sobota, 24 stycznia 2009
Ruch Chorzów ma rację. Albo nie

Nie rozumiem narzekań na Ruch Chorzów w kontekście najbliższych Wielkich Derbów Śląska. Ruch jako ich gospodarz jest najważniejszy i ma prawo dbać o własny interes. Innym nic do tego.

Skoro klub z Cichej uznał, że kontrpropozycja Górnika dotycząca ilości i cen biletów mu nie odpowiada, skoro uznał, że 2050 zabrzańskich kibiców w zorganizowanej grupie na Śląskim to liczba wystarczająca, widocznie wie co robi. Ma rację.

Ma rację pod warunkiem, że na mecz - mimo śladowej ilości szalikowców Górnika - i tak przyjdzie 40 tysięcy ludzi. Jestem zdania, że przy nadnadnadzwyczajnej mobilizacji kibiców Ruchu, zakamuflowanych fanów sprzyjających gościom oraz ludzi na co dzień nie oglądających meczów piłkarskich, ale chcących przeżyć niecodzienne wydarzenie, jest to możliwe.

Zaledwie 20-tysięczna frekwencja i w efekcie łysiny na trybunach, które mogliby zajmować kibice z Zabrza, będzie moim zdaniem spektakularną porażką Ruchu, rodzajem samobója w chorzowskiej bramce. Wtedy rację będzie mieć Górnik. Jeśli 28 lutego zapełni się pół Śląskiego, to na miejscu drobnych posiadaczy akcji Ruchu zastanawiałbym się kogo oskarżyć o działanie na szkodę spółki, kogo oskarżyć o zaprzepaszczenie szansy na poprawienie budżetu przez porządny zarobek no i o zaprzepaszczenie szansy na pompowanie pozytywnego wizerunku w kontekście zapewnionych medialnych zachwytów.

Organizatorzy muszą zdać sobie sprawę, że jeśli na najbliższe WDŚ przyjdzie 20 tysięcy, to wszyscy poczujemy cierpki smak rozczarowania.  Będzie klapa i straci śląski futbol.

Ale w Ruchu pewnie wiedzą co robią. Do Wielkiego Meczu jeszcze pięć tygodni. Wierzę, że na Stadionie Śląskim znowu będzie komplet. A w jakich proporcjach to już zupełnie inna historia.     

PS Obywatelu! Nie pytaj co Wielkie Derby mogą zrobić dla Ciebie. Pytaj co Ty możesz zrobić dla Wielkich Derbów.

czwartek, 22 stycznia 2009
Oddajcie 27 złotych i 8 groszy

Kryzys kryzysem ale zawsze można się pocieszyć, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Obecne zatory w płatnościach są nieporównywalne do tych, które dosięgły kluby piłkarskie w czasach Wielkiego Kryzysu z pierwszej połowy lat 30. Wtedy liczyła się każda złotówka, ale nie tak jak dziś, tylko NAPRAWDĘ. 

Oto przykład z października 1932 roku, kiedy Śląski Związek Piłki Nożnej podjął werdykty w sprawie ociągających się dłużników, którzy po rozegraniu meczów nie rozliczyli się z przeciwnikami. I tak:

- Iskra Siemianowice musiała w ciągu miesiąca zapłacić KS 06 Katowice kwotę 27 złotych i 8 groszy „tytułem pretensji z meczu rozegranego 27 lipca”;

- Silesia Łagiewniki musiała zapłacić w ciągu 14 dni Pierwszemu KS z Tarnowskich Gór 5 złotych i 91 groszy za mecz z 26 czerwca;

- KS 20 Bogucice musiał zapłacić KS Roździeń Szopienice 70 złotych za mecz jeszcze z 21 lutego itd., itp.

Kary wlepiano także klubom za „nieposiadanie kart tożsamości zawodników” (to było pilnowane, bo X lubił czasem zagrać za Y, a wtedy gracze nie byli przecież tak powszechnie rozpoznawalni jak dziś). Dlatego m.in. Ruch Hajduki Wielkie musiał zapłacić 3 złote.

Kwoty mogą dziś budzić uśmieszek, ale z drugiej strony nie było mowy o tak gigantycznych długach jak w dzisiejszym futbolu. Podejrzewam, że gdyby któryś z ówczesnych klubów miał zobowiązania rzędu kilkuset tysięcy złotych to wszyscy członkowie zarządu solidarnie i honorowo palnęliby sobie w głowę.

 

wtorek, 20 stycznia 2009
Tąpnięcie

 wyjazd

Niespełna ćwierć wieku temu o transferze do GKS-u Katowice marzyli piłkarze z całej Polski. Do klubu płynęły ogromne pieniądze pompowane z aż 10 kopalń i innych zakładów wchodzących w skład Katowickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. Ale to było tak dawno, że chyba nieprawda. Za to prawda, że w XXI wieku być kibicem GKS-u to o niebo trudniejsze niż w XX...

Pierwsze tąpnięcie: 1999

Tylko raz zdarzyło się, że pieśń ”nadszedł o Jezu smutny ten czas” miałem okazję usłyszeć poza kościołem. Tuż po spadku GKS-u z ekstraklasy poszedłem na Bukową i usłyszałem jak w trakcie codziennych obowiązków nucił ją cichutko ówczesny gospodarz obiektu legendarny Henryk Nowak (czy ktoś pamięta jeszcze jego owczarka Bariego? Cóż to było leniwe bydlę;-)

W GKS-ie brakowało wtedy pieniędzy na wszystko, nawet na paliwo do kosiarki. Nie było na pensje dla piłkarzy i pracowników administracji. Klub miał pięciomiesięczne zaległości w Urzędzie Skarbowym. - Nie wiem od kogo mógłbym jeszcze pożyczyć. Rodzina i znajomi już wiedzą, że nie mam z czego oddać. Może ty mógłbyś? - pytał mnie wtedy mój ulubiony piłkarz Gieksy na ławeczce przed wejściem na trybunę. Był zdesperowany. 

Niektórzy kibice chcieli wówczas z Bukowej wywieźć na taczkach Mariana Dziurowicza, choć ”Magnat” odżegnywał się już wtedy od jakichkolwiek oficjalnych związków z Gieksą.

Tuż przed inauguracją drugoligowego sezonu siedmiu zdesperowanych piłkarzy oznajmiło działaczom, że nie zagrają, bo nie dostali zaległych pieniędzy i nie podpisali nowych kontraktów. Ostatecznie zagrali. Na inaugurację nowego sezonu w II lidze czyli mecz z Myszkowem przyszło 2000 kibiców. Po roku GieKSa wróciła do ekstraklasy.

Drugie tąpnięcie: 2005

Po kolejnym spadku z ekstraklasy Piotr Dziurowicz, prezes i właściciel GKS SSA, zdecydował, że odchodzi z futbolu. Chciał odsprzedać prawa do drużyny i do miejsca w II lidze Stowarzyszeniu GKS, które z kolei użyczało spółce herb i prawo do nazwy. Dziurowicz junior źądał 600 tysięcy zł, chciał choć w części odzyskać prywatne pieniądze zainwestowane w klub przez jego rodzinę. Nikt jednak nie był w stanie wyłożyć takiej kasy, więc ogłosił upadłośc spółki. Zamykając za sobą drzwi wysadził w powietrze polski futbol (do dziś od tego wybuchu dzwoni mi w uszach) i odsłonił wielką czarną dziurę.

Niektórzy kibice jeszcze w trakcie ostatniego jak dotad sezonu GKS-u w ekstraklasie chcieli Piotra Dziurowicza wywieźć z Bukowej na taczkach. Niektórzy z niektórych zajęli się odbudową klubu. Doszło do kuriozalnej sytuacji: do rozgrywek zostały zgłoszone dwa nie przepadające za sobą GKS-y Katowice. Jeden do IV ligi, a drugi do B-klasy.

Na inaugurację nowego sezonu w IV lidze czyli mecz ze Źródłem Kromołów przyszło 5000 ludzi. Rok później jedna GieKSa awansowała do III ligi, a dwa lata do II (dzisiejszej I) z zamiarem ataku na ekstraklasę. Z kolei druga GieKSa przegrała awans do A-klasy z legendą śląskiej piłki Naprzodem Lipiny i rozczarowana wycofała się z rozgrywek.

Trzecie tąpnięcie: 2009

Runda jesienna sezonu 2008/09 była dla GKS-u tragiczna (właściwie zagrał zaledwie dwa przyzwoite mecze - ligowy ze Zniczem Pruszków i pucharowy z Górnikiem Zabrze). Jako że latem działacze mieli deklarację wsparcia od kilku firm, postanowili zaryzykować: ściągnęli kilku nowych zawodników, bo mieli na nich klepnięte pieniądze. Ale sytuacja zmieniła się prawie tak szybko jak ochłodła woda w islandzkich gejzerach: jesienią wspierające katowicki klub firmy zaczęły borykać się z problemami więc obiecana kasa na Bukową nie dopłynęła. Rosnąć zaczęły więc długi, a wraz z nimi kłopoty, które donośnym czknięciem na cały Śląsk objawiły się już po Nowym Roku.

W zeszłą sobotę prezes Jan Furtok oznajmił piłkarzom, że nie mają co liczyć na poprawę sytuacji. Jako, że w poniedziałek prezes ma zwyczaj, że nie pojawia się w klubie, ostatnie rozmowy z piłkarzami mają zostać przeprowadzone dziś czyli we wtorek. Po ich zakończeniu może okazać się, że Arsenal Wengera przy nowej Gieksie skleconej na rundę wiosenną to zbiór posiwiałych staruchów.

Z tego co zdążyłem się zorientować, niektórzy kibice chcą teraz wywieźć na taczkach Jana Furtoka. Moim zdaniem trudno mieć do niego pretensje, że położył klub pod względem finansowym, to nie była jego działka. Jeszcze jako piłkarz wspominał w wywiadach, że talentu do biznesu nie ma. Ale fakt, że błędnie ocenił siłę talentu grajków, którzy mieli jesienią wspomóc GKS, idzie już na jego konto. Kto ma się znać na tym czy ktoś potrafi prosto kopnąć piłkę jak nie on? W dodatku prysł mit „Jasia” jako męża opatrznościowego GKS-u, człowieka przed którym otwierają się wszystkie drzwi. Może i wszystkie się otwarły, ale potem wszystkie się za Furtokiem zamknęły. 

Pytanie kończące podsumowanie przygnębiającej serii zdarzeń na Bukowej brzmi: ile przyjdzie ludzi na inaugurację nowego sezonu?

No i w której to będzie lidze?

 

środa, 14 stycznia 2009
Czy I liga się zawali

I liga 

”Pokaż mi swoich juniorów, a powiem ci kim jesteś”.Czy takie właśnie hasło będzie obowiązywać w rundzie wiosennej I ligi piłkarskiej? Przeczuwam drastyczne i dramatyczne cięcia kosztów w klubach występujących na tym poziomie rozgrywek. Będzie obniżanie pensji zawodnikom albo rozwiązywanie kontraktów ze starszymi, najwięcej zarabiającymi piłkarzami. To się zresztą już dzieje...

Podejrzewam, że niektóre kluby rzeczywiście będą musiały kończyć sezon juniorami, którzy w normalnych warunkach na debiut w pierwszej drużynie czekaliby jeszcze długo, albo w ogóle by się nie doczekali. Nagle od tego jak ci chłopcy zostali wyszkoleni będzie teraz zależeć wynik zespołu, którego jeszcze niedawno dopingowali z trybun jako zwykli kibice. Niektórzy działacze bezbłędnie przeczuwają trudności, więc zdarza się już teraz, że tabuny nastolatków są dołączane do seniorskich kadr. Nieważne, że niektórzy z młodych zawodników mają na treningach trudności z poprawnym wykonaniem ćwiczeń, które wymagają dużego nakładu sił, takich ćwiczeń, które dorośli mężczyźni wykonują bez problemu....

Nieważne, bo wiosną może okazać się, że wyniki zejdą na dalszy plan. Oczywiście nie biorę pod uwagę ostrego wyścigu spinających się na awans mocarzy z pierwszoligowej czołówki. Warto się spiąć, żeby znaleźć się w gronie wybrańców zarabiających na wpływach z telewizyjnych transmisji. Ale trzeba mieć z czego się spinać...

Może się okazać Drogi Kibicu Pierwszoligowy, że to czy Twoja drużyna wygra, przegra, czy może zremisuje, stanie się nieistotne. To kuriozalne, ale ta kwestia w kontekście zachowania pierwszoligowego bytu może po prostu przestać być ważna. Czy najważniejsze będzie, żeby Twój zespół przede wszystkim wychodził na boisko? Wtedy się utrzyma, bo zapewne znajdzie się kilka klubów, które na boisko przestaną wychodzić, bo zanim skończy się sezon przewrócą się z łoskotem przez paraliżujący brak gotówki. To one zajmą miejsca spadkowe...

To wizja złowróżbna, przygnębiająca, ale uwiarygadnia ją posępnymi słowy choćby Mariusz Klimek. Właściciel to klubu co prawda nie pierwszoligowego, ale wyraźnie dostrzega nadciągające zagrożenia dla zaplecza ekstraklasy:

„Kto da pieniądze na klub piłkarski, gdy będzie ratował swoją firmę? Nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że padnie większość klubów pierwszej ligi. Szczególnie te, które nie będą mieć finansowego wsparcia we władzach swoich miast”.  

Wynika z tego, że hasło obowiązujące wiosną w I lidze będzie pesymistyczne: „Wygrać? Nie. Dograć”. 

Czy tylko wiosną? Oto jest pytanie. Mariusz Klimek ma odpowiedź.

”To dopiero początek”.

wtorek, 13 stycznia 2009
Spodenki. Ale nie Wasilewskiego

À propos poprzedniego wpisu

doszły mnie słuchy, że wywiad z Kazimierzem Trampiszem nie jest pełny, bo nie zawiera słynnego wątku spodenek. Nie zawiera, bo już kiedyś wyjaśnialiśmy sprawę.  Ale jak ktoś nie czytał, to Czadoblog prezentuje ją jeszcze raz

sobota, 10 stycznia 2009
Dzień uroczysty

Dziś jest wyjątkowy moment. Szczęśliwe są kluby, dla których grali kiedyś tacy piłkarze.

Kazimierz Trampisz

Z okazji 80. urodzin szczęścia, zdrowia i wiele radości Panie Kazimierzu  

piątek, 09 stycznia 2009
Kibic, zwierz wytrzymały na mróz (foto)

Zwykli śmiertelnicy, którzy nie dostąpili łaski futbolowego olśnienia  zawsze dziwią się, ile „człowiek zaanagażowany” jest w stanie znieść, żeby zobaczyć mecz. Zachwycanie się grą przy ostrym deszczu zacinającym w twarze, albo mrozie, który członki ścina w kamień, jest dla nich niezrozumiałą formą masochizmu. Oczywiście nie ma sensu im tego tłumaczyć. Pamiętam, że jeden z niezapomnianych dla mnie meczów w latach 80. odbył się w strasznej ulewie, przy przenikliwym zimnie. W trakcie powrotu do domu, szczęśliwi z wyniku, zachowywaliśmy z kolegą jak Fred Astaire. Różnica była taka, że dwa beztroskie rozbrykane bajtle nie miały parasoli i bryzgały wodą synchronicznie. Kiedy  wróciłem do domu okazało się, że mokry miałem nawet bilet schowany w portmonetce. Oczywiście nikt się tym nie przejmował z wyjątkiem naszych mam, oczywiście nazajutrz byliśmy zdrowi jak afrykańskie bawoły. 

Kibicowi pogoda niestraszna, bo on wie jak się podczas mrozów zachowywać. Co jest ratunkiem? Wyjaśnia to śląski himalaista Krzysztof Wielicki, człowiek, który pierwszy wszedł zimą na Mt. Everest).
Ale właściwie dlaczego powstała ta notka? Dlatego, że chciałem Wam pokazać  zdjęcie kolegi z redakcji. Grzesiek Celejewski zrobił je właśnie w gliwickim lesie. Za moich szczeniackich czasów kibic był zwierzem naprawdę wytrzymałym na mróz. Ale nikt nie wpadał na takie pomysły hartowania się jak ci dwaj:

leśna siłownia

 

środa, 07 stycznia 2009
Uczcie się od Ruchu, fałszerze

W przyszłym roku Ruch Chorzów będzie obchodzić 90-lecie. Piękny wiek. Fajnie, że można cieszyć się jego wspaniałą, bogatą historią, fajnie, że tysiące Ślązaków jest z tego dumnych. ”tRadycja ponad wszystko” - można przeczytać na murze chorzowskiego familoka i trzeba przyznać, że w tym przypadku nie jest to pustosłowie.

Mnie najbardziej podoba się fakt, że Ruch nie idzie łatwą drogą, którą wybrało parę innych polskich klubów. Chodzi o przesuwanie daty powstania czyli o tzw. „postarzanie”. Są bowiem kluby, których działacze cudują i na siłę wydłużają im rodowód, obchodząc potem kuriozalne rocznice. Ba, niektóre kluby są na tyle bezczelne, że mają fałszywe daty powstania w herbie! A ich kibice temu przyklaskują, a każdą próbę kwestionowania faktu dorabiania zmarszczek odbierają jako ohydny atak na klubowe legendy... Rozumowanie jest proste: im starsza drużyna, tym większy prestiż.

Tak się składa, że akurat dziś mija rocznica fuzji Ruchu z Bismarckhütter Ballspiel Club, niemieckim klubem piłkarskim działającym w tej samej dzielnicy. Stało się to 7 stycznia 1923 roku. Ruch przejął wówczas od BBC legendarne boisko na Kalinie, na którym zdobył potem pierwsze mistrzostwo Polski. Paru piłkarzy BBC przeszło do Ruchu (pierwszy reprezentant Polski w barwach Ruchu był nawet wychowankiem BBC), a przez krótki okres nazwa klubu brzmiała Ruch BBC.

Tak więc na upartego ”niebiescy” mogliby wydłużyć swoją historię o 12 lat, bo niemiecki BBC powstał w 1908 roku i był jednym z najstarszych klubów piłkarskich na Górnym Śląsku (innych klubów niż niemieckie w tym czasie jeszcze nie było). Tym sposobem Ruch w zeszłym roku mógł z przytupem obchodzić stulecie! 

Na szczęście nikt dotąd nie wpadł na tak głupi pomysł. Oczywiście w czasach II Rzeczpospolitej i PRL-u „postarzanie” Ruchu przez odwoływania się do związków z BBC było niemożliwe przede wszystkim ze względów politycznych. Kto to widział szukać korzeni w działających na Śląsku przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę klubach niemieckich?

Ruch pozostał przy właściwej i faktycznej dacie swoich urodzin czyli 20 kwietnia 1920. Przy okazji działacze  musieli pamiętać żeby się komunie przez huczne urządzanie jubileuszowych zabaw nie narażać. Tak się felernie złożyło, że tego samego 20 kwietnia (choć 31 lat wcześniej) urodził się pan z poniższej pocztówki:

hitler

Świętowanie akurat tego dnia w latach powojennych, zwłaszcza na Górnym Śląsku, mogło ściągnąć poważne kłopoty. I nieważne, że Ruch z Hitlerem nie miał nic wspólnego, a wręcz przeciwnie*... Jakby się paskudna łatka przylepiła, to trudno byłoby ją odlepić... 

Dziś polityczne ograniczenia odeszły w niebyt więc teoretycznie ktoś bez cienia strachu mógłby wpaść na pomysł, żeby Ruch ”postarzyć”. Nie wyobrażam sobie, żeby w obecnych czasach funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nachodzili siedzibę chorzowskiego klubu, gdyby ten nagle zaczął chcieć czerpać z tradycji niemieckiego BBC. Ale oczywiście nie będą nachodzić - także dlatego, że nikt nie ma zamiaru forsować nazwy ”Ruch 08 Chorzów”, bo byłby to absurd. Może kto inny skorzystałby z takiej możliwości, ale nie „niebiescy”.

Nastroje i zdroworozsądkowe przekonania w Chorzowie najlepiej pokazuje przykład Gerarda Cieślika. Okazuje się, że pan Gerard nie miałby nic przeciwko temu, żeby rok 1920 wpleść w herb Ruchu, słynną R-kę. Nawet trochę irytuje go fakt, że tej daty nie ma w napisie na dachu trybuny głównej.

trybuna Ruchu

Kończąc: Ruch to Ruch - klub założony w 1920 roku. I tak już zostanie na zawsze.

*Polskość jest wpisana w tradycję Ruchu, klubowi już na początku istnienia pomagał Polski Komitet Plebiscytowy. Józef Korol, jeden z przedwojennych prezesów Ruchu, tworzył na Śląsku ruch oporu, został komendantem Podokręgu Śląskiego w Krakowskim Okręgu Służby Zwycięstwu Polski (przemianowanej wkrótce na Związek Walki Zbrojnej). Korol (używał pseudonimu "Hajducki") zginął w sierpniu w 1940 roku w Wiśle Jaworniku. Ranny w nogę, nie chciał się dostać do niewoli, więc zażył cyjanek. W czasie wojny piłkarze Ruchu uczestniczyli w Kampanii Wrześniowej, potem wcielani do Wehrmachtu albo uciekali do polskiego wojska, albo zgłaszali do niego akces już po wzięciu przez aliantów do niewoli.

poniedziałek, 05 stycznia 2009
(Nie)oczekiwana zmiana miejsc

Obaj za bajtla kopali piłkę w szkółce Stadionu Śląskiego.

Obaj gdy podrośli zostali obrońcami. 

Obaj trafili do Ruchu Chorzów, gdzie w jednej formacji grali wspólnie siedem lat.

Obaj po zakończeniu kariery zostali trenerami piłkarskimi. Dziś należą do czołówki śląskich szkoleniowców. Obaj mają na koncie po jednym awansie do ekstraklasy ze śląską drużyną (pierwszy z Polonią Bytom, drugi z Ruchem)

Mają różne charaktery. Pierwszy (starszy o pięć lat) potrafi ostro wygarnąć co myśli (po ojcu, zasłużonej postaci polskiego...ping-ponga), drugiego nazwałbym ”liderem powściągliwości” naszego futbolu.

Mają ze sobą wiele wspólnego, ale nie zaryzykowałbym twierdzenia, że przepadają za sobą. Pierwszy jest kumplem i sąsiadem Mariusza Śrutwy, którego ten drugi pogonił z Ruchu i właściwie zakończył mu karierę. Śrutwa do dziś nie może mu tego wybaczyć. 

W dodatku w listopadzie 2005 roku pierwszy stracił pracę na rzecz drugiego. To się zdarzyło w Ruchu Chorzów. O tym, że tak się stanie, mówiło się dużo wcześniej, zanim zapadły formalne decyzje.

Ale nic nie jest dane na zawsze. Drugi stracił pracę na rzecz pierwszego dziś. To się zdarzyło w Piaście Gliwice. O tym, że tak się stanie, mówiło się dużo wcześniej, zanim zapadły formalne decyzje.

Czy ich drogi nadal będą się przeplatać? Być może. Tylko jednego można być pewnym. Niemożliwe, żeby pierwszy kiedykolwiek został asystentem drugiego. 

I na odwrót.

Dariusz Fornalak

Marek Wleciałowski

Archiwum