik 0:5 nie oznacza bynajmniej, że w następnym meczu na pewno nie będzie zwycięstwa. Choć przy takiej grze trudno sobie wyobrazić, że w piątek z Bełchatowem Górnik mógłby uratować choćby remis...

PS Specjalne podziękowania od Czadobloga dla służb technicznych, które tak wydzieliły przejścia, że można było posłuchać co piłkarze Górnika mają sobie do powiedzenia po meczu w szatni.

...

...

...

...

...

...

...

Żartowałem.

sobota, 18 października 2014
Bordeaux, 20 lat później. Niezwykła historia

18 października 1994 roku GKS Katowice rozegrał jeden z najważniejszych meczów w historii. Katowiczanie w Pucharze UEFA pokonali Girondins Bordeaux. Trzech piłkarzy gości - Zinedine Zidane, Bixente Lizarazu i Christophe Dugarry cztery lata później zdobyło mistrzostwo świata.

Byłem na tamtym meczu. Jedyna bramka meczu padła tuż przed końcem, jej autorem był Zdzisław Strojek.

 

Minęło dwadzieścia lat. 18 października 2014 roku GKS uczcił tamto wydarzenie w naprawdę niezwykły sposób. W najlepszy jaki mógł - na boisku. Oczywiście przeciwnik inny, okoliczności inne, stawka inna, ale dziś także wydarzyła się niezwykła historia. Z takich, które są rzeczywiście niezwykle rzadkie. Mimo usilnych starań Czadoblog nie potrafi przypomnieć sobie podobnej sytuacji. Może Wy pamiętacie?

- To było gładkie 2:1 Widzieliście kiedyś coś takiego? - śmiał się z niedowierzaniem schodząc do szatni Grzegorz Goncerz, który w tym sezonie zdobył już jedenastą bramkę.

Jeszcze w 90. minucie GKS remisował dziś u siebie ze Stomilem Olsztyn. Gra była rozczarowująca, tuż przed końcem rozzłoszczeni kibice zaczęli skandować żeby Kazimierz Moskal wpuścił na boisko klubową maskotkę - "GieKSika". Szkoleniowiec zdecydował się jednak na inną zmianę. W 90. minucie gry zdjął bardzo aktywnego i mocno zmęczonego Krzysztofa Wołkowicza a na jego miejsce wpuścił Dariusza Zapotocznego (rocznik 1995 więc kiedy GieKSa grała z Bordeaux nie było go jeszcze na świecie). Dla młodziana był to ligowy debiut. Spytaliśmy go potem czy spodziewał się, że w ogóle dotknie piłkę? - Rzeczywiście zastanawiałem się nad tym kiedy wchodziłem na boisko - przyznał. Dotknął. Jeden raz. Wystarczyło. Stadion oszalał ze szczęścia. Zaraz potem sędzia zakończył mecz. Goście nawet nie zdążyli wznowić od środka. Gol Zapotocznego dał zwycięstwo. Rzucili się na niego wszyscy - łącznie z ławką rezerwowych. Zaliczyć taki debiut! To brzmi jak bajka... Będzie miał chłopak co wspominać do końca życia. Teraz najważniejsze żeby to nie było jego najlepsze wspomnienie. 

PS Z okazji rocznicy GKS-owi należy życzyć żeby ćwierćwiecze meczu z Bordeaux czcił już w innych rozgrywkach.

Nowy Ntibazonkiza

Wróciłem z meczu Ruchu w Krakowie. Byłem ciekaw jak będzie wyglądał powrót Waldemara Fornalika.

Przypuszczałem, że nowy - stary trener nie będzie zmieniał ustawienia do którego drużyna się przyzwyczaiła. Tak się stało. Niestety nie zniknął stary problem. Tym razem znowu Ruch prezentował się znacznie lepiej w pierwszej połowie niż w drugiej. Trener Fornalik martwił się po meczu skutecznością, a chyba nawet nie tyle skutecznością co wręcz umiejętnością stwarzania sytuacji do zdobycia gola. W kontekście niedawnych meczów niebieskich szczególnie interesowało mnie ostatnie dwadzieścia minut.

Ruch w tym czasie:

- prowadził grę;

- stracił gola;

- znów prowadził grę. Z prowadzenia gry nie wynikła nawet jedna dogodna sytuacja do strzelenia bramki.

Wiadomo, że najważniejsze - czyli punkty - uciekło, dostrzegam jednak... pozytywy. Odkryciem dla mnie jest gra prawej strony Ruchu, który tym razem wypadła znacznie lepiej niż przeciwległa. To tym bardziej zaskakujące, że w lidze wcześniej nigdy takiego zestawienia osobowego nie było - tymczasem Martin Konczkowski i Wołodymyr Tanczyk spisali się bardzo przyzwoicie (zdążyli pograć ze sobą w jednym sparingu). Śmiem twierdzić, że ten pierwszy był tym razem w Ruchu najlepszy, prawie bezbłędny, no i do końca prezentował się bardzo dobrze fizycznie. - Udowodniliśmy już wcześniej, że w piłkę grać potrafimy, teraz trzeba tylko wrócić na właściwie tory - mówił po meczu Konczkowski.

Z kolei dla Tanczyka był to pierwszy mecz w polskiej ekstraklasie od pierwszej minuty i moim zdaniem bardzo dobrze wprowadził się do drużyny. Będzie tylko groźniejszy. Brakowało mi dotąd w polskiej lidze mojego ulubionego piłkarza - tak się składa, że byłego zawodnika Cracovii - Saidi Ntibazonkizy. Przepadam za malcami z pokrętłem. Ukrainiec ma moim zdaniem wielkie szanse stać się chorzowskim Ntibazonkizą. Jest jeszcze o pięć centymetrów niższy od Burundyjczyka, ale podobnie jak on dysponuje bardzo dobrym - jak na polskie warunki - przyspieszeniem, ma też kiwkę i inteligentne podanie. Waldemar Fornalik uznał, że już teraz nadaje się do pierwszego składu.   Przypatrywałem się kto często podaje Ukraińcowi piłkę. Symptomatyczne, że byli to Filip Starzyński i Łukasz Surma. Dostrzegają, że Tanczyk jest zaawansowany technicznie i rozegranie z nim piłki może coś Ruchowi przynieść. - Dobry jest, pokazał, że jest szybki, ma potencjał - usłyszałem od Surmy. Wydaje mi się, że Tanczykowi tak naprawdę brakuje teraz przede wszystkim pewności siebie.

Musi jej nabrać jak najszybciej. Bo jeszcze w tej kolejce może zdarzyć się, że Ruch znajdzie się w strefie spadkowej.

PS Omega nawet nie chce o tym słyszeć.

PS1 Ruch po meczu z Cracovią złoży protest. Nie chodzi jednak o sprawy czysto sportowe.

PS2 Na początku przyszłego roku planowałem wykupić taniutkie wczasy w Maroku - po to żeby bez stresów pooglądać na żywo Puchar Narodów Afryki. To mój ulubiony turniej. Wygląda na to, że nic z tego - Marokańczycy wycofali się z organizacji. Wszystko przez gorączkę krwotoczną wywoływaną przez wirus Ebola. W tej chwili chyba żaden kraj afrykański nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa uczestnikom i kibicom.

Kiedyś pod Kilimandżaro przeżyłem napad bardzo wysokiej gorączki. Na szczęście nie była krwotoczna, ale i tak przeleżałem swoje prawie nieprzytomny w hoteliku w Nairobi. Łatwo nie było - tym bardziej, że w ramach oszczędności woda była w kranach wprawdzie codziennie ale tylko do... godz. 13. Naprawdę myślałem wtedy, że umrę. Zapewniam Was, że strach przed śmiercią tysiące kilometrów od domu jest mocno paraliżujący.

Dlatego - choć z założenia jestem gorącym przeciwnikiem przy majstrowaniu w terminach imprez turniejowych rangi mistrzowskiej - tym razem uważam, że przesunięcie imprezy o rok byłoby rzeczywiście rozsądne. Zresztą nie tylko ja tak sądzę.  Dlatego ze względów zdroworozsądkowych ten turniej sobie odpuszczam.

czwartek, 16 października 2014
Powroty po latach

Ostatnio do Ruchu Chorzów wracają ludzie z Ruchem związani. Efekt jest niecodzienny. Nie ma chyba bowiem w Polsce klubu, w którym wiceprezes do spraw finansowo-prawnych, dyrektor sportowy, trener pierwszej drużyny oraz drugi trener pierwszej drużyny wcześniej występowali wspólnie właśnie w pierwszym zespole tego klubu.

Waldemar Fornalik, Marek Wleciałowski, Mirosław Mosór i Jacek Bednarz mają w Ruchu różny pod względem długości staż, ale tak się zdarzyło, że wspólnie grali na Cichej w latach 1990-94. Ich wspólny bilans występów w ekstraklasie wynosi 762 mecze i 24 gole.

Ostatni powrót wywołuje sporo emocji także pozasportowych. Oto po dwudziestu latach na Cichą wraca Jacek Bednarz (musi to jeszcze klepnąć rada nadzorcza). Jako piłkarz nie wzbudzał u mnie zachłyśnięcia umiejętnościami technicznymi, zawsze imponował mi za to nienagannym przygotowaniem fizycznym, zafascynowany przyglądałem się jak niezmordowany potrafił biegać na skrzydle tam i z powrotem. Był jak nakręcona zabawka mechaniczna.

Po za tym zawsze mogę powiedzieć, że grałem w tej samej lidze uniwersyteckiej co Jacek Bednarz. No, prawie tej samej... Różnica była taka, że jego prawnicza drużyna "Gryfusie" (warto podkreślić, że Bednarz ukończył studia stacjonarne) była bardzo mocna, chyba nawet wywalczyła mistrzostwo. Parę lat później nasze ukochane "Skorupy" złożone z "talentów" studiujących historię telepały się w lidze uniwersyteckiej, ale... drugiej. To i tak były naprawdę piękne czasy...

Już chyba nie wrócą. Nie tak dawno szedłem koło Rawy i zauważyłem, że na dawnym boisku uniwersyteckim na tyłach rektoratu urządzono parking. Może teraz studenci podczas zajęć z wychowania fizycznego siedzą w szatni i przepisują przepisy do gry w siatkówkę? Pamiętam, że kiedyś w szkole spotkało to mojego bracika...

Wracam jednak do Bednarza. Niektórzy może pamiętają mu, że nienadzwyczajnie rozstawał się z Ruchem. Cóż, zawsze był charakterny i potrafił się odgryźć. W 1994 roku nie ukrywał, że chce już z Ruchu odejść. Wiadomo, że kibice nigdy nie przepadają za piłkarzami, którzy "chcą odejść". Bednarz pojechał wtedy na testy do Herthy Berlin, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy wrócił nikt w klubie specjalnie nie nalegał już na jego pozostanie. Bednarz odszedł więc do... Legii Warszawa. I właśnie tam przeżył najlepszy okres kariery - ze zdobyciem mistrzostwa i grą w reprezentacji Polski włącznie.

Teraz w Ruchu ma zostać wiceprezesem ds. prawno-finansowych. Wiadomo już, że w Ruchu nie będzie odpowiadał za kontakty z kibicami. Ciągle nie ucichły jeszcze echa jego konfliktu z częścią niektórych środowisk w Wiśle. Jako prezes tego klubu chciał wygonić kibolstwo ze stadionu. Efekt był taki, że przy użyciu myjki ciśnieniowej osobiście usuwał napisy, które kibole w wymalowali przy Stadionie im. Henryka Reymana: "Cała Wisła krzyczy razem: precz z łysym" albo "Anty Bednarz"... 

Usunął a potem - co prawda już bez myjki ciśnieniowej - usunięto z Krakowa jego.

Ludzie Ruchu zasięgali o nim opinii i wszędzie - od zarządów klubów, w których pracował, po spółkę Ekstraklasa - słyszeli to samo słowo - "fachowiec". Praca w Wiśle zakończyła się wprawdzie jego wizerunkową porażką (nie z winy Bednarza, nie poddał się przecież do końca), ale ponoć wiele się tam nauczył.

Jestem ciekawy jak będzie mu szło w pracy na Cichej, jak przyjmą go kibice. Łatwo pewnie nie będzie - z jednej strony widziałem w sieci wypowiedzi pełne niechęci, z drugiej - pełne nadziei (zresztą nie tylko o Bednarza w tym wątku chodzi, ale również o powrót Marka Wleciałowskiego - jedni z kibiców pamiętają "Wleciałowi", że usunął z drużyny Mariusza Śrutwę, inni - że wywalczył z Ruchem awans do ekstraklasy). Są też fani niezdecydowani: "Niy wiym czy my sie zbrojymy czy osłabiomy ale jedno jest pewne: jak niy dej Boże dupnymy to z fest wysokiego konia..."

Ruch na ściągnięciu Marka Wleciałowskiego i Jacka Bednarza na pewno może skorzystać. Zobaczymy jak będzie. W każdym razie Ruch będzie chyba pierwszym klubem, który o wiceprezesie ds. prawno-finansowych będzie mógł powiedzieć, że zna się na futbolu od podszewki.

PS Omega zadzwoniła z urlopu żeby powiedzieć, że Bednarza pamięta.

PS1 Jest jeszcze ktoś kto kojarzy Bednarza i Wleciałowskiego ze wspólnej gry na boisku, ale nie w... Ruchu. Warto bowiem pamiętać, że występowali razem w drużynie, która do dziś - zwłaszcza na Śląsku - wspominana jest z sentymentem. AKS Chorzów to kawał wspaniałej historii. Do dziś żałuję, że na Górnym Śląsku nie było PIĘCIU mistrzów. A przecież niewiele brakowało...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 186