wtorek, 30 listopada 2010
Transmisja na dole

Jeśli ktoś nie ma co robić dziś wieczorem niech koniecznie włączy kanał Discovery Historia. O godzinie 22 leci dokumentalny film o Szombierkach Bytom.

To obraz nie tylko dla kibiców. Świetnie się go ogląda, bo atmosfera i klimat tego niezwykłego klubu zostały dobrze uchwycone (spacer z Zenonem Lisskiem po dzielnicy to świetny pomysł twórców filmu). Obraz chyba pomaga trochę zrozumieć autochtonów. O miłości do Szombierek opowiadają dawni piłkarze (Helmut Sladek, Henryk Peszke, Ginter Sobek), ale i kibice. Jest co wspominać, bo wspaniałych momentów w dziejach ”Zielonych” było wiele. Peszke opowiada, że ich mecze  były nawet transmitowane na dole - w szybach i wyrobiskach kopalni Szombierki! Wszystko dla górników, którzy musieli pracować w sobotę albo niedzielę...

Wiesław Surlit mówi o podstępach względem przyjezdnych („kiedy u siebie mieli duży stadion brało się ich na stary Hasiok, kiedy dysponowali małym - graliśmy u nas na nowym trzydziestotysięcznym stadionie”). Faktem jest, że stare boisko pod słynnym szybem Krystyna przy ul. Zabrzańskiej było w angielskim stylu: bez bieżni, więc widzowie mieli piłkarzy dosłownie na wyciągnięcie ręki, co do dziś wspominają...

Hubert Kostka opowiada z kolei jak to się stało, że ten mały, dzielnicowy klub, którego trenował w 1980 roku, potrafił zdobyć mistrzostwo Polski. Zachowały się fragmenty relacji z meczu, kiedy Szombierki łoją w mistrzowskim dla siebie sezonie Legię 5:0 (wydarzenie komentował Andrzej Zydorowicz) - film je przypomina...

Antoni Piechniczek wspomina z kolei inny słynny mecz obu drużyn, rozegrany piętnaście lat wcześniej. W 1965 roku Szombry wygrały u siebie 5:4, choć jeszcze pięć minut przed końcem przegrywały 2:4! Piechniczek grał wtedy w Legii i opowiada, że w poniedziałek po meczu piłkarze CWKS-u przed wejściem na stadion zobaczyli czarne mercedesy. To zjechali wściekli generałowie, którzy na specjalnej odprawie pytali legionistów jak to się stało?! Jak to możliwe, że oni ten mecz przegrali (w składzie Legii oprócz Piechniczka byli wtedy m.in. Brychczy, Żmijewski, Gmoch i Apostel)?!

W filmie musi też być o rywalizacji z Polonią. O wzajemnej niechęci, której nikt nie ukrywa też jest, o nieudanej fuzji i o tym, że właściwie nie miała ona jednak sensu - również...

Z filmu bije duma mieszkańców Szombierek. I wiara, że choć dziś nie jest nadzwyczajnie (Szombry grają w okręgówce), jeszcze będzie przepięknie. - Tutejsi są za mną, myślę, że to jeszcze pociągnę - mówi na koniec Lissek trenując małych bajtli z dzielnicy. 

PS Powstał też film o Polonii. Ale o nim napiszę za tydzień, bo Discovery Historia zaprezentuje go 7 grudnia (też o godz. 22)

PS1 O zegarze Szombierek pisałem tutaj. Pozdrawiają go koleżanki z Cichej i Bukowej.

PS2 Być może niektórzy myślą, że piłka nożna w Sosnowcu to jedynie wielkie Zagłębie z lat 50., 60., 70... To radzę przeczytać tekst o 90-letnim dziś Władysławie Siechu. Potrafił tak przydzwonić w poprzeczkę, że piłka przeleciała całe boisko, a na koniec wpadła w ręce bramkarza, który stał po drugiej stronie boiska!  A prezes jednego z klubów to chciał Siecha nawet w goły tyłek całować. Nie wierzycie? Tak było... 

PS3 Tomasz Wałdoch odchodzi z Górnika!

PS4 Czy Odra Wodzisław przetrwa zimę?

poniedziałek, 29 listopada 2010
Przełóżmy to!

Dni Wielkiego Śniegu już nadeszły, a zaraz nadejdą Dni Wielkiego Mrozu. Dlatego nie rozumiem uporu z jakim dąży się do rozegrania jeszcze w tym roku kalendarzowym pierwszej kolejki rundy wiosennej. ”A co za problem, mamy przecież podgrzewane płyty” - można usłyszeć zdanie tzw. fachowców. Zapominają oni o tym, że tu nie chodzi tylko o godziwe warunki grania (czy rzeczywiście godziwe to już odrębny temat), ale także o godziwe warunki oglądania. Nic mi nie wiadomo, żeby krzesełka na jakimś stadionie też były podgrzewane...

W weekend szykują się fajne meczyki w Bytomiu i Chorzowie. Może dałoby się je oglądać bez trzęsawki i nie patrzeć błagalnie na wskaz... tfu, na elektroniczną tablicę, tfu.

Pewnie gdyby XVI kolejka była rozgrywana w jakimś normalnym terminie na pewno na trybunach zjawiłoby się więcej ludzi i kluby więcej zarobiłyby na biletach. Mylę się?

Dlatego proszę - przełóżmy to! Jest jakiś racjonalny powód trwania w uporze? Wiecie coś o jakiejś ważnej światowej imprezie piłkarskiej rozgrywanej latem 2011?

Więcej o sprawie - tutaj.

niedziela, 28 listopada 2010
Padlina to jednak dobry sposób

Wróciłem z meczu Ruchu z Jagiellonią. Trudno było oczekiwać takiego widowiska jak rok temu, kiedy niebiescy wygrali 5:2. Z dwóch powodów. Po pierwsze: Ruch nie jest tak silny w ataku jak wtedy -  jedynym strzelcem gola z tamtego spotkania, który nadal gra w Ruchu, jest Łukasz Janoszka. Po drugie: oglądałem niedawny występ Jagiellonii w Zabrzu i wiedziałem czego się spodziewać: dokładnie takiej padliny jaką ekipa z Białegostoku zaprezentowała dziś na Cichej.

Co mi się podobało:

a) technika, opanowanie i przegląd pola Andreja Komaca. W 17 minucie Słoweniec na chwilę przeniósł nas na boiska hiszpańskie albo francuskie. To tam można zobaczyć świetnie wyszkolonych piłkarzy znakomicie uderzających z powietrza. Komac uderzył znakomicie, ale Sandomierski udowodnił, że instynkt to jednak jego kumpel. Ale wiecie co? Czuję, że wiosną Ruch będzie mieć z Komaca pociechę. Już dziś stawiam, że jeśli zdrowie Słoweńcowi pozwoli, może stać się odkryciem rundy wiosennej w polskiej ekstraklasie;

b) że Piotr Stawarczyk kilka razy dzielnie sobie radził z Kamilem Grosickim. Niby zawodnik z drugiego planu, a robił pierwszorzędną robotę;

c) że Matko Perdijić obronił ten jeden naprawdę groźny strzał (w całym meczu goście dwa razy strzelali w światło bramki). Grunt to koncentracja. W 88 minucie bramkarz Ruchu świetnie spisał się w sytuacji sam na sam z Tomaszem Frankowskim. Każde wyjście obronną ręką z sytuacji sam na sam z Frankowskim zasługuje na uwagę.

Co mi się nie podobało:

a) że po bezsensownych zagraniach w niegroźnych momentach kartki zobaczyli dziś Gabor Straka i Marcin Malinowski. To oznacza, że w ostatnim meczu z Lechią trener Fornalik będzie musiał się poważnie zastanowić jak zestawić środek pomocy. Trzeba będzie eksperymentować w momencie, kiedy czas nie sprzyja eksperymentom;

b) że pierwsza wiosenna kolejka będzie dogrywana jeszcze jesienią. Zapowiada się na mordęgę... Dobrze mają tylko Adlerek i Tauronek - wreszcie są pewne, że nie stracą przytomności z przepocenia, że nie zadławią ich duszności. Nie lepiej grać dłużej w czerwcu?

c) że Maciej Jankowski zapomniał o starej prawdzie: napastnik musi być egoistą. Gdyby Jankowski w 49 minucie był egoistą i nie zagrywał piętą - Ruch wygrałby to spotkanie. To nazwisko zobowiązuje, ale więcej mogliby na ten temat powiedzieć w Zabrzu;

d) że liderem pozostanie zespół, który oddaje ledwie dwa strzały w światło bramki w całym meczu. Fakt, że na czele tabeli jest drużyna, która po rundzie jesiennej w meczach wyjazdowych ma ujemny bilans (zatrważające zestawienie: 2 zwycięstwa, 3 remisy, 3 porażki, bramki 5:9), dobitnie unaocznia jak słaba jest dziś polska ekstraklasa. Wystarczy po prostu bardzo dobrze grać u siebie i tyle. Ciekawe czy wyjazdowa padlina wystarczy Jagiellonii do zajęcia miejsca w trójce na koniec sezonu.

PS Może i nasza liga jest słaba, ale Czadoblog zawsze będzie się nią interesować. Bo jednocześnie jest bardzo ciekawa. Wolicie ligę słabą i ciekawą czy dobrą i nieciekawą?;-)

PS1 Omega i Trybuna też zawsze będą interesować się naszymi rozgrywkami.

PS2 Hu hu ha, na Cichej zima będzie zła...

Dzień najgorszy z najgorszych

Na pewno zastanawialiście się kiedy zdarzył się Wam najgorszy dzień w życiu i dlaczego właśnie ten jeden był najgorszy.

Warto w tym momencie się pocieszyć i pamiętać, że inni na pewno mają gorzej. Zapewniam, że nie chcielibyście być AKS-em Chorzów. Bo trudno sobie wyobrazić, że może być coś gorszego niż najgorszy dzień w historii tego właśnie, założonego zresztą sto lat temu, klubu.

Akurat dziś przypada dokładnie 56. rocznica wyjątkowo nieszczęśliwych wydarzeń.

28 listopada 1954 roku AKS rozegrał ostatni mecz na poziomie ekstraklasy w swojej historii. Chorzowianie przegrali w Łodzi z ŁKS-em i spadli. Spadli na zawsze. Już nigdy nie wrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Wrócili w rozpaczy i... wpadli w rozpacz jeszcze większą. Dokładnie tego samego dnia kiedy piłkarzy dotknęła  degradacja, spłonęła piękna zadaszona trybuna na stadionie AKS-u!

To było cacko będące oczkiem w głowie i dumą miasta. Obok zwykłych miejsc dysponowało lożami reprezentacyjnymi i lożami dla publiczności, a także miejscem dla orkiestry, natryskami i pokojem lekarskim...

Ciekawe, że o budowie cacka zdecydowały względy ambicjonalne polskich władz. Inspiracją była... budowa przez Niemców stadionu w Bytomiu w Parku Miejskim w 1924 roku (czyli dzisiejszego stadionu Polonii im. Edwarda Szymkowiaka). Po prostu - społeczność po polskiej stronie Górnego Śląska nie chciała być gorsza od społeczności niemieckiej strony Górnego Śląska... W efekcie w 1927 roku prezydent Ignacy Mościcki otworzył obiekt. Swoją drogą - znacie inny przypadek otwarcia przez prezydenta RP obiektu sportowego na Górnym Śląsku?

Nie udało się nigdy wyjaśnić co właściwie było przyczyną pożaru. Czy stała za tym rozpacz kibiców AKS-u po spadku, która miała przerodzić się w dramatyczny akt autodestrukcyjny? Czy może przesiąknięta benzyną trybuna (ponoć karnistry trzymała wewnątrz sekcja motorowa)? Nie wiadomo.

Spadek z ekstraklasy na zawsze i pożar głownej trybuny w jednym dniu... Czy może wydarzyć się coś gorszego w dziejach klubu piłkarskiego?

PS Stulecie AKS-u było dobrą okazją do wydania monografii ma temat chorzowskiego klubu. Napisali ją Darek Leśnikowski i Wojtek Krzystanek. Serdecznie polecam.

PS1 Oczywiście sto lat temu AKS nie nazywał się AKS, tylko Verein für Rasenspiele Königshütte.

PS2 O zegarach i trybunach pamiętamy.

sobota, 27 listopada 2010
Pamiętać żeby zapomnieć

Wróciłem z meczu Polonii z Legią. Przyzwyczaiłem się już, że bytomianie wygrywają w spotkaniach z tym rywalem do zera, a tu proszę - jednak zaskakująca niespodzianka! Damian Bartyla irytował się po meczu, że w dwóch poprzednich zwycięskich grach z legionistami Polonia nie stworzyła tylu sytuacji co teraz. Sama prawda... Trzeba jednak przyznać obiektywnie [szok! Czadoblog zdobywa się na obiektywizm - przyp.pacz], że piłeczka ładnie w Legii chodziła. Gdyby goście przegrali, na pewno napisałbym, że nie zasłużyli na porażkę... A tak - trzeba jedynie pamiętać żeby o tym meczu zapomnieć.

Co mi się podobało:

a) wypowiedź trenera Legii. Maciej Skorża przyznał, że wygrana w Bytomiu, to jeden z największych sukcesów jego zespołu w tej rundzie. I potrafił to bardzo sugestywnie uzasadnić;

b) heroizm Petera Hricki. Kapitan Polonii jako jedyny biegał po boisku w koszulce z krótkim rękawem. Mutant czy co? Temperatura była tak skandaliczna, że równie mocno jak rękawki Hricki podobał mi się termos kolegi, który z tego meczu napisał relację. Uspokójcie się - w termosie była tylko gorąca herbata.

Co mi się nie podobało:

a) że los potrafi tak zachichotać. Kto po tym meczu uwierzy, że David Kobylik to jeden z piłkarzy najlepiej wykonujących stałe fragmenty gry w polskiej lidze? A naprawdę potrafi. Trener Jan Urban wspomniał, że po treningach facet ćwiczy karne do upadłego, wchodząc w zakłady się z bramkarzem. Tymczasem z Legią zmarnował karnego już na początku meczu. Potem zaimponował kilkoma dalekimi crossami, ale niektórzy bytomscy kibice byli już na niego cięci. ”Brawo David” - zakrzyknął jeden z nich po udanym kilkudziesięciometrowym podaniu Czecha. ”Jakie brawo David, co ty mówisz?!” - zaripostował zaraz drugi;

b) że los potrafi tak zarechotać. W 49 minucie strzelał Marcin Radzewicz - piłka odbija się od Inakiego Astiza - piłka odbija się od rękawic Wojciecha Skaby - piłka odbija się od słupka - piłka wpada w rękawice Wojciecha Skaby;

c) że los potrafi tak zakpić. W wygranych wcześniej meczach z Cracovią i Arką Polonia zagrała słabiej niż w ostatnio przegranych z Lechem i Legią [znów obiektywny sąd. Czado nie przesadzasz? - przyp.pacz].

PS Padło pytanie czy za zegarem Polonii też się będę ujmować. Odpowiadam: nie. Za bytomskim chronometrem elektronicznym niekoniecznie:-)

czwartek, 25 listopada 2010
Czas lwa i czas wilków

Wiecie jaka postać łączy dawny GKS Katowice z obecnym? Nie chodzi mi bynajmniej o Jana Furtoka, lecz o kogoś, kto nigdy nie wychylał się na piedestał, a pełnił w klubie istotną rolę. Dziś, kiedy znów można spotkać go na Bukowej, jego funkcja jest już inna, ale i on jest już przecież innym człowiekiem.

W GKS-ie Mariana Dziurowicza, który go zresztą zatrudnił, był zwiastunem nowych czasów, wniósł świeży powiew. W latach 80. praca w klubach piłkarskich wyglądała chyba nieco inaczej niż obecnie, słowo "skostnienie" wydaje się być na miejscu. Jeśli ktoś narzeka dziś na dinozaury w piłce to nie wie co to dinozaury w piłce:-)

Dynamiczny człowiek znający języki bardzo się w GKS-ie przydał. Był kierownikiem drużyny, ale tak naprawdę pełnił rolę dyrektora sportowego, którego wówczas w Katowicach nie było. Jego rola ciągle rosła, w pewnym momencie wydawało się nawet, że to on będzie w Gieksie następcą Dziurowicza.  

Niektórzy sądzili, że wraz z powołaniem na stanowisko szefa PZPN Stary Lew przestanie zajmować się sprawami katowickiego klubu. Do głosu zaczęli dochodzić działacze młodego pokolenia (tacy właśnie jak Bohater Tego Wpisu, a także młodziutki wówczas Ireneusz Król, obecny szef rady nadzorczej Gieksy). Snuli nowe wizje kierowania klubem. Zmieniała się rzeczywistość, w której przyszło działać klubom piłkarskim, przyszedł czas przekształceń organizacyjno-prawnych. Obserwatorzy z uwagą śledzili to, co dzieje się we władzach GKS. Okazało się jednak po raz kolejny, że w Katowicach najwięcej do powiedzenia wciąż ma Stary Lew. Wszystkie najważniejsze stanowiska zarówno w spółce jak i w stowarzyszeniu zajęli ostatecznie jego zaufani ludzie. Nazwanie ich w ten sposób nie było określeniem na wyrost - niemal wszyscy znali się ze Starym Lewem od kilkudziesięciu lat...

Stary Lew nie zniósł sytuacji, kiedy Młode Gieksiarskie Wilki się spiknęły (czyli Ireneusz Król i Bohater Tego Wpisu) i zaczęły widzieć pewne sprawy inaczej niż on. Stary Lew więc ryknął i Młode Wilki musiały odpuścić. A właściwie opuścić. Opuścić Bukową. Słyszałem relacje, że Bohater Tego Wpisu, typowany przecież swego czasu na prezesa spółki,  jak oparzony wypadł z jakiegoś ważnego zebrania. W ustach mełł różne wariacje najbardziej znanego nieparlamentarnego polskiego słowa. Tyle go na Bukowej widziano, złożył rezygnację. To był 1997 rok.

Stary Lew pogonił więc Młode Wilki, ale z perspektywy czasu widać, że Gieksa chyba na tym nie zyskała...

Czas jednak leci, minęło 13 lat. Starego Lwa już nie ma. Ba, to Młode Wilki stały się Starymi Lwami. Wygląda na to, że Bukową rządzi dziś zgrany duet sprzed lat. Ireneusz Król bardzo ceni Bohatera Tego Wpisu. Już w 2004 roku chciał go ściągnąć do Zabrza, gdy sam został szefem rady nadzorczej Górnika. - To człowiek niezwykle kompetentny. Jego umiejętność rozmawiania z innymi, znajomość języków, znajomość menedżerki są bardzo cenne - mówił mi wtedy Król. Ale wtedy się nie udało. Udało się teraz.

Przeczytajcie zresztą sami ciekawą rozmowę Maćka Blauta z Bohaterem Tego Wpisu.

PS Bohater Tego Wpisu kształtował również warsztat przyszłego Czadobloga. Jak dziś pamiętam dzień, kiedy zadzwoniłem na GKS (to był chyba 1995 rok), bo chciałem się czegoś dowiedzieć od Bohatera Tego Wpisu.  Bohater Tego Wpisu słodkim głosem powiedział mi przez słuchawkę, że Bohatera Tego Wpisu akurat na Bukowej nie ma... To się nazywa spuścić pismaka:-) Dziś zareagowałbym inaczej, ale wtedy zostałem ze słuchawką w ręce i otwartymi ustami.

Człowiek uczy się całe życie:-)

PS1 Zegar z Bukowej też pamięta Bohatera Tego Wpisu. Z wzajemnością:-)

PS2 Czy problemem jaki dosięgnie Ruch będzie też podatek od sum, które spółka już przelała na konta wierzycieli? Więcej o niebieskich tutaj

środa, 24 listopada 2010
Poczuć się jak głupek

O tych wydarzeniach huczy dziś cały piłkarski światek. Można zżymać się na Mourinho, można wściekać się na Xabi Alonso i Sergio Ramosa. Można również docenić szatański plan i jego realizację.

Jednak nie o Alonso i Ramosie chciałem tym razem coś napisać. Nie o Mourinho i nawet nie o Jerzym Dudku.

Zwróćcie uwagę na zachowanie „Wampira z Amsterdamu”. Luis Suarez jest świetnym piłkarzem, choć tym razem to całkowicie nieistotne. Jeśli nie wstydził się po niedawnym meczu z PSV to myślę, że zawstydził się po spotkaniu z Realem. Być może nie od razu. Ale kiedy dotarły do niego wszystkie okoliczności, zamknął się pewnie w kiblu na kilka godzin. I łkał ze złości, że tak dał się ......

Nie przypominam sobie, żeby ktoś zrobił z siebie ostatnio takiego głupka. Zarówno przy przeeeeeciągniętym wybijaniu piłki spod bramki przez Alonso jak i powtórce z rozrywki Ramosa, pełen oburzenia Suarez gorąco gestykuluje. Przy okazji gry na czas Ramosa puka się w czoło... Ciekawe czy Mourinho  zarechotał kiedy oglądał powtórkę na video. 

PS A teraz napiszę coś, za co Czadoblożek się na mnie zezłości: uważam, że nie można mieć pretensji do Realu. Trzeba wręcz madryckich piłkarzy pochwalić. Wskazali  bowiem słaby punkt systemu. UEFA musi coś z tym zrobić. Teraz niech zasiądą mądre głowy i wymyślą sposób, żeby takie praktyki obrzydzić potencjalnym naśladowcom Realu w przyszłości.  

Jakiekolwiek kary dla madryckiego klubu byłyby skandaliczne. Przecież w żaden sposób nie oszukali przeciwnika. Spektakularnie oszukali system. Czyli właściwie pomagają w jego naprawie.

Swoją drogą nie możemy się już z Czadoblożkiem doczekać poniedziałku:-)

PS Omega i jej koleżanki żałują, że w pobliżu nie ma żadnego telewizora.

wtorek, 23 listopada 2010
Przeszłość łapie za gardło

Dzisiejsze ”Sport” i ”Przegląd Sportowy” przyniosły informację o karze nałożonej na Ruch Chorzów. Niebiescy mają wyłożyć dodatkowe sto tysięcy zł za to, że nie płacą swoim wierzycielom.

Ruch jest bardzo rozżalony, wręcz wściekły i płacić nie zamierza. Powołuje się przy tym na zapisy PZPN-u. W listopadzie 2008 roku chorzowski klub dostał bowiem z piłkarskiej centrali dokument, w którym PZPN potwierdził mocą uchwały, że proces restrukturyzacji zadłużenia w Ruchu został zakończony (podpisał się pod nią jeszcze Michał Listkiewicz).

Przypomnę jedak, że PZPN postawił nowoutworzonej spółce, którą rządził już wtedy Mariusz Klimek konkretny warunek: żeby przystąpić do ligowych rozgrywek, musiała wziąć na siebie zobowiązania zarządzającego dotąd Ruchem stowarzyszenia. Do spłaty było aż 5,11 mln zł! Pokażcie mi drugiego w polskiej piłce, który zdołał spłacić aż tak potężne długi, których nie zawinił. A Ruch właściwie to przeskoczył! Szacunek...

Ale gdybym był prawnikiem spytałbym brutalnie: co z tego?

Z prawnego punktu widzenia niemożliwe jest wziąć na siebie długi zarządzającego dotąd Ruchem podmiotu, ale... nie w całości. Niemożliwe jest w pewnym momencie powiedzieć: ”koniec”.

Z prawnego punktu widzenia nieistotny jest fakt, że żaden ze zgłaszających roszczenia zawodników nie grał w Ruchu w czasach obecnych właścicieli.

Z prawnego punktu widzenia nieistotne jest także, że obecni wierzyciele nie załapaliby się nawet do piętnastej jedenastki wszech czasów Ruchu.

Z prawnego punktu widzenia istotne jest bowiem, że Ruch (który dzięki Bogu i przejmującym go nowym właścicielom nie stracił prawnej ciągłości) nie zapłacił tym piłkarzom tego co im obiecał.

Sytuacja jest paskudna, ale chorzowski klub moim zdaniem przeszedł zbyt długą drogę i zbyt wiele od tego czasu zyskał, żeby się teraz wycofać.

Co Ruch zyskał - spytacie? Obszerny wywód na ten temat już kiedyś przedstawiłem. To proste: reputacja jest najważniejsza. Ruch zyskał mnóstwo: przede wszystkim to, że nie jest w sytuacji „Lecha”. Na szczęście... Kibice Ruchu mają pewność, że kibicują Ruchowi, a nie jakiemuś farbowanemu czemuś.

Chodzi o to, że kaganek rozpalony w 1920 roku to cały czas ten sam kaganek. Chodzi o to, żeby go nie zdmuchnąć, a przy rozpalaniu nowego nie twierdzić bezczelnie, że to ten sam.

Dariusz Smagowicz powiedział niedawno, że być właścicielem Ruchu to nie obowiązek lecz społeczna służba. Słowa może górnolotne, ale w pełni się z nimi zgadzam. Mało tego; dodałbym do tego jeszcze epitet ”bolesna”.

Nie wiem ile Ruch jest dokładnie winien. Nawet w Ruchu chyba nikt nie jest w stanie tego przesądzić. Prawdopodobnie chodzi łącznie o jakieś 250 tys. zł. A nie zapominajmy o wspomnianej na początku skandalicznie wysokiej karze (ciekawe czyją napełni kabzę, jak sądzicie?)...

Na pewno drażni fakt, że przepisy i prawo na które powołuje się PZPN prawdopodobnie nie są identyczne dla wszystkich: Dariusz Gęsior skarży się, że już ponad dziesięć lat czeka na pieniądze, które zarobił grając w Widzewie i nikt się tym nie przejmuje...

Co robić? Nie wiem. Kwota jest zbyt duża, żeby można było ją pokryć z kibicowskich zbiórek.

Wygląda na to, że Ruch - jeśli nie chce stracić swojej tożsamości, tak przecież cennej - raz na zawsze będzie musiał spłacić tych ludzi. Dopiero potem będzie można o nich raz na zawsze zapomnieć. 

Pójście na wojnę z PZPN-em niestety nic nie da. PZPN właściwie nic na konflikcie nie straci, a niebiescy na pewno nic nie zyskają. Bo trzeba sobie uzmysłowić, że hasło „działalność poza strukturami pezetpeenowskimi” oznacza tak naprawdę śmierć klubu. Każdego profesjonalnego klubu w Polsce.

Jest jeszcze inne wyjście: kaganek rozpalony w 1920 roku można zdmuchnąć. A potem rozpalić nowy i twierdzić bezczelnie, że to ten sam, co był wcześniej.

Chcielibyście tego?

PS Omega też się martwi.

PS1 Na wymioty zbiera mi się kiedy słyszę, że Ruch może stracić licencję. To byłaby ostateczna ostateczność haracząca o dno ostatecznej fazy ostateczności. Proszę darujmy sobie na razie podobne fanzolenie. No bo co: Ruch straci licencję tylko na grę w ekstraklasie, a w I lidze dalej będzie mógł grać z długami?

PS2 Nie zawsze zbiórka jest zbyt małym przedsięwzięciem - kibice Ruchu na najbliższym meczu z Jagiellonią organizują zbiórkę dla człowieka, z którym los (i nie tylko los) obszedł się bardzo źle. O jego przypadku pisaliśmy tutaj.

PS3 Imiona maskotek na Euro 2012 a sprawa polska. Sugestywne.

poniedziałek, 22 listopada 2010
Ruchu! Górniku! Trzeba uciekać

Od przedwojennych czasów najwieksza ilość tytułów mistrzowskich zawsze jest wewnętrzną sprawą klubów górnośląskich. Wygląda na to, że to może się zmienieć, bo tabela nie nastraja w tym względzie optymistycznie.

Zdaniem Czadobloga najbardziej prawdopodobne jest, że mistrzem Polski 2010/11 zostanie Wisła Kraków. To oznacza, że "Biała Gwiazda" świętowałaby mistrzostwo już po raz trzynasty, choć XX wieku najlepsza była zaledwie sześć razy.

Czyżbyśmy mieli w najbliższych latach oddać palmę pierwszeństwa Wiśle? Oddać palmę po raz pierwszy od przedwojnia?! Górniku, Ruchu - walczcie wreszcie o piętnasty tytuł! Uciekajcie!

Pierwszy klub, który zdobył mistrzostwo - Cracovia (w 1921 roku);

Pierwszy klub, który dwa razy był mistrzem - Pogoń Lwów (w 1923 roku);

Pierwszy klub, który trzy razy był mistrzem - Pogoń Lwów (w 1925 roku);

Pierwszy klub, który cztery razy był mistrzem - Pogoń Lwów (w 1926 roku);

Pierwszy klub, który pięć razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1938 roku);

Pierwszy klub, który sześć razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1951 roku);

Pierwszy klub, który siedem razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1952 roku);

Pierwszy klub, który osiem razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1953 roku);

Pierwszy klub, który dziewięć razy był mistrzem - Ruch (w 1960 roku);

Pierwszy klub, który dziesięć razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1968 roku);

Pierwszy klub, który jedenaście razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1974 roku);

Pierwszy klub, który dwanaście razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1975 roku);

Pierwszy klub, który trzynaście razy był mistrzem - Ruch Chorzów (w 1979 roku);

Pierwszy klub, który czternaście razy był mistrzem - Górnik Zabrze (w 1988 roku).

PS A poza tym Omega powinna wrócić, a Trybuna powinna zostać. Na Bukową również coś powinno wrócić!:-)

PS1 Na forum strony GKS-u Katowice trwa dyskusja kibiców nad klubową maskotką. Opcje są różne, rzekłbym drastyczne i nie do zaprezentowania. Jedna z propozycji do zaprezentowania się nadaje. Przyznam, że mnie rozwaliła:-)

PS2 Omega - dobre wieści.

niedziela, 21 listopada 2010
Mane, tekel, fares

Nigdy nie ośmieliłbym się doradzać tak wybitnemu fachowcowi jak Franciszek Smuda. Zastanawiam się jedynie czy polski futbol stać na pomijanie piłkarzy, którzy mają bardzo dobrą pozycję w bardzo dobrych ligach.

Tomasz Cywka wychowujący się w malutkiej osadzie Wieszowa pod Tarnowskimi Górami ma dziś 22 lata. Ten były uczeń zabrzańskiego Centrum Edukacji, początkowo kopiący piłkę w bytomskiej Polonii, chorzowskiej Zantce i w zabrzańskim Gwarku, wyjechał z Górnego Śląska na początku 2006 roku. Wtedy, prawie pięć lat temu, wypowiedział słowa, które były dość zaskakujące. - Polska ekstraklasa mnie w ogóle nie interesuje. Chcę uczestniczyć w piłkarskich spektaklach w Anglii, bo tam futbol jest zabawą i radością - stwierdził.

Z reguły śląskie nastolatki marzące o futbolowej karierze mierzą siły na zamiary. Cywka wyłamał się z tej reguły i - o dziwo - miał rację. A może wyłamał się właśnie dlatego, że miał dalekosiężne marzenia?

Początki w Anglii chłopak miał trudne, a nawet bardzo trudne, jeśli patrzeć na rozwój kariery pod kątem gry w seniorskiej drużynie. Ostatecznie Cywka zmienił klub i w Derby County stał ważnym graczem. Wczoraj oklaskiwało go 25 tysięcy ludzi. Strzelił gola (czwartego w sezonie) i zaliczył asystę. Jego klub bije się o awans do Premier League, a kibice śpiewają o nim piosenki!

Przypomnę wzory młodego piłkarza. To Zinedine Zidane, Ronaldinho, Frank Lampard. ”Bo każdy z nich to wielka indywidualność, ale dla mnie najważniejsze, że wszyscy oni grają przede wszystkim dla zespołów, podporządkowują swoją grę dla drużyny”. Te słowa Cywka wypowiedział gdy miał 18 lat... Nie zmieniają faktu, że potrafi i lubi dryblować. Może nawet jest dziś polskim piłkarzem, opanował sztukę dryblingu najpełniej, który kiwa się najlepiej? A w Derby - wbrew stereotypom o angielskim futbolu - wcale nie hamują w nim tych skłonności. Dobry drybler potrzebny jest wszędzie...

Czy w polskiej kadrze również?

Wielkie wrażenie zrobił na mnie filmik, na którym jest składanka czarów z piłką. Kiedy go pięć lat temu zobaczyłem, musiałem wycierać monitor. A co tam, że były to tylko cyrkowe sztuczki, które nie mogły świadczyć o piłkarskiej klasie, Janusz Chomontek żadnej kariery przecież nie zrobił. Ale filmik świadczył za to o technicznym przygotowaniu piłkarza.... Ten dwuipółminutowy pokaz wideo Cywka sklejał z króciutkich filmików przez kilka tygodni. Mama z tatą kręcili, a on podbijał piłkę. Jak rodziców akurat nie było, to sam brał kamerę, włączał opcję nagrywanie i biegł przed obiektyw, by przez kilkadziesiąt sekund pożonglować...

Pierwszy raz o Cywce napisaliśmy w katowickiej ”Gazecie” sześć lat temu. W marcu 2004 roku niespełna 16-letni łepek w meczu polskich juniorów z Serbią i Czarnogórą strzelił gola, który "byłby ozdobą największych stadionów świata. W pełnym biegu, z ostrego kąta uderzył piłkę głową do siatki w stylu, którego nie powstydziłby się nawet Szarmach".

Dziś Cywka nie jest już sympatyczną ciekawostką. Jest kawałem piłkarza.

Może ktoś Smudzie by o tym wreszcie powiedział?

PS Myślałem, że widziałem już i słyszałem o wszystkich futbolowych chamstwach świata. Ale nigdy nie podejrzewałbym, że numer z drugą piłką rzuconą na boisko, żeby przeszkodzić gościom w idealnej sytuacji, może zdarzyć się w profesjonalnej lidze. Nie dziwię się wściekłości piłkarzy i trenera Ruchu. 

Śląsku Wrocław: Mane. Tekel. Fares.

PS1 O trybunie i zegarach pamiętam. Będę pamiętać do końca. Mam nadzieję, że nie ich końca...

 
1 , 2 , 3
Archiwum