środa, 29 lutego 2012
Czy to był na pewno mecz na otwarcie

Na Stadionie Narodowym w Warszawie odbył się dziś mecz Polski z Portugalią. Wszyscy chcą uznawać to spotkanie jako otwierające warszawski obiekt, ale czy... tak jest na pewno?

Zastanawiam się.

Wcześniej istniał w tym samym miejscu Stadion X-lecia. W latach 1956-83 odbyło się na nim 25 meczów międzypaństwowych z udziałem reprezentacji Polski.

Myśleliście kiedyś co decyduje o tym czy to ten sam obiekt co dwadzieścia, pięćdziesiąt albo sto lat wcześniej? Czy wygląd albo zmiana nazwy decyduje, że to inny stadion? Chyba nie.

Pierwszy argument: Stadion Śląski. Dziś wygląda zupełnie inaczej niż w latach 50., ale to jednak ten sam stadion.

Drugi argument: PGE Arena w Gdańsku. Kiedy odpadnie człon PGE i zastąpi go jakiś inny reklamowy dodatek - to jednak będzie ten sam stadion.

Moje osobiste kryterium jest następujące: jeśli murawa jest w tym samym miejscu co wcześniej, a wszystko zmienia się wokół niej - to cały czas jest ten sam obiekt.

Jeśli murawa została znacząco przesunięta, albo nawet jest w tym samym miejscu, ale zupełnie inaczej położona (choćby na krzyż w stosunku do tego co było wcześniej czyli na przykład na linii północ-południe, a wcześniej wschód-zachód) - to już nie jest ten sam stadion.

Warszawę znam tylko okazjonalnie czyli właściwie w ogóle (choć trochę czasu w niej spędziłem). Na Stadionie X-lecia nigdy nie byłem, na Narodowym - również. Ktoś może mi więc powiedzieć czy płyta jest w tym samym miejscu co wcześniej?

Chciałbym to wiedzieć, bo na razie nie wiem czy Narodowy uważać za kolejny stadion w Warszawie na którym reprezentacja rozegrała mecz międzypaństwowy czy raczej w prywatnych notatkach stosować zapis ''Stadion Narodowy (dawniej Stadion X-lecia)''? Czy dzisiejsze spotkanie byłą grą Polaków nr 1 czy raczej nr 26?

Co sądzicie?

PS A poza tym Omega.

Madonna z Bukowej

Podsłuchane na dzisiejszej sesji Rady Miasta Katowice, punkt poświęcony stadionowi GieKSy.

Z przemowy Andrzeja Zydorowicza.

- Budujemy stadion na 22,5 tys. miejsc. Badania pokazują, że za kilkanaście lat Katowice mają mieć 230 tys. mieszkańców. Przewidujemy, że co dziesiąty katowiczanin będzie chodził na GKS?

- Musimy stadion zbudować, bo Katowice go nie mają. Potem trzeba będzie sięgnąć po operatora i to nawet międzynarodowego, który ściągnie Madonnę, a może Adele. Nie wiem, czy da się ściągnąć Penderecki, ale taka możliwość zawsze istnieje.

- Panie przewodniczący (to do Arkadiusza Godlewskiego), nie chciałbym na forum publicznym prowadzić z panem dyskusji, choć bardzo to lubię. Myli się pan twierdząc, że stadion jest tylko stadionem. Stadion to miejsce dla różnych wydarzeń. Ponadto stadiony mają zaplecze, które powinno być różnorodnie wykorzystywane i dawać zyski. Na stadion trzeba spojrzeć nieco szerzej. Wiem, że człowiekowi, który jest daleko od sportu trudno to uczynić, ale niech pan spróbuje... (śmiech na sali)
Nie rozumiem tego śmiechu. Mówię poważnie. To nie jest kabaret, tylko sesja Rady Miasta. Dyskutujemy nad ważnym problemem. Potwierdza to pani radna Hrapkiewicz, która przed chwilą powiedziała „No właśnie”. Dziękuję pani za poparcie. Właśnie brakowało mi tych dwóch słów „no właśnie”. Cenię w pani wypowiedziach lapidarność. Krótko, węzłowato, ale szczerze.

                                               %

Znacznie więcej o dyskusji radnych wokół stadionu przeczytacie tutaj.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 27 lutego 2012
Już niedługo Górnik was zmiażdży

Dzisiejszy mecz Górnika w Bełchatowie potwierdził, że w tym sporcie nic nie jest pewne i wszystko może potoczyć się jak najtęższe głowy nie wymyślą.

Nie chodzi mi wcale o przebieg meczu, choć ten oczywiście był niecodzienny (kiedy w 45 minucie ma się rzut karny przy stanie 0:0 i perspektywę gry przez całą drugą połowę z przewagą jednego zawodnika, można chcieć czegoś więcej niż remis).

Takie przypadki losowe jednak się zdarzają, mnie zaskoczyło coś zupełnie innego. Otóż Górnik szlifuje bardzo ciekawą, dość nietypową w polskiej lidze taktykę. Przyniosła ona bardzo dobre efekty w ostatnim meczu z Legią, nie przyniosła efektów dziś.

W Górniku od pewnego czasu niezwykle istotna jest gra skrzydłami. Czterech ludzi po obu stronach nadaje się do hasania wzdłuż linii. Są nieprzeciętnie szybcy/w miarę szybcy/dość szybcy, ale wszyscy potrafią znakomicie dośrodkować. Z lewej strony Nakoulma, a za nim Magiera, z prawej - Olkowski, a za nim Bemben to koło zamachowe, które przyniesie jeszcze tej wiosny Górnikowi trochę radości. Żeby cała układanka się poukładała i Górnik stał się nie tyle żmiją zygzakowatą, co wręcz żararaką rogatą*, potrzebny jest jeszcze jeden element. Ten element jest mozolnie szlifowany i na razie jeszcze nie jest idealnie, ale kiedy zaskoczy, parę ptaszków zostanie strawionych:-)

Przy tak agresywnych i mających taki potencjał skrzydłach idealnie byłoby, gdyby Górnik dysponował wyrazistym, skutecznym centrem. Takim jak choćby Patrick Ewing z New York Knicks**. Wtedy te wykonywane z dużą częstotliwością, mocno bite bilardowe dośrodkowania przyniosą efekt. Tam na środku pola karnego musi być napadzior, który będzie potrafił uderzyć głową albo odegrać. 

I taki napadzior już w Zabrzu... jest! Musicie się tylko uzbroić w cierpliwość. Nie jest łatwo spełniać tak odpowiedzialną rolę, jaką nakreśliłem, mając zaledwie 18 lat (tak się składa, że te wyjątkowe urodziny chłopak o którym piszę będzie świętował akurat jutro!). Jednak Arkadiusz Milik ma wszelkie dane żeby podołać zadaniu. Niewiele zabrakło, a już dziś byłby bohaterem, po znakomitej centrze Bembena i strzale głową zabrakło mu tylko szczęścia. Niektórzy już wyliczają, że bajtel jeszcze nie zdobył gola, ale zważcie, że przy jego sposobie gry (ciągłe przepychanie jest niezwykle wyczerpujące) i niedużym na razie doświadczeniu te wszystkie fochy i anse są jedynie... nieeleganckie. Poczekajcie; już za chwileczkę, już za momencik:-)

Przyznam, że już ekscytuję się wiosennym starciem Górnika z Ruchem. Bardzo chciałbym żeby oba zespoły wystąpiły w najsilniejszych składach i żeby maszyneria zadziałała u nich w każdym trybiku. Jest szansa na naprawdę Wielkie Derby Śląska!

Wracając do Bełchatowa: taktyka ''skrzydła plus słup'' na razie gola nie dała, lecz udało się w inny, dość zaskakujący sposób. Niektórzy mówią, że łuk raz do roku sam strzela; Michał Pazdan zaliczył premierowego ekstraklasowego gola w idealnym momencie. Następnego poproszę jeszcze w tej rundzie. Może być tak samo ładny:-)

PS Omega też czeka na WDŚ.

 *jedyny gatunek węża potrafiący polować na ptaki w locie;

** Czado, pogięło cię? Co ty, porównania z koszykówki wymyślasz? To się na tym blogu nie zdarza...

piątek, 24 lutego 2012
Agresja kontrolowana

Dzisiejszy mecz oglądałem z rosnącym zdumieniem. Otworzyłem usta kiedy uświadomiłem sobie, że to wszystko jest zamierzone... Sposób w jaki Ruch stłamsił dzisiejszego rywala został od początku do końca starannie wymyślony i starannie przeprowadzony. Kibice najbardziej z tego meczu zapamiętają zapewne cyfrę 34,5 (z tylu metrów Marek Zieńczuk zdobył ze stojącej piłki bramkę kolejki), ale na mnie największe wrażenie zrobiło właśnie perfekcyjne przeprowadzenie na boisku założonego wcześniej planu.

Ruch tym razem nie tylko dobrze grał w piłkę. Owszem, Ruch dobrze grał w piłkę ale... na drugim miejscu. Najważniejsza tym razem była moim zdaniem agresja. W I połowie niebiescy zagrali niezwykle ostro, przede wszystkim na wąskim pasie wszerz przez całe boisko od linii środkowej w stronę własnej bramki na szerokości jakichś piętnastu metrów.

To była agresja kontrolowana, bo chorzowianie faulowali tylko z dala od własnego pola karnego. Były zagrania bardzo ostre, ale nie brutalne - tak żeby arbitrowi nie dać pretekstu.

W planie gospodarzy objawiła się niecodzienna zdolność. Chodzi mi o dziwaczną mutację agresji wprawnie połączonej z bardzo dobrą grą. Bo sama agresja nigdy na tym poziomie nie wystarczy. Ale kiedy przekonujesz się, że grasz przeciw jedenastu zajadłym facetom, których gulery, łokcie i kolana są owszem - bardzo twarde, ale którzy w dodatku, a może przede wszystkim, naprawdę dobrze potrafią grać w piłkę - możesz zwątpić. Wątpisz. A zwątpienie to pierwszy stopień do wywieszenia białej flagi.

I o to chodziło. Goście wywiesili ją po 50 minutach. W momencie kiedy stracili trzeciego gola dalsza gra nie miała właściwie sensu. I zauważcie - od tego momentu Ruch złagodził to wilcze wrażenie; na powrót z mr Hyde'a zmienił się w łagodnego dr Jekylla. Potem chorzowianie grali w starym stylu, bo już nie musieli się mutować:-)

Rywal przestraszył się i poległ. Nie-ist-niał! Kurczę żeby już w 50 minucie marzyć o ostatnim gwizdku... Zrezygnowany Jose Mari Bakero przyznał, że był to najgorszy mecz jego drużyny od kiedy pracuje w Poznaniu.

Chciałem po spotkaniu zahaczyć Waldemara Fornalika, ale trener na pomeczowej konferencji sam zaczął od nurtującego mnie zagadnienia i nie musiałem już dopytywać. - Przed meczem powiedziałem zawodnikom, że to czy Lech się odbije zależy od naszej agresywności - stwierdził. I to mi wystarczyło, w tym momencie wszystko ułożyło się dla mnie w całość.

Agresja kojarzy się z zapalczywością, gniewem i wymykaniem się sytuacji spod kontroli. Bo tak naprawdę nie da się jej chyba kontrolować od początku do końca. Dowodem na to może być głupi sposób w jaki Gabor Straka złapał czerwoną kartkę już... po meczu. Tam ponoć jakieś plucie było, nie wiem. Ale zostać wyrzuconym po ostatnim gwizdku w wygranym 3:0 meczu to rzadkość, w każdym razie nie pamiętam takiego przypadku. Widać było, że Waldemar Fornalik jest wściekły z tego powodu, w kolejnym meczu może mieć przecież wielką dziurę w środku pola. 

Tyle, że jest jeszcze trochę czasu, a Ruch z Jagiellonią wcale nie musi zagrać identycznie jak z Lechem. Trener być może wymyśli inny chytry plan. Ale to chyba nie nasz problem jak mu się przeciwstawić, prawda?:-)

PS Omega ujada i charczy aż do teraz. Aż się jej wskazówki zjeżyły... 

poniedziałek, 20 lutego 2012
Jak to dobrze, że Boniek nie jest ze Śląska

Widzew i ŁKS powinny się połączyć - apeluje Zbigniew Boniek. Argumentuje to biedą i faktem, że Łodzi nie stać na dwa mizerne kluby, a jeden mógłby się przecież w polskich warunkach stać potęgą.

Kiedy czytam takie dyrdymały mogę jedynie ucieszyć się, że świetny przed laty piłkarz nie urodził się na Górnym Śląsku, albo nie robił tu kariery, bo mógłby poczuć się upoważniony do wygłaszania podobnych sądów na temat naszych klubów. Mógłby chcieć połączenia na przykład Górnika z Ruchem, albo GKS-u z Zagłębiem.

Czadoblog rzadko się wstydzi, ale do dziś z niesmakiem przypomina sobie grzech zaniechania jaki popełnił w 1997 roku. Doszło wtedy do nieszczęsnej fuzji w Bytomiu między Polonią a Szombierkami. Relacjonowałem te zdarzenia jako tzw. ''bezstronny reporter'', rzekłbym ''z zaciekawieniem''. Od komentowania byli mądrzejsi. Dziś uważam, że powinienem był natychmiast zająć stanowisko. Wtedy byłem młody, głupi, niedoświadczony i właśnie ''bezstronny.''

Teoretycznie spróbujmy sobie wyobrazić, że Widzew i ŁKS posłuchają Zbigniewa Bońka i będą chciały się połączyć. No to na wszelki wypadek sprawdźcie sobie łódzcy działacze jak ta fuzja wyglądała w praktyce w Bytomiu. Jak wyglądało przestrzeganie umów w sprawie lokalizacji meczów? Jak wyglądały relacje między kibicami? Jak wyglądał stosunek kibiców do piłkarzy tego drugiego klubu? No i jak to wszystko w końcu się skończyło?

Zamiast jednego bytomskiego klubu z aspiracjami w ekstraklasie (taki był zamysł inicjatorów) wszystko się z hukiem rozpadło. Oba kluby są na opłotkach wielkiego futbolu. Nie twierdzę, że to przez fuzję, ale twierdzę, że fuzja nie zmieniła nic na lepsze, paradoksalnie, że się tak górnolotnie wyrażę - wlała w bytomskie kibicowskie serca jeszcze więcej nienawiści.

Czy można pójść dalej i przeszczepić propozycje Zbigniewa Bońka na większy grunt? Polakom źle się żyje? Cóż, jedyny problem to znaleźć inne państwo i poprosić żebyśmy wspólnie pociągnęli ten wózek. Jedyny problem to przekonać obywateli tego innego państwa żeby się zgodzili. Prawda, że głupie porównanie? DE-BIL-NE!!! Ale podaję je po to żeby uzmysłowić Wam, że taki pomysł nie ma racji bytu. Tym, którzy reagują ironicznym śmiechem odpowiem, że dla kibica piłkarskiego to często sprawa sensu życia. Fakt, że nie jest to sprawa sensu życia tych, którzy się wyśmiewają nie pozwala jednak na lekceważenie takiej postawy, albo formatowanie jej jako egzotycznej, tak uważam.

Fuzje w piłce nożnej są moim zdaniem najgłupszym pomysłem jaki można sobie wyobrazić. Nie wszystko może wytłumaczyć rachunek ekonomiczny. Przynajmniej jeśli chodzi o wielkie kluby z rzeszą sympatyków i tradycją. Dwa świetne łódzkie drużyny spełniają ten warunek.

Jeśli ktoś mnie spyta: co wolisz - żeby Twój klub połączył się z sąsiadem zza płotu i wspólnie coś znaczył czy raczej żeby odszedł w nicość odpowiem: a niech gra w najniższej lidze. Ale niech jest sobą. Na zawsze. A właściwie nie na zawsze. Bo lepsze czasy zawsze nadchodzą. I warto ich doczekać jako Widzew albo ŁKS. A nie FC.

PS Omega nie potrafi przełknąć śliny.

Górnik to nie Sporting. Nie ma, że boli

Wróciłem z meczu, w którym zgodnie z oczekiwaniami Górnik wygrał z Legią.

Zgodnie z oczekiwaniami, bo przypuszczałem, że Legia jako klasyczny polski zespół klubowy będzie cierpieć na ''syndrom wstrząsu pourazowego po meczu pucharowym, w którym drużyna osiągnęła mniej niż wyglądało, że może osiągnąć". No i się sprawdziło... Dość często ten właśnie syndrom potrafi owrzodzić oblicze zespołu w następnym meczu. Legia miała pecha, bo trafił się jej akurat Górnik. Zabrzanie poświęcili trochę czasu na jej rozpracowanie, co nie było łatwym zajęciem, zważywszy, że przecież Legia zarabia ostatnio na sprzedaży.

Co mi się podobało:

a) ozdoba kolejki czyli dwa fantastyczne gole. Gdyby w każdym meczu w Zabrzu padał przynajmniej jeden taki, klub nie będzie miał problemu z zapełnieniem trybun pachnącego nowością stadionu. To gole z gatunku tych, kiedy publika nie wyrzuca solidarnie rąk w triumfalnym geście. Nie wyrzuca, bo niektórzy kibice są w stanie wydobyć z siebie tylko przeciągły jęk niedowierzania wytaplanego w podziwie;

b) cztery ogniwa w KSG:

- bramkarz Skorupski. Wyłapał wszystkie piłki, nie zawiódł nawet wtedy gdy w 18 minucie brutalnie zaatakował go Rzeźniczak. W całym meczu popełnił jeden poważny błąd, ale kiedy w 45 minucie nie wyłapał centry, wyręczył go kolega. Od czego ma się kolegów;

- obrońca Szeweluchin. Gdyby każdy debiut stopera w polskiej lidze odbywał się na takim poziomie - ludzie częściej uśmiechaliby się do siebie. Patyczkowaty Ukrainiec został wrzucony do basenu z głęboką wodą i nie utonął. Wygląda na to, że w przyszłości może stworzyć przyzwoity duet na środku obrony z Pazdanem. Przewiduje jak należy, ustawia się też odpowiednio. A wybicie piłki Żyrze (tak to się chyba deklinuje) kiedy ten minął już Skorupskiego było godne podziwu;

- boczny pomocnik Olkowski. Jestem fanem jego talentu. Najszybszy piłkarz w Polsce na dystansie 5 metrów. Jego włókienka mięśniowe pracują chyba inaczej niż nas wszystkich obecnych na Roosevelta. Oddał dwa znakomite strzały, ale raz warknęła poprzeczka, a raz warknął Kuciak. Warknął żeby pamiętać, że potrafi;

- napastnik Nakoulma. Wchodzi na wyższy etap. On już nie musi błyskać, musi unieść brzemię już cięższe - potwierdzić błyśnięcia, utrzymać się na topie. I jak dotąd potwierdza. Staje się (albo już się stał) zawodnikiem, dla którego przeciętny kibic przychodzi się na stadion żeby się przekonać co tym razem wymyśli. - Dobrze, że jest taki piłkarz w Górniku - wzdychał po meczu Jan Banaś, który też swego czasu zachwycał podobnymi akcjami. Jak na nasze warunki Burkinofasyjczyk (Burkinofasiak?) to absolutna gwiazda. Ciekawe kiedy i gdzie wyfrunie:-(

Co mi się nie podobało:

A właściwie co może mi się nie spodobać. Jeśli przeczytacie gdzieś, że Legia kompletnie zawiodła to wiedzcie, że są to słowa pisane przez żurnalistę raczej stołecznego, do tego nieutulonego w żalu i nie mają pokrycia w faktach. Zauważam bowiem charakterystyczny trend w opisywaniu tzw stołecznej futbolowej rzeczywistości: jeśli Legia w polskiej lidze przegrywa to tylko dlatego, że zawodzi, że jest daleka od optymalnej formy. Ale nigdy dlatego, że była gorsza, że jej rywal zachwycił kunsztem.

Nie wiem dlaczego niektórym przez gardło albo pióro nie może przejść, że w polskiej lidze Legia może przegrać, ''bo jest gorsza''. A w Zabrzu była gorsza choć początkowo rzeczywiście nic na to nie wskazywało. W pierwszej połowie zaczęła w polu tłamsić zabrzan i dokładnie w momencie kiedy pomyślałem, że to się zaraz może skończyć golem dla gości odpaliła LTN (Lux-Torpeda-Nakoulma).

Powtórzę: moim zdaniem Legia była jednak w Zabrzu gorsza. Gorsza, bo wyglądało na to, że Górnik wie więcej o niej niż ona o Górniku. Czasy kiedy nie przyglądałeś się rywalowi bezpowrotnie minęły.

PS Bardzo lubię jeden z ostatnich produktów ''Gazety Wyborczej'' czyli cotygodniowy magazyn ''Ale historia''. Jak sama nazwa wskazuje - jest poświęcony przeszłości. Moim zdaniem na tyle zajmujący, że nawet człowiek deklarujący niechęć do historii i tym podobnych dupereli, niepostrzeżenie daje się wciągnąć. Tym bardziej mi miło, że w numerze, który dziś rano znajdziecie w kioskach zamieszczono mój tekst o śląskim Tasunka Witko, nieposkromionym mustangu. Serdecznie polecam, zwłaszcza kibicom Górnika:-)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

sobota, 18 lutego 2012
Ten wynik może zaważyć na mistrzostwie Polski

Dokładnie jak w tytule.

Ruch w meczu na szczycie został dziś skrzywdzony w wyjątkowo żenujący sposób. Być może niektórzy kibice eRki są zadowoleni z wyjazdowego remisu z liderem, ale wspomnicie moje słowa. Stawiam kasztany przeciw orzechom: po XXX kolejce okaże się, że gdyby Ruchowi doliczyć jeszcze dwa dzisiejsze punkty, które zabrała nieudolność sędziów, a Śląskowi odjąć jeden to wyjdzie, że mistrz byłby zupełnie inny. Uważam, że właśnie dziś przez partactwo arbitrów Ruch stracił szanse na mistrzostwo Polski w tym sezonie.

Ktoś popuka się w głowę. ''Zwariował''. Ruch mistrzem? A ilu ludzi wierzyło w czternaste mistrzostwo Ruchu w lutym 1989 roku? No i kogo niby niebiescy mają się bać w obecnej lidze? 

Dokładnie tak uważam. Moim zdaniem wszyscy ludzie związani z Ruchem, piłkarze, trenerzy, działacze, kibice, nie powinni być dziś zadowoleni nawet trochę. Powinni być tylko i wyłącznie wściekli. Wściekli! Przecież przy sędziowaniu, które spełniałoby choćby minimalne standardy powinno być dziś 1:0 dla Ruchu. Co najmniej 1:0, bo od 15. minuty Śląsk powinien grać w dziesiątkę po ''odkręceniu'' Jankowskiego przez Fojuta. No i ten gol dla Śląska ze spalonego. Cóż, mamy jednak takich sędziów międzynarodowych jakich mamy. Trudno.

Trudno, trudno, ale Ruch po tym meczu ma przecież do lidera niesłuszne osiem punktów straty zamiast słusznych pięciu.

Faceci nie płaczą, Ruch powinien zacisnąć zęby i próbować jednak to piętnaste mistrzostwo zdobyć. Ciągle jest teoretyczna szansa. Gra chorzowian bardzo mi się dziś podobała, jedyne do czego możnaby się przyczepić to do detalu czyli sposobu w jaki lewonożny ''młody Ecik'' strzelił z lewej nogi w 85. minucie. Kelemen nie powinien nawet kwiknąć...

Wygląda na to, że Ruch jeszcze w tym sezonie zamiesza. Byle tak dalej. 

PS Omega z wściekłości aż zacisnęła wskazówki.

piątek, 17 lutego 2012
Dariusz Smogorowicz. Dokopać trzeba umieć

Za to kiedy dokopywanie nie wychodzi, nie trzeba już umieć wyjść z całej sytuacji z klasą:-)

Opublikowaliśmy dziś tekst o Dariuszu Smagorowiczu. Ten tekst.

Pewien portal powołując się na nasz tekścik wyśmiał szyderczo słowa nowego prezesa Ruchu, wylał wręcz kubeł pomyj. Chichotał ze Smagorowicza, który powiedział, że ''będzie poświęcał klubowi kilka godzin tygodniowo''. Okazało się jednak, że szarża rozchichotanego nosorożca była chybiona. Prześmiewca nie zauważył, że był to cytat z grudnia 2006 roku, kiedy Smagorowicz dopiero przychodził do Ruchu, a nie fragment przemówienia z okazji objęcia nowego stanowiska.

Kiedy prześmiewca po jakimś czasie się zorientował - zrobił to, co robi pierwszy lepszy smark, a nie profesjonalny dziennikarz - po cichutku wykasował cały wpis bez słowa wyjaśnienia. Czyżby zabrakło cojones żeby pod spodem napisać, że cały ten wpis był błędem, że był całkowicie bezsensowny?

Cóż... Nie każdy musi mieć cojones. Mój bokser, którego wziąłem ze schroniska, został ich tam właśnie pozbawiony i daje radę. Widzę po nim, że bez nich też da się żyć...

PS A tak przy okazji: prezes Ruchu nazywa się Smagorowicz, a nie Smogorowicz (literówka może zdarzyć się raz, a nie przez cały tekst). Oczywiście portal ze stolicy nie musi kojarzyć jak nazywa się prezes Ruchu i szczerze mówiąc właściwie wcale tego od niego nie wymagamy:-)

PS1 Nie piszę co to za portal, bo nie mam dowodów - przecież tekst rozwiał się w siwy dym... Jak ktoś nie ma cojones zawsze może się wyprzeć:-) Ale tak było.

PS2 Omega macha przyjaźnie wskazówkami...

czwartek, 16 lutego 2012
Dwa nagie miecze

Robienie miejsca może odbywać się w różny sposób. Czasem wstaje się z siedzenia w zatłoczonym tramwaju, innym razem wręcza się dwa nagie miecze, a jeszcze kiedy indziej zostaje się prezesem żeby zostawić wolny fotel przewodniczącego rady nadzorczej.

Właśnie w ten ostatni sposób postąpił dziś Dariusz Smagorowicz. Dla mnie to wyraźny sygnał, że nie chce tego wózka ciągnąć sam (podkreślam; to moja osobista interpretacja). Robi miejsce dla Aleksandra Kurczyka. Duża gotówka - duże ambicje. Oczywiście nie byłoby tego miejsca gdyby chodziło o małe ambicje.

Niektórych może dziwić, że właściciel klubu postanowił zostać prezesem i w ten sposób skupić na sobie snop medialnych reflektorów. Ale na mój gust Dariuszowi Smagorowiczowi to nie przeszkadza, bo on lubi być blisko, lubi wiedzieć wszystko. I na pewno jest bardziej otwarty od ustępującej pani prezes. Katarzyna Sobstyl rządziła długo i na stałe wpisała się w historię Ruchu. 

PS Katarzyna Sobstyl i Czadoblog mają ze sobą coś wspólnego. Oboje przyszli na ten świat w piątek, trzynastego. I chyba oboje są z tego faktu zadowoleni:-)

PS1 Panie prezesie. Czy Omega wróci?:-)

środa, 15 lutego 2012
Synek z Ligoty

Bardzo często wydaje nam się, że już za chwileczkę, już za momencik nasze ulubione zespoły wzmocnią fajni piłkarze. Tacy o których słyszeliśmy, tacy, których wcześniej widzieliśmy gdy przyjeżdżali jako zawodnicy obcych klubów, tacy, których klasę zdążyliśmy wcześniej docenić.

A potem... potem nic z tego nie wychodzi. Ba, nawet jak wyjdzie, to okazuje się, że... nie wychodzi. Tak jak choćby ostatnio z transferem Krzysztofa Zaremby z Podbeskidzia Bielsko-Biała do Zagłębia Sosnowiec. Podpisał kontrakt zaledwie kilka dni temu, a teraz właśnie go rozwiązał.

''Prawietransfery'' zdarzały się już przed wojną. Dokładnie 75 lat temu wydawało się, że Ruch Chorzów wzmocni prawoskrzydłowy Otto Riesner (rocznik 1910). To był wtedy naprawdę znakomity piłkarz. Miał zająć miejsce Ewalda Urbana, który zdecydował się na ucieczkę do Niemiec. Ciekawe, że Riesner miał brata, który był oficerem w niemieckim wojsku i wcale się nie wstydził tego faktu. Choć Otto był synkiem z Ligoty, wychowankiem katowickiej Diany, karierę zrobił jednak w Garbarni Kraków, gdzie poszedł za kasą. Zdobył z nią mistrzostwo Polski i awansował nawet do reprezentacji, w której rozegrał 6 meczów. W 1937 roku miał przenieść się do Ruchu, z którym - jak się okazało - pertraktował ponoć aż przez dwa lata (jeśli to prawda to nie znam dłuższych pertraktacji zakończonych niepowodzeniem). Riesner już nawet miał z powrotem przenieść się na Śląsk, ostatecznie jednak nic z tego transferu nie wyszło... Nie wiem dlaczego. Pewne jest, że Riesner zamiast w Ruchu zaczął grać we Fabloku Chrzanów. Ten klub od początku istnienia związany był z Pierwszą Fabryką Lokomotyw w Chrzanowie. Piłkarz był zadowolony, bo dostał tam dobrze płatną pracę lakiernika przy malowaniu parowozów.

Mało kto pamięta, ale wtedy ta nieduża miejscowość na pograniczu śląsko-małopolskim (ale już od małopolskiej strony) cieszyła się najlepszą drużyną w dziejach. W 1939 roku klub z Riesnerem w składzie jedyny raz w historii grał w II lidze, uzyskał nawet prawo startów w barażach do I Ligi Państwowej. Ale to nie Riesner był jego największą gwiazdą, a synek z Wirka - Paweł Cyganek, który wystąpił nawet w słynnym zwycięskim meczu reprezentacji Polski z wicemistrzem świata, który odbył się kilka dni przed wybuchem wojny. Cyganek trafił do Chrzanowa, tak samo jak Riesner  - skuszony nie tyle wielkimi pieniędzmi, co stałą, dobrą pracą. Dyrektor Fabryki Lokomotyw w Chrzanowie zapłacił Wawelowi za Cyganka aż trzy tysiące złotych odstępnego (wówczas to była bardzo poważna suma), a piłkarzowi, choć nie był fachowcem - zapewnił dobrze płatne zajęcie.

A Ruch? Nikt w Hajdukach po Riesnerze pewnie nie rozpaczał, w końcu i tak było tam z przodu Trzech Króli... 

PS Jeśli ktoś zna powód dla którego Riesner nie trafił do Ruchu - mógłby się podzielić...

PS1 Omedze przynajmniej zimno nie jest i nie musi strząsać śniegu ze wskazówek.

 
1 , 2
Archiwum