sobota, 10 grudnia 2016
Piłkarz-katolik ma większe skłonności do oszustwa?!

Guillem Balague to znakomity reporter. Kolejnym dowodem jest jego biografia Cristiano Ronaldo. Autor ma dobry styl, umiejętnie prowadzi narrację, jest przenikliwy, rzeczowy, wie jak poukładać opowieść i co chce osiągnąć. Choćby z tego względu warto sięgnąć po tę książkę, a przecież dodatkowym atutem jest bohater tekstu. 

Niemniej, chcę popolemizować. Oczywiście nie z całościową wymową świetnej przecież biografii. Jeden fragment zaskoczył i zdumiał mnie jednak niezwykle. Nie mogę zgodzić się z wnioskami autora w pewnym względzie, ale żeby się odnieść muszę najpierw przytoczyć fragment Ballague'a:

"W Portugalii widoczne na każdym korku są wpływy brytyjskie, mieszkańcy tego kraju są w znacznej części katolikami. Rozbieżność obu tych kultur tylko podkreśla różnice między mentalnością brytyjską a mentalnością katolickiej Europy kontynentalnej. Ta dywagacja znajdzie przełożenie na piłkę nożną, w której możemy zaobserwować podobne różnice (...) Ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci" (...)

Etyka protestancka ma czysto legalistyczny charakter. Zasady są po to żeby ich przestrzegać. W ciągu dwóch tysięcy lat trwania katolickiej moralnej skrupulatności pojawiła się nowa mentalność, w ramach której poszukiwano sposobów naginania zasad na tyle, aby nie wykluczyć możliwości zbawienia. Katolik zawsze mógł iść się wyspowiadać i mieć czyste konto."

"(...) Obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać. Właśnie dlatego elementem kultury tych krajów, w tym mojego, jest korupcja. 

Odnoszę wrażenie, że przedstawione przeze mnie zjawiska - nawet jeśli uproszczone i uogólnione - w dużej mierze znajdują przełożenie na piłkę nożną.

Poczucie wyższości wartości brytyjskich wad nad wartościami wyznawanymi przez inne narody jest najlepiej widoczne w świętym oburzeniu na nieprzestrzeganie zasad fair play (udawanie kontuzji, nurkowanie po faulu, którego nie było, i tak dalej) oraz w przedstawianiu takiego zachowania jako przykładu perfidii całego narodu.

Owszem, angielskim piłkarzom też zdarza się zanurkować i odstawić teatrzyk, ale tego typu zachowania są wówczas komentowane jako "skutek zbyt wielu wpływów z zagranicy" - albo - moim zdaniem najlepsze - przykład niesportowej postawy.

Odmienne podejście do kwestii przestrzegania zasad w krajach katolickich tłumaczy dlaczego tamtejsi piłkarze często starają się  oszukać sędziego i jawnie cieszą się gdy im się to uda. Gdy jakiś zawodnik zanurkuje w polu karnym, obrońcy drużyny przeciwnej biegną do sędziego, by nie dać się zwieść. W Anglii w pierwszej kolejności defensorzy rzucają się z pretensjami do autora teatrzyku jak gdyby chcieli mu powiedzieć: Jak mogłeś zrobić coś takiego? Jaki sens ma tego rodzaju łamanie zasad?" 

Dla  mnie wysnuwanie takich wniosków to wyższa umiejętność żonglerki. Piłkarze z kontynentu oszukują bardziej, bo w 1534 roku w Anglii ogłoszono niezależność tamtejszego kościoła od Rzymu? Gdyby nie ten fakt, gdyby nie zerwanie przez Henryka VIII kontaktów dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską to piłkarze rdzennie angielscy rzucaliby się dziś głównie z pretensjami jednak do sędziego a nie do kolegi udawacza z przeciwnej drużyny? Nie zdawałem sobie sprawy, że w naszej lidze (kraju ciągle uznawanego jednak za katolicki) gra tylu angielskich protestantów, bo dość często jednak widzę pretensje po upadku piłkarzy do rywali a nie do sędziego... 

Całkowicie nie mogę zgodzić się ze zdumiewającym stwierdzeniem, iż "ogólnie można przyjąć, że europejscy katolicy mają luźniejsze podejście do moralności niż brytyjscy protestanci". Byłem na Wyspach wielokrotnie i w sobotnie albo niedzielne poranki widziałem nieraz zużyte kondomy wytaplane w rzygowinach na trotuarach centrów miast. Nie wiem czy dałoby się obronić twierdzenie, że wszędzie był to przede wszystkim efekt niewłaściwego zachowania "katolickich przybłędów", bo Wyspiarzowi na użycie prezerwatywy i zwymiotowanie w miejscu publicznym nie pozwalałaby przecież religia.

Z kolei hasło, że "obywatele krajów katolickich zwykle nie za bardzo przejmują się przestrzeganiem zasad. Bardziej interesuje ich, jak te zasady obchodzić i nie dać się przyłapać" gdyby nie było tak śmieszne, można by je nawet uznać za obraźliwe. Żeby napisać coś tak drastycznie rozstrzygającego trzeba mieć za sobą poważne opracowania, statystyki, a nie jedynie własne obserwacje w stylu co być może dzieje się u rodziny wujka lub ewentualne relacje maltretowanej szwagierki. 

Reasumując: wysuwanie tak daleko idących wniosków jest moim zdaniem absurdalne. Z moich obserwacji wynika, że wszędzie, w każdej społeczności, znajdują się zarówno ludzie wartościowi jak i mendy. Bo generalizowanie jest zawsze błędem. To tak jakbym twierdził, że wszyscy błękitnoocy Pigmeje albo kibice Legii Warszawa albo ciemnoskórzy łyżwiarze figurowi albo miłośnicy koloru chamois są nic nie warci. To oczywista bzdura, prawda?

W Wielkiej Brytanii niedawno wybuchła afera pedofilska: setki ofiar, byłych piłkarzy-dzieci mówią o seksualnym wykorzystywaniu przez byłych trenerów piłkarskich w latach 70., 80. i 90. Dwóch znanych piłkarzy, którzy popełnili samobójstwa - Alan Davies w 1992 roku i Gary Speed w 2011 roku - byli wychowankami jednego z tych trenerów. Czy można praźródeł tej historii szukać w korzeniach religijnych tych szkoleniowców?

Proszę - nie mieszajmy religii do futbolu.

13:18, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
sobota, 03 grudnia 2016
Zupa

Nieprzyjemne czasy: człowiek musi wstydzić się za to, że jest dziennikarzem.

Byłem dziś na meczu Piasta Gliwice z Koroną Kielce. Po spotkaniu poszedłem posłuchać co mają do powiedzenia trenerzy obu drużyn.

Jeśli ktoś nie wie: zwyczaj jest taki, że najpierw trener opowiada o wrażeniach z meczu, a potem pytania zadają mu dziennikarze. Kiedy trener Korony zakończył wypowiedź, prowadzący poprosił o więc zadawanie pytań. Pytań nie było, co w przypadku kolegów ze Śląska mnie nie zdziwiło, z reguły trenerów przyjezdnych dopytują przecież dziennikarze przyjezdni.

Maciej Bartoszek zanim wyszedł rozejrzał się jednak po sali. - Trudno zadawać pytania skoro micha pełna - zauważył z przekąsem. Zorientowałem się wtedy, że na sali są nieznani mi "dziennikarze", którzy słuchają Bartoszka jednocześnie wcinając zupę, konkretnie grochówkę z kawałami mięsiwa. Właściwie nie jedzą a raczej - przepraszam za wyrażenie - wpierd...ją. Tak, że im się uszy trzęsą! Przynieśli sobie zupę z sąsiedniego pomieszczenia.

Żeby było jasne: w jedzeniu zupy nie ma oczywiście niczego złego. Wyrazy wdzięczności należą się organizatorom, bo przecież taka zupa w taki ziąb może uratować życie.

Chodzi jednak o coś zupełnie innego: o wzajemny szacunek. Poprzez szanowanie innych szanujemy samych siebie. Naprawdę nie rozumiem jak można żreć grochówkę na konferencji prasowej siedząc na wprost jej gościa, słuchając jednocześnie co ma do powiedzenia, dosłownie trzy metry od niego?

Choć może się czepiam? Może nie powinienem narzekać? Przecież ci faceci mogli zacząć zadawać pytania z pełnymi ustami prychając spomiędzy zębów bobem i kawałkami mięsa, mogli je zadawać między jednym siorbnięciem a drugim...

A najlepsze jest to, że kiedy Bartoszek powiedział zdanie o misce, koleś wręcz pokraśniał z zadowolenia. Nieczęsto można przecież zostać bohaterem konferencji prasowej po meczu polskiej ekstraklasy...

Mierzi mnie to zdziczenie obyczajów. Obawiam się, że niedługo niektórzy mogą zacząć zadawać pytania na konferencjach drapiąc się po genitaliach, wydłubując brud spod paznokci lub miód z małżowiny. Solidarność zawodowa z kimś takim?!

Nie, dziękuję.

PS Moją relację z meczu Piasta można przeczytać TUTAJ.

PS1 Miałem okazję porozmawiać z najszybszą Polką. Szczegóły - TUTAJ.

poniedziałek, 28 listopada 2016
Piękno to luksus

Futbol też się przepoczwarza a efektowna gra to dopiero ostatnie stadium. Cieszę się, że dobrze rozumieją to w GieKSie.

Budowa zespołu to skomplikowany proces, który nigdy się nie kończy, to truizm. Osiągnięcie stadium motyla to szczęście dane drużynom nielicznym. W Katowicach motyl fruwał ostatni raz w drugiej połowie lat 80. (choć dobrze pamiętam, że nawet wówczas styl GieKSy - mimo że strzelała wtedy przecież mnóstwo bramek - i tak uważano za dość toporny, z czym oglądając dzisiejszą polską ekstraklasę absolutnie nie mógłbym się zgodzić).

Piękno futbolu różni ludzie różnie rozumieją, często doceniają co innego, ale generalnie miło jest kiedy drużyna strzela dużo goli i potrafi przeprowadzić mnóstwo efektownych akcji. Uważam jednak, że oczekiwanie czy też żądanie żeby zespół zmierzał ku tego rodzaju doskonałości ma sens jedynie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Jeśli klub ma poważne zamiary w każdej innej klasie rozgrywkowej liczy się tylko i wyłącznie skuteczność w zdobywaniu punktów. Z tego co wiem GieKSa jesienią z rozmachem zagrała tylko raz - w Bielsku-Białej z Podbeskidziem.

O sposobie gry Katowic mówią liczby. Oto kilka z nich:

GieKSa wygrała jesienią dziesięć razy - najwięcej w tej lidze. Ale tylko cztery z tych spotkań wygrała z przewagą dwóch bramek. Z przewagą trzech bramek i więcej - już ani razu. Jednocześnie jesienią aż w dziewięciu spotkaniach nie straciła gola. Trzy gole straciła tylko raz. Wniosek z tego oczywisty: w jesiennych meczach GieKSy pada niedużo bramek, w każdym razie mniej niż meczach rywali do gry w ekstraklasie.

Oczywiście: awans można zdobywać w różny sposób. W 1965 roku, kiedy GKS też walczył o ekstraklasę, sam jeden Zygmunt Schmidt, najlepszy piłkarz ery „przedfurtokowej”, zdobył aż 30 goli! Ale to wówczas były inne czasy. Wiem jedno: sto razy bardziej wolę GKS grający nieefektownie a skutecznie niż efektownie a nieskutecznie. Bo kończy się to tak, że nad wyeliminowaniem braków obie szkoły dochodzenia do doskonałości w kolejnych sezonach popracują już w innych klasach rozgrywkowych.

sobota, 26 listopada 2016
Dlaczego Waldemar Fornalik złapał się za głowę

Byłem dziś na meczu Ruchu. Znów przekonałem się, że trenerzy bardzo często wiedzą co stanie się za chwilę.

W 44. minucie sędzia podyktował rzut wolny dla Jagiellonii. Waldemar Fornalik złapał się wówczas za głowę. Zaraz potem do piłki podszedł Konstantin Vassiljev i z ponad 20 metrów przywalił tak, że nie było co zbierać.

Ciekawiło mnie dlaczego trener tak zareagował. Chciałem się upewnić więc spytałem go o to po meczu. Nie pomyliłem się: Waldemar Fornalik przeczuwał co się stanie. - Jarek Niezgoda zupełnie niepotrzebnie sfaulował wtedy rywala w niegroźnej sytuacji. Wszyscy wiemy jak strzela z rzutów wolnych Vassiljev więc uczulaliśmy chłopaków żeby nie popełniali takich błędów - przyznał.

W tym miejscu należy wspomnieć o jednej ważnej okoliczności. Trener Ruchu MUSI kojarzyć charakterystyczną umiejętność Vassiljeva wcale nie od dziś a już od ponad czterech lat...

15 sierpnia 2012 roku Waldemar Fornalik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski podczas towarzyskiego meczu z Estonią w Tallinie. Wydawało się, że spotkanie zakończy się bezbramkowym wynikiem, ale w ostatniej minucie sędzia zarządził rzut wolny dla gospodarzy. I wiecie kto podszedł go wyegzekwować? Zawodnik wówczas w ogóle w Polsce nieznany...


piątek, 11 listopada 2016
Prezes klubu nie musi się znać na futbolu

Kiedyś byłoby to nie do wyobrażenia. Nadchodzi era, że nie do wyobrażenia będzie by mogło być inaczej.

Podoba mi się, że Marek Kwiatek, nowy prezes Piasta Gliwice nie udaje. Od razu na wstępie przyznaje, że nie zna się na futbolu. Takie postawienie sprawy jest uczciwe od samego początku. Nie wstydzi się tego, ale przecież... nie musi. Bo prezes klubu nie musi znać się na piłce nożnej. Fajnie jeśli ją lubi, jeśli się nią interesuje. Ale paradoksalnie, nie jest to wcale warunkiem koniecznym żeby taką posadę objąć! A przynajmniej nie powinno być

Oczywiście dobrze byłoby gdyby prezes wiedział, że facet, który akurat mówi mu na schodach "dzień dobry" gra w jego klubie na lewej pomocy. Ale przecież temu facetowi i tak bardziej niż na „dzień dobry”, zależy żeby miał dobre warunki do pracy i wypłacane na czas pieniądze. Wtedy będzie prezesa szanował bardziej niż gdy ten chwaliłby jego celne diagonalne przerzuty na przeciwległe skrzydło.

Z prezesem Kwiatkiem rozmawiałem jak wyobraża sobie swoją pracę, co uważa za najważniejszy cel. Podkreśla, że jego rola sprowadza się przede wszystkim do zapewnienia jak najlepszych warunków funkcjonowania klubu. Nie ma zamiaru decydować o polityce personalnej dotyczącej drużyny, o transferach. On zna się na pieniądzach (ma doświadczenie z branży developerskiej i zbrojeniowej).

Ale żeby ten układ hulał jak należy, żeby prezes mógł skupić się na tym, do czego został powołany czyli na biznesie, musi w Piaście pojawić się dyrektor sportowy. Prezes Kwiatek zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Wydaje mu się (a mnie przy okazji też), że to kluczowa, chyba najbardziej paląca kwestia. W Piaście będą musieli przecież pospawać sprawnego golema, z trzech niepracujących ze sobą dotąd ludzi: prezesa, dyrektora sportowego i trenera. Ten sprawnie działający triumwirat może zapewnić klubowi piękne dni. Jeśli jednak się zatnie, wszystko może runąć jak domek z kart.

Dyrektor będzie łącznikiem całości, będzie paliwem w silniku tego golema. Wydaje się więc, że wybór odpowiedniej osoby to dla Piasta fundamentalna sprawa. To musi być ktoś, kogo zaakceptuje mający silny charakter Radoslav Latal, ale jednocześnie ktoś, kto nie da czeskiemu trenerowi wejść sobie na głowę. To też musi być ktoś z silną osobowością.

Wtedy wszystko zadziała.

piątek, 04 listopada 2016
Bardzo daleki rzut kamieniem młyńskim

Polski futbol ma ogromne szczęście i wielkie sukcesy. Także dlatego, że jego siły budują nie tylko piłkarze, trenerzy, działacze, sędziowie i kibice (tych ostatnich konsekwentnie odróżniam od kiboli). Ma szczęście i sukcesy - mimo że nigdy nie mieliśmy drużyny, która wygrałaby mistrzostwo świata, nigdy nie mieliśmy również klubu, który byłby najlepszy w Europie. Jest jednak coś co umiejscawia nas absolutnie w światowej czołówce i czego inne nacje, niby lepsze na boisku, mogą nam zazdrościć.

Tym razem nie chodzi o wspaniałe mecze, talenty, nadzieje i emocje. Chodzi o czystą, przefiltrowaną wiedzę.

***

Po książki sięgamy z wielu powodów. To truizm, ale jednak przypomnę jego założenia: książki pozwalają poszerzać nam słownictwo, uczą nas myślenia, dają relaks i odprężenie, pozwalają lepiej się wysławiać, poprawiają pamięć...

Wiadomo jednak, że w zalewie szmiry nie zawsze jesteśmy zadowoleni. Dlatego dziś czytanie książki jest jak przychodzenie na stadion. Kiedy chodzisz na mecze wśród iluś przeciętnych spotkań, na które miałeś nieszczęście trafić, przydarza ci się wreszcie taki mecz, który zapamiętujesz do końca życia. Tak samo jest z książkami. Nie da się za każdym razem trafić na książkę wybitną. Wolę kiedy dech w trakcie lektury zatyka mi kilka razy w roku niż gdyby miało zatykać mnie codziennie. Także dlatego, że mogę to wtedy bardziej docenić.

Kiedy dowiedziałem się, że Andrzej Gowarzewski w ramach encyklopedii piłkarskiej FUJI rozpoczyna serię „mistrzostwa Polski, stulecie” od razu wiedziałem, że będzie odlot. Nie przypuszczałem jednak, że aż taki! Seria jest już – jak to u Gowarzewskiego – w najdrobniejszych szczegółach zaplanowana, do 2018 roku ma ukazać się osiem tomów. Jednak już tom pierwszy ("Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie") rzuca na kolana.

Nie spodziewałem się, że kogoś takiego jak ja, który opisuje futbol od prawie ćwierćwiecza, można czymś zadziwić. Po lekturze książki Andrzeja Gowarzewskiego zmieniam zdanie. Pora uzmysłowić sobie fakt, że myśląc o przedwojennej futbolowej historii Polski poruszaliśmy się dotąd po pewnych utartych już ścieżkach. Wydawać by się mogło, że właściwie wszystko już w tej sprawie zostało rozpoznane i nie ma nikogo, kto zdołałby dorzucić choć garść nowych wiadomości. Mogliśmy dawne dzieje odtwarzać z nielicznych przedwojennych dokumentów, zachowanych pisemnych relacji albo pożółkłych stron starych gazet (ewentualnie niepożółkłych pod warunkiem, że zdigitalizowanych).

Tymczasem tylko ten jeden pierwszy tom to baza wiedzy nieznanej dotąd futbolowej publiczności. Pierwsze przekartkowanie pozwala na stwierdzenie, że wreszcie wiele „białych plam” z historii polskiej piłki zostaje wyjaśnionych. Także tych plam, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

***

Tą książką Gowarzewski podniósł do góry kamień młyński i dalekim rzutem przesunął granicę naszej wiedzy. W tej dziedzinie mógł to zrobić tylko ten człowiek. Z czterech powodów, które idealnie się nałożyły:

a) wyjątkowości pomysłu;

Dziś wielu by chciało go naśladować, ale trzeba było wpaść na to w czasach głębokiego PRL-u, co już samo z siebie stawiało od początku bardzo trudne przeszkody. Gdyby ktoś chciał zacząć gromadzić materiały dziś, szybko poległby z frustrującą świadomością, że nie podoła zadaniu;

b) chęci i reporterskiej ciekawości;

Niecodzienne zawodowe losy Gowarzewskiego – opowiada o nich zresztą w tym tomie – sprawiły, że od połowy lat 70. mógł poświęcić się tej idei w pełni. Latami, dzień w dzień, od rana do wieczora. Ilu ludzi byłoby na stać na taką pracowitość?

c) momentu rozpoczęcia; Gowarzewski zaczął zbierać materiały w momencie kiedy żyło jeszcze mnóstwo bohaterów doby przedwojennej. Dzięki temu złapał osobisty kontakt z niezwykłymi ludźmi i uzyskał szczegółowe informacje. Ktoś kto chciałby go dziś naśladować nie ma żadnych szans, bo ci ludzie od dawna nie żyją. Ale Gowarzewski też musiał się śpieszyć. W maju 1980 roku na klatce schodowej łódzkiej kamienicy minął mężczyznę, którego twarz wydała mu się znajoma.

– Pan Jańczyk?

– Owszem.

– Właśnie idę do pana ojca, byłem umówiony na dziesiątą.

– Spóźnił się pan, tata umarł dziś w nocy.

Roman Jańczyk był wielką gwiazdą ŁKS-u przełomu lat 20. i 30;

d) umiejętności;

Wydaje wam się, że wystarczyło ustalić gdzie mieszka interesująca nas osoba i ją przepytać? Nie, nie! To tak nie działa. Najpierw trzeba dopracować, także metodą prób i błędów, metodykę i metodologię pracy. No bo jak oddzielić ziarno od plew? Skąd wiedzieć kiedy opowieść jest prawdziwa a kiedy zwyczajnie zmyślona, albo – nawet choć podana w dobrej wierze – całkowicie nieprawdziwa? Przypominam, tu chodzi o opowieści z lat 20. i 30. Trzeba wiedzieć po pierwsze – jak i gdzie szukać. Po drugie – jak i gdzie sprawdzać. A sprawdzać – okazuje się – powinno się wszystko. Począwszy od metryki. Bo nic może nie być takim jakie nam się wydaje. Przykład? Pierwsza złota medalistka olimpijska Halina Konopacka wcale nie miała na pierwsze imię Halina, a nasza najlepsza sprinterka wszech czasów Stanisława Walasiewiczówna nie była... Stanisławą. Doszedł to tego właśnie Gowarzewski.

Metodą prób i błędów doprowadził używanie sita oddzielającego ziarno od plew do perfekcji.

***

Dlaczego do głowy ciągle przychodzi mi młyński kamień? To oczywiste: wydawać by się mogło, że o przedwojennej piłce wiadomo co wiadomo i wiadomo czego już nie będzie wiadomo. Niby granica była nie do ruszenia. Tymczasem Andrzej Gowarzewski nie tylko ją porusza, ale jedną publikacją nagle przesuwa ją znacznie dalej. Wręcz niewyobrażalnie dalej. On tym kamieniem młyńskim rzuca z łatwością Asteriksa. Ta łatwość jest efektem czterdziestoletniej pracy. To tak jakby kulę pchnąć nagle na 40 metrów.

Pod względem wartości sam tylko pierwszy tom już teraz jest jedną z najważniejszych książek w historii polskiego futbolu. Czterdziestoletnie poszukiwania autora właśnie ujrzały światło dzienne. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to „książka do czytania” w rozumieniu kilkudniowej lektury. Nie da się jej przeczytać od deski do deski na bezdechu, zamknąć i nie wracać. To dzieło do wertowania, nawet latami. Esencja wiedzy to niespełna dwa tysiące not biograficznych podanych drobnym maczkiem: uczestników meczów oficjalnych i nieoficjalnych reprezentacji (także nieuczestników, autorowi wystarczyło powołanie do szerokiej kadry), uczestników meczów o mistrzostwo Polski (ligowych od 1927 roku), trenerów itd.

Jeśli wydaje wam się, że z powodu formy jest to sucha, nudna książka, przez którą mogą się przedzierać jedynie najbardziej zainteresowani szaleńcy – jesteście w ogromnym błędzie. Ta wiedza jest podana w najlepszy, możliwie przystępny sposób, a dosłownie każda (powtórzę – każda!) strona przynosi scenariusz na film.

Pewne jest, że będzie stanowiła punkt odniesienia dla następnych pokoleń ludzi zainteresowanych polską piłką.

***

Niezwykłe w tym dziele jest to, że można się nim zachłystywać na różne sposoby. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mając tak niezwykłe dane można tworzyć przeróżne statystyki. Piłkarskie, ale nie tylko piłkarskie. Na przykład można sprawdzić: ilu z tych piłkarzy zginęło jako żołnierze polskiego wojska w kampanii wrześniowej, ilu pod rozkazami Andersa we Włoszech a ilu na froncie wschodnim w szeregach Wehrmachtu? A jest też o tych, którzy stracili życie w gettach żydowskich, w Katyniu i hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Tragizm czasów II wojny światowej wychodzi wszędzie – także w dziejach piłki nożnej.

***

Książka ukazała się zaledwie parenaście dni temu, a już słyszałem zachwyty nią wielkich polskiej piłki.

I ja nie mogę inaczej.

Panie, panowie! My Polacy, właśnie zdobywamy mistrzostwo świata. Właśnie zdobywamy Ligę Mistrzów! Żeby to sobie uzmysłowić wystarczy sięgnąć po najnowszą książkę Andrzeja Gowarzewskiego.

Andrzej Gowarzewski

Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie

tom 51 encyklopedii piłkarskiej FUJI

wyd. GiA, Katowice

 

18:02, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
sobota, 29 października 2016
Teraz będzie przepięknie i słodko

Niespodzianki nie było. Zbigniew Boniek nadal prezesem PZPN, co wieszczyłem już w sierpniu. Teraz będzie przepięknie i słodko. Sukcesy polskiej piłki nadchodzą. 

Władza jest po to żeby po nią sięgać. Normalne. Jeśli są jakieś ograniczenia, które władzy przeszkadzają trzeba je zmieniać. Normalne. Tym razem mam na myśli na przykład ograniczenia wypływające z jakiegoś głupiego porządku. Demokracja jest dla osłów.

Kto wymyślił taką bzdurę żeby prezes PZPN mógł pełnić urząd tylko dwie kadencje? Trzeba to ewidentne zmienić. Już zaproponował to Michał Listkiewicz, ale moim zdaniem to pomysł trafiający najwyżej w ósemkę, nie w dziesiątkę. Serwilistą też trzeba umieć być...

Lud obecnie kocha, wielbi, gratuluje. Dlaczego z tego więc nie korzystać i przy powszechnym aplauzie nie pójść dalej?

Mam pomysły jak należy usprawnić władzę. Niech to ogłosi jakiś zaufany. Może Andrzej Padewski, szef Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej? Wygląda na to, że to postać dużego formatu. 

Po pierwsze: należy wprowadzić jedną dwudziestoletnią kadencję szefa PZPN. We futbolu wszyscy wiedzą, że tylko konsekwencją można coś osiągnąć a przecież najlepszym przyjacielem konsekwencji jest czas.

Po drugie: należy wprowadzić kombinowana zasadę dominatu z końca III wieku. Dioklecjan wiedział co robi. Czyli: po dwudziestoletniej kadencji Zbigniew August Boniek wyznacza swego następcę na kolejną dwudziestoletnią kadencję. Byłżeby to Maciej Cezar Sawicki, już dziś gdzieniegdzie przyodziewany w purpurę? Tego żadną miarą nie mogę przewidzieć.

Powiecie, że Dioklecjan całkowicie zerwał z pozorami republiki, wprowadzając jawną władzę absolutną i dworski ceremoniał. Zbigniewowi Bońkowi na tym moim zdaniem nie zależy. To jego siła. Proskineza nie zostanie więc zapewne wprowadzona, prezesowi nie są bowiem do niczego potrzebne ceremoniał i obrządek władzy. 

Jedno jest pewne. Przy Zbigniewie Bońku na pewno rozkwitną osoby z potencjałem. Taki pan Padewski... Prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej naprawdę umie się znaleźć. To cenna umiejętność: uważnie zerkać kiedy patron otwiera usta w szerokim uśmiechu by wyprzedzić go własnym rechotem. Jestem przekonany, że Padewski, który właśnie został wiceprezesem PZPN ds. zagranicznych wprowadzi polską dyplomację futbolową na szerokie europejskie tory. Pod jego przewodnictwem osiągnie ona nowy, dynamiczny rys, zniknie ta głupia polityczna poprawność.

Czy wpis Padewskiego na twitterze po wyborze Zbigniewa Bońka to tylko początek nowej ery futbolowej dyplomacji? Jestem pod wrażeniem wymiany tweetów. Po wyborze Boniek bowiem zaćwierkał: 

"Specjalne ukłony dla CK [Cezarego Kucharskiego] i RM [Radosława Majdana] nikt w życiu mi tak nie pomógł, grazie."

A Padewski na to przymilnie odćwierknął:

"JW [Józef Wojciechowski] powinien rozstrzelać tych panów. Bez specjalnego sądu. Dołożyłbym jeszcze Krecinę i niejakiego Smagora, Potoka, Baryło, Kłosa."

Padewski tego chyba nie przemyślał. Kiedy się rozstrzeliwuje jest hałas. Może lepiej udusić? August kazał na przykład Cezariona udusić. Ale kogo to właściwie obchodzi? Dla Padewskiego zapewne najważniejsze, że jego tweeta Boniek zalajkował.

17:28, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (8) »
środa, 26 października 2016
Wybory

Wkrótce wybory na prezesa PZPN, traktuję je całkowicie beznamiętnie.  

Zastanawiają mnie jednak dwie sprawy.

Po pierwsze:

Według niektórych dziennikarzy Zbigniew Boniek zmiażdży Józefa Wojciechowskiego. To całkiem możliwe, nie wiem. Ale jedno mnie zastanawia: dlaczego w takim razie ci sami dziennikarze w tak bezpardonowy i często pozamerytoryczny sposób atakują Wojciechowskiego? Nie mówię o krytyce. Mówię o atakach - powtórzę - pozamerytorycznych. Oczywiście są to dziennikarze, którzy nawet nie zakwiczeli kiedy Wojciechowskiemu rzeczywiście należała się krytyka. Za to, że w 2008 roku zlikwidował Polonię Warszawa a na jej miejsce ściągnął do naszej stolicy Dyskobolię Grodzisk, której zmienił nazwę na "Polonia Warszawa" - było to zapisane w ostatnim akapicie jednego z giełdowych komunikatów. Niestety: wtedy krytykował tylko Czadoblog. Nawet kibicom Polonii się wówczas podobało... Teraz nie widzę powodów do krytyki, tymczasem hejt wylewa się ku uciesze gawiedzi.

Obecne zachowania niektórych dziennikarzy próbuję wytłumaczyć sobie na chłopski rozum i nie potrafię: gdyby obecna kandydatura Wojciechowskiego na szefa PZPN była jedynie egzotyczna i całkowicie nieistotna to mnie zwyczajnie byłoby szkoda czasu w ogóle się nią zajmować! W myśl zasady: "ciszej nad tą trumną." Tymczasem jego kandydatura budzi jednak namiętności. Dlaczego? Czyżby nie była aż tak egzotyczna jakby niektórzy chcieli ją przedstawiać?

A może jeśli publicznie i mainstreamowo przedstawi się ją jako egzotyczną, przekona to niezdecydowanych jeszcze wyborców, że lepiej się nie ośmieszać?

Po drugie:

Tak po ludzku ciekawi mnie ile w ostatnich latach PZPN wydał na PR. A może w ogóle nie wydał? Nie wiem. Jeśli jednak wydał to chętnie porównałbym ewentualne (także zawoalowane) wydatki na ten cel za kadencji Grzegorza Lato oraz za kadencji Zbigniewa Bońka. Jeśli pieniądze szły na public relations to chętnie poznałbym listę beneficjentów z tej puli. Uważam, że tego rodzaju informacje dla dobra polskiego futbolu powinny być przez zjazdem upubliczniane.

PS Przeczytałem dziś wywiad z Sylwestrem Cackiem. Bardzo ostry i konkretny. To postawienie sprawy na ostrzu noża i nie powinno pozostawić Zbigniewa Bońka obojętnym. Prezes powinien chyba zareagować. Pewnym sprawom zaprzeczyć? Iść do sądu, bo mógł poczuć się zniesławiony? On wie najlepiej.

17:56, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (10) »
niedziela, 23 października 2016
Obrońca Górnika jak sławny reprezentant Belgii

Warto było dziś przyjść na Bukową. Śląski Klasyk oglądam na własne oczy dokładnie od 30 lat (pierwszy raz na meczu GieKSy z Górnikiem byłem na Stadionie Śląskim w 1986 roku) i ten na pewno nie był najgorszy. Podobało mi się.

Działo się na murawie, działo się na trybunach*. Tutaj chciałem zwrócić uwagę tylko na historię pewnej zmiany podczas tego meczu. Jeszcze tuż przed przerwą obrońcę Adama Wolniewicza zmienił pomocnik Erik Grendel (mój wywiad ze Słowakiem przeczytacie - TUTAJ). Wiadomo, że jak piłkarz schodzi w 44 minucie przyczyną musi być kontuzja. Ale kiedy po meczu usłyszałem pewne szczegóły od razu przypomniał mi się sławny Belg Eric Gerets - tak jak Wolniewicz - prawy obrońca.

Otóż po derbach Wolniewicz miał stwierdzić, że końcowy rezultat 0:0 jest w porządku. Tymczasem skończyło się przecież 1:1. Piłkarza trzeba będzie uważnie obserwować.

Historia Geretsa w meczu z Węgrami podczas mistrzostw świata w 1982 roku jest jakoś podobna, ale i ... odwrotna.

Wtedy, w pierwszej połowie, zamroczony po starciu Belg absolutnie nie chciał zejść z boiska tłumacząc, że jego zespół przegrywa (rzeczywiście przegrywał po strzale Vargi w 27 minucie), a on musi pomóc. Dopiął swego.

W 62 minucie Gerets oświadczył, że może wreszcie zejść, bo jego zespół już remisuje. Problem w tym, że ciągle przegrywał... Okazało się, że Gerets miał wstrząśnienie mózgu. Dobrze przynajmniej, że Belgia - już bez niego - rzeczywiście zremisowała:)

Mam nadzieję, że Adam Wolniewicz wstrząśnienia nie ma i będzie wkrótce gotowy do gry.

*doping był fantastyczny z jednym zastrzeżeniem. Zupełnie nie rozumiem po co stadion obrażał Ruch Chorzów. Zupełny absurd. Podejrzewam, że Ruch ma to między Scyllą i Charybdą. A jeśli ktoś od tych okrzyków przeżywał jednak na Bukowej ekscytujące mrowienie po wewnętrznej stronie ud oraz motylki w brzuchu też powinien udać się na obserwację mózgu.

środa, 12 października 2016
Dziękuję i proszę o więcej

Dziękuję reprezentacji za zwycięstwo z Armenią i za przedłużenie realnych szans na awans do mistrzostw świata. Jeśli w tych eliminacjach każdy następny mecz Polaków miałby tak przebiegać i tak się kończyć to ja pokornie poproszę z pocałowaniem ręki.

Moim zdaniem niektórym w głowach się poprzewracało. Po Euro uwierzono, że zwycięstwa i odpowiedni styl to powinność i obowiązek.

To bzdura. Dziś w futbolu wszystko trzeba wydrapać. Dlatego nie narzekam i nie mam zamiaru narzekać. Zbyt dobrze pamiętam lata 90 i zawiedzione nadzieje w cyklach 88-90, 90-92, 93-94, 94-96, 96-98, 98-00. Przestałem wierzyć, że kiedyś jeszcze Polska gdziekolwiek awansuje. Wiem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale każdemu narzekającemu przydałby się skok w przeszłość i poczucie kibicowskiej beznadziei.

Zawsze może być gorzej. Mecz z Armenią nie był udany, ale co z tego? Wygrać mecz o punkty w takim stylu to ogromna sztuka. SZTUKA. Dotychczas polskiej piłce była obca, dlatego doceńmy co mamy.

PS Pogadałem z Wojciechem Cyganem o GKS-ie Katowice. Spokojny, wyważony głos. Zapraszam.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 210