poniedziałek, 24 listopada 2008
Odra Wodzisław mistrzem jest...

...na razie tylko województwa śląskiego i tylko rundy jesiennej. Aż pięć śląskich drużyn w ekstraklasie powoduje, że sprawdzenie kto na półmetku najbliżej ma do mistrzostwa regionu jest w pełni zasadne. Czadoblog w pełni korzysta z tego przywileju;-).

W poprzednim sezonie mistrzem województwa był Górnik, który w ośmiu meczach  zdobył 21 punktów na 24 możliwe i zdeklasował konkurencję (w niej zamiast Piasta było Zagłębie). W tym sezonie KSG nie ma szans, żeby powtórzyć ten wyczyn, choć warto zauważyć, że w ”małej” tabelce i tak wypada znaaaaaacznie lepiej niż w ”dużej”.

Na razie pięć zespołów (Piast zastąpił Zagłębie) rozegrało nawzajem po jednym meczu bez rewanżu. Na podstawie jesiennych wyników ustawiłem tabelę (mecze, punkty, bramki). Na półmetku wygląda tak:

1.Odra     4   10   8:1 

2.Górnik  4   5   1:2

3.Ruch     4   5   2:4

4.Piast      4   4   1:2

5.Polonia  4   3   4:7

Odra zdecydowanie wyprzedziła konkurencję, ale trzeba pamiętać, że wszystkie cztery mecze rozegrała u siebie (choć w grze z Piastem nominalnie występowała na wyjeździe. W efekcie niektórzy pomylili wtedy szatnię i cieszyli się przed niewłaściwym sektorem kibiców;-)  

Strzelcy w derbach:

2 - Aleksander (Odra), Korzym (Odra), Małkowski (Odra), Podstawek (Polonia), Sobczak (Ruch), Zabłocki (Polonia)

1 - Gierczak (Odra), Madejski (Górnik), Michniewicz (Piast), Szary (Odra)

W derbach padło 16 goli. Średnia goli na mecz: 1,6

Największy hit: zwycięstwo Polonii nad Górnikiem, którego niewiele wcześniej objął Henryk Kasperczak. Po rundzie oceniamy ten wynik jako coś zwykłego, ale jeszcze we wrześniu to była sensacja.

Najwieksze rozczarowanie: wspomniana postawa Górnika. W zeszłym sezonie dla lokalnych konkurentów był surowym nauczycielem, teraz w czterech meczach zdołał strzelić jednego gola. Z wydarzeń pozaboiskowych trzeba bąknąć o beznadziejnej burdzie podczas meczu Górnik - Piast, kiedy sędzia musiał przerwać mecz na 10 minut.

Najlepszy mecz: Odra - Ruch 3:0. W trzech pierwszych meczach sezonu chorzowianie w ładnym stylu zdobyli siedem punktów, z kolei gospodarze dochodzili do siebie po ciężkiej klęsce we Wrocławiu (0:4). I doszli, ale choć wynik na to nie wskazuje, Ruch zagrał całkiem dobre zawody. Początkowo wydawało się, że goście rozniosą Odrę, z impetem nacierali od pierwszych sekund. W 4 minucie Marcin Sobczak strzelił nawet gola, ale sędzia go nie uznał. Schowana za podwójną gardą Odra zaraz potem miała fantastyczne dwa kwadranse i już do przerwy ustaliła wynik. W II połowie Ruch nie był już się w stanie podnieść... 

Najszybszy gol: padł dość późno. Zdobył go w 11 minucie Piotr Madejski z Górnika w meczu z Piastem. Nijak się to ma do osiągnięcia z poprzedniego sezonu, gdy Dawid Jarka w meczu Górnik - Polonia strzelił bramkę już w 1. minucie. Za to gol Madejskiego był efektowny: silny, precyzyjny strzał z 16 metrów mógł się podobać.

Frekwencja:

Najwyższa: 17000 na meczach  Górnik - Ruch oraz Górnik - Piast

Najniższa: 2000 na meczu Piast - Polonia, który odbył się w Wodzisławiu.

Górniku! Nie jesteś sam

Jest sobie taki klub - z możnym sponsorem, z solidnym budżetem (na pierwszą piątkę ligi), z nieskrywanymi ambicjami, wielką rzeszą kibiców no i z piłkarzami przed obecnym sezonem uznawanymi za dobrych lub obiecujących. 

Latem niektórzy wierzyli, że włączy się do walki o europejskie puchary. Życie jest brutalne: ten sezon jest dla niego jedną wielką gigantyczną katastrofą. Odwróć tabelę - ten klub na czele!

Zespół w słabym stylu dostaje łupnia za łupniem. Działacze nie wytrzymują, wyrzucają trenera. Przyjmują nowego, bardziej znanego, ale poprawy wyników brak - klub jak przegrywał, tak przegrywa.

W efekcie - po piętnastu kolejkach wielkie rozczarowanie i ostatnie miejsce w tabeli. Wiecie o jaki klub chodzi?

Tomasz Zahorski jak Bafetimbi Gomis

Obaj napastnicy uważani za wielkie talenty w swoich klubach. Obaj niespodziewanie pojechali na Euro i obaj nic tam nie osiągnęli. Jesienią Zahorski strzelił w lidze jednego gola, Gomis - dwa. 

Ryszard Wieczorek jak Laurent Rossey 

Obaj szkoleniowcy na dorobku, obaj dość młodzi (pierwszy rocznik 1962, drugi - rocznik 1961). Obaj pogonieni z pracy ze względu na katastrofalne wyniki w lidze (Wieczorek trochę wcześniej, Rossey trochę później). Obydwaj, już po odejściu,  usłyszeli ironiczne lub cierpkie komentarze byłych podopiecznych (Tomasz Hajto, Sebastien Grax).

Henryk Kasperczak jak Alain Perrin

Obaj trenerzy znani i uznani. Kasperczak z ostatnim polskim klubem, w którym pracował, zdobył mistrzostwo Polski (Wisła Kraków). Perrin z ostatnim francuskim klubem, w którym pracował, zdobył mistrzostwo Francji (Olympique Lyon). Obaj dostali przydział z pogotowia ratunkowego - mają ratować stare, uznane firmy. Obu idzie jak po grudzie - ich pacjenci ciężko dyszą.

Górnik Zabrze jak A.S. St. Etienne

Oba kluby w swoich krajach mogą się poszczycić największą liczbą tytułów mistrza ligi. Oba ostatni raz wygrywały rozgrywki w latach 80. Oba mają rzesze kibiców należących do najliczniejszych w swoich krajach. Oba są mocno zagrożone spadkiem.

Teraźniejszość: 

- pięć ostatnich meczów Górnika:  2:3 u siebie z GKS-em Bełchatów,  0:0 na wyjeździe z Odrą Wodzisław, 0:1 na wyjeżdzie z Jagiellonią Białystok , 0:2 u siebie z Cracovią, 0:2 na wyjeżdzie z Polonią Warszawa.

Efekt: dwa strzelone gole, trzy porażki z rzędu.

- pięć ostatnich meczów St.Etienne: 0:1 u siebie z Nantes, 0:2 na wyjeździe z Grenoble,1:4 u siebie z Lorient, 1:3 na wyjeździe z OM, 0:3 u siebie z Rennes, 0:3 na wyjeździe z Lille, 0:1 u siebie z Niceą.

Efekt: dwa strzelone gole, pięć porażek z rzędu (doliczając jeszcze bańki z Nantes i Grenoble to nawet siedem)!

Ostatnie zwycięstwo Górnika: 25 października - 2:0 z ŁKS-em. 

Ostatnie zwycięstwo St. Etienne: 8 października - 2:0 z Monaco.  

Ligowy bilans Górnika w  sezonie 2008/09: 15 meczów, 2 zwycięstwa, 3 remisy, 10 porażek. Ostatnie miejsce w tabeli. Bramki: -14.

Ligowy bilans St. Etienne w sezonie 2008/09: 15 meczów, 3 zwycięstwa, 1 remis, 11 porażek. Ostatnie miejsce w tabeli. Bramki: -16.

Puenta?

Stawiam, że obie drużyny utrzymają się zanim rozpocznie się ostatnia kolejka Orange Ekstraklasy i Ligue 1.

PS Zapomniałbym: jest jedna zasadnicza różnica między KSG, a ASSE. Francuzi świetnie spisują się w fazie grupowej obecnej edycji Pucharu UEFA (2 mecze, 2 zwycięstwa)...

sobota, 22 listopada 2008
W futbol można grać również tak
Miejsce akcji: 

stadion Miejskiego Klubu Sportowego GKS Jastrzębie

Czas akcji:

od maja do listopada 2008 roku 

Obsada: 

Joachim Langer. 50 lat. Prezes GKS-u Jastrzębie od 1999 roku, wiceprzewodniczący związku zawodowego NSZZ "Solidarność" Kopalni Węgla Kamiennego ”Jas-Mos” 

piłkarze GKS-u Jastrzębie. Od 2007 roku (po 17 latach przerwy) znowu występują na zapleczu ekstraklasy 

kibice GKS-u Jastrzębie. Na decydującym o awansie do II ligi meczu z GKS-em Katowice w maju 2007 roku jest ich około 8000. Na ostatni jesienny mecz  sezonu 2008/2009 (15 listopada z Wisłą Płock) przychodzi ich już około 600.  

Scenariusz:. 

24 maja: koniec sezonu II (wkrótce I) ligi. GKS Jastrzębie jako beniaminek bez problemów zapewnia sobie utrzymanie, zajmując niezłe 9 miejsce. 

26 maja: prezes Joachim Langer zwalnia trenera Piotra Rzepkę. Pracujący w Jastrzębiu dwa lata szkoleniowiec jest ulubieńcem kibiców. Fani uważają go za jednego z głównych autorów awansu. Rzepkę już trzy miesiące wcześniej, w marcu, chciał zwolnić Andrzej Ciok (prezes honorowy GKS-u Jastrzębie, przełożony Joachima Langera w kopalni, a prywatnie jego szwagier). Wtedy za szkoleniowcem bardzo zdecydowanie ujęli się kibice, którzy na specjalnym spotkaniu wyperswadowali Ciokowi ten zamiar.

2 lipca: piłkarze GKS-u Jastrzębie odmawiają wzięcia udziału w popołudniowym treningu. Tłumaczą, że prezes Joachim Langer nie spełnił mijającej w ten dzień obietnicy wypłaty zaległych premii z rundy jesiennej oraz pensji za maj. Prezes straszy karami za niesubordynację. Następnego dnia piłkarze kończą strajk.

29 lipca: prezes Joachim Langer spotyka się z piłkarzami GKS-u Jastrzębie w siedzibie klubu. Ma grozić zawodnikom, że wlepi im 50 tys. zł kary za niesubordynację. Jeden z graczy mówi ”Gazecie”: ”Prezes wpadł do szatni i zaczął nas obrażać. Mówił, że mamy się zamknąć i że jak się komuś w klubie nie podoba, to niech wypierdala.”  

3 września: piłkarze GKS-u Jastrzębie pół godziny przed końcem prowadzą z Flotą w Świnoujściu 2:0. Ostatecznie przegrywają 2:3.

24 września: piłkarze GKS-u Jastrzębie w 50 minucie prowadzą u siebie z Zagłębiem Lubin 3:0. Ostatecznie przegrywają 3:4 i odpadają z Pucharu Polski.

3 października: piłkarze GKS-u Jastrzębie publicznie skarżą się na prezesa Joachima Langera. Przyznają, że woleliby grać w niższych ligach, byleby tylko ktoś wypłacał im pensję.

Bramkarz oświadcza dziennikarzowi ”Gazety”: ”Proszę napisać: ja, Jakub Kafka, chcę, aby prezes Joachim Langer sprostował słowa, że pensje w klubie wypłacane są na bieżąco. Jest 3 października, a ja nadal nie otrzymałem wypłaty za sierpień, która powinna się znaleźć na moim koncie do 10 września”.  

18 października: piłkarze GKS-u Jastrzębie pół godziny przed końcem prowadzą u siebie z Turem Turek 1:0. Po katastrofalnych błędach obrony przegrywają 1:3. W ostatnich 10 minutach kibice (wśród nich dzieci) skandują pod adresem prezesa Joachima Langera obelżywe hasła i żądają jego dymisji. Nieobecny na meczu prezes od współpracowników dowiaduje się, że przez wielu obecnych na stadionie uważany jest m.in. za ”kurwę” i ”złodzieja”.

20 października: prezes Joachim Langer jest wściekły - po 9 latach rządzenia klubem chce podać się do dymisji. Nie zamierza jednak kibicom puścić płazem ich zachowania. Jego znajomi twierdzą, że korzystając z zapisu wideo chce skierować sprawę na drogę sądową i wytoczyć procesy cywilne osobom odpowiedzialnym za prowadzenie dopingu na stadionie.

22 października: prezes Joachim Langer potwierdza, że odchodzi, a zaskarżenie szalikowców chce skonsultować z prawnikiem, dowodem ma być kaseta wideo. Wszystkich piłkarzy chce wystawić na listę transferową. Tymczasem zawodnicy GKS-u Jastrzębie wciąż czekają na uregulowanie zaległości. - Dalej nie wiemy, na czym stoimy, bo prezes o pieniądzach w ogóle z nami nie rozmawia - twierdzą. 

15 listopada: ostatni ligowy mecz w tym roku. Piłkarze GKS-u Jastrzębie w fatalnym stylu przegrywają u siebie 0:2 z Wisłą Płock. Ogółem na 19 meczów 7 wygrywają (w tym jeden walkowerem), 2 remisują i 10 razy są w plecy. Warto jednak podkreślić ich duże możliwości: potrafią wygrać mecze wyjazdowe z Koroną Kielce i Widzewem Łódź. Po rundzie jesiennej zajmują w tabeli bezpieczne 10 miejsce.  

21 listopada: gorący dzień, wszyscy w Jastrzębiu czekają na nadzwyczajne zebranie sprawozdawczo-wyborcze. Piłkarze GKS-u nadal nie znajdują na kontach należnych pieniędzy i na znak protestu odmawiają wyjazdu na sparing do czeskiej Karwiny. Chcą trenować na własnym stadionie, ale dostają zakaz od wściekłego prezesa Joachima Langera . Chcą potwierdzenia zakazu na piśmie, ale prezes odmawia. Po południu na zebraniu Joachim Langer jeszcze raz - oficjalnie -  składa dymisję. Ale okazuje się, że nie ma nikogo chętnego na jego miejsce. Jak trwoga to do boga: działacze błagają Joachima Langera żeby został. Z relacji obecnego na zebraniu dziennikarza ”Gazety” wynika, że Mirosław Janiszewski, członek komisji skrutacyjnej, uchwał i wniosków woła zdesperowany: - Chimek, zostań! Nie bądź ciotą!

”Chimek” daje się ubłagać i zostaje. Okazuje się, że wypłaca piłkarzom zaległą część wynagrodzenia za sierpień i zaliczkę za wrzesień. Zawodnikom brakuje w tym momencie niespełna trzech tygodni, żeby rozwiązać kontrakty z winy klubu. Tymczasem zarząd klubu nakłada na wszystkich graczy, którzy mieli wyjechać na sparing do Czech, karę w wysokości wszystkich zaległych premii meczowych z sezonu 2007/2008 i 2008/2009.

Wszyscy piłkarze GKS-u Jastrzębie zostają wystawieni na listę transferową.

                                   % 

Co dalej? Chyba najbardziej zasadne jest pytanie: czy GKS Jastrzębie - mimo, że na razie w lidze zajmuje bezpieczne 10 miejsce - zdoła się utrzymać? A może lepiej zapytać czy klub w ogóle przystąpi do rundy rewanżowej?

PS Trzeba przyznać, że Ruchowi mecz z Legią na Stadionie Śląskim się nie udał. Goście wygrali zasłużenie. Czy będzie lepiej za tydzień, kiedy znów na Śląski przyjedzie Wisła? Na pewno może być dużo ciekawiej. Koledzy z redakcji wyniuchali, że podczas tego spotkania materiał o Ruchu chce nakręcić arabska telewizja Al Dżazira! Stacja, która przygotowuje podobne reportaże z różnych części świata, zwróciła się już o zgodę do chorzowskiego klubu.

środa, 19 listopada 2008
Nie ma Keane'a, zeszło ciśnienie

Zaraz mecz. Pod nieobecność świetnego Robbie Keane'a Irlandczycy nie mają kim straszyć. Bardzo żałuję, bo naszą obronę przetestowałby nie byle kto - najlepszy strzelec reprezentacji Irlandii wszech czasów. Teraz jedyny facet, który potrafi tam strzelać gole to Kevin Doyle z Reading. Trzeba mu poświęcić trochę uwagi - zagra z „dziewiątką” (na filmiku z „dziewiętnastką”)... 

PS Przy okazji słówko o bardzo zasłużonej dla irlandzkiego futbolu postaci, którą tragiczny los związał ze Śląskiem. Dokładnie siedemdziesiąt lat temu Joe Wickham, ówczesny sekretarz generalny irlandzkiej federacji, powiedział polskim dziennikarzom po meczu Irlandia - Polska w Dublinie, że najlepsi w naszej reprezentacji byli dwaj katowiczanie - Ewald Dytko i Ernest Wilimowski. Był listopad 1938 roku.

Minęło trzydzieści lat. Jesienią 1968 roku Wickham nadal był sekretarzem generalnym (Zdzisław Kręcina, który po przegranych wyborach ma ambicje jak najdłużej pozostawać sekretarzem generalnym PZPN może się przy Irlandczyku schować, bo pełni swoje obowązki dopiero od 1999 roku) więc przyjechał z reprezentacją Irlandii na Stadion Śląski na kolejny mecz towarzyski. Byli pracownicy stadionu opowiadali mi, że jako człowiekowi pokaźnej postury niewygodnie było mu wspinać się na stadionową wieżę, a windy nie było. Dostał zawału serca. Reanimacja nie pomogła - zmarł na początku listopada w katowickim szpitalu.

Firma

Dostałem maila następującej treści:

”Zapraszam serdecznie na konferencję przed meczem Ruch Chorzów vs. Legia Warszawa. Konferencja odbędzie się 19.11 (...) w siedzibie firmy przy ul. Cichej 6 w Chorzowie”. (...)

Zauważcie: "w siedzibie firmy". Mail od miłej pani specjalistki public-relations to znak nowych czasów - nie tylko dla Ruchu, ale dla całego polskiego piłkarstwa. Okres, gdy działały zabiedzone stowarzyszenia, które prowadzili działacze kierujący się zasadą "jakoś to będzie" tak naprawdę nie mający pojęcia o ekonomii - minął bezpowrotnie. Kluby wreszcie trafiają w ręce młodych, prężnych, dynamicznych menedżerek i menedżerów. Dla nich kluby to firmy. Ich mózgi są uzbrojone w bezcenne "know-how". Oni doskonale wiedzą jak budować strategię rozwoju klubowej marki, doskonale wiedzą jak przeprowadzać audyty prawne i księgowe, doskonale zdają sobie sprawę, że klub powinien działać jak normalne przedsiębiorstwo, w którym bilans w najgorszym razie musi wyjść na zero.

Oczywiście nie zżymam się, że trzymająca firmę z Cichej twardą ręką  prezes Katarzyna Sobstyl nie pojawia się na meczach. Ona przecież poświęca firmie z Cichej całe dnie, więc trudno od niej wymagać, żeby poświęcała także wieczory. Układ jest prosty: menedżerowie są od dbania o kasę, trenerzy od trenowania, a piłkarze od grania. Wygląda na to, że ten układ się sprawdza. W zeszłym roku firma z Cichej pierwszy raz przyniosła zysk. Niewielki, ale jednak zysk. Czy jest jakiś drugi poważny klub nad Wisłą, który może pochwalić się podobnym bilansem?

Autentyczny podziw wzbudził we mnie jednak wyczyn Ruchu, którego rozmiarów nikt w chyba w Polsce nie powtórzył: po niektórych beztroskich poprzednikach spółka spłaciła ponad 5 milionów złotych długów! Mam za to dla obecnych właścicieli Ruchu duży szacunek. Można było przecież wykręcić jakiś numer z fuzją, nowemu tworowi nadać nazwę na przykład "Ruch w Chorzowie", zobowiązania zostawić umierającemu stowarzyszeniu no i beztrosko udawać, że ma się prawo do czternastu tytułów mistrzowskich... Ale nie - nowi właściciele Ruchu wzięli garb na klatę i po czterech latach mogą triumfalnie obwieścić, że wreszcie go (prawie) zdarli. I teraz nie muszą udawać, że Ruch ma prawo do tych tytułów, bo ma.

Właściciele muszą jednak niestety pamiętać, że gdyby kiedyś w prokuratorskim śledztwie okazało się (tfu, tfu - odpukać), że Ruch też był jednak zamoczony w korupcyjny gnój, to odpadnie główna, nasuwająca się linia obrony: " to nie my, to nie za naszych czasów, to nas nie obchodzi, jesteśmy niewinni"...

Reasumując: wygląda na to, że zarządzanie spółką akcyjną "Ruch" jest naprawdę nowoczesne. Używając ulubionych słów pani prezes - "transparentne, przejrzyste, profesjonalne"... Trzymam kciuki za wzrosty na giełdowym parkiecie (debiut niebawem ma nastąpić, tutaj Ruch także przeciera szlaki).

Cieszy mnie także podkreślana na każdym kroku dbałość firmy o wizerunek. Ale dla mnie w tej dbałości jest jakiś fałszywy ton. Chciałbym, żeby ktoś w tej dbałości się nie zapętlił, żeby nie był to wizerunek polukrowany, plastikowy. Chciałbym, żeby walka marketingowa nie przybierała czasem form absurdalnych. Chciałbym, żeby zasłużonych  dla Ruchu ludzi, których nazwiska mówią przeciętnemu Polakowi mniej niż "Cieślik", nie traktować w sportowej spółce jak glony, które trzeba odczepić od znanego im od lat podłoża... 

No i na koniec mam nieśmiałą prośbę: sugerowałbym żeby na przedmeczowe konferencje prasowe zapraszać jednak do siedziby klubu, a nie do siedziby firmy (choć to ten sam adres i to samo miejsce). Chciałbym myśleć o Ruchu jednak jako o klubie, a nie jako o przedsiębiorstwie. Poza tym rozmowy na konferencjach będą przecież o piłce nożnej, a nie o zarabianiu na piłce nożnej.

PS Wygląda na to, że na Śląsku dorobiliśmy się nowego Grzegorza Rasiaka. Michał Haftkowski jest podporą młodzieżowego zespołu Ruchu, która lideruje w Młodej Ekstraklasie (jesienią strzelił dla niej 5 goli, najwięcej z całej drużyny). Chłopak ma 21 lat, gra w ataku. Mimo 197 cm wzrostu nie jest potężny, bo waży około 80 kg. Podczas wczorajszego wieczornego meczu Ruchu z Polonią Bytom w Pucharze Ekstraklasy został przez własną chorzowską publiczność potraktowany wręcz niemiłosiernie. Kibice szydzili ze słabej koordynacji ruchowej, nieporadnych podań, nienadzwyczajnej szybkości... Żal mi chłopaka, bo gwizdy mieszały się z drwinami ("sufit mam do wymalowania, ktoś musi położyć kafelki") i ironicznymi oklaskami. Oj, nie będzie mu łatwo w Chorzowie.

Zapomniałbym: Haftkowski miał wczoraj dwie asysty... 

PS2 Ciekawe czy po piątkowym ligowym meczu Ruch - Legia na Stadionie Śląskim mieszkańcy stolicy będą się gorączkowo nawzajem pytać: kto to jest Artur Sobiech? Kto to jest Artur Sobiech? Kto to jest Artur Sobiech?

niedziela, 16 listopada 2008
Zabrzański Alex Ferguson
"Sympatycy Górnika! Spójrzcie na to wszystko inaczej: będziecie mieli fantastyczne wyjazdy - Świnoujście, Turek, Stalowa Wola ;-)
Always look on the bright side of life!"

Prześmiewcze opinie dotyczące Górnika przeżywają w internecie intensywny okres pączkowania. Nic dziwnego: KSG na dnie, a starsi zabrzańscy kibice mogą przeżywać wprawiające w drgawki déjà vu i przypominać sobie z trwogą wydarzenia sprzed dokładnie trzydziestu lat. Wtedy Górnik jedyny raz w historii wyleciał z ekstraklasy, a okoliczności tamtego spadku rzeczywiście przypominają do złudzenia rozwój (a raczej zwój) wypadków ostatnich miesięcy.

W 1978 roku KSG tak jak dziś miał: dobrego trenera (najpierw Hubert Kostka, którego zmienił Władysław Żmuda), niezłą pakę (Jerzy Gorgoń, Zygfryd Szołtysik, Henryk Wieczorek czy Andrzej Pałasz) no i spore ambicje (sezon wcześniej zakończył rozgrywki na 3. miejscu). Trudno uwierzyć, ale skończyło się to wtedy katastrofą i ostatniem miejscem w lidze.

Po porażce z Cracovią szydercy już zmieniają plan Górnika na 2012 rok. Według ambitnych założeń nowego właściciela KSG właśnie wtedy miałby  zdobyć mistrzostwo Polski. Teraz niektórzy uważają, że właśnie wtedy wróci... do ekstraklasy.

Zgadzając się z Hubertem Kostką, że zdobycia mistrzostwa nie da się zaplanować na konkretny termin, podkreślam jednocześnie, że nie ma mowy o spadku Górnika z ekstraklasy w roku 2009. Jedynym warunkiem jest opanowanie właściciela klubu czyli firmy Allianz. Moim zdaniem zwolnienie Kasperczaka teraz albo w przerwie zimowej byłoby najgłupszym posunięciem w śląskiem futbolu ostatnich dwudziestu lat.

Przyznaję: niezmienną słabość do trenera Kasperczaka mam od września 1990 roku. Z niedocenianym Montpellier puknął w Pucharze Zdobywców Pucharów wielki wtedy PSV Eindhoven (Holendrzy m.in. z Romario, van Breukelenem, Vanenburgiem, starszym Koemanem i Popescu), a potem rozbił Steauę (8:0 w dwumeczu) i zdołał awansować do ćwierćfinału PEZP...   

Nadal twierdzę, że Kasperczak w Zabrzu może zrobić bardzo wiele dobrego. A tym którzy twierdzą, że Henri wpadł w szambo, którzy uważają, że nieudaną pracą w Zabrzu przekreśli świetną opinię w środowisku, którzy zaznaczają, że w fatalnym stylu przegrał już sześć meczów, przypomnę początki Aleksa Fergusona w Manchester United.

W 1986 roku MU miał fatalną inaugurację sezonu. W zawstydzającym stylu zdążył przegrał sześć z ośmiu ligowych meczów! Dlatego na początku listopada Ryszarda Wieczorka, tfu, Rona Atkinsona zmienił Ferguson. W ligowym debiucie Szkot przegrał z Oxford United 0:2. Potem do końca sezonu dostał w łeb jeszcze z Wimbledonem (dwukrotnie), Norwich, Coventry, Lutonem, Sheffield Wednesday, Newcastle i Tottenhamem (z tym ostatnim 0:4). Ale oprócz porażek były też zwycięstwa i ostatecznie Fergusonowi udało się wyciągnąć MU aż na jedenaste miejsce w tabeli. Zaznaczam, że pierwszy tytuł mistrzowski sir Alex zdobył dopiero w siódmym sezonie pracy na Old Trafford!

Nie twierdzę, że Kasperczak zdobędzie pierwszy tytuł mistrzowski po siedmiu latach pracy w Zabrzu.

Twierdzę, że jest w stanie zrobić to wcześniej.

PS Jakby ktoś nie pamiętał: Kasperczak zdołał z Fergusonem na Old Trafford zremisować. Było to w marcu 1991 roku właśnie w ćwierćfinale tamtej pamiętnej edycji PEZP. W Manchesterze było 1:1, Montpellier nie dał rady w rewanżu; drużyna z Langwedocji przegrała u siebie 0:2. Po wyeliminowaniu Francuzów Ferguson i jego rodząca się właśnie wielka drużyna doszli aż do pamiętnego finału w Rotterdamie, który wygrali 2:1 ze wspaniałą Barceloną Johanna Cruyffa. Pamiętam ten mecz i dwie bramki Marka Hughesa doskonale, bo było to pierwsze spotkanie w moim życiu, które nagrałem na taśmę magnetowidową. 

Kasetę zachowałem do dziś. Szkoda, że nie mam video.

piątek, 14 listopada 2008
Wspólny stadion Górnika i Piasta. Możliwe?

Kiedy idą ciężkie czasy, konieczność zaciskania pasa rodzi różne zaskakujące pomysły. Jeden z nich dotyczy nowego stadionu Górnika Zabrze, który ma wyglądać tak:

wizualizacja nowego stadionu Górnika Zabrze

projekt Andrzeja Wiszowatego i Macieja Wójtowicza 

Nie, nie - nie bójcie się! Widmo kryzysu nie sprawi, że efektownie prezentująca się Zabrze Arena (a może Allianz Arena) będzie obcięta o połowę, zostanie bez jednej trybuny albo nawet dwóch. Widmo sprawiło tylko, że mogłaby to być nie tyle Zabrze Arena, co... Zabrze-Gliwice Arena! (o szczegółach mówi zabrzański radny Borys Budka)

Wiadomo, że Zabrze potrzebuje nowego stadionu i wiadomo, że Gliwice potrzebują nowego stadionu. Może więc zamiast dwóch, zbudować jeden? I nie przy ul. Roosevelta, gdzie stoi stadion im. Ernesta Pohla, tylko na granicy Zabrza z Gliwicami?

Argumenty za?

- podział kosztów między miastami najpierw podczas budowy, a potem w utrzymywaniu obiektu;

- gdzie indziej są już stadiony, gdzie gospodarzą dwa kluby, których kibice nie przepadają za sobą; Inter dzieli się obiektem z Milanem, Lazio z Romą, a Bayern z TSV 1860. Da się.

Argumenty przeciw?

Pewnie to Wy je wysuniecie. A może jesteście za?

środa, 12 listopada 2008
Bytomski Bobby Robson

Kilkunastu sekund brakowało, żeby w Bytomiu na serio zaczęli rozważać start Polonii w przyszłorocznej edycji Pucharu UEFA. Po meczu Polonia - Lech zahaczyłem Rafała Ulatowskiego. Asystent Leo Beenhakkera choć przyglądał się raczej lechitom, z uznaniem mówił o występie polonistów. Co mu się podobało najbardziej w grze bytomian? Nieobliczalność napastników. Ma rację: tak do końca nigdy nie wiadomo co strzeli do głowy Zabłockiemu, Podstawkowi albo Zielińskiemu... 

Gdyby przeanalizować pozycję po pozycji to wyszłoby, że Polonia jest gorsza od Lecha pod każdym względem (no, może Pesković nie jest gorszy do Turiny). Ale co z tego? To Lech cudem uratował remis. Trudno nie zgodzić się ze słowami Ulatowskiego: "przestańmy bez przerwy mówić o kłopotach Polonii. Dziś Polonia to mocna drużyna, która nie boi się najlepszych, a jej mecze w świetle jupiterów oglądają tłumy... Czy tak wyglądają kłopoty?"  

                                % 

Jedyne co mi jednak trochę przeszkadza w obecnej grze Polonii Bytom to słynna... szarańcza. Ten specyficzny sposób rozgrywania stałych fragmentów gry (najczęściej rzutów rożnych) ma swoich zwolenników. W Polsce największym jest trener Marek Motyka. Tak wielkim, że szarańcza stosowana jest z uporem wręcz maniackim przy każdym nadarzającym się rzucie rożnym dla Polonii!

Ten ściśnięty tłumek piłkarzy, który karnie biegnie w jednym kierunku, żeby nagle rozbiec się w momencie centry w różne strony wygląda dość niepoważnie, rzekłbym - groteskowo. Choć z drugiej strony skłamałbym, gdybym się zarzekał, że na bytomską szarańczę w ogóle nie czekam. Owszem - czekam i to nawet z uśmiechem na twarzy. Jest to jednak bardziej wyczekiwanie na jakiś cyrkowy numer, niż na efektowne  i skuteczne zagranie.  

Skuteczne? W meczu z Lechem szarańcza nie przyniosła żadnych efektów poza... żółtą kartką dla Rafała Grzyba. Sędzia wlepił mu ją sugerując grę na czas, a przecież bytomski pomocnik wcale na czas nie grał. On tylko czekał tylko aż w polu karnym Lecha uformuje się wyjątkowo opieszała tym razem szarańcza. Sędzia był odwrócony więc nie widział, że bytomski szyk złożony z mocno już zmęczonych piłkarzy formułuje się z opóźnieniem.

Kiedy po meczu podzieliłem się z Rafałem Ulatowskim swoimi pełnymi szyderstwa wątpliwościami dotyczącymi szarańczy, Leo II pokiwał palcem i przypomniał dwa fakty:

- Po pierwsze - stwierdził - szarańcza przyniosła już efekt w meczu z Arką Gdynia.

Ulatowski ma rację:

- Po drugie: Marek Motyka wcale nie jest pierwszy - zaznaczył Ulatowski. - Mam sympatię dla szarańczy, bo widziałem już kiedyś coś podobnego w wykonaniu piłkarzy... Newcastle United. Przypominam sobie, że u trenera Bobby'ego Robsona ten wariant stosowali m.in Alan Shearer czy Jermaine Jenas [chodzi o lata 2002-2004, przyp. pacz]. Słowa uznania dla trenera Motyki jeśli to podejrzał, a chwała jeśli sam wymyślił...
Tyle asystent Leo Beenhakkera. Okazuje się jednak, że Motyka sam szarańczy nie wymyślił, choć to nie Newcastle go zainspirowało. Trener z Żywca podejrzał szarańczę podczas jakiegoś meczu jednej z drużyn hiszpańskich, nie pamięta jakiej. Polonia oczywiście nie jest pierwszym klubem, w którym Motyka uczy ulubionego bajeru. Pamiętam jaki szok przeżyliśmy z kolegami kilka lat temu na meczach Szczakowianki Jaworzno, która była jego pierwszym poważnym klubem w karierze... 
Być może drwię trochę z Motyki, ale jednak z sympatią. Bo tak naprawdę ostatnie dni należą właśnie do szkoleniowca Polonii. Dla mnie jest trenerem może nie roku, ale na pewno miesiąca.   
sobota, 08 listopada 2008
Raj

Podróż ze stadionu GKS-u Katowice na stadion Zagłębie Sosnowiec: 9 minut, 49 sekund.

Podróż ze stadionu Zagłębia Sosnowiec na stadion Ruchu Chorzów: 13 minut, 26 sekund.

Gdzie jeszcze na świecie miejsca tak od siebie odległe są zarazem aż tak blisko? W Londynie? W Moskwie? W Zagłębiu Ruhry? W Buenos Aires?

Trzy mecze w jeden dzień. Być kibicem futbolu w województwie śląskim - bezcenne.

 

Pot i guma balonowa

Kazimierz Trampisz to żywa legenda Polonii Bytom. Grał dla niej w latach 1945-62. Na meczu z Legią siedziałem trzy metry od niego i widziałem, że w końcowych minutach był bliski apopleksji. Nie mógł opanować drżenia rąk... 

Po ostatnim gwizdku sędziego, gdy stadion Polonii zaczął leciutko wirować, niewiele brakowało, żeby pan Kazimierz się rozpłakał. Byłem brutalny i przerwałem Mistrzowi stan radosnego uniesienia, prosząc o wypowiedź. -  Czuję się wspaniale! Warszawa ma kupę pieniędzy i mnóstwo zagranicznych dobrych piłkarzy. My mamy biedę i wielkie chęci. A mimo to potrafiliśmy z Legią wygrać. I to zasłużenie! Właśnie za takie chwile kocham piłkę nożną! - tłumaczył mi Trampisz, a ja notowałem, wsłuchując się jednocześnie w ten jego cudowny, śpiewny akcent rodem ze Stanisławowa.

W Bytomiu długo czekali na ten dzień - wychodzi, że aż półtorej generacji. Obecnych piłkarzy Polonii nie było nawet w planach, kiedy bytomski klub wygrywał u siebie z Legią po raz ostatni. Jedyny wyjątek to zasuszony Jacek Trzeciak (w nowych zębach mu bardzo ładnie, żona pewnie zadowolona)Najbardziej doświadczony piłkarz ekipy z Olimpijskiej był zaledwie pięcioletnim bajtlem, gdy w marcu 1976 roku Polonia wygrała z Legią 2:0.

W piątek spotkały się dwie drużyny prezentujące zupełnie odmienny styl. Dobrzy technicznie goście grali ładnie dla oka, ich ataki były urozmaicone, piłką kreślili na murawie efektowne figury geometryczne. Tyle że właściwie nic z tego nie wynikało. Poloniści grali o wiele prościej, najbardziej skomplikowanym schematem w ich wykonaniu była nieśmiertelna szarańcza. Ale co z tego? W pięknym stylu udowodnili, że prosto nie znaczy głupio.

Bardzo podobało mi się, że bytomianie zagrali starym, dobrym, zasłużonym dla futbolu systemem 4-4-2. Fajnie, że trener Marek Motyka nie bał się wypuścić na Legię dwóch napastników, który - tak odmienni od siebie jak Zabłocki i Podstawek - uzupełniali się i wspomagali. Przyznam, że kiedy widzę zespół tłukący wszechmodne ostatnio 4-5-1, to chce mi się wymiotować.

Gdybym był Jeanem-Baptistą Grenouille, wczorajszy futbol polonistów przyrównałbym do intensywnej woni spoconej piłkarskiej koszulki, zmieszanej z charakterystycznym zapachem murawy, na której bytomianie wykonali wczoraj 345 621 wślizgów. A futbol legionistów? Zapachniał mi słodką truskawkową gumą balonową, której woń wietrzeje po pięciu minutach.

Nie wiem co jeszcze podopieczni Motyki muszą zrobić, żeby w lidze wreszcie zaczęto traktować ich poważnie. Wszyscy ci, którzy drwią z bytomskiego klubu i go lekceważą, muszą teraz przyznać: bez Polonii tegoroczna ekstraklasa byłaby nie tylko mniej ciekawa, ale i zwyczajnie gorsza. Dla mnie to oczywiste, że w Bytomiu wbrew przeciwnościom losu dorobili się jednak solidnej drużyny. Kwestionowanie jej wysokiego - jak na polskie warunki - poziomu sportowego jest policzkiem dla drużyn, które pokonała. Pomalutku, po cichutku bytomianie wdrapali się w tabeli na pozycję, z której wynika, że są... najlepszą dziś śląską drużyną.

Dlatego Polonii, za to co zrobiła dotąd w obecnym sezonie, wypada grzecznie podziękować. Niech mój stan wyrazi zdjęcie sprzed dziesięciu lat, które uwielbiam. Uważam, że to najlepsza fotka jaką kiedykolwiek udało się pstryknąć na stadionie Polonii w Bytomiu: 

gratulacje  od kibica

fot. Adaś Kozak

A w środę na Olimpijską przyjeżdża Lech Poznań! Oj, będzie się działo...

PS Na stadionie w Bytomiu wzdrygnąłem się tylko raz. Podczas konferencji prasowej na biurku przy którym zasiedli trenerzy stał proporczyk Polonii. Widniał na nim rok "1920". A przecież każdy rozsądny człowiek wie, że to nie jest data założenia Polonii - bytomski klub powstał ćwierć wieku później.

Drodzy bytomianie; naprawdę nie widzę sensu wydłużania sobie życiorysu. Tym bardziej, że przecież i tak niewiele jest w Polsce klubów, które mogą się równać z Polonią.

Polonią założoną w 1945 roku. 

 
1 , 2
Archiwum