poniedziałek, 31 stycznia 2011
Czerwone Zagłębie? Nieeee

Czadoblog lubi czasem popstrykać się ze stereotypami. Na przykład z takim, że Zagłębie Sosnowiec zawsze był klubem na wskroś przesiąkniętym komunistyczną ideologią. Już raz o tym pisałem i znów postanowiłem wrzucić kamyczek do ogródka.

60 lat temu Polska przeżywała akurat jeden z najpaskudniejszych momentów w dziejach. Na początku lat 50. władza chciała decydować o wszystkim, o najdrobniejszym detalu życia codziennego, ale okazało się, że właśnie w Sosnowcu mieli to gdzieś. No i trzeba było się poskarżyć na ówczesne Zrzeszenie Sportowe Stal czyli późniejsze Zagłębie. Trzeba było napomnieć i w styczniu 1951 roku wysmażyć coś takiego...

O pracy ideowo-wychowawczej

"Praca na tym odcinku była na Śląsku niedostateczna. Zrzeszenia i kluby prowadziły akcję sporadycznie ograniczając ją jedynie do okolicznościowych referatów. Poza tym nie przemyślano programu zajęć ideowo-wychowawczych dobierając niejednokrotnie zupełnie przypadkowych prelegentów.

Jako typowy przykład może służyć Stal Sosnowiec. Klub ten otrzymał wspaniały lokal w śródmieściu przeznaczony na świetlicę, na salę treningową" (...) Tymczasem "nie ma w klubie życia świetlicowego, nie ma pogadanek, nie ma wykładów. A sportowcom zrzeszonym w sosnowieckiej Stali przydałoby się bardzo podniesienie poziomu ideologicznego i społecznego".

I tutaj moment najistotniejszy: "nie wiadomo, gdyby pomyślano o tym wcześniej, to sosnowiczanie znaleźliby się w 1 lidze [dzisiejszej ekstraklasie, przyp.red.] i nie trzeba byłoby nakładać dwuletnich kar wewnątrzklubowych na piłkarzy z pierwszej drużyny!"

Kumacie? Jakiś debil uwierzył, że gdyby piłkarze Sosnowca często śpiewali piosnkę jaką my za chwilę wspólnie zaśpiewamy, to szybciej awansowaliby do grona najlepszych (a już cztery lata później, w 1955 roku, pierwszy raz zdobyli wicemistrzostwo Polski)!!! Tymczasem ci paskudni zawodnicy Stali ośmielili się mieć to w okolicach zwieraczy...

A teraz, dla rozluźnienia atmosfery proponuję dziarskim głosem jak jeden mąż zaśpiewać balladę o odznace "Sprawny do Pracy i do Obrony".

Gdybyście nie wiedzieli: 60 lat temu towarzysze chcieli, żeby nikt nie przejmował się się takimi duperelami jak przygotowanie zespołu w przerwie zimowej. A właściwie nie - zespół powinien być przygotowany. Ideologicznie! No bo to oczywiste: jak jest przygotowany ideologicznie to również i sportowo...

Wtedy liczyło się przede wszystkim przeskakiwanie kolejnych szczebli i zdobywanie odznak "Sprawny do Pracy i do Obrony". Ważni sportowi decydenci uznali, że w 1951 roku jest szansa, żeby osiągnąć wyznaczoną przez Główny Komitet Kultury Fizycznej cyfrę 150 tysięcy odznak SPO I stopnia! Pod jednym warunkiem: "wszystkie zrzeszenia muszą pamiętać o sprawnym przeprowadzeniu prób jak i troskliwego przygotowania młodzieży".

A teraz wszyyyyyyyyyyyyscy:

Gdy zech-cesz pieeeeeerw-szy stanąć na mecie

Nie-pows-trzy-maaaaaany żadną przeszkodą

Wiedz że o-siąąąąąąg-niesz wszystko na świecie

Gdy wal-czysz z wiaaaaaa-rą w postęp i młodzież

Refren:

Więc biegaj, płyyyyyywaj, graj w piłkę, wiosłuj

i hartuj woooooolę, moc swoich dłoni

Masz być odwaaaaaażny, masz być radosny

sprawny do praaaaaacy i do obrony

Kolejne zwrotki:

Czy jes-teś góóóóóor-nik, murarz czy kowal

ma-ry-narz, włóóóóóók-niarz czy traktorzysta

sport cię na-uuuuuuu-czy lepiej pracować

i le-piej siiiiiiły swe wykorzystać

Tylko nie fałszować:

Trak-to-ry szlaaaaaak nam w po-lu wyznaczą

i pos-tęp zroooooo-dzą ciosy oskarda

wy-wal-czym pooooo-kój sportem i pracą

nikt nie prze-łaaaamie woli miliarda...

PS Odlot, nie? Omedze udało się przeczekać.

PS1 O niewiarygodnym osiągnięciu Teodora Peterka.

PS2 Kto właściwie jest trenerem Odry... Przez takie cudaczne incydenty wodzisławski klub traci co wypracował przez ostatnie 15 lat.

sobota, 29 stycznia 2011
Plus plus minus daje zero

Wróciłem ze sparingu Ruchu z Piastem na sztucznej murawie Stadionu Śląskiego. Mecz zakończył się wynikiem 0:0.

Co mi się podobało:

a) że potwierdziła się stara, dobrze wszystkim znana piłkarska zasada: zmarnowane sytuacje się NIE mszczą. Do przerwy gliwiczanie powinni prowadzić jakieś 3:0, ale nie potrafili skierować piłki do bramki w najprostszej sytuacji (Bartoszowi Iwanowi chyba nie służy gra w opasce na głowie). Ale to Ruch miał najlepszą okazję, bo w drugiej połowie Marek Szyndrowski zmarnował karnego.

b) niezmienny spokój Marcina Brosza, trener był bardzo zrównoważony. Podniecaliśmy się, że sprawdzany w Piaście 21-letni słowacki bramkarz Jaroslav Steinigier (ostatnio Skałka Żabnica) wybronił karnego. - Panowie, spokojnie... A kto spowodował tego karnego? Plus plus minus daje zero... - tonował Brosz. Mnie gra Steinigiera się podobała, z dobrej strony pokazał się jeszcze kilka razy. Szkoleniowiec Piasta był po sparingu zadowolony z innych względów. - Po pierwsze nie było urazów. Po drugie nie straciliśmy bramki...

Mało? Niemało.

c) powrót do niezmiennego spokoju Waldemara Fornalika. Trener ochłonął po ostatnim przynoszącym wiele wrażeń sparingu z Podbeskidziem, tym razem nie wyprowadziła go z równowagi nienadzwyczajna gra podopiecznych. - Dziś wyglądało to słabo, a w ataku fatalnie - przyznał. - Z Podbeskidziem był krok do przodu, teraz był krok do tyłu. Wiadomo, że zawodnicy są zmęczeni, ale z drugiej strony właśnie wtedy wychodzi co kto potrafi - stwierdził trener chorzowian.

Co zauważyłem:

a) że coraz więcej w grze Ruchu zależy od Komaca. Ale trudno się dziwić - od tego jest, żeby od niego dużo zależało:-)

Co mi się nie podobało:

a) że nie było koksowników przy linii bocznej:-) Ale kto miałby za to zapłacić?:-)

Co mnie zaszokowało:

a) zakaz jaki zauważyłem przyczepiony do trybunki. Na tabliczce widniało jak byk:

"kategoryczny zakaz jedzenia słonecznika na terenie obiektu sportowego".

To chyba pierwsza próba wyrugowania powszechnego na śląskich stadionach piłkarskich zwyczaju. Z punktu widzenia sprzątających obiekty po meczach taki zakaz to zbawienie, bo nie wiem czy zwróciliście co macie pod nogami kiedy sędzia odgwizduje koniec meczu:-)

Z drugiej strony myślę, że wcześniej uda się zrobić sztamę Ruchu z Górnikiem, albo Polonii z Radzionkowem niż wyrugować słoniola z trybun (albo z ławki rezerwowych;-)

PS Pozdrawiam Omegę i jej koleżankę z Bukowej.

Umiecie otworzyć piwo okiem?

Wróciłem z Miejskiego Ośrodka Kultury ”Guido” w Zabrzu. Bawiłem się tam na Noworocznej Biesiadzie z Górnikiem. Warto było, impreza była udana. Piwo (oczywiście o nazwie ”Górnik”) lało się strumieniami, golonki nie brakowało, a cała sala śpiewała ślonskie szlagry. Wszyscy się rozluźnili. Widok piłkarzy grających na łopatach zamiast na gitarach rozbawił ekipę.  Na tych łopatach ''brzdąkali'' zarówno młodsi (Aleksander Kwiek, Adam Danch, Michael Bemben) jak i starsi (Zygmunt Anczok, Stanisław Oślizło, Jan Banaś). A widok ślicznej partnerki Łukasza Mazura (przyuważyłem ją już na obchodach rocznicowych Polonii Bytom), która asystowała grajkom wdzięcznie machając pomponami niczym cheerleaderka - bezcenny:-)

 Kwiek, Danch i Bemben z łopatami

do trio gitarowo - łopatowego dołącza piękna blondynka

...umiejętnie machała pomponami...

dawne gwiazdy też szalały na parkiecie

Luz jest potrzebny - od prezesa Mazura mogłem się na przykład dowiedzieć, że byli w Górniku ludzie, którzy potrafili otworzyć piwo okiem (a właściwie oczodołem). Jak przy okazji usłyszałem to umiejętność wśród zabrzańskich piłkarzy znana już wcześniej;-) Mam przekonanie graniczące z pewnością, że mój oczodół do takiej funkcji się nie nadaje...

PS Widzieliście jak gitarę trzyma Stanisław Carlos Santana Oślizło?

PS1 Jedyne co mi się nie podobało podczas udanej zabawy to fakt, że prowadzący (w końcu zawodowi artyści estradowi) czasem za bardzo popuszczali cugli. Wiadomo, że ma być ludycznie, wiadomo, że żarty i wice bywają rubaszne, ale nie może być tak, że u niektórych te monologi wywołują zażenowanie (choćby dowcip o trzecim oku). Nawet mocno gruboskórny Czadoblog poczuł się w pewnym momencie nieswojo i nieśmiesznie.

PS2 Omega by tam nie pasowała, ale i tak musi wrócić. Bo oczywiście ma miejsce gdzie pasuje idealnie! A przy okazji: jedyny Albańczyk na Śląsku grał dotąd w Górniku Zabrze. Pamiętacie Enkeleida Dobi? Teraz Ruch chce kolejnego. To podobno albański Cristiano Ronaldo. Zobaczymy...

piątek, 28 stycznia 2011
Noście czapki!

Wróciłem ze sparingu Polonii Bytom z Podbeskidziem Bielsko-Biała, które odbyło się na bocznym boisku Stadionu Śląskiego. Wygrali bytomianie 4:2.

Co mi się nie podobało:

a) że poloniści klepali piłkę po ziemi w sposób jakby siły nie mieli (może nie mieli, bo podobno ostatnio dostali na treningach mocno w kość). Te krótkie podania wyglądały jakby były w zwolnionym tempie, jakby sztuczna trawa zwalniała futbolówkę. Tylko coraz szczuplejszy David Kobylik miał na to sposób - rozgrywał górą. Czy zauważył to trener Góralczyk? W każdym razie w przerwie napominał swoich zawodników: "nie grać tylu poprzecznych podań!".

b) że mój ulubieniec Miroslav Barcik nie grał w czapce. To piłkarz bardzo przydatny, więc tym bardziej powinien dbać o zdrowie. Czadoblog zafundował sobie właśnie podobną fryzurę jak Barcik i myślał, że mu dziś głowa odpadnie. Jak Słowak to wytrzymuje?

c) pierwszy raz coś nie przypasowało mi na Stadionie Śląskim. To cena herbaty w stadionowej restauracji: 5 zł. Drożej jest chyba tylko na Wawelu;

Co mi się podobało:

a) że z bliska Stadion Śląski zapiera dech... Z bliska pnąca się w górę konstrukcja wygląda wręcz bajecznie! Na najlepszym stadionie w Polsce powinny więc grać najlepsze drużyny. Ponawiam apel: sprowadźmy na otwarcie Argentynę. Niech będzie to rewanż za 1976 rok;

b) akcje po których poloniści zdobywali gole. Zagrania prezentowane przez trio Radzewicz - Żółtowski - Podstawek w 45 minucie oraz duet Radzewicz - Barcik w 67 minucie - palce lizać;

c) gra bliźniaków Michała i Jakuba Góreckich z Myślenic, testowanych w Podbeskidziu. Moim zdaniem mają papiery, wykazywali dziś wielką ochotę do gry (Michał był na szpicy, Kubę wystawiono na bocznej pomocy), Jakub zdobył nawet gola. Myślę, że nie będzie im jednak łatwo i wcale nie jest pewne, że się załapią. Dwóch nowych w drużynie, którzy będą się trzymać przede wszystkim razem - to pewnie dylemat dla trenera. Bliźniacy zdają sobie z tego sprawę, więc na boisku wydzierają się tylko na siebie:-)

d) że Podbeskidzie wzięło sobie do serca ostatnią jatkę. Bielszczanie grali ostrożnie, choć spięcia i tak były. Sokołowski parę razy wydarł się na bezpardonowo grających przeciw niemu rywali. Aż koledzy go uciszali. Jakby ktoś nie pamiętał: to właśnie Sokołowski niechcąco spowodował, że Pulkowski z Ruchu prawdopodobnie ma rundę z głowy.

Co zauważyłem:

a) że czas leci, a Mariusza Ujka ciągle nie ma na boisku. Z tego co słyszę wygląda na to, że koledzy z drużyny mają mu to za złe. Może zdarzyć się, że już go w Polonii nie zobaczymy. Lada moment bytomianie zaczną szukać nowego napastnika. Chyba, że Grzegorz Podstawek w każdym meczu będzie strzelać po dwa gole - wtedy wzmocnienie nie będzie tak palące.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

On i Mickiewicz

Właśnie napisałem książkę, a raczej właśnie została wydrukowana. Kiedy Czadoblog popełnia książkę, to może ona traktować jedynie o materii najważniejszej z tych ważnych. Futbol! Miałem dużo szczęścia, bo jakoś tak mi się przytrafiło, że mogłem zająć się najwybitniejszym polskim bramkarzem wszech czasów w piłce nożnej.

Gdyby Mój Bohater urodził się dziesięć lat później - Jan Tomaszewski, który na pewno zasługuje na podziw, nie miałby swojego Wembley. To znaczy miałby, ale na ławce rezerwowych...

Gdyby Mój Bohater urodził się pięćdziesiąt lat później - grałby zapewne w Barcelonie, Realu albo Manchesterze City. Byłby milionerem i nie musiałby przez piętnaście lat pracować jako magazynier w zakładach mięsnych. Nie musiałby się prosić u wojewody o malucha, żeby móc dojeżdżać na zabiegi, kiedy był już bardzo chory. Oczywiście i tak go nie dostał. Może dlatego, że zawsze był bezpartyjny, choć czerwone cwaniaczki często próbowały wykorzystać jego nazwisko?

Byłby dziś medialną gwiazdą, ale już wtedy - w latach 50. i 60. - ludzie chcieli wiedzieć o Moim Bohaterze wszystko. "W życiu codziennym popularność bywa bardzo krępująca. Nie ma mowy o swobodnym spacerze, wypiciu kawy w kawiarni..." Ale zdarzały się i pogróżki: "Nie pamiętam już po jakim to było meczu, wróciłem wieczorem  do domu, a w drzwiach czekała na mnie karteczka. Zdenerwowany szybko przeczytałem: długo nie pożyjesz, w czwartek o godzinie 17 - koniec" - wspominał.

Mój Bohater miał jedną słabość: wręcz uwielbiał "szaleńcze szarże głową pod nogi przeciwnika". W efekcie dość często łapał kontuzje i wielokrotnie ściągano go oszłomionego z boiska przed końcem meczu, a karetka musiała odwozić go do szpitala. Ale kiedy czasem okazywało się jednak, że nie musiała, to pokiereszowany, zmaltretowany, zabandażowany, zziajany - wracał na boisko. I znów był najlepszy...

W 1956 roku odbył się mecz, który - gdyby był transmitowany przez polską telewizję - przeszedłby do legendy. Polska grała towarzysko z Turcją w Stambule. Gospodarze grali strasznie ostro, wręcz brutalnie. Mój Bohater zagrał fenomenalnie, choć odczuł twardą grę rywali. Trzymając piłkę w rękach kilkakrotnie został rzucony na słupek lub złośliwie kopnięty. A po meczu, kiedy kadrowicze spacerowali po mieście, tureccy kibice wypytywali tylko o Mojego Bohatera. Tamtejsi dziennikarze donosili, że stał się obok Adama Mickiewicza najbardziej popularnym Polakiem w Turcji (nie chce mi się wyjaśniać dlaczego wieszcz jest tak popularny nad Bosforem, pewnie uczyliście się o tym na polskim albo na historii).

Ludzie Mojego Bohatera kochali, bo sprawiał, że świat był lepszy. Myślicie, że wpadam w emfazę? W 1965 roku klub, w którym grał akurat przegrał superważny mecz 0:3. Może dlatego, że Mojego Bohatera tym razem zabrakło... Zagrał w rewanżu i sprawił, że publika mogła się cieszyć ze zwycięstwa 5:1. Po tym meczu, kiedy schodził do szatni, jakiś kibic rzucił się przed nim na ziemię. Starszy pan ucałował Mojego Bohatera w nogi...

Przekopałem mnóstwo gazet. Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Odwiedziłem Jego rodzinę. Spacerowałem po miejscach, gdzie zaczynał się uczyć bramkarskiego fachu. To była dla mnie wspaniała przygoda. Dziękuję.

%

Panie i Panowie; dokładnie 21 lat temu, 28 stycznia 1990 roku, odszedł od nas Edward Józef Szymkowiak - legenda Ruchu Chorzów (Omega miała szczęście Go oglądać), Legii Warszawa, a przede wszystkim - Polonii Bytom, której stadion nosi dziś Jego imię. Bytomski klub ma z kogo być dumny, więc nic dziwnego, że to właśnie Polonia szczególnie dba o Jego pamięć.

Tak się składa, że o Edwardzie Szymkowiaku jest ta opowieść.

PS Kto w komentarzu pierwszy napisze w ilu meczach reprezentacji Polski Edward Szymkowiak zachował czyste konto - dostanie ode mnie egzemplarz książki. Wyślę pocztą (poza województwo śląskie) lub dostarczę osobiście (na terenie województwa).

PS1 Książkę można kupić na razie tylko  w księgarni "Umbrella" przy ul. Piekarskiej 5 w Bytomiu. Wkrótce tych miejsc ma być więcej.

PS2 Zwycięzcę ogłoszę w weekend w komentach pod tym wpisem. Będę go prosił o przysłanie maila na pawel.czado@katowice.agora.pl żebyśmy ustalili szczegóły:-)

00:28, pavelczado , Książki
Link Komentarze (21) »
czwartek, 27 stycznia 2011
Będzie niemiecka książka o śląskim futbolu

Spotkałem się dzisiaj w Katowicach z Thomasem Urbanem, dziennikarzem Süddeutsche Zeitung. Żywo interesuje się śląską problematyką futbolową, pisze na ten temat książkę. Roboty są zaawansowane, autor cyzeluje pracę z charakterystyczną niemiecką dokładnością. Oczywiście nie skupia się na tym kto komu, dlaczego i w jaki sposób strzelił gola, opisów meczów tam nie znajdziecie. Interesuje go niezwykła historia śląskiej piłki i losy konkretnych ludzi z nią związanych. Książka ukaże się w Niemczech już jesienią tego roku. Być może trafi w punkt, bo podobno niemieckie społeczeństwo nie ma o tych sprawach większego pojęcia.

Miejmy nadzieję, że przekład ukaże się również w Polsce, bo spojrzenie z innej strony byłoby dla wszystkich ciekawe i wzbogacające.

Niemcy coraz bardziej interesują się powikłanymi losami śląskich piłkarzy żyjących w powikłanych czasach. Od Thomasa Urbana wiem, że wkrótce do Polski chce przyjechać jeden z niemieckich naukowców. Interesują go zwłaszcza losy Ernesta Wilimowskiego. Być może Niemcy nawet nakręcą o nim film.

PS O Omedze pamiętam.

PS1 Były wicemarszałek województwa śląskiego nowym wiceprezesem Piasta. Koźmiński out. Tymczasem gliwicki klub wynajął sobie specjalistę od promocji nowego stadionu, który wcześniej zajmował się promocją stadionu Legii, więc ma w tym względzie doświadczenie. Specjalista uważa, że Piast dzięki stadionowi będzie mieć nad lokalną konkurencją dużą przewagę.

PS2 A hokeiści preferują różne rowki... Ciekawy tekst o rowkach Wojtka Todura - tutaj.

15:10, pavelczado , Książki
Link Komentarze (10) »
środa, 26 stycznia 2011
75 lat po. Znowu jatka

Widziałem wiele brutalnych spotkań, ale dzisiejsze przerosło wszystko. Mecz Podbeskidzia z Ruchem był pod tym względem wyjątkowy, choć długo nic na to nie wskazywało.

Wszystko zaczęło się w 43 minucie, kiedy Michał Pulkowski wydał z siebie donośny przejmujący kwik. Przeszedł mnie dreszcz, bo ja ten kwik bardzo dobrze znam. Od razu wiedziałem: kolano. Wstępne diagnozy mówią o naderwaniu wiązadła. Pewnie będzie artroskopia.

Po przerwie nie było lepiej. Łukaszowi Derbichowi przydarzyło się rozbicie nosa (początkowo wydawało się, że jest złamany, ale raczej nie. Szyty jednak będzie na pewno). Kiedy w wyjątkowo bezczelny sposób wycięty został Arkadiusz Piech, trener Waldemar Fornalik już nie wytrzymał. - To prawdziwa jatka! Jak tak można?! Chcemy coś udowodnić? Udowodnijmy to grając lepiej od przeciwnika w piłkę! - wściekał się Fornalik i szczerze mówiąc wcale mu się nie dziwię.

Piech nie zdzierżył: rzucił się na rywala i zaczęła się wielka kotłowanina, bo zaraz doskoczyli inni, na boisko wbiegły ławki rezerwowych (wiem, wiem, nie dosłownie;-). Skoro nawet Tomasz Fornalik się zagotował (w moim prywatnym rankingu na najspokojniejszych ludzi futbolu miał dotąd pewne miejsce w pierwszej trójce) - sytuacja musiała być nadzwyczajna. Bielscy kibice przekonywali potem, że Piech został wycięty, bo chwilę wcześniej tak samo niebiescy potraktowali zawodnika Podbeskidzia Michała Chmiela, ale nie wiem co mam sądzić o takim tłumaczeniu. Ważne postaci Ruchu są przekonane, że awantura wynikła z kompleksów Podbeskidzia - bielszczanie chcieli udowodnić już teraz, jeszcze przed ewentualnym awansem, że nie ustępują chorzowskiej drużynie.

Piłkarskie środowisko jak mało który ludek jest bardzo pamiętliwe. W myśl zasady: ”jeśli ty nie szanujesz rywala dziś - ktoś nie poszanuje cię jutro, twoje kolano też może nie wytrzymać...” Bielszczanie powinni zdawać sobie z tego sprawę.

Mecz został w 64 minucie przerwany na życzenie Waldemara Fornalika. Moim zdaniem bardzo dobrze się stało. Prawda jest taka, że tym razem zawodnicy Podbeskidzia przesadzili. Przypominam, że był to zwykły sparing bez żadnej stawki. Gdyby trwał dalej mogłoby się skończyć jak choćby w tym meczu...

Mało kto pewnie pamięta, ale wycinanki bielsko-chorzowskie mają ponad 75-letnią tradycję! 5 maja 1935 roku reprezentacja Bielska złożona z graczy BBTS (czyli wcześniej BBSV) grała u siebie towarzysko z wielkim wtedy Ruchem. Wtedy gospodarze wycięli trzech piłkarzy Ruchu: Giemzę, Rurańskiego, a przede wszystkim Ernesta Wilimowskiego, który odniósł poważną kontuzję lewego kolana i musiał być operowany. Cała trójka została przewieziona do szpitala w Hajdukach, bo nie chciała zostać w Bielsku... Trafiony w lewe kolano ”Ezi” dopiero w szpitalu zdołał rozprostować nogę... Ostatecznie okazało się, że pokiereszowanych w tym meczu było nawet pięciu graczy Ruchu (również bramkarz Fila, który akurat bronił w tym spotkaniu, a także Teodor Peterek). Tak więc - porównując dzisiejszy mecz - można mówić o poprawie:-/

Bardzo żałuję, że tak to się dzisiaj skończyło, bo tak naprawdę chciałem Wam napisać o czymś zupełnie innym. Właśnie dlatego pojechałem na to spotkanie, nie przeczuwając rzeźni. Otóż mecz odbył się na prawdopodobnie najstarszym ciągle używanym boisku w Polsce! Boisko na Górce przy ulicy Młyńskiej (kiedyś Muehlberg) zostało otwarte na terenie byłego kamieniołomu we wrześniu 1911 roku na potrzeby BBSV i od tamtej pory ciągle służy piłce nożnej (na otwarcie zjechał Rapid Wiedeń)! Wkrótce stadionikowi stuknie setka, pewnie będzie więc jeszcze okazja o nim napisać.

PS Mecz (nie) zakończył się wynikiem 2:2.

PS1 Choć bardzo rzadko się wzruszam, tym razem się wzruszyłem.

PS2 A poza tym zegary powinny wrócić.

wtorek, 25 stycznia 2011
Zawstydzony Małysz z kanapą w tle

Kiedyś rywalizacja beskidzko - tatrzańska była sprawą życia i śmierci.

- Na zawodach działacze i skoczkowie obu ośrodków witają się serdecznie i poklepują po ramionach, ale kiedy zaczyna się konkurs, to nie ma zmiłuj się. Kiedy zakopiańczyk Kamil Stoch na zawodach Pucharu Świata w Pragelato wyprzedził Adama Małysza, cieszyło się całe Zakopane - mówił mi sześć lat temu Tadeusz Kołder, trener kadry narodowej skoczków w latach 1977 - 81.

Pytaliśmy doświadczonego szkoleniowca dlaczego beskidzcy zawodnicy przez lata mieli lepsze rezultaty od zakopiańczyków, choć najważniejsza polska skocznia - Wielka Krokiew - jest w Tatrach.

- Może właśnie... dlatego!  - wysunął tezę Kołder. - Kiedy zawodnicy z Beskidów przyjeżdżają trenować do Zakopanego, starają się wykorzystać każdą wolną chwilę. Skoro zapłaciło się za wynajem, nie można marnować czasu. A zakopiańczycy mają obiekt na co dzień. Kiedy byłem trenerem, zdarzyło mi się słyszeć od zawodników z Zakopanego: "Trenerze, my to sobie poskaczemy, ale po południu"...

W 2012 roku pierwszy raz w historii odbędą się zawody Pucharu Świata na skoczni im. Adama Małysza w Wiśle Malince. Już wiadomo, że na razie odwrotnie nie będzie. Nie będzie tak, że kiedy zawodnicy z Beskidów przyjadą trenować do Wisły, będą starać się wykorzystać każdą wolną chwilę. Skoro zapłaciło się za wynajem, nie można marnować czasu... Ekipa z Wisły, Szczyrku, Ustronia albo Żywca nie będzie mieć obiektu na co dzień. Trenerowi Kruczkowi nie zdarzy się usłyszeć od zawodników z Wisły: "Trenerze, my to sobie poskaczemy, ale po południu"...

Dlaczego? Głupie pytanie... Bo przecież skocznia w Malince nie jest od skakania, ale od podziwiania. Okazuje się, że obiektu nie przygotowano na czas do zimowego sezonu. Mało tego; od grudnia nie działa nawet wyciąg, którym zawodnicy mieli docierać na rozbieg skoczni. Bo przy montażu przyjęto parametry jak dla krzesełka jednoosobowego, a w rzeczywistości jeździła dwuosobowa kanapa:-)))) Nadzór techniczny nie pozwala więc na eksploatację wyciągu. Gdyby ktoś nie wiedział: monterami kanapy była ekipa Monty Pythona. Nie wiem jednak czy monterzy daliby radę pocieszyć Małysza. Bo nasz mistrz najzwyczajniej w świecie się wstydzi...

PS Nie sądzę, żeby Omega chciała stać przy skoczni w Malince.

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Za niskie progi

Na Śląsku mało kto kojarzy Roka Elsnera. Oczywiście na Górnym Śląsku, bo na Dolnym już bardziej. 25-letni stoper miesiąc temu podpisał kontrakt ze Śląskiem Wrocław. To oznacza, że wymagający Orest Lenczyk coś w nim dostrzegł.

Mało kto pamięta, że sytuacja z kojarzeniem mogła być odwrotna, ale Słoweniec zdecydował inaczej. Ktoś jeszcze pamięta, że chłopak był na testach w Odrze Wodzisław już w czerwcu 2009 roku? Sytuacja w tym klubie nie była jeszcze tak dramatyczna jak dziś, ale już wtedy Elsner podjął zaskakującą (wówczas) decyzję. Z tego co wiem odpuścił testy, bo uznał, że... to za niskie progi na jego nogi i wyjechał. Tak przynajmniej można było usłyszeć w Wodzisławiu. Zazwyczaj to klub rezygnuje z testowanego zawodnika, a nie odwrotnie...

Elsner, który zanim znów przyjechał do Polski kopał za pieniądze futbolówkę w Kuwejcie i Norwegii, pewnie za głowę by się złapał, gdyby przestudiował obecną sytuację klubu z Wodzisławia. Dziś członkowie rady nadzorczej odwołali z funkcji prezesa Czecha Marka Zdrahala. Nowego nie powołali, bo powinien przecież o tym zdecydować nieobecny w Polsce inny Czech - Zdenek Zlamal, właściciel klubu. Uwierzycie, że w Wodzisławiu poważnie zastanawiają się czy Zlamal na prezesa nie powoła... Zdrahala?

Wiatr w oczy działaczom, piłkarzom i kibicom Odry wieje, PZPN też dorzucił swoje trzy grosze. Dziś kilku zawodników telepało się do Warszawy, bo związek miał się zająć ich wnioskami o rozwiązanie kontraktu z winy klubu, złożonymi wcześniej w piłkarskiej centrali. Nic z tego: jeden z członków komisji dziś rano przedłożył  wniosek o urlop. Sprawa została przesunięta, tylko dlaczego nikt o tym piłkarzom nie powiedział w odpowiednim czasie? To  przykład jak niektórzy mają wszystko w nosie.

Przykre.

PS Zegary powinny wrócić.

PS1 GKS-owi Tychy grozi odebranie punktów za długi.

niedziela, 23 stycznia 2011
Kibice w swoim mieście

Zostałem zaproszony przez kibiców Ruchu na spotkanie. W Chorzowie zorganizowano właśnie  warsztaty edukacyjne dla fanów pod hasłem "Kibice w swoim mieście", na których byłem gościem.

Czadoblog nigdy nie ukrywał, że jest zwolennikiem trójpodziału. Oczywiście nie chodzi mi sposób funkcjonowania państwa spopularyzowany przez Monteskiusza, ale raczej o sposób funkcjonowania klubu piłkarskiego:-)))). Czyli: piłkarz jest od grania, działacz od działania, a kibic od kibicowania. W interesujący sposób miałem dziś okazję o tym z kibicami podyskutować...

Środowiska kibicowskie będą się u nas coraz bardziej aktywizować, a wynika to m.in. z faktu, że wkrótce w Polsce odbędzie się Euro 2012. UEFA postawiła przed organizatorami różne zadania: liczyć się ma nie tylko infrastruktura, chodzi również o względy społeczne. Stąd właśnie podobne inicjatywy; mają za zadanie - górnolotnie pisząc - przywrócić kibiców społeczeństwu, udowodnić, że z kibicami też da się rozmawiać, że jest w nich wiele pozytywnej energii, którą można dobrze wykorzystać.

To były drugie warsztaty tego typu, pierwsze zorganizowano dla fanów Lechii, Legii i Śląska. W obecnej edycji uczestniczy Ruch, a także kluby z Łodzi. Okazuje się, że kibice mają wiele różnych pomysłów, jednym z nich jest możliwość uruchomienia projektu "bezpieczny powrót". Chodzi o to, żeby w skomplikowanym górnośląskim tyglu dać sobie na co dzień radę, bo wiadomo, że kibice wielu śląskich drużyn mieszkają w przeróżnych miastach, często oddalonych od klubu. Chorzowscy kibice chcieliby w tym względzie podjąć współpracę z Urzędem Miasta, spotkali się już nawet z nowym prezydentem Chorzowa.

Jeśli wszystko się powiedzie zostanie podjęta inicjatywa pod hasłem "kibice razem". Chodzi o stworzenie m.in. w Chorzowie specjalnego ośrodka pedagogicznego, który współpracowałby z kibicami. O tym, że podobne inicjatywy  mają sens świadczy przykład Magdeburga, z którym chorzowscy fani chcą współpracować. Kibice z tego miasta niedawno odwiedzili Chorzów i opowiadali o "fan-projektach", które przeprowadzają u siebie. Generalnie chodzi nie tylko o kibicowanie, ale o daleko posuniętą solidarność, o pomoc człowiekowi w potrzebie. Taki ośrodek ma sens zwłaszcza w tych biedniejszych dzielnicach, gdzie łatwiej zejść na złą drogę. W ośrodku będą zatrudnieni na etatach profesjonaliści pomocni w przeróżnych kwestiach nie tylko kibicowskich, ale w kłopotach, które trapią ich na co dzień - na przykład w walce z uzależnieniami. W Magdeburgu przez taki ośrodek przewija się ponoć sto osób dziennie. Kibice dyskutują, spędzają wspólnie czas, uczą się i wypoczywają...

Takie ośrodki mogą pomóc w realizacji przeróżnych ciekawych pomysłów. Nie miałem pojęcia, że na przykład kibice Śląska biorą lekcje języka czeskiego, nie wiedziałem, że we Wrocławiu prowadzone są również zajęcia edukacyjne z historii regionu...

Inicjatywa podoba mi się. Jeśli uda wcielić się ją w życie - ucieszę się. Na razie za akcją stoją w Chorzowie głównie słowa, a słowa niewiele kosztują. Kibice Ruchu zapewniają jednak, że są pełni entuzjazmu i pomysłów i że słowa przejdą w czyny.

Trzymam kciuki.

PS Więcej o inicjatywie - tutaj.

PS1 Przy okazji dowiedziałem się o co kibice mają generalnie pretensje do mediów. O to, że dziennikarze nagłaśniają złe zdarzenia, a pomijają dobre (choćby liczne akcje charytatywne). Odpowiadam: akcji charytatywnych organizowanych przez kibiców różnych śląskich klubów jest tak dużo, że nie sposób napisać o wszystkich, a jeśli napiszemy o jednej to inicjatorzy innych, będący fanami innego klubu poczują się pominięci i lekceważeni. Może nawet zasugerują, że o tamtych piszemy, a o innych nie, bo akurat temu klubowi kibicujemy, a innemu nie?

A złych zdarzeń dziennikarze nie wymyślają - one się przecież zdarzają...

Jeśli czujecie niedosyt w informowaniu o pozytywnych działaniach kibicowskich -  zawsze możecie napisać na adres pawel.czado@katowice.agora.pl.

UPDATE A zegary powinny wrócić!

 
1 , 2 , 3
Archiwum