sobota, 28 lutego 2009
WDŚ: Twardzi. Zawzięci. Bez polotu

starcie po śląsku

92. Wielkie Derby Śląska już za nami. To nie był mecz, który przejdzie do historii futbolu. Był taki, jakie są dziś śląskie drużyny: twardy, zawzięty, na razie jeszcze bez polotu. Za to emocje wstrząsały stadionem bez przerwy i rozgrzały niektórych kibiców bardziej niż... (niech każdy sobie tu wpisze, co uważa)

kibice Górnika tuż przed końcem meczu

Po meczu obecny na Śląskim ”Gucio” Warzycha mówił, że bardziej sprawiedliwy byłby remis, ale moim zdaniem Górnik tym razem zasłużył na zwycięstwo. Dla wielu ludzi, którzy oglądali ten mecz, wszystko rozstrzygnęło się w II linii, a cichym bohaterem był kupiony w przerwie zimowej z Polonii Bytom pomocnik Mariusz Przybylski. 

Ruch? Po poprzednich WDŚ na Śląskim miałem nadzieję, że tamto świetne 3:2 stanie się początkiem drogi „niebieskich" na wyższy  poziom. Myliłem się: drużyna Ruchu znajduje się w tym samym miejscu co przed rokiem, może jest nawet gorsza niz wtedy. Teraz mam nadzieję, że to dzisiejsze nijakie 0:1 nie stanie się początkiem zwijania się chorzowian. Bo jeśli silnik nie zapali za tydzień w Gdańsku, może być nerwowa wiosna.

I jeszcze jedno: królestwo za napastnika!

Górnik? Tym jednym zwycięstwem nie tylko utarł nosa odwiecznemu rywalowi, ale opanował także sytuację w tabeli, doganiając uciekający peleton. Degradacja? Bez żartów. W spadek tak naprawdę mogą wierzyć już tylko ci, którzy Górnikowi źle życzą. Ten zespół znów jest mocny, znów uwierzył w siebie. Na pewno nie jest do spadku. Jego mecz z Lechem na Roosevelta za dwa tygodnie zapowiada się pasjonująco, KSG wcale nie stoi na straconej pozycji. Byle Górnik wygrywał tak dalej, a śląscy dziennikarze na pewno przełkną bez mrugnięcia okiem "złote myśli" Henryka Kasperczaka. Choćby takie jak z dzisiejszej pomeczowej konferencji prasowej: 

"Derby, jak to derby - swoją tradycję mają i zawsze są grane w sposób twardy"...

Albo: "Każda z drużyn chciała wygrać"...

Albo: "Zdobyliśmy bramkę po stałym fragmencie gry i dała nam ona zwycięstwo"...

No i na koniec: "Chciałem też życzyć Ruchowi dalszej dobrej kontynuacji".

Wolę jednak to od złotoustego trenera, który daje oratorskie popisy po przegranym meczu. Ale od takiego złotoustego jeszcze gorszy jest przegrany król banału. A już całkiem najgorszy jest naburmuszony przegrany król banału. Dla takich dziennikarze są jak wilki. Ale pan Kasperczak w ogóle nie musi się tym przejmować... 

Kasperczak z Pietrzakiem przed WDŚ

PS Fajną rzecz powiedział Czadoblogowi Mariusz Klimek, właściciel Ruchu. Taką w duchu ekumenizmu.

"Gratuluję Górnikowi zwycięstwa i teraz jestem jego największym kibicem. Musi się utrzymać, bo nie wyobrażam sobie, żeby mogło go zabraknąć w ekstraklasie. Dlatego, że miejsce takich firm jak Ruch i Górnik zawsze jest w ekstraklasie".

Dobrze czasem usłyszeć coś takiego. Klimek ma klasę. Więcej wypowiedzi ważnych ludzi futbolu obecnych na WDŚ znajdziecie tutaj.

PS 2 Last but not least: chwała kibicom, że wypełnili stadion. 40 tysięcy ludzi na meczu polskiej ekstraklasy w lutym - to może zdarzyć się tylko na Górnym Śląsku. Szkoda jedynie, że nie wszyscy potrafili się zachować.

starcia pseudokibiców Ruchu z ochroniarzami w przerwie

A przecież organizatorzy zrobili wiele, żeby atmosfera była naprawdę podniosła i kulturalna.

Zespół Pieśni i Tańca ”Śląsk”

fot. Dawid Chalimoniuk. Dzięki, Chalim

piątek, 27 lutego 2009
Derby warszawskie i derby śląskie. Porównanie

Liga zaczyna się w tym roku mocnym akcentem. ”Pierwszy piłkarski weekend i od razu aż dwa mecze derbowe” - słyszę zewsząd. Derby śląskie i stołeczne. Całkiem różne. Czy można je porównywać? Pod uwagę wziąłem trzy względy:

a) sportowy

W jednych derbach zagrają dwie drużyny marzące o mistrzostwie, a w drugich dwie drużyny marzące o pobycie w ekstraklasie w sezonie 2009/10.  Wyniki jesienne mówią wszystko. Warszawa miażdży Śląsk: Górnik - Legia 0:3, Ruch - Legia 0:1, ”Polonia” - Ruch 3:0, ”Polonia” - Górnik 2:0. Ślązacy nie byli w stanie zdobyć nawet jednej bramki nie mówiąc o punkcie. Poziom i emocje jesiennych derbów warszawskich i WDŚ też trudno porównywać. Górnik bezbramkowo zremisował z Ruchem, a w tym samym momencie Legia po bardzo ciekawym meczu zremisowała z ”Polonią” 2:2. Obie stołeczne drużyny są dziś - jak na polskie warunki - naprawdę mocne. Mocniejsze od śląskich.

Duży punkt dla derbów warszawskich. 1:0 dla stolicy

b) medialno-towarzyski

Na Stadionie Śląskim będzie około 40 tysięcy kibiców. Specjalnie na tym meczu zjawią się fani z zagranicy - przyjazd zapowiedzieli szalikowcy obu klubów z Niemiec, Skandynawii i Wysp. Akredytowało się 220 dziennikarzy, w tym 15 z Niemiec i 2 z Węgier. 20 tys. kartonów w barwach Ruchu i Górnika zostanie rozłożonych na siedziskach Śląskiego. Kibice użyją ich do tzw. kartoniady. Wśród gości ma być były premier Jerzy Buzek, prezes PZPN Grzegorz Lato, pisarz Wojciech Kuczok, a także Jerzy Owsiak. Na Stadionie Śląskim pojawią się oczywiście szefowie firmy Allianz Polska, właściciela Górnika.

Na stadion Polonii przy ulicy Konwiktorskiej przyjdzie najwyżej 6000 kibiców. Od kilku miesięcy wiadomo było, że na ten mecz kibice Legii i tak nie wykupią biletów na sektor gości. To efekt bojkotu zarządu klubu i ITI przez szalikowców Legii. Klub gospodarz wprowadził imienne, darmowe wejściówki dla własnych kibiców, ale tylko na trybunę Kamienną. Na listę można było się dopisać w kawiarni klubowej przy Konwiktorskiej. Z moich informacji wynika, że do wczoraj wieczorem chętnych na wejściówki było niespełna 2000. Wiadomo, że dla większego bezpieczeństwa działacze Polonii pozwolili swoim fanom pilnować wejść na stadion i wyłuskiwać ze zdążającego na mecz tłumu osoby "stwarzające zagrożenie" czyli znanych im szalikowców Legii.

Akredytowało się 200 dziennikarzy, będzie też ok. 100 vipów. Wśród nich mają się pojawić były premier Józef Oleksy, a także Janusz Panasewicz z Lady Pank.

Oba mecze będą transmitowane przez Canal+

Punkt dla derbów śląskich. 1:1

c) historyczny

Tutaj porównanie powinno się ograniczyć do stwierdzenia, że... nie ma co porównywać. Dla mnie ligowe derby pomiędzy Legią Warszawa i Polonią Warszawa, które odbywały się w latach 1927 - 2006 przeszły już do historii, i nie o meczu między tymi drużynami teraz mówimy. Nie wiem jak niektórzy rachują, że będą to 55. derby stolicy. Mnie wychodzi, że w tym zestawieniu klubowym będą to derby dopiero drugie i bliżej mające do tradycji pojedynków Legia - Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski z lat 1997-2008. A wszystko dlatego, że dziś z Legią zagra ”Polonia”, a nie Polonia. Wyjaśniałem już dokładnie o co chodzi i wiem, że wielu ludzi w całej Polsce ma podobne zdanie do mojego.  

I druga sprawa. Przypomnę, że nigdy nie zdarzyło się, żeby dwie drużyny z Warszawy zajęły miejsce na ligowym podium w tym samym sezonie. Dojść do tego może dopiero teraz, w obecnym sezonie. Powód? - patrz punkt a.

Z Górnikiem i Ruchem jest inaczej. Wiele lat walczyły ze sobą naprawdę dwie najlepsze polskie drużyny. Przypomnę jeszcze raz, że oba kluby w jednym sezonie zajmowały miejsce w pierwszej trójce aż siedmiokrotnie (1960, 63, 67, 68, 70, 74, 89).

Zdarzyło się, że ligowy mecz Ruchu z Górnikiem oglądało 80 tysięcy ludzi. Rekord frekwencji na ligowych meczach Legii z dawną Polonią to 20 tysięcy.

W efekcie wielki punkt dla derbów śląskich. 2:1 dla Górnego Śląska.

Dziękuję za uwagę.

UPDATE: po tym co zobaczyłem podczas dzisiejszego wieczornego meczu ”Polonia” - Legia zmieniam na 3:0 dla Górnego Śląska.

...44, 45, 46,... Porca miseria!

Zwycięstwo we Włoszech w meczu o stawkę daje pewne miejsce w historii polskiej piłki. Do ostatniej minuty wierzyłem, że przejdzie do niej Lech. Po trzech kwadransach byłem pewien, że można jednać Włochów pyknąć. Do tego pyknąć efektownie, od niechcenia pstrykając w ich poczerwieniałe od wysiłku odstające małżowiny. Nie udało się: na końcu to oni pstryknęli jednak w nasze. 

Trudno. Ale dziękuję Lechowi za emocje. Dziękuję za to, że wreszcie nie musieliśmy się wstydzić polskiej drużyny klubowej w rozgrywkach międzynarodowych.  

Szkoda, że nadal musimy trenować cierpliwość. Na zwycięstwo polskiego klubu w europejskich pucharach na trudnym włoskim terenie czekamy już bowiem 46 lat.

13 października 1963 roku Sampdoria Genua przegrała u siebie z Polonią Bytom 0:2. W rewanżu był remis 1:1 i to Polonia awansowała do ćwierćfinału. Niestety nie był to Puchar Europy Mistrzów Krajowych, Zdobywców Pucharów, ani nawet Miast Targowych. Był to zaledwie Puchar Rappana, zwany później Pucharem Intertoto. Lepszy jednak rydz niż nic. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

PS Puchary za nami, czas na ligę. Za kilkanaście godzin pierwszy tegoroczny mecz ekstraklasy. Rozegra go właśnie Polonia. Gość nie byle jaki - Wisła. O szczegółach przeczytacie tutaj.

UPDATE. Żeby nie było wątpliwości: Polonia Bytom wygrała przed laty w Genui w takim stylu, w jakim Lech grał w I połowie w Udinese. Gole strzelili niezawodni Jan Liberda (18.) i Norbert Pogrzeba (24.), nawzajem sobie wypracowując sytuacje, co prasa skwitowała tytułami w stylu ”Wiśniewski i Tamborini  w cieniu duetu L-P”. Straniero Maryan Wisnieski, francuski napastnik polskiego pochodzenia, brązowy medalista MŚ'58, był największą gwiazdą tamtej Sampdorii. I jeszcze cytat, żeby pomruczeć: ”Polacy rozegrali doskonały pojedynek pod względem taktycznym, ”niebiescy” byli momentami bezradni (...). Szymkowiak znów zademonstrował walory wielkiego bramkarza (...), a junior Anczok był najlepszy na boisku. (...) Każda akcja prowadzona przez Liberdę i Pogrzebę nosiła w sobie zarodek bramki”...

Kiedy po latach słuchałem słów pana Liberdy, wydymającego pogardliwie wargi, że ”tamta Polonia była w stanie stuknąć wszystkich”, nie do końca w to wierzyłem. A kiedy zacząłem się wgryzać w temat - uwierzyłem...

środa, 25 lutego 2009
Przebudowa Górnika. Śląski, polski, europejski

50 lat temu Górnik Zabrze, który zdobywał akurat drugie mistrzostwo Polski, grał w następującym składzie: Zabrze - Zabrze, Gliwice Sośnica, Zabrze - Zabrze Biskupice, Katowice - Ruda Śląska, Katowice Bogucice, Zabrze, Bytom Bobrek, Świętochłowice Chropaczów. W kadrze było zero obcokrajowców, za to trener z Budapesztu.

5 lat temu Górnik rozpoczął rundę wiosenną w następującym składzie: Kętrzyn - Rio de Janeiro (Brazylia), Tomaszów Lubelski, Porto Alegre (Brazylia), Świebodzin - Ostrawa, Kraków, Porto Alegre (Brazylia), Porto Alegre (Brazylia) - Jastrzębie, Nowy Sącz. W kadrze było siedmiu obcokrajowców plus trener z Ostrawy.

Rok temu Górnik rozpoczał rundę wiosenną w następującym składzie: Topolczany (Słowacja) - Zlate Moravce (Słowacja), Maków Podhalański, Kraków, Mariampol (Litwa) - Siedlce, Ostrowiec Świętokrzyski, Ruda Śląska Wirek, Częstochowa - Barczewo, Wrocław. W kadrze było sześciu obcokrajowców plus trener z Wodzisławia.

Dwa miesiące temu prezes Górnika Jędrzej Jędrych opowiedział mi o zmianie koncepcji. W jego założeniu Górnik ma być drużyną najpierw śląską, potem polską, i na końcu europejską.

"Taka jest nasza idea. Na pewno nie do zrealizowania od razu, ale docelowo chcielibyśmy, żeby Górnik był klubem, w którym będą grać piłkarze związani z naszym regionem. W przyszłości oni stanowiliby trzon zespołu, na pewno wzmocnimy drużynę zawodnikami z innych regionów kraju. Od czasu do czasu muszą pojawić się nowi obcokrajowcy, ale tylko dobrzy piłkarsko. Tak dobrzy, by byli traktowani przez polskich zawodników z szacunkiem i uznaniem".

Patrząc na sparingi wygląda na to, że Górnik rozpocznie Wielkie Derby Śląska w zestawieniu: Jastrzębie - Tczew, Radzionków, Kraków, Andrychów - Ruda Śląska Orzegów, Częstochowa, Ostrowiec Świętokrzyski, Kraków, Pszczyna - Twardogóra. W Górniku jest trzech obcokrajowców plus trener z Zabrza.

Ale to nie wszystko. W kadrze pierwszego zespołu reprezentowane są także: Zabrze Zaborze, Ruda Śląska Wirek (razy dwa), Ruda Śląska Halemba, Knurów i Świerklaniec. Tylko jedna z tych śląskich nadziei Górnika urodziła się przed 1987 rokiem. 

Wygląda na to, że prezes Jędrych wciela koncepcję w życie. Górnik powoli wraca do korzeni.

PS Wielkie Derby Śląska już za trzy dni. O zapomnianych bohaterach jednych takich derbów sprzed lat czytajcie tutaj. Dowiecie się, że w bogatą historię tej rywalizacji na stałe wpisali się nawet warszawiacy! 

wtorek, 24 lutego 2009
(Nie)nareszcie (nie)Liga (nie)Mistrzów

Dziś pierwsze mecze 1/8 finału Ligi Mistrzów. O tym, że chciałbym widzieć jej upadek, już pisałem. Oczywiście uwielbiam klubowe rozgrywki międzynarodowe, ale w formie klasycznej, sprawdzonej - w takiej jaka właśnie się zaczyna, czyli w pucharowej. Jedyne co mnie dziś uwiera, to fakt, że w 1/8 grają przedstawiciele tylko siedmiu lig (aż trzy ma w stawce więcej niż dwie drużyny), a nie tak jak powinno być, czyli szesnastu.

Było już, że z zamówionych przez "Gazetę" badań sondażowych wyszło, co wyszło: już dla co czwartego Polaka deklarującego zainteresowanie futbolem, ulubionym klubem jest przede wszystkim ekipa zagraniczna. "Nasza liga, zohydzona serialem korupcyjnym, wyglądem stadionów i panującymi na nich obyczajami, musi stać się bardziej przyjazna miłośnikom futbolu" - pisał Rafał Stec. Oczywiście, że musi. Ale fakt, że dotąd się nie stała, jest - moim zdaniem - efektem nieszczęsnej reformy europejskich rozgrywek na początku lat 90. Kwestią sporu jest, czy miała ona wpływ decydujący na degrengoladę polskiej ligi czy może raczej drugoplanowy. Dla mnie decydujący.

Czy gdyby wajcha poszła w drugą stronę i w Lidze Mistrzów grały regularnie dwie polskie drużyny, a dwie kolejne walczyłyby w eliminacjach, to nasza ekstraklasa wyglądała by jak wygląda? Czy stadiony byłyby tak samo przestarzałe, wiekszość  kibiców na pustawych trybunach nadal rzucałaby przekleństwami, a sędziowie dorabialiby na ustawianiu meczów? Czy gdyby można oglądać w ogólnodostępnym kanale telewizyjnym polskie drużyny równie często jak te zagraniczne, przytoczona wyżej statystyka byłaby równie przygnębiająca?

W efekcie powstania Ligi Mistrzów w takim, a nie innym kształcie polski kibic stał się mentalnym niewolnikiem. Zaczął bezgranicznie wierzyć w dwa światy - ten lepszy, niedościgniony w czworokącie Lizbona - Glasgow - Berlin - Rzym i ten gorszy, u nas, z dziurawymi siatkami, klnącymi wyrostkami, a po przyjściu z meczu, ze śmierdzącymi naczyniami tkwiącymi w zadzewiałym zlewozmywaku. 

Mało tego; mam wrażenie, że mentalnym niewolnikiem stał się także niejeden polski dziennikarz sportowy, który bardziej sławi to, co zagraniczne niż własne. Zauważam to zwłaszcza w jednym momencie: kiedy w polskiej lidze pojawia się grajek z nieprzeciętnym talentem, ktoś dla kogo ludzie zaczynają chodzić na mecze, moi niektórzy koledzy zaczynają zastanawiać się w jakiej renomowanej lidze byłoby mu najlepiej, prześcigają się w doniesieniach, który wielki klub pierwszy zapłaci za niego konkretną sumę i wreszcie krytykują kiedy jednak lokalna ikona się opiera, gdy okazuje się, że walizek nie ma zamiaru pakować...

Oczywiście zachwycam się niebotycznym tempem i akcjami w lidze angielskiej, hiszpańskiej, francuskiej albo włoskiej. Oczywiście doceniam ich wspaniałość. Ale marzę jednocześnie, że wrócą czasy, gdy nie trzeba będzie koniecznie wyjeżdżać, żeby nauczyć się grać w piłkę na międzynarodowym poziomie. Mam przeczucie, że byłoby to możliwe nawet dziś, gdyby nie chamstwo UEFA sprzed ponad piętnastu lat. To był szatański plan: trzeba wytrzymać parę lat krytyki ze strony skrzywdzonych państw. Potem dorośnie w nich nowe pokolenie kibiców, które tego podziału będzie bronić z gorliwością neofity! A właściwie już nie neofity: obecne nastolatki nie nawracały się z miłości do polskiej ligi, bo one nigdy w nią nie wierzyły, nigdy jej nie znały, nie doceniały, nie kochały. Miłości do futbolu nauczyły się dzięki telewizji i grom komputerowym... 

Polska liga przypomina mi dziś stare, wyschnięte koryto rzeczne znad brzegu którego zaledwie słychać głośny szum wzburzonej wody (czyt. kasy)skierowanej przez hydrologów (czyt. UEFA) w inną odnogę rozlanej kiedyś równomiernie rzeki. Dokładnie tak, słowo "równomiernie" jest właściwe. Czy piewcy wielkości Bayernu, Milanu albo Chelsea pamiętają, że jeszcze przed wojną ten pierwszy klub dostał  łomot od Ruchu (u siebie), ten drugi od Pogoni Lwów, a ten trzeci od Wisły? Fanom Barcelony przypomnę, że kiedy w 1970 roku przyjechała na Górny Śląsk grać z GKS-em Katowice jej nazwa nie budziła tak gigantycznego wrażenia jak dziś.  Piłkarze GieKS-y nie padali na kolana na sam dźwięk nazwy. Na Śląski przyszły wówczas tłumy, bo w tamtych czasach zawsze przychodziły. Uważam, że legendę Barcelony w Polsce i nie tylko w Polsce w dużej mierze zbudowała telewizja. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w jedenastce stulecia FCB znalazło się tylko dwóch piłkarzy (Cruyff i Maradona) grający w niej przed telewizyjną erą Ligi Mistrzów? Czy wcześniej nie rozgrywała wspaniałych meczów, nie zdobywała wspaniałych trofeów? Przecież Barcelona ma 110 lat, a LM zaledwie - 17. Tymczasem dla kibiców okres 1899-1973 okazał się białą kartką papieru...

Podkreślam: piszę akurat o Barcelonie, nie dlatego, że jej nie lubię, ale dlatego, że właśnie przez nią poniosłem osobistą porażkę. Wiem już, że mój syn na mecze polskiej ligi chodzić ze mną nie będzie. A może chodziłby, gdyby nie powstała Liga Mistrzów, którą na okragło może oglądać w telewizji?

Łudzę się, że namiętność polskiego kibica do polskiej ligi nie wygasła, ona jest jakby w uśpieniu. Ale niech wreszcie trafi się drużyna, która wyrwie się wreszcie ponad przeciętność, niech regularnie pogra w tej cholernej Lidze Mistrzów (innego wyjścia nie ma, bo przecież formuła europejskich rozgrywek sprzed 1992 roku nigdy nie wróci). Niech będzie motorem napędowym, niech pociągnie za sobą w rozwoju całą piłkarską Polskę.

Wtedy polski kibic znów polubi ekstraklasę.

PS Zapomniałbym Wam przedstawić mojego faworyta do zwycięstwa w tegorocznej edycji Pucha... eps, Ligi Mistrzów.

Panie i Panowie: Inter Mediolan. 

PS2 Prośba o pomoc

poniedziałek, 23 lutego 2009
Znów ten sam problem: wiek

Doszedł do mnie mail: 

”Witam,

Bardzo nam zależy żeby (...) pojawiła się informacja o 90 rocznicy założenia Szombierek.Główne obchody odbęda sie w czerwcu, jednakże to właśnie 21 lutego 1919 został założony klub którego jesteśmy tradycyjnym kontynuatorem.

Prosimy również o krótki zarys historii:

Klub powstał 21.02.1919 w Bytomiu. Jego założycielami byli: Wiktor Maks (prezes), Wiktor Kostka, Ignacy Tyrol II, Jan Pakuła, Jan Skrzypek, Robert Kostoń.

Pierwszy mecz Szombierki rozegrały wiosną 1920 roku pokonując Polonię Bytom 4:1.Mecz odbył się na boisku gdzie obecnie w Bytomiu znajduje się plac Jana III Sobieskiego.

Początkowo Klub grał w rozgrywkach niemieckich na niższym szczeblu. W czasie II wojny światowej został zamknięty. Po wojnie - w 1945 roku klub reaktywowano pod nazwą Robotniczy Klub Sportowy Szombierki. Pierwszy raz w polskiej I lidze klub wystąpił w 1947 roku. W sezonie 1964/1965 klub wywalczył wicemistrzostwo Polski. 15 lat później klub w sezonie 1979/1980 zdobywa jedyne Mistrzostwo Polski, rok później - w sezonie 1980/1981 zdobywa 3 miejsce.

Podsumowując: drużyna Szombierek Bytom rozegrała w ekstraklasie 25 sezonów, zagrała 702 mecze i 235 razy zwyciężyła. Aktualnie Szombierki są na 17 miejscu w tabeli wszechczasów polskiej Ekstraklasy.

Pozdrawiam

Marcin Zwolański,  TS Szombierki”

                                          % 

Szombierki Bytom to jeden z moich ulubionych klubów. Poznałem tam fajnych ludzi, 26 marca 1994 roku właśnie ze stadionu Szombierek napisałem pierwszą ligową relację do gazety (bytomianie wygrali wtedy w II lidze z Radomiakiem 2:0). Ale choć lubię ”Zielonych” nie mogę zgodzić się z jubileuszem, który w Bytomiu chcą fetować.  

Przecież Szombierki powstały w 1945 roku i odwoływanie się do roku 1919 jest moim zdaniem nadużyciem. Co innego dzielnicowe tradycje piłkarskie, co innego rok powstania klubu. Czy w 1949 roku ktokolwiek w Szombierkach obchodził 30-lecie klubu? Oczywiście, że nie. Podobnie zresztą ma się sprawa z sąsiednią Polonią, która również została założona w 1945 roku, a jednak wielu odwołuje się do Polonii powstałej w 1920 roku. To zresztą stała przypadłość polskich klubów - chcą być starsze niż są w rzeczywistości...

Szombierkom życzę wszystkiego najlepszego. Ale jednak z okazji 64-lecia, a nie 90-lecia.

PS Poniżej trzy fotki związane z Szombierkami z trzech różnych lat. Pierwsza z 1992 roku: Boguś Cygan strzela na bramkę Górnika Zabrze (to było jeszcze w ekstraklasie). Druga z 2005 roku: baraż z Grunwaldem Halemba o utrzymanie się w IV lidze oglądało już dużo mniej ludzi. Trzecia fotka z 2009 roku (okazuje się, że w tym roku był na Śląsku dzień bez śniegu) przedstawia symbol Szombierek czyli szyb ”Krystyna”. Wieża, która powstała w 1929 roku, była częścią kopalni Hohenzollern. Nietypowy kształt nawiązuje do pyrlika, czyli górniczego młotka. ”Krystyną” nazwano szyb po wojnie, gdy kopalnia została upaństwowiona. Krycha przetrwała tylko dlatego że udało się ją wpisać do rejestru zabytków. Sąsiednie zabudowania kopalniane wynieśli - dosłownie - złomiarze.

Ale, ale... Dlaczego o kopalnianym szybie czytacie na sportowym Czadoblogu? Powód jest prosty. Bo znajdziecie go także w herbie klubu sportowego - Szombierek właśnie! Czy ktoś zna podobny przypadek? Czy słyszeliście, żeby jakiś inny zabytek w Polsce znajdował się w herbie piłkarskiej drużyny? Jeśli tak - dajcie znać!

Mecz Szombierki  - Górnik Zabrze

stadion Szombierek

szyb krystyna

PS 2 Prośba o pomoc

sobota, 21 lutego 2009
Cechy mistrzyni

Z Justyną Kowalczyk rozmawiałem tylko raz w życiu. To było trzy lata temu na Kubalonce*, niedługo przed igrzyskami w Turynie. Zawodniczka AZS AWF Katowice złoiła wtedy krajowe rywalki na mistrzostwach Polski**. Zapamiętałem ją  jako pewną siebie, ale  bynajmniej nie zarozumiałą osóbkę, która nie boi się powiedzieć co uważa.

W trakcie rozmowy przekonałem się:

a) że najgorsze co ją spotkało, było już za nią. Co jej nie zabiło, to ją wzmocniło, mogła być już tylko lepsza: 

"Zawiodłam się na wielu osobach. Ludzie byli fałszywi. Podchodzili do mnie i mówili: "Justynko, nic się nie przejmuj". A za chwilę, za moimi plecami wytykali mnie palcami i opowiadali: "A nie mówiłem, że nie mogła biegać tak szybko, musiała coś wziąć!". Nawet nie zadali sobie trudu, żeby sprawdzić, co to był za środek, za który mnie ukarano [w organizmie Kowalczyk wykryto zakazany dexamethason. Zawierał go lek na ból ścięgna, którego używała. Niestety, PZN nie zgłosił tego do FIS. Zawodniczkę ukarano dwuletnią dyskwalifikacją, później skróconą - przyp.pacz].  (...) Jedną, może dwie noce przepłakałam w samotności. Mama obawiała się nawet, że mogę sobie zrobić coś złego. A potem wstałam i podjęłam decyzję: "Ja wam jeszcze pokażę! Jeszcze się odegram!". I wróciłam do treningu. Cóż, dostałem nauczkę na całe życie". 

b) że jeśli ktoś ma się osiągnąć mistrzostwo w takim sporcie jak biegi narciarskie, to tylko taki pracuś jak ona:

"Wstaję o piątej. Czasami jak mam więcej czasu, to leniuchuję w łóżku do szóstej. Potem przychodzi czas na półtorej godziny rozruchu i śniadanko. Potem trening właściwy - trzy godziny. Wreszcie obiad i znowu do pracy. Po południu trenuję około dwóch godzin. Wreszcie kolacja i zostaje już tylko czas na sen".

c) że uczy się na błędach:

"bez zgody lekarza nie biorę żadnych leków! No chyba, że jogurt (śmiech). Doktor układa mi plany treningowe, a jeżeli mnie coś boli, to zaraz biegnę do niego po radę. I proszę o lek, który mi pomoże. Na razie taki układ się sprawdza. Badają mnie trzy razy na tydzień, jestem non stop "pod ostrzałem".

d) że nie wyrzeknie się przyzwyczajeń, jeśli uzna, że pomagają jej one w osiągnięciu formy. Nawet za cenę atmosfery:

"Jestem indywidualistką, gdybym chciała grać w drużynie, to wybrałabym koszykówkę. Po prostu nie potrzebuję koleżanek na treningu. Dwa lata temu próbowano do mnie dołączyć kilka dziewczyn. Nic z tego nie wyszło. Irytowały mnie, bo za wszelką cenę chciały mi dotrzymać kroku. One się męczyły fizycznie, ja psychicznie. Bieganie to sport dla indywidualistów, wszystko zależy tylko ode mnie (...) Jestem zbyt ambitna, żeby trenować z kimś jeszcze". 

                                       %

Przy okazji: sukces pani Justyny to kolejny przykład na to, że polski kibic przetrwał lata posuchy i może żyć w czasach niezwykłych. Zauważcie, że trwają kariery zawodników, którzy są najlepsi w swoich dyscyplinach nie tylko dziś, ale w ogóle w całej historii polskiego sportu, którzy stali się wręcz jej symbolami. Po kolei:

- Justyna Kowalczyk;

- Adam Małysz;

- Otylia Jędrzejczak;

- Tomasz Sikora;

- Robert Kubica;

- Piotr Małachowski;

- Leszek Blanik;

- Maja Włoszczowska;

- Mariusz Czerkawski;

- męska drużyna piłki ręcznej; 

- kobieca drużyna siatkówki (choć tu niektórzy pewnie mają inne zdanie);

- czwórka wioślarzy; 

Kogoś pominąłem? 

Do tego grona - jeśli się mocno postarają - mają szansę dołączyć choćby Tomasz Majewski albo Agnieszka Radwańska. No po prostu żyć (i kibicować), nie umierać! Tylko futbolistów mi tu brakuje i jeszcze trochę - a raczej długo - pobrakuje.

To ostatnie zdanie spieprzyło mi, cholera, cały humor...    

                                        %

* info dla ludzi spoza woj. śląskiego, którzy nie byli na Kubalonce: tam jest naprawdę pięknie.

** Pamietam, że zdjęcia Justynie Kowalczyk robił wtedy na trasie Maciek Szczęsny - najlepszy fotoreporter wśród polskich sportowców i najlepszy sportowiec wśród polskich fotoreporterów. W ogóle jeden z najbardziej inteligentnych ludzi jakich znam. Pozdrowienia.

15:32, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (9) »
piątek, 20 lutego 2009
Wspomnienie ze Stambułu

Piłkarze Ruchu Chorzów o ostatnie szlify formy przed WDŚ dbają w Turcji. W sobotę ostatni trening w Alanyi i powrót do Polski. Mało kto pamięta, że niebiescy przecierali tam szlaki prawie już prawie pół wieku temu i byli wtedy przyjmowani iście po królewsku. W styczniu 1962 roku chorzowianie wzbudzili podziw w Izmirze i Ankarze więc działacze klubów Galatasaray, Besiktas i Fenerbahce robili wszystko, żeby przedłużyć tureckie tournee Ruchu, robili wszystko żeby Ślązacy zahaczyli także o Stambuł. Postawili na swoim, a o tym dlaczego ostatecznie udało się rozegrać tylko mecz z Besiktasem, a z pozostałymi dwoma stambulskimi gigantami już nie, zajmująco pisze mój redakcyjny kolega Piotr Zawadzki.   

Czadoblog na deser ma dla Was jedno z cacuszek, które ostatnio wzbogaciło jego kolekcję. Nieznana dotąd fotka pochodzi z archiwum Eugeniusza Lercha, który grał w tamtym meczu w Stambule.

10 lutego 1962. Ruch Chorzów przed towarzyskim spotkaniem z Besiktasem, zakończonym wynikiem 0:0.

W górnym rzędzie od lewej: Eugeniusz Pohl, Mieczysław Siemierski, Henryk Pietrek, Antoni Nieroba, Alojzy Łysko, Eugeniusz Lerch. W dolnym rzędzie od lewej: Kazimierz Polok, Bernard Bem, Zygmunt Pieda, Alojzy Gasz, Eugeniusz Faber. 

Ruch przed meczem z Besiktasem

Najlepszy obcokrajowiec. Łatwy wybór

O grze najgłośniejszej obecnie polskiej drużyny klubowej decydują dziś cudzoziemcy. Nie dość, że w wyjściowym składzie stanowią większość, to jeszcze strzelają i wypracowują te najważniejsze gole. Jak choćby wczoraj, podczas meczu z Udinese.

Za największą zagraniczną legendę Wisły można uznać chyba Mauro Cantoro; w Widzewie zawsze wielkie wrażenie robił na mnie Andriej Michalczuk (właściwie podziwiałem go jeszcze gdy seryjnie wypluwał z siebie gole dla Chemika Bydgoszcz). Korona ligowego króla strzelców Stanko Svitlicy dla Legii to jedyny triumf zagranicznego napastnika w polskiej ekstraklasie. 

Gole Rengifo i Arboledy to dobry moment, żeby sobie uzmysłowić, że tak jak wiele obcokrajowcy znaczą w najważniejszych dziś klubach w Polsce, tak niewiele dobrego można powiedzieć o ich dotyczasowym dorobku i roli w drużynach województwa śląskiego.

Owszem, były i są ich tu kopy, przyjeżdżają ze wszystkich kontynentów z wyjątkiem Antarktydy, ale ilośc nigdy nie przeszła w jakość. Niektórzy z nich prezentowali i prezentują rzeczywiście solidne umiejętności, ale który z nich miał ten niezapomniany błysk? Zdarzało się, że osiągali zaskakująco dużo, zdobywali prestiżowe trofea, ale już nie w śląskich barwach (Ivica Kriżanac po opuszczeniu Górnika dochrapał się Pucharu UEFA, Eric Fasindoh po odejściu z Zagłębia Sosnowiec wygrał afrykańską Ligę Mistrzów).

Zastanówcie się: kogo można uznać za najlepszego obcokrajowca wszech czasów choćby w Górniku Zabrze? Corneliusa Udebuluzora? Shingayi Kaonderę? Hernaniego?

A w Ruchu Chorzów? Wybór jest jeszcze gorszy. Dżikia? Lines? Kto w Polonii Bytom pamięta o Williamie Basseyu albo Pawle Puzynie?

Moim zdaniem na Górnym Śląsku był tylko jeden straniero, który zdobył sobie stałe miejsce w historii piłki tego regionu. Może i miał swoje wady, ale przede wszystkim olśniewające umiejętności. Takie, o których nie mógł marzyć żaden obcokrajowiec kopiący piłkę na Śląsku. Wiem co mówię, bo oglądałem w akcji wszystkich śląskich zagraniczniaków szczebla centralnego.

Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem kibiców tak często podczas jednego meczu łapiących się za głowy. Łapali się z podziwu. Bo facet o którym piszę miał niezwykłą wyobraźnię i wyjątkową technikę. Te przymioty widać w jego przyjęciach, strzałach i podaniach, ale mnie najbardziej podobały się jego niezapomniane zwody. Nie, słowo "niezapomniane" nie oddaje stanu rzeczy; one są "nie do przypomnienia". Bo można było je oglądać, ale nikt nie potrafił ich później powtórzyć.  

Zobaczcie ten filmik. On nawet w 1/10 nie oddaje kunsztu bohatera tej notki, ale zwróćcie uwagę na ostatnią akcję. Takich zagrań ten piłkarz w każdym meczu serwował kilka. Był okres kiedy przychodziło się na mecz właśnie dla niego. Dlatego przyznaję mu mój osobisty tytuł "najlepszego śląskiego obcokrajowca wszech czasów".

A teraz z uwagą będę się przyglądać wyczynom piłkarzy Karpat Lwów. Bo trafił tam niedawno syn naszego bohatera.

I już strzela.

PS Dzięki Maciek

 

środa, 18 lutego 2009
Ukraina gorsza niż Polska? Bzdura

Tak twierdzi ukraiński piłkarz grający w Polonii Bytom. Cóż, rozumiem jego rozgoryczenie wieściami, że Euro oddala się od Ukrainy, rozumiem, że zmiany zachodzące w ojczyźnie ceni bardziej od zmian zachodzących w kraju, gdzie zarabia: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Ciekawe kto ma rację bardziej.  

PS Jak się zastanowić to chyba nie jest takie istotne, kto ma rację bardziej. Zawsze uważałem, że jakiekolwiek próby wydutkania Ukrainy z organizacji ME to skandal, bo Euro 2012 zawsze było wspólnym polsko-ukraińskim projektem. 

19:48, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum