piątek, 15 lutego 2019
Tacy ludzie budują legendę Ruchu

Kiedy rozmawiam z gwiazdami futbolu sprzed lat uderzają mnie u nich trzy cechy: uprzejmość, stanowczość w sądach i powściągliwość w pochwałach. Ale u Eugeniusza Lercha znajdziecie również życzliwość w najlepszym rozumieniu tego słowa oraz pogodę ducha. Dla mnie to zaszczyt, że się znamy.

Kiedy pan Eugeniusz Lerch kończył lat 70, przeprowadziłem z nim poniższy wywiad. Te dziesięć lat minęło jak z bicza trzasł, ale rozmowa jest nadal aktualna.

Dziś mało kto pamięta, że już jako dziecko był uważany za wielki talent. Pierwsza wzmianka o nim w gazecie ukazała się, kiedy miał 11 lat. Było to w 1950 roku. „Pamiętasz zobowiązanie piłkarzy chorzowskiej Unii [tak w czasach stalinowskich musiał nazywać się Ruch – przyp. red.] gremialnego zdobycia odznaki »Sprawny do Pracy i Obrony«? Zawodnicy tego klubu wykonali zobowiązanie i zdobyli dotychczas 161 odznak sprawności fizycznej. Najmłodszym ze zdobywców odznaki jest Lerch, który liczy 11 lat". W prasie ukazywały się zdjęcia chłopca z podpisami „Lerch Eugeniusz żongluje już 115 razy prawa nogą” albo „14-letni Gienek Lerch ćwiczy pilnie sztukę główkowania"...

Paweł Czado: Pana ojciec też grał w piłkę?

Eugeniusz Lerch: Nie, Antoni Lerch był górnikiem kopalni Kleofas. Pracował od najmłodszych lat, był jedynym żywicielem rodziny. W latach 30. ciężko było o pracę, więc dbał o nią bardzo. Ale piłkę lubił. Chodził na mecze Ruchu Hajduki Wielkie, jeszcze na ten słynny „Hasiok” na Kalinie [nieistniejące boisko Ruchu, na którym niebiescy zdobyli pierwsze mistrzostwo Polski w 1933 roku – przyp. red.]. Ba, nawet kumplował się z niektórymi zawodnikami. Był okres, że pracował razem z Teodorem Peterkiem [legendarnym napastnikiem, autorem 154 ligowych goli dla Ruchu – przyp. red.]. Ale najbardziej tata był zafascynowany Ernestem Wilimowskim. Ile on mi o „Ezim” historyjek opowiedział...

Urodziłem się przy ul. Wolności [reprezentacyjna ulica Chorzowa – przyp. red.], ale wychowałem się na Batorym. Na stadion miałem więc bardzo blisko. Byłem jedynakiem, szybko okazało się, że jakąś tam smykałkę do piłki mam. Grałem na ulicy, na placu, na łące, w szkole – po prostu wszędzie.

Ojciec zaprowadził Pana na pierwszy trening?

Sam poszedłem, kiedy miałem 10 lat. Namówiłem jeszcze paru kolegów ze szkoły, m.in. Antka Nierobę [reprezentacyjny obrońca Ruchu w lidze grał w latach 1956-1972 – przyp. red.]. Nasze rodziny się przyjaźniły, chodziliśmy razem do klasy w szkole nr 36.

Dobrze pamiętam pierwszy ligowy mecz, na który poszedłem. To było, zanim jeszcze poszedłem na pierwszy trening. W marcu 1948 roku Ruch wygrał 1:0 z Garbarnią Kraków, a bramkę strzelił w ostatniej minucie Przecherka. Byłem wtedy właśnie za tą bramką. Nie było żadnych siedzeń, rosła trawa. Jak ktoś wstawał, to bardziej niecierpliwi kibice siedzący za nim rzucali w niego kępami. To było moje stałe miejsce. Później zamontowano tam zegar Elektromontażu.

Rodzice puścili Pana samego na mecz?

No jasne, nie było z tym problemu. Całe dni spędzałem na placu, kopiąc piłkę. Jak zgłodniałem, to mama rzucała na dół kawałek chleba i dalej się grało. Wtedy nauczyłem się techniki, dryblingu, a przy okazji nabrałem kondycji. A z tatą rzadko chodziłem na mecze. Pamiętam, że zabrał mnie na towarzyski mecz Ruchu z drużyną Kleofasa.

Szybko poznał Pan Gerarda Cieślika.

Wiadomo, że na początku lat 50. pan Gerard był wielką gwiazdą całej polskiej piłki. W Chorzowie był idolem wszystkich. Moim także, drugim po Wilimowskim. I właśnie Cieślik jako jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce zaczął wtedy trenować trampkarzy Ruchu. Kiedy się to rozniosło, zrobił się w Chorzowie szum – u Cieślika chciały trenować miliony bajtli. Oczywiście ja też. Nie mógł szkolić wszystkich, musiał zrobić selekcję. Dobrze pamiętam ten moment. Każdy chętny miał strzelać rzut karny. Podbiegłem i trafiłem w samo okno. „Zostajesz” – zdecydował od razu.

Cieślik miał serce do młodzieży, umiał nas trenować. I to właśnie on, ten niby nieumiejący się wysłowić hanys, taki zresztą jak i ja, potrafił wszystko doskonale przekazać. Naśladowałem wszystko, co pokazywał, później dziennikarze pisali nawet, że mam te same ruchy co on. Kiedy jako 17-latek trafiłem do pierwszej drużyny, dzięki niemu byłem już przygotowany do gry na ligowym poziomie. Ale nie przypuszczałem, że z moim idolem zagram w jednym zespole!

Zadebiutował Pan w ekstraklasie jako 18-latek w 1957 roku.

Wyróżniałem się w zespole juniorów, strzelałem w meczach po pięć bramek. Był taki zwyczaj, że w piątek przed wyjazdem na mecz ligowy był sparing między pierwszym zespołem Ruchu a rezerwami. Przed wyjazdowym meczem z ŁKS-em strzeliłem w takim sparingu parę goli. Pojechaliśmy do Łodzi na mecz, nocleg był w hotelu Savoy. Miałem grać w rezerwach, które rywalizowały we własnej lidze, coś jak dzisiejsze rozgrywki Młodej Ekstraklasy. Nagle woła mnie Cieślik. „»Elek«, przygotuj się, bo zagrasz w pierwszej drużynie” – powiedział jak gdyby nigdy nic. Zamurowało mnie. „Ja?!". „To ty nic nie wiesz? Chodź na odprawę, zaraz się zacznie".

Rzeczywiście, na odprawie ówczesny trener Ruchu Mikołaj Beljung wyczytał moje nazwisko. Miałem zagrać na środku ataku. Wtedy grało się jeszcze pięcioma napastnikami. Cieślik wystąpił obok mnie, na lewym łączniku...

Jak Pana przyjęli starsi koledzy?

Cóż, hierarchia była fest, w Ruchu same gwiazdy były. Ale niechęci, niszczenia młodych nie było. A jak zacząłem bramki strzelać, tym bardziej byli mi życzliwi. Z początku trochę się bałem, mówiłem do wszystkich „per pan", lecz starsi zawodnicy szybko zaproponowali przejście na „ty". Ale Gerardowi Cieślikowi do dzisiaj mówię „pan” [Gerard Cieślik zmarł w 2013, przyp.red.]. To był przecież mój trener, wychowawca – choć potem graliśmy razem, nie wypadało inaczej.

Jeszcze w tym samym roku strzelił Pan w lidze pierwszego gola.

W meczu z Lechią Gdańsk na Cichej. Boisko śliskie, jesień już była. Uderzyłem z daleka, Henryk Gronowski bronił wtedy [bramkarz Lechii tydzień wcześniej zadebiutował w reprezentacji Polski – przyp. red.]. Piłka wpadła w dolny róg. To była ostatnia bramka w tym meczu, na 4:1. Zaraz potem poszliśmy do restauracji niedaleko stadionu, tej na rogu, tam teraz tapety sprzedają. Dworcowa się chyba nazywała, ale i tak wszyscy mówili jak przed wojną: u Goldsteina. Nie było jeszcze słynnej kawiarenki na Ruchu, wtedy w tym pomieszczeniu była wielka szatnia. Kiedy wchodziłem do drużyny, był taki zwyczaj, że po meczu pierwszy zespół miał u Goldsteina darmowe jedzenie, pamiętam, że było dobre piwo. Wspólnie słuchało się radiowej relacji z meczu, który właśnie się odbył. Bawiliśmy się dobrze, świetna atmosfera była. Jak ta moja bramka na 4:1 padła, to „Pingol” Wyrobek [legendarny bramkarz Ruchu – przyp. red.] wyskoczył w górę, krzycząc: „Jeeeeeeeeeeeeest!". Ech, piękne czasy...

W 1958 roku miał Pan znakomity sezon – co mecz, to gol. Mając 19 lat, został Pan najlepszym strzelcem drużyny.

Czułem się wtedy naprawdę świetnie, czułem się pewny swoich umiejętności. Cieszyłem się na każdy mecz, nie mogłem się doczekać kolejnego gola, następnego dryblingu... Ale miałem wtedy radochę z grania. Nie przejmowałem się obrońcami, którzy mieli mnie specjalnie pilnować. A dawajcie „plastra", i tak sobie poradzę. Byłem dobrym dryblerem i miałem bardzo silny strzał z obu nóg. Góry wtedy mogłem przenosić...

Radocha z grania w Ruchu była, ale wielkich pieniędzy już raczej nie...

Wie pan, co dostałem za mistrzostwo Polski zdobyte przez Ruch w 1960 roku? Palmę z wiórów.

Jak to?

Klub przygotował różne nagrody rzeczowe, które piłkarze losowali. Ja napaliłem się na rakietę tenisową, ale trafiła się Jasiowi Schmidtowi [napastnikowi Ruchu w latach 1960-1962 – przyp. red.]. Mnie przypadła ozdobna palma. Stała potem u mamy na szafie. Trochę żałowałem tej rakiety...

Ach, to jeszcze nie wszystko! Na uroczystej akademii z okazji 40-lecia Ruchu każdy z piłkarzy dostał jeszcze po walizce. Pamiętam, że zielone były. Zdarzały się też inne miłe momenty: w 1958 roku po 500. meczu Ruchu w lidze, w którym strzeliłem dwa gole i wygraliśmy z Polonią Bytom 2:1, dostaliśmy ruskie zegarki z wygrawerowanym pamiątkowym napisem. Ja o pieniądzach wtedy nie marzyłem. Etat miałem w Hucie Batory. Pracowałem w tokarni przy gwintowaniu rur. Na szczęście majster patrzył na mnie ulgowo: jeśli zaczynałem o godz. 7, to kończyłem o godz. 11 i mogłem iść na trening.

Był jakiś obrońca w polskiej lidze, przeciw któremu nie lubił Pan grać?

Źle mi się grało przeciw obrońcom Legii Warszawa, byli wyjątkowo brutalni. Czasem jeszcze w tunelu prowokowali, przed meczem. Zapamiętałem zwłaszcza jednego, mniejsza o nazwiska. On, jak kopał, to nie po nogach, ale po brzuchu albo po głowie. Straszny był z niego „przecinak", jego koledzy z obrony też „nie odstawali".

Dużym szacunkiem darzę za to Staszka Oślizłę z Górnika. Grał twardo, ale zawsze fair. To była taka trudna do przejścia skała... Kapitalny piłkarz i przy okazji bardzo fajny człowiek. Zawsze się na niego mobilizowałem, zdarzyło się czasem wygrać z nim jakąś główkę... (śmiech).

Swoją drogą derby z Górnikiem to zawsze było wydarzenie. Lubiłem grać przeciw nim, bo często udawało się coś strzelić. Grając w Ruchu, pokonałem w lidze bramkarza Górnika siedem razy.

Ale kiedy Wy zdobyliście mistrzostwo w 1960 roku, w Pucharze Europy zagrał Górnik.

Wtedy graliśmy jeszcze systemem wiosna-jesień, a puchary odbywały się systemem jesień-wiosna. Dlatego mistrz Polski musiał potwierdzić dobrą formę co najmniej trzecim miejscem po rundzie wiosennej w kolejnym sezonie. Tymczasem w 1961 roku na półmetku byliśmy na czwartym miejscu, więc z Tottenhamem Londyn zamiast nas zagrał lider tabeli, czyli właśnie Górnik. Ja po latach i tak zagrałem przeciw Tottenhamowi! Ale już w barwach reprezentacji australijskiego stanu Wiktoria...

W Ruchu bardzo stawiał na Pana węgierski trener Janos Steiner, który wcześniej zdobywał mistrzowskie tytuły z Legią i Górnikiem...

To był znakomity fachowiec. Na Śląsku dawał pokazy treningów dla całego śląskiego środowiska piłkarskiego, wszyscy byli pod ich wrażeniem. Prowadził bardzo urozmaicone zajęcia. Dla niego najważniejsza była technika. Trening prowadził krótki, ale zawsze intensywny. Piłkarze musieli cały czas być w ruchu, trenowaliśmy przyjęcia piłki z powietrza, strzały z woleja w pozycjach akrobatycznych, dużo krótkich sprintów i ćwiczeń gimnastycznych. W tamtych czasach to było coś nowego. Ówcześni trenerzy „piłowali” nas ciężkimi treningami w górach, u Steinera tego nie było. A przy tym był człowiekiem bardzo kontaktowym, z każdym potrafił porozmawiać. Z Węgier przywoził dla nas kabanosy i salami na spotkania integracyjne. Z nikim się nie kłócił, ale jak już coś powiedział, nie było dyskusji.

To właśnie Steiner naciskał, żebyśmy jak najmniej robili fizycznie w hucie. „Przecież jeśli oni mają grać o mistrzostwo, to nie mogą pracować” – powtarzał.

Kiedy Steiner był trenerem Ruchu, my, piłkarze, przyswoiliśmy sobie kilka prostych węgierskich zwrotów, choć zazwyczaj mówił do nas po niemiecku.

Pan był jego tłumaczem.

Wie pan, na Śląsku niemiecki zawsze był przemieszany z polskim. Akurat w mojej rodzinie mówiło się po niemiecku. Kiedy poszedłem do polskiej szkoły w 1946 roku, to polskiego nie znałem. Ale w podstawówce bardzo lubiłem zajęcia właśnie z polskiego, mogę powiedzieć, że byłem prymusem. Jednak niemieckiego nie zapomniałem, choć w czasach PRL-u za często nie miałem okazji go używać. Gdybym dziś miał prowadzić specjalistyczną konwersację dotyczącą na przykład budowy samolotów, to byłyby trudności, ale ze swobodnym porozumiewaniem się nie mam problemów (śmiech).

Niemiecki przydał mi się nie tylko podczas współpracy ze Steinerem. W 1960 pojechałem jako reprezentant młodzieżówki na mecz do Cottbus. Przed wyjazdem rozeszło się, że w Niemieckiej Republice Demokratycznej brakuje... kawy, więc chłopaki postanowiły zrobić interes. Nakupowali tej kawy, ale na miejscu nie było jakoś okazji jej sprzedać. Wszyscy byli w desperacji. Prosili mnie: „»Elek«, ty znasz niemiecki, zrób coś". Obok stadionu, na którym mieliśmy grać mecz, było osiedle domków. Godzinę przed meczem urwaliśmy się z tą kawą razem Erwinem Wilczkiem i zaczęliśmy pukać od drzwi do drzwi. „Dzień dobry, jesteśmy z Polski, mamy dobrą kawę, nie chcieliby państwo kupić”? – pytałem. I tak paczka po paczce zszedł cały zapas. Wróciliśmy w pośpiechu na stadion. Wygraliśmy wtedy z NRD 3:0. Strzeliłem te trzy bramki...

To niejedyny Pański hat trick. Zdarzyło się, że trzy gole w jednym meczu strzelił Pan Edwardowi Szymkowiakowi, legendzie Polonii.

Jakoś miałem do niego szczęście, każdego roku strzelałem mu kilka goli. W 1961 roku padł remis 3:3, wszystkie trzy gole strzeliłem w pierwszej połowie. Niedługo potem spotkaliśmy się w Świerklańcu w Pałacu Kawalera, bo tak się złożyło, że Ruch i Polonia miały tam przedmeczowe zgrupowanie. Polonia nocowała na dole, a Ruch na piętrze. Wtedy Szymkowiak podszedł do mnie, popatrzył i mruknął: „Aleś miał farta, aleś miał farta"...

Wiele razy zastanawiałem się, jakim cudem człowiek, który strzelił ponad sto goli w ekstraklasie, nie zaliczył ani jednego oficjalnego występu w pierwszej reprezentacji Polski.

Sam do końca tego nie rozumiem. Nie byłem typowym, wysokim, rosłym napastnikiem, który ma się przepychać. Może tym kierowali się trenerzy? Fakt, że konkurencja była spora: Brychczy, Pohl, Liberda, Hachorek, Norkowski... Uważam, że zasługiwałem na to, żeby pojechać na igrzyska do Rzymu. Zamiast na olimpiadę zabrałem się z kadrą B na tournée po zachodniej Europie. Przeciw słynnej drużynie Stade de Reims [finaliście Pucharu Europy w latach 1956 i 1959 – przyp. red.] rozegrałem jeden z najlepszych meczów w życiu. Wygraliśmy wtedy 5:3. U rywali grali wtedy m.in. Raymond Kopaszewski i Roger Piantoni...

Za to zagrał Pan w kadrze PZPN-u przeciw najlepszemu piłkarzowi świata wszech czasów...

W 1960 roku do Polski przyjechał Santos z Pelem w składzie. Na Stadionie Śląskim przegraliśmy 2:5, ale najbardziej w tamtym meczu podobał mi się nie Pele, a wspomniany już Szymkowiak, który choć przepuścił pięć goli, to i tak dokonywał w bramce cudów. Pele, owszem, strzelił dwa gole, ale dla mnie najlepszym piłkarzem świata był w tamtych czasach Alfredo di Stefano.

Miał Pan paskudne kontuzje.

Pierwsza była bardzo ciężka. Zdarzyła się 6 września 1959 roku, dobrze pamiętam ten dzień. W meczu z Legią pękło mi jelito cienkie. W starciu podbramkowym obrońcy pchnęli mnie na bramkarza Stanisława Fołtyna. Młody był wtedy, jeszcze niedoświadczony. Chciał wypiąstkować piłkę i z całym impetem obiema pięściami trafił mnie w brzuch. Sędzia nawet nie przerwał gry. Myślałem, że zwariuję z bólu. Jelito odbiło mi się od kręgosłupa i pękło, choć wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Poszedłem zwinięty za bramkę i leżałem na ziemi, czekając, aż ten nieziemski ból minie. Myślałem, że za chwilę przejdzie i że zaraz wrócę do gry. Wtedy jeszcze nie było wolno dokonywać zmian, więc Gerard Cieślik co chwilę podbiegał do mnie i krzyczał: „Wstawaj, wstawaj!". Próbowałem, ale naprawdę nie byłem w stanie. Ruch do końca grał w dziesiątkę i utrzymał 0:0. Zaraz zawieźli mnie do szpitala na Strzelców Bytomskich i mnie uratowali. Początkowo w szoku nie chciałem zgodzić się na operację. Ostatecznie rozcięli mi wszerz cały brzuch, wszystko tam się wewnątrz rozlało... Koledzy myśleli, że już nie wrócę na boisko, ale w następnym roku wróciłem [tak się złożyło, że akurat ten mecz był ostatnim wspólnym ligowym występem Cieślika i Lercha, bo ten pierwszy jeszcze w tym samym roku zakończył karierę – przyp. red.].

Druga poważna kontuzja przydarzyła mi się po koniec mojej gry w Ruchu. Latem 1966 roku złamałem obojczyk w Jeleniej Górze na obozie przygotowawczym. Efekt: trzy miesiące przerwy. Byłem zdesperowany, trenowałem w gipsowym gorsecie, żeby jak najszybciej dojść do formy. Trener Teodor Wieczorek wystawił mnie na prestiżowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec na Ludowym. Strzeliłem gola, wygraliśmy 2:1. Jeden z moich ostatnich pamiętnych meczów w Ruchu i ostatnia ligowa bramka dla niebieskich...

W wieku 28 lat przeszedł Pan do ROW-u Rybnik.

Po latach myślę, że właśnie gdy grałem w Rybniku, doszedłem do najwyższej formy. Byłem tam idolem, robiłem na boisku, co chciałem, strzelałem mnóstwo goli. W II lidze zostałem królem strzelców. Gazety policzyły, że zdobyłem w jednym sezonie więcej goli niż pięć drużyn II ligi.

Trzykrotnie zdobywaliśmy awans do ekstraklasy. Codziennie dojeżdżałem na treningi z Chorzowa. Pociągiem do Gliwic, a potem przesiadałem się do autobusu.

No i w Rybniku można było zarobić. Byliśmy na etatach w kopalni Chwałowice, później pół Ruchu chciało z tego powodu przejść za mną do ROW-u.

Rozegraliśmy wiele fajnych meczów. Zdarzało się, że wdzięczni rybniccy kibice na rynku nas witali! Żyli piłką, ale... jeszcze bardziej żyli wtedy żużlem. Tam była wówczas wspaniała drużyna z Woryną i Wyglendą na czele. Lubiliśmy się z żużlowcami, to były fajne chłopaki. W zabawny sposób nas motywowali. Często jeździli na zawodach w Anglii i kiedyś na stacji benzynowej nakupowali medalików z podobiznami sławnych angielskich piłkarzy. Potem, jak któryś z nas strzelił gola, to dostawał taki medalik...

Z ROW-em pokazaliśmy się w Europie, kilka razy graliśmy w Pucharze Intertoto. Wygraliśmy nawet grupę. Już jako piłkarz ROW-u zdobyłem setnego gola w lidze. Strzeliłem go Jankowi Gomoli z Górnika.

W 1975 roku wyjechał Pan na saksy do Australii.

Początkowo nie miałem zamiaru się nigdzie ruszać. Gienek Faber chciał, żebym grał z nim we Francji, mogłem zostać w Niemczech, ale ja zawsze wolałem być z rodziną w Chorzowie. Zgodziłem się na grę w polonijnej drużynie z Melbourne, ale potem strasznie tęskniłem, bo nie mogłem zabrać żony i dwóch małych synów.

Sprowadził mnie biznesmen z branży budowlanej, który nazywał się Bazyli Sowiak, bodaj lwowiak. Początki były nerwowe. Na lotnisku w Melbourne nikt na mnie nie czekał, nikt nie wiedział o piłkarzu z Polski. Okazało się, że Sowiak chciał zrobić wszystkim niespodziankę i nikomu nic nie powiedział o moim przyjeździe. Z budki telefonicznej zadzwoniłem pod podany numer i zapytałem o Bazylego? „Bazyli? Bazyli is dead” – usłyszałem w słuchawce. Okazało się, że w momencie kiedy ja przylatywałem, biznesmen właśnie umierał... Na szczęście odebrał jego syn, jedyny, którego ojciec wtajemniczył w „niespodziankę". No i zawiózł mnie na stadion...

Trochę goli jeszcze w tej Australii postrzelałem. Było mało wyrafinowanej taktyki, a dużo dalekich wykopów do przodu. Chciałem wracać po roku, ale usłyszałem, że są ze mnie zadowoleni i mowy nie ma. Zostałem grającym coachem. Działacze chcieli, żebym został na stałe, obiecywali, że pomogą ściągnąć rodzinę i spłacić raty za domek, ale wróciłem do Chorzowa. Dziś mieszkam na trzecim piętrze w bloku, ale jestem zadowolony z życia. Najważniejsze, że synowie wyszli na porządnych ludzi.

***

Eugeniusz Lerch, ps. „Elek”

ur. 15 lutego 1939 roku w Chorzowie

Kluby: Ruch Chorzów (1949-1967), ROW Rybnik (1967-1975), Polonia Melbourne (1975-1976)

Mistrz Polski: 1960. W ekstraklasie strzelił 106 goli (85 dla Ruchu i 21 dla ROW-u).

Trener m.in. Grunwaldu Halemba, Zgody Bielszowice, AKS-u Chorzów, Slavii Ruda Śląska, Walcowni Czechowice i Gwarka Tarnowskie Góry. Był także drugim koordynatorem ds. młodzieży i drugim trenerem w Ruchu.

Archiwum