niedziela, 28 lutego 2010
Niebieskie miasto

My tu gadu-gadu, a niepostrzeżenie 90 lat skończył Śląsk Świętochłowice! To zasłużona firma, która przed wojną rywalizowała nawet w ekstraklasie. Barwy klubu ze Świętochłowic reprezentowali m.in. słynni piłkarze Ruchu - Teodor Peterek i Ewald Cebula, a dziś najbardziej znanym wychowankiem jest chyba Adam Bensz, bramkarz Zagłębia Sosnowiec.

Wiele możnaby o Śląsku napisać. Ja pamiętam jak opowiadał mi o nim wspomniany Ewald Cebula, nieżyjąca już legenda głównie Ruchu Chorzów. Bardzo mnie zaskoczyło, że chuligańskie wybryki zdarzały się nawet w latach II wojny światowej. Nawet hitlerowski reżim nie mógł nad tym zapanować. Wtedy mecz TuS Schwientochlowitz - 1. FC Kattowitz to było chyba coś jak dziś spotkanie Ruchu z Gieksą, możnaby go uznać za "mecz podwyższonego ryzyka". Powód? - Kibice ze Świętochłowic z fanami 1. FC Kattowitz po prostu się nienawidzili. Zdarzały się awantury - opowiadał mi pan Cebula, który grał w reprezentacji Polski przed i po wojnie, a w czasie okupacji był piłkarzem właśnie TuS Schwientochlowitz.

Dziś Świętochłowice żyją nie tylko Śląskiem, ale przede wszystkim Ruchem. Bo w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat stały się „niebieskim” miastem...

PS Arkadiusz Piech strzelił gola dla Ruchu w ligowym debiucie. Taki zaszczyt, takie osiągnięcie nie zdarza byle komu. Będziemy obserwować tego piłkarza:-)

Czy po wczorajszym złojeniu rywala na wyjeździe ktoś jeszcze powie, że Ruch nie ma szans z wiodącym (w dziennikarskich notowaniach) tercetem?

PS1 Czy zobaczymy Omegę w najbliższym meczu Ruchu? Ja chcę Omegęęęęęęęę....

piątek, 26 lutego 2010
Zerozerowate zero zero

Zerwałem się w ostatniej chwili na mecz Odry Wodzisław. Gdybyście mieli okazję, też byście chcieli zobaczyć pierwszy występ całkowicie odmienionej Odry, która jeśli chodzi o transfery zaszarżowała jak nigdy w historii.

Niestety - wrażenia po meczu mam bardzo złe. Pierwszy raz Odrę na własne oczy widziałem w kwietniu 1994 roku. Wodzisławianie wygrali wtedy u siebie w II lidze 1:0 ze Ślęzą Wrocław, a ja siedziałem na... ławce rezerwowych (w tamtych czasach na stadionie Odry były trzy ławki rezerwowych, środkowa należała do dziennikarzy). Gdybym miał porównać, która Odra była groźniejsza - ta czy tamta, odparłbym, że tamta... Dzisiejszy mecz to było chyba najbardziej zerozerowate zero zero jakie widziałem w życiu. Na trybunach wielokrotnie zdarzał się nie jęk zawodu, a wręcz ryk zawodu:-/

Zahaczyłem po meczu Marcina Brosza, co mu się w grze jego drużyny najbardziej podobało, a co się nie podobało. Wykręcił się od odpowiedzi, a ja nie naciskałem, bo nie było sensu. Trener musiałby własną drużynę zmasakrować, a po co? Miażdżąca krytyka na pewno nie przyda się Odrze przed dość trudnym meczem z Legią...

Co mi się podobało:

a) pewność Arkadiusza Onyszki. Był najlepszym zawodnikiem na boisku, a w ostatniej minucie brawurową paradą w sytuacji sam na sam uchronił zespół od niechybnej porażki. Wygląda na to, że jego sprowadzenie do Wodzisławia było dobrym pomysłem;   

b) rzuty wolne Brasilii. Mocne i celne, a walił z ponad 30 metrów. Tym razem się nie udało, ale któraś z tych piłek wpadnie. Może już z CWKS-em? Szkoda, że oprócz wolnych Brasilia nie pokazał właściwie nic;

c) reakcje Marcina Brosza. Reagował na sytuację i zmieniał na boisku, nie patrząc na nazwiska. Chwalibogowskiego słusznie zatrzymał na ławce już w przerwie (nie wiedzieć czemu podczas akcji ofensywnych ten skrajny pomocnik schodził do środka, jakby uciekał od podania). Mauro Cantoro zdecydował się zmienić po godzinie. Argentyńczyk, którego znakiem firmowym są opadające gatki, w jakiś sposób niestety przydusił grę Odry - koledzy cały czas uważali gdzie znajduje się na boisku, musiał ostemplować większośc akcji ofensywnych Odry, co czasem zwalniało grę, a nie dawało efektów. A przecież Cantoro jest przede wszystkim świetnym defensywnym pomocnikiem, a nie kreatorem gry. Mimo tego pierwszego nienadzwyczajnego, delikatnie pisząc, występu Brosz bardzo w niego wierzy;    

d) przed wejściem na trybunę nalepili mi na kurtkę serduszko z napisem ”sercem jestem z Odrą”. Każdy pomysł na zbliżanie kibica do drużyny jest dobry. Oczywiście najlepszy to dobra gra, ale inne też mogą być.  

Co mi się nie podobało:

a) kompletna niemoc Odry z przodu. Była to tak wielka niemoc, że nie mogę napisać nic więcej, bo nie jestem w stanie;

b) loża szyderców. Wydawało mi się, że od zeszłego roku, kiedy dziennikarze przenieśli się na trybunę główną, nie będą musieli już jej słuchać. Okazało się jednak, że z drugiej strony też jest loża szyderców. Ta pierwsza w swym prostactwie i głupocie była żenująca. Ta druga już tylko nadzwyczaj złośliwa. Kibice jechali po swoich piłkarzach bardzo ostro. Szkoda, bo można było przecież zaczekać z pretensjami do ostatniego gwizdka. To był pierwszy mecz! Malkontenci chyba nie zdają sobie sprawy, że na kameralnym wodzisławskim stadioniku wszystko na murawie słychać. Te okrzyki na pewno piłkarzom nie pomogły;

c) głupota Pawła Nowaka. To świetny piłkarz, kiedy grał w Cracovii bardzo podobała mi się jego gra. Ale gdy pierwszą żółtą kartkę dostaje się za wkopnięcie piłki do bramki po gwizdku sędziego, a drugą za symulowanie to trudno liczyć na oklaski;

d) obaj trenerzy byli młodsi od Czadobloga (Brosz - rocznik 1973, Kafarski - rocznik 1975, Czadoblog - rocznik 1972). To chyba pierwszy raz mi się zdarzyło. Czas na emeryturę, dziadku...

PS Poza tym ciągle pamiętam o Omedze.

Frustracja

Na forum pod poprzednim wpisem Irishman68, który jawił mi się dotąd jako uważny Czytelnik Czadobloga i rzetelny kibic GKS-u Katowice, napisał:

Cóż....wygląda na to, że kończymy zabawę. Z wywiadu [z Markiem Worachem, przyp.pacz.] wynika, że spory udział w tym końcu ma GW, bo po artykułach w Pana gazecie podziękowało nam trzech sponsorów. No więc Panie Pawle pozostaje nam "podziękować", zrobiliście wspaniałą robotę... Wiem, wiem jesteście obiektywni więc pewnie jak już upadniemy napiszecie rzewny artykuł jak to szkoda tej wspaniałej, kochanej GieKSy...po czym będziecie już mogli skupić się na WIELKIM RUCHU.

Fragment o Ruchu odrzucam jako irracjonalny, kładę pojawienie się tej frazy na karb kibicowskiej frustracji. Wydawało mi się dotąd, że Irishman jako wnikliwy czytelnik zauważył, że dobrze życzymy zarówno GKS-owi jak i Ruchowi. Przecież brak informacji o kłopotach jakiegoś klubu nie spowoduje, że one znikną. Nigdy nie znikają. Gazeta jest od tego, żeby informować. Ale właściwie nie o tym, nie o tym...

Przytaczam ten wpis, bo sugestia jakoby GW rozwaliła Gieksę jest zdumiewająca, a wnioski, które Pan wyciąga, Irishman, są całkowicie błędne.

Parę faktów:

Marek Worach stwierdził, że po artykule o handlu kafelkami zadzwoniła do niego pani kanclerz Beskidzkiej Wyższej Szkoły Umiejętności z Żywca i zaznaczyła, że wycofuje się z dalszej współpracy. Po pierwsze: dotąd w klubie przekonywano, że to GKS zakończył współpracę nie widząc sensu dalszego jej prowadzenia. Po drugie:  skądś dowiedzieliśmy się o tej sytuacji. Jak Pan myśli - skąd? (ode mnie się Pan nie dowie, nie zdradzamy kim są nasi informatorzy). Po trzecie: nie ma zarzutów, że gazeta napisała nieprawdę. Po czwarte: co szkoła ma wspólnego z kafelkami?;-)

Marek Worach stwierdził, że KHW poinformował klub: skoro w ”Gazecie” ukazują się teksty o tym, że holding nie płaci na czas, to oni się wycofują. Po pierwsze: skądś dowiedzieliśmy się o tej sytuacji. Jak Pan myśli - skąd? (ode mnie się Pan nie dowie, nie zdradzamy kim są nasi informatorzy). Ważna uwaga: narzekania klubu były niepolityczne ale przecież jak najbardziej zasadne (z drugiej strony Naprzód Janów siedział cicho i KHW wciąż mu pomaga). Po drugie: nie ma zarzutów, że gazeta napisała nieprawdę.

Jest jeszcze trzeci sponsor, którego gazeta miała niby uwalić, ale nie wiem o kogo chodzi Irishmanowi.

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że zbyt wczesne informowanie o konkretnych negocjacjach z potencjalnym sponsorem albo inwestorem jest dla klubu dość, albo nawet bardzo niekorzystne. W kontekście przyszłości zaręczam, że GKS dobrze wie, że to wiemy.

Cóż, tak to już jest, że kiedy jest źle - najłatwiej obwinić media. Przyzwyczaiłem się:-)

PS Czy dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie minidebaty o wiecznych problemach GKS-u? Głos mogliby w niej zabrać obecni i byli działacze klubu, przedstawiciele UM Katowice, kibice, może jeszcze radni, którzy interesują się sportem, nieliczni sponsorzy (obecni lub byli)...

PS1 Żeby nie było wątpliwowści: wypowiedzi Marka Woracha w dzisiejszej ”Gazecie” są autoryzowane.

PS2 A zabawa ciągle trwa. Panu, Irishman i nie tylko Panu naprawdę szczerze życzę, żeby wszystko dobrze się skończyło.

PS3 W każdym wpisie staram się przypominać o Omedze, bo to dla mnie ważna sprawa. Proszę więc nie odbierać tego w tym miejscu i momencie jako prowokację.

czwartek, 25 lutego 2010
Spotkanie na Bukowej

Tekst Maćka Blauta o problemach GKS-u wstrząsnął Bukową, dostaliśmy więc od katowickiego klubu zaproszenie. Działacze chcieli porozmawiać i powyjaśniać. Spotkaliśmy się więc w wąskim gronie w przyjemnej, acz pełnej skupienia atmosferze, a efekt przeczytacie tutaj oraz tutaj.

Komentarz jest właściwie zbędny. Zainteresowanych proszę o uważne przeczytanie i wyciągnięcie wniosków.  

PS Co prezes to inny gabinet;-) Z Marianem Dziurowiczem, rozmawiałem na Bukowej w jednym pokoju, z jego synem Piotrem oraz z Janem Furtokiem w innym, a z Markiem Worachem w jeszcze innym (ale w tym samym, co z Mieczysławem Inasińskim, kiedyś prezesem stowarzyszenia). Jakby tego było mało, jeszcze inne pomieszczenie znalazłem na pogaduchy z Bronisławem Lisieckim, prezesem GKS-u Katowice w latach 1981-88 (tak, tak, stary "Dziura" w tamtym czasie był jedynie wiceprezesem. Co prawda najwięcej mogącym, ale jednak wiceprezesem).

Tylko piętro bez przerwy się zgadza. No i cały czas jest to ta sama stara, dobra, pełna rozmaitych zakamarków Bukowa...

PS1 Wiem, że kibice lubią snuć na forach teorie spiskowe, i snują bardziej lub mniej fantastyczne domysły, ale pewien koleżka przeszedł samego siebie. Znów zaplułem sobie monitor... Otóż okazuje się, że usłużna i sprzedajna Gazeta Wyborcza wysłała Blaucika i Czado do rozpoczęcia... kampanii wyborczej Piotra Uszoka jako kandydata Platformy Obywatelskiej:-))))) Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, niech da znać. A ty chłopie, co się zowiesz Jaca, masz dwa wyjścia: albo szybciutko do odpowiedniego lekarza, albo dziesięć mocnych uderzeń czołem w parapet raz za razem.

PS2  O Omedze pamiętamy.

wtorek, 23 lutego 2010
Czas uderzyć w dzwony

Mam nadzieję, że katowickiej Gieksie uda przetrwać się kryzys organizacyjno-finansowy, który staje się permanentny. Widać go jak na dłoni, a niewtajemniczeni uzmysłowią sobie skalę problemu, kiedy przeczytają wnikliwą analizę Maćka Blauta.

Gdyby, odpukać, klub naprawdę upadł, pocieszenia możnaby szukać tylko w jednym. Zauważcie: nie rozwaliłaby się wcale drużyna z niespełna 50-letnią tradycją, a zaledwie z 5-letnią.

Fakt jest taki, że po odejściu Piotra Dziurowicza GKS Katowice po prostu przestał istnieć. Obecną drużynę prowadzi Stowarzyszenie Sympatyków Klubu GKS Katowice ”Gieksa”. Blisko, ale to jednak jest coś innego.

Ważne, że inne stowarzyszenie - stowarzyszenie GKS, które m.in. było udziałowcem w spółce prowadzonej przez Dziurowicza, cały czas istnieje. To ono ma prawo do nazwy. Gdyby - jeszcze raz odpukam - wszystko się zawaliło, to stare stowarzyszenie mogłoby zgłosić drużynę do B-klasy. Raz już resztą zgłosiło i w sezonie 2005/06 - co opisywałem - grały dwa GKS-y jednocześnie.

Występy w B-klasie? Brzmi fatalnie, powrót do tego samego miejsca, w którym klub jest dziś, trwałby kilka długich lat. Obecnej katowickiej kibicowskiej młodzieży byłoby to zupełnie nie w smak. Są minusy takiego rozwiązania, ale w czarnej dziurze dostrzegam również i dwa podstawowe plusy:

a) ten nowy GKS w spokoju, zbudowaby potęgę na realnych podstawach organizacyjno-finansowych. Nie potrzeba byłoby od razu wielkich pieniędzy. Pompowano by je rozważnie, z umiarem i w spokoju. Po upadku na dno klub może wrócić jeszcze silniejszy, świadczy po tym doskonale przykład Piasta Gliwice, który gra w ekstraklasie, dopiero po tym jak zaliczył B-klasę. O to, że GKS by wrócił na należne miejsce, jestem spokojny. Zbyt wielu ludziom zależy na jego losie. Nie jest możliwe, żeby w 300-tysięcznej administracyjnej stolicy województwa nie było drużyny piłkarskiej na przyzwoitym poziomie.

b) ten nowy GKS, jako zespół wystawiony przez stowarzyszenie GKS, miałby pełne i niezbywalne prawo odwoływać się do tradycji klubu działającego w latach 1964-2005 i nic nie działoby się na skróty.

Tak przynajmniej mi się wydaje.

PS Co prawda dawne stowarzyszenie GKS też narzeka na długi, ale być może miałoby w zanadrzu wieeeele warte cacuszko, kto wie?:-)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

poniedziałek, 22 lutego 2010
Kapucha to nie wszystko!

Tym razem będzie górnolotnie, ale nie da się inaczej.

Czadoblog przeszedł się dzisiaj na prezentację Ruchu Chorzów. Warto było - choćby po to, żeby przeżyć jeden konkretny moment. Ten, kiedy pojawił się na scenie Andrzej Niedzielan. Hala MORiS-u przy Dąbrowskiego omal wtedy nie odleciała. Wrzask "czuj się jak w domu, hej Andrzej, czuj się jak w domu!" słychać było chyba na Stadionie Śląskim.

Chorzowscy kibice są wdzięczni. Za to, że Niedzielan został na Cichej, choć mógł przecież odejść do Grodziska i zarabiać dużo większe pieniądze. Hasło "Kapucha to nie wszystko" jest fajne, ale zastosować go w praktyce, zwłaszcza kiedy jest się zawodowym piłkarzem, nie jest łatwe. Tymczasem Niedzielan w spektakularny sposób nie tylko oparł się czarowi szmalcuchy! Udowodnił także, że można zasłużyć sobie na gromadny szacunek Hanysów, samemu nie będąc Hanysem.

Kiedy chorzowscy kibice wywrzaskiwali peany na cześć Niedzielana, widać było, że jest autentycznie wzruszony. Moment był podniosły, bo chyba każdy świadomie lub podświadomie czuł, że jest świadkiem ważnej dla klubu chwili. Bo tak właśnie buduje się wielką drużynę! Wielkiej drużyny nie da się zbudować z samej tylko góry pieniędzy. Cementują ją takie momenty jak ten. Musielibyście zobaczyć twarze obecnych na prezentacji trampkarzy Ruchu: byli rozanieleni, wpatrzeni w Niedzielana jak w obrazek. Może w przyszłości któryś z nich, jako kolejna gwiazda Ruchu, będzie wspominać właśnie ten dzisiejszy wieczór i postawę Andrzeja Niedzielana jako wyjątkowo inspirujące chwile?

Mnie piłkarz rozbroił  szczerością odpowiadając po prezentacji na pytanie dziennikarzy: dlaczego został w Ruchu, choć mógł przecież odejść, żeby więcej zarabiać.

- Dlaczego zostałem? Nie wiem... Po prostu świetnie się tutaj czuję, atmosfera w Ruchu jest fantastyczna. Nie chciałem jej tracić, chciałem się nią delektować - stwierdził uśmiechnięty Niedzielan.

Bo kapucha to nie wszystko.

Bo kapucha to nie wszystko!

Bo kapucha to nie wszystko!!!

PS Wrócę na chwilę do trampkarzy Ruchu: organizatorzy mieli świetny pomysł. Przed prezentacją mali chłopcy przy pełnych trybunach rozegrali mecz z rówieśnikami z AKS-u Chorzów. Ponad sześćdziesiąt lat temu odbywały się wielkie mecze tych drużyn, dwóch wielkich rywali. Teraz sytuacja się zmieniła: Ruchowi kibicują również trampkarze AKS-u. No bo komu mają kibicować? W Chorzowie jest przecież piłkarska monokultura. O tym, że "Zielone Koniczynki" też kiedyś były wielkie, niewielu już pamięta...

PS1 Przeżyłem deja vu, do tego dzień po dniu. Wczoraj wściekli kibice Polonii wywrzaskiwali prezydentowi Kojowi w twarz żądania nowego stadionu, teraz sytuacja powtórzyła się z kibicami Ruchu i prezydentem Chorzowa. "Cała Polska się buduje, a nasz stadion się rujnuje" - skandowali w twarz Markowi Koplowi szalikowcy. Ciekawe, który prezydent będzie następny. Jakieś propozycje?

PS2 A poza tym niech Omega, a nie jej podróbka odmierza czas na Cichej. Na stałe i do końca swoich dni.

niedziela, 21 lutego 2010
Króciutka przygoda z konferansjerką

Właśnie wróciłem z Turnieju Zapomnianych Mistrzów w Bytomiu. Było strasznie fajnie. Czadoblog zadebiutował w nowej roli - konferansjera. Zgodził się, bo kibice tak zagłosowali. Łatwo nie było, ale jakoś doczłapałem do końca:-) Pierwszy raz byłem w takim turnieju od środka - ciekawe doświadczenie.

Co mi się podobało:

a) szczera skromność Jacka Trzeciaka. Kiedy z nim rozmawiałem przed turniejem, naprawdę myślał, że mój podziw dla jego dyspozycji to jakieś ironiczne żarty. To jest autentycznie skromny facet, niewielu takich biega po piłkarskich boiskach. Nie dziwię się, że kibice tak za nim przepadają. Gdybyście nie wiedzieli - ma również świetną żonę. Powodzenia panie Jacku.

W Polonii jest wielu fajnych ludzi. Lubić da się choćby także Dietmar Brehmer, dziś drugi trener. Choć nie zawsze grał w Polonii, związany jest z nią na dobre i na złe (a złe kiedyś się naprawdę panoszyło. Czy ktoś pamięta, że zaledwie pięć lat temu na mecze Polonii przychodziło może stu widzów, a na wyjazd jeździli tramwajem na przykład na Walkę Makoszowy?) Gdybyście chcieli wiedzieć, co Brehmer junior ma wspólnego z Charlesem Baudelaire - dajcie znać.

b) wyrozumiałość bytomskich kibiców. Fani Polonii chyba dość uważnie słuchali co mówię, bo kiedy stwierdziłem, że trudno będzie zastąpić Wojciecha Grzyba (miało być oczywiście Rafała Grzyba), rozległo się buczenie. Czadoblog tak ma, że na hasło "Grzyb" odzew brzmi "Wojciech". Na szczęście szybko się zreflektowałem i poprawiłem. No i fani nie odgryźli mi tchawicy. A przecież mogliby!;-)

c) doping. Kiedy trybuny odśpiewały hymn Polonii człowieka dreszcze przechodziły. Powiedziałem wtedy, że jestem pod wrażeniem i wcale się nie podlizywałem:-)

d) odwaga Marcela. Kibic o tym imieniu bez skrępowania przechadzał się dumnie po hali w klubowej koszulce Szombierek, a jak wiadomo fani Polonii i Szombierek to ogień i woda. Widziałem go tuż przed zakończeniem imprezy. Żył. Pozdrowienia panie Marcelu:-)

Zresztą nie tylko kibice związani z Szombierkami byli na trybunach. Zauważyłem także choćby wychowanka tego klubu Krzysztofa Gajtkowskiego. Siedział skromnie z boku. Może dlatego, że - jak się dowiedziałem - kibice Polonii go nie znoszą. Ale fajnie, że przyszedł. Przecież wcale nie musiał.

e) luz uczestników. W meczu z Garbarnią trener Mirosław Dreszer, który stał na bramce (Polonia grała w moooooooocno "eksperymentalnym" ustawieniu), dostał czerwoną kartkę, za zagranie ręką poza polem karnym. Musiał opuścić boisko na trzy minuty. - Panowie, mogę już wejść? - pytał po chwili sędziów.

- Tak - powiedział pierwszy z sędziów.

- Ale w następnym meczu - dorzucił po sekundzie drugi, kiedy zadowolony Dreszer szykował się do wejścia na boisko.

A kiedy podczas prezentacji spytałem nowego napastnika Vladimira Karalicia (autora hat-tricka w meczu z Pogonią Lwów), co jest jego mocną stoną - drybling, gra głową czy może podanie, miał już gotową jedynie słuszną odpowiedź. - Wszystko - odparł i dostał burzę braw. Jeśli będzie mieć taki refleks na boiskach ekstraklasy - będzie się działo:-)

f) sposób w jaki przypomniał się w Bytomiu Ireneusz Gryboś. Zawodnik Polonii w rundzie wiosennej sezonu 2006 został królem strzelców turnieju. W barwach Stali Rzeszów.

g) że udało się uniknąć wnikania w jubileusz Polonii. Po prostu był jubileusz. Bo jubileusz, tak czy inaczej - w tym roku jest;-)))). Ci, którzy znają pogląd Czadobloga na kwestię - wiedzą o co chodzi.

h) nowa hala w Bytomiu. Czarna jak węgiel, robi wrażenie. Nazwano ją "na skarpie", ale dla mnie będzie to na zawsze "nowa hala Szombierek". Stara hala stała w tym samym miejscu. Nie żal mi jej, po każdym meczu koszykarzy Bobrów trzeba było prać ubranie. W nowej nie śmierdzi.

Co mi się nie podobało:

a) nowa hala w Bytomiu. Robi wrażenie, ale parkiet i tak był beznadziejnie śliski. No i dlaczego nie można było zrobić trybun z dwóch stron. Okna z jednej strony sprawiają wrażenie, że to wypasiona sala...gimnastyczna.

b) gwizdy zarówno podczas prezentacji jak i wręczania nagród drużynie Szombierek. Nie ma historii Polonii bez Szombierek, nie ma historii Szombierek bez Polonii. Szkoda, że ciągle nie ma wzajemnego szacunku.

Co zauważyłem:

a) niezwykle ostre potraktowanie przez trybuny prezydenta Bytomia. Kiedy miał przemawiać kibice nie dali mu dojść do głosu. Mają mu za złe, że właściwie nic nie dzieje się w sprawie budowy nowego stadionu. Przez chwilę zastanawiałem się czy Piotrowi Kojowi nie wyjąć grzecznie z rąk mikrofonu, żeby przerwać to ogłuszające biczowanie, ale on na gwizdy był chyba przygotowany. Ma swoje zdanie. - Patrzę na problemy Polonii z perspektywy Bytomia, miasta, które ma 17-procentowe bezrobocie. Zapewniam, że o Polonii myślę, pierwszy raz na jej mecz ojciec zabrał mnie w 1967 roku. Nie da się zadowolić fanów za jednym zamachem - mówił mi potem. Prezydent Koj  ma swoje racje. Wierzę, że nie zbledną kiedy nadejdzie moment, gdy z tym stadionem Polonia nie będzie mogła się pokazać w ekstraklasie i zostanie z niej relegowana.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić. Na stałe i do końca swoich dni.

PS1 Czadoblogi zimą nie tylko jeżdżą na nartach. Także się wspinają. Mój brat wypożyczył raki i ma zamiar zdobyć właśnie jakiś wierch w okolicy Mt. Blanc (z okna kwatery widzi najwyższy szczyt w Alpach). Walcz Maciuś, walcz!  

sobota, 20 lutego 2010
Przymusowe szkolenie dla snowboardzistek

Dzieci z województwa śląskiego maja zasłużone ferie, więc Czadoblog razem z Czadoblożkiem pojeździli na nartach. Byliśmy tydzień w Białce Tatrzańskiej - polecam wszystkim Kotelnicę. Świetne miejsce dla rodziców, którzy chcą pojeździć na nartach i chcą, żeby ich dzieci też pojeździły. Dla każdego coś miłego, trasy szybkie, wolne, ale przede wszystkim starannie przygotowane. No i te oscypki... A wieczorem igrzyska (tylko telewizor musi działać:-)))

Nie podobała mi się tylko jedna rzecz. Utwierdziłem się w przekonaniu, że jeśli kiedyś powstanie stok na który zakaz wstępu będą mieć snowboardziści, od razu wykupię stały abonament.

Nie denerwuje mnie już, że snowboardziści niszczą trasę, bo ta i tak codziennie (a właściwie conocnie) jest przygotowywana od nowa.

Nie denerwuje mnie już, że snowboardziści jak foki w Patagonii zalegają akurat w tych miejscach, które dla narciarzy stanowią wyzwanie, bo sami nie potrafią tam zjechać. Przyzwyczaiłem się. Poza tym na Kotelnicy takich miejsc (zwężeń, natłoku muld) nie było. 

Denerwuję się za to wtedy, gdy snowboardziści, stojąc we wspólnej do wyciągu kolejce, depczą po nartach moich i innych. Gdyby to było pojedyncze depnięcie, ale nie... W takiej chwili gwałtownym, ale tym razem powstrzymywałem się od przekleństw, bo zauważyłem nowe, nieznane mi wcześniej masowe zjawisko. Otóż na deski snowboardowe przesiadły się gromadnie dziewczyny i kobiety. Wcześniej wydawało mi się, że była to domena pryszczatych nastolatków. Wobec dam grubego języka używać nie wypada, więc zaciskałem zęby. Fajnie byłoby jednak gdyby ktoś wydał odgórne zarządzenie „o przymusowym szkoleniu dla przyszłych snowboardzistek: jak stać w kolejce do wyciągu”.

PS Kiedy sobie wjeżdzałem na Kotelnicę i z niej zjeżdżałem upłynęło akurat 30 lat od ważnego wyczynu. Otóż 17 lutego 1980 roku pierwszy raz człowiek wszedł na Mt. Everest zimą. To uświadomiło mi jak szybko płynie czas. Przecież robiłem o tym materiał z okazji 20-tej rocznicy. Jak łatwo wyliczyć ukazał się w ”Gazecie” dziesięć lat temu;-))) Oto tamten tekst:

Minus 42 stopnie, ciemność i huraganowe porywy wiatru - takie było pierwsze w historii zimowe wejście na Mt. Everest dokonane przez Polaków Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego 17 lutego 1980 roku. Po 20 latach Wielicki chce wrócić zimą w Himalaje.

W lutym 1980 roku polscy himalaiści zadziwili świat. Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy w ekstremalnych warunkach zdobyli Mt. Everest. Było to pierwsze zimowe wejście na najwyższą górę świata. Do dziś uważa się ten wyczyn za jeden z najbardziej spektakularnych sukcesów w historii himalaizmu.

W noc poprzedzającą atak temperatura spadła do minus 42 stopni. Podczas ataku porywisty wiatr był tak uciążliwy, że himalaiści odwracali głowy, wspinając się z twarzami zwróconymi do stoku. O godz 14.40 czasu lokalnego nadali z wierzchołka przez radiotelefon: "Wieje jak cholera, strasznie ciężko. Gdyby to nie był Everest, chyba nie weszlibyśmy".

Paweł Bilczyński, Paweł Czado: Mt. Everest zdobyliście dosłownie w ostatniej chwili. W tym samym dniu kończyło się Wam pozwolenie Nepalczyków na atakowanie szczytu.

Krzysztof Wielicki: Pozwolenie skończyło się nam już 15 lutego. Nepalczycy warunkowo przedłużyli je nam o dwa dni. Gdyby to była góra, która by się nazywała RaRaTaTa i miała 8300 metrów, tobyśmy nie ryzykowali: dokuczało nam zimno i wiatr. Magnes najwyższej góry zdecydował, że jednak poszliśmy "w ciemno", bo właściwie nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Wówczas nikt na świecie nie miał doświadczeń ze wspinaczki zimowej na tych wysokościach.

To był bardzo krótki lutowy dzień. Ale zaryzykowaliśmy. Mieliśmy niewiele czasu, żeby wejść i zejść tego samego dnia. Na noc musieliśmy wrócić do namiotów, bo zimowego biwaku poza obozem nie przeżylibyśmy. Udało się, choć zejście było trudniejsze niż wejście.

Co Pan najbardziej zapamiętał z tej wyprawy?

- Wydawało mi się, że działaliśmy w kompletnej izolacji. Że tam w górach jesteśmy kompletnie sami i nikt się nami nie interesuje. Tymczasem okazało się, że w kraju ludzie żyją naszą wyprawą. Zakładali się, czy ktoś z nas wejdzie, czy nie. Polscy sportowcy bardzo słabo wypadli na olimpiadzie zimowej w Lake Placid. Po powrocie wszyscy się nami interesowali, nasz sukces poprawił humor społeczny.

Twierdzi Pan, że wyprawa na Mt. Everest była jedyną naprawdę kolektywną wyprawą, w jakiej brał Pan udział.

- Nigdy wcześniej ani później nie widziałem, żeby ze szczęścia płakał, ktoś, kto nie był na szczycie. Widziałem łzy u kolegów, którzy cieszyli się, że Leszkowi i mnie się udało. Dziś niektórym trudno to zrozumieć, ale wtedy były inne czasy.

Nie było indywidualistów, którzy sami mogliby zorganizować taką wyprawę. Polski Związek Alpinizmu wyznaczał cele. Najpierw był cel, potem wybierało się skład. Mieliśmy zadania grupowe. Ambicje indywidualne były głęboko schowane.

W Himalaje wyjechać było dużo trudniej niż teraz. Niektórzy moi koledzy wspinali się 20 lat, zanim mogli tam pojechać. Wówczas trzeba było mieć wyniki w Dolomitach, żeby pojechać w Alpy. Trzeba mieć wyniki w Alpach, żeby pojechać na Kaukaz. Trzeba mieć wyniki na Kaukazie, żeby pojechać w Pamir. I tak dalej, i tak dalej. A teraz? Jeśli ktoś jest sprawny fizycznie i lubi jeździć w Himalaje, to sobie tam jedzie i tyle. Wtedy było to niemożliwe. Nie było szans na samodzielną inicjatywę. Co mógł sam zrobić 23-letni chłopak bez paszportu i pieniędzy? Nie mieliśmy żadnych możliwości. Szczytem kariery było, jeśli po latach oczekiwania dostałeś awans w pracy. Wszyscy gnieździli się w M3, mieli meblościankę "Wyszków" i czarno-biały telewizor.

Ale właśnie wtedy polscy himalaiści odnosili największe sukcesy.

- Bo kluby wysokogórskie zdobywały pieniądze na wyprawy dzięki działalności gospodarczej. Czyszczenie wieżowców czy malowanie kominów było dobrze płatne, a zajmowali się tym wówczas tylko członkowie klubów. Za te pieniądze organizowaliśmy dużo wypraw i dzięki temu było dużo dobrych wyników.

Niewiele brakowało, żeby Krzysztofa Wielickiego zimą 1979/80 w ogóle w Himalajach zabrakło.

- Byłem dopiero trzeci na liście rezerwowych. Uraz łąkotki u jednego z kolegów, wybity obojczyk drugiego i żona trzeciego zdecydowały, że się załapałem. I tak bym pojechał, bo byłem w składzie wyprawy na wiosnę. Ja jednak bardzo chciałem pojechać zimą, bo takiej wyprawy jeszcze nie było. Kiedy się udało, byłem naprawdę szczęśliwy.

Kiedyś na atak na Mt. Everest decydowali się tylko najlepsi. Dziś szczyt oblegany jest często przez ludzi, którzy nie są himalaistami, ale mają taką zachciankę i pieniądze. Nie żal Panu dawnych pionierskich czasów?

- Nie. Z wyprawami komercyjnymi trzeba się pogodzić. Dziś w Himalajach istnieją dwa różne światy. Dla uczestników wypraw komercyjnych wspinanie się nie jest kwintesencją życia. Po zdobyciu góry wracają do swoich biur i zapominają, że byli na Evereście. Gdyby na najwyższy punkt ziemi można było wejść po schodach, to też by tam wchodzili. Byle być najwyżej, najgłębiej, najdalej.

Dla nas, alpinistów, wspinanie się jest wszystkim. Góry trzeba kochać. Ważny jest nie tylko mit najwyższego szczytu, ale także mit samego wspinania się, opartego na partnerstwie, a nie na umowie handlowej. Kanonem alpinizmu jest przyjaźń i lina.

Od momentu zdobycia Korony Himalajów - wszystkich ośmiotysięczników - zaczął Pan się wspinać na innych kontynentach.

- Dlatego bardzo chcę wrócić w Himalaje. Po wejściu na wszystkie ośmiotysięczniki postanowiłem spróbować czegoś innego. Wspinałem się w Afryce i na Alasce, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie to.

Wysokie góry muszą być osadzone w pewnej filozofii, pewnej religii. Tego choćby pod Mt. Kenya bardzo mi brakowało. Mam już pomysł na wyprawę. W listopadzie wyjeżdżam pod Makalu. Tego szczytu jeszcze nikt zimą nie zdobył. Chciałbym okrągłą rocznicę zdobycia Mt. Everestu uczcić następnym wejściem zimowym. A potem może zdecyduję się na zimowy atak na K2.

Chciałbym, żeby wyprawa pod Makalu była polską wyprawą narodową. Tak jak 20 lat temu w gronie kolegów. Zespół jest już wstępnie skompletowany, za wcześnie jednak, by zdradzać nazwiska.

Jak bardzo się Pan zmienił od czasu zdobycia Mt. Everestu?

- Nabrałem do gór dystansu. Po dwudziestu latach potrafię już opanować emocje. Kiedy człowiek zaczyna się wspinać, strasznie wszystko przeżywa. A potem zaczyna wybierać to, co go interesuje. Trzeba przeżyć trochę klęsk, żeby mieć właściwy dystans do sukcesu. W górach człowiek uczy się cierpliwości i tolerancji dla innych. Myślę, że podróże nie tyle kształcą, ile wzbogacają człowieka.

PS do PS Niecały rok po ukazaniu się tego wywiadu, w styczniu 2001 roku ekspedycja kierowana przez Krzysztofa Wielickiego musiała się spod Makalu wycofać. Przeszkodziła wichura. Potężne podmuchy niszczyły namioty, porywały sprzęt i wywracały wspinaczy, grożąc zrzuceniem w przepaść.

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić. Wiadomo gdzie. 

15:04, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (34) »
piątek, 12 lutego 2010
Wisienka na torcie

Kiedy miał 16 lat uchodził za utalentowanego. Nasz Bohater zajął się sportem, bo namawiali go ojciec i wujek. Ojciec był kierowcą w klubie, a wujek trenerem. - Na początku było nas w grupie aż dwudziestu. Potem koledzy rezygnowali, uczynili to nawet synowie naszego prezesa. W końcu tylko ja zostałem - wspominał potem.

Kiedy miał 17 lat poczuł smak zawodowstwa. Na imprezie w czeskim Frensztacie był szósty i dostał za to 9500 koron. Zawody wygrał niejaki Jaroslav Kahanek. Nie wiem czy kiedykolwiek później Nasz Bohater dał się mu jeszcze pokonać. Trener uwierzył w jego możliwości. Na tyle, że za bilety do Helsinek na kolejne zawody szkoleniowiec wyłożył z prywatnych pieniędzy, bo działacze z centrali nie do końca jeszcze wierzyli w Naszego Bohatera. Dostał wtedy poważne zadanie: na zawodach w Skandynawii musi zająć co najmniej pięćdziesiąte miejsce! Trener spodziewa się, że Nasz Bohater zatwierdzony zostanie w maju do kadry olimpijskiej. To byłby sukces! - Jak będą pieniądze na starty za granicą, jego talent na pewno się rozwinie - twierdzi szkoleniowiec.

Pieniądze bardzo przydałyby się Naszemu Bohaterowi, bo właśnie kończył zawodówkę i chciał się usamodzielnić. - Gdy będę zajmował miejsca w pierwszej dziesiątce w Pucharze Świata, będę mógł na sporcie zarabiać. W grudniu skończę 18 lat i nie bardzo wypada, żebym ciągle żył na garnuszku rodziców - mówił Nasz Bohater. W pierwszych zawodach kolejnej edycji PŚ pierwszy raz w życiu wyprzedza swojego starszego o 13 lat idola.

Kiedy miał 18 lat mieszkańców jego miasteczka zaczęło denerwować, że polska telewizja ignoruje dyscyplinę sportu w której walczy ich krajan. Na szczęście większość ma satelity. Satelitę kupuje również pierwszy trener Naszego Bohatera, bo zmęczyło go już ciągłe łażenie do sąsiadów, albo przeglądanie transmisji nagranych na magnetowid. Siostra w domu ciągle nieobecnego Naszego Bohatera zaczyna odbierać mnóstwo listów z całej Polski. Nikt ich w domu nie otwierał, ale wiadomo, że były od nieznajomych dziewczyn. Nikt w rodzinie jeszcze nie wie, czy Nasz Bohater ma własną sympatię. - W tych sprawach jest skryty. To z gazet się o tym dowiadujemy. Ma jeszcze czas - uważała siostra.

O tym, co się działo kiedy miał 19 lat, 20 lat, 25 lat, albo 30 lat nie chce mi się pisać. I tak wszyscy wiedzą. W międzyczasie ożenił się, nie jest już na garnuszku rodziców, mieszka z własną rodziną, wychowuje córkę. Oczywiście telewizja polska przestała ignorować dyscyplinę sportu, którą uprawiał. Pewnie dlatego, że wygrał trochę ważnych zawodów. Tyle razy i na tyle ważnych, że już nic nie musi.

Nie musi, ale chce.

Jutro stanie przed szansą wywalczenia jedynego trofeum, którego jeszcze nie zdobył.

Mistrzostwa olimpijskiego.

To byłaby wisienka na torcie. Trzymam kciuki.

Nasz Bohater

20:15, pavelczado , Igrzyska
Link Komentarze (13) »
środa, 10 lutego 2010
To nie podkładanie nogi. To łyżwiarstwo

Rozśmieszył mnie płacz łódzkiego łyżwiarza figurowego Macieja Ciepluchy. Twierdzi, że został oszukany, bo na igrzyska poleci zamiast niego Przemysław Domański z Katowic.

Na zeszłorocznych mistrzostwach świata Domański zajął 23 miejsce i zakwalifikował się do programu dowolnego, co zagwarantowało mu olimpijską nominację.

W grudniu Cieplucha wygrał mistrzostwa Polski, ale Domański w nich nie wystartował, bo... uderzył się łyżwą w oko (przypadek opisywaliśmy). Potem jednak katowiczanin stanął przed komisją Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego i zaprezentował dwa programy. Zostały one docenione i uznane na godne zaprezentowania na igrzyskach.

Cieplucha jest rozżalony, wietrzy spisek. Podkreśla, że był przecież wyżej od Domańskiego na międzynarodowych zawodach na Słowacji w listopadzie (Memoriał Ondreja Nepeli, mistrza olimpijskiego '72, trzykrotnego mistrza świata). Rzeczywiście; Cieplucha zajął wtedy czwarte miejsce, a Domański, któremu nie wyszedł program dowolny - był dziewiąty (po programie krótkim zajmowali odwrotne pozycje). Oczywiście nikt nie bierze pod uwagę tego, że Domański przechodził długą rekonwalescencję po kontuzji, której nabawił się w maju. Katowicki łyżwiarz naderwał wtedy mięsień przyczepu miednicy.

Przykre, że Cieplucha ewidentnie sugeruje nieczyste zagranie Domańskiego. - Już przed mistrzostwami Polski, gdy dowiedziałem się, że Przemek nie wystartuje, czułem, że coś jest nie tak - żali się łódzkiej „Gazecie”.

Mało tego; sugeruje również, że nieczysto zagrał związek łyżwiarski. - Słyszałem o pokazie [czyli o programie Domańskiego wykonanego przed komisją PZŁF już po mistrzostwach, przyp.red.] i nie wiem, co mam o tym myśleć. Wszystko odbywało się za zamkniętymi drzwiami - to jego kolejne żale.  

Teraz najważniejsze. Szkoda, że pan Cieplucha, skoro taki rozgadany, w ogóle nie opowiada „Gazecie” o ostatnich mistrzostwach Europy, które nie tak dawno, bo w styczniu odbyły się w Tallinie. Wstydzi się? Gdyby tam Cieplucha zakozaczył, słowem bym się nie odezwał. Ale nie zakozaczył...

Pojechał do Estonii jako dumny mistrz Polski. Efekt? Nawet nie zakwalifikował się do programu dowolnego! Czyli forma, delikatnie mówiąc, taka sobie... Ale o tym dziwnie cicho.

Czy „pan pokrzywdzony” nie bierze pod uwagę, że ten nieszczęsny występ mógł mieć (a może przede wszystkim miał) wpływ na decyzję PZŁF? Nie lepiej wysłać do Vancouver wreszcie zdrowego Domańskiego?

Oczywiście, że lepiej!

PS Skoro na Czadoblogu pojawił się wątek łódzki to jest dobry moment na słowa otuchy i poparcia dla ŁKS-u. Tak zasłużony klub musi wrócić do ekstraklasy.

PS1 Nie dziwi fakt, że polski hokej tak słabo stoi, skoro ostatnio jeden z działaczy złożył u producenta zamówienie dla swoich hokeistów na kije prawe, lewe i... środkowe! No tak: skoro na lodzie występują lewoskrzydłowy, prawoskrzydłowy oraz środkowy napastnik, to ten ostatni powinien grać oczywiście... środkowym kijem. Czego my w ogóle chcemy od pana działacza:-))) 

PS2 O tym jak GKS Katowice miałby wyglądać bez Bekdasa - przeczytacie tutaj.

PS3 O tym, że GKS Jastrzębie po raz sześćset czterdziesty drugi staje nad przepaścią - przeczytacie tutaj.

PS4 O tym, że ze Śląskiego trzeba było wywieźć 10 000 (!) wywrotek ziemi - przeczytacie tutaj.

PS5 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić na Cichą. Na stałe i do końca swoich dni.

16:52, pavelczado , Igrzyska
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2
Archiwum