środa, 20 sierpnia 2014
Szkoda, że futbol jest aż tak popularny

W piłce nożnej jest właściwie tylko jedna kwestia, która mi w niej nie odpowiada. Otóż denerwuje mnie, że futbol jest aż tak popularny.

Wiadomo, że nie może być inaczej. Czyż jednak nie byłoby piękne w 2022 roku na miesiąc przed finałem piłkarskich mistrzostw świata, które odbędą się w Katarze zadzwonić do Dohy, spytać pana z informacji "hej, macie tam jeszcze bilety na finał" i usłyszeć w odpowiedzi "nie ma sprawy, jaki bilet pan chce"?

Fani siatkówki mają znacznie lepiej niż fani futbolu. Wiadomo jak bardzo popularna i uznana jest siatkówka w Polsce. Dlatego pół godziny temu przeżyłem szok. Przechodziłem przez Plac Szewczyka przed katowickim dworcem PKP. Jest tam specjalnie założony punkt informacyjny o siatkarskim mundialu. Z głupia frant spytałem o bilety na mecz o złoty medal, który odbędzie się w Katowicach 21 września.

- Za ile pan chce? - usłyszałem. Aż sobie kupiłem dwie wejściówki z wrażenia...

Wyobraźcie sobie, że jest jeszcze do kupienia aż 225 biletów na finał. Nie mówię o innych meczach.

Finał mundialu w popularnej zespołowej dyscyplinie? Kto pierwszy - ten lepszy. Kto wie kiedy następnym razem w Spodku odbędzie się tak ważne wydarzenie.

PS A poza tym Omega pozdrawia siatkarzy.

10:59, pavelczado , żal
Link Komentarze (11) »
wtorek, 19 sierpnia 2014
Zbigniew Boniek niezmiennie mnie zdumiewa

Myślałem, że Zbigniew Boniek już mnie swoją skłonnością do wypinania klaty po honory nie zaskoczy a tu - proszę.

Tym razem prezes PZPN zabił mnie mocno oryginalnym stwierdzeniem. Jak sam się nie pochwalisz to już nikt inny tego nie uczyni...

- Pucharowi Polski nadaliśmy odpowiednią rangę. Kiedyś to było nic, nikt nie chciał tego organizować. Dziś marzeniem drużyn jest gra w finale Pucharu Polski - zaznaczył z mocą Zbigniew Boniek. Zakrztusiłem się...

Na ostatnim finale, który odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie pojawiło się 37 tysięcy ludzi. Nieważne, że duża część biletów została rozdana. Przyszli. To bez wątpienia sukces.

Jednak stwierdzenie, że kiedyś "to było nic i nikt nie chciał tego organizować" to bezczelność - co łatwo wykazać. Zrobię to przywołując trzy szybkie przykłady z pamięci.

W 1963 roku na finał PP rozgrywany na Stadionie Śląskim przyszło 70 tysięcy ludzi. W 1970 roku na finał PP rozgrywany na Stadionie Śląskim przyszło 50 tysięcy ludzi. Podobnie zresztą jak na finał PP rozgrywany na Stadionie Śląskim w 1986 roku (wśród nich był również Czadoblog). I nie były to wejściówki rozdawane po szkołach...

A teraz zajmijmy się stwierdzeniem "Pucharowi Polski nadaliśmy odpowiednią rangę". Rozumiem, że "-śmy" odnosi się do PZPN-u za czasów prezesury Bońka. 

Po pierwsze - kontrargument ogólny. Jak wytłumaczyć fakt, że to właśnie za czasów prezesury Bońka zdecydowało się, że finalista nie będzie miał prawa gry w europejskich pucharach jeżeli mistrz Polski wygra również krajowe rozgrywki pucharowe? Miejsce przejdzie wtedy na kolejną drużynę zajmującą odpowiednio wysokie miejsce w lidze. Czy to właśnie jest nadawanie pucharowi odpowiedniej rangi? A stoi za tym przecież nie kto inny jak właśnie Boniek. Tak przynajmniej wynikało ze słów sekretarza generalnego PZPN.

Po drugie - kontrargumenty szczegółowe. Jak wytłumaczyć fakt, że Wisła Puławy dobrnęła do w obecnej edycji Pucharu Polski nie rozgrywając ani jednego(!) meczu na szczeblu centralnym? Najpierw walkower, bo wycofała się Warta Poznań, potem wolny los, wreszcie walkower, bo wycofał się Kolejarz Stróże. Jak to możliwe, że w ogóle dochodzi do tego typu kuriozalnej sytuacji w tak wspaniale rozpropagowanych przez panabońkową drużynę rozgrywkach?

Albo jak wytłumaczyć inny fakt - GKS Katowice tak bardzo marzył o dotarciu na Stadion Narodowy, że tydzień temu przegrał w PP z Chrobrym Głogów wystawiając do podstawowego składu dwóch zawodników, którzy wyszli w podstawowym składzie w ligowym meczu odbywającym się kilka dni wcześniej i jednocześnie pięciu, którzy wyszli w podstawowym składzie w ligowym meczu odbywającym się kilka dni później...

Ja to bym prosił pana Bońka tylko o jedno. Fajnie, że uważa iż wzmacnia prestiż rozgrywek PP, ale niech za jego kadencji reprezentacja Polski zagra w jakiejś imprezie rangi mistrzowskiej. Tak jak miało to miejsce za jego poprzedników - Michała Listkiewicza albo Grzegorza Lato.

Panie Boniek; byłaby taka szansa?

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

17:08, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Szansa dla Odry na odzyskanie tożsamości

Kiedy Odra Wodzisław w 2011 roku postanowiła pójść na skróty zbuntowałem się i postanowiłem ją ignorować. Całkowicie przestałem się tym klubem interesować. Właściwie nawet nie nim, co jedynie wydmuszką o tej samej nazwie, która przejęła licencję od innego klubu z innego zresztą województwa.

Jak się okazuje powstanie wydmuszki było poważnym błędem, bo  - jak zauważa wszystkośledzący jakas1 - z "Odrą Wodzisław" zaczęły dziać się cuda:

Sprawa "Odry Wodzisław" jest ciekawa. Zamiast zaczynać po wycofaniu w 2012 od dołu drabinki ligowej, przemianowali jak wiadomo III-ligowy Start Bogdanowice na "Odrę". Pograli sobie dwa sezony w III lidze i w czerwcu spadli. Wtedy zorientowali się, że spadają nie do IV ligi śląskiej, tylko do ... opolskiej - jako klub z Bogdanowic w powiecie głubczyckim. Wymyślili więc sobie, że w takim razie życzą sobie spaść do IV ligi śląskiej, a nie opolskiej, na co PZPN nie wyraził zgody (słusznie), tyle że na podstawie argumentu, że na wniosku nie napisali pełnej nazwy klubu :D 

W międzyczasie jeszcze nie wypaliło im połączenie z akademią piłkarską z Wodzisławia... 

Żeby przystąpić do ŚZPN, klub wystąpił wcześniej z opolskiego ZPN. Do ŚZPN ich... nie przyjęli, a w OZPN już ich nie ma, więc nie zagrają nawet w IV lidze opolskiej :D Aktualnie są na etapie pisania listów otwartych do Bońka.

Tyle jakas1Nie wiem czy w Wodzisławiu zdają sobie sprawę, że właśnie teraz dostali ogromną szansę odzyskanie tożsamości. Uważam, że zamiast pisać listy do Bońka działacze powinni zgłosić drużynę do rybnickiej albo raciborskiej C-klasy i nie oglądając się na nikogo powoli i spokojnie budować drużynę na salony. 

Moim zdaniem staliby się wtedy pełnoprawnym spadkobiercą tradycji Odry. W kronikach wstydliwy okres przejęcia skóry od Startu Bogdanowice mógłby zostać całkowicie pominięty. 

Chciałbym żeby tak się stało, ale z doświadczenia wiem, że każdy za wszelką cenę chce grać jak najwyżej. Odrze życzę żeby znowu zagrała w ekstraklasie. Jako Odra Wodzisław. Bo już wiadomo, że jako "Odrze" się jej jednak nie uda.

PS Uważam, że słuszne byłoby zastanowić się nad wprowadzeniem w przyszłości pewnego zapisu.

Otóż bankrutujące wielkie firmy mogłyby mieć prawo zaczynać nie od samego dołu - na przykładzie Odry widać, że mogą być doły głębsze i płytsze, więc w zależności od miejsca powrót na szczebel centralny jest dłuższy lub krótszy. W Wodzisławiu mają pecha - tam funkcjonuje dziewiąty poziom...

A gdyby w przyszłości wprowadzić zapis, że klub, który zajął co najmniej trzecie miejsce w ekstraklasie albo awansował co najmniej do finału Pucharu Polski w razie bankructwa miałby gwarancję rozpoczynania nie od samego dołu a na przykład od piątego poziomu rozgrywek (IV ligi)? Co sądzicie? Taki przepis gwarantowałby jasną, konkretną drogę postępowania a przy okazji dodatkowo motywowałby drużyny z ekstraklasy (i nie tylko), które jeszcze nie zaznały sukcesu;)

PS Gdyby taki przepis istniał już wcześniej mogłaby z niego skorzystać Odra, która przecież w 1997 roku w debiutanckim sezonie załapała się na podium.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

niedziela, 17 sierpnia 2014
Dziwię się kibicom GKS-u Katowice

Frustracja w Katowicach. GieKSa przegrała drugi ligowy mecz z rzędu, a trzeci w ogóle (dochodzi jeszcze zawstydzająca porażka w Pucharze Polski). Nie jest ważne, że przegrała z liderem, nie jest ważne, że jako pierwsza strzeliła liderowi bramkę w tym sezonie. Ważne, że przegrała bezdyskusyjnie i zasłużenie.

Moim zdaniem problem tej drużyny polega na tym, że w trakcie gry nie widzi na boisku za dużo. Chodzi mi o to, że w zespole brakuje piłkarzy, który potrafią wykonać zaskakujące ofensywne podanie. Problem polega na tym, że kiedy GKS ma piłkę i rozpoczyna akcję to właściwie nie wie co począć. Przykro to pisać, ale jedynym, który w tej chwili potrafi nieszablonowo rozwiązać akcję ofensywną, potrafi zaskakująco podać do przodu, podkreślam - do przodu, jest stary, niezniszczalny Przemysław Pitry. Koledzy z drużyny, sądząc po ich grze, dobrze o tym wiedzą. Problem w tym, że - po pierwsze - Pitry zaraz skończy 33 lata, a - po drugie - nie widać w GKS-ie jego następcy ani zastępcy.

- Myślałem, że poziom będzie trochę wyższy. Piłkarze mają problem z rozegraniem akcji ofensywnej. Kiedy nie ma pomysłu posyłają długą "dzidę" do przodu i jest strata - mówił mi piłkarz, którego spotkałem na trybunach, a do którego mam szczególny sentyment. Adam Bała to zawodnik o którym jako dziennikarz zrobiłem pierwszy... nie powiem, że "reportaż", bo to za duże słowo, ale "obrazek". Jeździł wtedy jeszcze z Będzina autobusem na treningi i mecze Szombierek. Potem stał się mocnym punktem GieKSy, grał w niej przez aż dziewięć sezonów (1995-2004). W 1997 roku minęliśmy się w drzwiach urazówki w Piekarach: on opuszczał szpital po poważnej kontuzji, ja właśnie z taką przychodziłem. Może nawet zająłem jego łóżko?

Dziś Adam Bała pracuje w wodociągach a po pracy jest grającym trenerem Milenium Wojkowice, drużyny z sosnowieckiej A-klasy. Był tylko trenerem, ale ostatnio postanowił drużynę wzmocnić jako piłkarz i ten były skrzydłowy pędziwiatr gra na... stoperze. W pierwszej kolejce Wojkowice złoiły na wyjeździe Promień Strzemieszyce i są liderem.

Nastroje w Katowicach podłe, ale jednak muszę przyznać, że... dziwię się kibicom GKS-u. Po meczu wściekli poszli pod szatnie, wybili nawet dwie szyby.

Pytacie o co mi chodzi? To proste. Zastanawiam się na jakiej podstawie kibice żądają od piłkarzy wielkiej formy, zwycięstw i oczywiście awansu. Spójrzmy na to z logicznego punktu widzenia. GKS tak naprawdę ostatni raz był w miarę wielki w 1997 roku - zajął wtedy w ekstraklasie czwarte miejsce i dotarł do finału Pucharu Polski. Co prawda później, w 2005 roku, wdrapał się nawet na podium, ale jak wiadomo było to możliwe dzięki podpieraniu się walizkami z pieniędzmi więc tego sukcesu nie liczę.

Od 1997 roku minęło 17 lat. To całe pokolenie. Moim zdaniem żeby świadomie przeżywać mecz trzeba mieć jakieś 13 lat. 13+17=30. Jeśli ktoś w wieku 30 lat idzie pod szatnie awanturować się i wybijać szyby to moim zdaniem powinien się leczyć. Jeśli ma tylko 20 lat - można złożyć to na karb zapalczywej młodości, z kolei jednak dwudziestolatek nie pamięta przecież innego GKS-u niż ten dołujący!!! A jeśli tak - jak może wywoływać na tych piłkarzach jakąkolwiek presję?

Widzicie jakiś błąd w tym wywodzie?

PS Podjąłem bardzo ważną decyzję. Natchnął mnie kuriozalny wywiad w Superekspressie. Jakiś Sławomir Jastrzębowski porozmawiał z Pawłem Zarzecznym. Tenże Jastrzębowski zaaferowany, że Legia została ukarana walkowerem z troską pyta Zarzecznego:

I co my możemy teraz zrobić? Wypisać się z UEFA?

- Myślałem o tym.

 - Odmrozimy sobie palce na złość mamie?

 - Nie - na złość babci uszy. Nam się wydaje, że UEFA jest na stałe. RWPG czy ZSRR też miały być po wsze czasy.

- Czyli można się wypisać z UEFA?

- Absolutnie można. Możemy przynajmniej ogłosić, wyrazić chęć, że chcemy się zapisać do federacji azjatyckiej albo afrykańskiej.

Rozumiecie? Mamy jako Polska wypisać się z UEFA, bo niby ta skrzywdziła Legię... To jest właśnie podejście niektórych dziennikarzy warszawskich. Oni tak martwią się Legią, że nie chcą przenosić do federacji azjatyckiej albo afrykańskiej warszawskiego klubu tylko od razu całą futbolową Polskę nie pytając jej w ogóle o zdanie.

Moim zdaniem to właśnie przez dziennikarzy Legia jest w całej Polsce nielubiana. Bo ten klub w mediach jest w niezasłużony sposób przedstawiany jako niezwykłe i niecodzienne zjawisko. A to owszem - silna polska drużyna, mająca miejsce w historii, ale jednak JEDNA Z WIELU.

Ale co tam - skoro innym dziennikarzom wolno z powodu Legii przenosić Polskę do Afryki to mnie wolno podarować prezent. Niniejszym ogłaszam więc:

ofiarowuję Legii Warszawa Niderlandy. Całe!

PS1 Nie dzwońcie do króla Wilhelma Aleksandra ani premiera Marka Rutte w tej sprawie. Nie pytałem ich o zdanie. A co!

sobota, 16 sierpnia 2014
Piast? Zalecany spokój. Przynajmniej jeszcze przez chwilę

Byłem dziś na śląskich derbach: Piast Gliwice grał u siebie z Ruchem Chorzów.

Goście wygrali 1:0. W doliczonym czasie gry wściekli kibice Piasta zaczęli skandować: "gdzie te transfery, Kałuża, gdzie te transfery?!". 

Nie każdy wie kto to. Otóż Zbigniew Kałuża to od listopada 2012 roku mniejszościowy udziałowiec Piasta Gliwice (26 procent) a jednocześnie właściciel firmy z tego miasta działającej na rynku telekomunikacyjnym (więcej o jego firmie w PS3).

Z tego co dowiedziałem się dziś w Gliwicach Kałuża chce mieć w sprawie Piasta coraz więcej do powiedzenia. Słyszę, że ma wynajmować piłkarzom mieszkania. Jego zausznikiem jest podobno m.in. Bogdan Wilk, który za czasów Marcina Brosza był kierownikiem drużyny a teraz jest... menedżerem zespołu.

Nie wiem czy przypadkiem Piast nie ma kłopotów z lokalizacją ośrodków decyzyjnych. Kałuża to ten dynamiczny i ambitny, ale jednak ciągle mniejszościowy udziałowiec. Skoro kibice od niego domagają się reakcji to muszą widocznie wiedzieć, że ma coś do powiedzenia...

Ostatnie słowo i tak ma jednak miasto a niedawno powołany na funkcję prezesa dyrektor gliwickiego ogólniaka i wuefista Adam Sarkowicz to podobno osobisty protegowany prezydenta miasta Zbigniewa Frankiewicza.

A jaką pozycję pełni w tym układzie dyrektor Zdzisław Kręcina ściągnięty do klubu jeszcze przez poprzednika Sarkowicza - Grzegorza Jaworskiego? Dziś oglądał mecz samotnie, na stojąco, przy barierkach. A przecież wiadomo, że Kręcina to człowiek bardzo towarzyski...

Jak w tym skomplikowanym układzie decyzyjnym znajduje się trener Angel Perez Garcia? Dziś po meczu Hiszpan był wściekły - doliczył się ośmiu sytuacji z których mógł, a właściwie powinien paść gol dla Piasta, tymczasem jedyną bramkę strzelili niebiescy. Narzekał też na sędziego (znany i lubiany Marcin Borski), który jego zdaniem nie podyktował ewidentnego karnego na Rubenie Jurado.

Gdyby mnie ktoś spytał czy zmiana trenera Piasta byłaby uzasadniona na podstawie lokaty w tabeli (dwa punkty w pięciu meczach i przedostatnie spadkowe miejsce) - odparłbym, że tak. Gdyby mnie ktoś spytał czy zmiana trenera byłaby uzasadniona na podstawie stylu gry prezentowanego przez Piasta - odparłbym, że nie.

Po tym co dziś zobaczyłem uważam, że ewentualna zmiana trenera już teraz byłaby jednak przedwczesna. Piast grał z Ruchem bardzo przyzwoitą piłkę: w sytuacjach podbramkowych, które dość łatwo potrafił stworzyć ewidentnie nie dopisywało mu dziś przede wszystkim szczęście (nie wolno oczywiście zapomnieć o świetnej dyspozycji Kamińskiego). Piasta stać było nie tylko na udane akcje zespołowe ale i błyskotliwe zagrania indywidualne - sposób w jaki Klepczyński wziął na obieg Dziwniela w 19. minucie mnie zdumiał...

- Nie wiem co teraz zrobię, ale wygrać muszę - mówił po meczu Perez Garcia. 

Musi, musi. Bo jak nie wygra to rzeczywiście w końcu go zwolnią.

PS A Ruch? Trudno mieć pretensje, przecież jest zwycięstwo i trzy punkty. Udała się niecodzienna motywacja Grzegorza Kuświka zaordynowana przez Jana Kociana. Piłkarz Ruchu rzeczywiście świetnie gra tyłem do bramki, ale obrót przy golu zrobił tak dostojnie, że jeśli Csaba Horvath miałby za "sposób przeszkadzania" w tej sytuacji dostać kocówę w szatni Piasta - powinien bez słowa protestu zwinąć się w kłębek i... przeczekać.

Nikt nie może zaprzeczyć, że obecny styl Ruchu nie napawa optymizmem, zwłaszcza przed czwartkowym meczem z Metalistem Charków w Lidze Europy, który odbędzie się na tym samym stadionie w Gliwicach. Ale w konfrontacjach z Vaduz i Esbjerg styl niebieskich też był daleki od pożądanego a jednak to Ruch gra dalej. Dlatego jeśli ma stwarzać jedną okazję na mecz i dalej wygrywać - jestem za. 

PS1 Należy docenić świetny doping kibiców obu drużyn. Fajnie wyglądała akcja gospodarzy w pierwszej połowie kiedy nagle odwrócili się podskakując i okazało się, że wszyscy mają koszulki z numerem 12. Z kolei fani Ruchu jak ryknęli w samej końcówce to na tym ryku ich piłkarze w doliczonym czasie gry spokojnie dopłynęli do końca.

PS2 Mecz oglądał Waldemar Fornalik.

PS3 Założona w 1992 roku firma Kałuży zajmuje się terminalami płatniczymi, sprzedaje zestawy startowe, tradycyjne karty pre-paid a także elektroniczne jednostki doładowania oferowane przez głównych operatorów telefonii komórkowej w Polsce. Nie skupia się tylko na tym - prowadzi choćby call-center albo dystrybuuje bilety komunikacji miejskiej. Podobno ma przychody ponad miliard złotych rocznie.

PS4 Ogladałem dziś mecz MU - Swansea. Jestem bardzo zbudowany króciutkim występem Bafetimbiego Gomisa. To mój ulubiony napastnik do wielu lat, a mimo zdobycia ponad stu goli w lidze francuskiej - jakby niespełniony. Dziś w końcówce wyszedł w Swansea na tę samą pozycję, którą zajmuje Kuświk w Ruchu i debiut w Anglii miał wspaniały. Może by go tak za trzy-cztery lata ściągnąć do Polski?:)

PS5 A poza tym Omega jest zadowolona.

piątek, 15 sierpnia 2014
Kiedy PZPN wpadnie poduczyć się od Warzychy?

Robert Warzycha i Józef Dankowski mogą być z siebie zadowoleni. Maciek Blaut chyba słusznie na Twitterze przekornie pyta: Kiedy Rada Trenerów PZPN wpadnie poduczyć się od Warzychy? Może Górnik - obecny lider ekstraklasy - powinien zaprosić chętnych szkoleniowców? Niech zajęcia zamiast w Białej Podlaskiej odbywają się w Zabrzu, co?;) 

Zabrzańska maszyna idealnie przepoczwarza się w tym sezonie. Ryszard Tarasiewicz, obecny trener Korony, trochę z rezerwą twierdził, że ustawienie 3-6-1 może i sprawdza się w polskiej lidze, ale gdzie indziej mogłaby Górnikowi stać się krzywda... Cóż, na razie Górnik robi krzywdę innym a w europejskich pucharach zagra - miejmy cichą nadzieję - dopiero w przyszłym roku.

Dziś Górnik w wyjątkowo bezproblemowy, zawstydzający wręcz gospodarzy sposób - w dodatku po raz pierwszy w historii - wygrał w Kielcach. Właściwie "wygrał" to za małe słowo - wręcz zmiażdżył gospodarzy.

Na razie potwierdza się dokładnie wszystko co już pisałem. Górnik stał się przewidywalny do bólu:

po pierwsze - można było zauważyć, że w rundzie jesiennej Górnik będzie zupełnie inną drużyną niż w wiosennej;

po drugie - można było zauważyć, że trudno Górnikowi Zabrze będzie wbić bramkę;

po trzecie - można było zauważyć, że Górnik jest jak zapaśnik stylu klasycznego. Polega to na tym, że czeka na dogodny moment, a potem... jest po sprawie.

XI przykazanie: "nie małpuj"

UEFA boleśnie ukarała dziś Ruch Chorzów.

W związku z rasistowskimi zachowaniami kibiców podczas meczu z duńskim Esbjergiem niebiescy mecz z Metalistem Charków zagrają przy zamkniętych częściowo trybunach.

Do incydentu miało dojść kilkakrotnie dojść w pierwszym kwadransie spotkania w Danii. Jak się okazuje niektórzy fani Ruchu mieli wydawać* odgłosy przypominające buczenie małp kiedy przy piłce był Eddie Gomes, zawodnik Esbjerga. Buczenie miało zaniknąć kiedy Ruch strzelił pierwszego gola z karnego.

Wiadomo, że takie "buczenie" to żenada i wstyd - nie ma się co nad tym rozwodzić. Przykre, że tacy ludzie jeszcze na stadiony zaglądają. To dobra nauczka na przyszłość. Wszystkim, którzy sobie lubią pohukiwać trzeba uzmysłowić, że przez pohukiwanie tracą:

a) normalni kibice, którzy mogą nie przyjść na mecz;

b) klub, bo nie zarobi na biletach tyle ile by chciał;

c) piłkarze, bo nie mogą liczyć na takie wsparcie z trybun jakie by chcieli.

d) opinia Chorzowa i w ogóle Górnego Śląska. W świat mogłaby pójść przecież wieść, że ludzie "stond" to ksenofoby i rasiści a to przecież nieprawda;

Mam więc nadzieję, że:

a) ci, którzy buczeli klupną się w łeb;

b) więcej buczenia nie będzie, bo tracą na tym wszyscy;

c) miłośnikom buczenia nie przyjdzie bynajmniej do głowy, że będzie można buczeć dalej, bo przecież i tak nie zamknęli całego stadionu;

d) środowisko chorzowskie nie będzie kompromitować się łkaniem, marudzeniem, zawodzeniem, wysyłaniem do UEFA not, nasyłaniem prawników, narzekaniem na Esbjerg, wyciąganiem zza pazuchy i trzymaniem przed sobą jakichś kartoników tylko z zaciśniętymi zębami przyjmie karę na klatę.

PS Omedze jest bardzo przykro.

* opisuję incydent w trybie przypuszczającym, bo mnie w Danii nie było.

czwartek, 14 sierpnia 2014
W obronie Wojciecha Kowalczyka

Marzę żebyśmy na Górnym Śląsku nigdy nie stali się jak kibice Legii w Warszawie.

Chodzi o traktowanie Wojciecha Kowalczyka.

Nie ukrywam: Kowalczyk jako piłkarz nie był człowiekiem z mojej bajki. Nietaktem byłoby jednak nie zauważyć, że facet uratował Legii ekstraklasę kiedy ta drużyna była chyba najsłabsza w historii a i piękny mecz przeciw Sampdorii w Genui zanotował... Coś więc jednak dla tej Legii zrobił.

To na pewno wyrazista postać, która nie boi się wyrażać własnego zdania. Kowalczyk uważał, że Celtic rozbije Legię na miazgę. Pomylił się. Teraz uważa, że Legia się hańbi. Moim zdaniem tym razem się już nie myli. Moim zdaniem trafia w sedno - mam dokładnie takie same odczucia.

W bardzo interesującym wywiadzie mówi m.in.:

Przecież takiej kompromitacji nie było w europejskiej piłce od lat! Ale cóż, niech się bawią dalej, niech uprawiają amatorszczyznę (...). Ech, te wymagania od Celticu, żeby się zrzekł awansu... To jest prawdziwa kompromitacja polskiej piłki! Przecież to było błaganie o pieniądze za awans do kolejnej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. "Oddajcie nam pieniądze, które moglibyśmy zarobić, oddajcie je nam!" (...).

Nie mam żadnego, ale to żadnego współczucia dla władz Legii, dla tych wszystkich osób, które doprowadziły do walkowera. Z jednego prostego powodu: piłkarze pokazali naprawdę świetną formę w tych dwóch meczach (...).

Nie mogłem uwierzyć, jak polski klub nie doczytał jednego punktu w regulaminie. To jest przecież tylko jeden punkt! A skoro UEFA płaci takie ciężkie pieniądze za awans, to wymaga, by kluby stosowały się do jej regulaminu. Legia się nie dostosowała, a nikt nie będzie płacił komuś, kto ich olewa. A taki klub na świecie jest jeden – taki, który nie potrafi doczytać, kiedy piłkarz pauzuje za kartki, a kiedy nie.

Wiadomo, że łaska kibicowska na pstrym koniu jeździ. Dlatego w efekcie Wojciech Kowalczyk jest teraz przez kibiców Legii obrażany wszędzie gdzie się da i jak się da. Jak on w ogóle śmiał typować zwycięstwo Celticu?! Jak on w ogóle śmie krytykować Legię?!

Na Twitterze zauważyłem dziś obrzydliwą fotkę. Oto fani mistrza Polski podwiesili szmatę: "Kowal pijaku! Twoja głowa od wódki jest już pusta. Mówią ci to kibice z legijnego Bródna. Na Legię źle gadasz, na Bródnie podpadasz".

Miejscowi dziennikarze bez słowa oburzenia podają dalej na Twitterze fotki tej hańbiącej inicjatywy. Bez słowa komentarza - wydaje się więc, że z satysfakcją...

Z każdej sytuacji można wyciągnąć naukę. To blog głównie o śląskim futbolu więc odniosę sytuację do matecznika: mnie marzy się, że jeśli w przyszłości któraś z gwiazd któregokolwiek śląskiego klubu ostro albo bardzo ostro skrytykuje klub, w którym wcześniej grała - nie zostanie potraktowana przez jego kibiców jak Wojciech Kowalczyk przez legionistów.

Dla mnie takie sytuacje ewidentnie świadczą o wielkości lub małości ludzi. Wiadomo, że każdy za własną drużynę oddałby wiele. Małych od wielkich dzieli drobnostka: dla własnej drużyny nie zrobiliby świństwa. Ta szmata mająca zastraszać Kowalczyka to przecież zwykłe świństwo.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

00:08, pavelczado , żal
Link Komentarze (28) »
środa, 13 sierpnia 2014
Zmarł najbardziej znany człowiek z Zabrza w świecie futbolu

Górnik, Górnik, Górnik! Z nim oczywiście kojarzy się hasło "piłka nożna w Zabrzu".

Charakterystyczne, że właściwie żadna z tych największych gwiazd Górnika z Zabrza jednak nie pochodziła*. No, może poza Jerzym Gorgoniem, który wywodzi się jednak nie z centrum lecz z Mikulczyc - północnej dzielnicy Zabrza. Lubański  i Florenski są z gliwickiej Sośnicy, Anczok - z Lublińca, Banaś - z katowickiego Załęża, Kostka - z podraciborskich Markowic, Oślizło - spod Wodzisławia, Szołtysik - z Suchej Góry koło Radzionkowa, Wilczek - z Wirka, Pohl - z Rudy, Lentner - z Chropaczowa, Latocha - z Bierunia, Matysik - ze Stanicy, Urban - z Jaworzna...

Ale gdyby w świecie spytać o najbardziej znanego człowieka piłki pochodzącego z Zabrza - okazałoby się, że nie chodzi o żadnego zawodnika Górnika. Największą karierę w światowym futbolu zrobił bowiem urodzony w 1928 roku Kurt Waldemar Tschencher. Jeszcze przed wojną jako uczeń gimnazjum grał w klubie Preussen Hindenburg. Po wojnie wybił się nie jako piłkarz, ale... sędzia - w pewnym okresie jeden z najlepszych na świecie. Prowadził mecze m.in. na trzech MŚ (1966, '70 - mecz otwarcia, '74), a także ostatni finał Pucharu Niemiec przed wprowadzeniem Bundesligi.

Kurt Tschencher zmarł dziś w Mannheim. Polakom musi się dobrze kojarzyć. Prowadził finał olimpijski w Monachium w 1972 roku, w którym Polska pokonała Węgry 2:1.

Cześć Jego Pamięci.

* oczywiście to nie jest tak, że w Górniku grali sami przyjezdni ze Śląska. W Zabrzu urodzili się i są wychowankami zabrzańskich klubów choćby lubiani, cenieni i w Górniku zasłużeni Jan Kowalski albo Andrzej Pałasz (bodaj jedyny reprezentant Polski będący wychowankiem Górnika).

Przez piłkę dostawał lanie. Potem Go pokochała

Świat biegnie coraz szybciej, coraz bardziej się zmienia i właśnie dlatego w naszym życiu potrzebne są symboliczne Kolosy Memnona. Niezmienność, w której zawsze znajdujemy oparcie. Punkt odniesienia. Ludzi o których wiemy, że zawsze byli, są i będą.

                                 * * *

Chwile kiedy okazuje się, że nawet Oni umierają mogą pozbawić tchu. Dziś tchu brakuje bytomianom. Umarł Kazimierz Trampisz. Kolos Memnona bytomskiej Polonii. Futbolowy symbol tego miasta.

Wczoraj spotkał się z kibicem Polonii i w trakcie rozmowy źle się poczuł. Kibic zawiózł go do szpitala, ale było już za późno.

Miał 85 lat.

                                  * * *

Nie pamiętam kiedy spotkałem Go po raz pierwszy. Dla Polonii był tym kim dla Ruchu był Gerard Cieślik a dla Górnika Ernest Pohl. Można go było spotkać prawie na każdym meczu bytomskiego klubu. Bardzo przeżywał mecze, na trybunce prasowej przy Olimpijskiej często słychać było jego śpiewny akcent (nie wiem czy można mówić o lwowskim bałaku, Pan Kazimierz pochodził przecież ze Stanisławowa). Teraz mogę dodać, że w ostatnich latach on bardziej tych meczów... słuchał niż je oglądał. Miał poważne problemy ze wzrokiem, ale czy to jakiś problem gdy gra Polonia? Dziękował życiu za to co ma.

Pięć lat temu zrobiłem z Nim obszerny wywiad z okazji osiemdziesiątych urodzin. Był w świetnej formie, świetnym usposobieniu, świetnym humorze. Dziękował życiu za to co ma.

Kochał piłkę - także dlatego, że... musiał o nią walczyć. Opowiadał mi: - W mojej rodzinie nie było futbolowych tradycji. Ojciec Franciszek, kolejarz z zawodu, był przeciwnikiem piłki nożnej, nie pozwalał mi grać. Zdarzało się, że przez piłkę dostawałem lanie. Ojciec bardzo się o mnie bał, bo ja w dzieciństwie bardzo często chorowałem na anginę - zdarzało się, że trzy, cztery razy w roku. Cóż, grało się na bosaka, po meczach myło się nogi pod studnią w zimnej wodzie, to i o chorobę nie było trudno. Zawsze kiedy przychodziłem do domu, ojciec wkładał mi rękę za koszulę. Jak zobaczył, że mokra, był bardzo niezadowolony...

W 1945 roku rodzina Trampiszów w bydlęcym wagonie przyjechała na Śląsk. Kazik musiał do Polonii, bo wiedział, że tam przeniósł się jego idol z Pogoni Lwów - Michał Matyas. Udało się. Dziękował życiu za to co ma.

- Straszna bieda była wtedy. Moja rodzina dostała przydział na domek fiński przy ul. Wiejskiej, kawał drogi od centrum Bytomia. Pewnego dnia po treningu koledzy poszli na przystanek tramwajowy, który był koło boiska. Ja przystanek minąłem i poszedłem dalej. "Hej, a ty gdzie?" - zawołał mnie Matyas. Odpowiedziałem, że do domu. Zdziwił się, spytał dlaczego nie jadę tramwajem. A ja na to, że biletu nie mam. On mi wtedy bilet kupił, to było dla mnie wyróżnienie. Dzisiaj młodzieży powiedzieć, że ja na bilet nie miał i musiał nogami chodzić, to ona tego nie zrozumie. Nie zrozumie, że brakowało na wszystko.

Najlepsze lata kariery Kazimierza Trampisza to właściwie gra za darmo. Za pierwsze mistrzostwo Polski w 1954 roku każdy z piłkarzy dostał trzy metry materiału na ubranie. A Trampiszowi potrzeba było nawet tylko 2,75 m - bo był mały. Do tego ojciec musiał kupić podszewkę i opłacić krawca. Ale Pan Kazimierz nie narzekał. Dziękował życiu za to co ma.

- Dla mnie przyjemnością było to, że łapałem się do pierwszej drużyny Polonii, a moi niektórzy koledzy, którzy ciężko trenowali nie mieli tego zaszczytu. Moją przyjemnością było to, że kibice klepali mnie po plecach kiedy spotkali mnie na mieście. Ja byłem asior, nawet nie sprawdzałem składu, który był wypisywany przed meczem, trener chciał mnie, nawet gdy miałem gorączkę...

Dziękował życiu za to co ma. Doceniał możliwość napicia się cola-coli w 1952 roku. Podczas igrzysk w Helsinkach kupił z Gerardem Cieślikiem i dwoma innymi kolegami na spółkę małą butelkę i... wychylili ją po kryjomu za jakimś kiblem. Chodziło o to żeby po powrocie do Polski móc powiedzieć, że się jej spróbowało. 

- Wiedzieliśmy, że każdy znajomy będzie nas o to pytał. A wie pan, że przy obiedzie działacze zabraniali nam... nalewać sobie soku z butelki?! Mówili, że zachodni imperialiści zrobią zdjęcie i przekleją etykietkę po butelce z wódki i potem napiszą, że sportowcy z państw socjalistycznych na igrzyskach piją alkohol...

Pan Kazimierz nie narzekał. Dziękował życiu za to co ma. Także od niego uczyłem się tej zasady. Bo w życiu zawsze może być gorzej.

                                 * * * 

Teraz Bytom dziękuje za to, że miał Jego. Wszyscy dziękujemy, Panie Kazimierzu! 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 181