poniedziałek, 24 listopada 2014
Pięć dotknięć. Wystarczy

W wyjazdowym meczu Górnika Zabrze z Cracovią Mateusz Zachara miał tylko dwa ważne dotknięcia piłki, a Robert Jeż - trzy. Poza tym wyglądało jakby nie było ich na boisku.

Cóż - lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Lepiej dwa lub trzy razy dotknąć mądrze piłki niż piętnaście - głupio.

Dwie asysty Jeża były na magicznym poziomie. Dwa strzały Zachary były na magicznym poziomie. Jeśli dodamy jeszcze przytomne wybicie piłki z bramki przez Jeża to wyjdzie, że gdyby tych dotknięć w ogóle nie było - mecz nie skończyłby się wynikiem 2:1 dla zabrzan lecz 2:0 dla Cracovii.

Jeszcze jedno: po dzisiejszym meczu chętnie wziąłbym do Górnika jednego piłkarza Cracovii. Miroslav Covilo uprzykrzy życie jeszcze niejednemu bramkarzowi.

czwartek, 20 listopada 2014
Nie tylko Arkadiusz Milik

O tym klubie nigdy w całej jego historii nie było tak głośno jak obecnie. Ludzie na hasło "Rozwój Katowice" rzucają automatycznie odzew "Arkadiusz Milik". Jednak Milika w Rozwoju dość dawno już przecież nie ma (z kolei pieniądze za niego ciągle nie wpłynęły) a właśnie teraz klub ma szansę na największy sukces w historii! Na półmetku Rozwój prowadzi w drugiej lidze. Awans i gra na drugim poziomie rozgrywek byłaby czymś wyjątkowym, pamiętając z jak trudnymi okolicznościami przyrody musi zmagać się klub z Brynowa. Rywal z tego samego miasta rozsiadły tylko parę kilometrów na północ zasysa przecież prawie całe zainteresowanie lokalnej społeczności.

Mimo to nie skreślajcie Rozwoju. Trudno powiedzieć, że rodzą się tam kolejne perełki na miarę talentu Milika, bo jak się okazuje to może być piłkarz międzynarodowej klasy, ale - jak przekonuje mnie trener Dietmar Brehmer - są tam zawodnicy rocznika 1994, którzy mają potencjał choćby na zawojowanie ekstraklasy. Zapamiętajcie zwłaszcza dwóch synków: Adama Żaka (najskuteczniejszego strzelca zespołu, ostatnio popisał się hat-trickiem) i Przemysława Szymińskiego (syna byłego obrońcy m.in. GieKSy - Marka). Zresztą w Rozwoju gra kilku piłkarzy związanych wcześniej z Bukową: mój ulubiony obrońca Szymon Kapias (syn Jerzego), napastnik Sebastian Gielza (nienadający się wprawdzie na poziom ekstraklasy, ale w niższych ligach prujący jak karabin maszynowy) czy Tomasz Wróbel od którego - co przyznaje Brehmer - uczą się młodsi koledzy, bo umiejętności ciągle ma jednak z wyższej ligi.

W Rozwoju nie noszą głów wysoko, zdają sobie sprawę z ograniczeń, ale z drugiej strony - czy awans nie byłby pięknym uczczeniem 90-lecia, które przypada w przyszłym roku?

To nie będzie łatwe - tym bardziej, że innym WYJĄTKOWO zależy na awansie z tej samej ligi. Moim zdaniem najgroźniejszym rywalem Rozwoju będzie ósmy w tej chwili zespół w tabeli. Ósma lokata na półmetku nie brzmi nadzwyczajnie, ale pozory mylą. W tym konkretnym wypadku to tylko sześć punktów straty.

Wiosna w II lidze zapowiada się niezwykle interesująco.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 09 listopada 2014
Dobry moment na zmartwychwstanie

Ruch Chorzów w świetnym stylu wygrał dziś z Jagiellonią Białystok. Dokonał tego dosłownie w ostatnim momencie; wskoczył z peronu do odjeżdżającego już pociągu. Dzięki temu zwycięstwu perspektywy niebieskich w walce o utrzymanie są ciągle obiecujące. To nie jest tak, że rywale schowali się już za wirażem (jak to stało się dziś w przypadku Zawiszy Bydgoszcz).

Ruch, choć znowu stracił gola w ostatnich minutach, tym razem na tle rozpędzonego przecież rywala (cztery zwycięstwa w ostatnich pięciu meczach) wyglądał nienagannie. Chorzowianie byli dobrze przygotowani pod względem fizycznym, mieli ochotę do gry i wykazywali się pomysłowością w finalizowaniu akcji bramkowych.

Ciekawe, że prawie identyczny mecz odbył się prawie dokładnie pięć lat temu (jeden dzień różnicy - 8 listopada 2009 roku). Ruch też wygrał wtedy 5:2 z Jagiellonią. Gospodarzy prowadził Waldemar Fornalik, gości - Michał Probierz. Z tamtego składu w Ruchu nie ma już nikogo, u gości - wtedy i dziś na końcówkę wchodził Jan Pawłowski. 

Dziś Ruch wygrał na Cichej dopiero pierwszy raz w tym sezonie a jest już przecież listopad! Historia uczy jednak, że to niczego nie dowodzi. Kiedy niebiescy spadali z ekstraklasy po raz pierwszy - w sezonie 1986/87 - pierwszy raz wygrali u siebie dopiero w... kwietniu (ze Stalą Mielec). Kiedy spadli po raz drugi - w sezonie 1994/95 - na pierwsze zwycięstwo na Cichej czekali tylko do września (z Petrochemią Płock). Kiedy spadli po raz trzeci - w sezonie 2002/03 - na wygraną trzeba było czekać jeszcze krócej - tylko do sierpnia (z GKS-em Katowice). Z drugiej strony na przykład w sezonie 1990/91 pierwszy raz Ruch w Chorzowie wygrał dopiero w marcu (z Zagłębiem Lubin) a i tak się utrzymał. 

Zaskoczyły mnie dwa fakty. 

Po pierwsze - tak niezwykła dziś skuteczność Ruchu. Oddał tylko sześć strzałów w światło bramki a aż pięć z nich wpadło.

Po drugie - mimo straty dwóch bramek nieźle w stosunku do poprzednich gier wyglądająca gra w obronie (wyjątkiem był skandaliczny sposób krycia strzelca bramki przy pierwszym golu dla gości, a właściwie jego brak). Przed meczem wobec absencji Malinowskiego a zwłaszcza Babiarza nie wydawało się to tak oczywiste.

Cieszyć może aktywność w ofensywie bocznych obrońców i ich udział przy zdobywanych bramkach. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Rołand Gigołajew, który wydaje się być gotowy do roli pełnoprawnego skrzydłowego.

Wygląda na to, że Waldemar Fornalik powoli opanowuje sytuację. Kluczem jest chyba przygotowanie fizyczne. Piłkarze Ruchu mieli dziś siłę biegać i chcieli biegać. Jedno jest pewne: trener Ruchu - mimo faulu przy linii bocznej - nie chciał na arbitrze niczego wymuszać;) 

PS Omega aż skacze w górę z radości. 

sobota, 08 listopada 2014
Dwa skarby GieKSy. Gonzo i... płot

Warto było dziś przejść się na stadion przy Bukowej żeby zobaczyć śląskie derby. GKS Katowice grał dziś z GKS-em Tychy.

Niezwykłą wręcz bramkę strzelił dla gospodarzy Grzegorz Goncerz. Niektórzy powiedzą, że kuriozalną, bo napastnik wykorzystał niecodzienne nieporozumienie między bramkarzem i pomocnikiem gości. Obaj czekali na reakcję tego drugiego a "Gonzo" nie patyczkował się tylko wskoczył między nich i posłał piłkę do bramki między nogami bramkarza. To był gol jak z podwórka. Okazuje się, ż czasem gole z podwórka wpadają też w profesjonalnej lidze. To jednak nie jest zarzut wobec strzelca - on zachował się wyśmienicie. Wierzył, że może coś zdziałać w chwili gdy nie każdy by w to uwierzył. Trener Artur Skowronek był zadowolony, bo był to dobitny przykład na to co może przynieść jego konik czyli nieustanny pressing.

Tym sposobem Goncerz, który w tym sezonie zadziwia skutecznością zdobył już czternastą ligową bramkę w tym sezonie, a mamy dopiero listopad! Jeśli pójdzie tak dalej może pobić niezwykłe klubowe osiągnięcie. W 1965 roku, kiedy GKS walczył o ekstraklasę fantastyczny Zygmunt Schmidt zdobył na jej zapleczu aż 30 ligowych goli w sezonie! Oczywiście podobne osiągnięcie byłoby to możliwe pod warunkiem, że Goncerz w przerwie zimowej nie zmieni klubu. Szepce się bowiem po kątach o zainteresowaniu piłkarzem przez GKS Bełchatów, ale sam zawodnik po meczu nie podjął tej sugestii. Zaznaczył, że chciałby w ekstraklasie grać z Katowicami. Tego się trzymajmy.

W tym sezonie Goncerz dla Katowic to skarb. Drugim skarbem klubu jest... ogrodzenie. W przerwie meczu tyscy kibole rozhuśtali je próbując  wyłamać, w te ślady poszli oczywiście ich odpowiednicy z Katowic. Płot robili jednak fachowcy, bo mimo autentycznych chęci z obu stron ogrodzenie wytrzymało. Gdyby nie wytrzymało żywcem przenieślibyśmy się o jakieś piętnaście lat wstecz kiedy takie akcje były jeszcze na porządku dziennym. Gdyby nie wytrzymało to ten mecz nie zostałby dokończony i zapewne byłby obustronny walkower a może i inne sankcje.

Bywalcy stadionów wiedzą, że fani obu ekip nie darzą się gorącym uczuciem, wręcz przeciwnie. Wiadomo było więc, że dojdzie do festiwalu wyzwisk. Zdumiał mnie jednak pewien fakt. Otóż dziś podczas meczu na Bukowej udzielał się w tym względzie nawet... sektor rodzinny. Dobrze słyszałem kiedy dziecięce dyszkanty piały: "raz, dwa trzy", na co tubalne męskie głowy odpowiadały "tyskie psy". Początkowo myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie - to powtórzyło się dwa razy. Spytajcie GieKSika.

PS Sytuacja Tychów robi się coraz gorsza. Nadal nie wiadomo kto będzie trenerem. Treningi prowadzi Krzysztof Wolak, on odpowiadał również na pytania podczas konferencji prasowej. Na papierze jest nim Damian Galeja, który w przeszłości zajmował już w tyskim klubie to stanowisko.

środa, 05 listopada 2014
Czy będzie kara za rotowanie składem

W meczu Ligi Mistrzów z Realem Liverpool nie wystawił w Madrycie teoretycznie najsilniejszego składu. Zaczęły się spekulacje, że może zostać za to ukarany, bo przymus posyłania na boisko najsilniejszej jedenastki zapisany jest w przepisach Ligi Mistrzów (w artykule 4, punkcie 1, podpunkcie D).

To dobry moment żeby przypomnieć, że nie można jednocześnie być mięsem i widelcem, twórcą i tworzywem. Jeśli mnoży się rozgrywki i pozwala im pęcznieć to trudno jednocześnie wymagać żeby zawsze grała najsilniejsza jedenastka albo zmuszać kluby żeby pewne rozgrywki ZAWSZE uznawały za ważniejsze od innych (osobiście całkowicie rozumiem założenie, że liga krajowa może być w konkretnych sytuacjach przez konkretne kluby uznawana za priorytet nawet względem Ligi Mistrzów. Choćby dlatego, że głupie przepisy sprawiły, że można w niej zagrać nie będąc mistrzem własnego kraju).

Rozśmiesza mnie, że pojęcie "najsilniejszego składu" może być zawarte w regulaminach bez ścisłego określenia przepisami właśnie co to pojęcie konkretnie oznacza i jakie są kryteria jego pojmowania. Interpretacja pojęcia w momencie umocowania w przepisach powinna być ewidentnie jednoznaczna, nie powinna pozwalać na subiektywne interpretacje. Moim zdaniem nie ma jednak możliwości jednoznacznego umocowania w przepisach i dlatego ten kij można o kant stołu rozbić.

Po pierwsze - jak rozliczać trenera z czynników, które wpływały na taką a nie inną jego decyzję względem składu?

Po drugie - jak ustalać dokładnie kto jest zawodnikiem podstawowego składu, a kto nie? Czy gwiazda wracająca po dwuletniej kontuzji na mecz Ligi Mistrzów jest zawodnikiem podstawowego składu czy raczej nie?

Po trzecie - zdarzało się już przecież, że kluby, które zagwarantowały sobie awans do kolejnej fazy rozgrywek wcześniej  wystawiały w kolejnych meczach grupiwych rezerwy. W jaki sposób udowodnić trenerowi złamanie artykułu 4 jeśli on odpowie (i będzie miał na to dowody), że dzięki tej absencji kilka największych gwiazd będzie mogło zagrać właśnie w kolejnej fazie, co mogłoby być niemożliwe gdyby musiały zagrać w grupowym meczu o nic?

Po czwarte - jak poradzić sobie z sytuacją, w której "zarotowanie" składem i w efekcie wystawienie kompletnego nowicjusza sprawi, że właśnie urodziło się niezwykle mocne ogniwo i wielka gwiazda futbolu? Historia zna takie przypadki. Być może brak takiej możliwości opóźniłby wystrzał nowej wielkiej gwiazdy?

Nie wierzę, że UEFA mogłaby być tak głupia żeby karać Liverpool. Taka kara mogłaby mieć wpływ na trendy w europejskim futbolu. Czy wpatrzony w centralę PZPN mógłby zacząć karać za grę w ekstraklasie w składzie dalekim od optymalnego? Czy mógłby karać za "rotowanie" - na przykład Legię Warszawa?

Byłoby to wyjątkowo absurdalne.

Ukaranie Liverpooolu za posadzenie Stevena Gerrarda na ławce w Madrycie miałoby pewną nominację do "najgłupszego zdarzenia w światowej piłce nożnej" za rok 2014.

Ale to niemożliwe. Michel Platini nie zgodzi się na to, bo straciłby twarz. Po przegranych półfinałach mistrzostw świata w 1982 roku i 1986 roku Platini nie zagrał już w meczach o trzecie miejsce a przecież był zdrowy. Nie miał po prostu motywacji. Nikt go za to nigdy nie ukarał. Myślicie, że po ukaraniu Liverpoolu Platini argumentowałby, że wtedy nie było takich przepisów, bo gdyby były to by się zastosował?

Artykuł 4, punkt 1, podpunkt D jest debilny. Dlatego włączmy na luz:)

PS Wiecie, że Artur Szpilka ma coś wspólnego z GKS-em Katowice? Ciekawe co by było gdyby kibice z Katowic nie uznali go za "dzieciaka"...

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

12:24, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (18) »
wtorek, 04 listopada 2014
Tak wychodzi się z kryzysu

Piast Gliwice był ostatnio w dołku, ale wygląda na to, że w imponującym stylu się z niego podźwignął. Kiedy bez gadania przegrał ze Śląskiem i z Jagiellonią niektórzy zaczęli sądzić, że będzie bronił się przed spadkiem. Co prawda do końca sezonu jeszcze daleko i rzeczywiście może się tak jeszcze stać, ale na tę chwilę wygląda, że Piast powinien bić się raczej w górnej połówce. Tym bardziej, że aż cztery z pięciu tegorocznych ligowych meczów, które pozostały do rozegrania Gliwice zagrają u siebie (na Okrzei - Łęczna, Poznań, Wisła, Pogoń). 

Jak to się stało, że nagle Piast zaskoczył?

Po pierwsze - do specyfiki ekstraklasy przystosowało się trzech cudzoziemców. Każdy z nich najpierw musiał swoje przejść w rezerwach. Tak się składa, że wszyscy trzej grają na newralgicznych pozycjach:

a) Konstantin Vassiljev jest tym kogo w Piaście najbardziej brakowało. Byli dobrzy bramkarze, twardzi obrońcy, skuteczni napastnicy ale ciągle brakowało klasycznego rozgrywającego w dobrej dyspozycji (tak naprawdę nawet w drużynie Marcina Brosza). Piast często w środku pola grał więc dwoma pomocnikami bardziej zorientowanymi defensywnie niż ofensywnie. Estończyk, jeśli będzie dobrze prezentował się pod względem fizycznym (wydaje mi się ciągle, że ma delikatną nadwagę, ale może taka jego uroda) da drużynie wiele dobrego, bo bardzo dużo widzi - udowadnia to zarówno podaniami jak i strzałami. Przypomina mi trochę Filipa Starzyńskiego (wiem, że jest starszy więc to "Figo" powinien przypominać mi Vassiljeva, ale najpierw widziałem jednak w akcji Starzyńskiego więc pozwólcie, że pozostanę przy własnej opcji:);

b) Sasa Żivec zaskoczył mnie najbardziej. Człowiek z naszego punktu właściwie znikąd (czyli ze słoweńskiej ekstraklasy) został ściągnięty do Gliwic już w trakcie tego sezonu. W Piaście rozumieją dobrze, że dwa bąki na bokach to okoliczność mocno sprzyjająca, a ostatnio działał jakby tylko jeden - Badia (z całym szacunkiem dla Tomasza Podgórskiego, życzymy powrotu do dawnej formy). Teraz wkroczył drugi bąk i może stać się największym objawieniem listopada w polskiej ekstraklasie. Świetnie drybluje - tak to właśnie jest z piłkarzami o wzroście 170 cm - i do tego może grać nie tylko na skrzydle. Do Piasta poleciła go agencja menedżerska Dusana Ostojicia z Belgradu, której przedstawicielem na Polskę jest Janusz Oster - kiedyś kierownik sekcji Górnika Zabrze w drugiej połowie lat 80. (czyli w czasach największej świetności KSG). Żivec - zanim trafił na Górny Śląsk - miał znacznie bardziej korzystną pod względem finansowym ofertę z Chin, ale odmówił wyjazdu. Jego marzeniem jest gra w kadrze Słowenii. Miał w niej ponoć szanse zagrać przed mundialem, ale kiedy tamtejsza reprezentacja wyjechała na mecze towarzyskie akurat odniósł kontuzję. Podobno grając w Chinach nie miałby na występy w kadrze żadnych szans. A z Polski do Słowenii jest przecież znacznie bliżej:)

c) Hebert miał najłatwiej, bo wiedział co go czeka. Tylko kwestią czasu było jego wejście do podstawowego składu, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zrezygnuje z lewonożnego stopera (podkreślam - stopera, a nie bocznego obrońcy).

Po drugie - do zespołu umiejętnie wprowadzani są młodzi stający się pełnowartościowymi członkami drużyny. 21-latek Osyra zaczyna tworzyć betonową parę z Hebertem, 20-latkiem Murawskim zachwycony jest Badia, który powtarza mu na treningach i w szatni, że "jeżeli będzie pracował tak dalej, może stać się bardzo ważną osobą dla polskiej piłki nożnej. Mówi mu to na treningach, mówi mu to w szatni." 21-letni Szeliga imponuje zaciętością, jak każdy piłkarz z Nowego Sącza. Cała trójka daje Piastowi bardzo wiele dobrego.

W całości widać dobrą rękę Angela Pereza Garcii, z którego już nikt się nie śmieje, że pracował na Malediwach. Facet pracuje kompleksowo, bo po pierwsze wzmocnił drużynę na tych pozycjach, na których najbardziej potrzebowała wzmocnień, a po drugie umiejętnie wprowadza do zespołu młodzież.

Niektórzy będą się śmiać, ale być może właśnie teraz powstaje najsilniejsza drużyna Piasta w dziejach tego klubu. Nie, nie popadam w przesadny zachwyt na podstawie zaledwie dwóch udanych meczów. Dostrzegam jedynie, że tworzy się zespół, którego - jeśli okrzepnie - trudno będzie ugryźć komukolwiek w kraju. Najważniejsze, to uchronić się przed kontuzjami i kartkami - wtedy drużyna powinna dość pewnie zdobywać kolejne punkty.

Dlatego fajnie byłoby szarpnąć się na coś więcej czyli na... Puchar Polski. Wiadomo: konkurencja jest solidna, ale przecież Piast sroce spod ogona nie wypadł. Czy nie czas przestać wspominać przegrany finał z Lechią w 1983 roku?

Wiadomo, że warto mieć marzenia, ale wiadomo jednocześnie, że rozmiarem marzeń przy własnych możliwościach można narazić się na śmieszność. Gdyby krajowy puchar stałby się marzeniem sennym w Gliwicach - nikt nie powinien się moim zdaniem śmiać. Jeśli potraktują tam sprawę poważnie - uważam, że stać ich na to trofeum.

PS Oczywiście nie wszystkie transfery zagranicznych piłkarzy w Piaście się sprawdziły. Na razie nie mogą zaskoczyć Kolumbijczyk Nieves i Tunezyjczyk Hadj Said. Ale pokażcie mi klub gdzie wszystko działa w stu procentach!

PS1 Mały klub z Katowic pcha się na salony. Rozwój to już nie tylko Arkadiusz Milik. Czy jest możliwe żeby w przyszłym roku zagrał derby z GieKSą?!

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 03 listopada 2014
Dlaczego nie znoszę Barcelony [KONKURS]

Nie tak dawno ogłosiłem konkurs w którym nagrodą - dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN - była świetna książka Jimmy'ego Burnsa "Barça. Życie, pasja, ludzie."

Wystarczyło tylko wytypować prawidłowy wynik ligowego meczu Barcelony z Celtą Vigo, poprzednim klubem Luisa Enrique, poprzedniego trenera Barcy. Mimo dość dużego zainteresowania tylko jedna osoba postawiła na zwycięstwo Celty, ale nie wytypowała dokładnego wyniku, a taki był warunek zwycięstwa.

Chcę jednak, żebyście te książki wygrali, więc ogłaszam kolejny konkurs. Tym razem nie będziemy już się bawić w typowanie.

Zadanie jest inne. Myślę, że ciekawe.

W komentarzach pod spodem proszę w trzech zdaniach uzasadnić jeden z dwóch wyborów:

a) dlaczego uwielbiam Barcelonę;

b) dlaczego nie znoszę Barcelony.

Chcę żeby ten konkurs był nie tylko dla fanów FCB. Może znajdą się również sympatycy futbolu, którzy nie przepadają za tą drużyną, ale jednak chcieliby mieć tę znakomitą książkę? Inteligentne uzasadnienie niechęci do tego klubu może być nawet ciekawsze niż gwałtowny wyraz szalonej miłości:)

Chciałbym żeby dwie książki trafiły do miłośników Barcelony, a trzecia - niekoniecznie:)

Najważniejsze jednak to ZMIEŚCIĆ SIĘ w trzech zdaniach. Trenowanie lakonicznych wypowiedzi, w których należy zawrzeć sedno sprawy to moim zdaniem przydatna czynność. Uważam, że za dużo gadamy. Wydaje nam się, że kiedy powiemy więcej to wypadniemy lepiej niż kiedy mielibyśmy powiedzieć mniej. A to przecież bzdura.

To zadanie ma dołożyć cegiełkę do niszczenia tej nieuzasadnionej w polskim społeczeństwie skłonności.

Czekam na Wasze komentarze do końca tygodnia. W następny poniedziałek (10 listopada) wybiorę wpisy, które najbardziej mi się podobały i ogłoszę trzech (a może troje) zwycięzców.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

15:05, pavelczado , Książki
Link Komentarze (49) »
piątek, 31 października 2014
Oto jak komuna profanowała śląski futbol

Czasy mrocznego stalinizmu w Polsce w kontekście wpływu na sport wydają się kuriozalne. Aż trudno czasem uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.

Dziś możemy się śmiać. Ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. Rządziły strach i służalczość, na porządku dziennym było podlizywanie się - ludziom władzy ale i ludziom, którzy mogli znać ludzi władzy.

65 lat temu, w ostatnich dniach października 1949 roku odbyła się w Katowicach Wojewódzka Narada Aktywu Sportowego PZPR (zauważcie - była tak ważna, że pisało się ją z dużej litery). Po Naradzie jednogłośnie przyjęto specjalną rezolucję. Można rzec - dekalog komunistycznego sportu w regionie, bo składała się z dziesięciu punktów. Aż dziesięć punktów więc można się zdziwić, że sportu w tych dziesięciu punktach było jednak tak mało...

Zresztą sami oceńcie:

REZOLUCJA

"(...) Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego rekrutujący się w swej przeważającej większości z klasy robotniczej posiadający w swych szeregach rekordzistów przodowników i racjonalizatorów pracy od dawna walczyli o nową socjalistyczną treść kultury fizycznej i sportu. Wystarczy przypomnieć manifestacyjny udział sportowców Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego  w uroczystościach w rocznicę Rewolucji Październikowej w roku ubiegłym, dziesiątki tysięcy demonstrujących w dniu 1 maja na rzecz pokoju itp. Sportowcy Śląska i Zagłębia pierwsi zainicjowali akcję realizacji hasła sojuszu robotniczo-chłopskiego na odcinku kultury fizycznej.

Kluby sportowe województwa śląskiego pierwsze wypowiedziały zdecydowaną walkę elementom wrogim sportowi Polski Ludowej ze Śląskim Okręgowym Związkiem Piłki Nożnej i pierwsze przeprowadziły demokratyzację związków, zrzeszeń i klubów (...).

Postanawiamy:

1.

podnieść poziom ideologiczny w związkach, kołach i klubach. Oprzeć sport na ścisłym kontakcie z czynnikami partyjnymi ZMP [Związku Młodzieży Polskiej - komunistycznej młodzieżówki działającej do 1957 a wzorowanej na radzieckim Komsomole, przyp. pacz], Związków Zawodowych, radami sportowymi ZSCh [Związku Samopomocy Chłopskiej, przyp.pacz] i administracją państwową.

Sportowcy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego będą świadomymi budowniczymi nowego ustroju Polski Ludowej, przodownikami i racjonalizatorami;

2.

W walce o umasowienie sportu wzmacniamy czujność klasową i zaostrzymy walkę klasową przeciwko sanacyjnym pozostałościom. Wyłonimy nowych, ideowych działaczy sportowych, będziemy bezlitośnie walczyć z wszelkimi przejawami oportunizmu i próbami zahamowania uchwały Bura Politycznego KC PZPR. Zwiększymy swoją aktywność w pracach kół, klubów, zrzeszeń i związków. Szczególną uwagę zwrócimy na systematyczną walkę z chuligaństwem i awanturami na boiskach, alkoholizmem i innymi przejawami demoralizacji;

3.

Na zebraniach kół terenowych PZPR i ZMP, kopalń, hut i zakładów pracy będziemy na porządku dziennym stawiać sprawy sportu i kultury fizycznej;

4.

Zorganizujemy wspólnie ze Związkami Zawodowymi na wszystkich zakładach pracy koła sportowe o wysokim poziomie ideowym i moralnym;

5.

Wspólnie ZSCh, ZMP i Zw. Pracowników i Robotników Rolnych zorganizujemy we wszystkich wsiach naszego województwa Ludowe Zespoły Sportowe. Silniejsze organizacje, kluby i koła miast będą pomagały w organizowaniu życia sportowego na wsi. Szeroko rozwiniemy ruch łączności miasta ze wsią na odcinku kultury fizycznej (...)

6.

Wychowanie fizyczne i sport służyć mają podniesieniu stanu zdrowotnego mas pracujących, miast i wsi Śląska. Otoczymy sport należytą opieką lekarską i rozszerzymy sieć i działalność lekarskich poradni sportowych;

7.

Klubom i kołom zapewnimy korzystanie z urządzeń i obiektów sportowych. Będziemy starali się o racjonalne wykorzystanie istniejących na terenie Śląska inwestycji sportowych. Dołożymy starań i wysiłków aby sportowcy województwa śląskiego otrzymali w najkrótszym czasie Halę Ludową w Katowicach [Spodek powstanie 23 lata później, przyp.red.];

8.

Organizować będziemy wielkie imprezy, które propagować będą kulturę fizyczną wśród młodzieży;

9.

Otoczymy specjalną opieką sport szkolny i akademicki;

10.

na szerokiej bazie sportu masowego dążyć będziemy do podniesieniu poziomu sportu wyczynowego. W oparciu o doświadczenia, wzory i braterską pomoc sportowców ZSRR będziemy dążyć do wydźwignięcia sportu Polski Ludowej na nowe, nieosiągalne dotąd wyżyny (...)

Pod przewodnictwem Komitetu Centralnego i tow. Bieruta wypełnimy wszystkie zadania jakie postawiła przed nami uchwała Biura Politycznego Komitetu Centralnego.

Niech żyje Związek Radziecki!

Niech żyje Jego Wielki Wódz i Wypróbowany Przyjaciel Narodu Polskiego Tow. Józef STALIN!

Niech żyje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza!

Niech żyje tow. Bolesław Bierut - największy przyjaciel sportu polskiego!" 

                             *  *  * 

To się działo naprawdę. Zmuszano piłkarzy do wygłaszania różnych bzdurnych przemówień i deklaracji. Wkrótce przewalona zostanie struktura organizacyjna, zmienią się nazwy klubów. Oczywiście najważniejsze były plany. Mój ulubiony to ten, który podjęli członkowie klubu Górnik Mysłowice rok później (7 listopada 1950 roku) z okazji 33. rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Zobowiązali się oni "na ochotnika" m.in. do:

- wydobycia 350 ton węgla poza godzinami pracy;

- przepracowania czterech godzin przy budowie miejscowego stadionu "celem przyspieszenia budowy"

- uczestniczenia w szkoleniu ideologicznym dwa razy w miesiącu.

Wyobrażacie sobie zobowiązać do takich działań piłkarzy śląskich drużyn przechodzących dziś kryzys?

PS Chcę Wam polecić niezwykłą książkę. Wyjątkowo nie jest o sporcie (a właściwie jest, ale... tylko malutkimi fragmentami) jednak naprawdę warto ją mieć, nie tylko przeczytać. Jestem zachwycony!  

Książka ma 1104 strony. Na każdy dzień roku Włodzimierz Kalicki, którego cyklem "zdarzyło się" zaczytywałem się, przygotował jeden niezwykły quasireportaż z przeszłości (quasi - bo przecież jako reporter nie mógł być świadkiem wydarzeń sprzed stu, trzystu albo dwóch tysięcy lat).

Dla mnie to doskonała książka do... pracy z synem. Czadoblożek skręca mi w przedmioty ścisłe więc trochę przesterowuję kurs.

Podwyższyłem mu kieszonkowe, ale w zamian musi codziennie przeczytać co się w przeszłości zdarzyło akurat tego dnia, którego to czyta. A potem parę minut dyskutujemy o tym co przeczytał. Wczoraj rozmawialiśmy o wpływie mediów na ludzi i niezwykłym słuchowisku radiowym "Wojna światów", które 30 października 1938 roku wystraszyło całe Stany Zjednoczone. Dla mnie najbardziej ciekawy był fakt, że pośrednio za histerią stał... Adolf Hitler, choć przecież wojna miała wybuchnąć dopiero rok później.

Dziś wieczorem z kolei pogadamy o śmierci Indiry Gandhi (31 października 1984). Chcę żeby junior zastanowił się dlaczego wśród ochroniarzy pani premier byli Sikhowie mimo że niewiele wcześniej armia indyjska dokonała masakry w Złotej Świątyni, świętym miejscu Sikhów. A jutro będzie zupełnie o czymś innym. Itd, itd...

Dopiero zaczęliśmy, a już cieszę się na te rozmowy. Cały rok przed nami! Kto ma dzieci - polecam, Czadoblożek nawet nie wie, że się uczy:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 29 października 2014
Mustang

Na jeden dzień przeniosłem się dziś na niemieckie lotnisko Koeln Flughafen (dla potwierdzenia napis w lewym górnym rogu zdjęcia) tylko po to żeby zrobić sobie fotkę z tym efektownym fordem mustangiem coupe rocznik 1965.

ford mustang

Żartuję.

Lotnisko w Koeln zagrała hala widowiskowa w Zabrzu. Byłem dziś po prostu na planie zdjęciowym filmu fabularnego, który nosi roboczą nazwę "Gwiazdy". Kręcenie zdjęć rozpoczęto wczoraj, w filmie biorą udział m.in. Magdalena Cielecka i Paweł Deląg. Główną rolę gra młody aktor Mateusz Kościukiewicz (znany choćby z „W imię...” albo „Wszystko co kocham”). 

Co Czadoblog może mieć wspólnego z filmami fabularnymi? Cóż, akurat ten jest niecodzienny, bo traktuje o... śląskim futbolu.

Opowieść oparto o niezwykły życiorys Jana Banasia, wielkiej gwiazdy Górnika Zabrze z lat 70. Losy zawodnika rzeczywiście są niecodzienne. Po matce Ślązak; rodzina od pokoleń mieszkała w Katowicach. W czasie wojny matka została oddelegowana do Lwowa jako księgowa i tłumaczka. Tam poznała Niemca z Berlina, żołnierza Wehrmachtu. Myślała, że jest kawalerem bez zobowiązań. Kiedy skończył służbę we Lwowie, zaproponował, żeby przyjechała do Berlina. Już będąc w ciąży, dowiedziała się, że kogoś jednak miał. Kiedy  w 1943 roku urodziła dziecko, wytrzymała w Berlinie trzy miesiące. Jako nieślubne dziecko dostał nazwisko po matce - ówczesne imiona to Heinz-Dieter. Potem to nieślubne dziecko zrobiło świetną karierę. Na przełomie lat 60. i 70. było wielką gwiazdą polskiej piłki i Górnika...

Piłkarz zadawał szyku w Zabrzu wspaniałym czerwonym fordem mustangiem. Dokładnie takim z jakim zrobiłem sobie fotkę. Wyobrażacie sobie jakie wrażenie musiało robić to auto w Polsce pełnej warszaw czy syrenek (maluchy pojawiły się u nas dopiero w 1972 roku)?! Podobno za czasów Banasia było u nas takich mustangów tylko pięć.

Okazuje się, że jedno wynika z drugiego. Po latach udało znaleźć się identyczne auto - takie, które mogło zagrać w filmie. Kolekcjoner z Gliwic sprowadził je z Nevady sześć lat temu. Wiecie dlaczego o nim marzył? Bo na przełomie lat 60. i 70. zobaczył takie na ulicach Zabrza. Wiecie do kogo należało?:)

Jan Banaś zdążył już pogadać z samym sobą z filmu czyli Mateuszem Kościukiewiczem. - Poznałem aktora, który mnie zagra. Przypomina mi z wyglądu George'a Besta. A ja zawsze jako piłkarz wzorowałem się na Beście - mówił mi dziś z uśmiechem Jan Banaś.

- Jako że akcja filmu toczy się przez kilkadziesiąt lat powstała wspaniała możliwość pokazania jak zmieniała się Polska - zaznaczyła Magdalena Cielecka, która zagra Annę, matkę piłkarza. 

Oczywiście to film fabularny więc wprowadzono wiele wątków i postaci fikcyjnych. Wątek miłosny musi być. O względy pięknej Marleny (w którą wcieliła się modelka Karolina Szymczak, mająca za sobą filmowy debiut w Hollywood, rzeczywiście muszę przyznać, że w Zabrzu prezentowała się dziś bardzo ładnie) rywalizują główny bohater oraz inny piłkarz o imieniu Ginter (gra go Sebastian Fabijański). Zdradzę Wam, że we filmie to zawodnik... Ruchu Chorzów. 

Zdjęcia będą realizowane głównie na Śląsku, w Zabrzu. Przewidziano ponad 40 dni zdjęciowych, które z przerwami potrwają do maja. Premierę filmu przewidziano na jesień 2015 roku.

PS Oddajmy co należne. Za pomysłem by bohaterem filmowej opowieści był Jan Banaś stoi Krzysztof Lewandowski, wiceprezydent Zabrza.

PS1 Dziś rano, zanim pojechałem do Zabrza byłem jeszcze na Bukowej gdzie przedstawiono nowego trenera GieKSy. Muszę przyznać, że nie byłem zaskoczony.

A poniżej możecie zobaczyć co o tym wyborze sądzą moi koledzy dziennikarze i ja sam:

wtorek, 28 października 2014
Pijaństwo musi być [KONKURS]

Tak to już jest, że piłka nożna i alkohol są związane nierozerwalnym uściskiem na różnych poziomach. 

Jednym z przykładów może być zadziwiająca tendencja: wielkie piłkarskie kluby musiały mieć we własnych szeregach geniuszy, którzy za kołnierz nie wylewali. Na Górnym Śląsku też tak było. Przykładem mogą być oczywiście "Ezi" albo "Epi". Jednym alkohol życie zniszczył, dla innych był tylko sympatycznym dodatkiem. Jedni walili wódę dolaną do zupy żeby nikt się nie skapnął, inni sączyli słodkie likiery...

Tak samo było - jak się okazuje - również w Barcelonie. Możecie się tego dowiedzieć ze znakomitej moim zdaniem książki "Barça. Życie, pasja, ludzie". Napisał ją Jimmy Burns (wcześniej spod jego ręki wyszła nielukrowana biografia Diego Maradony:) Opowieść jest wielowątkowa, zarówno pod kątem formy i treści. Polityka, rywalizacja, złe i dobre emocje, fakty wzniosłe i wstydliwe - znajdziecie wszystko, do wyboru, do koloru.

Ja szukałem genialnego ochlaptusa w stylu Grafa, prawego pomocnika, alkoholika i oczywiście - jak to w wielkim klubie - znalazłem.

Ladislao Kubala, rówieśnik Gerarda Cieślika, urodził się na Węgrzech i zdążył reprezentować ten kraj (jak również Czechosłowację), a potem - już w 1948 roku - uciekł przed komuną na zachód. Od 1951 roku przez dziesięć lat grał w Barcelonie na której odcisnął wielkie piętno. Na tyle wielkie, że panuje niezwykła opinia: to przez niego i dla niego zbudowano Camp Nou żeby pomieścić wszystkich chętnych do zobaczenia jego kunsztu.

Kubala nie tylko był świetnym piłkarzem, ale wyróżniał się czymś jeszcze - miał cholernie mocną głowę, jego umiłowanie mocnych trunków szybko stało się legendarne. Rywalizować miały o niego - jak o Alfredo di Stefano*  - Barcelona i Real. Tym razem górą była Katalonia; Kubalę przy podpisywaniu kontraktu ponoć upojono, choć myślę, że kontrolował sytuację od początku do końca. Przecież negocjując warunki z ówczesnym prezydentem Barcelony Kubala wyjął z kieszeni kartkę będącą kopią kontraktu wstępnego proponowanego przez Real i rzekł: "chcę tego". I dostał! A jakby było mało jego teść Ferdinand Daucik został trenerem Barcelony (zdumiewającą karierę trenerską na Płw. Iberyjskim teściu kontynuował aż do 1971 roku)! Czy po pijaku można ubijać takie interesy?!:)

Kubala - tak jak jego śląscy odpowiednicy - też był cucony pod prysznicem do ostatniej chwili a potem wychodził na boisko i uśmiechnięty strzelał gole jak gdyby nigdy nic. Też miał fantazję: kiedy drużyna przyleciała kiedyś do domu po jednym z licznych zagranicznych meczów celnik na barcelońskim lotnisku spytał piłkarzy czy mają coś do oclenia. Kubala z szelmowskim uśmiechem stwierdził, że owszem - dwie butelki whisky. Na pytanie gdzie są wskazał zadowolony na brzuch. "Chcesz mi zrobić prześwietlenie?" - miał spytać.

Ale historia Barcelony nie jest oczywiście historią picia whisky. Jeśli chcecie się o tym przekonać - mam dobre wieści. Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN, którego staraniem książka ukazała się na polskim rynku - mogę rozdać trzy egzemplarze.

Niniejszym ogłaszam więc konkurs: jakim wynikiem zakończy się najbliższy ligowy mecz Barcelony?

Pierwsze prawidłowe trzy odpowiedzi pod tym wpisem zostaną uhonorowane książkami. Warto pamiętać, że konkretny wytypowany przez forumowicza wynik nie oznacza, że ktoś inny nie może obstawić tego samego wyniku. Do rozdania są przecież trzy książki a nie jedna:) Dodam, że nie można obstawić trzy razy tego samego wyniku i nie można obstawić więcej niż jednego wyniku.

Po najbliższej kolejce Primera Division potwierdzę zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

*zagrali zresztą razem w jednej drużynie - ani w Realu ani w Barcelonie lecz w... Espanyolu.

22:13, pavelczado , Książki
Link Komentarze (60) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 187