czwartek, 30 stycznia 2014
Oto moja jedenastka Katowic wszech czasów

Jest mi bardzo miło, bo GKS Katowice poprosił mnie o wytypowanie najlepszej jedenastki 50-lecia. Przyznam, że wahań nie było: zastanawiałem się nad jej składem może dwie minuty.

Wybór najlepszej jedenastki klubu z Katowic tym różni się od wyboru najlepszej jedenastki Górnika, Polonii albo Ruchu, że w tym przypadku mogę postawić na piłkarzy, których widziałem na boisku na własne oczy, nie musiałem się opierać jedynie na opisach i relacjach sprzed lat.

Złoty czas w historii klubu to przełom lat 80. i 90. więc aż dziesięciu zawodników wziąłem właśnie z tamtego okresu. Wybór ostatniego gracza, którego nigdy na boisku nie widziałem to wyraz szacunku dla dokonań GKS-u ery przedfurtokowej (musicie wiedzieć, że historię tej drużyny dzielę na erę przedfurtokową, furtokową i pofurtokową).

Jest takie powiedzenie: "kot powinien być łowny, a chłop mowny". Absolutnie nie ma to zastosowania w przypadku GieKSy. Tak się składa, że moja ulubiona jedenastka w ogóle nie składa się z oratorów i mówców. Ci zawodnicy w dzisiejszym świecie nie królowaliby błyskotliwymi wypowiedziami w mediach. Już pierwszy reprezentant Polski z GKS-u Katowice, który debiutował na Wembley w 1966 roku z "prasą spotykał się jedynie przy kiosku". Ale tak naprawdę - co z tego? Chyba wszyscy wolimy zawodników, którzy nie lubią albo nie potrafią opowiadać o swojej świetnej grze, od złotoustych piłkarzy, których największym atutem jest kontaktowość. Kontaktowy piłkarz pierwszorzędny to ideał, ale niekontaktowy piłkarz pierwszorzędny też przecież może być:)

Najważniejsze, że w GieKSie było mnóstwo znakomitych zawodników. Naprawdę do dziś nie potrafię zrozumieć dlaczego przynajmniej jeden raz ten klub nie zdobył mistrzostwa Polski w piłce nożnej.

Zachęcam Was do wzięcia udziału w tej zabawie. GKS Katowice właśnie uruchomił aplikację na Facebooku, w której możecie głosować. Szczegóły - TUTAJ.

O mojej najlepszej jedenastce opowiadam niżej we filmiku, teraz przedstawię Wam moją... drugą i trzecią jedenastkę, bo jedna to zdecydowanie za mało! Myślę, że te zespoły niewiele ustępują pierwszemu, a i piłkarzy wielu w nich doprawdy znakomitych:

GKS II: Sput - Biegun (reprezentant Polski), M.Świerczewski (reprezentant Polski), Węgrzyn (reprezentant Polski), Lesiak (reprezentant Polski) - Ledwoń (reprezentant Polski), P.Świerczewski (reprezentant Polski), Łuczak, Krzyżoś - Guruli (reprezentant Gruzji), Rother

GKS III: Dreszer - Duchowski (reprezentant Polski), Zając, Maciejewski (reprezentant Polski), Wraży (reprezentant Polski) - Strojek, Widuch, Wojciechowski (reprezentant Polski), Kucz - Janoszka, Pluta

Kogoś brakuje, o kimś zapomniałem?

A teraz czas na pierwszą jedenastkę:

PS Przy okazji chcę Wam opowiedzieć jak czasem warto zawierzyć... trenerom. Kiedy byłem mały miałem wielu ulubionych piłkarzy, którzy nie figurowali na pierwszych stronach gazet. W GKS-ie takim zawodnikiem był dla mnie Józef Łuczak.

Urodził się tuż przy stadionie, na ul. Złotej. "Gieksie" kibicował od dziecka. Ten środkowy pomocnik wyróżniał się na boisku niezwykłą elegancją, był typowym playmakerem, których na Bukowej zawsze przecież brakowało (potem trafił się jeszcze genialny Andrzej Rudy, ale jako że na Bukowej z własnej woli występował może trzy miesiące więc musiało zabraknąć dla niego miejsca w zestawieniu). Zawsze podobało mi się styl gry Łuczaka. Czułem rozżalenie kiedy miejsce w podstawowej jedenastce zabrał mu nowo sprowadzony piłkarz z Krakowa, jakiś... Janusz Nawrocki. Dopiero potem okazało się, że słówko "jakiś" było w tym przypadku nie na miejscu:) Nawrocki rzeczywiście okazał się strzałem w dziesiątkę...

Ale ja o Józefie Łuczaku nigdy nie zapomniałem. Rozmawiałem z nim jakieś dziesięć lat temu. Na piłkarska emeryturę wyjechał do francuskiego Chateauroux w 1989 r. Ściągnął go tam ówczesny trener Andrzej Szarmach. Odszedł w 1991 roku, kiedy po awansie do II ligi skończył mu się kontrakt. Przeniósł się do słynnego z koronczarek miasteczka Argentan w Normandii i mieszkał tam kiedy do niego zadzwoniłem. Dorabiał jako magazynier w miejscowym zakładzie metalurgicznym, zanim fabryki nie zamknięto. Jego dwaj synowie zostali sędziami piłkarskimi, jeden z  nich sędziował nawet mecze reprezentacji Francji U-15 i U-18. Ale co teraz słychać u tego piłkarza - nie wiem. Może Wy wiecie?

PS1 A TUTAJ o piłkarzu GKS-u, który przeszedł do historii z innych względów.

PS2 o Omedze i o czwartej trybunie jest na feriach zimowych.

wtorek, 28 stycznia 2014
Czy zimowa wywrotka ma rację bytu

Jeden z moich ulubionych nierozwiązanych dylematów budzących się w mózgownicy podczas przerwy w połowie sezonu dotyczy tematu celowości zimowych transferów.

Argumenty przeciw:

Pierwszy wezmę od Borussii Dortmund. Trener Jürgen Klopp nieraz podkreślał, że piłkarze sprowadzani przed rundą wiosenną nie zdążą nauczyć się systemu gry obowiązującego w zespole. W Dortmundzie hołdowano opinii, że zimą można ściągnąć nie tyle piłkarzy dobrych lecz co najwyżej niepotrzebnych gdzie indziej.

Argument drugi wezmę od Jana Benigiera, który w latach 70. trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski z Ruchem Chorzów. Jest natury, nazwijmy to, psychologicznej.

Irytują mnie kluby, gdzie co pół roku zwozi się wywrotkami tabuny nowych graczy. Pal licho, gdy dzieje się tak w najsłabszej drużynie ligi. Ale, gdy dzieje się tak kiedy zespół grał na miarę swojego potencjału, to jednak mamy do czynienia z brakiem szacunku dla zawodników, którzy wykręcili ten wynik. To nic przyjemnego dla piłkarza zobaczyć na treningu trzech piłkarzy na jego pozycję. Nie dla każdego jest to pozytywna presja - mówi Benigier w ciekawej rozmowie Wojtkowi Todurowi.

Argument trzeci wezmę od miłośników hasła "nie ułatwiajmy bogatym życia tylko dlatego, że są bogatymi". Możliwość zimowych transferów powoduje, że bogatym jest łatwiej. Jeśli źle wystartują - wystarczy, że w sakiewce będą pieniądze dzięki którym po pierwsze mogą kupić kogoś kto doradzi im jak szmal najlepiej wydać, a po drugie - wydadzą:)

A czyż nie powinno się rywalizować nie tylko startując z identycznych pozycji ale i w niezmiennych warunkach przez cały dystans? Możliwość korekty w jego połowie (czyli w przerwie między rundami), której jakość uzależniona jest jedynie od pieniądza nie gwarantuje sprawiedliwości. To tak jakby w połowie dystansu jeden mógł zatankować pełny bak, a drugiemu nie dość, że figa, to jeszcze  plastikową rurką odciągnęto się trochę benzyny. No ale tam gdzie chodzi o pieniądze, a we futbolu chodzi przecież o pieniądze - sprawiedliwość ograniczona jest do niezbędnego minimum. 

Argumenty za:

Pierwszy wezmę od... Borussii Dortmund. Możliwość zatrudniania piłkarzy zimą jest racjonalna, a podkreśla to obecna sytuacja klubu, który znany był z niechęci do przeprowadzania zimowych transferów. Kiedy w trakcie rundy jesiennej na ból pleców narzeka podstawowy pomocnik, na kontuzję pięty narzeka podstawowy stoper, drugi podstawowy stoper zrywa więzadła krzyżowe, podobnie jak podstawowy skrajny pomocnik - musi być możliwość ściągnięcia ich n(z)astępców. A poza tym nieskorzystanie z dobrej okazji na wzmocnienie zimą drużyny dobrym zawodnikiem jest działaniem na szkodę klubu, a nie działaniem fair play.

Argument drugi jest natury psychologicznej. Sprowadzenie zawodników w przerwie zimowej przede wszystkim pobudza tych, którzy byli tam wcześniej, konkurencja jeszcze nikomu nie zaszkodziła. To właśnie jest sprawiedliwe: każdy może pomajstrować przy zespole ile się da. Nie jest winą tych, którzy są w stanie taką konkurencję zapewnić, że inni z braku pieniędzy nie są w stanie im dorównać.

Argument trzeci wezmę od miłośników hasła "nie ułatwiajmy biednym życia tylko dlatego, że są biednymi". Dlaczego mielibyśmy równać do tych, którzy bardziej nie mogą niż mogą? To zaniża poziom, co w kontekście dalszej rywalizacji z zagranicznymi rywalami jest niekorzystne*.

Żeby było jasne: nigdy tego dylematu nie rozwiązałem. A Wy? Jak uważacie?

PS Skoro we wpisie pojawia się Jan Benigier to z ciekawości prześledziłem jacy zawodnicy pojawili się w przerwie zimowej w drużynach Ruchu Chorzów, które zdobyły potem mistrzostwo Polski. Oczywiście dopiero od 1962 roku, bo wcześniej obowiązywał system wiosna-jesień. Zdarzyło się tak pięć razy.

W sezonie 1968/69 wiosną zadebiutował tylko skrzydłowy - wychowanek Andrzej Drażyk. Zagrał zaledwie jedną połówkę, a w następnym sezonie jeszcze cztery razy (raz cały mecz). Nie strzelił ani jednego gola. Subiektywna ocena wkładu debiutantów w tamten tytuł: 0

W sezonie 1973/74 wiosną najpoważniejszym debiutantem był sprowadzony z Piasta Gliwice napastnik Marian Wasilewski. Zagrał w jedenastu ligowych meczach (siedem razy jako rezerwowy, raz całe spotkanie), strzelił jednego gola. Odszedł po sezonie, potem jeszcze trzy lata grał w Górniku Zabrze. W tamtym sezonie było jeszcze dwóch innych wiosennych debiutantów - obaj zaliczyli pierwszy mecz w przedostatnim ligowym spotkaniu kiedy było już posprzątane i Ruch miał tytuł. To pomocnicy Henryk Pluta i Albin Wira. Jak odmiennie poptoczyły się ich losy... Dla pierwszego było to jedyne 25 minut w całej karierze dla Ruchu, dla drugiego początek pięknej kariery. Wira zdobędzie mistrzostwo z Ruchem jeszcze trzy razy, choć podstawowym zawodnikiem w mistrzowskim sezonie będzie tylko w 1979 roku. Wcześniej będzie jeszcze głównie rezerwowym, a później głównie już rezerwowym... Ocena wkładu debiutantów w tamten tytuł: 2.

W sezonie 1974/75 trener Michal Vican dał wiosną zadebiutować trzem piłkarzom. Najwięcej meczów - pięć - rozegrał ten, który zrobił potem najmniejszą karierę - obrońca Andrzej Baran. Znacznie więcej osiągną dwaj inni zawodnicy, którzy zagrają ogony w końcówce tamtego sezonu - bramkarz Henryk Bolesta wystąpił w dwóch ostatnich meczach i rozgrywający Krzysztof Kajrys (3 minuty). Ale ocena wkładu w tamten tytuł: 0.

W sezonie 1978/79 wiosną pokazał się tylko jeden zawodnik, którego nie był w pierwszej części sezonu - napastnik Roman Grzybowski, ale on w Ruchu grał w lidze już wcześniej więc jego siedem meczów (ani jednego w pełnym wymiarze czasowym) i zwycięski gol w meczu z Lechem się nie liczą. Wkład debiutantów w tamten tytuł: 0.

W sezonie 1988/89 wiosną szansę gry dostało czterech zawodników, ale tylko dla dwóch był to debiut. Piotr Lech bronił w trzech meczach (zwycięstwo i dwa remisy), Piotr Boncol trzy razy grał z przodu (nigdy całego meczu). Wkład debiutantów w tamten tytuł: 2.

Wynika z tego, że gdyby w rundzie wiosennej w latach 1974, 1975, 1979 i 1989 nie zadebiutował żaden piłkarz - Ruch i tak zdobyłby wtedy mistrzostwo. Oczywiście należy pamiętać, że wspominamy inne czasy, kiedy kadry były bardziej stabilne niż dziś, a zawodnicy nie zmieniali klubów co pół roku.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

*w polskim futbolu może oczywiście zdarzyć się sytuacja, która rozbija w pył celowość zastanawiania się nad kwestią. Dzieje się tak wtedy gdy drużyna nawet będąca z przodu tabeli chętnie się za pieniądze osłabi. Bo warunkiem jest przeżycie. A zwolennicy wyrównywania szans przez zakaz zimowych transferów niechcący nakładaliby takiemu klubowi pętlę na szyję. Bo co lepsze: być mocnym i dokonać żywota czy osłabić się sprzedając wyróżniających się jesienią piłkarzy żeby przeżyć?

środa, 22 stycznia 2014
Anschluss a futbol śląski

Jeśli na pytanie "kiedy reprezentacja Austrii pierwszy raz zagrała na Górnym Śląsku" odpowiecie, że dwadzieścia lat temu na Bukowej - będziecie mieli rację. Formalnie. 

Warto jednak pamiętać, że Austriacy występowali tutaj również dokładnie 75 lat temu... Ale jako, że właśnie 75 lat temu - szyld gości musiał być inny. Musiał, nie było innego wyjścia.

W 1939 roku śląski futbol po polskiej stronie granicy urósł w siłę niemożebnie. Widoczne było to nie tylko w piłce klubowej (hegemonia Ruchu Wielkie Hajduki), ale reprezentacyjnej. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Ślązacy po niemieckiej stronie granicy właśnie wtedy również odnosili spektakularne sukcesy. Gracze z tego regionu nie znaczyli w niemieckiej piłce aż tyle co w polskiej, ale i tak mieli się przecież czym pochwalić. Właśnie dziś jest dobry pretekst żeby o tym przypomnieć.

W latach 30., w III Rzeszy poszczególne regiony walczyły o Reichsbundspokal w rozgrywkach prowadzonych oczywiście - jak sama nazwa wskazuje - systemem pucharowym. Właśnie w 1939 roku Śląsk wygrał te rozgrywki będące właściwie mistrzostwami regionów Rzeszy Niemieckiej.

Dokładnie 75 lat temu w mieście Hindenburg (czyli znanym i lubianym Zabrzu) na rozbudowywanym dziś stadionie Górnika Śląsk wygrał z drużyną o nazwie Ostmark (czyli Marchią Wschodnią - jak Austrię nazwano w wyniku anschlussu czyli przymusowego wcielenia) w całości złożoną z zawodników wiedeńskich klubów. 22 stycznia 1939 roku na widowni zasiadło 25 tysięcy widzów. Ślązacy wygrali 4:1. Tylko dwóch zawodników z tamtej jedenastki było z Dolnego Śląska, o sile ówczesnej ekipy stanowił Górny Śląsk. Blok defensywny oparty był na zawodnikach Vorwärts-Rasensport Gleiwitz (łącznie w jedenastce było ich aż sześciu). Ciekawe, że w tym meczu zagrał też jeden zawodnik, który po wojnie będzie występować już w polskiej lidze jako gracz Szombierek Bytom! W 1939 roku Hubert Renk reprezentował Sportfreunde 1920 Klausberg (czyli klub z Mikulczyc - po latach najsłynniejszym piłkarzem z tej dzielnicy Zabrza będzie Jerzy Gorgoń...).

Austriacy mieli w latach 30. bardzo silną drużynę, choć jej największej gwiazdy po anschlussie oczywiście już w niej nie było (Matthias Sindelar, który odmówił gry w reprezentacji III Rzeszy zaledwie dzień po opisywanym tutaj meczu w Zabrzu czyli 23 stycznia 1939 roku zginie w tajemniczych okolicznościach: zwłoki "Mozarta futbolu" i jego przyjaciółki żydowskiego pochodzenia Camilli Castagnoli zostaną znalezione w wiedeńskim mieszkaniu piłkarza).

Do Hindenburga nie przyjechali też słynny Franz "Bimbo" Binder i Franz Wagner (obaj zaliczyli występy zarówno w reprezentacji Austrii a po anschlussie - III Rzeszy) a mimo to ekipa gości i tak była bardzo mocna. Może o tym świadczyć fakt, że trzej zawodnicy grający wtedy na obecnym stadionie Górnika - bramkarz Peter Platzer z Admiry, obrońca Willibald Schmaus z Vienny i napastnik Wilhelm Hahnemann z Wiener SC już 25 stycznia wystąpią w pierwszym meczu międzynarodowym rozgrywanym przez III Rzeszę w 1939 roku: Niemcy wygrają wtedy 4:1 w Brukseli z Belgią, a Hahnemann strzeli nawet ostatniego gola... Dodam, że Hahnemann ma w karierze ściśle polski wątek: cztery lata wcześniej debiutował w reprezentacji Austrii właśnie w wiedeńskim meczu z Polską i... też strzelił w nim gola. 

Zwycięzcy Austriaków sprzed 75 lat poszli za ciosem - w półfinale Reichsbundspokal pokonali w Stuttgarcie Wirtembergię, a w wielkim finale, który odbył się 5 marca 1939 roku w Dreźnie, w obecności 40 tysięcy widzów - Bawarię. Ślązacy wygrali 2:1, gola decydującego o zwycięstwie zdobył Reinhard Schaletzki z Gliwic - wbił ją świetnemu niemieckiemu reprezentacyjnemu bramkarzowi Hansowi Jakobowi.

Wicekrólem strzelców tamtej edycji pucharu został wspomniany Hubert Renk (4 gole). Ciekawe, że dwa lata później bezapelacyjnym królem tych samych rozgrywek zostanie Ernest Wilimowski (8 bramek). 9 stycznia 1941 roku trzy z nich wbije w Katowicach drużynie... Śląska, a Saksonia, którą wówczas reprezentował wygra te rozgrywki (w finale też pokona Bayern, a jedną z bramek strzeli "Ezi"). Futbol bywa przewrotny!

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

niedziela, 19 stycznia 2014
Spokojnie, to tylko awaria

Największą klęską Ruchu Chorzów jaką kiedykolwiek widziałem na własne oczy było ligowe 0:5 z Odrą Wodzisław w 1998 roku. Po niespełna szesnastu latach wynik się powtórzył. Tym razem w Tychach.

Trener Jan Kocian po sparingu był... Właściwie nie wiem czy bardziej był załamany czy wściekły, bo wygląda na człowieka powściągliwego w okazywaniu emocji. Ale na pewno było mu wstyd.

Z jednej strony klęska to zawsze klęska, tym bardziej zawstydzająca, że poniesiona z rywalem z niższej klasy. Do tego Ruch zagrał naprawdę bardzo słabo. Indywidualne błędy obronie (jak to się stało, że Docekal po rzucie rożnym mógł najpierw przyjąć piłkę na klatę, a później spokojnie strzelić?) i kompletna niemoc w ataku (właściwie ani jednej składnej akcji pod bramką rywali) rzeczywiście mogą martwić. Usłyszałem opinię, że gdyby dziś Ruch dorwała bardziej bezlitosna drużyna słowacka albo czeska - mogło być 0:9, a nie 0:5...

Z drugiej strony nie przesadzałbym z biciem w dzwony, nie przesadzałbym z trwożliwym łkaniem. Spokojnie, to tylko awaria... Po pierwsze - drużyna podobno mocno dostała w kość na obozie w Kamieniu. Po drugie - dam się ogolić na łyso, dam sobie założyć zgrzebny worek i dam się wybatożyć jeśli Ruch w tym zestawieniu (zarówno z pierwszej jak i drugiej połowy) kiedykolwiek jeszcze zagra w lidze. To nie zdarzy się NIGDY. W dzisiejszym meczu zabrakło siedmiu zawodników, którzy występowali w trzech ostatnich meczach ligowych (tylko jeden odszedł do innego klubu - Janoszka, reszta odpoczywała).

A GKS Tychy? W przeciwieństwie do Ruchu zagraniczni testowani zawodnicy strzelali dlań gole. Mecz odbył się tuż obok budowanego stadionu przy ul. Edukacji w Tychach. Jeśli drużyna będzie dalej się tak rozwijać to w tym mieście wszystko może się fajnie zgrać. Mocna drużyna na nowiutkim stadionie to lepsze niż mocna drużyna na rozlatującym się stadionie albo słaba drużyna na nowiutkim stadionie:)

PS Znalezienie drogi na boczne boisko Tychów w momencie gdy obok pnie się stadion było wyzwaniem nie lada. Jakby ktoś nie wiedział - oszczędzę trudności. Trzeba z Edukacji skręcić wcześniej, koło basenu i iść przez garaże:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić (ale niekoniecznie konkretnie dziś). A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

sobota, 18 stycznia 2014
Nakoulma zostaje w Górniku. Zostaje?

Zdarzało się już wielokrotnie, że Górnik Zabrze rozgrywał dwa mecze tego samego dnia, ale nie wiem czy kiedykolwiek zdarzyła się sytuacja żeby kibic stanął przed dylematem, który mecz obejrzeć, bo w odległości dwustu metrów jeden Górnik grał z Piotrówką, a drugi Górnik - z Zagłębiem Sosnowiec.

Kiedy na sztucznej murawie bocznego boiska Stadionu Ludowego zabrzanie powoli kończyli zwycięski mecz z Piotrówką (2:1), na głównej płycie Stadionu Ludowego odbywało się już spotkanie KSG z Zagłębiem.

Mecz jak mecz - skończyło się 2:2, ozdobą spotkania była piękna bramka Prejuce'a Nakoulmy. Sieknął pod poprzeczkę w krótki róg, aż zakwiczało. Widać, że jest w gazie. W piątek pojechał do Warszawy osobiście odebrać wizę do Turcji, bo Górnik wkrótce w tym kraju rozpoczyna zgrupowanie. Przypomnę: założenie było takie, że kto wylatuje na obóz do Turcji - zostaje na rundę wiosenną.

Wygląda na to więc, że Burkińczyka wiosną na szczęście zobaczymy w Górniku (w przeciwieństwie do zawodników testowanych), ale... trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Jeśli pojawi się naprawdę satysfakcjonująca oferta może się okazać, że właśnie dziś oglądaliśmy ostatnią bramkę Nakoulmy dla Górnika (zdjęcia z tego meczu zobaczycie TUTAJ). Według doniesień tureckich mediów Nakoulmą interesuje się Besiktas Stambuł.

A Zagłębie? Cóż - z tego co widziałem, trzeba sobie jasno powiedzieć - to może być główny faworyt do awansu w stawce (właściwie to nawet powinien).

Kibice oglądający mecz na Stadionie Ludowym nie zdawali sobie sprawy, że na jego obiektach trwa tego dnia jeszcze jedno ważne wydarzenie - o charakterze wręcz regionalnym.

Kiedy pisze te słowa w budynku klubowym odbywają się zajęcia na których kształcą się kandydaci na trenerów. Nie są to zajęcia byle jakie, a i kursanci powszechnie kojarzeni. O kulach przykuśtykał Marcin Baszczyński, na zajęcia uczęszczają też Mieczysław Agafon, Dariusz Koseła, Adam Bała, Tomasz Owczarek i wielu innych. Ryszard Czerwiec na kurs nie uczęszcza więc oglądał mecz Górnika z Piotrówką z... zaparkowanego samochodu:)

Otóż okazuje się, że wreszcie poza Warszawą (i ostatnio Białą Podlaską - miejsce otwarcia akurat tej szkoły wskazuje, że sporo tam pewnie będzie adeptów z Białorusi;) można zdobyć licencję UEFA A, która uprawnia do prowadzenia klubów od II ligi w dół (lub co wkrótce ma być równie istotne - do bycia asystentem w klubach ekstraklasy). 

Oczywiście kursantem nie może być ktoś z ulicy, jak na przykład Czadoblog (zresztą  i tak by odpuścił, nie nadaje się, bo na zajęciach z biochemii mógłby jedynie puścić pawia z nudów, co innego taktyka:), ale posiadacz licencji UEFA B. 

Zrobienie kursu to nie jest to takie fiku-miku. Zajęcia trwają od poniedziałku do niedzieli w godzinach 9-19. To jest pierwsza sesja, w tym roku mają odbyć się takie cztery. Udział w każdej sesji to koszt 1300 zł (czyli każdy kto jest wytrwały w chęci zostania trenerem piłkarskim musi wyciągnąć z kabzy 5200 zł).

PS Pierwszy raz w życiu widziałem składy na których zaznaczone były zmiany, które odbędą się w przyszłości wraz z minutami. No i odbyły się! W Zagłębiu wszystko chodzi jak w zegarku:)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

środa, 15 stycznia 2014
Maskarada

Nie chce mi się wierzyć żeby władze występującego w pierwszej lidze klubu Energetyk ROW Rybnik miały obiecać miejscowym kibicom, że już wkrótce z nazwy klubu zniknie człon "Energetyk" i wróci stary herb ROW-u. Nie wierzę w to.

Byłaby to moim zdaniem wyjątkowo bezczelna maskarada.

Wiadomo, że w Rybniku kocha się wspomnienia o ROW-ie. Ten powstały w 1964 roku klub przebił się do powszechnej kibicowskiej świadomości dzięki występom w ekstraklasie. Występowało w nim wielu uznanych piłkarzy, choćby Eugeniusz Lerch, Henryk Wieczorek a z kolejnego pokolenia Piotr Piekarczyk albo Piotr Mandrysz. ROW doszedł nawet do finału Pucharu Polski, grał też w Pucharze Intertoto. Niestety, na początku lat 90. zniszczyły go przemiany gospodarcze w Polsce. Drużyna piłkarska przestała istnieć.

W Rybniku ciągle działał za to założony w 1981 roku Robotniczy Klub Sportowy Energetyk, który miał choćby sekcję piłkarską. Jeszcze na początku XXI wieku występował sobie spokojnie w lidze okręgowej. W sezonie 2003/2004 kiedy dołożono Energetykowi do nazwy człon "ROW", klub akurat z wielką przewagą nad Naprzodem Czyżowice i Gwiazdą Skrzyszów wygrał okręgówkę i awansował do IV ligi. Rozumiałem poszerzenie szyldu o tyle, że uznawałem to za wyraz tęsknoty za dawnymi świetnymi czasami. Do głowy by mi jednak nie przyszło uznawać ten klub za tamten poprzedni ROW! Przecież ten klub posiadał już własną - całkowicie odrębną - ponad dwudziestoletnią historię. 

Oczywiście mowy o fuzji być nie mogło, bo przecież w 2003 roku sekcja piłkarska ROW-u Rybnik już nie działała więc nie mogła się z kimkolwiek połączyć (prawdziwa fuzja w ścisłym znaczeniu tego słowa odbyła w 1964 roku kiedy KS Górnik 23 Chwałowice połączył się z Rybnickim Klubem Sportowym tworząc właśnie słynny ROW).

Tymczasem dowiaduję się, że po dekadzie funkcjonowania pod nazwą Energetyk ROW, pierwszy człon ma jednak odpaść jak zeschły liść. Nieeeee, to na pewno plotki... Powtórzę: dla mnie byłaby to maskarada.

Czy jeśli Paweł Czado zmieni sobie drugie imię na "Humphrey", do nazwiska doda człon "Bogart", a po dziesięciu latach odrzuci wyrazy "Paweł" i "Czado" będzie oznaczać, że do C.V. mógłby sobie wpisać grę w słynnej "Casablance"?

Dlatego mierzi mnie, że nawet na oficjalnej stronie klubu Energetyk ROW klubową historię ciągnie się już od 1964 roku a nie od 1981 roku. Nie ma słowa o tym jak szło Energetykowi w latach 90. Jakby klub wstydził się własnej historii i energetycznych korzeni. Oczywiście nikt się temu nie przeciwstawia, bo przeciwstawienie nie leży w niczyim interesie. Ja jednak na swoim skromnym blogu z mocą podkreślam, że nazywam się Paweł Czado a nie Humphrey Bogart. 

PS Można oczywiście spojrzeć na to z innej strony. Energetykowi można było przecież dodać nazwę Verein für Ballspiele, ciągnąć historię od 1913 roku i właśnie hucznie świętować stulecie rybnickiej piłki! Albo odwołać się do roku 1918 i do Post Sport Verein albo Turn und Sport Verein (do wyboru). Albo do roku 1923 i do Sarmaty albo Silesii (do wyboru). Albo do lat 50. i klubu sportowego Unia działającego przy szpitalu psychiatrycznym. Tymczasem odwołanie jest skromne - tylko do roku 1964. Czyli czepia się ten głupi Czadoblog, nie?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. 

11:15, pavelczado , żal
Link Komentarze (28) »
wtorek, 14 stycznia 2014
Arbitraż zdecydował: 13 zł zadośćuczynienia

Gdyby Paweł Olkowski i wielu jego kolegów z dzisiejszych boisk nagle przeniosło się dokładnie o 80 lat wstecz - zapewne zakończyliby kariery. Zapewne nie widzieliby sensu jej kontynuacji - no chyba, że po pracy. Jeśli by ją mieli oczywiście.

Wielki Kryzys, który szalał na świecie latach 1929-1933 na początku roku 1934 ciągle trzymał w kleszczach Górny Śląsk. Gdybyście wiedzieli jak łatwo było wówczas stracić życie za tak niewiele, jakie kryminalne numery wywijali wtedy miejscowi bandyci, jakie tragedie spotykały przypadkowe rodziny - o futbolu przypominalibyście sobie dopiero później.

Bieda była wszechobecna i sprawy, które musiał wtedy rozpatrywać Śląski Związek Piłki Nożnej w dzisiejszych realiach byłyby nie do pomyślenia. Chodziło o małe pieniądze, nawet pamiętając, że przedwojenna złotówka znaczyła więcej niż obecna. Ale wtedy nawet te małe pieniądze były bardzo wielkie.

Tylko dwa przykłady ze stycznia 1934 roku:

Po pierwsze - Dąb Katowice poskarżył się na KS 24 Szopienice. Chodziło o mecz "drużyn młodocianych". Szopienice nie przyjechały. Działacze Dębu wściekli się. Związek nakazał wypłacić Szopienicom 13 zł zadośćuczynienia: Dąb poniósł koszty przygotowania boiska i rozreklamowania meczu.

Pod drugie - awantura ściśle siemianowicka: KS 07 pokłócił się z Iskrą. Chodziło o to, że jedni drugich ponoć nie potraktowali poważnie i... w tym samym dniu rozegrali mecz jeszcze z kimś innym. Związek zaordynował karę 25 zł plus 25 procent z dochodów za bilety. Zarząd winowajców został ukarany surową naganą za "niesportowe zawieranie umów nielicujące z dobrymi zasadami".

Nie był jednak szczególnie surowy: pozwolił ukaranym uiścić tę opłatę w dwóch miesięcznych ratach. W końcu kryzys to kryzys.

Wszędzie w Polsce było biednie. Ale na Górnym Śląsku było to szczególnie widoczne. Dlatego to tak niesamowite, że właśnie wtedy narodziła się tutaj drużyna, która przeszła do legendy.

PS Przy okazji inna historyjka sprzed 80 lat. Zastanawialiście się kiedyś czy Ernest Wilimowski był... leworęczny?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

poniedziałek, 13 stycznia 2014
Michel Platini ma krótką pamięć

Już dawno nikt mnie tak nie zniesmaczył jak Michel Platini. Szef UEFA publicznie skrytykował dziś wybór Cristiano Ronaldo na najlepszego piłkarza Europy. Nic ma nic do rzeczy fakt, że obecna formuła Złotej Piłki jest skandaliczna i od dawna się z nią nie zgadzam. Platini z racji zajmowanej funkcji powinien jednak wybór uszanować, a nie płaczliwie nadawać w obronie rodaka Francka Ribbery'ego.

Szef UEFA chciałby aby nagroda przypadała piłkarzowi za konkretne osiągnięcia. Platiniemu można jednak zadać tylko jedno pytanie - stosując dokładnie te same kryteria, które on sam chciałby stosować: za co właściwie dostał Złotą Piłkę w 1983 roku? Rok 1984 - to oczywiste, był fantastyczny, rok 1985 - też by się pewnie dało obronić. Ale rok 1983?! Z kadrą nic nie osiągnął, bo nie musiał - awans do ME jako gospodarz Francja miała przecież w kieszeni. Z klubem czyli Juventusem Turyn nawet mistrzostwa Włoch wtedy nie zdobył (lepsza była przecież Roma)... Owszem został królem ligowych strzelców. Ale o samych golach - patrząc na tegoroczne osiągnięcia CR7 - lepiej w ogóle nie mówmy... Stosując argumenty szefa europejskiej piłki: czyż z szacunku dla nagrody nie powinien był z niej pan Platini w 1983 roku od razu zrezygnować?

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

czwartek, 09 stycznia 2014
Robert Jeż. Jaki będzie ten powrót

Robert Jeż podpisał dziś kontrakt w Zabrzu. Oczywiście nie jest pierwszym piłkarzem, który wraca do Górnika w historii tego klubu. Takich było wielu, kilku wybitnych. Pytanie brzmi: czy w przypadku Słowaka drugi jego okres gry w Zabrzu może być lepszy niż pierwszy?

W przypadku Zygfryda Szołtysika, Jana Urbana czy Andrzeja Iwana nawet nie ma sensu zadawać sobie w ten sposób postawionego pytania. Ten ostatni grał w Górniku nawet trzy razy, ale wiadomo, że wszyscy stali się klubowymi legendami dzięki pierwszemu pobytowi.

W przypadku Mieczysława Agafona albo Henryka Bałuszyńskiego też nie ma sensu poruszać tej kwestii - z powodów dokładnie odwrotnych. Odchodzili z Zabrza na krótko jako bardzo młodzi piłkarze choć już z ligowym doświadczeniem, ogrywali się w innych śląskich klubach niższych klas, a potem wracali lepsi i wiele dali Górnikowi podczas drugiego pobytu.

Jeż to zupełnie odrębny przypadek. Dla przeciwników jego powrotu to piłkarz, który po odejściu z Górnika tylko zawodził, zawodnik, który nie potwierdził klasy zarówno w Warszawie jak i Lubinie. Dla zwolenników jego powrotu - do których i ja się zaliczam - to zawodnik, który może podtrzymać zabrzańską jakość, a nawet ją wzmocnić.

Jak wiadomo Krzysztof Mączyński odszedł z Górnika do ligi chińskiej, ale moim zdaniem nie ma mowy o jakiejś dziurze w środku. Zawodnikowi, który zrobił świetny interes trzeba życzyć powodzenia. Klubowi, który zrobił świetny interes trzeba życzyć żeby transformacja drugiej linii przebiegała bezproblemowo. Moim zdaniem z Jeżem w składzie jest na to ogromna szansa.

Po pierwsze - Słowak musi zdawać sobie sprawę, że w poprzednich klubach mu nie poszło więc teraz będzie starał się za wszelką cenę pokazać, że nie należy go skreślać. Czyli ma motywację;

Po drugie - Słowak musi zdawać sobie sprawę, że dostaje w polskiej lidze ostatnią szansę. Jeśli się nie uda, pozostanie mu powrót do ligi słowackiej - niekoniecznie gorszej, ale z gorszymi pieniędzmi i mniejszym zainteresowaniem. Czyli ma motywację do kwadratu;

Po trzecie - Słowak nie będzie miał kłopotów adaptacją, może liczyć na przychylność zabrzańskich kibiców, którzy widzieli co potrafi. Oczywiste jest, że ten facet potrafi grać w piłkę. Do Jeża może i przylgnęła w poprzednich klubach łatka "lenia", ale w Zabrzu nigdy nie dał się poznać z tej niechlubnej strony. Być może w tamtych zespołach trenerzy nie potrafili odpowiednio wykorzystać jego predyspozycji? Wiem jedno: sto razy bardziej wolę lenia z umiejętnościami niż najbardziej pracowitego piłkarza bez umiejętności. Z pierwszym można zrobić wszystko, z drugim - nic. Piłkarz bez umiejętności, bez odrobiny talentu to nie piłkarz. Na własne oczy widziałem, że Robert Jeż posiada niezbędne przymioty by stać się kluczowym zawodnikiem Górnika Zabrze.

Po czwarte - zauważcie, że jego obecność umożliwia choćby szerszy wachlarz możliwości taktycznych. Z nim w składzie nie trzeba już tylko - jak zazwyczaj gra Górnik - 4-5-1, można także 4-4-2. W tym pierwszym rozwiązaniu byłby szpicem trójkąta, a Radosław Sobolewski i niezrozumiałych dla mnie względów niedoceniany Mariusz Przybylski - podstawą. W tym drugim systemie jego zadania nie zmieniłyby się. Oczywiście można grać 4-4-2 bez zawodnika, który nie ma smykałki do rozgrywania, ale po co?;)

Czyli jest wszystko by osiągnąć sukces - po pierwsze Jeż ma motywację, po drugie - ma umiejętności, po trzecie - daje drużynie nowe możliwości.

Wiek? Przypominam, że Radosław Sobolewski jest starszy od Słowaka pięć lat. To epoka.

Jedno jest pewne: jeszcze nigdy Robertowi Jeżowi nie udało się w jednym sezonie zdobyć mistrzostwa i krajowego pucharu.

Ciągle ma szansę.

PS W Zabrzu ustalili - kto pojedzie na zgrupowanie do Turcji wiosną zostanie w Górniku.

PS1 A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

wtorek, 07 stycznia 2014
Winda się urwała

Już dziś można powiedzieć, że o dziejach żadnego innego klubu w Polsce nie napisano aż tyle co o GKS-ie Katowice. Teodor Wawoczny o ukochanym Grunwaldzie z Halemby w Rudzie Śląskiej napisał 650 stron, Jerzy Cierpiatka o ukochanej Garbarni Kraków - 459 stron. 

Tomek Pikul o katowickim klubie napisał już jednak 1514 stron, a to nie koniec! Pierwszy tom (lata 1964-84) liczył 314 stron, drugi (lata 1984-94) - 483 strony, a świeżutki trzeci (lata 1994-2004) - aż 727 strony.

Trzeci okres pamiętam już jako dziennikarz a nie miłośnik futbolu. Autor poprosił mnie żebym namówił Piotra Dziurowicza, który właśnie w tym okresie zastąpił w klubie ojca by po latach milczenia jeszcze raz opowiedział o wydarzeniach sprzed lat. Ten się zgodził, skontaktowałem ich ze sobą. Wspomnienia Dziurowicza-juniora są w tym tomie znacznie obszerniejsze niż w i tak obszernym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" kiedy ujawnił skalę korupcji futbolowej w Polsce w 2005 roku. Poza tym tamten wywiad odnosił się głównie właśnie do korupcji, a Dziurowicz junior dużo ciekawego mówi Pikulowi o samym GKS-ie i o tym co się działo w klubie przez te lata. Jest to tym bardziej interesujące, że opowiada o tym z osobistej perspektywy.

A działo się wiele.

Miano największego pechowca należy się chyba Krzysztofowi Maciejewskiemu. Los z nim igrał. Do poważnej ligowej piłki trafił dopiero jako 26-latek, a i tak zdołał zagrać w reprezentacji Polski (trafił do niej jako 27-latek). Dał mu uczcić trzydzieste urodziny golem z rzutu wolnego wbitym europejskich pucharach, ale był okrutny w innych momentach. Kiedy GKS jechał w 1994 roku do Francji wyeliminować Bordeaux z europejskich pucharów Marian Dziurowicz pozwolił zabrać zawodnikom na eskapadę żony, narzeczone i dziewczyny. Nie załapał się tylko Maciejewski, który żonę musiał zostawić w Katowicach, bo... teściowie odmówili opieki nad dziećmi. W 1995 roku po przegranym finale Pucharu Polski z Legią (z kuriozalnych powodów rozgrywanym na stadionie Legii) kiedy sympatycy stołecznej drużyny wbiegli na boisko - właśnie nieszczęsny Maciejewski dostał "strzał" od "sympatyka". Po meczu piłkarze GKS-u wręcz cieszyli się, że przegrali, bo uważali, że w razie zwycięstwa mogliby nie dotrzeć do szatni! Zresztą wcale do niej nie dotarli. - Organizacyjnie wyglądało to fatalnie. Szatnie były wtedy w remoncie (wyobrażacie sobie, że finał PP odbywał się dziś na stadionie gdzie szatnie były w remoncie?!) i trzeba było przebierać się z tyłu za trybunami. Musieliśmy przejść przez tunel, który był w rogu stadionu, tuż obok "Żylety". Po meczu organizatorzy stwierdzili, że nie da się tam przejść, więc podstawili nam jakąś nyskę. Oczywiście bez żadnej ochrony, bez policji. Musieliśmy po prostu uciekać przed tymi pijanymi kibicami. Gdy już siedzieliśmy w tej nysce to lżono nas jak psów. Później nikt oczywiście nie poniósł konsekwencji za to co się tam działo. Lobby warszawskie zawsze było bardzo silne i każdy bał się Legię ruszyć" - wspomina w książce kierownik drużyny Romuald Lasczyk. 

Smakowitych anegdotek jest mnóstwo, trudno żeby ich nie było w takim tomiszczu. Choćby taka, że trener Henryk Górnik jako asystent miał zwyczaj... podpowiadania bramkarzowi zaczajony gdzieś za bramką! Podczas meczu z Olimpią zauważył to Hubert Kostka, ówczesny szkoleniowiec poznaniaków i kazał Górnika siłą wyprowadzić ochroniarzom.

Albo taka, że w Salonikach, przed meczem z Arisem zawodnicy GKS-u wsiedli w zbyt wielu do zbyt małej windy - w efekcie ta nie wytrzymała, urwała się i spadła. Na szczęście to było tylko jedno piętro i nikomu nic się nie stało. Ale winda się rozwaliła więc właściciel hotelu był naprawdę wściekły. O tym zdarzeniu zapewne mógłby więcej opowiedzieć Kazimierz Węgrzyn...

Albo taka, że kibice GKS są prekursorami sztam międzynarodowych w Polsce. 13 czeskich fanów było gośćmi na derbach z Górnikiem 2 listopada 1996 roku, w rewanżu 18 kibiców GKS-u pojechało na derby Banika z Opavą. Jeśli chodzi o kibiców największy numer zrobił na mnie wyjazd na pucharowy mecz z Cementarnicą Skopje. Macedońska wiza kosztowała 49 dolarów, ale 28 kibiców, którzy wybrali się na tamto spotkanie zostało zakwalifikowanych przez tamtejszą ambasadę jako... "szeroka kadra GKS-u" w związku z tym kasa została im zwrócona!

Albo taka (nie uwierzą w nią obecni piłkarze) kiedy Adam Bała na Zachód nie chciał wyjeżdżać. W 1997 roku podczas półfinału PP z Widzewem przyglądał mu się słynny Walter Meeuws, wysłannik belgijskiego Lommel (wcześniej znakomity obrońca, wicemistrz Europy z 1980, grał też przeciw Polsce na hiszpańskim mundialu). Po meczu Meeuws stwierdził, że Bała jest za dobry na testy i można piłkarza brać w ciemno. - Byłem młodym, naiwnym patriotą. Myślałem, że zawojuję najpierw naszą ligę, a potem świat więc chciałem jeszcze pograć w Polsce, ograć się, załapać do reprezentacji i dopiero później gdzieś wyjechać na stare lata.  Poszedłem więc do trenera Piekarczyka i powiedziałem mu, że jakby co to niech oni powiedzą, że ja niby chcę wyjechać, ale oni nie chcą mnie puścić" - mówi w książce Bała. Ostatecznie odszedł z Katowic w wieku 31 lat, w 2004 roku - do Zagłębia Sosnowiec. Nigdy nie wyjechał na Zachód. 

Albo taka, że GKS mógł spaść już w 1998 roku. W klubie brakowało wtedy pieniędzy. - W rozmowach z zawodnikami słyszałem, że mieli pretensje o brak płatności. Zaczęli kombinować, że jak przegrają 2-3 mecze i zbliżą się do strefy spadkowej to dostaną wypłaty, bo prezesi będą chcieli och zmotywować. (...) Tymi zapałkami bawiła się grupa 5-6 zawodników, a potem gdy chcieli to nie wychodziło - mówi w książce trener Piotr Piekarczyk. Na dwie kolejki przed końcem sezonu Marian Dziurowicz powiedział mu: "Piotrek, odpocznij sobie, bo nie chcę żebyś się przez skur...ów wykończył". Już z trenerem Markiem Koniarkiem w przedostatniej kolejce GKS grał w Lubinie i potrzebował remisu. Zdobył go w niezwykłych okolicznościach. Do 89. minuty było 1:1 i wtedy sędzia nieoczekiwanie podyktował karnego dla... gospodarzy. Padł gol, ale już w kolejnej akcji GieKSa zdążyła wyrównać. - Dwa lata wcześniej musieliśmy tam przegrać i przegraliśmy tam 0:1. Pamiętam, że prezes Dziurowicz nam to kazał - anonimowo wypowiada się w książce uczestnik tamtego meczu. A wiadomo, że nic w przyrodzie nie ginie. - Ten remisowy mecz to była taka komedia. Skończyło się jak się skończyć miało - dodaje piłkarz.

Albo taka jak Afrykańczyków będących zawodnikami GKS-u koledzy uczyli po śląsku. "Najlepsze było kiedy mówili z tym swoim śmiesznym akcentem "sie wyepił" w momencie gdy ktoś wywrócił się na boisku" - opowiada w książce lekarz Tomasz Misiewicz. To był dopiero człowiek skory do żartów... Czasem kończyły się one wybuchem wściekłości obiektów - jak choćby gdy Misiewicz zjadł schabowego Lechosławowi Olszy kiedy ten na chwilę wstał od stołu, bo akurat skakał Małysz...

Albo taka, że piłkarze kiedy Piotr Dziurowicz wracał razem z nimi autokarem po wygranym meczu lubili go podpuszczać. Mirosław Widuch zawsze namawiał prezesa by ten zaśpiewał swój ulubiony przebój czyli "hej szable w dłoń" - jak choćby po ostatnim meczu z Polonią w Warszawie w 2003 roku, który po ośmiu latach dawał start w europejskich pucharach. W książce Dziurowicz przyznaje jak było. Krążyły plotki, że za ten mecz zapłacić 250 tys. zł. To nie była prawda, ale "ogromna jak na tamte czasy kwota 100 tys. spowodowała, że zgodzili się nam odpuścić".

Piotr Dziurowicz był jednak wściekły, bo w 2003 roku liczył na wicemistrzostwo, Groclin niespodziewanie wygrał jednak z Amicą i wskoczył na drugie miejsce. - Pamiętam jak po meczu z Polonią stałem na środku boiska z redaktorami Twarowskim i Smokowskim z Canal+. Oni do mnie mówili: "Taki sukces pan osiągnął z tym klubem, czemu pan się nie cieszy?". A ja sobie wtedy pomyślałem: "jakby pan zapłacił przed chwilą 100 tys. zł i nie miał wicemistrzostwa do też by pan się nie cieszył do końca"... - wspomina w książce.

Przełom tysiącleci to było chyba najtragiczniejszy okres pod względem moralnym w polskiej piłce. Można przeczytać wypowiedź Marka Świerczewskiego, który w 2001 roku dostał żółtą kartkę od sędziego a kiedy spytał za co usłyszał: " no jak to, no przecież sami chcieliście żebym dał". Miało chodzić o to żeby Świerczewski nie zagrał w następnym, umówionym już ponoć bez niego meczu...

Ale potem było jeszcze gorzej.

To już jednak inna historia.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

19:15, pavelczado , Książki
Link Komentarze (41) »
 
1 , 2
Archiwum