niedziela, 29 listopada 2009
Za dużo czerwonego

Byłem w weekend na dwóch meczach: Cracovii z Piastem w Sosnowcu i Ruchu z Koroną w Chorzowie.

Co mi się podobało:

 - nic. Choć nie: gol Przemysława Łudzińskiego (pierwszy dla Piasta w meczu z Cracovią) był naprawdę efektowny.

Co mi się nie podobało:

 - nieprzychylne spojrzenie sędziego na koszulki Piasta. W zeszłym sezonie można było w nich zagrać w meczu Cracovią, a teraz miały w sobie podobno za dużo czerwonego... Rezerwowe komplety też się nie nadawały. Gliwiczanie wystąpili więc w jakichś na szybko kombinowanych trykotach. Dizajn te koszuliny miały taki, jakby powstały około 1970 roku... Wyglądały paskudnie. Ale sędzia dopiął swego.

 - gra Ruchu. Z niezrozumiałych przyczyn nie wyglądała tak, jak zazwyczaj. Z niezrozumiałych, bo Korona to przecież gorszy zespół od wielu, który na Cichej w tym roku padły. W dodatku trzeba uczciwie przyznać, że to Korona była bliższa zwycięstwa. Z drugiej strony to chyba dobrze, że słabszy mecz (zawsze taki musi przyjść) przydarzył się Ruchowi z Koroną. Może nie przydarzy się z Wisłą? 

Co mnie rozbawiło:

 - kibice Cracovii. W przerwie meczu w Sosnowcu podeszli do stoiska z kiełbaskami. Wiecie w jaki sposób o nie poprosili? Myślałem, że padnę. Cytuję: zwei wurst, bitte! Nie każdy chyba kuma niuanse śląsko-zagłębiowskie... Bo nie sądzę, żeby krakusi dawali specyficzny dowód wiedzy po której stronie Brynicy leży Stadion Ludowy...

Co mnie zdziwiło:

 - w pierwszej połowie meczu w Chorzowie na miejscach naprzeciwko zadaszonej trybuny bili się wściekle dwaj albo trzej kibice. Nie trwało to bynajmniej trzech minut. Nikt nie reagował... 

sobota, 28 listopada 2009
Obrzydliwość

Króciutka historyjka o tym jak we współczesnym świecie walczy się na newsy. Temat o tym, że nie wszystkim podoba się biało-czerwony Stadion Śląski wykryła „Gazeta”. Dlatego nasze niezwykłe zdumienie wywołał fakt, że do radnego Ryszarda Sadłonia długo po rozmowie z autorem tekstu Wojtkiem Todurem, zadzwonił koleś z pewnego promującego się mocno regionalnego portaliku i zaczął wypytywać o Śląski twierdząc, że o sprawie powiedział mu... Wojtek Todur. Wyjątkowa bezczelność, bo to oczywiście bzdura. O sprawie musiał dowiedzieć się od kogoś, kto ją dla nas skomentował, ale nie chciał, żeby wyszło, że to od niego wyszło. Autor z portaliku się śpieszył, wywalił tekst do internetu jak najszybciej i chwalił się potem informacją jako własną. Nie było więc sensu trzymać naszego materiału, jako ekskluziwa do późnego wieczora. Dlatego dowiedzieliście się o sprawie już popołudniu.

Cóż, takie rzeczy się zdarzają, kiedy człowiek stoi w rozkroku między dziennikarstwem prasowym i internetowym... Sprawa oczywiście jest mocno błaha, klasyczna duperela, do szybkiego zapomnienia. Choć nie, nie do zapomnienia... Taka było do momentu, kiedy w internecie nie pojawiła się obrzydliwa sugestia, że Gazeta popełniła plagiat... Omal nie poplamiłem swojej ulubionej koszulki kawą, kiedy to zobaczyłem.

Oczywiście każdy ma prawo zdobywać i przekazywać informację, ale ta konkretna historyjka, zasłanianie się nazwiskiem dziennikarza „Gazety”, wyraźnie wskazuje na różnicę między amatorami i profesjonalistami.

Pozostaje jeszcze wytropić sympatycznego przekaziciela informacji niewłasnych i serdecznie mu podziękować. Na pewno serdecznie podziękujemy:-)

piątek, 27 listopada 2009
Jakiego koloru powinien być Stadion Śląski

Od kilku tygodni wiadomo już jak będzie wyglądać najwspanialszy stadion w Polsce po modernizacji. Okazuje się, że nadspodziewanie duże emocje wywołuje kolor nowych krzesełek. Według projektu mają być biało-czerwone. Projektantów w przekonaniu, że dobrze to wymyślili utwierdziła biało-czerwona flaga utworzona przez publiczność podczas koncertu U2.

Stadion Śląski podczas drugiego koncertu U2

Wielu ludzi na Górnym Śląsku woli jednak, żeby krzesełka na stadionie zamontować w barwach śląskich czyli w żółtych i niebieskich. W tej sprawie zostały nawet przez zwolenników drugiej opcji poczynione pewne kroki formalne. Niektórzy zgodę na biało-czerwone siedziska uważają wręcz za przejaw śląskiej dupowatości.

Cóż, zwolennicy i przeciwnicy mają swoje argumenty. A jakie jest Wasze zdanie? Jesteście bardziej za biało-czerwonym czy żółto-niebieskim? A może miejsce na stadionie znalazłoby się dla obu opcji? Jedna trybuna w krzesełkach biało-czerwonych, a druga - w żółto-niebieskich? Co sądzicie? 

czwartek, 26 listopada 2009
O budowlańcach. Szansa Odry?

Przyznam, że kiedy właściciciele firm budowlanych zaczynają inwestować w futbol ogarnia mnie niepewność. Budowlańcy oraz przedstawiciele zawodów pokrewnych mają specyficzne podejście do piłki nożnej. Najlepszym przykładem jest niejaki Wojciechowski, któremu nie chciało czekać się na sukcesy niezwykle zasłużonej Polonii Warszawa. Zdjął więc z niej ubranie, które potem założył Groclin, mający odtąd udawać Polonię, a warszawski klub wysłał w kosmos czyli niebyt. Z autentycznym przerażeniem (nawet jeśli było to tylko puszczanie próbnych balonów) słuchałem wieści podczas ostatniego lata. Wojciechowski bredził wtedy o zastanawianiu się nad sprzedażą miejsca w ekstraklasie, które zajmowała Groclinopolonia, przy jednoczesnym wejściu w Górnika. Na szczęście Groclinopoloniogórnik nigdy nie powstał. W Zabrzu zachowali zdrowy rozsądek. 

Wojciechowski jest strasznie niecierpliwy i działa w myśl zasady ”skoro płacę, wymagam”. Niestety ta myśl nie jest fundamentalna, w momencie kiedy buduje się drużynę futbolową. Piłkarskiego teamu nie da się wymurować w taki sam sposób jak kolejnej kondygnacji. Za milion złotych albo dwa można myśleć o następnym piętrze w wieżowcu, ale na pewno nie kolejnym pucharze. Prędzej murarze na budowie nagle zaczną walić się po głowach kielniami na czas, niż piłkarze nagle zaczną grać zgodnie z wybujałymi oczekiwaniami właściciela. Najbardziej rozwala mnie, kiedy taki zniecierpliwiony facet z workiem pieniędzy u pasa osobiście zaczyna pouczać piłkarzy co mają robić, żeby lepiej grać. Do dziś umieram, kiedy wspomnę sobie, że pewien, były na szczęście, właściciel pewnego śląskiego klubu kazał piłkarzom dźwigać worki z piaskiem. Był pewien, że dzięki temu w trakcie meczu będą szybciej się poruszać...

Pytanie z którego powodu powstała ta notka brzmi: czy każdy budowlaniec musi traktować piłkę nożną jak plac budowy? A może są różni budowlańcy? Pytam, bo okazuje się, że po polskiej ekstraklasie coraz śmielej rozgląda się kolejny człowiek z tej branży. W futbolu działa zupełnie inaczej niż Wojciechowski. Może dlatego, że jego syn kopie dziś piłkę w drugiej lidze hiszpańskiej? Czadoblog przedstawia Wam właśnie bardzo ciekawy wywiad. Dotąd nikt w Polsce nie porozmawiał z tym człowiekiem tak wyczerpująco jak mój redakcyjny kolega Marcin Fejkiel. Marcinowi udało się nawet wydobyć z rozmówcy deklarację, że nie odejdzie z wodzisławskiego klubu, choćby ten miał spaść z ekstraklasy! W żadnym wypadku nie wycofam swoich udziałów z Odry! Nie jestem z tych, którzy podtapiają własną łódź” - deklaruje inwestor.

Będziecie go mogli spotkać na najbliższym meczu Odry, bo wybiera się na niedzielne spotkanie z Wisłą Kraków. To może być wyjątkowe widowisko. Pamiętacie mecze Odry z wielką mistrzowską Wisłą Kasperczaka? Odra sezon po sezonie wygrała wtedy z „Białą Gwiazdą” 3:2 , prowadząc do przerwy 3:0 (20 pażdziernika 2002 roku i 24 października 2003 roku)! Gościom nie pomogli wtedy Frankowski czy Żurawski. Może teraz nie pomogą Brożek czy Małecki?

Pytanie do Was brzmi: czy Odra powinna odważnie wejść w nowy okres? Czy powinien zacząć nią wreszcie rządzić ktoś inny niż Ireneusz Serwotka? Zasługi Serwotki w ciągnięciu Odry na szczyt są niepodważalne i godne szacunku. Przecież tylko na Górnym Śląsku jest co najmniej kilkanaście klubów z podobnym potencjałem, klubów działających w podobnych, często większych miastach niż Wodzisław, a to jednak właśnie Odrze się udało. Chociaż „udało się” to złe słowo. „Udać” to się może ewentualnie awansować do ekstraklasy, ale grać w niej bez przerwy od 13 lat to już nie przypadek. Dlatego Serwotce się „nie udało”, on działał według planu. Prezesem klubu został w 1993 roku, a już trzy lata później Odra awansowała na stałe do ekskluzywnego towarzystwa. W 2002 roku napisałem z kolegą o Serwotce reportaż. Dotychczas nic większego, bardziej szczegółowego o tym człowieku w prasie się nie ukazało, ale narobię Wam tylko smaka: z powodów technicznych nie mogę niestety tego tekstu podlinkować... Zamiast lektury powtórzę pytanie. Kibice Odry: wolicie z Serwotką, czy bez Serwotki?

Dodam na koniec, że najbardziej lubiłem wodzisławski zespół z drugiej połowy lat 90. Nie dość, że piłkarsko naprawdę miał wiele do zaoferowania, to  trochę z nim podczas rozlicznych zagranicznych wyjazdów przeżyłem:-). To była naprawdę dobra paka, nawet dziś pamiętam tamten skład:

Primel (albo Kłoda) - M. Staniek, Jegor, Brzoza (albo Skorupa), Sowisz - Sibik, Wieczorek, Woś, Polak - Paluch, Prusek (albo Zagórski, albo Nosal). To były czasy...

środa, 25 listopada 2009
Futbol jest niebezpieczny

Oglądałem dziś na bocznym boisku Górnika sparing zabrzan z Kluczborkiem. Trochę zaskoczony byłem dużą ilością testowanych zawodników. Testowanych w momencie, kiedy większość ich kolegów myśli już raczej o przerwie i odpoczynku. Byli wśród testowanych piłkarze zarówno kojarzeni jak i niekojarzeni, a wszyscy ambitni. Czasem z tej ambicji wynikają sytuacje zatrważające. Tak się zdarzyło, że w II połowie parę stoperów Górnika tworzyło właśnie dwóch graczy testowanych: 17-letni juniorek Rafał Otwinowski oraz siedem lat starszy Artur Cybulski, którego Mieczysław Agafon przywiózł z Krasiejowa. Obaj wystartowali do tej samej piłki. Nie grali dotąd razem, nie znali się, nie mieli opracowanego kodu, dzięki któremu mogliby się ostrzec. Nie napiszę, że trzask zderzających się głów słychać było nawet na Zaborzu, ale rzeczywiście nie wyglądało to dobrze. Otwinowski padł po starciu jak snopek, koledzy z zespołu zaczęli natychmiast wołac o karetkę. Okazało się, że młodziutki obrońca stracił przytomność, podobno zadławił się językiem. Po dłuższej chwili, z trudem ocucony, zakrwawiony, został wzięty pod ramiona i koślawym zygzakiem dotarł poza linię boczną.

Tam maser zaczął go wypytywać jak się nazywa i ile widzi palców. Nazywał się, jak się nazywał, widział tyle palców ile zobaczyłem ja, stojący pięć metrów dalej, więc wszyscyśmy odetchnęli z ulgą. Karetki jednak nie odwołano, bo w takich sytuacjach nigdy nic nie wiadomo, lepiej, żeby lekarz delikwenta po takim starciu przebadał... Otwinowski, mimo że ubity na boisku, wyglądał na bardzo zadowolonego:-) Wszyscy się nim nagle zainteresowali (wcześniej, kiedy się samotnie rozgrzewał, nie interesował się nim nikt - z wyjątkiem Czadobloga i paru jego kolegów z branży, bo nikt z nas nie wiedział kto to). A teraz nawet zaniepokojony trener Komornicki poczochrał młodego piłkarza po głowie i zamienił z nim parę słów...

Czadoblog również zamienił z trenerem Komornickim parę słów w konkretnej sprawie, ale niczego konkretnego się nie dowiedział. Wiadomo, że były ważne rozmowy w Warszawie. Szkoleniowiec zdradził tylko, że były one bardzo długie, ale o ich efekcie poinformuje specjalnie wydany przez centralę komunikat. Czadoblog skądinąd usłyszał plotkę, że „Koko”' jednak w Zabrzu zostanie. To oznaczałoby pewnie, że odejdzie z kolei paru piłkarzy...

UWAGA Czytelnicy Czadobloga - dzięki koledze, który ma wydawnictwo zajmujące się sprzedażą książek o tematyce sportowej (ostatnio zajął się także działalnością stricte wydawniczą), mogę ogłosić konkurs. Jego firma ufundowała bowiem trzy sympatyczne książeczki o Górniku popełnione przez Czadobloga:-)

Książki trafią do trzech pierwszych Czytelników Czadobloga, którzy odpowiedzą na pytanie:

„kiedy ostatni raz Górnik Zabrze zagrał mecz o stawkę (liga, puchary) dokładnie dziś, czyli 25 listopada? Jaki był wynik?”

Na odpowiedź czekam 48 godzin od momentu opublikowania wpisu. Zwycięzców poproszę potem o kontakt mailowy. Jeśli pytanie nie znajdzie trzech prawidłowych odpowiedzi, wymyślę kolejne. Książeczki na pewno do Was trafią:-)

wtorek, 24 listopada 2009
Emeryci wpłacają na Polonię

Akcja zbierania przez bytomskich kibiców kasy na nowy stadion Polonii nabiera rozmachu. Dostałem właśnie ciekawy list. 

Szanowni Bytomianie!

Wpłaciłem wczoraj 100 PLN na Wasz fundusz, bo na tyle pozwala mi moja emerytura. Popieram Wasze działania, ale uważam, że należałoby je skierować na bardziej konkretne, finansowe tory.

W latach 1945-62 mieszkałem, uczyłem się i kibicowałem Polonii Bytom jako młody chłopak. Po zdaniu matury w Sikoraku klasa C w 1962r. wyjechałem na studia do Warszawy (SGPiS, Wydział Handlu Zagranicznego), gdzie mieszkam do chwili obecnej. W czasie mojej bogatej kariery zawodowej pracowałem w warszawskich centralnych Urzędach (Ministerstwa, Centrale Handlowe itp.).

Jako świadek historyczny uważam, że Bytom w latach 1945-1989 został celowo zniszczony w wyniku rabunkowej wręcz kolonialnej eksploatacji węgla kamiennego. Wszystkie te decyzje zapadały w tych latach w centralnych urzędach stolicy PRL tzn. głównie w Ministerstwie Planowania i Ministerstwie Górnictwa. Natomiast Bytomskie Zjednoczenie Przemysłu Węglowego (z siedzibą w obecnym Urzędzie Miasta) i podległe mu kopalnie wykonywały tylko narzucone im plany wydobycia w ramach tzw. centralnej gospodarki planowo-nakazowej. Wtedy podjęto tragiczną dla Bytomia decyzję wydobycia węgla z filaru ochronnego pod samym miastem. Bytom zacząl sie zapadać w wyniku tzw. szkód górniczych. Tak zniszczono m.in. stadion Polonii Bytom. Niestety, obecnie w Warszawie nikt nie ma pojęcia, że zupełnie celowo w PRL dokonano zniszczenia Bytomia.

 W tej sytuacji uważam, że władze samorządowe Bytomia i województwa śląskiego, posłowie i senatorzy z województwa śląskiego łącznie z Szanownym Stowarzyszeniem oraz Klubem Sportowym powinni wystąpić do władz państwowych tzn. Sejmu i Senatu RP oraz Premiera RP i podległego mu Ministerstwa Sportu o przyznanie dotacji w wysokości minimum 100 mln PLN na odbudowę tego stadionu. Odbudowany stadion powinien być symbolem pojednania i wybaczenia za szkody wyrządzone Bytomiowi przez władze PRL.

 Jednocześnie należy się zwrócić do europosła, a obecnie Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego prof. J.Buzka o powołanie specjalnego Komitetu Odbudowy i Rewitalizacji Bytomia jako spuścizny historycznej całej Unii Europejskiej, o czym świadcza zachowane zabytki tego ponad 750-letniego Miasta. To w Bytomiu znajdują się 4 cudowne zabytki architektury województwa Śląskiego. W rezultacie można byłoby pozyskać dodatkowe środki pomocowe UE i EOG (w ramach tzw. Norweskiego i Szwajcarskiego Mechanizmu Finansowego).

Pozostaję z wyrazami szacunku i oczekuję na dalsze, stosowne informacje,

Janusz Rybicki, Warszawa

Brawo dla Pana. Nie wiem czy wydobycie 100 milionów złotych z budżetu państwa jest realne, ale pasji i pomysłowości może pozazdrościć Panu każdy. Z takimi ludźmi walka o stadion Polonii ma sens.

poniedziałek, 23 listopada 2009
Coming out Czadobloga

Jak każdy, kto interesuje się piłką nożną, mam swoje ulubione drużyny w przeróżnych ligach. Jeśli chodzi o ligi zagraniczne, Czadoblog jest takim samym kibicem jak Czytelnicy Czadobloga. Tak samo jak Wy przepada za pewnymi zespołami, a nie przepada za innymi. Powody są przeróżne i całkowicie ze sobą niespójne. Zdarza mu się lubić jednocześnie drużyny z tych samych miast, które zaciekle ze sobą rywalizują, a ich kibice nie znoszą się organicznie. Zespoły za którymi nie przepada, obdarzył antypatią już w dzieciństwie i tego się trzyma.

TYPY CZADOBLOGA

Ulubione drużyny:

Niemcy: Borussia Dortmund, Schalke 04 Gelsenkirchen

Włochy: Inter Mediolan

Francja: Lens, Nantes

Hiszpania: Athletic Bilbao (ale jeszcze się wstydzę za Amorebietę - to było paskudne i nie ma nic do rzeczy, że uwielbiam Messiego)

Anglia: Tottenham Londyn (Bóg mi świadkiem, że polubiłem ich zanim zacząłem czytać tego bloga)

Lubię również:

Niemcy: Hamburger SV

Włochy: Fiorentina (Bati, Bati, Bati, Batigol, Batigol, Batigoool), AC Milan, AS Roma

Francja: Bordeaux

Hiszpania: FC Barcelona (mój synek ją uwielbia całym swym jestestwem, dobrze, że nie widział, co zrobił Amorebieta), Real Madryt, Atletico Madryt

Anglia: Manchester City, Arsenal Londyn

Tym panom już dziękujemy:

Niemcy: Bayern Monachium

Włochy: Juventus Turyn

Francja: -------

Hiszpania:-----

Anglia:---------

Żeby nie narażać się więc na zarzuty zainteresowanych kibiców, że antypatię mógłbym przenosić do pracy, postaram się o to, żeby Czadoblog nic nie spłodził na łamach o dzielnych piłkarzach z Monachium i Turynu.

UPDATE Muszę jeszcze dodać, że ważne są dla mnie także Celtic Glasgow i Boca Juniors.

niedziela, 22 listopada 2009
Na szczęście Ruch nie jest Lechem

Ruch przegrał w Poznaniu..., tfu, we Wronkach, dość łatwo. Poznaniacy byli lepsi, a różnicę zrobił Lewandowski. Gdyby grał w tym meczu w Ruchu, wynik mógł być odwrotny. Wyszło na to, że w tym sezonie niebiescy wyraźnie przegrali wszystkie wyjazdowe mecze z wielkimi drużynami z wielkich miast, nie ukrywającymi mistrzowskich ambicji (Wisła, Legia, Lech). W kontekście walki o piętnasty tytuł jest to niepokojący fakt.

Będę jednak powtarzać jak mantrę, bo nadzieja cały czas jest i nie mam zamiaru chować jej do szafy. Chorzowianie ciągle mogą zdobyć mistrzostwo. Naprawdę!

Mecz oglądałem w telewizji. Co najpierw przyszło mi po spotkaniu do głowy to myśl, że Ruch, mimo porażki, na szczęście nie jest Lechem. Nie odbieram oczywiście Poznaniowi gigantycznego potencjału, znakomitej atmosfery na meczach, miłości do futbolu, wielkich sukcesów w przeszłości. Tam na pewno, prędzej czy później, doczekają się także sukcesów w przyszłości i to na europejską skalę.

Zauważam tylko, że drogę do wielkości można budować na dwa sposoby. W chwili kryzysu albo wziąć na klatę zobowiązania poprzedników i mozolnie je spłacać, z ufnością patrząc w przyszłość, albo zatkać oczy, uszy, zresetować wszystko i opuścić dotychczasowy twór prawny, w którym klub funkcjonował jak starym przyciasnym, niepotrzebnym już pancerzu.

Ruch wybrał pierwsze rozwiązanie, Lech wybrał drugie rozwiązanie.

W przypadku Lecha nowym, lepszym pancerzem, który wdział na stałe, jest skorupa Amiki. W maju 2006 roku prezes Andrzej Kadziński powiedział: - Nowy klub będzie grać jako KKS Lech, ale podstawą jego gry w ekstraklasie musi być licencja obecnej Amiki. Choćbym chciał inaczej, nie mamy wyjścia.

Jakby to powiedzieć: oczywiście, że było wyjście. To trudniejsze wyjście...

Bo oczywiście zawsze można uznać, że najważniejszy jest sport i dobra zabawa. Tak zdecydowano w Poznaniu. Można też jednak nie iść na skróty, co udowodnili choćby miłośnicy piłki we Wrocławiu, którzy swego czasu zaprotestowali przeciw zassaniu Śląska przez Groclin. Czy źle na tym wyszli?

Ale jako że nie wszędzie postąpiono tak jak we Wrocławiu, w polskiej ekstraklasie ciągle można oglądać zjawy. Przykład? Moim zdaniem Lech nie przegrał u siebie w sierpniu z Polonią Warszawa, tylko Amica przegrała z Groclinem. No, ewentualnie ”Lech” z ”Polonią”...

W Poznaniu muszą pamiętać: choćby tysiące ludzi pytało się nawzajem, kiedy Lech zdobędzie szósty tytuł mistrzów Polski, to na pewno znajdą się tysiące innych, którzy zapytają: kiedy Lech zdobędzie pierwszy tytuł mistrza Polski? Pierwsi mają do tego prawo i drudzy mają do tego prawo...

Najgorsze dla Poznania jest to, że już zawsze znajdą się tacy, którzy sformułują to pytanie na ten drugi sposób. Zawsze. Znaczy, że niektórym już zawsze ta historia będzie śmierdzieć. Zawsze.

Dlatego współczuję tym poznaniakom, którzy mają tradycję w prawdziwym poważaniu. Tych, którzy mają podobne zdanie do mojego (wierzę, że tacy są). Bo nie wystarczy przywrócić do użytku  i cieszyć się starym, tradycyjnym herbem z dumną cyfrą ”1922”...

Jednocześnie dzięki wielkie dla Mariusza Klimka i jego współpracowników z Ruchu, że nie poszli na skróty, tylko mozolnie spłacali (będą spłacać?) nie swoje długi.

Bo liczy się nie tylko sport i dobra zabawa.

PS Mało kto pamięta: był w przeszłości moment kiedy naprawdę niewiele brakowało, żeby Ruch miał z Ruchem tyle wspólnego, co Lech z Lechem. To było w 1995 roku, kiedy Ruch drugi raz spadł z ekstraklasy. Pojawił się pomysł, żeby niebiescy nadal grali w najwyższej klasie rozgrywkowej, dzięki fuzji z... Olimpią Poznań. Cena wynosiła ponoć 30 starych miliardów.

Ostatecznie zarząd chorzowskiego klubu jednomyślnie podjął decyzję o rezygnacji z fuzji. Podkreślił w specjalnym oświadczeniu, że "taki zabieg nie ma nic wspólnego z działalnością sportową, a powstały twór byłby organizmem sztucznym pozbawionym akceptacji członków i sympatyków naszego Klubu". Dla mnie to jedna z najwspanialszych chwil w historii chorzowskiego klubu.

Choć nie ukrywajmy jednak, że niektórzy z działaczy Ruchu podkreślali wówczas, że gdyby miejsce w ekstraklasie kosztowało tylko miliard - tak wtedy sprawę przedstawiał nieżyjący już biznesmen Piotr Buller, który stworzył Sokoła Tychy - to niezbędne pieniądze wyłożyliby z własnych kieszeni! Na szczęście im się nie udało, a Ruch dzięki temu pozostał Ruchem. Także dlatego, że byli z nim wtedy tacy ludzie jak Gerard Cieślik. - Kocham ten klub i jest mi bardzo przykro. Ruch to jednak firma z taką przeszłością, że nie powinna wchodzić w układy z innymi. Ruch spadł z ekstraklasy i Ruch do niej za rok awansuje. Nie takie zespoły na świecie spadały i potem umiały się odrodzić - powiedział mi wtedy Gerard Cieślik. Ja te słowa mam w pamięci do dziś, bo szybko okazało się, że Pan Gerard miał rację.

Chyba szkoda, że w Poznaniu zabrakło kogoś takiego jak Cieślik... Bo tego węzła nie da się już rozsupłać. Należało za wszelką cenę nie dopuścić do jego zawiązania. Potem jest już za późno.

PS2 Kiedy Lech zdobędzie pierwszy tytuł mistrza Polski?

PS3 Zauważcie, że Sobiech wreszcie strzelił bramkę na wyjeździe. Teraz powinno być z górki...

Żeby nie było wątpliwości: powyższy tekst wyraża jedynie prywatną opinię Czadobloga. Jest cała masa dziennikarzy, którzy uważają inaczej, albo którym to całkowicie zwisa. Dlatego tych, którzy nie podzielają opinii Czadobloga, proszę żeby się powstrzymali i nie wpisywali bardzo brzydkich słów w komentarzach. Brzydkie słowa zniosę, bardzo brzydkich - niekoniecznie.

piątek, 20 listopada 2009
W poprzek, a nie wzdłuż

Dziś Czadoblog nadaje z czeskiego Śląska. Powód? Sparing w Karwinie zagrał Górnik. Długoletnich fanów futbolu (nieco starszych od Czadobloga) najdą pewnie wspominki, bo zabrzanie z samym Lubańskim w składzie wystąpili już w Karwinie. Było to 38 lat temu (o szczegółach tamtego meczu, a także szczegółach dzisiejszego przeczytacie w relacji Piotrka Płatka).

Czadoblog na stadionie w górniczej Karwinie był pierwszy raz i nie żałuje. Sprecyzuję od razu, że byłem na starym stadionie w Karwinie. Jak wyjaśnił mi na wstępie sportovní manager Petr Mašlej (były piłkarz Karviny, grał też w Holstein Kiel i 1. FC Magdeburg) drużyna MFK występowała tam do 2003 roku, a potem przeniosła się na nowy obiekt. A dwa lata temu gospodarze starego stadionu doszli do wniosku, że niepotrzebnie marnuje się miejsce. Zlikwidowali bieżnię lekkoatletyczną (kiedyś wystąpił tu ponoć jakiś mistrz świata ze Związku Radzieckiego w skokach, ale gospodarz obiektu nie był w stanie przypomnieć sobie ani nazwiska, ani o jakie skoki chodzi) i położyli tam trawę. Miejsca nagle zrobiło się tyle, że w niecce stadionu zamiast jednego boiska wzdłuż, jak Pan Bóg przykazał, zmieściły się dwa boiska w poprzek! Tym sposobem główna zadaszona trybuna stała się trybuną za bramką, a Czadoblog (pierwszy z lewej na zdjęciu poniżej) śledzi mecz Górnika zza linii bocznej czyli... ze środka starego boiska! Fajne, co? 

stary stadion w Karwinie

Ozdobą dzisiejszego meczu były fantastyczne bramki. Gdyby padały takie zawsze, na stadiony przychodziłyby setki tysięcy widzów. Pięknego gola (na 2:0 dla Karviny) strzelił precyzyjną główką Marcin Pontus. Aż szkoda, że rezerwowy bramkarz Górnika Marek Gala wszedł na boisko dopiero w drugiej połowie. Szkoda, bo gdyby stał w bramce od początku i nie obronił tego strzału (bo nikt by nie obronił) mielibyśmy chyba pierwszy przypadek w historii kiedy polski napastnik czeskiej drużyny strzela gola czeskiemu bramkarzowi polskiej drużyny...

Górnika zagrzewała do boju może dwudziestoosobowa grupka fanów Górnika, do których należał cały stadion. Jeden z kibiców ze szklaneczką w ręce, chwiejąc się, podreptał z trybuny na drugą stronę boiska (w pobliżu miejsca gdzie na zdjęciu stoi Czadoblog) i uskuteczniał doping naprzemienny, czyli ”druga strona odpowiada”. I druga strona odpowiadała! Musiało być radośnie: skoro nad wejściem do stadionowej kawiarenki wisi duża reklama Radegasta? Klimat w ogóle był szwejkowski. Brakowało tylko, żeby przy linii bocznej arbitrzy (każdy ubrany inaczej) ustawili sobie kufle z piwem...

Jeśli wspominam o sędziach, nie mogę pominąć pewnego zdarzenia. Oglądając mecz tuż zza linii, byłem świadkiem wymiany złośliwości między mocno pucułowatym czeskim arbitrem bocznym, a lewym obrońcą Górnika Mariuszem Magierą. Najpierw Magiera po nieudanym zagraniu głośno zaklął używając jednego z najpopularniejszych polskich słów. Boczny się oburzył. „Nie bój się go, daj mu kartkę”  napuszczał głównego na piłkarza. Potem doprowadził do wściekłości Magierę, kiedy pokazał aut, gdy obrońca Górnika wygarnął piłkę jeszcze na boisku. Potem doprowadził Magierę do wściekłości jeszcze raz, kiedy nie odgwizdał faulu na nim. Magiera nie zdzierżył i wyskoczył do bocznego ze słowami: ”Ty grubasie (tamten sędzia na pewno lubi piwo, przyp. pacz), nie widziałeś tego, nie widziałeś co on robi?!” Boczny znów się obruszył, ale tym razem główny przybył mu na pomoc. Pokazał Magierze jedyną w meczu żółtą kartkę. Nie widziałem jednak, żeby obrońca Górnika się przejął:-)  Dobrze, że nie doszło wtedy do rękoczynów...

PS Wątek, który zainteresuje kibiców Zagłębia. Jak wiadomo sosnowiecki klub intensywnie szuka rozgrywajacego. Grą Karviny udanie kierował dzisiaj niejaki Herve Christian Tchami. Pamiętacie tego Kameruńczyka?

Tchami

Wiosną 2008 roku był zawodnikiem Zagłębia, ale nie zagrał w lidze ani minuty. Tak, tak, to z tych Tchamich, tych z ludu Bamileke! Z czwórki braci każdy gra lub grał w piłkę. Najsłynniejszy był oczywiście Alphonse Marie Djomaha Tchami. W reprezentacji "Nieposkromionych Lwów" rozegrał 57 spotkań, reprezentował swój kraj w mistrzostwach świata w USA '94 i Francji '98. A gdy grał w Argentynie, w słynnym Boca Juniors, jego kolegą z drużyny był Diego Maradona, najlepszy według Czadobloga piłkarz wszechświata wszechczasów. Grać z najlepszym piłkarzem wszechwświata wszechczasów to już coś...

Teraz młodszy o 17 lat brat Alfonsa pewnie bardzo by się w Zagłębiu przydał. Za późno.

PS2 W pierwszej połowie rozbawieni i napojeni kibice Górnika zaczęli nucić starą śpiewkę pod tytułem ”PZPN, PZPN je.., je.. PZPN”. Jeden z przytomniejszych fanów zauważył, że ta śpiewka w Karwinie jest bez sensu i właściwie powinno się zanucić ”CZPN, CPZN”. Ale przecież do Czechów ”Torcida” nic nie ma. Idea zaśpiewu więc upadła...

Warto może w tym miejscu przypomnieć, że był jednak - krótki, bo krótki - okres, kiedy PZPN i jego przedstawiciele mieli w Karwinie i okolicach wiele do powiedzenia. W 1938 roku, po przyłączeniu Zaolzia do Polski, Śląski OZPN postanowił zreformować piłkarskie rozgrywki na tym terenie. W październiku przedstawiono plan wcielenia drużyn zaolziańskich do okręgu śląskiego. Z powodu wybuchu II wojny światowej reformy nie udało się przeprowadzić. Dodam, że w tym czasie na Zaolziu działało 18 klubów piłkarskich - po dwa w Cieszynie, Jabłonkowie, Trzyńcu, Karwinie, Orłowej, Frysztacie, po jednym - w Mostach, Łazach, Darkowie, Bystrzycy, Suchej i Dąbrowie. Szacowano, że polskie organizacje sportowe na Śląsku Zaolziańskim liczyły wówczas 8 tys. członków. 

czwartek, 19 listopada 2009
Francja ma szansę na nieśmiertelność

Zawsze uwielbiałem Francję. Francuzki są najpiękniejsze na świecie, francuskie żarcie jest najsmaczniejsze, francuska historia zwala z nóg, a autostop po Francji: Oh là là! Gdyby ktoś kazał opuścić mi moją kochaną norę, to mógłbym się przenieść na stałe tylko do Francji. Niekoniecznie na południe: kryta siankiem chatka na Ile de Brehat by mi wystarczyła (kto nie był na tej wysepce, polecam:-)

Francuski futbol uwielbiam, kibicuję Francuzom od czasów Cantony i Ginoli (warunkiem niezbędnym mojej miłości było odejście Platiniego, on akurat nigdy mi nie podchodził). Nawet dziś łażę na co dzień we francuskim trykocie (co prawda nie piłkarskim tylko narodowej drużyny rugby, ale rugbyści mają takie piękne, eleganckie białe kołnierzyki)... Jeśli chodzi o futbol reprezentacyjny, to Francja jest u mnie na miejscu numer 3 (po biało-czerwonych i albicelestes).

Dlatego teraz, jako zagorzały fan reprezentacji Francji, pozwalam sobie zaapelować do FFF: panowie działacze, zdecydujcie się na niecodzienny krok. Sami zrezygnujcie z wywalczonego w ten sposób awansu do MŚ. Żeby zdobyć go uczciwie, zaproponujcie Irlandczykom rozegranie jeszcze jednego meczu na neutralnym terenie.

Oczywiście trudno zrezygnować z mundialu kiedy się go już ma, ale czy perspektywa wiecznej chwały nie jest kusząca? Zdecydowalibyście się na coś, na co jeszcze nikt się nie zdecydował. Wyznaczylibyście nowe trendy w futbolowej dyplomacji, mielibyście szacunek całego świata, zdobylibyście przepustkę do nieśmiertelności. Frajerami nazywałyby was tylko gnojki, które w mentalności mają zapisane przyzwolenie na nieuczciwość.

A co z Thierrym Henrym? Jego zachowanie (podwójne zagranie ręką) jest produktem codzienności, masowego wspomnianego już „przyzwolenia na nieuczciwość”. Taki skandal, jak ten w Paryżu, mógłby być, ba, powinien być pretekstem nałożenia przez FFF dożywotniej dyskwalifikacji na tego piłkarza, umotywowanej zhańbieniem francuskiego futbolu. Ale kto niewinny niech pierwszy rzuci kamień, każdy powinien mieć szansę na rehabilitację... Zacząłbym powoływać Henry'ego do kadry, ale już po mundialu w RPA. Niezależnie od tego, czy drodzy działacze z FFF wyślecie tam swoją drużynę, czy może zdecydujecie się na bardziej honorowe rozwiązanie o którym wspominam.  

Allez Les Bleus!

UPDATE Okazuje się, że irlandzki minister sprawiedliwości wpadł na ten sam pomysł, co ja. Teraz chodzi o to, żeby na ten sam pomysł wpadł jeszcze francuski minister sprawiedliwości, a przede wszystkim FFF.

 
1 , 2 , 3
Archiwum