środa, 30 stycznia 2013
Pieluchomajtki

Nie wiem dlaczego, ale niektórzy uważają, że uwziąłem się na obecnego prezesa PZPN i nie śpię po nocach kombinując jak mu przyładować.

Muszę jednoznacznie zaprzeczyć. Zbigniewa Bońka jako piłkarza bardzo szanuję, podobnie zresztą jak poprzedniego prezesa Grzegorza Lato. Co prawda już przez mgłę, bo obaj ostatni wielki sukces, który by mnie rozpalił osiągnęli dokładnie w tym samym momencie czyli w 1982 roku. Cztery lata później w Meksyku okazało się, że to już nie ta sama repra. Nie dlatego, że zabrakło w niej Bońka, ale dlatego, że zabrakło Lato.

Oczywiście o Zbigniewie Bońku jako człowieku futbolu mam zupełnie inne zdanie niż o piłkarzu. Całkowicie przestałem przejmować się jego opiniami rok temu, kiedy dobitnie udowodnił, że w ogóle nie rozumie o co w tym sporcie chodzi, przede wszystkim od kibicowskiej strony.

Natomiast na razie nie wyrobiłem sobie zdania o tym jakim będzie/jest prezesem PZPN. Przestrzegałem jedynie  (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) przed traktowaniem go w polskiej piłce jak basileusa i stosowaniem proskynesis. Zadziwiony jestem, że aż tak wielu ludzi ma kłopoty z czytaniem ze zrozumieniem.

Oczywiście był to nieśmiały apel przede wszystkim do kibiców. Wydawało mi się, że dziennikarzom pewnych rzeczy nie trzeba uświadamiać. Nawet bym się nie ośmielił. Wygląda jednak na to, że muszę to uczynić.

Otóż zawsze wydawało mi się, że moim obowiązkiem jako dziennikarza przede wszystkim jest być uczciwym wobec mojego Czytelnika. Właśnie uczciwość wobec Czytelnika wymaga ode mnie żebym jeśli już opisuję określoną rzeczywistość (w moim przypadku futbolową) - w nią nie ingerował. Jak każdy dziennikarz zajmujący się futbolem znam wielu ludzi. Wielu szanuję, niektórymi pogardzam, trzymam się jednak jednej określonej zasady - poza łamami nie sugeruję. Nie podpowiadam. Jeśli jestem twórcą - nie mogę być tworzywem. Jeśli jestem tworzywem - nie powinienem być twórcą.

Niektórzy - ci, którzy dostali prywatną audiencję u basileusa - uwierzyli jednak chyba, że są powołani do tego żeby w naszym futbolu coś zmienić. Taka iluminacja jest zapewne niezwykle przyjemną formą przejścia na wyższy etap samoświadomości. Przyjemną powinna być niestety pod warunkiem, że definitywnie zarzuca się przedstawianie świata Czytelnikom w dotychczasowy sposób. Wielu z nich oczywiście ma własny wyrobiony pogląd, wielu jest doświadczonych, ale wielu jest także początkujących, których chcąc nie chcąc (pewnie chcąc) - można sformatować.

Zdaję sobie jednak sprawę, że pokusa dla dziennikarza jest zbyt wielka by po iluminacji ten obowiązek odstawienia pióra zrealizować. Kwestia uczciwości wymaga więc żeby przynajmniej pod każdym napisanym tekstem, który dotyczy na przykład Zbigniewa Bońka nie podpisywać się iks iksiński, ale iks iksiński, doradca Zbigniewa Bońka. Niestety; wystarczy, że tylko raz się w jakiejś sprawie doradziło, a on z tej rady skorzystał... Wtedy przestajemy już być twórcą, stajemy się tworzywem, przestajemy być tworzywem, stajemy się twórcą. Żeby uniknąć tej dwuznacznej sytuacji wystarczyło odmówić dania rady. Ale nie... Pokusa poczucia się ważnym jest zbyt wielka!

Jeśli poufnie doradzisz komuś decyzyjnemu, nawet nieformalnie, a on z tej rady skorzysta, w jakiś sposób stajesz się odpowiedzialny za ciąg dalszy. Ale to nie wszystko! Wspólna (bo jakiś rodzaj wspólnoty się przecież rodzi) odpowiedzialność to już podstawy obopólnej (choć czasami jednostronnej) lojalności.

To bardzo sprytny sposób na owinięcie sobie wokół palca niedoświadczonych dziennikarzy. Niektórzy dają się łapać na ten numer jak karpie! A spójrzcie jaki wtedy rodzi się absurd: twórca nie powinien być przecież w ten sposób lojalny wobec tworzywa, ani tworzywo wobec twórcy. Dziennikarz nie może być w ten określony sposób lojalny wobec bohatera własnych tekstów (jedyna lojalność, którą w tym przypadku uznaję to zachowanie źródła informacji w tajemnicy jeśli źródło - czasami jest nim bohater tekstu - sobie tego życzy albo tego wymaga).

Bo w tym wypadku lojalność - choć to piękny termin - niesie za sobą coraz cięższy bagaż zależności. Zależności dziennikarza od opisywanego przez niego podmiotu. I nie zmieni już tego w żaden sposób fakt, że po dłuższym okresie, ciągnięty za uszy - przyznasz się do doradzania.

Idealnie jest kiedy między twórcą a tworzywem, jeśli współdziałają między sobą w dłuższym okresie - rodzi się wzajemny szacunek, może nawet życzliwość. Ale dla dobra obu stron - obie strony powinny pamiętać o swojej roli.   

Warto przy okazji zauważyć, że temat ''Boniek'' to znakomity sposób objawienia wobec niego własnej lojalności. Można przyładować tym, którzy próbują przyładować. Tym, którym w naszej ocenie próbują przyładować jako pierwsi żeby próbować udowodnić swoją zawodową wyższość (swoją drogą żeby w takim momencie uzmysławiać sobie pojęcie ''zawodowej wyższości'' trzeba mieć jakieś kompleksy).

Niestety; obcowanie z basileusem ma to do siebie, że można się zachłysnąć. Dla wielu jest to moment nie do udźwignięcia. Nie do udźwignięcia na tyle, że ciągle wydaje im się, że są niezależni. Niepokorni. Ale czasami, tak na mój gust, tak po ludzku, z powodu obcowania z basileusem noszą pieluchomajtki. I wstydzą się do tego przyznać.

Basileus musi jednak pamiętać o jednym. Chyba nigdzie nie było tylu rozczarowań panujących najbliższymi współpracownikami co w Bizancjum. A dość często zdarzało się, że basileus w tym ostatnim momencie nie miał nawet szansy żeby to sobie uświadomić.

PS A teraz z Omegą zapraszam na film.



09:53, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (61) »
wtorek, 29 stycznia 2013
Wprowadźmy boks do szkół

Jak donosi "Rzeczpospolita" minister sportu Joanna Mucha dała do zrozumienia, że sporty, w których Polska nie ma szans na medale ważnych imprez i które nie są uprawiane masowo, mogą od 2014 roku zostać bez państwowej dotacji. Dziś ma się zdecydować które sporty mogą liczyć na przychylność państwa, a które nie.

Jest w tym jakaś myśl, ale wydaje mi się, że nie tylko przeliczalność pieniędzy na medale powinna decydować. Obawiam się, że straci na tym na przykład boks, dyscyplina absolutnie wyjątkowa i moim zdaniem całkowicie niewykorzystana. Żałuję, że boks amatorski w Polsce właściwie nie istnieje. Ktoś kto chce go uprawiać nie ma takich możliwości jak jeszcze w latach 90.

Uważam, że lekceważymy w Polsce wychowawczą rolę pięściarstwa. - Czado, czyś ty zwariował? - poklupie się ktoś po głowie.-  Czy ty słyszysz co piszesz? ''Wychowawcza rola pięściarstwa?!"

Te słowa nie mogą stać koło siebie, bo ludziom postronnym robi się nieswojo. Takim ludziom wydaje się, że to sport dla półgłówków i potencjalnych bandytów, ludzi nieinteligentnych. Istnieje jedynie po to żeby przywalić komuś w papę i tyle.

To kompletna bzdura. Boks uczy systematyczności, rozwagi i wyrzeczeń. Daje pewność siebie. Już słyszę narzekania, że właściwie niszczy człowiekowi mózg. Proszę państwa - ten zarzut jest żenujący o tyle, że KAŻDY sport uprawiany wyczynowo w jakiś sposób człowieka niszczy.

Chciałbym wprowadzić boks do polskich szkół. Przecież nie każdy uprawiający boks na lekcjach zostawałby potem wybitnym pięściarzem, wiązałby z tym swoją przyszłość. Takich ludzi byłby znikomy odsetek. Osobiście chciałbym żeby Czadoblożek uprawiał w szkole pięściarstwo. Jego buzowanie energią byłoby w ten sposób pod odpowiednią kontrolą:) 

Poza tym uprawianie boksu sprawia, że człowiek zastanowi się dziesięć razy zanim podniesie rękę. Myślę także, że chuliganka wśród nastolatków znacznie by spadła.

Bardzo panią proszę, pani minister. Niech pani pamięta o boksie!

PS A poza tym Omega.

08:54, pavelczado , Boks
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Marzenie ściętej głowy

Na stronie FIFA.com pojawił się interesujący wywiad z Neymarem, gwiazdorem brazylijskiego futbolu. Miałem okazję oglądać tego piłkarza na żywo kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz podniósł mnie na duchu. Przejdźmy od razu do jego odpowiedzi na 19 pytanie. Otóż Neymar wcale nie wyrywa się do wyjazdu z ojczyzny i opuszczenia Santosu by kontynuować karierę (''Some people say you have to leave to develop but I don’t agree with that'').

Marzę o kimś takim w śląskiej piłce. Musiałby spełniać właśnie te dwa warunki. Po pierwsze musi być cholernie utalentowany. Wybitny już jako nastolatek. Wtedy możemy przejść do drugiego warunku. Po drugie - musi nie chcieć za wszelką cenę wyjechać zagranicę. Powinien dobrze czuć się w rodzinnych stronach, a niechęć do sprawdzenia się w innym miejscu byłaby całkowicie wskazana:) Marzę o kimś komu zachęty do wyjazdu, tłumaczenia, że tylko tak może się rozwinąć - będą wchodziły jednym uchem, a wychodziły drugim. O kimś kto nie będzie chciał zarobić więcej niż będzie w stanie unieść:)

Marzę o kimś takim, bo w obecnej sytuacji śląskiego futbolu zdanie się jedynie na mozolną pracę u podstaw i pracę organiczną da niewiele. Obecnie szlifuje się śląskie talenty jedynie po to żeby ktoś bogatszy wyciągnął je za zwitek banknotów.

Ktoś brylantowy mógłby pociągnąć śląski futbol w górę. Chcieć grać w doma, rozwijać się w doma. To bardzo trudne, bo wiadomo, że jeśli zgłosi się ktoś ze zwitkiem banknotów grubszym niż moje udo to przekonywać do wyjazdu zaczną nie tylko goście, ale i gospodarze, jeśli wiecie co chcę powiedzieć.

A przecież ktoś taki mógłby podziałać na wyobraźnię w niezwykły sposób. Bajtli, którzy marzą, bo chcieliby być tacy jak on. Zgredów, którzy wszystko widzieli, bo nie wierzyli, że jeszcze kogoś takiego zobaczą. Kolegów z drużyny, bo zrozumieliby, że mają szansę uczestniczyć w czymś niezwykłym. Wreszcie działaczy, którzy uwierzyliby, że lepiej nie sprzedać go niż sprzedać. Zwykłych kibiców, bo uwierzyliby, że mogą uwierzyć.

Ktoś taki mógłby poruszyć kamień bezwładu, stagnacji, poczucia bylejakości i beznadziei. A potem? Potem mogłoby się wszystko potoczyć jak śnieżna kula.

Marzenie ściętej głowy?

PS A poza tym Omega.

piątek, 25 stycznia 2013
Nie ruszajcie świąt!

Człowiek zawsze musi mieć jakieś punkty odniesienia. Moimi słupami milowymi zawsze były piłkarskie mistrzostwa świata i Europy. Świat wokół mnie się zmieniał, ale na mistrzostwa zawsze mogłem liczyć.

Słupy milowe mają to do siebie, że są do siebie podobne. Mistrzostwa w przebiegu były oczywiście niepowtarzalne, ale ich niezmienność ram organizacyjnych, m.in. sposobu kwalifikacji i jednego gospodarza dawały mi poczucie bezpieczeństwa:)

Polityczny świat pączkował/pączkuje, zarówno w Europie jak i poza nią: jest coraz więcej państw. W efekcie stare schematy z początków mojej piłkarskiej świadomości (szesnaście drużyn w finałach MŚ i osiem w finałach ME - organizatorem jedno państwo) zużyły się. Ostatnie kamienie milowe (szesnaście drużyn w finałach ME i trzydzieści dwa w finałach MŚ - organizatorem jedno, najwyżej dwa państwa) wydawały mi się w używanym schemacie organizacyjnym wręcz optymalne.

Dlatego nie rozumiem Michela Platiniego, dlatego jestem wzburzony. Po co psuć coś co jest dobre? Jak to się dzieje, że jeśli ktoś był kiedyś wybitnym zawodnikiem, to uważa, że może majstrować w idei piłkarskich rozgrywek? To tak jakby pasterz uważał, że może decydować jakiej benzyny powinny używać samochody przewożące trzodę chlewną na targ bydła i na jaki kolor powinno pomalować się karoserię tych furgonetek*.

Niestety; szef UEFA latem ujawnił pomysł turnieju Euro 2020 w wielu krajach. 24 finalistów w 13 miastach z 13 krajów?! To całkowicie psuje, uważam, ideę mistrzostw i tak nadwyrężoną moim zdaniem przez zwiększenie ilości finalistów do fatalnej dwudziestki czwórki (ta nieszczęsna liczba zdarzy się niestety cztery lata wcześniej, już na następnym turnieju we Francji w 2016). Platini stwierdził, że to doskonały sposób uczczenia 60. rocznicę pierwszej rywalizacji o prymat w Europie. Chryste Panie, już się boję jaki będzie pomysł uczczenia 80. rocznicy...

Dlaczego jestem przeciwny pomysłowi, który roboczo nazwę ''24 w 13''? Z dwóch zasadniczych powodów.

Pierwszy - warto pamiętać, że zachwyt i szacunek wzbudza jedynie coś trudno osiągalnego. Awans do turnieju finałowego sam w sobie powinien być czymś niecodziennym i uroczystym. W rywalizacji 24 finalistów widzę zagrożenie. Chodzi o to, że następstwem rozszerzenia liczby finalistów będzie w silniejszych krajach całkowity brak szacunku dla etapu eliminacyjnego. Jestem przekonany, że następnym krokiem będzie powstanie mocnego lobby najsilniejszych piłkarsko krajów, które będą żądać wręcz zwolnienia z eliminacji. W końcu stanie się pewnie tak, że osiem najsilniejszych drużyn będzie grać tam zawsze (ranking będzie miał takie zasady żeby towarzystwo zmieniało się jak najmniej - brak najsilniejszych, to strata pieniędzy), a pozostałe będą walczyć o te szesnaście miejsc.

Drugi - organizowanie turnieju przez jeden tylko kraj było świetną formą wyróżnienia, promocji, świętem dla całej nacji. Teraz turniej Euro będzie wszystkich czyli nikogo. Łatwo zdobyć w ten sposób poparcie mniejszych, którzy mogą się poczuć więksi, a których głos formalnie jest tak samo ważny jak większych. Mniejsi będą pamiętać.

Po cichu wierzę, że to jedynie jednorazowy wybryk firmowany przez Platiniego. Ciągle mam nadzieję, że decydenci się opamiętają i Euro w 2024 roku wróci do jednego, najwyżej dwóch państw. W zmniejszenie liczby finalistów nie wierzę. Nikt (poza pojedynczymi oszołomami:) nie będzie przeciw.

PS Omega czuje się jakby ktoś kazał jej nie tylko odmierzać czas, ale w chwilach gdy padają gole wydawać sygnał: biiiiiiiiii-iii-p!

PS2 Zauważam pewien paradoks. 24 drużyny na mistrzostwach to cofnięcie się do lat 80. Turnieje w 1982 i 1986 roku były wspaniałe, ale nie było to przecież pochodną najgłupszego regulaminu (właściwie dwóch regulaminowych mutacji) jaki można sobie wyobrazić.

1=> 2=> 4=> 8=> 16=> 32. Tu nie ma miejsca dla 24! Chyba, że akceptujemy zgrzyty i "lecenie" w bambuko.

* albo jakoś tak

środa, 23 stycznia 2013
Zapłaćmy im za zwycięstwo

Wokół Polonii Bytom źle się dzieje. Wygląda na to, że coraz więcej tam wraków. Wraków psychicznych.

Jedyne co mogłoby poprawić atmosferę to ligowe zwycięstwo. Czyli coś czego na Olimpijskiej nie widziano od... 1 kwietnia 2012 roku! Wtedy poloniści wygrali u siebie 3:2 z Olimpią Elbląg (z kolei ostatni raz w lidze piłkarze Polonii wygrali prawie dwa miesiące później, 27 maja w Polkowicach).

„Jak wiadomo pieniędzy nie widzieli prawie od średniowiecza, a my jesteśmy spragnieni trzech punktów" - podkreślają bytomscy kibice.

Dlatego wpadli na niecodzienny pomysł. Chcą zapłacić piłkarzom. Warunek - zwycięstwo.

Wiadomo, że jedyne za co powinien płacić kibic to bilet na mecz, ale czasem zdarzają się sytuacje nadzwyczajne. Ta właśnie taka jest, dlatego nie dziwię się inicjatywie. Jaka jest sytuacja finansowa Polonii - każdy wie.

Od 1 lutego pieniądze może wpłacać na konto:
Stowarzyszenie Kibiców Klubu Polonia Bytom
ul. Kolejowa 6/1, 41-902 Bytom
nr: 92 1050 1230 1000 0023 0260 8001
koniecznie z dopiskiem: "Zbiórka na wsparcie dla zawodników PB".

Mam zamiar się dorzucić. A Wy?

Więcej - TUTAJ.

PS Nie wiedziałem, że w transferze Arkadiusza Milika i Arkadiusza Piecha maczał palce ten sam człowiek. A jednak! Szczegóły - TUTAJ.

PS1 A poza tym Omega.

wtorek, 22 stycznia 2013
Gnojenie

O gnojeniu dowiecie się niewiele. Gnojeniu w drużynach piłkarskich, rzecz jasna.

Chodzi o specyficzne gnojenie kiedy młodziutki piłkarz wchodzi do dorosłej drużyny. Dla niektórych to nie gnojenie, a jedynie ''chrzest''.  Ale mówiąc wprost - tak naprawdę to jednak gnojenie. Młodzi o tym nie opowiedzą, bo mogłoby im to zaszkodzić w zdobywaniu pozycji w drużynie. A poza tym nie chcą wyjść na maminsynków. No i samo gnojenie po ujawnieniu mogłoby się perfidnie przeciągnąć... Z kolei starzy o tym nie opowiedzą, bo mogłoby się okazać publicznie, że ich pomysły na ''chrzest'' wcale nie są śmieszne.

Zawsze mierziły mnie wszelkie zwyczaje związane z koceniem. Jakoś przyjęło się w naszej ''kulturze'' - nie chodzi tylko o piłkę nożną - że to fajny zwyczaj. Wszelkie te klapsy, tańce z dmuchaną lalą... Pamiętam z jaką satysfakcją odnotowałem pewien fakt kiedy byłem jeszcze uczniem. W moim ogólniaku ma początku roku szkolnego trzecioklasiści zaczęli gnoić pierwszoklasistów. Z jednym zamknęli się w toalecie, a po chwili... wyszedł tylko on. Okazało się, że źle trafili, bo był zaawansowany we wschodnich sztukach walki:)

W drużynie piłkarskiej nawet jeśli młodzian mógłby się obronić lub odmówić poddania się obrzędom - nie zrobi tego. Woli zacisnąć zęby i przeczekać. Wszystko po to żeby wreszcie grać w piłkę. Zresztą może odbić sobie wcześniejsze upokorzenia kiedy sam stanie się starym repem...

Żeby było jasne - ten zwyczaj nie był/jest rozpowszechniony tylko w klubach piłkarskich. To zwyczaj ogólnosportowy. Choćby w drużynach hokejowych chrzty także były popularne.

Chrzczony:

- Nie było żadnego pobłażania. Walili w tyłek tak, że skóra pękała. Czasem drewnianym klapkiem. I żeby to raz. Ale nie, było i za pierwszy mecz, i za pierwszą bramkę. A potem w czasie wyjazdów to nawet i za pierwszy most i wiadukt. Trzeba było się też wkupić, postawić piwo. A teraz młokos przyniesie zgrzewkę, dostanie klapsa i po krzyku...

Chrzczący:

- Rzeczywiście trochę tych chrztów było. Bicie klapkiem? Tylko w czasie chrztów wychowawczych. Jak już było po wszystkim, przygotowywaliśmy zawsze miednicę z zimną wodą. Chrzczony musiał w niej usiąść, a reszta żartowała, że aż syczy...*

Cieszy mnie, że zwyczaj gnojenia młodych zaczyna we futbolu zanikać. Nie tylko dlatego, że jest biedniej (kiedy jest biedniej, drużyna zaczyna opierać się na własnych młodziutkich wychowankach, a trudno żeby mniejszość kociła większość:)

Po prostu - ten zwyczaj szczęśliwie wymiera. Nie wszystko jest bowiem elementem chlubnej tradycji:) Na przykład na ostatnim obozie w Ruchu Chorzów gnojenia już nie było. Mam nadzieję, że nie wróci.

PS Omega na pewno nie będzie kocić zegara, który ją zastąpi.

* z tekstu Wojtka Todura "Koncert na klapie od śmietnika" z 2001 roku.

19:20, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Przewaga Afryki nad Europą

Doliczony czas gry pierwszej połowy meczu Zambii z Etiopią w Pucharze Narodów Afryki. Zambijczycy strzelają gola na 1:0. Celebrują bramkę. Tańczą przy linii bocznej. Akurat tak się składa, że pod etiopskimi sektorami. Spada na nich grad wuwuzeli. Nikt z Zambijczyków nie łapie się z tej okazji za głowę, nikt nie pada, nie wije się bólu, nikt nie wykorzystuje sytuacji, nie odstawia teatru. Odchodzą i tyle.

Na tym polega przewaga piłki afrykańskiej nad europejską.

Ciekawe jak długo potrwa.

PS A poza tym Omega.

niedziela, 20 stycznia 2013
Nie szanujemy samych siebie

Kiedy słyszę o takich wydarzeniach zawsze jest mi przykro. A przykro mi tym bardziej, że sprawa dotyczy relacji między dwoma górnośląskimi klubami.

Zawsze byłem zwolennikiem ostrej wewnętrznej śląskiej rywalizacji, zawsze byłem zwolennikiem przekomarzań i docinków między kibicami po takich a nie innych wynikach, ale zawsze byłem jednocześnie zwolennikiem działań prowadzonych według określonych nieprzekraczalnych zasad.

Kiedy słyszę, że GKS Katowice jest zadowolony z testowanego od dłuższego czasu zawodnika a ten kilka godzin po treningu z katowiczanami nagle gra sparing w barwach Piasta Gliwice to rozkładam ręce. Jak w śląskiej piłce ma być lepiej kiedy niektórzy zachowują się jakby reprezentowali FC Flaczki? A przecież chodzi o Piasta, klub o pięknej tradycji. Czy naprawdę nikt w Gliwicach nie pojmuje, że takimi działaniami robi klubowi krzywdę? Do tego podwójną krzywdę.

Po pierwsze w sposób niewymierny: takie działania niszczą reputację i nie przysparzają sympatii.

Po drugie w sposób wymierny: jeśli ktoś w Gliwicach myśli, że to zostanie zapomniane - jest naiwny. Piłkarski Górny Śląsk nie jest Oceanem Atlantyckim, na którym dwa statki już nigdy się nie spotkają. Wszystko wraca. Z reguły w momencie dla adresata najgorszym.

Nie mam pretensji do zawodnika. Chłopak z Ghany robi w obcym kraju tylko to co mu każe menedżer. A od menedżera trudno oczekiwać zachowania standardów. On nie jest od tego. Standardy powinny zachowywać przede wszystkim kluby. Trzymanie się określonych zasad fair play powodowałoby bowiem, że menedżerowie nawet nie próbowaliby takich numerów jak ten z Frankiem Adu Kwame. 

Szkoda. Z sympatią obserwuję jak Piast świetnie i systematycznie się rozwija. Na polskie warunki to przykład wręcz modelowy. Życzę Piastowi jak najlepiej. Szkoda jednak kiedy niektórzy uważają, że czyniąc dla niego jak najlepiej nie zdają sobie sprawy, że akurat czynią dla niego jak najgorzej.

Mane. Tekel. Fares.

PS A poza tym Omega.

UPDATE Piast odpiera zarzuty. Gliwiczanie uważają, że nie ma mowy o podebraniu piłkarza. Argumenty, których używają mnie jednak nie przekonują. Pokazują jedynie, że Piast rzeczywiście ma katowicki klub w głębokim poważaniu. Tak jakby relacja między GieKSą a Ghańczykiem w ogóle nie zaistniała...

UPDATE1 A GKS odpowiada Piastowi. I ucina sprawę Kwame.

sobota, 19 stycznia 2013
Wpis na zamówienie

Objawiła się grupa trochę niedouczonych internautów (to żaden wstyd), która bardzo chce się dowiedzieć jak to z tym Ruchem Chorzów jest, z jego historią i tradycją.

Czadoblog przez koleżanki z pracy jest uważany za wzór uprzejmości. Opinia zobowiązuje dlatego postanowił wyjść naprzeciw pragnieniom niewyrobionych Czytelników.

Moja propozycja jest następująca:

a) przygotowujecie, chłopacy, pięćdziesiąt kawałków, salę wykładową i kwiaty;

b) dajecie znać, że wszystko gotowe;

c) zwracam się o zgodę do pracodawcy o pozwolenie dorobienia na boku;

d) jeśli pracodawca się zgadza z entuzjazmem przekazuję Wam numer mojego konta;

e) przyjeżdżam i wykładam;

f) kiedy wychodzicie z sali wykładowej kręci Wam się w głowach. Kiwacie się rytmicznie i nucicie "Ruch, Ruch, Hakaes"... Zataczając się wracacie do domów i prosicie mamy żeby kupiły Wam pidżamy w kolorze blue...

Pasi?

                                * * *

Akurat dziś rzeczywiście jest jedyny moment kiedy można pisać Ruch jako ''Ruch''. Porażka 2:9 nie jest codziennością. Tak naprawdę to wskazówka dla naszych ligowców gdzie szukać solidnych wzmocnień - tam ciągle grają świetni piłkarze, którzy zarabiają po tysiąc euro.

Wątek śląski - kto dzisiaj jeździł po lewej flance Ruchu z fantazją niczym Bertrand du Guesclin na turnieju w Rennes w 1337 roku? (na cześć tego faceta dałem na drugie Czadoblożkowi właśnie ''Bertrand''. Urzędnik próbował oponować, twierdził, że nie ma takiego imienia, ale powiedziałem mu żeby się nie wygłupiał  i... przeszło)

Kogo z otwartymi ustami podziwiali Marek Zieńczuk i Igor Lewczuk? Tak, tak - to był niezwykły gość i mieliśmy szczęście, że grał w polskiej ekstraklasie. Pamiętacie jeszcze Miroslava Barcika? W Bytomiu na pewno pamiętają go doskonale...

Ale żeby nie było bardzo smutno - przypomnę Wam starą piłkarską maksymę: ''lepiej raz przegrać do dziewięciu niż dziewięć razy do jednego".

Ruch był dziś "Ruchem" i cudzysłów jest uzasadniony. Dziś, chłopacy, możecie używać tych dwóch kreseczek. Ale lojalnie uprzedzam, że jeśli mi cudzysłów wypłynie poza ten wpis - będę wycinał bezlitośnie, bez emocji i bez mrugnięcia okiem.

Z pozdrowieniami

Wasz Czadoblog

PS A poza tym Omega.

PS1 Dziś zaczyna się najwspanialszy piłkarski turniej A.D. 2013. Uwielbiam Puchar Narodów Afryki, ale nie będę się chyba produkował w tym temacie. Zajrzycie na blog mojego kolegi - on ma fizia na punkcie CAN, był już na nim trzykrotnie. Polecam.

piątek, 18 stycznia 2013
Prośba do żon piłkarzy

Zawód dziennikarza sportowego ma to do siebie, że czasem poznaje się nie tylko piłkarzy, ale także ich małżonki. Nie będę wdawał się w szczegóły, zauważę jedynie, że często różnią się od żon zwykłych śmiertelników. Na pewno są dużo mniej nieśmiałe i generalnie nie znoszą słowa krytyki pod adresem małżonków (oczywiście słów krytyki nie jako małżonków, ale jako piłkarzy). Są wtedy jak ranne lwice, rozdrażnione harpie albo syczące żmije rogate. Potrafią zmieszać z błotem, oj, potrafią:)*

Mogę jedynie wzruszyć ramionami. Nie jest poważne kiedy żona w imieniu zawodnika, grozi nam procesem o naruszenie dóbr osobistych męża jako piłkarza. Faktem jednak jest, że czasem w życiu redakcji zdarzają się osobliwe przypadki relacji damko-męskich z pogranicza futbolowego. Do dziś pamiętam jak kontaktowała się z nami wściekła kobieta z głębi Polski, którą pewien piłkarz z naszego regionu zbałamucił podczas wyjazdu na obóz przedsezonowy. Chodziło jej o to żebyśmy teraz tego piłkarza zniszczyli. Bo okazało się, że on już ma żonę...

Redakcja sportowa katowickiej "Gazety" nie jest oczywiście kryzysową poradnią małżeńską - nie miała i nie ma zamiaru wtrącać się w życie prywatne zawodników. Ale właśnie wtedy przekonałem się, że męska wściekłość może wypalić wszystko do samego piachu. Jednak kobieca jest w swym jestestwie bardziej intensywna - jeszcze ten piach odkurzy.

Do ostatniej drobinki.

Generalnie proszę o jedno: jeśli któryś z piłkarzy ma coś do nas niech kontaktuje się z nami osobiście, a nie przez rozgniewaną małżonkę, dobrze?

No chyba, że o tym nie wie.

* żeby nie było wątpliwości: poznawałem również żony tak sympatyczne i naturalne, że gratulowałem wyboru ich mężom. Bardzo fajną osobą wydaje się choćby TA PANI. Akurat nie miałem okazji poznać jej osobiście, ale po przeczytaniu wywiadu sądzę, że czasem piłkarze mają szczęście. A Wy możecie się przekonać, że życie Szanownych Małżonek wcale nie jest takie lekkie...

PS1 A poza tym Omega.

15:36, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum