piątek, 19 grudnia 2014
Jeszcze o konflikcie Stanowski - Czado. Gościnnie

Miałem już nie odnosić się do różnicy zdań między mną a Krzysztofem Stanowskim, ale napisał do mnie Czytelnik Czadobloga. Napisał tak wnikliwie, że nie sposób nie oddać mu pola.

Tekst nie jest krótki, ale naprawdę zachęcam żeby uważnie przeczytać.

 "Ponieważ dyskusja na temat recenzowania przez dziennikarzy książek sportowych w zasadzie wygasła, należy się jeszcze kilka zdań podsumowania oraz uzupełnienia o ważne wątki, które nie zostały poruszone. Będzie trochę o dziennikarstwie sportowym, przede wszystkim o tym mniej rzetelnym oraz jakie koszty ponoszą klienci-czytelnicy piłkarskich portali internetowych. Bo to, że wbrew pozorom jakieś ponoszą, być może nie dla wszystkich jest takie oczywiste.

Tytułem wprowadzenia napiszę tylko, że czytam regularnie Czadobloga od kilku lat, Weszło trochę ponad rok. Jakkolwiek by to dziwnie brzmiało jestem wielkim fanem piłki kopanej w wydaniu krajowym, a z wykształcenia antropologiem kultury (UAM Poznań) z analitycznym podejściem do każdego tematu, który wzbudza moje zainteresowanie.

Burzliwa wymiana zdań (w formie całe szczęście nie tak parlamentarnej jak ta która miała miejsce w ostatnich dniach w polskim Sejmie) pomiędzy wyżej wymienionymi, zapoczątkowana została wpisem Stanowskiego krytykującym kolegów po fachu za darmowe recenzje książek o tematyce sportowej. Nazwał ich „pożytecznymi idiotami” i w środowisku zakotłowało. Rozpętała się wojenka na twitterze, który staje się ostatnio bardzo modnym narzędziem pracy żurnalistów sportowych. Możemy określić takie dziennikarstwo jako sms-owe, należy przesłać krótką wiadomość tekstową, ale wygrywa tylko ten, który dokona tego jako pierwszy lub będzie bardziej kontrowersyjny niż reszta uczestników zabawy. Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej, ale obiecałem się zająć innym problemem, więc wracam do głównego tematu.

Kluczowe na dziś wydaje się zrozumienie zmian jakie zachodzą na rynku prasowym i to nie tylko tym sportowym. Niczym odkrywczym będzie stwierdzenie, iż w coraz większym stopniu czytelnik wybiera te media, które zapewnią mu najszybszy dostęp do informacji, jednocześnie treści te dezaktualizują się w sposób błyskawiczny.

Prześledźmy to na przykładzie futbolu. Kalendarz wydarzeń piłkarskich w ostatnich kilkunastu latach uległ radykalnemu przeobrażeniu. Obecnie praktycznie 365 dni w roku, każdego dnia gdzieś na świecie są rozgrywane mecze, jak nie w wydaniu klubowym to reprezentacyjnym. Każdy mecz musi być opisywany i interpretowany w zasadzie na bieżąco – „online”. Wynika to z faktu, iż w kolejce czeka kolejne spotkanie, a widz zapomina o tym, które właśnie oglądał. „Żywotność” takiego meczu jest coraz krótsza. Czasy kiedy rytm życia piłkarskiego kibica wyznaczany był w odstępach weekendowych kolejek ligowych i dodatkowo wpadała raz na jakiś czas gratisowa środa z europejskimi pucharami lub reprezentacją, to okres dla badań archeologów sportowych.

Niszę na polu dziennikarstwa poświęconego zdecydowanie najpopularniejszej dyscyplinie sportu w naszym kraju coraz bardziej skutecznie zajmuje portal Weszło. Dostarcza on odbiorcy, czyli klientowi największy wybór tekstów, a jego właściciel po kilku latach działalności dość dobrze wyczuwa potrzeby swoich klientów. Informacja przekazana jest praktycznie natychmiast po wydarzeniu, a klient nie ponosi z tego tytułu bezpośrednio żadnych kosztów finansowych. Dziennikarze Weszło piszą językiem internautów, ich artykuły, felietony, czy też inne wpisy okraszone są sporą dawką wulgaryzmów oraz hejtu. W pakiecie otrzymujemy gratis zdjęcia i filmiki (czy aby na pewno legalnie?) z najciekawszymi bramkami, akcjami, itp.

O użytkownikach portalu Weszło celowo piszę Klienci, ponieważ sam Stanowski określa siebie (np. podczas ostatniego spotkania ze studentami w Poznaniu) jako przedsiębiorcę, który prowadzi dochodowy i innowacyjny w swoim pomyśle biznes. Błyskotliwy dziennikarz, jakim bez wątpienia jest założyciel portalu Weszło, przepoczwarza się w bezwzględnego biznesmana gotowego wszcząć wojnę z każdym, kto może stanowić dla niego konkurencję. Przywdziewając szaty rewolucjonisty oraz innowatora próbuje marketingowo każdą taką okoliczność sprzedać jako walkę „nowego porządku”, którego jest jednym reprezentantem, ze „starym systemem”, reprezentowanym przez resztę świata dziennikarskiego. Zresztą ten ostatni też jest traktowany w sposób utylitarny. Krytyka „Przeglądu Sportowego” ustała z dnia na dzień w październiku 2013 roku, gdy ponownie na łamach tej gazety zaczęły pojawiać się artykuły Stanowskiego. Wówczas wrogiem nr 1, też z dnia na dzień, stał się katowicki „Sport”.

Powoli, ale w końcu dochodzimy najważniejszego aspektu niniejszego wywodu, czyli kosztów jakie ponoszą klienci portalu Weszło. Pozwolę sobie podzielić je na koszty bezpośrednie oraz pośrednie. Przypominam, że portal ten jest dla jego założyciela przede wszystkim biznesem, więc jego czytelników traktuję jak zwykłych klientów. Cała logistyka takiego przedsięwzięcia jak e-biznes w postaci portalu z informacjami o tematyce piłkarskiej wymaga mniejszych, ale jednak określonych kosztów. Potrzebne są zatem przychody (w przeciwieństwie do czytelników prasy drukowanej, odbiorcy internetowi nie płacą za zakup gazety), firma czerpie je z pewnością z reklam umieszczanych na stronach internetowych portalu. Korzystając z serwisu bardzo szybko można zauważyć, iż najwięcej reklam dotyczy prezentacji ofert internetowych firm bukmacherskich, notabene w świetle prawa polskiego działających, co najmniej na granicy prawa. Nachalne namawianie do skorzystania z ich usług sprawia, iż wystarczy tylko nacisnąć odpowiedni link by przenieść się do świata wirtualnego hazardu i uszczuplić zasoby swojego portfela o konkretne kwoty, przeważnie zdecydowanie wyższe niż cena ulubionej gazety o tematyce sportowej. Mechanizmów rządzących tym rodzajem e-biznesu opisywać już nie muszę, nie jest to ideą tego wpisu.

Powyżej opisane są koszty bezpośrednie, Klient płaci firmie bukmacherskiej, a ta portalowi który ją reklamuje. Są to koszty widoczne na pierwszy rzut oka, przy skutecznym wprowadzeniu mechanizmów obronnych można ich uniknąć. Niestety nie wszyscy zostali wyposażeni przez naturę w takowe lub nabiorą ich dopiero z czasem, stąd ogromna popularność internetowej bukmacherki.

Dużo trudniej wykryć natomiast koszty pośrednie jakie ponosi Klient w związku z korzystaniem z treści proponowanych przez portal internetowy o którym mowa w tej analizie. By zostawić konkurencję w pokonanym polu, decyduje przede wszystkim szybkość przekazania informacji odbiorcy, należy za wszelką cenę ubiec konkurenta biznesowego, który jest traktowany jako rywal na polu walki o Klienta. Z umieszczaniem artykułów po wydarzeniach piłkarskich nie ma najmniejszego problemu, są one często pisane jeszcze w trakcie meczu, czy szerzej kolejki ligowej. Nie pomylę się, gdy stwierdzę, że tak działają w kraju dziesiątki innych portali o tematyce piłkarskiej. Kluczowy jest zatem dostęp do informacji wyjątkowych, często zakulisowych, a o dużym znaczeniu z punktu widzenia kibiców konkretnych drużyn. Taką sferą jest np. polityka transferowa klubu poza sezonem, czy też przeprowadzanie zmian na ławkach trenerskich w trakcie.

Będę teraz upraszczał i generalizował, ale pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę. Ci, którzy należą do tej pierwszej grupy, w zamian za lojalną współpracę, czyli dostarczenie odpowiedniej ilości przecieków informacyjnych, otaczani są parasolem ochronnym i niezależnie od okoliczności nie tylko nie zostaną zhejtowani, ale przeważnie są jeszcze promowani. Problem mają natomiast przedstawiciele tej drugiej grupy – pozostali piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd., ponieważ fundament tego typu biznesu oparty jest na idei (tego oczekuje Klient internetowy), że będą oni pełnić rolę kozłów ofiarnych, na których można w dowolny sposób hejtować. Ich sukcesy są minimalizowane, a porażki wyolbrzymiane. Przypominam: hejt internetowy to druga naczelna zasada działania tego biznesu.

Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska. By nie być gołosłownym przytoczę przykład słowackiego rozgrywającego Górnika Zabrze, 6 drużyny jesieni w Ekstraklasie, który zaliczył więcej niż poprawną rundę. Nie licząc jednego meczu, w którym strzelił dwie bramki, na Weszło zawsze po nim „jadą”. Na drugim biegunie jest dwóch młodych środkowych pomocników 13 drużyny ekstraklasy, największego rozczarowania sezonu, tj. Lechii Gdańsk, o których nawet nie wspomina się w podsumowaniach kolejek. Gdyby na miejscu któregoś z nich był Robert Jeż, to już wielokrotnie zostałby zmasakrowany, zjedzony i wydalony przez autorów Weszło. Niestety sprawa jest poważniejsza niż się wydaje na początku, Robert Jeż poddawany totalnej krytyce także w poprzednim sezonie, został pobity jesienią 2013 przez niezidentyfikowanych sprawców przed własnym domem w Lubinie, a jego koledze Michałowi Gliwie (drugiemu wyszydzanemu piłkarzowi na portalu Weszło) zniszczono samochód. Podobnych przykładów podziału na piłkarzy/kluby/menedżerów promowanych i poddanych hejtowaniu mogę przytoczyć bez liku.

Wracając do wywołanego przez redaktora Weszło konfliktu z Pawłem Czado, no cóż, krytyka prezesa PZPN na jaką zupełnie słusznie co jakiś czas pozwala sobie autor Czadobloga, musiała spowodować reakcję drugiego z największych piewców bukmacherki internetowej".

Marek Blukacz

 

Zgadzacie się? Uważacie, że autor się myli? Proszę jedynie o poważne opinie. "Merdacze" nie będą mile widziani.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 18 grudnia 2014
Gangsta rap

Przypominam, że ciągle trwa konkurs, w którym nagrodą jest autobiografia Mike'a Tysona. Szczegóły - TUTAJ. Mam do rozdysponowania trzy egzemplarze, a właściwie już... dwa.

Postępuję może niepedagogicznie, ale już teraz, przed zakończeniem konkursu, jedną z nagród przyznaję Czytelnikowi o nicku Samotny Amator. W konkursie chodzi o wyrażenie opinii: za co lubi się albo nie lubi Tysona. Samotny Amator postanowił wyrazić się niekoniecznie w prozie. Nie jest to wprawdzie subtelny styl Juliusza Słowackiego, ale to przecież całkowicie nieistotne. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że autor skanduje te słowa w jakimś garażowym konkursie przed kumplami z osiedla a wszyscy rytmicznie kiwają się do taktu. Extra!:)

Wprawdzie w poniższym utworze nie ma nic o biedzie, gangach, rasizmie i problemach z policją, ale przecież to oczywiste, że utwór o Tysonie musimy zaliczyć do gatunku gangsta rap;)

Samotny Amator w komentarzach pod wpisem tak więc oto zarapował. Jeeeedziemy:

Za co lubię Tysona, 

Takich powodów jest od groma, 
Pochylę się tylko nad kilkoma. 

Za charakterystyczny tatuaż na twarzy, 
Nie każdy by się zdecydował dla tej skazy, 
Ale Mike jest wariat i się odważył. 

Za atletyczną sylwetkę podczas kariery, 
Wyraz profesjonalizmu i dobrego wyglądu maniery, 
Uosobieniem współczesnego gladiatora był bez ściemy. 

Za moc nokautu aż ring się trzęsie, 
Mimo niewielkiego wzrostu uderzenie miał silne piekielnie, 
Zamiatał rywalami po deskach aż mina rzednie. 

Za ten jego nikczemny uśmiech, 
Wrażenie sprawia niczym komediowy oblech, 
Jednak ma to swój zawadiacki wdzięk. 

Za te wojny ringowe, 
Oraz wybryki pozasportowe, 
Ten facet to postać nietuzinkowa, każdy to powie. 

Reklamował napoje, był w filmie i we wrestlingu, 
Mike Tyson to Bestia marketingu. 
Takie są powody mojej sympatii do tego typa, 

Bo to postać w historię sportu mocno wryta. 

PS Omega wystawiła przed siebie wskazówki i porusza nimi rytmicznie w górę i w dół. Yooooo - yooooo...

PS1 Święto w Chorzowie. W centrum, na ul. Wolności, najważniejszej ulicy w mieście i tamtejszym deptaku odsłonięto dziś ławeczkę Gerarda Cieślika. Teraz każdy może sobie z nim usiąść. Cieszę się, tym bardziej, że to pomysł mojego kolegi z redakcji Piotra Zawadzkiego.

PS2 Nie możecie się już doczekać meczów na Stadionie Śląskim? Widać już światełko w tunelu. Dach ma być gotowy pod koniec 2015 roku a cały stadion pod koniec 2016. Pomalutku, powolutku trzeba się będzie zastanowić jakiego przeciwnika zaprosić na start. Co byście powiedzieli na reprezentację Argentyny?:)

PS3 PZPN nie jest już tak beznadziejny i archaiczny jak kiedyś. Za dawnych betonowych czasów za ustawienie 31 meczów i kupiony awans byłaby degradacja. Tymczasem od 2009 roku i uchwały abolicyjnej jest po bożemu. Dlatego dziś za taki numer GKS Bełchatów dostał pół miliona zł kary. Przyszło nowe. Nowe lepsze. Świetlane. Wszyscy mogą odetchnąć z ulgą. Dobrze jednak się stało, że PZPN-em rządzi Zbigniew Boniek. Przecież nie jest w jego gestii zmienić uchwałę abolicyjną, nigdy nie słyszałem żeby był za status quo ante. Teraz ta nasza piłka jest taka nowoczesna, postindrustrialna i metroseksualna...

Do tego klub może się jeszcze odwołać od tej decyzji. Oczywiście: zmniejszcie im karę do 10 tysięcy!

Pora umierać.

środa, 17 grudnia 2014
Idiota niepożyteczny

Zaatakował mnie Krzysztof Stanowski. Ten z "Weszło". Sugeruje, że jestem tzw. pożytecznym idiotą, bo piszę darmowe recenzje książek sportowych. Idiotą, bo przecież mógłbym na tym zarabiać a tak psuję jedynie rynek.

Pseudozarzut I

Stanowski zarzuca mi, że piszę recenzje książek, które przesyła mi wydawnictwo i że piszę je... tylko dlatego. Sugeruje, że zachłystuję się darmową przesyłką.

Pisze tak: Czado jest o tyle niewiarygodny, że dziwnym trafem promuje akurat te książki, które dostaje za darmo. Niby zajmuje się śląskim futbolem, ale jak mu podesłano egzemplarz autobiografii słynnego boksera z USA – to będzie wpis o bokserze z USA. Ja widzę trzy możliwości: albo go nie stać na książki, albo ma bardzo daleko do księgarni, albo wystarczy mu dać egzemplarz za cztery dychy, żeby zatańczył tak, jak mu się zagra. Chociaż jemu samemu się zdaje, że sam wybiera kroki i że sam włącza muzykę.

Riposta

Stanowskiemu pierwszy raz udało się mnie rozzłościć. Chwyt jest bowiem obrzydliwy, w dodatku stosowany przez gościa u którego używanie w pożądanym przez nas kontekście słowa "wiarygodność" przyprawia mnie o kaszel. Opanowuję się jednak i kulturalnie wyjaśniam:

- po pierwsze: kłamstwem jest, że recenzuję jedynie książki, które dostaję za darmo. To uwłaczający zarzut. Łatwo sprawdzić, że recenzowałem wiele książek, które sam kupiłem*. Ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą (Stanowskiemu najbardziej do rozumu przemówi chyba przykład "Spalonego"). Mało tego; zdarza się, że kupowałem książki, o których wiedziałem, że i tak zostaną mi przysłane. Chciałem je mieć jednak szybciej, bo zwyczajnie nie mogłem się doczekać (choćby prawie każdego tomu encyklopedii FUJI). Biznesmen Stanowski nazwałby to frajerstwem, bo przecież tylko frajer mógłby w ten sposób tracić pieniądze;

- po drugie: Stanowski jest mało spostrzegawczy. Sugeruje, że biografią Tysona zająłem się tylko dlatego, że wydawnictwo przysłało mi darmowy egzemplarz. To uwłaczający zarzut. Tak się składa, że uwielbiam boks i uważam go za drugi najważniejszy sport po piłce nożnej, na moim blogu od wielu lat istnieje nawet specjalna zakładka poświęcona tej dyscyplinie. Mało wprawdzie o boksie piszę, bo uważam, że - w przeciwieństwie do futbolu - nie wiem o nim tyle żeby regularnie się mądrzyć;

- po trzecie: do wymienianych na końcu trzech powodów dla których miałbym "promować" za darmo (w przeciwieństwie do Stanowskiego wolę używać słowa "recenzować", bo nie jestem opętany zarabianiem na wszystkim na czym dałoby się zarobić) w ogóle nie mam zamiaru się odnosić - są obraźliwe. Ich wymyślenie dobrze jednak oddaje mentalność biznesmena Stanowskiego, który udowadnia, że dla niego najważniejszą zaletą człowieka jest umiejętność zarabiania pieniędzy. W sumie nie wiem czy jest coś czego nie uznałby za dobry sposób na zarobek. Może jest?

Pseudozarzut II 

Stanowski pisze:

"Czado sam przyznaje, że nie ostrzega czytelników przed bardzo słabymi książkami, które dostał w prezencie. Nie napisał: uważajcie, bryndza taka, że nie da się przebrnąć pierwszego rozdziału. Wydaje mi się, że gdyby książkę sam kupił, nie miałby z tym problemu, a tak w głowie włącza się hamulec. Jest więc idealnym pożytecznym idiotą, ponieważ nie ma ryzyka, iż po otrzymaniu prezentu, który nie przypadnie mu do gustu, wyrazi publicznie niezadowolenie."

Riposta

To jasne, że nie ostrzegam przed słabymi książkami, które dostałem za darmo. Nie wiem jak można się temu dziwić. Powód jest oczywisty: wyrzucam takie książki, w ogóle ich nie czytając. Uważam, że czytanie słabych książek jest stratą czasu, a z uczciwości wobec Czytelników nie napiszę przecież recenzji książek, których nie przeczytałem, prawda? Czy to tak trudno zrozumieć?**

Stanowski udowadnia przy okazji, że jest idiotą, w dodatku wcale nie takim pożytecznym. Sugeruje bowiem, że gdybym kupił słabą książkę to nie miałbym oporów z napisaniem miażdżącej recenzji. Moim zdaniem tylko kompletny idiota mógłby kupić słabą książkę. Żeby się przed tym obronić wystarczy przecież uważne półminutowe przejrzenie książki w księgarni przed podjęciem decyzji o ewentualnym zakupie. Książki nie są bowiem czymś co kupowałbym w ciemno. W ciemno to ja mogę kupić płyn do mycia naczyń.

Pseudozarzut III

Rozśmiesza mnie, że Stanowski wyśmiewa dziennikarzy, którzy chwalą się na Twitterze okładkami książek nadesłanych przez wydawnictwa. Wyśmiewa, że chwalą je zanim jeszcze zdążą je przeczytać.

Riposta

Mnie bowiem te śmichy-chichy nie dotyczą. Po pierwsze - nigdy nie umieściłem okładki książki na Twitterze. Po drugie powtórzę się - nie piszę recenzji książek, których nie przeczytałem. Wygląda na to, że Stanowski śmieje się z tego co sam robi. Zajrzyjcie w linka, podesłał mi to Hanys, Czytelnik Czadobloga. Po pierwsze Stanowski chwali się zdjęciem okładki książki przysłanej mu przez wydawnictwo, po drugie - zdjęcie tytułuje tak: "nowy dzień, nowa przesyłka". Tweetuje o godz 8.27 rano. Czy można w związku z tym uważać, że chwali się książką, której nie zdążył jeszcze przeczytać? Musiałby przecież dostać przesyłkę tuż po północy żeby zdążyć połknąć te 464 strony. Może rzeczywiście tak szybko czyta?

Nie wnikam już w to czy ten tweet został może usunięty (szczerze mówiąc nie chciałoby mi się to wierzyć, bo takie postępowanie świadczyłoby o wyjątkowej małości Stanowskiego, a naprawdę nie sądzę, że mógłby być taką gnidą) czy raczej nie. Mam to gdzieś.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Przypominam, że trwa konkurs na biografię Mike'a Tysona. Zapraszam.

*Niedowiarki niech podzwonią po wydawcach.

**Wydaje się, że to trudne do przyswojenia przez osoby, które nazywam "merdaczami". Od merdania ogonem. 

wtorek, 16 grudnia 2014
Recenzowanie książek. Wolę być frajerem

Dochodzą do mnie głosy, że dziennikarz, który recenzuje za darmo książkę jakiegoś wydawnictwa jest frajerem psującym rynek kolegom z branży, bo przecież mógłby na tym normalnie zarabiać i do tego dać zarabiać innym.

Większej bzdury dawno nie słyszałem. Mam zdanie całkowicie odmienne. Polecam na Czadoblogu książki sportowe, które mi się podobają (lub które warto przeczytać z innych względów niż jakość literatury). Robię to i będę robił ZAWSZE ZA DARMO, bo:

- po pierwsze - nie zarabiam wpisami na tym blogu, tak sobie założyłem i tego się trzymam;

- po drugie - mam gdzieś, że mógłbym psuć jakiś wyimaginowany rynek;

- po trzecie - zakładam, że książki sportowe to ciągle tak nierozwinięta dziedzina w Polsce, że ciągle warto jej pomagać się rozhuśtać. Pomagać. Nie zarabiać.

Dla mnie prawdziwą szują jest ten dziennikarz, który recenzuje czyjąś książkę jedynie dlatego, że bierze za to pieniądze, a - teraz będzie ważne, skupcie się - czytelnik tej recenzji w momencie jej czytania NIE MA POJĘCIA, że autor wziął za to konkretne działanie szmalec. Znacie takich palantów?

Natomiast z opiniami, że dziennikarz recenzuje jakąś książkę tylko za to, że dostaje ją za darmo nie chce mi się w ogóle dyskutować*. To jest właśnie esencja bycia mendą: mierzyć innych własną miarą. Znacie takich palantów?

PS Przypominam, że właśnie ogłosiłem konkurs. Jedno z wydawnictw przysłało mi książkę a ja po lekturze uznaję ją za znakomitą więc z czystym sumieniem polecam. W dodatku możecie ją w prosty sposób wygrać.

PS1 Wzdrygnięcie Omegi. 

PS2 Uwaga do ewentualnych wydawców: jeśli kiedykolwiek chcielibyście umieścić recenzję na Czadoblogu niech wam nie przyjdzie do głowy oferować mi za to pieniądze. Obrazilibyście mnie, nie jestem mendą. Kaprys recenzowania w tym miejscu za darmo będzie trwał. Zarabiam w inny sposób.

*jako człowiek elegancki nie będę wymieniał tytułów, które mi przysłano a których nie zrecenzowałem dlatego, że cierpko w ustach się robiło, albo dlatego, że nie potrafiłem doczytać do końca.

11:02, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Motherfucker [KONKURS +18]

Jeśli interesujecie się sportem to wiecie, że nikt nie miał takiego fuksa jak ludzie, którzy byli nastolatkami w latach 80. Żadna inna generacja nie miała szczęścia ekscytować się wyczynami aż trzech największych herosów światowego sportu wszech czasów w tym samym okresie.

Pisałem już kiedyś, że kiedy byłem bajtlem poza miejscowymi bohaterami liczyło się w moim środowisku jedynie trzech sportowców. Alfabetycznie: Michael Jordan, Diego Maradona i Mike Tyson. Gdyby ci giganci się nie urodzili, świat byłby rzeczywiście gorszy (a na pewno nie tak ciekawy). Tym razem jednak ani słowa o pierwszym ani o drugim, a jedynie o trzecim.

Mike Tyson zawsze budził we mnie wielkie emocje. Im bardziej ktoś na niego najeżdżał, tym bardziej mu kibicowałem. Dla mnie to najlepszy pięściarz wszech czasów, jego styl jest nie do podrobienia.

Nakładem wydawnictwa SQN wyszła właśnie jego autobiografia. To jedna z najlepszych tego typu książek jakie czytałem.  Paradoksalnie wcale nie jest o sporcie. Moim zdaniem jest przede wszystkim o cenie braku przygotowania do życia.

To zdecydowanie pozycja tylko dla dorosłych czytelników. Po pierwsze: język - twardy, bezlitosny i rzeczywiście wulgarny. W przypadku Tysona brzmi jednak autentycznie, kloaczne sformułowania są bowiem częścią jego jestestwa.

"Byłem Chlodwigiem I, byłem Karolem Wielkim, byłem wrednym sukinsynem. Jeden z moich ochroniarzy zaczął myśleć, że ma na imię Skurwiel, bo ciągle słyszał tylko: "Załatw mi to skurwielu", "Jedziemy, skurwielu" i tak dalej." (s.221)

W oryginale Tyson używa ciągle słowa "motherfucker" (upewniłem się u tłumacza), choć w powyższym fragmencie zdumiało mnie nie tyle bezceremonialne i ciągłe korzystanie z "motherfuckera" co fakt, że pięściarz odwołuje się do Chlodwiga... Podejrzewam, że około 95 procent ludzi, którzy przeczytają jego książkę nie będzie miało pojęcia o kogo chodzi, bo nigdy o Merowingach nawet nie słyszeli:)

Poczucie humoru i autoironia głównego bohatera w niektórych partiach tekstu mogą zdumiewać. Niektórzy uważają, że Tyson prezentuje wręcz "tarantinowskie" spojrzenie na rzeczywistość. Akurat podczytując biografię zerkałem jednocześnie na "Od zmierzchu do świtu" więc mogę trochę się zgodzić z tym twierdzeniem:)

To książka tylko dla dorosłych także dlatego, że nie każdy będzie w stanie zrozumieć sposób przedstawienia w tej książce przemocy czy seksu. Tyson opowiada jak było, a niektórzy nastoletni czytelnicy mogliby odebrać treść nie tak jak powinni - sposób na życie Tysona mógłby im zwyczajnie przypaść do gustu. Ci najgłupsi mogliby próbować tak się zachowywać w realu - po to żeby naśladować idola. A to zawsze kończy się katastrofą - bez względu ile będziesz miał pieniędzy...

Tyson świetnie oddał swój związek z trenerem i wychowawcą Cusem d'Amato. Można wysnuć jednoznaczny wniosek - gdyby nie los, który postawił tego człowieka na drodze nastolatka nigdy byśmy o Mike'u nie usłyszeli. "Cus D'Amato zawsze powtarzał mi, że boks nie jest życiem, ale sposobem na życie" (s.339).

Mnie po przeczytaniu tej książki nurtuje jedna wątpliwość. Chciałbym wierzyć, że Tyson byłby równie dobry gdyby urodził się gdziekolwiek indziej. Że gdyby pochodził z Załęża (zachodniej dzielnicy Katowic) a nie z Bronsville (wschodniej dzielnicy Brooklynu) - byłby równie dobrym pięściarzem.

Niestety - nie mam tej pewności...

Dobra, dość ględzenia! Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania aż trzy egzemplarze. To wyjątkowo starannie wydana książka, w twardej, efektownej oprawie i dobrymi zdjęciami (mnie najbardziej zdumiewa fotka Żelaznego Mike'a jako 13-latka. Myślę, że gdybym spotkał go wtedy na ulicy - mógłbym się przestraszyć...). Warto ją mieć - w mojej kolekcji to będzie najlepsza książka o sportowcu, który nie jest piłkarzem.

Jeśli chcecie dostać książkę proszę o napisanie w komentarzach własnej opinii: "za co lubię Mike'a Tysona" lub "za co nie lubię Mike'a Tysona". Najciekawsze trzy odpowiedzi pod tym wpisem zostaną uhonorowane książkami. Daję Wam tydzień. W następny poniedziałek podam ksywki zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

Jedyny warunek dla startujących: musicie być pełnoletni.

PS Słowo "motherfucker" jest dość popularne także poza kręgami anglosaskimi. Zdaniem hiszpańskiego dziennikarza właśnie tym mianem Cristiano Ronaldo określa w szatni Realu Leo Messiego. Zdumiewam się za każdym razem kiedy słowo w pierwotnej wersji najbardziej obraźliwe ze wszystkich jakie można sobie wyobrazić - potrafi przedzierzgnąć się w wyraz... uznania.

PS1 A poza tym uważam, że boks powinno wprowadzić się do szkół podstawowych. Doceniam bowiem jego rolę wychowawczą, choć kariera Tysona zdaje się jednak temu przeczyć:)

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

16:46, pavelczado , Boks
Link Komentarze (25) »
wtorek, 09 grudnia 2014
Projekt X

Przez najbliższy rok wpisy na Czadoblogu będą pojawiały się incydentalnie. Najwyżej kilka razy w miesiącu: kiedy nie będę umiał się już powstrzymać.

Nie, nie porzucam Was, moi drodzy. Chodzi o czas. Otóż startuje projekt, który będzie wprawdzie pracochłonny ale przede wszystkim ogromnie mnie satysfakcjonujący. Coś takiego byłoby spełnieniem marzeń chyba każdego dziennikarza sportowego w Polsce. Nie mogę uwierzyć, że akurat mnie się trafiło! Już zacząłem przygotowania. To będzie niezwykła przygoda. Mam szczęście. Praca reportera futbolowego jest jednak najlepsza na świecie:)

Uważam, że należy się Wam wyjaśnienie powodu mojej ograniczonej odtąd blogowej aktywności. Na razie nie zdradzę jednak w szczegółach o co chodzi. Wybaczcie, nie pytajcie. Kiedy przyjdzie czas - opowiem więcej. Wierzę, że efekt Wam się spodoba.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Mimo wszystko zachęcam do regularnego odwiedzania Czadobloga:) Warto, bo w tym miesiącu odbędzie się tu jeszcze kilka konkursów, w których nagrodami będą naprawdę wspaniałe książki. Zapraszam niezmiennie.

20:33, pavelczado
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Pochyl się

Byłem dziś na Cichej żeby zobaczyć mecz Ruchu Chorzów z Podbeskidziem Bielsko-Biała.

Spotkanie potwierdziło starą jak świat piłkarską prawdę, którą znaliśmy nawet jako bajtle na placu: "kiedy walisz piłką z dystansu na siłę, pochyl się. Jeśli się nie pochylisz to bal przy mocnym uderzeniu przeleci wysoko nad bramką".

Długo wydawało mi się, że Rołand Gigołajew nie stosuje się do tej zasady. Dotąd jego strzały przelatywały nad bramką. Tak było i dziś. Najpierw uderzył mocno, ale był za bardzo odchylony i piłka poleciaaaaaaaaaała...

Nadeszła jednak 40. minuta. Ruch przeprowadził wówczas fantastyczną akcję - na pewno będzie jedną z najwyżej ocenianych w tym sezonie, nie tylko wśród akcji skonstruowanych przez chorzowian, ale w ogóle, w całej lidze. Po dobrej centrze z lewej strony Filipa Starzyńskiego, Bartłomiej Babiarz w desperackim wyskoku odegrał ją ofiarnie głową do środka, a Gigołajew wreszcie odpowiednio się pochylił. W efekcie oddał piorunujący strzał i zdobył gola (pierwszego ligowego dla Ruchu). Takiego w stylu, który ja - jako dziecko - najbardziej ceniłem, byłem najbardziej dumny kiedy udało mi się podobnego walnąć na boisku szkolnym. Otóż piłka zanim wpadła z potężną siłą do bramki Podbeskidzia zdążyła się jeszcze odbić od poprzeczki. Twarz w tym momencie zawsze wykrzywia się wszystkim w ten sam sposób, gardła wydają ten sam dźwięk będący mieszanką podziwu, niedowierzania i spełnienia. To taki stempel jakości...

To było bardzo cenne zwycięstwo Ruchu nad Podbeskidziem. Niebiescy wprawdzie ciągle znajdują się w strefie spadkowej, ale ta wygrana sprawia, że są w peletonie.

Ruch nie potrafił dotąd wygrać u siebie z Podbeskidziem w lidze. W sezonie 2011/2012 w rundzie wiosennej doszło do bardzo bolesnej straty punktów w takim właśnie meczu. Ruch jeszcze dwa kwadranse przed końcem prowadził u siebie z Podbeskidziem dwoma bramkami, ale ostatecznie wygrać wtedy nie zdołał. Musiał zadowolić się remisem. Gdyby wtedy wygrał - miałby dwa punkty więcej i ostatecznym rozrachunku wyprzedziłby Śląsk Wrocław zdobywając piętnaste mistrzostwo Polski.

Ciekawi mnie, które zwycięstwo byście wybrali mając pewność co za sobą niesie. Wolelibyście żeby Ruch wygrał z Podbeskidziem wtedy w 2012 roku i zdobył mistrzostwo czy żeby wygrał teraz i utrzymał się w ekstraklasie?

Jeśli wszystko dobrze pójdzie i wszystko się zgra - jest szansa, że Ruch opuści strefę spadkową jeszcze jesienią. Zadanie jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Nadal będzie o to niezwykle ciężko, ale jest na to szansa. A nawet jeśli nie wyjdzie - zawsze jest przecież wiosna.

PS Omega lubi wiosnę.

sobota, 06 grudnia 2014
Smok

Nienawidzę pisać tego typu tekstów, ale sprawiedliwość wymaga żeby czasem jednak powstawały.

Otóż wróciłem właśnie z meczu Górnik Zabrze - Legia Warszawa. Widziałem w życiu dokładnie 48 meczów z udziałem pierwszej drużyny Legii, które odbyły się na Górnym Śląsku. Wiele z nich wygrała, wiele w sympatyczny sposób przegrała, ale tylko dwa razy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pierwszy raz zdarzył się ponad 18 lat temu, kiedy w maju 1996 roku wygrała 5:0 z GKS-em Katowice na Bukowej. Ten drugi raz zdarzył się właśnie teraz.

Tamto wrażenie było w wymowie inne. Owszem - wtedy Legia zagrała efektownie, wykonała kilka ułańskich szarż, zapamiętałem hat-tricka Tomasza Wieszczyckiego. Byli świetni, ale wówczas mnie nie przerazili. Docisnęli w końcówce i tyle. Zżymałem się raczej na grę GieKSy niż zachwycałem naprawdę znakomitym występem gości. Tym razem było inaczej: w Zabrzu, oniemiały, zobaczyłem potwora.

To był smok, który przesuwał macki w mistrzowski sposób: na zimno, z pełnym wyrachowaniem, z zegarmistrzowską precyzją i bez zbędnej utraty energii po prostu pożarł Górnika Zabrze. Smok pragmatyczny do bólu.

Moim zdaniem nie można mieć po tym spotkaniu większych pretensji do gospodarzy. Starali się starać, starali się walczyć, ale chyba powoli nadciągają czasy kiedy mecze tego typu będą zetknięciem się dwóch światów. Jeśli nic się nie zmieni Górnik oczywiście będzie jeszcze z Legią wygrywał. Zmieniać się będą jednak proporcje. Jeden mecz na pięć, jeden na siedem, jeden na dziesięć...

Zabrzanie zrobili wszystko co mogli żeby nie było łomotu. Pierwszy raz w tym sezonie rozpoczęli mecz czwórką obrońców, przy dwóch pierwszych rzutach rożnych Legii stali we własnym polu karnym jedenastką zawodników (sic!). Jedyne co można im zarzucić, to fakt, że od razu wyglądali na boisku na przestraszonych. Zaraz na początku zaczęły się podania do własnego bramkarza w sytuacjach, które tego nie wymagały, w efekcie Steinbors wybijał rozpaczliwie piłkę w aut. Zabrzanie wytrzymali bez straty gola 12 minut...

Trafnie po meczu podsumował całość Seweryn Gancarczyk: "Polegliśmy z kretesem. Przez 90 minut Legia miała pełną kontrolę. Uniemożliwiała nam granie piłką, a jednocześnie zgarniała dalekie podania" - usłyszałem pod szatnią. Panowanie Legii na murawie było niezagrożone choćby przez minutę. Goście nawet nie emocjonowali się specjalnie kolejnymi bramkami*, które wbijali z łatwością przypominającą łatwość strzelania przez bajtli na placu. Robili swoje i tyle. Momentami wyglądało jakby się z gospodarzami bawili.

Fantastycznie posyłali choćby prostopadłe podania. Do takiego grania trzeba mieć szybkość, refleks, pomyślunek i technikę - legioniści to wszystko w tej chwili mają. Dziś zachwycił mnie Ondrej Duda. Aż niewiarygodne, że w dniu meczu skończył dopiero 20 lat. Jak oni w tej Legii go wypatrzyli?

Niezadowoleni kibice Górnika mówili między sobą, że Górnik nie ma koncepcji. Przepraszam - co właściwie trenerzy KSG mieli dziś jeszcze wymyślić żeby mecz wyglądał inaczej? Gdzie i w jaki sposób zmienić Górnika? Z tyłu? W środku? Z przodu?

PS Jedyna nadzieja w wahaniach formy i nastroju Legii. Wtedy jest szansa, że dostanie bańki jak choćby nie tak dawno w Bielsku-Białej albo w Gliwicach. Jeśli jednak będzie grała jak w Zabrzu - nie wiem kiedy zobaczę następne nad nią zwycięstwo na Górnym Śląsku.

* przy golu zaskoczył mnie jedynie Michał Żyro. Po petardzie, którą wsadził w bramkę Górnika specjalnie przebiegł ponad dwadzieścia metrów żeby kopnąć w słupek zabrzańskiej bramki. To jakiś zwyczaj, jakiś przesąd?

piątek, 05 grudnia 2014
Czekanie na efekt kuli śnieżnej

Nie ukrywam, że podoba mi się inicjatywa o nazwie Socios Górnik i życzę jej jak najlepiej. O tym dlaczego mi się podoba - możecie przeczytać TUTAJ, nie będę więc do tego wracał.

Wczoraj wieczorem byłem na oficjalnej prezentacji w zabrzańskim Multikinie i mam... mieszane uczucia. Nie, nie chodzi mi o ideę -  inicjatorzy i twórcy przedsięwzięcia zrobili wszystko co do nich należy.

Nie ukrywam jednak, że coś mi się nie spodobało.

Otóż nie spodobała mi się reakcja podmiotu, w którego interesie to przedsięwzięcie jest rozhuśtywane czyli klubu Górnik Zabrze.

Zdziwiłem się, że nie było nikogo z zarządu. Pojawił się wprawdzie przedstawiciel miasta czyli wiceprezydent Krzysztof Lewandowski, ale przecież przedstawiciel zarządu też mógłby się pojawić. Dobrze przynajmniej, że klub pozwolił na zbieranie deklaracji członkowskich na stadionie w trakcie dzisiejszego, dość atrakcyjnie zapowiadającego się meczu z Legią Warszawa.

Mam nadzieję, że nie wygląda z boku jakby klub był tej inicjatywie niechętny albo na razie wyczekuje co z niej wyniknie [taką postawę można zawrzeć w sformułowaniu "nie warto zauważać inicjatyw, do których nie mamy przekonania, że mogą się powieść"]. Dziwi mnie to o tyle, że klubowi od jasnego sygnału, że podoba mu się ta inicjatywa przecież nie ubędzie. W ścisłym znaczeniu - nawet przybędzie! Zawsze to lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Mogę się tylko zastanawiać nad motywami takiej postawy. Na razie zachowam je dla siebie.

Inicjatorzy Socios Górnik zaprosili wczoraj kilku piłkarzy, obecnych i  byłych, ale żaden się nie pojawił. Czy mogłoby wynikać to z faktu, że nie dostrzegają mocnego poparcia klubu dla tej inicjatywy?

Wygląda jakby wszyscy oglądali się na innych i... czekali. Czekali na efekt kuli śnieżnej, bo wiadomo, że w takich przypadkach jest tak, że kiedy już się zacznie to dołączą się wszyscy a jeśli dołączą się wszyscy to dołączą się kolejni wszyscy:)

O tym czy warto dołączyć do tej inicjatywy - możecie przekonać się sami. Wczoraj stowarzyszenie uruchomiło specjalną stronę z której można się dowiedzieć w jaki sposób można pomóc Górnikowi. O pięciu rodzajach kart członkowskich i innych interesujących szczegółach możecie dowiedzieć się - TUTAJ.

Po prezentacji, w ciągu pierwszych dwóch godzin oficjalnej działalności stowarzyszenia w holu Multikina deklaracje członkowskie złożyło około 100 osób. Kolejne zostały ściągnięte z nowej strony stowarzyszenia o której wspomniałem.

PS Wyszedł najnowszy 48. tom encyklopedii piłkarskiej FUJI Andrzeja Gowarzewskiego. To rocznik 2014-2015, tradycyjnie opisujący futbolową rzeczywistość od Ligi Mistrzów po polską C-klasę (wiedzieliście, że Spójnie Ośno Lubuskie a ostatnio także Urania Kochłowice wystawiają w rozgrywkach seniorów aż trzy zespoły czyli po dwie rezerwy?).

Tradycyjnie autor bezlitośnie chłoszcze wszystko co mu się nie podoba i żywo podkreśla co go zachwyca. Ciekawe, że w obu przypadkach może chodzić na przykład o te sam podmiot. Ambiwalentne odczucia wywołał w Gowarzewskim choćby "Przegląd Sportowy". Chwali gazetę za wspaniałe okładki z okresu mundialu (rzeczywiście zapierały dech w piersiach), z kolei za skandaliczny uznaje fakt, że w poniedziałkowym wydaniu  na okładce nie było ma nic o finale Pucharu Polski (a w środku nie ma nawet wyniku!), bo ważniejszy był Lewandowski żegnający się Borussią na rzecz Bayernu.

Z niektórymi sądami Andrzeja Gowarzewskiego można się zgadzać, z innymi nie, ale jedno jest pewne - należy się z nimi zapoznać, bo to zawsze niezależne opinie jednego z najważniejszych dziennikarzy futbolowych w Polsce.

PS1 Znakomity wywiad ze Zbigniewem Bońkiem - TUTAJ. Chyba najlepszy jaki z nim czytałem. Lubię wywiady robione nie na kolanach. Rozwaliło mnie stwierdzenie prezesa: "sprzedałem swój wizerunek firmie marketingowej, która go dystrybuuje. Nawet nie wiem co dokładnie dalej się z nim dzieje".  

O cholera - a jeśli firma marketingowa "przedystrybuowała" wizerunek firmie handlującej wyciorami i przepychaczami?!

PS2 A w Tychach ogromne zmiany. Życzę im żeby się utrzymali. Mam niejasne przeczucie, że w tej dekadzie Tychy mogą nas jeszcze zdziwić na poziomie ogólnopolskim.

wtorek, 02 grudnia 2014
"All people f*** your wife". Janusz Wójcik bez wstydu

Postanowił przypomnieć się Janusz Wójcik. Zawsze to ciekawe kiedy powstaje książka o byłym selekcjonerze reprezentacji Polski. Warto tę biografię przeczytać. Jest taka jak jej bohater.

Do tej pory tylko słyszałem o fanfaronadzie Wójcika i jego braku ogłady. Okazuje się, że wieści o legendarnym chamstwie i samochwalstwie tego człowieka nie były przesadzone.

Niektórzy ubolewają, że "powstała hagiografia, w której bohater podnosi swoje przywary, polityczny cynizm i przestępstwa do rangi cnót, nie spotykając się z żadną ripostą dziennikarza". Biografia Wójcika wzbudza więc kontrowersje. Osobiście jestem jednak zadowolony, że się ukazała i rozwiała wszelkie moje wątpliwości co do tego faceta. Uważam, że dziennikarz, który ją pisał - wykonał kawał dobrej roboty. Wystarczyło, że pozwolił Wójcikowi się wygadać, a ten idealnie się przedstawił. Teraz nikt już nie ma chyba wątpliwości co do jego klasy i stylu.

Z drugiej strony jestem jednak przybity, bo nie mam wątpliwości, że gdyby Wójcik nie napatoczył się polskiej piłce reprezentacyjnej w latach 90. osiągnęłaby ona lepsze wyniki. 

Moje wnioski po lekturze:

a) bardzo żałuję, że to właśnie Wójcik objął reprezentację olimpijską w 1989 roku. Lepszy trener miałby wtedy szansę wygrać złoty medal olimpijski. Cóż, jaki plan na drugą połowę mają mieć piłkarze w przerwie najważniejszego finałowego meczu słysząc wskazówki w stylu "kiełbachy do góry, rąbiemy ich w kakao! Siekać frajerów, do piachu z nimi! Wślizg, wślizg, wślizg! Wskakujemy im na garby, nosami mają po ryć glebie! Zapomnijcie o tym, że kurwa, prowadzicie. Wychodzimy do nich i łapiemy za gardła. Nie pozwalamy nawet pierdnąć" [to dokładny cytat z książki, tak się ona zresztą zaczyna].

Wójcik uważa siebie za fantastycznego motywatora - moim zdaniem przykrywał tym nachalnym wrzaskiem jedynie własne braki. Czy coś gdzieś jest o jego wyrafinowanych planach taktycznych? No właśnie...

b) bardzo żałuję, że to właśnie Wójcik objął pierwszą reprezentację w 1997 roku.

Po pierwsze dlatego, że w dużej mierze przez jego brak umiejętności przegraliśmy eliminacje do mistrzostw Europy w Belgii i Holandii. Lepszy trener byłby wtedy osiągnąć awans, bo rywale byli do ogrania - zarówno Szwecja jak i Anglii odpadły w rozgrywkach grupowych fazy finałowej.

Byłem na ostatnim wyjazdowym meczu tamtych eliminacji ze Szwecją w Solnie, w październiku 1999 roku (do dziś pamiętam, że bardzo znany arbiter, który na trybunach siedział przede mną, bez żenady wyciągnął flaszkę wódki i popijał z kumplem). To był mecz, który miał szansę wynieść Wójcika na piedestał, tymczasem był jednym z najbardziej żenujących i rozczarowujących "spektakli" z udziałem reprezentacji Polski jakie oglądałem. Przestraszona drużyna Wójcika tak "rąbała w kakao", że żal było oglądać.  Facet nie miał żadnego planu na ten mecz - chodziło jedynie o to żeby przetrwać. Kiedy zespół stracił gola okazało się ile warte są wójcikowe "koncepcje": biało-czerwoni byli przejmująco bezradni i nie mieli nawet śladu pomysłu co zrobić. Jedyne czego dokonali to pozwolili wbić sobie przed końcem jeszcze drugą bramkę.

"Trener tysiąclecia" (z takim mianem też się spotkałem!) w poważnych meczach o punkty dał radę TYLKO Bułgarii. Niektórzy chcą przeciwników pamiętać przez pryzmat czwartego miejsca na mistrzostwach świata w USA wywalczonego pięć lat wcześniej, zapominając, że od tego czasu odbył się kolejny mundial - we Francji gdzie Stoiczkow i spółka zajęli ostatnie miejsce w grupie.

Po drugie żałuję dlatego, że to właśnie za Wójcika został wprowadzony ten knajacki, buraczany sposób zachowania w reprezentacji Polski. On nadał jej to obrzydliwe, sprośne wręcz piętno. Kiedy piłkarze widzą jaki jest trener często pozwalają sobie na to samo. Kiedy trener odchodzi, nawyki zostają. Nie chodzi o grube słowo, bo grube słowa są od tego żeby być grube - chodzi o ten codzienny głupio uśmiechnięty, cwaniaczkowaty sznyt nie licujący z powagą reprezentanta. A to wszystko w alkoholowych oparach. I to przekonanie o własnej wyjątkowości! Brrrr...

c) żal mi Legii, bo teraz ma w annałach, że Janusz Wójcik był jej trenerem i w tak spektakularny sposób nie zdobył z nią mistrzostwa Polski. Jak sam się przedstawia - jest "rodowitym warszawiakiem z Mokotowa". Cóż, całe szczęście, że nie "rodowitym Ślązakiem z Chebzia". Jestem w każdym razie usatysfakcjonowany, że facet nigdy nie pracował na Górnym Śląsku i nie splamił tu żadnego klubu. 

                                          * * *

Są momenty kiedy człowiek w trakcie lektury wstydzi się, że kibicował reprezentacyjnej drużynie, która stosowała "niezwykłe" metody. Najlepiej oryginalny, nowatorski i przemyślny styl Wójcika oddaje jego były podopieczny Tomasz Hajto. Wspomina zdarzenie kiedy na odprawie przed meczem z Anglią w 1999 roku Wójcik z zaciekawieniem przyglądał się każdemu z piłkarzy. Szukał tego, który ma największą szparę między zębami. Znalazł - Tomasza Iwana. "Kiedy będziecie wychodzić na boisko, podejdź do Davida Beckhama i siknij na niego śliną przez tę szparę. Kiedy na ciebie spojrzy, powiedz: "all people fuck your wife". Wtedy już będziemy ich mieć..."

Książka rzeczywiście przynosi wiele interesujących szczegółów, co trzeba wyraźnie oddzielić od knajackiego stylu, w którym jest napisana. Gdyby ktoś chciał poczuć styl biografii nie czytając jej - sam Wójcik podsuwa idealne rozwiązanie. Wystarczy krótki cytacik ze strony 27: "Ja, Janusz Wójcik, dotarłem do pierdolonej Barcelony więc możecie mnie wszyscy w trąbę pocałować". 

Wójcik ewidentnie jest z siebie bardzo dumny. Z kolei ja jestem  zdumiony, że można być dumnym z krzywdy jaką wyrządziło się reprezentacji Polski i jej image'owi. Dobrze jednak, że to wszystko dzięki biografii Wójcika wyszło na światło dzienne. To książka do wyrzucenia, ale najpierw jednak - do przeczytania. 

Są dni chwały muszą być i dni mroku. Cesarstwo Rzymskie miało Oktawiana, Trajana, Marka Aureliusza, ale miało też Kaligulę, Kommodusa i Heliogabala. Reprezentacja Polski miała Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, ale miała też Janusza Wójcika. Takie życie...

Zawsze protestuję kiedy koledzy dziennikarze z innych branż z pogardą wypowiadają się o środowisku futbolowym. Teraz, po ukazaniu się na rynku tej pozycji, będę musiał siedzieć cicho, zabraknie mi argumentów...

Skoro jesteś taki zażenowany to po co piszesz o tej książce, Czado - zarzucą mi niektórzy. Odpowiedź może być tylko jedna: gdyby to była książka jakiegoś tam trenera Janusza Wójcika, nie tylko bym się nie zająknął, ale nawet bym jej nie przeczytał. Na nieszczęście ten człowiek był selekcjonerem reprezentacji Polski a to zmienia niestety optykę. Tej skazy już nic nie zmaże.

Po lekturze książki "najbardziej barwnej postaci polskiej piłki" (nie wierzę, że ktoś tak określił tego gościa!) mam osad na zębach. Na dziąsłach i języku czuję cierpki smak wstydu: Wójcik i ja mówimy tym samym językiem polskim! Jak ulał pasują zdania, które już kiedyś napisałem: "Znam wszystkie najgrubsze słowa i żadna ich kombinacja nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ale czasem jednak mam tak, że głowie zapala mi się lampka: to wtedy gdy chamstwo lepką falą zalewa mi oczy, wdziera się do ust i nozdrzy. Próbuję krzyczeć, ale nie daję rady, bo chamstwo gulgocze mi już w gardle."

To już koniec wpisu, bo muszę zrobić sobie inhalację.

PS Omega odsuwa się z odrazą.

10:43, pavelczado , Książki
Link Komentarze (39) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 188