czwartek, 28 stycznia 2010
Najpierw skoki, potem wózek

Dokładnie pół wieku temu zdarzył się jeden z najbardziej tragicznych wypadków w historii polskiego sportu.

Być kandydatem do olimpijskiego medalu i dwa dni przed wylotem na najważniejszą imprezę w życiu przeżyć piekło nie tylko zabierające marzenia o igrzyskach, ale i na zawsze wywracające życie... Wyobrażacie to sobie?!  

28 stycznia 1960 roku na skoczni w Wiśle Malince doszło do tragicznego wypadku Zdzisława Hryniewieckiego. To był jeden z największych talentów w historii polskich skoków. Tego feralnego dnia zawodnik Włókniarza Bielsko-Biała wykonując skok odbił się trochę za wcześnie. W efekcie wywinął w powietrzu salto i uderzył o ziemię karkiem oraz plecami. Już nigdy sam potem nie chodził. 

Tuż po wypadku skoczek był przytomny, ale nie miał czucia w rękach i nogach. Natychmiast trafił do szpitala. Okazało się, że złamał piąty kręg szyjny oraz czwarty kręg piersiowy. To spowodowało porażenie kończyn oraz mięśni tułowia. A przecież dwa dni później miał wyjechać na wymarzoną olimpiadę w Squaw Valley...

Zbigniew Pietrzykowski, który tego samego roku zdobył wicemistrzostwo olimpijskie w boksie, kolega Hryniewieckiego, akurat tego dnia wracał z obozu w Wiśle i miał zabrać skoczka samochodem do Bielska. - Niestety, tuż przed moim przyjazdem zabrała go karetka - opowiadał potem z żalem mistrz.

Ciekawe, że Hryniewiecki nie był człowiekiem z gór: matka Julia pochodziła ze Lwowa, a ojciec Stanisław, potomek rodu szlacheckiego, spod Żytomierza. Gdyby skoczek interesował się piłką nożną, pewnie kibicowałby Polonii Bytom:-)

Zaskakuje informacja, że rozpoczął treningi w wieku dopiero 18 lat - dziś byłoby to niemożliwe. Ale już trzy lata później na Wielkiej Krokwi zdobył mistrzostwo Polski. Dokonał tego jako pierwszy człowiek z nizin. Ustanowił także rekord Polski w długości skoku (116 m).

Pięć lat temu odwiedziliśmy w Koniakowie Tadeusza Kołdera, trenera kadry narodowej skoczków w latach 1977-81. Wtedy uważał, że Adam Małysz wcale nie był największym talentem w historii beskidzkich skoków. Oto co nam powiedział: - Wielki talent miał choćby Zdzisław Hryniewiecki, jego czucie lotu było niepowtarzalne. To był zresztą mój serdeczny kolega, razem startowaliśmy. Fatalny upadek na treningu przekreślił jego karierę. Byłem już wówczas asystentem trenera kadry Mieczysława Kozdrunia i widziałem ten tragiczny skok w Malince. Stałem na górze skoczni i kiedy zobaczyłem w powietrzu spody jego żółtych nart, przeczułem najgorsze. Potem było czekanie na karetkę, jazda po wyboistych drogach do szpitala. Dramat Hryniewieckiego na kilka lat wstrzymał rozwój skoków w Polsce. Dzidek był wtedy postacią bardzo popularną, jego kalectwo musiało podziałać na wyobraźnię. Rodzice bali się potem wysyłać swoje dzieci na treningi.

Kiedy doszło do nieszczęścia Hryniewiecki miał 22 lata. Następne 21 przeżył na wózku inwalidzkim. Po nieudanym małżeństwie z pielęgniarką popadł w alkoholizm. Zmarł w 1981 roku.

Adam Małysz wolałby chyba, żeby to „Dzidek” był patronem skoczni w Malince.

środa, 27 stycznia 2010
Dla takich goli warto żyć

Byłem dziś na sparingu w Sosnowcu. Zagłębie zremisowało z GKS-em Katowice.

Co mi się podobało:

 - nowiutki wypasiony ośrodek treningowy tuż przy Stadionie Ludowym. W założeniu ma to być centrum pobytowe Euro 2012. Re-we-la-cja. Jest boisko o sztucznej nawierzchni, dwa boiska trawiaste (trawa zostanie zasiana wiosną), salka do rozgrzewki, pawilon szatniowy (bodaj osiem szatni). Ośrodek naprawdę świetny. Lepszego w regionie nie znajduję. Zagłębie ma się z czego cieszyć. Właśnie w tym ośrodku odbył się mecz.

nowy ośrodek w Sosnowcu

- fantastyczny gol Tomasza Łuczywka dla gospodarzy. Epitet nie jest przesadzony. Widzieliście bramkę Keity w meczu Wybrzeża z Algierią? Ta była identyczna! Strzał z ponad 20 metrów, piłka odbija się od spojenia i wpada do bramki. Jacek Gorczyca nie miał żadnych szans. Żeby zobaczyć takiego gola - warto żyć!

- podejście do meczu Piotra Pierścionka. Trener Zagłębia głośno zalecał swoim piłkarzom, żeby niepotrzebnie nie komplikowali gry i miał rację. ”Nie róbmy kwadratowych jaj” - wołał kilka razy Pierścionek. Jako że wokół boiska były zaspy, obaj trenerzy nie stali przy linii bocznej, tylko na nie wleźli i oglądali mecz niczym Jagiełło bitwę pod Grunwaldem.

- spokój z jakim Dzenan Hosić ”kasował” testowanego w Gieksie Michała Nowaka z Dalinu Myślenice. Ten bardzo ambitny chłopak jeszcze nie tak dawno grający w A-klasie dostał od Bośniaka profesorską lekcję. „Michał nie daj się robić tak łatwo” - wołał z rozpaczą II trener gości Henryk Górnik. 

- spryt Bartłomieja Dudzica przy zdobyciu wyrównującej bramki dla Gieksy. Moim zdaniem były napastnik Cracovii w tej chwili ma pewny plac w katowickiej jedenastce. Oczywiście jeśli ta przystąpi do rundy wiosennej. Na razie piłkarze Gieksy w styczniu dostali pensję za październik.

- kożuszek niedawno zaangażowanego w Sosnowcu Brazylijczyka Lilo (nie zagrał, bo kontuzjowany). Na pewno było mu ciepło. Podejrzewam, że kupił go na Krupówkach. Fajny, z wypasionym kołnierzem. Mój wujek chodził w identycznym w latach 70.

- zaangażowanie właściciela Zagłębia Krzysztofa Szatana. Podjechał swoim efektownym mercedesem i znów zobaczył całe spotkanie. Podkreślam to kolejny raz, ale Szatan naprawdę się drużyną interesuje. Nie musiał przyjeżdżać. Prezesów GKS-u nie widziałem.

- czasem zdarza się, że nawet sparingi sędziuje cudzoziemiec. Tak było tym razem, my już tego cudzoziemca opisaliśmy.

Co mi się nie podobało:

- że tak szybko Gieksa znalazła nowego lidera w linii obronnej, a nie wiem czy człowiek udźwignie ten ciężar. Dobrze widoczny Jakub Dziółka zachowuje się jak lider, nieraz ustawiał kolegów. „Ma być ogień” - wołał do tych z przodu. Dobrze, żeby był też z tyłu... Cóż, jak się nie ma kogo się lubi, to się lubi kogo się ma.

- że Zagłębie nie dysponuje wyrównaną kadrą. W pierwszej połowie gniotło gości ile wlezie, w drugiej było od nich gorsze. W obu drużynach było dużo zmian, ale wygląda na to, że w Gieksie zmiennicy są lepsi.

Więcej o meczu przeczytacie tutaj.

PS A poza tym uważam, że "Omega" powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

PS1 Od dziś mam nowe marzenie: pojechać na ten turniej!

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Kupią państwo dywan?

Każdy człowiek bez przerwy staje przed nowymi wyzwaniami. Czadoblogowi też się to przytrafia. Tym razem nowe życiowe doświadczenie będzie zawdzięczać Polonii Bytom.

W przyszłym miesiącu w Bytomiu odbędą się bardzo ciekawe halowe zawody piłkarskie pod hasłem ”Turniej Zapomnianych Mistrzów”. Jak przekazał mi Marek Pieniążek, dyrektor bytomskiego klubu, kibice Polonii w głosowaniu zdecydowali, kogo chcieliby w tym turnieju na konferansjera. Okazało się, że miałby nim być Czadoblog!

Prowadzenie bloga otworzyło więc nowe możliwości. Szef dał zgodę, więc propozycję przyjąłem z sympatią - z dwóch powodów. Pierwszy: bardzo lubię Polonię Bytom, niewiele jest takich klubów w Polsce. Drugi: mam okazję sprawdzić się w nowej roli. Wielokrotnie oglądałem popisy Lutka Danielaka, więc wiem, że sprawa nie jest łatwa. Żeby stanąć na wysokości zadania, trzeba się będzie wysilić.

 Specjalnie dla tych którzy myślą, że Czadoblog nie poradzi, grzebię w pamięci i przypominam sobie przez mgłę, że zanim zostałem dziennikarzem piszącym, próbowałem swoich sił jako dziennikarz radiowy. To były piękne czasy... Pełny spontan! Pamiętam mój magnetofon szpulowy wielkości małej walizki. Kiedyś po meczu oburącz przytknąłem go pod twarz jednemu z piłkarzy, a ten odpowiadał mi na pytania w dużym szoku, z obawą zezując raz na mnie, raz na moje narzędzie pracy (już wtedy był to przeżytek, ale innego nie miałem). Kiedy indziej huśtałem się wyluzowany na krześle w trakcie czytania informacji sportowych. Czerwony z wściekłości realizator musiał ruszać jakąś gałką na konsoli w rytm mojego huśtania, żeby to jakoś wyszło, żeby było mnie słychać jednakowo... Innym razem zapomniałem się z kolei w trakcie trzyminutowych wieczornych wiadomości sportowych. Było to podczas reporterskiego nadawania prosto z lodowiska. Po ośmiu minutach mojego ciągłego terkotania o meczu Naprzodu Janów z GKS-em Tychy (najwyżej trzy razy w tym okresie nabrałem powietrza do płuc) realizatorzy mieli dość i przerwali nadawanie (chyba po raz pierwszy w historii stacji). A ja i tak dalej jechałem z tym koksem niezmieszany, siedząc na lodowisku...

Najbardziej jednak żałuję, że przed mikrofonem nie przytrafiały mi się takie przygody jak na przykład ówczesnemu głównemu szefowi wszystkich szefów. Legendarna jest opowieść o tym jak podczas audycji na żywo miał mu wejść do pokoju akwizytor. Niespodziewany gość ukłonił się i jak gdyby nigdy nic, spytał zebranych, czy... są zainteresowani kupnem dywanu! Jak znam siebie, pewnie chciałbym się od razu dowiedzieć skąd te dywany są i ile kosztują.

Od tamtej pory, żeby wejść do radia trzeba było mieć kartę z czytnikiem.

Swoją drogą „Turniej Zapomnianych Mistrzów” naprawdę zapowiada się niebywale. 21 lutego wystąpią drużyny spoza futbolowego mainstreamu, ale takie, które niegdyś go tworzyły. Takie, które przynajmniej raz zdobywały mistrzostwo Polski. Z tej frapującej okazji już dziś zapraszam wszystkich do nowej hali Szombierek!  Nowej, więc teraz już nie będzie trzeba prać ubrania tak jak po obejrzeniu meczu koszykarzy Bobrów (w starej hali ciuchy przesiąkały specyficznym smrodem, ten sam problem miał zawsze obiekt Zgody Bielszowice).

Plan turnieju jest następujący:

11.30 - oficjalne rozpoczęcie turnieju. Złożą się na nie:
- powitanie gości (prezes Damian Bartyla wspólnie z prezydentem miasta Piotrem Kojem);
- przedstawienie zespołów (konferansjer, to chyba o mnie chodzi);
- symboliczne rozpoczęcie turnieju (Kazimierz Trampisz, czyli właściwa osoba we właściwym miejscu);
Terminarz spotkań:
12.00: Polonia Bytom – Pogoń Lwów (powołano do życia drużynę nawiązującą do przedwojennej lwowskiej gwiazdy. Lwów, szczególnie dla bytomian, jest wyjątkowym miastem);
12.30: Stal Mielec – Szombierki Bytom;
13.00: Pogoń Lwów – Garbarnia Kraków;
13.30: Warta Poznań – Stal Mielec;
14.00: Polonia Bytom – Garbarnia Kraków;
14.30: Szombierki Bytom – Warta Poznań;
15.00: godzinna przerwa. W jej trakcie odbędzie się finał turnieju kibiców
16.00: mecz o 5 miejsce;
16.30: mecz o 3 miejsce;
17.00: mecz o 1 miejsce;
17.30: dekoracja zwycięzców i uczestników;
18.00 - 19.30: prezentacja Polonii Bytom.

PS  A propos Polonii: chyba nikt nie zauważył, że bytomski klub przełamał trwającą niespełna 44 lata niepomyślną passę! Warto więc podkreślić: w oficjalnym meczu reprezentacji Polski wreszcie gola zdobył piłkarz bytomskiego klubu (Tomasz Nowak z Singapurem). Ostatnim, który w Polonii dokonał tej sztuki był słynny Jan Liberda. Trafił w meczu z Luksemburgiem w 1967 roku (Jan Banaś strzelał wprawdzie później, ale już jako gracz Górnika).

PS1 Tymczasem w Polonii nerwowo. Zarząd postanowił dziś dotkliwie ukarać dwóch ważnych dotąd zawodników. Rafał Grzyb i Michał Zieliński zostali przesunięci do Młodej Ekstraklasy za „naruszenie przepisów związanych ze zmianą barw klubowych”.

PS2 A poza tym uważam, że "Omega" powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni. 

PS3 Odlot w trakcie meczu Kamerunu z Egiptem. Oglądając sędziowskie klopsy za klopsami w meczach Pucharu Narodów Afryki trudno po raz setny zgodzić się z FIFĄ, że sędziowskie błędy są dobrodziejstwem inwentarza. To co wyprawiają sędziowie na tym turnieju nie jest już  żenujące, staje się mocno obrzydliwe. Co za patałachy! Ta pewność siebie, kiedy machnięciem ręki ” pansędzia” odgania od siebie jak muchy zrozpaczonych zawodników... Ta wydęta dolna warga... Każdy ma prawo się mylić, ale niech następnym razem taki ”pansędzia” myli się w biurze, albo na zmywaku, ale nie na boisku! Tam jego arogancka mina nie będzie nikogo denerwować.

Bezspornym faktem jest, że dzięki ”pansędziowskim” klopsom obejrzymy wyjątkowo ciekawy półfinał Algieria - Egipt. Mecz z podtekstami. Komu kibicować? Egipt znalazł się tam po przekręcie, który miał na jego awans jednak mniejszy wpływ niż przekręt w meczu Algierczyków z Wybrzeżem.

PS4  A tutaj przeczytacie o śląskich arbitrach, którzy właśnie prowadzili mecz w lidze Arabii Saudyjskiej.

niedziela, 24 stycznia 2010
Piechniczek triumfuje. Algierski Piechniczek

Dotąd w historii algierskiego futbolu najważniejszy był rok 1982 i niezwykłe - choć bez happy endu - mecze na hiszpańskim mundialu. Tamten zespół z lat 80. z Rabahem Madjerem i Lakhdarem Belloumim był legendarny i - wydawałoby się - niedościgniony, ale teraz o miłość kibiców walczy obecna drużyna, która w krótkim okresie dokonała czegoś naprawdę niezwykłego. W dodatku nadal może osiągnąć więcej niż dawni mistrzowie!

Nie ma chyba obecnie drugiego takiego kibica piłkarskiego jak algierski. Czy ktoś przeżywał taką jak on huśtawkę nastrojów?

Najpierw zwycięstwo w niezwykłym barażu z Egiptem i w efekcie awans do mundialu, pierwszy od czasów tamtej złotej drużyny z lat 80.

Potem, na dzień dobry mistrzostw Afryki klęska 0:3 z Malawi - drużyną, która nigdy wcześniej nie wygrała meczu w finałach Pucharu Narodów Afryki!

Potem jednak awans, ale osiągnięty w dość wstydliwy sposób. Tym razem w rolę Algierii wcieliło się Mali, a Algieria i Angola były RFN-em i Austrią.

Potem zwycięstwo w niezwykłych okolicznościach z najsilniejszą dziś chyba drużyną Afryki. Podnieść się po tak efektownym ciosie jaki dostali w 89 minucie to duży wyczyn. Okazało się, że gol roku (cuuudowny, cuuuudowny, cuuudowny strzał Kadera Keity) był sztuką dla sztuki. To, co sędzia zabrał w 90 minucie (nie dał autu dla Algierii, po którym WKS strzelił bramkę), oddał z naddatkiem w 120 minucie (nie uznał prawidłowego gola dla WKS).

Rabah Saadane znów jest bogiem algierskiej piłki. Pomyślcie ile czasu minęło... To tak, jakby z polską drużyną sukcesy odnosił dziś Antoni Piechniczek. Różnica między nimi jest taka, że Piechniczek obejmował ojczystą reprezentację dwukrotnie, a Saadane aż... pięciokrotnie. Pierwszy raz zdarzyło się to jeszcze przed hiszpańskim mundialem! No i druga różnica: Piechniczek jest starszy. O sześć lat. 

Słowko o drugim ćwierćfinale. Najbardziej podobało mi się niezwykłe smagnięcie pejczem Asamoaha Gyana. Nie wyobrażam sobie lepiej wykonanej klasycznej kontry.

PS W swoim długim życiu nie przypominam sobie zbyt wielu takich sytuacji. Żeby reprezentacja Polski w sporcie drużynowym w tak efektowny sposób kontrolowała przebieg gry w tak ważnym meczu z tak klasowym przeciwnikiem, jak to zdarzyło się dziś naszym szczypiornistom w meczu z Hiszpanią?!

Do tego wyczynu mogę chyba przyrównać tylko mecz naszych piłkarzy z Portugalczykami w 2006 roku na Stadionie Śląskim. Ale wtedy drżeliśmy jednak o wynik do samego końca (a właściwie na sam koniec), a dziś - nie. Poza tym w ostatecznym rozrachunku tamten mecz okazał się jednorazowym wyskokiem, który nic nam nie dał. Ten dzisiejszy może być rzeczywistym krokiem do sławy.

Spotkanie z Hiszpanami świadczy, że Polska na stałe weszła do grona potęg w tym sporcie. Cieszy, że wreszcie w sporcie popularnym i uznanym na całym świecie (choć przede wszystkim w Europie), a nie w bierkach na czas.

Czy Wam przypomina się jeszcze jakiś mecz w jakimkolwiek sporcie, który można przyrównać do dzisiejszej wspaniałej wiktorii z Hiszpanami?

PS1 Forza Inter!

PS2 A poza tym uważam, że "Omega" powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

piątek, 22 stycznia 2010
Nowa świecka tradycja?

Górnik Zabrze zorganizował dziś spotkanie noworoczne. Do hali Pogoni przybyły tłumy gości. Wśród nich pojawił się zaproszony na imprezę Czadoblog. Tłum zabrzańskiej wierchuszki paradującej w eleganckich jedno- i dwurzędowych garniturach, wymieszał się z wbitymi w jednakowe dresy piłkarzami pierwszej drużyny. Tylko Czadoblog był w swoim tradycyjnym seledynowym mundurku.

Na spotkaniu zjawili się działacze, biznesmeni, dawne sławy, miejscowe vipy, vipki i vipuchy. Asystowali im błyskawicznie zgadujący życzenia gości kelnerzy i kucharze (catering rzeczywiście był genialny). - „O! Jest nawet Śląskie Centrum Chorób Serca” - jeden mężczyzna w marynarce witał w ten sposób drugiego. Czadoblog też przeżywał momenty zaskoczenia - na przykład wtedy, gdy okazywało się, że dawno niewidziany znajomy dziennikarz zmienił wcielenie i jest teraz... dyrektorem fabryki zapałek.

Od razu wystartowałem do gospodarza spotkania, prezesa Jędrzeja Jędrycha. Byłem ciekaw po co właściwie Górnik organizuje tego typu impezę. Dotąd czegoś takiego przecież w Zabrzu nie było, a już na pewno nie na taką skalę. - Chcemy pokazać, że nie można nas skreślać. Chcemy się zjednoczyć i pokazać, że jesteśmy razem. Razem, mimo że ten sezon wyobrażaliśmy sobie zupełnie inaczej... - podkreślił trochę górnolotnie prezes.

A przy okazji przekazał Czadoblogowi interesujące wieści. Na przykład taką, że po bardzo długiej dyskusji prezes z trenerem Nawałką wspólnie zdecydowali: Mateusz Kamiński zostaje w Zabrzu. Tym sposobem GKS Katowice będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę... Albo inna wiadomość: najlepsze wrażenie ze wszystkich ostatnio testowanych zawodników w Górniku (a kolejni właśnie dojechali) robi Słowak Vladimir Balat. Choć podobno nie miał najlepszego startu, z dnia na dzień jego postawa podoba się w Zabrzu coraz bardziej i teraz jest bliski podpisania kontraktu. - Coś w sobie ma - uważa prezes Jędrych.

Było trochę przemówień. Michael Mueller, szef Allianza, dodawał zebranym otuchy z... telebimu. To dlatego, że akurat przebywa w Innsbrucku, gdzie ogląda mistrzostwa Europy w piłce ręcznej (patrz PS2). Z kolei na miejscu wszystkiego dobrego życzyła zebranym Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza. - Zbliżają się wybory samorządowe - komentowali kąśliwie jedni. - Pani prezydent zawsze interesowała się Górnikiem - ripostowali zimno inni.

Małgorzata Mańka - Szulik i piłkarze Górnika

PS Jedno pytanie pozostało bez odpowiedzi. Czy to spotkanie można uznać za jakąś formę rywalizacji Górnika z Ruchem? Ruch od dawien dawna w drugiej połowie grudnia organizuje spotkanie wigiljne, które gromadzi całą „ruchowską rodzinę”. Czy Górnik będzie teraz w połowie stycznia regularnie organizował spotkanie noworoczne? Czy „zabrzańska rodzina” tego chce?

Osobiście nie mam nic przeciwko temu. Grudzień Ruchu, styczeń Górnika - może być.

PS1 Omega, Omega, Omega...

PS2 A propos mistrzostw Europy w szczypiorniaku. Tomasz Rosiński, jeden z uczestników turnieju, dziś zawodnik Vive Kielce, wychował się właśnie na Zaborzu (dzielnicy, gdzie odbyła się dzisiejsza impreza). Kiedy miał 10 lat zaczął trenować w szkole sportowej niedaleko kościoła. Teraz, jeśli się nie mylę, jest jedynym Ślązakiem na austriackich mistrzostwach Europy.

PS3 O Odrze zaczynają mówić na Zachodzie.

PS4 Sabri Bekdas odwiedził Bukową.

czwartek, 21 stycznia 2010
Taka piękna hala...

Katowice to bardzo specyficzne miasto. Wyjątkowo piękne, choć wielu niewprawnych nie potrafi tego piękna dostrzec. Ponad rok temu temu ujmowałem się za kielichami na katowickim dworcu, teraz czas na halę targową popularnie zwaną Supersamem (pewnie zdarza się Wam kupić tam czasem jakąś książkę w Empik-u, albo jakieś perfumy w sąsiednim sklepie), która jest położona niedaleko dworca autobusowego.

Ta hala to unikat w skali Śląska. Stalowa paraboliczna konstrukcja zaprojektowana przez cenionego inżyniera Stefana Bryłę nie jest codziennością. Mało tego; po raz pierwszy w Polsce zastosowano w tym miejscu konstrukcję spawaną. W latach 30. XX wieku było to mocno nowatorskie rozwiązanie. Tymczasem pojawił się pomysł rozebrania hali i zbudowania na tym miejscu nowoczesnego budynku. Pomysł jest mocno zaawansowany.

Niektórzy twierdzą, że "pewne symbole trzeba poświęcić w imię rozwoju". Ja tak nie uważam. Bez symboli, bez zachowania unikatowych fragmentów przeszłości, rozwój nie ma sensu. Zabytki to nie tylko zamki i pałace. Wydawałoby się, że na Śląsku wszyscy to doskonale rozumieją...

Żeby Wam uzmysłowić o co chodzi, Czadoblog prezentuje oryginalne unikatowe zdjęcie z 1937 roku (archiwum Mariana Lubiny).  

1937: budowa hali targowej w Katowicach

Widzicie tu halę w trakcie budowy. To jest właśnie ta paraboliczna konstrukcja. Szkoda, że teraz część wnętrza hali podzielono między różne drobne i wieksze sklepiki. Nie widać stamtąd tego sklepienia.

Zwrócicie mi pewnie zaraz uwagę, ze Czadoblog sportem stoi, więc dlaczego w tym miejscu piszę o hali targowej. Gdzie akcent sportowy? Proszę bardzo. Otóż nie zawsze tam handlowano. Zdarzyło się na przykład, że walczyli w tym miejscu pięściarze polscy z węgierskimi w oficjalnym meczu międzypaństwowym. Fajnie, co? Moim zdaniem to idealne miejsce do organizowania takich wydarzeń. Oczywiście już nie teraz, kawałek dalej stoi przecież Spodek...

PS Mój kolega Maciek Blaut ma całkowity zakaz komentowania tego wpisu:-)

PS1 Górny Śląsk to specyficzne miejsce. Zdarza się, że wspominkowe spotkania łatwiej zorganizować w Niemczech niż w Polsce. Tak jest choćby w przypadku imprezy z okazji 30-lecia mistrzostwa Polski Szombierek Bytom. W czerwcu z tej właśnie okazji ma dojść do spotkania byłych zawodników Szombierek we... Freiburgu. Od organizatorów wiem, że udział i grę (bo bez kopania piłki się nie obejdzie)potwierdzili m.in. Jan Wilim, Wiesław Krauze, Adam Książek i inni. Z wieloma dawnymi gwiazdami Szombierek nawiązywany jest właśnie kontakt, żeby ściągnąć ich do Freiburga. Więcej informacji tutaj.

PS2 A po za tym o Omedze pamiętamy.

środa, 20 stycznia 2010
z-z-z-z-z-z-z....

Czadoblog doznał dziś traumatycznego przeżycia. Zamarzł w trakcie oglądania meczu piłkarskiego. Było zimno, zimniej niż wczoraj. Górnik Zabrze grał sparing z Rozwojem Katowice na sztucznej murawie Stadionu Śląskiego. Trzeba od razu zaznaczyć, że był to eksperymentalny Górnik Zabrze; piłkarze spotkali się w tym składzie po raz pierwszy. Środek pola był oparty na przykład o międzynarodowy trójkąt gruzińsko-słowacko-nigeryjski. Z kolei jedynego gola dla Górnika zdobył Litwin (ale i tak wygrał Rozwój).

Zaraz po meczu spytałem trenera Adama Nawałkę o sens rozgrywania meczu w takich warunkach. Szkoleniowiec jednak nie narzekał, podkreślał, że widzi dobre strony takiego meczu. - Wiadomo, że nie można wymagać nie wiadomo jakich akcji, albo wyjątkowego dryblingu. Można jednak dostrzec, czy piłkarz potrafi poprawnie zagrać dalekie podanie, albo czy ma zdolność przewidywania wydarzeń na boisku - stwierdził Nawałka. Niestety trener nie miał zbyt zadowolonej miny. - Trudno cokolwiek o tych piłkarzach powiedzieć. Porównując tych zawodników do graczy Rozwoju muszę przyznać, że nikt nie pokazał się nadzwyczajnie. Ale wszyscy dostaną jeszcze szansę - dodał Nawałka.

Piłkarzy było trochę żal. Po meczu Nigeryjczyk anonsowany jako "Lucky Okpara" trząsł się z zimna, zdążył tylko wydukać, że na śniegu gra pierwszy raz w życiu, ale że wszystko jest OK. Drużyna jest OK, warunki są OK, mecz też był OK. Z kolei Gruzin Mirza Bżalawa, upewniał się czy jest na testach w tej sławnej drużynie, która tyle razy była mistrzem Polski.  Tak, drogi Mirzo. To jest właśnie ten zespół!

PS Brawa dla kadry za zwycięstwo z Tajlandią. Fajnie, że selekcjoner wynalazł nową pozycję Maciejowi Sadlokowi, rewolucyjne rozwiązanie na pewno wykorzysta teraz w Ruchu Waldemar Fornalik. Fajnie również, że selekcjoner tak długo przetrzymał na ławce Kamila Glika, że nabuzowany piłkarz Piasta kiedy już wszedł, to w inauguracyjnym występie od razu strzelił gola. Wszystko to są zapewne przemyślane działania Franciszka Smudy.

Gratulacje dla telewizyjnego komentatora Macieja Iwańskiego, poradził sobie. A przecież na świecie jest chyba tylko jedna reprezentacja, której zawodnicy mają nazwiska trudniejsze od tajlandzkich. Sprawdźcie sobie skład kadry Madagaskaru...

PS1 Jest pomysł, żeby na głównej murawie Stadionu Śląskiego założyć sztuczną murawę. Tak jak na Łużnikach. Co sądzicie?

PS2 Piszę sobie te słowa w ciepełku, ale kiedy je czytacie, na bocznym boisku Śląskiego drży właśnie z zimna inny zestaw drużyn. To piłkarze Ruchu Radzionków i Polonii Łaziska. Na ich miejscu zwróciłbym się o dodatek za grę w ekstremalnych warunkach:-) Pomyślcie o nich ciepło.

PS3 A poza tym uważam, że Omega... itd.

Smuda - żenady ciąg dalszy

Dzisiejszy wywiad z Franciszkiem Smudą w "Gazecie" dał mi potwierdzenie, że nie jest to najlepszy selekcjoner jakiego mogliśmy mieć.

Wystarczą dwa fragmenty. Jeden dotyczy spraw merytorycznych, a drugi pozamerytorycznych.

Fragment 1: "Mogłem spróbować innych bramkarzy, np. Grzegorza Sandomierskiego z Jagiellonii, ale nie bronił w lidze, odkąd Ruch strzelił mu pięć goli. I co, na takiego miałem postawić? Jeśli nie wziąłbym Pawełka, to kogo? Bośniaka Jasmina Buricia z Lecha, bo się wyróżnia?"

Komentarz: Ciekawe ile Smuda ogląda meczów polskiej ligi. Wygląda z tego, ze niewiele. Jaki Burić?! Tylko na Śląsku widzę trzech bramkarzy godnych sprawdzenia w kadrze choćby w takim turnieju. Skoro taki nieurodzaj, to dlaczego szansy nie dostał choćby Krzysztof Pilarz z Ruchu? "Nieprzeciętny refleks, spokój i wielka sprawność czynią go jednym z najlepszych bramkarzy w ekstraklasie". Albo Wojciech Skaba z Polonii, który wkrótce może być nowym Muchą. "Wielki talent w stolicy po prostu się marnował". Albo wreszcie Sebastian Nowak z Górnika. "Solidny, spokojny, zdecydowany. Gdyby nie on, z Górnikiem byłoby jeszcze gorzej". Każdy z nich nie jest gorszy od bramkarzy wziętych przez Smudę do Tajlandii. Wynika z tego, że selekcjoner cienko zna się na obsadzie bramki... Skoro na Śląsku jest tylu fachowców, to w innych rejonach też pewnie się znajdą. Mam przeczucie, że w sprawie bramkarzy Smuda zdaje się z całą ufnością na swego asystenta.

Fragment 2: "Za podróż żony zapłaciłem, jest na moim utrzymaniu. Paweł Janas brał swoją na każde zgrupowanie i było cicho."

Komentarz: Czyli z tą żoną to jednak była prawda... Tekst selekcjonera jest megażenujący. Po pierwsze: ciekawe co Smuda odpowie kadrowiczom, jeśli oni będą chcieli zabrać małżonki na kolejne zgrupowanie? Czy są gorsi? Oczywiście tak samo jak Smuda mogą zapłacić za pobyt połowic, piłkarzy też stać, a co... Hasło "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie" chyba ich nie przekona...

Po drugie: oooo, wygląda na to, że pan Franiu to skarżypyta... Do tego płaczliwy skarżypyta. Ojej, Paweł Janas zabierał? Jeśli to prawda, widocznie robił to w wyjątkowo zawoalowany sposób. Przyznam, że takie info to dla mnie nowość. Jestem przekonany, że gdyby media o tym wtedy wiedziały, to Janasa by rozgniotły. Przynajmniej część z nich. Bo nigdy nie jest tak, że media mówią jednym głosem.

Tekst Smudy przypomina mi dialog pani wychowawczyni z niegrzecznym dzieckiem:

- Jasiu, dlaczego rozbiłeś szybę w szkole?

- Proszę pani, a Wojtek wcześniej rozbił dwie szyby i nikt na niego nie krzyczał. A na mnie pani jest zła. Dlaczego? To niesprawiedliwe...

wtorek, 19 stycznia 2010
Wreszcie!

Czadoblog zwalczył wreszcie wszelkie niesprzyjające okoliczności i mógł zaliczyć swój pierwszy w tym roku mecz piłkarski (osiemset czterdziesty trzeci w życiu).

Na bocznym boisku w Tychach GKS zagrał z Polonią Bytom. Wygrali goście 2:1 (2:1).

Co mi się podobało:

a) gra Polonii w pierwszej połowie. Bytomianie siedli na gospodarzach i oddali mnóstwo strzałów. Strzelali i strzelali... A przecież był to skład eksperymentalny, z wieloma graczami testowanymi. Podobał mi się zwłaszcza jeden - Wojciech Reiman ze Stali Rzeszów, grający na środku pomocy. Moim zdaniem to talent czystej wody, strzelił zresztą gola. Dobry środkowy pomocnik na pewno się Polonii przyda...

b) że polscy zawodnicy wreszcie dochodzą do słusznego wniosku: lepiej grać w solidnym klubie w Polsce niż tułać się na obczyźnie, tej niby ziemi obiecanej. Przykładem może być choćby Bartłomiej Pacuszka, ostatnio próbujący sił w Heraclesie Almelo i Twente Enschede, a teraz w Polonii.

c) kiwka Łukasza Skrobacza z GKS-u Tychy. Ten młodziutki piłkarz grał dotąd w zespole młodzieżowym Odry Wodzisław, ale jak najszybciej powinien trafić na stałe do pierwszego zespołu. Szybki, zdecydowany, myślący... Nie tylko na boisku, jako bodaj jedyny włożył czapkę, co - jak przekonał się lekkomyślny Czadoblog - było posunięciem rozsądnym i ze wszechmiar wskazanym. Więcej takich Skrobaczów, a o GKS-ie Tychy znów usłyszy cała Polska! Nie wiem czy tego samego zdania nie jest trener Mirosław Smyła, który po pewnej nieudanej akcji zawył pod nosem: „wyp.. wszystkich starych i grajmy młodymi”.

Swoją drogą czapka była bardzo poszukiwana. Jeden z tyskich piłkarzy, po tym jak przebrał się i wrócił na drugą połowę, dostał burę, że jej nie założył. Słusznie. Gdybym był trenerem też dałbym mu reprymendę. Albo zabrał czapkę:-)

d) sposób w jaki trener Smyła żyje meczem. Potrafi być dowcipny. W II połowie kilka razy zapomniał, że przebiega przed kamerami telewizyjnymi. Kiedy w końcu zdał sobie z tego sprawę, rzucił w stronę reporterów, że to... akcja pod arsenałem. Bez przerwy komentował wydarzenia boiskowe. „Dominik, to nie jest play station” - tłumaczył pod koniec meczu zawiłości taktyczne jednemu z podopiecznych.

O trenerze Polonii nie mogę nic powiedzieć. Jurij Szatałow wyjechał na staż do West Hamu, a zastępujący go Dietmar Brehmer, chciał się skupić i poszedł na drugą stronę boiska.

Co mi się nie podobało:

a) gra nowej gwiazdy Polonii Vladimira Milenkovicia. Właściwie dla niego przyszedłem na ten mecz. Oprócz jednego sprytnego strzału lobem (to jego specjalność) Serb niewiele pokazał. Usłyszałem wydaną z przekąsem opinię, że zaraz po tym jak podpisał kontrakt, to już nie gra, nie stara się. Dajmy mu szansę... Przecież nie zawsze zawodnik z Bałkanów kopie piłkę w tak potwornym zimnie. Polonia grała zresztą w systemie 4-5-1 i Milenkoviciowi nie było łatwo samemu walczyć z całą tyską defensywą. Do tego dostawał piłki właściwie tylko od prawego pomocnika Dejana Gericia, który ciągle jest w Polonii testowany i kontraktu na razie nie podpisał (i na mój nos nie podpisze). Dodam w tym miejscu, że do Bytomia przyjechał właśnie prawy obrońca z Bałkanów o nazwisku Atanasković (podobno już na pewno nie „Popović”, he, he;-). Ma pokazać się w jutrzejszym sparingu z Cracovią na bocznym boisku Stadionu Śląskiego.

b) to już chyba między wierszami napisałem, ale wyartykułuję wyraźnie: cholerny mróz... Taki mróz powinien być w Polsce zakazany!

PS Słówko o Ruchu Chorzów. Żeby było jasne: nie jest tak, że piłkarze „niebieskich” nie dostają co miesiąc pensji. Pensje dostają - tyle, że nie te, które akurat wypadają, a... wcześniejsze. A poza tym wiadomo: uważam, że Omega powinna wrócić. O innych sprawach nie warto w ogóle pisać. Dość o lidze Burkina Faso;-) Bo z Niedzielanem nic nie jest pewne, te próbne balony puszczane z „Polonii” są tylko i wyłącznie rozśmieszające.

poniedziałek, 18 stycznia 2010
Polonia rozwali ligę?

Polonia Bytom szykuje nową broń atomowego rażenia. Niech Vladimir Milenković strzeli w rundzie wiosennej choć połowę takich goli, jakie walnął w 2009 roku, to cała polska liga zakwili i umrze. Prawie nikt nie będzie chyba wtedy w Bytomiu tęsknić za Michałem „Sześć Sekund” Zielińskim.

W weekend Milenković zdobył już dla Polonii swoją pierwszą bramkę, w sparingu z Kluczborkiem. Strzelił ją jako... „Popović” czyli taki nasz „Kowalski”, bo bytomscy działacze nie chcieli się nim za bardzo chwalić... Ciekawe, że Milenković najpierw pokazał się w Wodzisławiu. Tam się spodobał - w  Odrze go chcieli, ale nie dogadali się z piłkarzem w sprawie kasy. Polonia chce jeszcze napastnika ostatecznie przetestować w środowym sparingu z Cracovią. Warto chyba będzie się na ten meczyk wybrać:-)

Bo wygląda na to, że Milenković potrafi. Jest na co popatrzeć:

Żeby jednak nie było tak „hop, siup” przypomnijmy o dwóch sprawach:

a) w rundzie jesiennej ligę miał oczarować w barwach Polonii Povilas Luksys, który na Litwie sadził bramki regularnie i gromadnie (ogólny bilans około 150 ligowych goli!). Tymczasem do składu bytomian załapał się zaledwie dwa razy. Oczywiście nie strzelił dla Polonii nawet jednej, jedynej bramki...

b) Polonia już raz sparzyła się na napastniku z Serbii. Rok temu sprowadziła Marjana Jugovicia, który bardzo dobrze spisywał się w meczach kontrolnych. W lidze wyszedł na plac trzy razy i tylko w debiucie grał w całym meczu. Bilans strzelecki: zero.... Już go dawno nie ma w Bytomiu. 

PS Oczywiście w tym miejscu jest o „Omedze”.

PS1 A w tym miejscu wszystkich kibiców Odry, m.in. pasjonatkę.sportu proszę o większą wiarę w swój własny klub. Cantoro jednak podpisał!

PS2 Jak zwykle nieprawdopodobne historie na PNA. Ten turniej przejdzie do historii jako mistrzostwa ciągłych klopsów bramkarzy. To co zrobił malawijski golkiper Swadick Sanudi (golkiper ha, ha, ha) woła o pomstę do nieba. Z drugi strony podziw musi budzić piorunujący wystrzał Malijczyków - dwa gole w pierwsze trzy minuty. Ale i tak odpadli...

WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI: działacze Polonii nie czekali na środowy sparing z Cracovią. Już dziś podpisali kontrakt z Milenkoviciem. Jak podpowiada mi Maciek Blaut, gazetowy specjalista od Polonii, bytomski klub rozwali ligę nie jednym napastnikiem, a nowiutkim atakiem bośniacko-serbskim: Karalić-Milenković. Obaj podpisali kontrakty na 2,5 roku.

 
1 , 2 , 3
Archiwum