piątek, 29 lutego 2008
Piękno

Do niedzielnego meczu na Stadionie Śląskim nie napiszę już nic o 90. WDŚ, o nich możecie naczytać się do syta w innym miejscu

Dziś nietypowo. 

Natchniony stwierdzeniami ludzi niechętnych, sugerujących, że podczas Euro 2012 na Śląsku nie byłoby co robić, czym się zachwycić, czego zwiedzić, spieszę donieść, że to stwierdzenie nie polega na prawdzie. Na razie nie zamierzam bawić się w przewodnika po baśniowej krainie, bo nie taka moja rola, choć chęć -  owszem. Zwracam jedynie uwagę: CZY GDZIEKOLWIEK INDZIEJ byłby możliwy tak harmonijny mariaż industrialnej rzeczywistości z esencją kobiecego piękna?

U nas, na Śląsku, taki mariaż jest nie tylko możliwy, ale nawet spełniony. Udowadnia to Bartek Barczyk, mój kolega z pracy. Bartek w wolnych chwilach od zawodowego robienia zdjęć, pstryka sobie profesjonalne tancerki szukające natchnienia na śląskich i zagłębiowskich ruderach, hasiokach, mostach, hałdach, halach fabrycznych, kopalniach i łąkach (bo wiecie, łąki u nas też są). 

Chłońcie piękno, poniżej fajne fotki Bartka. 

Opis po kolei, z góry do dołu:

- pani Nora Chipaumire z Zimbabwe w będzińskiej cementowni Grodziec;

- pani Kally Hamlin z USA na hałdzie w Piekarach;              

- pani Chikako Kaido z Japonii na drzewach w okolicach Bytomia;              

- pani Hanna Woczka z Polski w bytomskiej kopalni Rozbark;              

- pani Aisa Lafour z Holandii w elektrowni w Czeladzi;              

- pani Dipisha Patel z Indii w Zakładzie Sztuki Sakralnej w Piekarach;

- zapomnieliśmy kto (przepraszamy, może uda się uzupełnić) na starym moście  w Gliwicach. Mimo braku szczegółów umieszczam fotkę, bo to zdjęcie wyjątkowo mnie urzekło...             

taniec 1

taniec 2 

taniec na drzewie 

tancerka i górnicy

taniec na haku 

wśród rzeźb 

taniec na moście 

I co: nie mielibyście ochoty popląsać razem z nimi rozrzucając wokół siebie zakwitłe kaczeńce? (nie wierzę, że to napisałem. Kumple będą polewać, więc nic im nie mówcie)

PS. Ale zaraz po tym jak zdyszani, drżący, roześmiani, rozrzucicie już wokół siebie te kaczeńce (dla dociekliwych - Caltha palustris), to nie zapomnijcie napić się ciepłej herbaty, owinąć się klubowymi szalikami i na... Stadion Śląski dziarskim krokiem marsz!

PS2. Bartek, czy zabierzesz koleżanki na derby? Pliiiiiiiiiiiiiiiiiizzz...

13:01, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 lutego 2008
Mój idol Grzegorz Schetyna

„Mam sygnały z UEFA, że Kraków jest oceniony pozytywnie. Jest duża szansa, że lista organizatorów zostanie poszerzona do pięciu miast. Wówczas stadion Wisły zostanie potraktowany jak pozostałe areny, na których będą rozgrywane mecze [dostanie rządowe pieniądze na budowę]. Podobną sytuację ma Odessa u naszych ukraińskich partnerów” - mówił w środę w Krakowie wicepremier Grzegorz Schetyna o tym, kto bedzie organizować Euro 2012.

Nie wiem co mam myśleć, czytając takie słowa.  Przypominam, że UEFA ostateczną decyzję w sprawie liczby miast ma podjąć 3 marca, a właśnie dziś jej delegaci wizytują Górny Śląsk.

Są dwa wyjścia.

Pierwsze: słowa Grzegorza Schetyny są prawdą i wkrótce się potwierdzą. Oznaczałoby to że przyjazd delegatów na Śląsk jest szopką, a decyzja została podjęta już wcześniej, bo wicepremier przecież wyraźnie zaznacza, że mistrzostwa organizowałoby pięć miast, czyli Chorzów jest już poza  Euro.

Druga: jego słowa są nieprawdą i się nie potwierdzą.  Oznaczałoby to tyle, że Schetyna ”chlapnął” coś chcąc przypodobać się ludziom w Krakowie, któremu zresztą życzę jak najlepiej i nie wyobrażam sobie, żeby w tym mieście Euro mogło zabraknąć.

Ale jedno jest pewne już teraz: słowa wicepremiera w takim właśnie momencie są względem walczącego o Euro Górnego Śląska wyjątkowo niezręczne. Jeśli ministrowi Schetynie jest obojętne, czy mistrzostwa Europy będą odbywać się także w Chorzowie, niech to powie wprost. Najlepiej przez megafon w przerwie Wielkich Derbów Śląska.

PS. A może wicepremier zdąży powiedzieć jeszcze coś innego? Chcielibyście usłyszeć: ”Mam sygnały z UEFA, że Chorzów jest oceniony pozytywnie. Jest duża szansa, że lista organizatorów zostanie poszerzona do pięciu miast. Wówczas Śląski zostanie potraktowany jak pozostałe areny, na których będą rozgrywane mecze”?

PS2. Właśnie dowiedziałem się, że termin 3 marca jest nieaktualny, decyzja zapadnie później

15:08, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (15) »
środa, 27 lutego 2008
Wielki Bayernie, czy pamiętasz jeszcze klapsa od Ślązaków?

Bayern Monachium obchodzi właśnie 108. urodziny. Zawsze myślałem o tym wielkim klubie bez serdecznych emocji, ale zawsze z należnym respektem. Bayern to dla mnie esencja wszystkiego, co w niemieckim futbolu najlepsze. Wyobraźcie sobie mieszankę siły, rozmachu i ambicji, doprawioną czymś wyjątkowym, czymś, dzięki czemu Bayern jest Bayernem: NIEZACHWIANYM PRZEKONANIEM O WŁASNEJ WYŻSZOŚCI. Tak niezachwianym, że graniczącym wręcz z butą.

triumfujący bayern 

To właśnie jest dla mnie znak firmowy Bawarczyków. Jak ja tego nie lubię i jak... wiele bym dał, żeby tą paskudną cechę przynajmniej w części przejęła któraś z naszych drużyn!

Chciałbym, żeby to nasze zespoły wzbudzały bezsilną złość rywali swoją chłodną arogancją.

Chciałbym, żeby to nasi piłkarze reagowali  z zimną powściągliwością na prowokacyjne zaczepki rozemocjonowanych rywali, czynione w tunelu prowadzącym na murawę. Żeby na ostre słowa czy prowokacyjne gesty tylko  wzruszali ramionami, z rzadka pozwalając sobie na prychnięcie...

Chciałbym, żeby to nasi chłopcy na pomeczowej, zwycięskiej biesiadzie wymieniali przy piwku uwagi o bawarskiej literaturze dziewiętnastowiecznej albo biuściastych dziewczynach, bo przecież nie o tych paru golach, które wbili przed chwilą jakimś kolejnym leszczom...

Chciałbym, chciałbym, chciałbym... Cóż, kiedy takiej naturalnej piłkarskiej pewności siebie nie da się wyćwiczyć w sezon albo dwa. To jest jak z trawnikami przed Buckingham Palace. Mozolne strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie, strzyżenie i podlewanie... Aż wreszcie trawniki mają gdzieś, że buciorami wytrwale depczą je hordy turystów. Tak samo z piłką nożną: mozolne granie i wygrywanie, granie i wygrywanie, granie i wygrywanie, granie i wygrywanie...A wreszcie masz gdzieś, że co dziesiąty mecz trafi ci się porażka, bo i tak jesteś najlepszy!

Tak właśnie jawi mi się Bayern: kiedy bawarczycy wychodzą na boisko, to jakbym widział okutą w ciężką stal, ustawioną w szyk kolumnowo-klinowy, bojową drużynę, a spod przyłbic tych herosów jakbym słyszał majestatyczne "Christ ist erstanden".  A potem rozlega się już tylko rzężenie rannych, a na tablicy wyników świeci się na przykład 3:7...

Dostojnemu jubilatowi z okazji nieokrągłych urodzin składam wyrazy szacunku.   Uzmysławiam sobie jednak jednocześnie, że Czadoblog traktuje przecież o piłce śląskiej, a nie bawarskiej. Dlatego przypomnę: dawno, dawno temu Bayern został jeden, jedyny raz przez polską (konkretnie śląską) drużynę pokonany! W dodatku u siebie, w Monachium!

Wielki Bayernie, czy to jeszcze pamiętasz? Okoliczności były niecodzienne: niespełna dwa lata przed meczem o którym mowa, Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy, a Monachium było przecież matecznikiem nazizmu. Wielu obywateli stolicy Bawarii  właśnie w tym okresie startowało do wielkich karier: Heinrich Himmler, Ewa Braun, Max Amann (największy magnat prasowy III Rzeszy), Philipp Bouchler (kierownik kancelarii führera, w momencie przyjazdu śląskich piłkarzy szef monachijskiej policji), Heinrich Mueller (nieformalny szef gestapo odpowiedzialny za realizację "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej") czy Hermann Esser (m.in. szef Departamentu Turystyki w Ministerstwie Propagandy Rzeszy). Może któraś z tych ''osobistości" oglądała zwycięski mecz śląskiej drużyny na Grünwalder Strasse (stadion Bayernu w latach 1925-72)? Chcecie poczytać o szczegółach? 

PS. Wydaje mi się, że Bayern nie jest klubem jakoś szczególnie bliskim sercom Ślązaków (ryzykuję pisząc te słowa, bo lada chwila kolega, z którym siedzę biurko w biurko, zaraz strzeli mnie „z liścia”). Ci ze znajomych, którzy śledzą Bundesligę, wolą raczej Borussię Dortmund albo Schalke Gelsenkirchen. Czy wpływ na to ma pamięć o kierunku emigracji zarobkowej wiele lub niewiele lat temu? Czy może jakieś podobieństwo miejsca, w którym przyszło żyć nam na Górnym Śląsku a im w Zagłębiu Ruhry? A może chodzi o to, że śląskim kibicom dobrze kojarzą się... stroje tych zespołów? Bo faktycznie, kiedy w telewizji oglądam mecz Schalke z Borussią, to przez chwilę mam złudzenie, jakby niebieski Ruch grał z żółto-czarną GieKSą.... (teraz czas na szyderczy rechot, ale kiedy już obetrzecie łzy, które poleciały wam ze śmiechu, zaprzeczcie, że mecze między tymi drużynami na takim poziomie, przy takiej frekwencji i w takiej oprawie, nie mogłyby wyglądać tak na Śląsku w jakimś 2035 roku? Żeby to osiągnać, potrzeba tylko jednego i akurat Śląsk to ma. POTENCJAŁ).

PS2. W ten sam dzień co Bayern, czyli 27 lutego, urodziny obchodzi także GKS Katowice (tyle, że 44-te). Klubowi życzę awansu, a katowickim działaczom oddaję pod rozwagę: byłoby czymś fantastycznym, gdyby symbol piłkarskich Niemiec udało się zaprosić  na Bukową dokładnie w 2014 roku i rozegrać jubileuszowy mecz z okazji 50. rocznicy istnienia śląskiego klubu. Wspólne świętowanie urodzin? Oktoberfest w Spiżu? Pomarzyć zawsze można...

wtorek, 26 lutego 2008
Żeby każdy piłkarz miał zawsze cztery cienie (zamiast trzech)

Dziś był szczególny dzień dla Śląska - pierwszy raz w historii Bytomia odbył się w tym mieście mecz piłkarski przy sztucznym oświetleniu. Nieważne, że Polonia przegrała z innym pierwszoligowcem w ćwierćfinale jakiegoś Pucharu Ekstraklasy. Ważne, że Polonia jako ostatni z grona pierwszoligowców naszego regionu, wreszcie dołączyła do klubów dysponujących stadionami z jupiterami w tle.

Polonia - Legia

Perturbacje organizacyjne Polonii przypominają mi bieg wyzutego z sił maratończyka, który zatacza się, czasem upada, ale cały czas biegnie dalej. To wręcz zdumiewające i mój podziw dla ekwilibrystycznych poczynań bytomskich działaczy narasta... Fatalna baza, anonimowi w skali krajowej piłkarze, jesienią dość mizerna frekwencja; nic to. Maratończyk słaniając się ociera pot z czoła i biegnie dalej. Baza coraz lepsza, niektórych piłkarzy już chce podkupywać konkurencja, sponsor na horyzoncie, a frekwencja będzie coraz lepsza...

Niektórym to nie w smak, ale dla mnie Polonia wreszcie staje się pierwszoligowcem w pełnym tego słowa znaczeniu (pod względem sportowym jest już nim dawno). Już widzę te pobłażliwe uśmieszki kibiców innych klubów: "Bytom i jupitery, nie do wiary..." STOP: Polonii należy się szacunek - choćby ze względów historycznych.

Czy wiecie jaki polski klub rozegrał pierwszy ligowy mecz przy sztucznym oświetleniu? Właśnie Polonia. A wiecie gdzie? Na Stadionie Śląskim. Było to 2 maja 1959 roku. Pierwszoligowe spotkanie Polonii Bytom ze swoją imienniczką  z Bydgoszczy* było punktem kulminacyjnym pięciogodzinnego programu z okazji Święta Pracy. O godz. 19.30 zakończyły się zawody lekkoatletyczne. "Mrok ogarnia nieckę stadionu. Spiker zachęca publiczność do zapalenia zapałek. Orkiestra kop. Wujek gra hymn państwowy. Z jupiterów umieszczonych na masztach spływają na płytę stadionu potężne snopy światła. Tarcza boiskowego zegara rozbłyska efektownym łukiem żarówek. Trzykrotne hip hip hurra na cześć budowniczych stadionu rozlega się z siłą grzmotu" - pisał katowicki "Sport" 49 lat temu.  

Śląscy i zagłębiowcy ligowcy poczekali na swoje własne światła jeszcze prawie 10 lat. Piłkarze Górnika Zabrze zaczęli grać przy sztucznym świetle w 1967 roku, Zagłębia Sosnowiec - w 1968, Ruchu Chorzów - w 1969, a GKS Katowice - w 1988. Jupitery zabłysły także w Rybniku na stadionie ROW-u i w Jastrzębiu na obiekcie GKS-u. XXI wiek to montaż oświetlenia w Wodzisławiu, Gliwicach i... znowu w Sosnowcu (w międzyczasie stare maszty pocięto na złom, bo groziły zawaleniem, a niedawno postawiono nowe). Tym sposobem Śląsk i okolice jest dziś najbardziej "zjupiterowanym" terenem w Polsce.

Oczywiście nie zawsze była niedziela: piszę te słowa po ciemku, bo zepsuł mi się kontakt, a prąd nie jest moim przyjacielem. Nie zawsze był też przyjacielem śląskich kibiców. Złośliwcy wiele lat wyśmiewali tzw. świeczki na stadionie Ruchu. Po pierwsze dlatego, że dawały mniej więcej tyle samo światła co jednocześnie zapalone przednie reflektory z ośmiu fiatów 126p (narożniki boiska zawsze spowijał półmrok), a po drugie maszty dostojnie chwiały się przy mocniejszych podmuchach wiatru. Raz poświęciłem kwadrans meczu Ruchu i zamiast patrzeć na boisko, stanąłem pod masztem i kiwałem się wraz z nim. Po meczu zrobiło mi się niedobrze...

Na szczęście to już przeszłość: Cicha dorobiła się profesjonalnego oświetlenia. Ale że na profesjonalnym oświetleniu nie zawsze można polegać, przekonali się kibice GKS-u Katowice. Kiedy Gieksa była na absolutnym topie, Marian Dziurowicz wystawił na Bukowej superjupitery, które wówczas były najmocniejsze w Polsce: mogły oślepiać kibicowski lud z siłą 2000 luksów! Nie przypominam sobie jednak, żeby podczas meczu na Bukowej kiedykolwiek wykorzystano pełną ich moc. A i tak w 1994 roku stały się bohaterem niechlubnej historyjki (przebiła ją dopiero mająca międzynarodowy zasięg kompromitacja podczas niedawnego meczu Polski z Kazachstanem). Oto podczas spotkania GKS-u z Górnikiem Zabrze przy stanie 1:0 dla gości, w 71. minucie lampy wież oświetleniowych po lewej stronie stadionu zaczęły syczeć i... zgasły. Sędzia dał organizatorom 35 minut na usunięcie awarii. Arbiter i kwalifikator argumentowali, że warunki na obu stronach boiska nie są jednakowe. Lewa połowa była rzeczywiście gorzej oświetlona. Arbitrowi nie podobało się, że każdy piłkarz biegający po murawie miał tylko trzy cienie, a powinien przecież mieć...cztery! Kiedy elektryk próbował włączyć światło na nieszczęsnym czwartym słupie, w rozdzielni nastąpiło zwarcie. Dobrze, ze nie było ofiar. Sędzia długo naradzał się z kwalifikatorem w ciemnym pokoju, aż po 75 minutach wyszedł z kapitanami na murawę i zakończył mecz. Ówczesny trener Górnika Hubert Kostka dostał szału, a zasilanie podłączono... pół godziny później. PZPN - jak gdyby nigdy nic - zdecydował o powtórzeniu meczu, padł remis 1:1. Zabrzańscy kibice do dziś uważają, że Marian Dziurowicz specjalnie wydał wtedy polecenie, żeby zgasić światło... Niektórym z nich nazwisko zmarłego szefa Gieksy już na zawsze będzie się kojarzyć z... ogrodniczym sekatorem.

Minęło zaledwie 14 lat, a cztery piękne maszty katowickiego stadionu kończą swój żywot. Skorodowane do cna, mają zostać wzorem poprzedników z Sosnowca pocięte i oddane na złom. Ale te sosnowieckie zanim wyzionęły ducha zdążyły pomóc swoim piłkarzom. Fajna jest opowiastka o historii z końca lat 60., kiedy podczas meczu Zagłębia z Górnikiem jupiterom nikt chyba nie podał kolacji i świeciły se tak byle jak...Było tak ciemno, że Jan Gomola, bramkarz Górnika, przy wyprowadzaniu piłki nie zauważył sprytnego napastnika Józefa Gałeczki, który był niczym zjawa (w czym pomogła mu akurat zielona klubowa koszulka więc świetnie komponował się z murawą). Gałeczka wybił zaskoczonemu Gomoli piłkę spod nóg i spokojnie strzelił do pustej bramki...

PS. Dziś jupitery na stadionie (nawet polskim) to żadna atrakcja, przewaga czy powód do dumy. Przyzwyczailiśmy się do meczów rozgrywanych o godz. 19 lub 20. Bo człowiek szybko się do wygód przyzwyczaja. Pamiętacie kiedy odbyła się w Polsce pierwsza ligowa kolejka, w całości rozegrana przy sztucznym oświetleniu? Było to dopiero POD KONIEC WRZEŚNIA 2003 roku (w tym miejscu chciałem zakończyć wpis, ale dociekliwi mogą mi zaraz coś wypomnieć. Sam więc wolę dodać: jeden mecz z tamtej kolejki został przełożony na listopad, ale i tak odbył się przy załączonych jupiterach, więc tym razem mnie nie macie:-) 

*było 5:0 dla Polonii. Tej z Bytomia

poniedziałek, 25 lutego 2008
Eduardo nie jest pierwszy: paskudny spis śląsko-zagłębiowski

kontuzja - mecz Grunwaldu Ruda Śląska 

Dzięki wszechobecnej telewizji dość często możemy  oglądać przerażonych piłkarzy wywijających w powietrzu złamanymi kończynami. Boisko to właściwie jedyne miejsce, gdzie można komuś złamać nogę i uniknąć odpowiedzialności karnej. Chocież nie do końca - przed wojną głośna była sprawa napastnika Józefa Smoczka, który bodaj jako pierwszy futbolista w Polsce został skazany za brutalność. W latach 30. w jednym ze starć złamał nogę przeciwnikowi, kończąc mu karierę. Załamany rywal poskarżył się prawnikom i sąd w Warszawie miał skazać Smoczka na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu...

Ale w tym wpisie nie o łamaczach nóg, a raczej ich ofiarach. Poniżej mój króciutki subiektywny ranking paskudnych złamań nóg u śląskich i zagłębiowskich piłkarzy, po których byli już tylko cieniem samych siebie...

1. Jerzy (a właściwie Gerard) Gotzner (Stal Katowice)

Kiedy opowiadał mi o swoim przypadku, nie mogłem uwierzyć. Tym elektrykiem katowickiej huty Ferrum, wychowankiem przedwojennego Słowiana, reprezentantem Górnego Śląska, interesowało się wiele klubów. Na przeprowadzkę jednak  - i w efekcie na zrobienie kariery -  nie pozwoliła... małżonka (ale tym razem nie o żonach, choć ich wpływ na dzieje futbolu zasługuje na osobny wpis).

Otóż Gotzner miał pewny plac na środku napadu w katowickiej Stali (potem przeniesionej do Sosnowca). Stal  - powstała z przymusowej fuzji Baildonu, Pogoni i Słowiana -  miała wtedy świetną pakę, w 1950 roku walczyła - choć bez powodzenia - o I ligę. O tym, że klub z Katowic dał się wyprzedzić w tabeli Ogniwu Bytom (czyli Polonii) zdecydował przegrany mecz ze Stalą (czyli Naprzodem) Lipiny. W trakcie tego meczu Gotznera wyprostowaną nogą trafił w punkt rozpędzony obrońca gospodarzy Erwin Baway. I teraz najlepsze: Gotzner z tą fatalnie pokiereszowaną nogą wrócił z Lipin do Katowic na...piechotę, BO NIE BYŁO TRANSPORTU! Pamięta, że kulał, ale do domu doszedł...

2. Roman Lentner (Górnik Zabrze)

Jeden z najwybitniejszych lewoskrzydłowych w dziejach polskiego futbolu (dla mnie obok drugiego Ślązaka Fabera z Ruchu i krakusa Gadochy z Legii ewidentnie w pierwszej trójce). 8-krotny mistrz Polski z Górnikiem Zabrze. I tak miał szczęście, bo pech drapnął go już pod sam koniec kariery, kiedy miał już 31 lat. Było to latem 1968 roku, w...Kolumbii podczas letniego tournee Górnika po Ameryce Łacińskiej. Po powrocie Lentner nie umiał już dojść do siebie. Był znacznie wolniejszy i ówczesny trener Geza Kalocsay - nie bacząc na dawne zasługi - podziękował piłkarzowi. Lentner króciutko pograł jeszcze trochę w III lidze i zakończył karierę

3. Andrzej Jarosik (Zagłębie Sosnowiec)

Najbardziej znany z tego, że podczas olimpiady w Monachium odmówił Kazimierzowi Górskiemu wyjścia na boisko jako rezerwowy w trakcie meczu z ZSRR. To skojarzenie jest dla niego krzywdzące, bo to był naprawdę fantastyczny piłkarz; jeden z tych, co w pojedynkę umieli wygrać mecz. Nieszczęście przydarzyło mu się na sam koniec kariery, już po wyjeździe z Polski. W 1979 roku, kiedy był piłkarzem Toulonu, podczas meczu z Olympique Marsylia nogę złamał mu słynny Marius Tresor, 65-krotny reprezentant Francji. Działacze Toulonu nie kwapili się, żeby zapłacić za mozolne leczenie, chcieli go upchnąć w byle jakim szpitaliku. Jarosik był załamany, na szczęście pieniądze wyłożyła rodzina. W Austrii przeszedł wiele operacji, dzięki nim po zakończeniu kariery mógł chodzić.

4. Jerzy Dworczyk (Zagłębie Sosnowiec)

Tak o swoim pechu opowiadał „Gazecie": Jesienią w roku 1978 doznałem ciężkiej kontuzji. Graliśmy z Szombierkami w Bytomiu. Jeszcze teraz mam tę sytuację przed oczami. Stałem na polu karnym i chciałem zrobić zamach, stojąc na lewej nodze. Piłkarz Szombierek Janusz Sroka wjechał mi w tę nogę wślizgiem. Przekręciła się o 180 stopni. Stopa zaczęła mi latać na boki. Przybiegł doktor. Dźwignął mi koszulkę i zaczął psikać chlorkiem po brzuchu, mówiąc, że nic mi nie będzie. Ale jak w końcu zobaczył tę nogę, to się złapał za głowę. Od razu mi ją nastawił i to był błąd. Potem rok nie grałem. Na Srokę mówiliśmy wtedy "Marchwicki" albo "wampir z Dąbrowy". Tydzień wcześniej złamał nogę Emilowi Szymurze (ROW Rybnik, przyp.aut.blg.), potem mnie, potem jeszcze komuś. Był agresywny, ale poza tym także dobrym piłkarzem...".

5. Grzegorz Borawski (GKS Katowice)

Chyba największy pechowiec w tym gronie, choć przez prawie całą karierę kontuzje go omijały. Aż do 29 roku życia... W 1997 roku GKS grał na wyjeździe z Bełchatowem. W 62 minucie "Borówa" zderzył się ze Sławomirem Konkiewiczem i doznał paskudnego złamania kości piszczelowej. Będący na meczu świadkowie opowiadali mi potem, że potworny trzask słychać było na całym stadionie. Borawski już nigdy nie wrócił do wielkiej piłki, ale pech go nie opuścił: jako piłkarz A-klasowej Zawady podczas zawieszania siatki na bramkę URWAŁ SERDECZNY PALEC PRAWEJ RĘKI!

6. Marcin Molek (Ruch Chorzów)

Nie będę przypominać okoliczności, żeby nie podgrzewać atmosfery... Faktem jest, że złamanie kości piszczelowej (co za feralna kość) w wieku 21 lat, właściwie zakończyło karierę tego piłkarza, zanim ta na dobre się rozpoczęła (choć ostatni ligowy występ zaliczył mając 26 lat). Czy w 1999 roku - tuż przed feralnym meczem - Molek mógł przypuszczać, że zostanie trenerem rezerw w wieku...27 lat?!

PS. Macie jeszcze kogoś, kto pasuje do tego grona - dorzućcie. Uprzedzam, że w słynnym meczu z Anglią w 1973 roku Włodzimierz Lubański wcale nie złamał nogi tylko doznał poważnej kontuzji kolana. Ćwierć wieku później opowiadał mi o niej w szpitalu w Piekarach znany śląski traumatolog, gdy ja z kolei leczyłem u niego swoje kolano (odpukać, dotąd hula). Lekarz mówił, że zna to ze słyszenia, ale u Lubańskiego uszkodzone były prawdopodobnie dwie łąkotki w nodze - przyśrodkowa i boczna. Ponoć w piekarskim szpitalu (przecież najlepszym nie tylko na Śląsku, ale w całej Polsce)  miano usunąć tylko jedną i dlatego to leczenie tak się wtedy przedłużało...

niedziela, 24 lutego 2008
Murawski z Lecha to świetny piłkarz

Na Śląsku wiele emocji wywołały lekceważące słowa Franciszka Smudy dotyczące tych piłkarzy Górnika Zabrze, którzy znaleźli się w szerokiej kadrze Leo Beenhakkera.  Dziś zabrzanie mieli świetną okazję, żeby utrzeć Franzowi nosa, żeby sprawić by trener Lecha przez nabliższy tydzień zrywał się spocony w nocy z wrzaskiem ”ZAHORSKI!” albo ”PAZDAN!”.

Nie sprawili, wyszło na Smudy.

Po pierwsze dlatego, że Lech wygrał (choć sędzia dyktując karnego popełnił błąd - Pazdan najpierw dotknął piłki, a dopiero potem Rengifo się przewrócił).

Po drugie dlatego, że znakomity mecz zagrał zawodnik, za którym Smuda się wstawił w kontekście kadry. Występ Rafała Murawskiego dziś mnie urzekł, dla mnie był najlepszy na boisku. Jego grę pochwalił po meczu Tomasz Hajto. Zabrzańcy kadrowicze zagrali tylko przeciętnie.

Co dalej?

W Zabrzu bezsilna złość, tym bardziej, że Górnik stracił Hajtę przed Wielkimi Derbami Śląska (oczywiście kartka).

W Poznaniu satysfakcja, bo zespół wytrzymał presję i dał radę bardzo ostro grającemu rywalowi (Górnik faulował trzykrotnie częściej niż Lech!).

W Lubinie oczekiwanie, co powie Smuda przed najbliższym meczem Lech - Zagłębie. Czy będzie to: ”Goliński? Nie wiem czemu dostał powołanie na Estonię...” Czy może raczej: ”Zagłębie wygrało w Bełchatowem całkiem przypadkowo i niezasłużenie”? 

Wiem, że wielu kibiców w Poznaniu narzeka na Smudę, że czasem najpierw powie, a potem pomyśli. Mnie jednak podobało się jedno: kiedy jego wypowiedź o Górniku stała się głośna, Smuda nie wycofał się. Nie zwalił na dziennikarza, że ten niby przekręcił jego słowa (a to, z przykrością stwierdzam, zdarza się ludziom piłki dość często).  Smuda twardo zagrał do końca i...wygrał.

Ciekawi mnie bardzo czy go to rozochoci. Jeśli tak, to poproszę panie Franciszku o następujące wypowiedzi w następujące dni:

ok. 25 marca: ”Z Ruchem Chorzów powinno nam pójść dość łatwo, wszyscy pamiętamy przecież to 6:2 z jesieni. Tomek Bandrowski bardzo dobrze zrobił, że przyszedł do nas, a nie na Cichą. Przecież w Poznaniu ma znacznie większe szanse, żeby stać się lepszym piłkarzem”.

ok. 1 kwietnia: ”Micanskiego w ogóle się nie boję, pozbyłem się go z Lecha, bo mnie zawiódł. Może w Odrze Wodzisław coś pokaże? Ale nie w meczu z nami. Moi obrońcy nie dadzą mu zrobić sztycha”.

ok. 3 maja: Polonia Bytom? Właściwie nie znam żadnego piłkarza z tego klubu. Kojarzę tylko trenera Probierza...” 

PS. Jeszcze słowo o meczu Zagłębie - Ruch w Sosnowcu, bo poświęciłem mu poprzednią notkę. Spotkanie się odbyło. Syn potrzebował zatyczek.

piątek, 22 lutego 2008
Hanysy vs. Gorole. Wiosenne starcie I

”Przy natarciu na siebie oddziałów łamiące się włócznie i uderzające nawzajem o siebie zbroje wydawały tak wielki łoskot i huk, tak donośny był szczęk mieczy, jakby zwaliła się jakaś ogromna skała, tak że słyszeli go nawet ci, którzy byli oddaleni o kilka mil. Następnie mąż nacierał na męża, kruszyły się zbroje pod naciskiem zbroi, a miecze godziły w twarze. A kiedy szeregi tak się zwarły, nie można było odróżnić tchórza od odważnego, dzielnego od opieszałego, bo jedni i drudzy przywarli do siebie jakby w jakimś splocie. Zmieniali miejsce albo posuwali się naprzód dopiero wtedy, gdy zwycięzca przez zrzucenie lub zabicie wroga zajął miejsce pokonanego. Kiedy w końcu połamali kopie, przywarły nawzajem do siebie jedne i drugie oddziały i zbroje do zbroi tak, że naciskani przez konie, walczyli mieczami i wyciągniętymi nieco dalej na drzewcu toporami, a walcząc robili tak potężny huk, jaki zwykle jedynie w kuźniach wydają uderzenia młota. A wśród rycerzy walczących wtedy jedynie wręcz, mieczem, dostrzegano przykłady ogromnej dzielności”*...

Po obu stronach Brynicy mnóstwo ludzi tak właśnie wyobraża sobie mecze Zagłębia Sosnowiec z Ruchem Chorzów. Wielu dudni teraz w uszach mobilizujący, miarowy rytm bębnów: już jutro megahit na Ludowym z udziałem tych właśnie drużyn. Dla wielu to spotkanie nie jest zwykłym kopaniem piłki, ale jednocześnie ”spektakularnym starciem dwóch odmiennych tradycji, dwóch kultur, dwóch światopoglądów”... W tym stwierdzeniu słyszę nutę egzaltacji, ale właściwie co z tego, skoro w pierwszej wiosennej ligowej kolejce OE nie ma drugiego zestawu rywali z tak wspaniałą historią wieloletniej rywalizacji między nimi, a jednocześnie z takim ładunkiem emocji - głównie negatywnych emocji. 

Nie chce mi się daleko sięgać pamięcią. Wystarczy choćby mecz sprzed dwóch lat, kiedy fani obu drużyn przemówili do siebie transparentami.

Kibice Zagłębia do kibiców Ruchu: "14.06.2006 - Dortmund. Komu będziecie kibicować?"

Kibice Ruchu w rewanżu do kibiców Zagłębia: ” "Gorolom z Sosnowca godomy...", a po kilku sekundach cztery flagi z literami: "R, A, U, S" (czyli "wynocha", przyp.aut.blog.).  

A przecież nie zawsze tak było. Tym, którzy myślą, że chorzowskie hanysy  nigdy nie mogły się dogadać z sosnowieckimi gorolami, polecam historię Władysława Słoty.

PS. Mój 10-letni syn bardzo chce iść na ten mecz. Wioząc go w sobotę na stadion, będę mu sączył do ucha słowa pełne ducha dialogu  i tolerancji. Ale na wszelki wypadek wezmę też dla niego zatyczki do uszu...

święta wojna

*Roczniki, czyli kroniki słynnego Królestwa Polskiego. Fragment Roczników o bitwie grunwaldzkiej w przekładzie Julii Mrukówny za wydaniem: Polska Jana Długosza, red. naukowa Henryk Samsonowicz, Warszawa 1984. Za:www.staropolska.pl 

czwartek, 21 lutego 2008
Lubańskiego na derby zaprosił... Ruch, bo w Zabrzu nie wszyscy Włodka lubią!

Każde dziecko wie, że  Włodzimierz Lubański to symbol Górnika.  Niektórzy kibice będą więc zaskoczeni wieścią, że Lubańskiego w Zabrzu wcale nie wita się z otwartymi ramionami. W siedzibie klubu nie znalazło się dla niego żadne zaproszenie na zbliżające się Wielkie Derby Śląska. Dlaczego tak się dzieje?

W Zabrzu mają swoje racje. Mówi się tam, że Lubański - od kiedy wyjechał na zachód - przypomina sobie o Górniku dopiero wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Tak było choćby w lutym zeszłego roku. Po długim okresie, kiedy nie kontaktował się z klubem, Lubański nagle zwrócił się do Górnika z prośbą o udzielenie mu mandatu na planowany zjazd PZPN. Lubański chciał wtedy wystartować w wyborach na prezesa związku, ale żeby w ogóle mógł kandydować, musiał być na zjeździe przedstawicielem któregoś z klubów. No więc wymyślił sobie, że będzie reprezentować Górnika.

Na wieść o planach Lubańskiego nie na żarty zdenerwował się inny legendarny piłkarz Górnika - Stanisław Oślizło. - Szanuję Włodka jako piłkarza i człowieka, ale przecież on już od dawna nie jest związany z Górnikiem. Zajmuje się zupełnie innymi sprawami. Mieszka w Belgii i tam już chyba pozostanie. Zadaję więc pytanie, dlaczego to nie ja miałbym jechać na ten zjazd? - zastanawiał się wtedy Oślizło i nikt w klubie nie potrafił mu odpowiedzieć. Ostatecznie więc Oślizło, a nie Lubański, został wtedy delegatem Górnika.  

Oślizło pamięta młodszemu koledze z drużyny również sytuację z 2005 roku, kiedy stadion Górnika otrzymał imię legendarnego snajpera Ernesta Pohla. Na czerwcowej uroczystości, ktorą Oślizło współorganizował, pojawiło się mnóstwo legend z lat 60. i 70. - właściwie zabrakło tylko Lubańskiego. W Zabrzu uznano to za afront, bo Pohl jeszcze jako nastolatka wprowadzał Włodka do drużyny Górnika, Lubański był jego ulubionym uczniem. Oślizło wspominał wtedy z przekąsem rozmowę z Lubańskim. - Włodka pierwszego zaprosiłem na uroczystość ponad miesiąc wcześniej. Powiedziałem mu, że kto jak kto, ale on powinien przyjechać. Odpowiedział mi, że jeszcze nie wie, czy będą mu pasować terminy. Potem się już nie odezwał. To trochę przykre... 

lubański 

Czy Lubańskiemu kiedykolwiek uda się naprawić stosunki z klubem, z którym wszyscy go przecież kojarzą? Trudno powiedzieć. Ale charakterystyczne, że sytuację do wbicia szpilki wielkiemu rywalowi natychmiast wykorzystał Ruch. Cóż, takiej okazji nie można było zmarnować... Chorzowski klub z kurtuazją zaprosił Lubańskiego na zbliżający się derbowy szlagier Ruchu z Górnikiem. Sławny napastnik, który przecież w WDŚ pyknął ”niebieskim” aż 18 goli (zdarzyło się, że i cztery w jednym meczu!), zaproszenie na Stadion Śląski przyjął. Ciekawi mnie, komu Lubański będzie kibicować 2 marca? Jeszcze niedawno było to dla mnie oczywiste, teraz już nie jest...

Ciekawi mnie także co innego: jaką okazję na wbicie szpili Ruchowi wykorzysta w rewanżu klub z Zabrza. Bo, że jakąś wykorzysta, to nie ulega dla mnie wątpliwości.

PS. Off-topic: Na dzisiejszej konferencji prasowej w Poznaniu Franciszek Smuda potwierdził swoje wcześniejsze słowa dotyczące zabrzańskich zawodników: - Nie będę udawał, że znam piłkarzy Górnika, skoro ich nie znam...

Jestem przekonany, że kibice Górnika już szykują panu Franciszkowi sympatyczną pieśń powitalną i wiązanki kwiatów.

środa, 20 lutego 2008
Wielki dzień Beenhakkera. Także za sprawą... Katowic

W uznaniu zasług Lech Kaczyński odznaczył Leo Beenhakkera Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Cieszy, że prezydent RP docenia pracę Holendra, ale większe wrażenie zrobiła na mnie informacja nie z Warszawy, a z Katowic. News ze Śląska także w pewien sposób dotyczy selekcjonera. Oto działacze GKS Katowice ustanowili dziś specjalną nagrodę w wysokości 10 tysięcy zł. Pieniądze weźmie pierwszy piłkarz GKS-u, który otrzyma powołanie do kadry prowadzonej przez Beenhakkera no i wystąpi w oficjalnym spotkaniu reprezentacji Polski.

To dla holenderskiego trenera bardzo ważna wiadomość. Dla mnie ta bezprecedensowa decyzja katowickich działaczy jest bowiem nie tylko nietypowym zabiegiem motywacyjnym, ale i jednocześnie sygnałem pełnej akceptacji futbolowego środowiska w Polsce dla poczynań Holendra. Brzmi niekonkretnie, ale chodzi o to, że w terenie zaczynają rozumieć, że nie tylko kluby dają coś w kadrze (konkretnych piłkarzy), ale także kadra daje w zamian coś klubom (prestiż). Wyobrażacie sobie, żeby jakiś klub obiecywał swojemu piłkarzowi kasę za to, żeby załapał się u Wójcika, Engela czy innego Janasa? Dotychczas było raczej odwrotnie; Wisła latami wybrzydzała, kiedy kolejni selekcjonerzy powoływali jej zawodników na zgrupowania reprezentacji. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby Bogusław Cupiał - choć dla niego zawsze liczył się przede wszystkim interes "Białej Gwiazdy" - postawił Beenhakkerowi veto. No, ale nic dziwnego: teraz jeśli jakiś mało znany piłkarz trafia do TEJ, KONKRETNEJ kadry to nie znak, że ma obrotnego menedżera, ale sygnał dla działaczy, że chłopak ma talent i że warto w niego inwestować (a w przyszłości oczywiście z zyskiem sprzedać).

Zauważcie; GKS zaakcentował, że premia należy się za grę konkretnie u Holendra. Bo nie dość, że fachowiec, to jeszcze jest pewność, że bezstronny - nie uwikłany w żadne, układy, układziki, interesiki (pomyśleć, że na początku jego pracy w Polsce niektórzy dziennikarze wypominali mu kumoterskie lansowanie Jerzego Dudka, z którym pracował kiedyś w Feyenoordzie...)  

Wiele daje do myślenia także wiara ludzi w Katowicach, że któryś z drugoligowych piłkarzy GKS-u może się Beenhakerowi... w ogóle spodobać! Za poprzednich selekcjonerów nikomu z działaczy II-ligowego przecież klubu nawet przez myśl by to nie przeszło! A teraz już przeszło, bo Beenhakker nie boi szukać się talentów tam, gdzie inni nawet by nie spojrzeli.

beenhakker

Tak sobie więc myślę, że to był naprawdę świetny pomysł GieKSy, pod każdym względem. Nie dość, że oryginalny i budzący sympatię, to przede wszystkim mogący przynieść wymierne korzyści. Klubowi: bo piłkarze będa się bardziej starać w lidze, więc wyniki drużyny mogą być lepsze. Kadrze Beenhakkera: bo gieksiarze będą się baaardzo wysilać, żeby do niej trafić i może jakiś talent eksploduje, kto wie.... No i samym piłkarzom: każdy przecież chce, żeby żona pochwaliła go w domu, za to że przyniósł jej dodatkową forsę na... waciki:-)

PS. GKS zapisał w reprezentacji Polski całkiem przyzwoita kartę - zawodnicy z Bukowej grali w niej przez 38 lat. Pierwszy występ zaliczył Zygmunt Schmidt w 1966 roku (1:1 z Anglią w Liverpoolu), ostatni - jak dotąd - Jacek Kowalczyk w 2004 (6:0 z Wyspami Owczymi w San Fernando). Najlepszy bilans ma oczywiście obecny prezes Jan Furtok (36 meczów/10 goli), który jako jedyny piłkarz GKS-u wystąpił na MŚ. Gdybym miał obstawiać kto z obecnej Gieksy może trafić do kadry - zdecydowałbym się na Szymona Kapiasa. Zresztą co ja piszę: nie ośmieliłbym się podpowiadać selekcjonerowi... Leo Beenhakker był przecież na wtorkowym sparingu na Łazienkowskiej i na własne oczy zobaczył zwycięstwo GKS-u nad pierwszoligowcem. Może już któryś z katowiczan trafił do jego notesu, a nikt o tym jeszcze nie wie? 

wtorek, 19 lutego 2008
Franz Smuda: Wielki Motywator. Rywali

Franciszek Smuda, trener Lecha, wyżalił się poznańskiemu korespondentowi ”Gazety”. „Dziwi mnie jak w kadrze postępują z Rafałem Murawskim. Jak jesienią trzeba było grać z Serbią, to pojechał na to trudne spotkanie i spisał się świetnie przez 90 minut. A teraz pojechał na zgrupowanie i w dwóch meczach z Finami i Czechami dali mu pograć po parę minut. Nie było dla niego miejsca na boisku, a było dla jakichś z Górnika Zabrze, których nazwisk nawet nie znam. Dla mnie to niezrozumiałe” - stwierdził Smuda.

Tak się składa, że Lech już za parę dni rozpoczyna ligową wiosnę właśnie meczem w Zabrzu. Smuda tym tekstem wykonał za Ryszarda Wieczorka dużą część przedmeczowych przygotowań - tych dotyczących motywacji. Trener Górnika nie musi już puszczać swoim chłopakom ”Braveheart”, albo zabierać ich na walki kogutów (nawet nie wiem, czy są takie na Śląsku). Wystarczy, że Zahorskiemu, Pazdanowi czy Pawelcowi zacytuje w szatni słowa Smudy... Jestem przekonany, że ci ”jacyś z Górnika” wyjdą na plac z zaciśniętymi szczękami i przekrwionymi oczyma... Oj, czuję, że w Zabrzu może być ostro!

Franciszek Smuda zawsze znany był z tego, że mówi co myśli. Zdarza się, że miewa niekontrolowane wybuchy wściekłości, kilka takich wybuchów kiedyś opisałem. Ciekawe czy po meczu w Zabrzu Smuda będzie mieć powody do frustracji?

smuda

PS. Off-topic. Zobaczcie jaki fajny puchar. Jest tylko jeden taki w Polsce. Szczycą się nim w Sosnowcu.

puchar

To Puchar Europy, zdobyli go - jako jedyny klub nad Wisłą - siatkarze Płomienia Milowice. Dokładnie dziś mija 30 lat od tego wydarzenia. O meczach z 1978 roku możecie przeczytać w tekście Piotra Płatka. Z okazji okrągłej rocznicy - wielkie brawa dla Sosnowca!

 
1 , 2 , 3
Archiwum