środa, 30 listopada 2011
+35

Zostawiam na chwilę klocki żeby zastanowić się nad pewnym zjawiskiem. Jeszcze nie tak dawno piłkarz 35-letni mógłby pewnie sobie pograć najwyżej w oldbojach. Ale teraz tacy zawodnicy dość często ciągle są w cenie. Może wynika to z faktu, że generalnie zawodnicy lepiej się dziś prowadzą, z pomocą specjalistów mogą lepiej doglądać zdrowia i formy, bardziej dbać o organizm? A może wcale nie z tego powodu?

Oczywiście cenieni +35 nie są wymysłem obecnych czasów. Zdarzali się zawsze, choć chyba już nie tak często jak obecnie. Mylę się? Grali i grali, bo czasem kibice prosili ich żeby występowali jak najdłużej, czasem nie wiedzieli co ze sobą począć, a czasem dlatego, że młodzi zwyczajnie nie stanowili dla nich konkurencji. Teodor Peterek wrócił do Ruchu jako 36-latek - choćby po to żeby upamiętnić się w annałach: w 1948 roku strzelił ostatnią ligową bramkę; dwadzieścia lat po pierwszej...

Tym wpisem nie chcę sięgać tak daleko - pragnę za to wymienić kilku zawodników, którzy odważyli się zmienić klub na szczeblu centralnym w wieku +35, a których pamiętam z boiska.

Janusz Nawrocki trafił z Sokoła Tychy do Ruchu Chorzów jako 37-latek. Podziwiając jego grę jeszcze w GKS-ie Katowice byłem pewny, że sobie poradzi. Na Cichej spędził niecałe trzy sezony, najlepszy miał ten środkowy (1997/98) - kiedy rozegrał w lidze 30 meczów. To był wyjątkowy piłkarz, o bardzo charakterystycznym sposobie biegania. W Ruchu już jako członek starszyzny mógł sobie pozwolić na wychowywanie młodszych. Pamiętam jak dziś gdy na lotnisku w Lizbonie (byliśmy tam z okazji meczu chorzowian z Estrelą Amadora) obsztorcował młodszego kolegę (nazwisko przemilczę) kiedy ten, ziewając, ostentacyjnie szkrobał się po genitaliach. Nawrocki zasugerował mu dość ostro, że tak przy wszystkich po prostu nie wypada... Cieszę się, że potem miałem szczęście podziwiać Nawrockiego jeszcze w Grunwaldzie Halemba. Poważne granie skończył przed czterdziestką. Przechodząc obok niego w życiu nigdy byś nie powiedział, że ten mały (trochę ponad 170 cm), piegowaty, łysiejący blondyn mógłby zmienić twoje życie na murawie w koszmar... Wydolność miał jednak niezwykłą. Dla mnie absolutna czołówka wszech czasów wśród polskich defensywnych pomocników;

Jan Urban trafił do Górnika Zabrze z Oldenburga jako 36-latek. Wcześniej chrapkę miał na niego GKS, wyglądało nawet, że może coś z tego wyjść. Kiedy jednak zgłosił się Górnik - Urban się nie wahał... Po ośmioletniej przerwie znowu zagrał dla KSG. Byłem na jego pierwszym meczu w Zabrzu po powrocie. W spotkaniu z Zagłębiem Lubin wystąpił w ataku, partnerował mu o 14 lat młodszy Marcin Kuźba. Urban pokazał kilka zwodów i strzałów "jak za dawnych lat". Jego efektowny wolej w 23. minucie i strzał przewrotką kwadrans później wzbudziły na stadionie entuzjazm. - Z tymi chłopakami gra mi się naprawdę nieźle. Górnik na pewno nie spadnie z ligi, to zbyt dobry zespół. Marzę, że zdobędziemy Puchar Polski. Tego trofeum jeszcze nie mam w swojej kolekcji - powiedział idol zabrzańskich kibiców z lat osiemdziesiątych. Pucharu nie było, ale spadku też nie... Zapamiętałem, że po meczu ubrany w elegancką marynarkę, rozdawał autografy. W głowie utkwiło mi, że w klapie miał przypięty znaczek z herbem Nawarry. Nawet podszedłem żeby się z bliska przypatrzyć co to za herb. - Spędziłem w tej hiszpańskiej prowincji wiele wspaniałych chwil. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Cieszę się, że właśnie tam mieszkam na stałe - dodał, gdy zapytałem go o ten znaczek; 

Marek Koniarek trafił z Wisły Kraków do GKS-u Katowice jako 35-latek. Jednak bogiem zdążył stać się trochę wcześniej w Widzewie, gdzie do dziś dobrze go wspominają. Kiedy wrócił na Bukową żałował tylko jednego: sposobu w jaki pożegnano go w RTS-ie. Tak mi o tym opowiadał jeszcze w latach 90:

''Latem 1996 roku działacze kupili kilku nowych napastników. Chciałem się zorientować, czy nadal będę miał miejsce w składzie. Nie zamierzałem siedzieć na ławce rezerwowych. W pierwszym meczu z Broendby po godzinie gry zszedłem z boiska, a mój zmiennik Dembiński strzelił gola. Kilka dni potem przeżyłem szok. W ligowym meczu z Bełchatowem trener Smuda nie wystawił mnie w podstawowym składzie. Dotąd nigdy po jednym tylko meczu, w którym nie strzeliłem gola, nie siadałem od razu na ławce rezerwowych. Nie spotkało mnie to ani w Siemianowiczance, ani w Szombierkach, ani w Katowicach. Poinformowałem więc działaczy, że opuszczam Widzew. Miałem trochę żalu do trenera Franciszka Smudy...''

Przypomnę, że ''Koń'' jeszcze sezon wcześniej został królem strzelców z 29 bramkami. Ale po powrocie do GKS-u dołożył jeszcze trzy gole. To były dokładnie te trzy z drugiej setki...

Dlaczego dziś o tym piszę, dlaczego wspominam? Bo kroi się kolejny taki transfer. Pewien 35-letni piłkarz być może przejdzie z Górnika Zabrze do GKS-u Katowice. Myślicie, że mógłby się tam sprawdzić? A może macie jakichś własnych bohaterów +35?

PS Omega Teodora Peterka pamięta.

wtorek, 29 listopada 2011
TADĄĄĄĄĄĄĄ! TADĄĄĄĄĄĄĄ!!!

Musiałem głośno zabębnić i zatrąbić.

Attention+Attention+Attention+Attention!

Od dziś o katowickim sporcie przeczytacie w zmienionej formie. Od teraz strona mu poświęcona wygląda zupełnie inaczej...

Możecie zerknąć tutaj.

O to żebyście mieli z niej pociechę dbać będą:

- Blaut Maciej (dziennikarz. Będzie pisał o Górniku Zabrze, GKS-ie Katowice, Polonii Bytom i innych sprawach);

- Fejkiel Marcin (dziennikarz. Będzie pisał o Jastrzębskim Węglu, sporcie w całym ROW-ie a także Piaście, przepraszam Pieście Gliwice no i o Ruchu Chorzów);

- Płatek Piotr (dziennikarz. Będzie pisał o Górniku Zabrze oraz sporcie na Podbeskidziu);

- Todur Wojciech (dziennikarz. Będzie pisał głównie o Ruchu Chorzów, a także Ruchu Radzionków, GKS-ie Tychy, Zagłębiu Sosnowiec i oczywiście o hokeju)

a także:

- Zawadzki Piotr (w tej konfiguracji mediałerker);

- Kaczmarzyk Grzegorz (w tej konfiguracji również mediałerker);

- Czado Paweł (mediałerker).

Tych trzech ostatnich kolesi będzie głównie bawić się klockami, ale jak znam życie - nie odpuszczą pisania. Zresztą cała siódemka będzie z klockami miała do czynienia... Czadoklocek ma nadzieję, że de temps en temps wygrzebie się spod tej sterty i z Czadoklocka zmieni się momentami w Czadobloga. Będę starał się skrobać w tym miejscu dalej, a co z tego wyjdzie - zobaczymy;-) A może uda się także napisać coś do papierowej gazety? Uwielbienie dla papieru pozostanie we mnie na zawsze:-)

W każdym razie - serdecznie polecam Wam naszą stronę. Bądźcie z nami. Także dlatego, że znajdziecie tutaj nie tylko krótkie treści z nastawieniem na informację. Będą też stare dobre formy gazetowe: reportaże, wywiady, analizy (na tym wąskim pasku je znajdziecie).

PS Jeśli zechcielibyście podzielić się uwagami dotyczącymi projektu - piszcie proszę na pawel.czado@katowice.agora.pl

PS1 Omegę pozdrawiam niezmiennie. Ona też będzie wchodzić na stronę śląsk.sport.pl

17:04, pavelczado , Akcje
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Podpałka

Ruch nie dał rady Lechii na wyjeździe. Szkoda, bo można było dziś nawet wygrać. Szkoda, bo można było nie tylko wygrać, ale i nadrobić; nieczęsto zdarza się żeby trzy pierwsze drużyny w tabeli solidarnie przegrały po 0:1. To kolejny mecz Ruchu, w którym mógł zwyciężyć, a jednak przegrał. Nie wiem dlaczego tak się dzieje.

Co mi się nie podobało:

a) że uwidocznił się słaby punkt Arkadiusza Piecha. On dobrze czuje się w tłoku, ma refleks, potrafi rozegrać piłkę na małej przestrzeni, potrafi również się z nią rozpędzić atakując z głębi, ale wygląda na to, że sytuacje sam na sam z bramkarzem wybitnie mu nie leżą... Tym razem też nie był to brak szczęścia - w I połowie napastnik Ruchu w idealnej sytuacji podpalił się i za szybko strzelił. Wydaje się, że niecierpliwość to cecha, która charakteryzuje najgroźniejszego obecnie chorzowskiego piłkarza:-)

b) że większość strzałów piłkarzy Ruchu była umiejętnie blokowanych przez gdańszczan i niebiescy nie mogli nic na to poradzić. Może to właśnie było przyczyną porażki? 

Co mi się podobało:

a) gra Ruchu w polu, zwłaszcza w I połowie. Między połówką a polem karnym gospodarzy chorzowianie byli lepsi. Potrafili rozegrać piłkę (często na jeden kontakt), atakowali w urozmaicony sposób - lewą flanką, prawą i środkiem. Po pierwszej połowie bardzo wyraźnie przeważali w oddanych strzałach (9:4) i rogach (4:1), dominację w tym względzie utrzymali zresztą do końca (15:9 i 5:4). Ale przecież każdy z nas gdyby miał do wyboru porażkę po dobrej grze i zwycięstwo po kaszanie - wybrałby kaszanę;-/

b) że Piotr Stawarczyk nie rozpatrywał samobója. Gdyby rozpatrywał to nie uratowałby Ruchu przy sytuacji sam na sam Tadicia w II połowie. Ale swoją drogą jestem ciekawy czy Waldemar Fornalik będzie rozmawiał z chorzowskim obrońcami w jaki sposób ustawiać się do mocno bitych piłek z flanki w pole karne. Czy przecinanie jej lotu w taki sposób w jaki uczynił to Piotr Stawarczyk nie jest zbyt ryzykowne. Czy można było nie przecinać?

c) nowa fana kibiców Ruchu. Rozmiarowo właściwie fanka - ''Waldek King'' Cóż, nie każdy ma trenera, który prowadziłby drużynę w osiemdziesiątym meczu z rzędu;

d) gra Wojciecha Pawłowskiego. Nie do wiary, że ma dopiero 18 lat. Gdzie nabrał takiego doświadczenia, skoro w ekstraklasie rozegrał dotąd jednocyfrową ilość spotkań?

e) siatki w bramkach. Z dużym, dobrze widocznym herbem Lechii. Mam nadzieję, że kiedy ten zwyczaj przyjmie się na Śląsku nie wtargnie w to miejsce jakiś sponsor...

PS Omega też tak uważa.

sobota, 26 listopada 2011
Agresja werbalna

Różne są sposoby motywowania drużyny piłkarskiej. Pozytywne i negatywne. Różnica między nimi jest taka, że czasem motywacja skutkuje, a czasem ten skutek pozostaje tylko w życzeniach nieudolnie motywujących.

Byłem dziś na meczu Polonii Bytom z Ruchem Radzionków. Wiadomo, że ten mecz wzbudza teraz mnóstwo emocji, choć mało kto pamięta, że  kiedy oba kluby konfrontowały się ostatnio (w sezonie 2004/05 na trzecim poziomie rozgrywek) wcale takimi elektrycznymi derbami nie był. Był meczem jednym z wielu, dopiero ostatnio, kiedy bytomsko-radzionkowska niechęć zaczęła się nawarstwiać,  nabrał takiego znaczenia.

Może nie nagle, ale dość szybko dla kibiców Polonii zwycięstwo z Ruchem Radzionków stało się sprawą życia i śmierci. Publika jest dziś dużo bardziej radykalna od tej, którą pamiętam z bytomskiego stadionu choćby z połowy lat 90. Frakcja radykalna najczęściej sięga po radykalne pomysły więc motywacja piłkarza zmieniła się w ''motywację''.

Bardzo wielu ludzi z tych 2630, którzy przyszli dziś na stadion uznało, że najlepszym sposobem będzie agresja werbalna. Popełnili, uważam, błąd. Grube słowo może spełnić swoją rolę, pod warunkiem, że nie jest używane za często, że nie spowszednieje. Tłumnie skandowane okrzyki ''Nie ma litości, połamcie tym kurwom kości'' czy też ''Gdy spadniemy - zajebiemy'' (było jeszcze kilka innych podobnych w charakterze, ale zapomniałem treści) przyniosły moim zdaniem skutek wręcz odwrotny i miały siłę flauty.

Gospodarze się spięli. Według jednych po zdobyciu bramki dającej prowadzenie na 1:0, według innych po stracie bramki wyrównującej. Faktem jednak jest, że goście tuż przed przerwą wyszli na prowadzenie i już go nie oddali.

Słaba gra Polonii w drugiej połowie trochę mnie zaskoczyła. Spodziewałem się walki o życie i wielkich emocji w końcówce, a nic takiego się nie stało. Trzeba jednak pamiętać, że bytomianie w obecnym kształcie to drużyna bardzo niedoświadczona, której jeden doświadczony spiritus movens czyli Jean Paulista - nie wystarczy. 

Ruch Radzionków wygrał zasłużenie. Słowa trenera Artura Skowronka, że ''to zwycięstwo jest dla radzionkowskiej społeczności bezcenne'' również świadczy o tym, że stosunki sąsiedzkie mogą się pogarszać bez rozgrywania meczów przez kilka lat. Jeśli ktoś nie pamięta - ostatni raz Cidry wygrały z Polonią w lidze 16 sierpnia 2003 roku w ówczesnej III lidze. Było to również na Olimpijskiej, a jedynego gola w tamtym meczu strzelił 18-letni wówczas napastnik Dawid Rudyk (chyba już zakończył karierę).

Trener Dariusz Fornalak nie miał żadnych pretensji do bytomskich kibiców. Podziękował im jedynie, że tak długo wytrzymywali z taką drużyną (w tym roku Polonia zgromadziła 16 punktów w 20 ligowych meczach i zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli), zapowiedział, że zmiany zimą są nieodzowne i że Polonia jeszcze nie spadła.

Po meczu pogadałem jeszcze z Tadeuszem Ceglińskim, potencjalnym akcjonariuszem Polonii. Nie miał zbyt wesołej miny. Stwierdził jednak, że ''nie można udawać, że się nie zna przegranych''. Czy te słowa mogą wskazywać, że zaangażuje się w Polonię? Nie wiem...

PS Dziś po raz pierwszy mecz w Bytomiu obsługiwała agencja ochroniarska ''Hektor''. Sugeruję zmianę nazwy na ''Midas''.

PS1 A Omega powinna wrócić. 

piątek, 25 listopada 2011
Bukowa przegięła

Zawsze z zainteresowaniem czytam kibicowskie fanziny oraz inne wydawnictwa tego typu, poważne i mniej poważne. Nie tylko ze względów informacyjnych, ale także (a może przede wszystkim) dlatego, żeby przekonać się w jaki sposób kibic patrzy na futbolowy świat, co wydaje mu się ważne, co komiczne itd.

''Bukowa'' wydawana przez Stowarzyszenie Kibiców GKS-u Katowice ''SK 1964'' to na pewno jedno z najważniejszych tego typu wydawnictw na Górnym Śląsku i... znak czasu. Kiedyś klub sam wydawał programy meczowe (mam wiele fantastycznych egzemplarzy m.in. ze ''złotej'' dla klubu drugiej połowy lat 80), teraz rolę programu pełni ''Bukowa'', która wyszła dotychczas 118 razy. Jest coś na wzór profesjonalnej redakcji, jest redaktor naczelny, zespół, foto, grafika, korekta no i drukarnia, która produkuje całość na kredowym papierze. Kiedy jestem na Bukowej zawsze po ''Bukową'' sięgam z zainteresowaniem. Są materiały lepsze i gorsze, ale zawsze czegoś się dowiem.

O ostatnim numerze ''Bukowej'' zrobiło się głośno dzięki niecodziennej okładce, którą wymyślił kibic o ksywie ''kapeć''. Przedstawia ona szefa rady nadzorczej Ireneusza Króla, prezesa Jacka Krysiaka i wiceprezesa Tomasza Karczewskiego niosących trumnę z herbem GKS-u (możecie zobaczyć ją tutaj)

Na widok okładki na miejscu 3xK wcale bym się nie obraził. Wręcz przeciwnie - doceniłbym robotę:-) Takie kolaże-fotomontaże mają w prasie (zwłaszcza brukowej) długą i bogatą historię. Swego czasu w podobnych okładkach specjalizowało się też ''Wprost''. Osobiście chciałbym kiedyś stać się bohaterem takiej pomysłowej okładki;-D:-D:-D

Gorzej niestety jest w środku. Tym razem redaktorzy pozwolili sobie, moim zdaniem, na skandaliczny wybryk. Wydrukowali list do redakcji, w którym wiceprezes Karczewski przedstawiany jest w złym świetle. Nie zrozumcie mnie źle: w konkretnej krytyce absolutnie nie ma nic złego. Nie może jednak być tak, że list, który zaczyna się słowami ''Tomasz Karczewski - osoba nieuczciwa, nieodpowiedzialna, niekompetentna'' jest podpisany krótkim ''Anonim''. 

Zarzucanie nieuczciwości z tylnego siedzenia jest chwytem godnym pogardy. Jeśli jesteś kozakiem i umiesz powiedzieć ''a'', powinieneś był także odsłonić twarz i powiedzieć ''b''.

 PS Na nieszczęsnej stronie z listem było jeszcze trochę pustego miejsca. W sam raz żeby dać szansę wiceprezesowi Karczewskiemu na ustosunkowanie się do zarzutów. A jeśli działacz nie wyraziłby takiej ochoty - można było zaznaczyć, że nie chciał się wypowiadać.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

PS2 Przed chwilą przypadkowo miałem okazję pogadać z członkami zespołu Carrantuohill. Dla mnie to jeden z trzech najważniejszych polskich zespołów muzycznych bez podziału na kategorie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich na żywo w knajpie na granicy Załęża i Katowic w połowie lat 90. umarłem z wrażenia. Potem ich nagrania piłowałem w samochodzie aż do śmierci kaset. Jakbyście nie wiedzieli - panowie grają muzykę celtycką z licznymi elementami folku, a nazwa zespołu pochodzi od nazwy najwyższego szczytu Irlandii. Ustaliliśmy z Adamem Drewniokiem, że zarówno oni jak i ja będziemy trzymali kciuki za to żeby podczas Euro 2102 Irlandczycy trafili do polskiej grupy:-)  

czwartek, 24 listopada 2011
Opowieść o prawdziwym człowieku

Dorwałem książkę o mocno patetycznym tytule ''Niezłomny. Opowieść o przetrwaniu, sile ducha i wybawieniu''.

Tytuł odstraszający, ale niech Was nie odpycha bo jednak warto. Tytuł jest zdecydowanie najsłabszym elementem książki. Tak się wciągnąłem, że zarwałem nockę i dziś z trudem ustawiam się do pionu:-)

Książka w zeszłym roku stała się numerem 1 na liście bestsellerów ''New York Timesa'' i trudno się dziwić. Gdybym miał określić lekturę jednym słowem użyłbym sformułowania ''krzepiąca''.

To opowieść o losach człowieka, którym mógłby być każdy z nas, ale żadnemu z nas taki los się nigdy nie przytrafi. Każdy zmaga się z wyzwaniami i stara się je pokonywać, ale rzadko zdarza się żeby przeżyć wyzwania tak ekstremalne jakie były udziałem urodzonego w stanie Nowy Jork Louisa Zamperiniego, syna włoskich emigrantów.

Jego ojciec był górnikiem, bokserem i robotnikiem budowlanym. Mały Louie w dzieciństwie chorował, więc rodzice przenieśli się do ciepłej Kaliforni. Zapowiadał się na chuligana. „W wieku pięciu lat zaczął palić papierosy, a właściwie pety znajdowane po drodze do przedszkola. Pić zaczął jako ośmiolatek, kiedy pewnego wieczoru schował się pod stołem, podkradł kieliszki z winem, wychylił je duszkiem, wyszedł z domu chwiejnym krokiem i przewrócił się na krzak róży”. Zaczął specjalizować się w drobnych kradzieżach.

Uratował go jednak sport, choć początkowo wydawało się, że może go zabić. Założył się z kolegami o to, kto szybciej przebiegnie ruchliwą autostradę i w czasie wyścigu omal nie został potrącony przez samochód.

Talent dostrzegł w nim starszy brat Pete, który zaczął Louisa zmuszać go do treningów, chciał odciągnąć go ze złej drogi. Okazało się, że Louis ma wielkie możliwości. Szybko stał się najszybszym średniodystansowcem wśród uczniów szkół średnich w historii Ameryki i ciągle robił zdumiewające postępy: w ciągu dwóch lat poprawił własny wynik o czterdzieści dwie sekundy.

Wielu wierzyło, że jako pierwszy człowiek na prestiżowym dystansie na jedną milę zejdzie poniżej czterech minut. Pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina w 1936 roku. Pierwszy start na igrzyskach miał być jedynie przetarciem dla dwudziestolatka, który na miejscu zdał sobie sprawę, że na razie nie ma szans na medal. Był zbyt młody i niedoświadczony: treningi fenomenalnych Finów oglądał z wybałuszonymi oczami. Zajął ósme miejsce na 5000 metrów. Jego czas miał nadejść cztery lata później. W 1940 roku na igrzyskach w Tokio chciał zdobyć złoto na 1500 metrów.

Ale cztery lata później nikt nie myślał już o sporcie. Była wojna, Zamperini dostał się do amerykańskiego lotnictwa. Latał na słynnym „Liberatorze”. Kiedy wiosną 1943 roku jego samolot został zestrzelony, przez 47 dni dryfował na Pacyfiku z dwoma kolegami. „Tratwy z wolna zmieniały się w galaretkę i wydzielały kwaśny, palący smród. Ciała mężczyzn były upstrzone ranami od soli, a wargi tak opuchnięte, że uciskały im nozdrza i dotykały brody” - opis Hillebrand jest tak sugestywny, że przecieram podbródek. No i ta niewiarygodna ciągła wręcz fizyczna walka z rekinami, które prawie trzepotały płetwami z niecierpliwości żeby ich wciągnąć pod wodę... (wiem, że słowa o fizycznej walce brzmią nieprawdopodobnie, ale rekiny podpływały ponoć tak blisko, że rozbitkowie walili je po pyskach) „Widzieli łuki swoich kości udowych pod skórą, bulwy kolan pośrodku ptasich nóg, zapadłe brzuchy i nagie żebra. Wyrosły im splątane brody. Ich skóra lśniła na żółto od wypłukanego barwnika tratwy, upstrzona ranami od soli. Kierowali na poły oślepione słońcem oczy ku linii horyzontu, bez skutku wypatrując lądu. Głód już nie dawał im się zbytnio we znaki, co źle wróżyło”.

Wytrwali jednak, dopłynęli do lądu, gdzie czekali już na nich japońscy żołnierze z wymierzonymi karabinami . W niewoli Zamperini trafił na psychopatycznego komendanta; koszmar spersonifikował się jako Matsuhiro Watanabe, zwany przez jeńców „Ptakiem”, przed wojną student literatury francuskiej. Spotkali się w obozie jenieckim Omori położonym na sztucznej wyspie w Zatoce Tokijskiej. Watanabe bił jeńców codziennie. „Miażdżył im tchawice, przebijał bębenki w uszach, wybijał zęby, jednemu oddarł połowę ucha, innych dręczył do nieprzytomności. Komuś innemu kazał stawiać się przed nim co wieczór i walił pięścią w twarz. Ćwiczył dżudo na pacjencie po zabiegu wycięcia wyrostka. Upojony przemocą wył i zawodził, ślinił się, toczył pianę z ust, czasem szlochał, a łzy ciekły mu po policzkach. Jeńcy nauczyli się rozpoznawać, kiedy zbliżał się napad: na chwilę przed tym, jak Watanabe tracił panowanie nad sobą, opadała mu prawa powieka’’. „Ptak” upatrzył sobie Zampariniego: uwielbiał bić go po głowie kilka razy w tygodniu. Co stało się potem - musicie sami przeczytać. Uspokoję Was jednak. To nie jest zamknięta opowieść. Louis Zamperini żyje. Ma 97 lat.

                                     %

Laura Hillebrand

Niezłomny. Opowieść o przetrwaniu, sile ducha i wybawieniu

wyd. Znak, 2011

PS Omega zaczęła tikać z wrażenia.

PS1 A Wy? Macie jakieś ulubione książki ''okołosportowe''? Opowieść o Zamperinim trudno nazwać pozycją stricte sportową...

15:58, pavelczado , Książki
Link Komentarze (10) »
środa, 23 listopada 2011
Moja jedenastka na Euro

Przemek Rudzki pyta się jaka jest Wasza jedenastka na Euro w tej chwili. W składzie przy kilku pozycjach zostawia kilka pytajników. Ja ich nie mam.

Oto moja prywatna jedenastka na 23 listopada 2011:

Bramkarz: Wojciech Szczęsny;

Prawa obrona: Łukasz Piszczek (lub Jakub Błaszczykowski);

Stoperzy: Damien Perquis i Maciej Sadlok;

Lewa obrona: Jakub Błaszczykowski (lub Łukasz Piszczek);

Prawa pomoc: Adrian Mierzejewski (lub Sławomir Peszko);

Defensywna pomoc: Eugen Polanski;

Ofensywna pomoc: Rafał Wolski*;

Lewa pomoc: Sławomir Peszko (lub Adrian Mierzejewski);

Napastnicy: Robert Lewandowski i Arkadiusz Piech.

Rezerwowi: Artur Boruc, Łukasz Fabiański, Marcin Wasilewski, Arkadiusz Głowacki, Michał Żewłakow, Kamil Glik (albo Sebastian Boenisch), Sebastian Mila, Ariel Borysiuk, Maciej Rybus, Tomasz Jodłowiec, Dariusz Dudka, Paweł Brożek.  

PS Nie wiem czy zestawienie Omegi byłoby identyczne.

PS1 Wojciech Kuczok też widzi Piecha na Euro:-)

*stadion Rozwoju kiedy nie potrafi zasnąć to sobie przypomina i cmoka.

wtorek, 22 listopada 2011
Mało ludzi

Wspólnie z Wojtkiem Todurem zastanawiamy się nad spadającą frekwencją na meczach Ruchu Chorzów, trzeciej obecnie drużyny naszej ekstraklasy. Sprawa jest niejednoznaczna, bo przecież gdyby chodziło o brak zainteresowania to na najbliższe spotkanie ligowe do Gdańska nie wybierałoby się dwa tysiące kibiców Ruchu: podróż jest wyjątkowo czasochłonna, właściwie najdłuższa z możliwych.

Jednak jeśli ktoś twierdzi, że futbolem mogłoby się w Polsce interesować więcej ludzi - odpowiem żeby nie narzekał. Często mamy skłonność do mitologizowania przeszłości - Czadoblog sam ma ją w nadmiarze:-) Jednak fakty są bezlitosne, a raczej... pocieszające. Dokładnie dwadzieścia lat temu, na ostatnią jesienną kolejkę sezonu 1991/92 rozegraną 23/24 listopada przyszło niespełna 34 tysiące ludzi. To daje średnią ponad 3700 fanów na każdym stadionie. 3700! Największe zainteresowanie wywołało wtedy spotkanie Lecha z Wisłą Kraków. Poznań cieszył się akurat silną drużyną z Juskowiakiem, Podbrożnym, Trzeciakiem, Rzepką i Sidorczukiem w składzie. Poznaniacy zdobędą w przywołanym przeze mnie sezonie mistrzostwo Polski. Tymczasem na wspomniany mecz ówczesnego lidera z Wisłą przyszło - nie uwierzycie - tylko 6500 kibiców...

Ale przecież gdzie indziej było jeszcze gorzej... Spotkanie na szczycie GKS-u Katowice z Zawiszą Bydgoszcz i niezwykłe popisy Giji Gurulego (Gruzin robił wtedy wiatraka m.in. z obecnego trenera Cracovii) przyciągnęło tylko 2500 ludzi (wśród nich przyszły Czadoblog). Garstka! A przecież GKS był wtedy w czubie i regularnie grywał w europejskich pucharach. Przecież mecz z Zawiszą był spotkaniem drugiej i trzeciej drużyny w tabeli, zdecydował, że GKS wyszedł na drugie miejsce i zepchnął Zawiszę na trzecie, zostając wiceliderem po rundzie jesiennej, marzenia o upragnionym pierwszym tytule rosły... Tymczasem ostatnio na Bukową do broniących się przed spadkiem z zaplecza ekstraklasy gospodarzy przyjechała Olimpia Grudziądz, a widziało to 4000 kibiców (wynik trochę podwyższyli kibice z Ostrawy).

Źródła tamtej niskiej frekwencji i obecnej niskiej frekwencji są inne. Ale ta sprzed dwudziestu lat była jednak zdecydowanie niższa:-) Dlatego nie będę narzekał. 

Bo zawsze może być gorzej.

PS Omega w swoim życiu widziała pustki, ale widziała też tłumy, zwalające dosłownie z nóg.   

PS1 Część piłkarzy Ruchu nie śpi spokojnie. W nocy budzą ich płacz i krzyki.

poniedziałek, 21 listopada 2011
Za wąsko

Fajny mecz odbył się w Bielsku-Białej.  

Co mi się podobało:

a) tempo. Zwrot ''czuć oddech rywala na plecach'' z reguły mierzi, ale tym razem jest idealny żeby oddać co się działo. Podbeskidzie piłkarsko jest słabsze od drużyny z Poznania dlatego zastosowało jedyny sposób gry, który mógł przynieść powodzenie. Kiedy ''czuje się oddech rywala na plecach'' trzeba grać szybko. Dziś gospodarze pokazali agresję w dobrym tego słowa znaczeniu;

b) bardzo długo chciałem napisać, że podobała mi się gra Podbeskidzia w obronie. Kto ma w pamięci, że zaledwie niewiele sto dni temu odbył się nieszczęsny mecz w Bełchatowie nie uwierzyłby, że od tego czasu bielszczanie rozegrali już sześć ligowych meczów bez straty bramki. Jednak obiektywnie trzeba przyznać: dziś to właściwie był cud, że Podbeskidzie gola nie straciło;

c) że gospodarze odrobili lekcję i tym razem wejście po przerwie Stilicia i Rudniewa nie zrobiło na nich tak piorunującego wrażenia jak podczas meczu PP;

d) zwody Sebastiana Ziajki. Przed trzydziestką staje się jednym z najbardziej wyrazistych dryblerów naszej ligi.  

Co mi się nie podobało:

a) bardzo lubię Jose Mari Bakero. Lubiłem go jako piłkarza, dobrze mu życzę jako trenerowi. Myślę, że fajnie byłoby gdyby kiedyś trafił za pracą na Górny Śląsk. Lubi zwiedzać, a na Śląsku jest tyle wspaniałości do zobaczenia... Dziś jednak Bakero zrobił przed meczem coś co mi się nie podobało. Wyszedł na murawę i - niektórzy powiedzieliby, że ostentacyjnie - zmierzył krokami szerokość boiska. Bo wydało mu się za wąskie*.

Czy Bask chce czy nie, taki  - nomen omen - krok mógł być odebrany jak gest wielkomiejskiego panicza przyjeżdżającego na futbolową prowincję. Trochę dziwne, bo przecież Bakero w Bielsku-Białej już był i wiedział czego się spodziewać. Czyżby sądził, że sprytni gospodarze zwęzili boisko specjalnie na ten konkretny mecz z jego drużyną?:-)

PS Coś mi się wydaje, że jedynym zawodnikiem, który biega po polskich boiskach z prawidłowym ''v'' na koszulce to Iliev z Wisły. Mylę się? 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

PS2 Kiedy widzę dziś Benoit Assou-Ekotto (Tottenham właśnie gra z Aston Villą, Adebayor złożył się jak wielki scyzor) przypomina mi się Carlos Valderrama. To musi być jednak odrębna sztuka fryzjerska, dzielą ich przecież tysiące kilometrów:-)

*boisko jest w sam raz:-)

niedziela, 20 listopada 2011
Mogło być pięć, ale i tak dobrze!

Wielkie brawa dla Górnika Zabrze! W pełni zasłużenie wygrał z Wisłą w Krakowie, choć przyznacie, że zdecydowanie za mało. Tak z ręką na sercu: gdyby było 0:5 nikt nie powinien mówić, że niesprawiedliwie...

Dziś z pewnością nie było widać kto w tej lidze gra o utrzymanie, a kto ciągle marzy o laurach. Górnik pokazał tym razem co potrafi. Brawa dla trenera Adama Nawałki, który bardzo umiejętnie poukładał klocki. Zabrzanie sparaliżowali gospodarzy. Być może dlatego, że wiślacy nie wiedzieli jak sparaliżować zabrzan. Bo najłatwiej byłoby wyłączyć mózg, czyli gracza odpowiedzialnego za rozegranie. Ale w Zabrzu kogoś takiego właściwie nie ma...

Co mi się podobało:

a) że zabrzanie dobrze sformatowali mecz. Na samym początku początku tego meczu pokazali Wiśle co będzie działo się z przodu i co będzie działo się z tyłu. I tak było...

b) że nawet zmiany w Górniku zagrały. Przypomniał się Michał Jonczyk, który stracił ostatni rok z powodu poważnej kontuzji. Ostatnio często zostawał po zajęciach na treningi indywidualne. Dziś po cudownej asyście Nakoulmy (co zrobił Jovanović?!) 3 minuty przed końcem rezerwowy strzelił efektownego gola.

Muszę przypomnieć, że w 2009 roku Jonczyk był testowany w Wiśle. Rozegrał jeden mecz w barwach jej młodzieżowej drużyny i mu podziękowano. Teraz on dziękuje Wiśle;

c) świetny pomysł Adama Nawałki z wystawieniem Olkowskiego na Paljicia. Niektórzy mogliby sądzić, że Paljić miał zły dzień. Nie, gra Olkowskiego na Paljicia będzie tak wyglądać zawsze - z jednego powodu. Jeszcze kiedy zawodnik Górnika grał w GKS-ie Katowice miał najlepsze parametry fizyczne w całym zespole. Jego wynik w biegu na 5 m (poniżej 0,9 s) ówczesny trener przygotowania fizycznego w Gieksie Ryszard Szul uznał za wybitny. Wobec takiego depnięcia Paljić zawsze będzie bezradny;

d) najpiękniejsza akcja rundy jesiennej w polskiej lidze niezakończona golem. Efektownego rozegrania z 39 minuty w tercecie Przybylski - Bemben - Nakoulma nie powstydziłby się tercet Xavi - Dani Alves - Villa. Po szczupaku Nakoulmy Pareiko nie miał żadnych szans, ale piłka minimalnie minęła słupek...

Co mi się nie podobało:

a) że Górnik nie do końca wykorzystał słabości nowego trenera. Słabością Kazimierza Moskala jest chyba chęć udowodnienia za wszelką cenę, że młodziutcy polscy piłkarze są lepsi niż drodzy cudzoziemcy. Brud i Czekaj na pewno potrafią grać w piłkę, ale Górnik mógł wykorzystać, że Moskal też tak myśli. Bo dziś nie było widać, że młodzi wiślacy są lepsi niż ich cudzoziemscy poprzednicy;

b) że sędziego w 13 minucie opanowała ślepota. Naprawdę musiał się starać żeby nie zauważyć jak Jovanović ciągnie w polu karnym Marciniaka za koszulkę. Ja wiem, że walce pod bramkami nie można gwizdać wszystkiego, bo w każdym meczu byłoby co najmniej 15:15 po rzutach karnych, ale jednak punkt krytyczny nie powinien być przekraczany. Wyraźnie słyszałem, że koszulka Marciniaka aż krzyknęła donośnie: auaaaaa!

c) że Bemben w 14 minucie dał się objechać Ilievowi sposobem, który my używaliśmy na boisku szkolnym. Ale potem tyle razy spisał się świetnie, że trudno mieć do niego pretensje;

Co mnie zaskoczyło:

a) ...a właściwie nie zaskoczyło. Kolejny raz zauważam, że choć jakaś drużyna perfekcyjnie gra jedną połówkę, to zwycięskiego gola i tak strzela w tej drugiej;

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

 
1 , 2 , 3
Archiwum