niedziela, 28 lutego 2016
Chamstwo w Warszawie

Legia nie wygrałaby z Ruchem na Łazienkowskiej gdyby nie sędziowie. Być może nawet by przegrała. Oczywiście daleki jestem od nazywania arbitrów tego meczu złodziejami. To tylko nieudacznicy.

Sędziowie nie zauważyli, że przy pierwszym golu dla Legii Nikolić był na ewidentnym spalonym i uznali, że padł prawidłowo.

Potem nie zauważyli, że tuż przed przerwą obrońca Hlousek podczas pogoni za piłką znokautował łokciem w polu karnym Kamila Mazka i rozwalił mu fragment twarzy. Ten zawodnik nie patyczkuje się w takich sytuacjach o czym zdążył się także przekonać w innym starciu choćby Matus Putnocky.

Gdyby sędziowie zauważyli i odgwizdali tamten ewidentny faul na Mazku, musieliby podyktować rzut karny, a wtedy Ruch miałby ogromną szansę na gola. Poza tym Hlousek powinien zejść z czerwoną kartką. A to przecież właśnie on po przerwie zdobył drugą bramkę dla gospodarzy...

A więc - co było do udowodnienia - do przerwy zamiast 1:0 mogło (czy też „powinno”) być 0:1. Załóżmy więc, że na odpoczynek Ruch schodzi z prowadzeniem i przewagą liczebną jednego zawodnika. Jak sądzicie - jak dalej potoczyłby się ten mecz?

Oczywiście nie ma co płakać. Słabi sędziowie się zdarzają. Trzeba grać dalej. No i uczyć się od Legii tego stylu. Trzeba ostro i agresywnie, czasem brutalnie. Gospodarze faulowali aż 24 razy a goście ponad dwukrotnie mniej - 11. Przypominam: obie drużyny schodziły po meczu w pełnym składzie. Brutalność w polskiej lidze może więc dużo dać, zwłaszcza kiedy sędziowie na nią pozwalają. Być może trzeba o tym pamiętać?

Wygląda na to, że opłacają się faule, zwłaszcza podczas starć w powietrzu. Tyle, że - choćby w środku pola - na razie piłkarzy Ruchu na taki styl chyba nie stać, mają gorsze warunki fizyczne od legionistów.

Jeszcze jedno: gdyby mecz zakończył się wynikiem 0:0. Legia tylko zrównałaby się z Piastem punktami w tabeli.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

poniedziałek, 22 lutego 2016
Bilet na miejsce, którego... nie było

Kiedy powstaje stadion zdarzają się sytuacje, które potrafią zaskoczyć. W niedzielę w Zabrzu odbyły się Wielkie Derby Śląska. Mecz Górnika z Ruchem Chorzów oglądało prawie 25 tysięcy ludzi.Wczoraj w nocy napisał do mnie kibic Górnika Zabrze. 

„Jak wielu śląskich kibiców wybrałem się  na Wielkie Derby Śląska. Najpierw wrażenie zrobił na mnie stadion z zewnątrz, potem przepustowość bram - DUŻY plus! Potem dobre oznakowanie w którą stronę iść na mój sektor i...... No właśnie! 
W tym momencie spotkało mnie to niezwykłego. Okazało się, że moje miejsce na Arenie Zabrze NIE ISTNIEJE!!!! 
Zatem przed meczem wypraszany z innych miejsc przez kibiców (słusznie), przeganiany przez stewardów (no bo przecież na schodach stać nie wolno), po dziesięciu tłumaczeniach, że mojego miejsca po prostu nie ma (ach, te wielkie oczy stewardów!), zamiast z czwartego rzędu oglądałem mecz NA STOJĄCO gdzieś na koronie (czyli wirtualny 18 rząd). Do wyboru miałem „wycieczkę” do kasy reklamacyjnej - tak, z pewnością coś by to dało przy komplecie sprzedanych biletów! 
Nie po to płacę pieniądze, żeby potem obserwować mecz w warunkach urągających oglądaniu widowiska sportowego w XXI-wieku. 

Na potwierdzenie moich słów załączam właśnie mój bilet - jak ktoś chce - niech sobie sprawdzi - w sektorze B19 w rzędzie 4 piętnastego miejsca NIE MA! 
Oczekuję nieco więcej od mojego Ulubionego Klubu niż słabe "przepraszam - pewno wina komputera" - choć ten jeden steward mnie przynajmniej przeprosił!” 


Jan Orszulik, kibic Górnika pamiętający jeszcze ostatnie tytuły mistrzowskie.

                              * * *

Dotąd nigdy nie słyszałem o tak dziwacznej sytuacji. Potężnych stadionów wiele u nas jednak w ostatnim czasie na Górnym Śląsku do użytku nie oddawano i tak naprawdę nikt z nas nie wie z jakimi problemami można się zetknąć. Zadzwoniłem więc do Górnika i dowiedziałem się, że przykre nieporozumienie wyniknęło z faktu, że system informatyczny dostał błędne dane. Zadzwoniłem również do Ludmiły Hernik ze spółki "Stadion w Zabrzu". - Wydrukowałam sobie bilet przesłany przez pana Orszulika i aż poszłam sprawdzić na sektor. Okazało się, że pan Orszulik rzeczywiście miał rację. Chcemy za zaistniałą sytuację przeprosić i poszkodowanego kibica wynagrodzić. Pozytywne załatwienie tej sprawy jest dla nas bardzo ważne - powiedziała mi pani Hernik a do Jana Orszulika wystosowała list. Brzmi on tak:

 „Serdecznie przepraszamy za zaistniałą sytuację, która była wynikiem błędnego zaprogramowania systemu biletowego.

Jest nam niezmiernie przykro, że nie mógł Pan w pełni uczestniczyć w tym sportowym wydarzeniu, które miało miejsce na Stadionie. Rozumiemy Pana odczucia i dziękujemy za okazaną wyrozumiałość.

 W ramach rekompensaty, w porozumieniu z klubem Górnik Zabrze S.S.A., który odpowiada za sprzedaż biletów, proponujemy Panu bilet na najbliższe spotkanie na Arenie Zabrze w dowolnie wybranym przez Pana miejscu. (...)

Jednocześnie informujemy, że podjęte zostały już działania mające na  celu wyeliminowania tego typu zdarzeń w przyszłości.”

 z poważaniem

Ludmiła Hernik, specjalista ds. Public Relations spółki Stadion w Zabrzu

                             * * *

To się nazywa eleganckie załatwienie sprawy. Błędy się zdarzają. Sztuką jest umieć przyznać się do pomyłki i naprawić szkodę w przyzwoity sposób. Uważam, że gospodarze meczu w Zabrzu przeskoczyli tę trudną przeszkodę w dobrym stylu.

Mam nadzieję, że Jan Orszulik zobaczy wkrótce zwycięski mecz Górnika.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 21 lutego 2016
Nie zapomnę tych derbów nigdy

Byłem na Wielkich Derbach Śląska w Zabrzu. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Podwójnym!

Po pierwsze: zabrzańskiej publiczności. Na meczu było niespełna 25 tysięcy ludzi. Widać ewidentnie, że budowa tego stadionu w Zabrzu miała sens. Potęga dopingujących Górnika trybun aż przygniatała. Atmosfera była fantastyczna, mógłbym nawet napisać, że niepowtarzalna. W dodatku było wilgotno, mecz był po zmroku, w efekcie wydawało się, że góra trybun niknie we mgle i ciągnie się do gwiazd. Majestat! Stadion Górnika zrobił dziś na mnie ogromne wrażenie. Cieszę się, widząc na Górnym Śląsku takie zjawisko. Może tylko publiczność powinna być bardziej zdyscyplinowana: po rozpaleniu rac zadymiło i w efekcie sędzia dodatkowo przedłużył połowę o trzy minuty. Ruch pierwszego gola strzelił w trzeciej minucie doliczonego czasu...

Po drugie: gry Ruchu. Niebiescy byli dziś perfekcyjnie przygotowani. Organizacją gry, urozmaiconą grą ofensywną, mnogością podań bili gospodarzy na głowę. To najwyższa ligowa porażka zabrzan z Ruchem u siebie w całej historii!

Po meczu rozmawiałem z Antonim Piechniczkiem, byłym piłkarzem Ruchu i byłym trenerem Górnika. Były selekcjoner nie pamiętał żeby kiedykolwiek Ruch tak mocno, z tak ogromną przewagą, z taką lekkością przewyższał Górnika właściwie w każdym elemencie gry - a przecież parę meczów między tymi drużynami przeżył. 

Na pomeczowej konferencji prasowej widać było, że trener Waldemar Fornalik odczuwa satysfakcję. I trudno mu się dziwić. Nie wiem czy szkoleniowiec Ruchu zdawał sobie sprawę kto oglądał ten mecz. Można powiedzieć, że w jakiś sposób przytarł nosa dwom osobom, które raczej nie życzyły mu zwycięstwa. Po pierwsze - Zbigniew Boniek, prezes PZPN, który zrezygnował z jego usług jako selekcjonera. Po drugie - Adam Nawałka, trener, który go na tym stanowisku zastąpił przychodząc właśnie z Górnika. 

Ruch zepsuł też święto dawnym gwiazdom Górnika, którzy na ten mecz zostali zaproszeni (kilka godzin wcześniej spotkali się na uroczystym obiedzie w Zabrzu). Na Roosevelta pojawili się m.in. Włodzimierz Lubański, który przyjechał z Belgii i Zygfryd Szołtysik, który przyjechał z Niemiec. Przed meczem do kibiców przemawiała Krystyna Loska, której mąż był kiedyś ważnym działaczem Górnika...

Gospodarze byli moim zdaniem całkowicie bezradni. Nie potrafili nic zrobić zanim stracili gola, nie potrafili też odpowiednio zareagować po tym jak go stracili. Ich gra robiła na tyle przygnębiające wrażenie, że po meczu usłyszałem plotkę (podkreślam - plotkę), iż następnym trenerem Górnika już wkrótce ma być... Kazimierz Moskal.

Ten mecz będę długo pamiętał także z osobistych powodów. Otóż nigdy w życiu nie oglądałem spotkania piłkarskiego w... tak dziwacznym okolicznościach! Otóż zasiadłem na starej trybunie wśród... górników siedmiu kopalń. Ale to nie byli zwykli hajerzy, lecz członkowie orkiestr górniczych. Wypełnili całą trybunę, ich czerwone pióropusze* zasłaniały mi widok. Wrażenie było iście surrealistyczne. Gdzie się nie obejrzałem - facet z trąbami. Ba, dziesiątki, setki facetów z trąbami (jeden był z tamburynem i tylko lekko w niego uderzał. Byłem ciekaw czy zarabia tyle samo co trębacze, ale się do niego nie dopchałem)! Te trąby dwoiły mi się i troiły w oczach! Siedziałem w sekcji tub (jak się dowiedziałem od pana przede mną, który w to dmuchał takie zawijane trąby nazywają właśnie tubami). A kiedy sekcja tub zagrała "Go West" zespołu Pet Shop Boys - umarłem:) Byliście kiedyś w oku cyklonu?

PS Mam nadzieję, że Górnik szybko się podniesie. Ciekawi mnie ile ludzi przyjdzie na następny mecz zabrzan. Po pierwsze dlatego, żeby przekonać się czy ciągle w tak ogromnej,  zapierającej masie wierzą w Górnika. Po drugie dlatego, żeby przekonać się czy nie odstraszy ich termin i pora, bo spotkanie odbędzie się w środku tygodnia późnym wieczorem (środa, g. 20.30). Niestety w Polsce ciągle przeważają kibice, którzy chodzą na stadion raczej wtedy gdy ich drużyna wygrywa, a nie bez względu na rywala i miejsce w tabeli. A po trzecie dlatego, że rywal ostatnio dostał straszny łomot w Bielsku-Białej więc Górnik miałby szansę go powtórzyć, co?

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

*dla niewtajemniczonych: górnicy kiedy są na galowo noszą na głowie czaka (liczba pojedyncza - czako, przypadkiem nie nazywajcie tego czapkami;) Właściciele czarnych pióropuszy - to górnicy dołowi, białych - nadzór czyli sztygarzy, zielonych - dyrekcja, a czerwonych - muzykanci.

sobota, 20 lutego 2016
Wtedy w Polsce skończył się komunizm

Przyznam, że jestem podniecony zbliżającymi się Wielkimi Derbami Śląska. Historycznymi, bo w zupełnie nowych okolicznościach, że się tak wyrażę, stadionowych. Będę tam!

Mecze między tymi dwoma wspaniałymi drużynami oglądało już kiedyś nawet ponad 80 tysięcy fanów, ale teraz również możemy mieć powody do satysfakcji. Zapowiada się, że w najbliższej kolejce nikt nie pobije frekwencji na stadionie Górnika. Ma przyjść 24 tysiące ludzi, bilety już wyprzedane! To powód do zadowolenia i dumy.

Aż sprawdziłem kiedy ostatni raz na stadion Górnika przyszło ludzi więcej niż 24 tysiące. Okazuje się, że nic tak nie podnieca Ślązaków jak mecz dwóch najbardziej utytułowanych drużyn w Polsce czyli właśnie Górnika i Ruchu. Musiałem cofnąć się do czasów kiedy w Polsce akurat kończyła się rzeczywistość z innej epoki. 4 czerwca 1989 roku aktorka Joanna Szczepkowska triumfalnie obwieściła w Dzienniku Telewizyjnym, że w naszym kraju skończył się komunizm. Trzy dni później, w wolnej Polsce, na stadion Górnika przyszło aż 30 tysięcy ludzi. To oznaczało nadkomplet. W dzisiejszych czasach słowo "nadkomplet" to czysta teoria, bo żaden organizator nie wpuści więcej ludzi niż może, ale wtedy obrońca tytułu, który miał szansę na piętnastą gwiazdkę grał przecież u siebie z najważniejszym rywalem, tym, który miał szansę na czternastą gwiazdkę...

Po latach wracają wielkie chwile. Piłkarzy proszę tylko o jedno. Niech ten mecz nie skończy się wynikiem 0:0.

PS Doskonale pamiętam jak 25 lat temu szerokim echem odbiło się efektowne zwycięstwo 4:1 walczącego o utrzymanie Zagłębia Sosnowiec z Lechem Poznań (październik 1991 roku). Świetny mecz ekipy Marka Koniarka, Ryszarda Czerwca, Adama Kucza nad Brynicą wspomina się do dziś. Wtedy ostatecznie nie dało to jednak powodzenia, Zagłębie spadło z ekstraklasy, a Lech został mistrzem. Dziś w pięknym stylu Podbeskidzie wygrało w identycznym stosunku z innym klubem z Poznania - choć o tej samej nazwie. Czy to będzie dla bielszczan przełamanie?  

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

piątek, 19 lutego 2016
Lubicie wpadać ze skrajności w skrajność? Piast rulez

Internet to jednak obrzydliwa bestia. Możesz zetknąć się z opiniami "wszystkowiedzących", którzy od razu "skomentują".

Chcąc kierować się opiniami przypadkowych ludzi po dwóch remisach musiałbym uwierzyć, że Piast Gliwice nagle stał się drużyną byle jaką, przereklamowaną i tak naprawdę słabą. Wkrótce pojawią się zapewne drwiny, że dzięki tym dwom bezbramkowym meczom zapewnił sobie właśnie udział w grupie mocniejszych a na nic innego go już nie stać.

Być może Piast nie zostanie mistrzem Polski (choć osobiście wątpię, że nie zostanie). Jednak odstrzeliwanie gliwiczan już teraz powoduje u mnie jedynie wzruszenie ramion.

Każdy kiedyś słabuje. A Piast słabuje w najlepszym dla siebie momencie. Lepsze dni nadejdą. Ci, którzy drwią, zapewne jeszcze przycwałują. Merdając.

PS "Godzina szczerości" z Antonim Piechniczkiem w radiowej Trójce. Trener w rozmowie z Michałem Olszańskim.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Sląski.

poniedziałek, 15 lutego 2016
Messi jak Kempny, Suarez jak Liberda

Kibice i młodsi dziennikarze podniecają się, że nietypowy rzut karny wykonany podczas weekendowego meczu Barcelony z Celtą Vigo przez Leo Messiego i Luisa Suareza przejdzie do historii futbolu. Wątpię. Warto przecież przypomnieć, że dokładnie w taki sam sposób karnego w meczu ligowym wykonała już jednak Polonia Bytom... 57 lat temu.

W przepisach nie jest nakazane żeby z rzutu karnego oddać bezpośredni strzał na bramkę. W niedzielę Messi zagrał piłkę krótko do przodu a nadbiegający Suarez wykorzystał osłupienie rywali i strzelił bez wahania w róg. Trzeba jednak pamiętać, że karne w ten sposób były już wykonywane kiedy Messiego i Suareza nie było na świecie.

Bezpośrednie uderzenie z karnego jest najwygodniejsze jednak Polonia Bytom z przełomu lat 50. i 60. nie była drużyną, która musiała grać najwygodniej. To był fantastyczny zespół z plejadą świetnych piłkarzy, którzy mieli ułańską fantazję.

2 maja 1959 roku Polonia rozgrywała ligowy mecz z Polonią Bydgoszcz. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim. Był to najważniejszy punkt pięciogodzinnego uroczystego programu z okazji Święta Pracy.

75 tys. widzów obejrzało efektowne zwycięstwo bytomian, którzy rozbili rywali 5:0. Do niezwykłego wydarzenia doszło już w 2. minucie. Sędzia podyktował karnego za faul na Janie Liberdzie. „Poloniści zastosowali trick: Henryk Kempny szturchnął lekko piłkę do przodu, wystartował do niej Liberda i z elegancją primabaleriny dopełnił formalności” - zachwycał się sprawozdawca. Goście protestowali, ale sędzia, dobrze znający przecież przepisy, gola uznał.

Przy okazji muszę wspomnieć - właśnie ten mecz był pierwszym spotkaniem na Stadionie Śląskim, który odbył się przy sztucznym oświetleniu.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 14 lutego 2016
O objawach miłości. Przykład z 1948 roku

Dziś idealny dzień na deliberowanie o objawach miłości. Oczywiście nie chodzi mi o jakąś tam miłość między mężczyzną i kobietą czy też inne tego typu historie lecz o poważne uczucie względem drużyny piłkarskiej.

Każdy zapoznany wie, że kochać w tym względzie można do utraty tchu. W dodatku chyba tylko futbol stwarza okazje do wyjątkowo oryginalnego obwieszczenia światu jak bardzo się kocha.

Tym razem mam dla Was przykład z 1948 roku. Szombierki Bytom pierwszy raz w dziejach grały wtedy o awans do ekstraklasy.

O wejście do ligi walczyło wtedy 20 drużyn, podzielonych na pięć grup. Do finału wchodzili tylko ich mistrzowie. Szombierki rywalizowały o to jedno miejsce z inną śląską drużyną - Baildonem Katowice a także z Pomorzaninem Toruń i Legią Krosno. Najgroźniejszym rywalem była ekipa z Torunia, która wygrała w Bytomiu więc o wszystkim przesądził mecz wyjazdowy. Na parę minut przed końcem meczu Szombierki zdobyły zwycięską bramkę po... strzale samobójczym! Największy as bytomskiej drużyny Jerzy Krasówka (dziś ktoś o jego umiejętnościach byłby w polskiej lidze piłkarskim megacelebrytą) przyznawał, że gol padł na skutek... nierówności boiska: piłka odbiła się bowiem od kępy trawy i ku rozpaczy miejscowej publiczności wpadła do bramki!

Rozochoceni piłkarze Szombierek na klęczkach całowali potem pełni entuzjazmu tę kępę. To jednak nie koniec: ten nierówny fragment murawy bytomianie oddarli, zapakowali w walizkę i zabrali w drogę powrotną do Bytomia!

Jest mi bardzo przykro, ale nie udało mi się ustalić co działo się później z tym niezwykłym dowodem miłości. Może rośnie gdzieś jeszcze w zielonej dzielnicy?

PS Szombierki awansowały do pięciozespołowej grupy finałowej, a tam znowu spisały się znakomicie. Dały się wyprzedzić tylko Lechii Gdańsk i z drugiego miejsca uzyskały historyczny awans do ekstraklasy, w której pierwszy raz zagrały w 1949 roku.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

PS2 Przepraszam, że odzywam się rzadko, ale bardzo zaangażowałem się w projekt Y.

Archiwum