sobota, 30 listopada 2013
Z Brosza jest sprytny facet

Właśnie wróciłem z Gliwic. Piast wygrał z Górnikiem Zabrze.

Kiedy przed meczem wziąłem do ręki składy od razu pomyślałem, że gospodarze powinni natychmiast zaatakować.

Po pierwsze dlatego, że Górnik w tym dość eksperymentalnym zestawieniu nie mógł być w pełni zgrany. A im mniej zgrany tym mniej pewny siebie i chyba nie do końca skoncentrowany. Taki brak pewności to oczywiście słabość i najlepiej wykorzystać to jak najszybciej.

Po drugie dlatego, że Górnik dziś nie miał zębów. Nie, to nie był zespół pozbawiony kłów. Kły były na swoim miejscu (Nakoulma, Zachara, Olkowski), ale kiedy brakuje trzonowców (czyli 1700 obrońców oraz Sobolewskiego, który w przeddzień cierpiał na żołądkowe dolegliwości co tak go to osłabiło, że nie było sensu zawodnika wystawiać) to nie pogryzie się nawet ryżowego kleiku.

A Piast bynajmniej ryżowym kleikiem nie był. No i ustawił sobie mecz w sposób najlepszy z możliwych. Akcja na dzień dobry była w wykonaniu gospodarzy świetna. Piast rozpoczyna w kółku, znakomite zgranie Wilczka zakończone bezlitosną precyzją Jurado.

Byłem strasznie ciekawy czy Marcin Brosz przygotowując się do meczu uznał, że warto ostro zaatakować natychmiast po rozpoczęciu.

Podszedłem do niego po meczu i zapytałem: "czy to było starannie zaplanowane, czy to było specjalnie"?

Marcin Brosz zastanowił się przez ułamek sekundy, uśmiechnął, poklepał mnie po ramieniu i stwierdził: "nie zdradzajmy wszystkich tajemnic":)

Przyznaję: jest z niego sprytny facet.

Jeśli to w szatni zaplanowali - spryt rozumie się przez samo się.

Jeśli nie zaplanowali - przyznanie, że to zupełny przypadek nie leży ani w interesie trenera ani w interesie drużyny. Wymijająca odpowiedź też jest dowodem sprytu:D

PS A poza tym Piast ewidentnie powinien grać w pierwszej ósemce.

piątek, 29 listopada 2013
Chciał zaorać boisko. Powstrzymali go

Na Górnym Śląsku jest gigantyczna ilość klubów, które warto przybliżyć szerszej publiczności, ale nie zawsze jest na to czas i miejsce.

Czadoblog postanowił znaleźć czas i miejsce.

Dziś chcę Wam krótko opowiedzieć o Gwarku Tarnowskie Góry.

Klub ma powody do dumy. Właśnie dziś obchodził 60-lecie. Uroczysta akademia (TUTAJ obejrzycie zdjęcia) była pięknym przykładem jak wspaniałe mogą być losy drużyn wcale nie z pierwszych stron gazet.

Byłem już raz na meczu Gwarka, akurat spotkanie na którym wtedy się pojawiłem pamiętają w Tarnowskich Górach do dziś, podczas akademii puścili filmik z tamtego meczu.

Dziś Gwarek gra IV lidze i kibicom spoza Górnego Śląska nie jest znany. A szkoda, bo jego historia jest bardzo interesująca.

Ale najpierw, zanim o futbolu, trochę o przeszłości. Musicie pamiętać, że w tym przypadku nazwa "Gwarek" nie jest od węgla ale od srebra. W XVI wieku chłop o nazwisku Rybka orząc ziemię trafił na bryłę srebrnego kruszcu. Wiadomość ta szybko się rozeszła i niebawem w okolicy rozpoczęło się masowe poszukiwanie srebra. Dowiedziałem się tego kiedy prawie dwadzieścia lat temu pojechałem do Tarnowskich Gór na sesję historyczną.

Odkrycie Rybki zapoczątkowało prawdziwy boom. Przyjeżdżali samotni mężczyźni z całej Polski, każdy mógł się osiedlić. Pojawiło się też wielu gwarków z południowych Niemiec. Efekt? Wyobraźcie sobie, że w ciągu pierwszych 100 lat eksploatacji (1526-1636) działało tam - oczywiście niejednocześnie - 20 tysięcy szybów. 20 tysięcy!!! W okresie najwyższego rozkwitu produkowano rocznie do 3000 ton ołowiu, z którego odciągano dodatkowo prawie tonę srebra. W związku z tym myślę, że gdyby futbol istniał w XVI wieku, to Gwarek Tarnowskie Góry byłby mistrzem przynajmniej raz na dziesięciolecie i regularnie grałby w europejskich pucharach:)

Kibolstwa by nie jednak było, bo miasto wiedziało jak sobie radzić z niepożądanym elementem. Zakazywano mieszczanom nocowania u siebie włóczęgów dłużej niż trzy dni. Mordercy i obcy żebracy nie mieli do miasta wstępu. Żebracy tarnogórscy musieli nosić ołowiane blaszki. Kto takiej nie posiadał, w ciągu 3 dni albo musiał podjąć pracę albo opuścić miasto na co najmniej pół roku. Na kiboli też znaleziono by odpowiedni sposób:)

Ale musicie wiedzieć, że choć w XVI wieku Tarnowskich Górach nie było jeszcze futbolu chuligaństwo już istniało. W 1721 dwóch gości oskarżyło dwóch innych gości, że "w przeszłą niedzielę wieczorem w piwnicy (czyli w karczmie - przyp. pacz) siedzieli, a dwaj obżałowani (czyli oskarżeni - przyp. pacz) nazwali ich huncwotami, kpami i gnojkami, a następnie pobili, poczym z karczmy uciekli".

Jednak wtedy kibolstwo naprawdę nie miałoby racji bytu - nie fiknęłoby nawet po wojnie trzydziestoletniej kiedy rozpoczął się powolny upadek miasta (nie oszczędzały go pożary, zarazy, było nawet trzęsienie ziemi, no i zaczęło brakować pieniędzy). Nie fiknęłoby mimo, że zaczęło brakowało na przykład funduszy na kata. Dla obrotnych tarnogórskich rajców nie był to problem. Zdarzało się, że na egzekucje wypożyczano go z Pszczyny... 

Przestań Czado pić i wróć do futbolu! Dzisiejszy jubilat powstał w 1953 roku, ale tarnogórski futbol jest oczywiście starszy. Do dziś pamiętają tam mecze Śląska Tarnowskie Góry z 1939 roku, który zdobył puchar wojewody po meczach z Ruchem Chorzów. Gola strzelił wtedy tarnogórzanom sam Ernest Wilimowski, ale to Śląsk okazał się lepszy w tamtym dwumeczu...

Miodem na serce miejscowych kibiców jest fakt, że Gwarek powstał jako Koło Sportowe Zrzeszenia Sportowego "Górnik" (działające przy Tarnogórskiej Fabryce Urządzeń Górniczych "TAGOR"). Miodem, bo zdecydowana większość fanów Gwarka kibicuje jednocześnie Górnikowi Zabrze.

Ciekawe, że najsłynniejszym wychowankiem Gwarka jest piłkarz prawie ze Śląskiem nie kojarzony. Marian Kosiński odszedł jeszcze jako nastolatek i stał się jedną z legend... Stali Mielec. W latach 1969-80 rozegrał w niej na stoperze aż 263 mecze w ekstraklasie (pod tym względem w Stali ustępuje tylko Grzegorzowi Lato), grał m.in. przeciw Realowi Madryt w Pucharze Mistrzów w 1976 roku.

Podczas takich akademiach wzrusza mnie wzruszenie ludzi, którzy działając w piłce na co dzień nie są na świeczniku, ale to dla nich nie jest istotne. Najistotniejszy jest bowiem ich klub, któremu poświęcają całe życie. Dziś poznałem 87-letniego Erwina Kitela, najstarszego tarnogórskiego piłkarza, współzałożyciela klubu. Z całą salą biłem brawo innemu seniorowi Piotrowi Musiałkowi, wiernemu na zawsze Gwarkowi. Aż popłynęły mu łzy, gdy dostawał pamiątkową koszulkę z numerem 1.

Podziwiałem wystawę zdjęć i pamiątek przygotowaną przez Tomka Mocka. Świat jest mały. Kiedy kilkanaście lat temu jedliśmy razem (biało)ruskie pierogi pod pomnikiem Lenina w Mińsku, nie wiedziałem, że facet ma tak ciekawe zbiory:)

W ostatnich latach Gwarkowi udało się zmienić infrastrukturę, stadion wygląda coraz lepiej. Nie zawsze tak było, czasem problemy przerastały ludzkie wyobrażenie. Kiedyś nie było bieżącej wody i musiało wystarczyć koryto. A w latach 60, zdarzyło się, że zlecono fachowcowi żeby zwałował murawę. Niestety, facet zrozumiał, że ma ją... zaorać (może chciał szukać srebra?). Tylko dzięki refleksowi działaczy zdążył zrobić na boisku tylko dwie bruzdy.

Trudy są po to żeby je pokonywać. Szefowie tarnogórscy wyglądają na cierpliwych. Prezes Marek Porada (na co dzień  prawnik) został prezesem w 2001 roku tylko dlatego, że... nikt nie chciał nim wtedy zostać. Nie mógł odmówić: przyszedł do tego klubu grać w piłkę jako nastolatek, dziesięć lat wcześniej, w 1991 roku.

Miejscowi kibice marzą o III lidze. Marzenia wymarzone konsekwentnie mają to do siebie, że się spełniają:)

PS A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.  

PS1 Tarnowskie Góry generalnie kibicują nie tylko Gwarkowi ale i Górnikowi Zabrze więc ważna uwaga także dla kibiców z tego miasta. Przygotowujemy dla Was bezpłatny newsletter dotyczący Górnika. Możecie się zapisywać!

Planujemy również newslettery dotyczące innych klubów (następny w kolejności będzie Ruch Chorzów), ale nie jesteśmy w stanie otworzyć ich jednocześnie, nasze moce przerobowe na to nie pozwalają. Dlatego fanów innych klubów prosimy o cierpliwość.

czwartek, 28 listopada 2013
Do ostatniej kropli krwi

Chcę dziś wspomnieć o dylemacie, z którym jako entuzjasta piłki mam problem. Chodzi mi o poświęcenie się futbolisty, najczęściej w imię wierności klubowym barwom.

A właściwie nie tyle futbolisty co jego zdrowia.

W dzisiejszych czasach wzdychamy, jęczymy, syczymy i zasłaniamy oczy po ostrych faulach albo po wślizgach ze świstem przecinających powietrze. O wszystkich poważnych kontuzjach wiemy prawie od razu, dyskutujemy gorączkowo o brutalnych zagraniach, które chwilę wcześniej wydarzyły się w Buenos Aires, Londynie, Mediolanie albo Katowicach. Wydaje nam się, że futbol jest coraz bardziej brutalny.

Osobiście mam przeświadczenie, że jakość, rozpiętość i masowość brutalności wiele na futbolowym polu się nie zmieniła. Paradoksalnie; szybkość gry nie zmieniła chyba statystyk w tym względzie. Z jednej strony delikatne trącenie rozpędzonego rywala może sprawić spustoszenie jego zdrowia, z drugiej jeśli rywal był wolniejszy - jak choćby przed pół wiekiem - łatwiej go było można trafić... Wiem jedno: gdyby dzisiejsi piłkarze wiedzieli o wyczynach poprzedników spuściliby głowy. Kiedyś to naprawdę był hard core, kiedyś to byli naprawdę twardziele. Liczyła się gra, a jeśli już nie dało się grać to nie będziemy się nad sobą użalać...

65 lat temu, pod koniec listopada 1948 roku Paweł Biskupek, lewy obrońca Górnika Mikulczyce, na 20 minut przed meczem, który decydował o mistrzostwie jesieni w śląskiej A-klasie, uległ wypadkowi. Natychmiast został przewieziony do szpitala Ubezpieczalni Społecznej w Zabrzu. Błyskawicznie przeprowadzony zabieg chirurgiczny ręki pozwolił mu na.... pojawienie się na boisku w 23. minucie! Biskupek wspomógł grających do tej pory w dziesiątkę kolegów i mimo bandażu na ręce był jednym z najlepszych na boisku. Remis z Concordią Zabrze zapewnił Górnikowi tytuł mistrza jesieni (w 1964 roku oba kluby - o czym Biskupek nie mógł mieć pojęcia - połączą się).

Dwa lata później wyczyn Biskupka pobił Jerzy Goetzner, utalentowany napastnik z Katowic. Kiedy wiele lat temu opowiadał mi o swoim przypadku, który zdarzył się w 1950 toku - nie mogłem uwierzyć. Tym elektrykiem katowickiej huty Ferrum, wychowankiem przedwojennego Słowiana, reprezentantem Górnego Śląska, interesowało się wiele klubów. Na przeprowadzkę jednak  - i w efekcie na zrobienie kariery -  nie pozwoliła... małżonka (wtedy piłkarze bardziej słuchali żon niż teraz, -stety albo niestety). Goetzner był gwiazdą katowickiej Stali powstałej z przymusowej fuzji Baildonu, Pogoni i Słowiana. Stal miała wówczas świetną pakę, w 1950 roku walczyła - choć bez powodzenia - o I ligę. O tym, że klub z Katowic dał się wyprzedzić w tabeli Ogniwu Bytom (czyli Polonii) zdecydował przegrany mecz ze Stalą (czyli Naprzodem) Lipiny.

Właśnie trakcie tego meczu Goetznera wyprostowaną nogą trafił w punkt rozpędzony obrońca gospodarzy Erwin Baway. Nie było szans na dalszą grę. A skoro nie było to Goetzner - z tą fatalnie pokiereszowaną nogą - wrócił z Lipin do Katowic. Pamiętajcie, że to był rok 1950, nie było transportu w dzisiejszym rozumieniu tego słowa więc piłkarz doszedł do domu na... piechotę. Kulał coraz mocniej, kulał, ale się dokulał. Z Lipin do Katowic jest jakieś 12 kilometrów...

Trudno sobie wyobrazić, że to czego dokonali Biskupek albo Goetzner mógłby powtórzyć którykolwiek ligowy piłkarz dzisiejszej doby.

I tu przy okazji rodzi się pytanie o zupełnie inną kwestię. Czy w imię przywiązania do barw (klubowych lub reprezentacyjnych, w tym wypadku nieważne) warto poświęcać zdrowie?

Niezniszczalni twardziele, faceci z jajami - określamy tak tych, którzy walczą do końca, którzy nie pamiętają o bólu i o krwi. Oni nie pamiętają o bólu więc potem wszyscy pamiętają o nich - jak choćby o bramkarzu Bercie Trautmannie, który w finale Pucharu Anglii złamał szyję albo o obrońcy Terrym Butcherze*, który w meczu ze Szwecją tryskał krwią niczym islandzki gejzer Strokkur, ale patrząc na niego można było nabrać pewności, że będzie grał nawet wtedy gdy nie będzie miał już czym tryskać...

Pytanie jednak brzmi co lepsze kiedy bardzo boli:

a) walczyć do końca, do ostatniej kropli krwi (niekoniecznie meczu, raczej własnej kariery)?

b) czy może raczej natychmiast bez wahania odpuścić i zejść, bez wahania pilnować tylko i wyłącznie własnego zdrowia? Również po to żeby kiedyś móc jeszcze powalczyć do końca jakiegoś meczu?

Bardziej doceniacie tych, którzy bez względu na okoliczności walczą do końca ryzykując koniec kariery czy raczej tych, którzy w razie bólu z powodów racjonalnych odpuszczą?

Wiem, że do legedny przechodzą ci pierwsi, ale na pewno nie skreślałbym tych drugich. A Wy?

PS A może to nie do piłkarzy powinna należeć ostateczna decyzja tylko do klubowych lekarzy, którzy powinni hamować boiskowych entuzjastów zasady "eee, jakoś z tą rozwaloną nogą/przetrąconym barkiem, krwawiącymi plecami/uwierającą łękotką dotrwam do końca"?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

*zdarzyło mi się kiedyś z bliska podziwiać nadlatujące ze złowrogim świstem biodro Terry'ego Butchera.

środa, 27 listopada 2013
Quiz dla kibiców Ruchu Chorzów

Dziw bierze, że PZPN potrafi się wyłożyć w tak spektakularny sposób. Taka zasłużona instytucja, a takie wpadki...

Na posiedzeniu 22 października Komisja ds. Licencji Klubowych postanowiła wlepić Ruchowi Chorzów karę finansową w wysokości 5000 zł. Powód? "Naruszenie dyscypliny procesu licencyjnego poprzez niedostarczenie dokumentów finansowych ekspertowi komisji w czasie wizyty w klubie, wykonywanej w ramach nadzoru finansowego, pomimo uprzedzenia Klubu o kontroli z tygodniowym uprzedzeniem."

Klub się odwołał.

W efekcie Najwyższa Komisja Odwoławcza PZPN właśnie dziś postanowiła uchylić zaskarżone orzeczenie w całości i umorzyć postępowanie w sprawie, a także zwrócić wpłaconą kaucję pieniężną w wysokości 4 tysięcy zł.

PZPN nie komentuje sprawy więc skomentuje ją Czadoblog.

Wniosek jest jeden: skoro odwołanie Ruchu zostało uznane oznacza to, że klub nie naruszył dyscypliny procesu licencyjnego.

Skoro tak to koniecznie trzeba postawić pytanie. Ale musi być ono postawione nietypowo.

Brzmi więc tak: w jaki sposób Ruch Chorzów nie naruszył dyscypliny procesu licencyjnego?

Moim zdaniem klub mógł jej nie naruszyć na dwa sposoby:

a) nienaruszenie mogło wynikać ze zwyczajnej niewiedzy chorowskiej działaczy, że mają dostarczyć dokumenty finansowe ekspertowi komisji. Niewiedza mogła (choć nie musiała) wynikać z faktu, że ekspert nie dotarł na Cichą. To z kolei mogło wynikać z pomyłki eksperta: myśląc, że jest z wizytą w klubie pojawił się w tym czasie z wizytą (choć nie musiał) w zupełnie innym miejscu w Chorzowie;

b) nienaruszenie mogło wyniknąć z dostarczenia dokumentów finansowych ekspertowi komisji w czasie wizyty w klubie.

Jeśli ta pierwsza wersja jest prawdziwa to trzeba zastanowić się gdzie mógł znajdować się ekspert PZPN-u myśląc, że jest z wizytą w klubie.

Po głębokich przemyśleniach sugeruję wybór jednego z następujących rozwiązań:

a)  w knajpie na dworcu w Chorzowie-Batorym. Złościł się przy tym, że na stadionie podają alkohol;

b) w ZOO. Złościł się przy tym, że ktoś wyniósł ze stadionu jeden ze słynnych chorzowskich jupiterów;

c) w Wesołym Miasteczku. Złościł się przy tym, że na murawie można popływać;

d) w Teatrze Rozrywki. Złościł się przy tym, że na górnej trybunie jest niewspółmiernie mało miejsca w porównaniu z trybuną dolną;

e) na Stadionie Śląskim. Złościł się przy tym, że Ruch bezczelnie gra w bambuko, bo widać jak na dłoni, że dach przecież ciągle nie jest gotowy.

Jeśli jednak ta druga wersja jest prawdziwa to trzeba zastanowić się dlaczego ekspert dostając dokumenty myślał, że ich nie dostał.

Po głębokich przemyśleniach sugeruję wybór jednego z następujących rozwiązań:

a) bolała go głowa;

b) chciało mu się pić;

c) było mu zimno (nieeeee, to odpada zimno na Śląsku jest dopiero dziś);

d) myślał, że dokumenty, które dostał  w klubie to jedynie bony na obiad w klubowej kawiarence.

Trzeba się na coś zdecydować. W tej sytuacji są dwa wyjścia:

a) albo wybierzecie którąś z powyższych ewentualności jako prawidłową odpowiedź;

b) albo znajdziecie trzeci, jakiś zupełnie inny sposób nienaruszenia procesu licencyjnego przez Ruch Chorzów.

Tak czy inaczej, jeśli macie ochotę: niezmiennie zapraszam do rozwiązania tej frapującej zagadki w komentarzach.

PS Omega z uszanowaniem pozdrawia PZPN.

21:56, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (16) »
wtorek, 26 listopada 2013
Rozmawiałem z monterem elewacji stadionu Górnika

W Zabrzu ogromne zamieszanie. Ostatnio (czytaj: przez parę ostatnich miesięcy) na modernizowanym stadionie Górnka nic się działo więc inwestor czyli miasto pogoniło właśnie głównego wykonawcę i dodatkowo wymierzyło mu karę umowną w wysokości 10 procent wartości kontraktu brutto czyli 18,5 mln zł. W rewanżu wykonawca... zwalił winę na inwestora. Uważa, że nie ma podstaw żeby go karać i zapowiada, że przeanalizuje całą sytuację pod względem formalnoprawnym. Jedno jest pewne: zapowiada się długotrwała batalia prawników. Myślę, że tak długotrwała iż Ally Mc Beal nie dałaby rady.

Czadoblog postanowił zejść na sam dół (a raczej na samą górę) i dowiedzieć się jak wygląda sytuacja od ludzi, którzy budują ten stadion. Rozmawiałem z monterem elewacji stadionu Górnika. Pracuje w firmie, która jest podwykonawcą tej inwestycji.

Po pierwsze  (i dla kibica Górnika najważniejsze) - nie będzie tak, że teraz na stadionie zupełnie nic już nie będzie się działo. Co prawda główny wykonawca ma na razie 30 dni na inwentaryzację i przekazanie budowy przedstawicielowi inwestora, ale podobno poczuwa się - zanim odejdzie - do zakończenia choćby samej elewacji. Taka elewacja to nie jest fiku-miku, moim osobistym zdaniem ta zabrzańska będzie  - obok tej w Gdańsku - najładniejszą stadionową elewacją w Polsce. Pytających uprzedzę, że widziałem elewacje wszystkich najważniejszych stadionów w kraju, także Narodowego w Warszawie (choć tam w środku jeszcze nie byłem).  

Po drugie - ludzie dostają za pracę pieniądze. Monter powiedział mi, że za free w życiu by tego nie robił. Płaci mu jednak podwykonawca czyli macierzysta firma. Z tego co usłyszałem trochę ryzykuje płacąc swoim ludziom. Dziwacznie to brzmi - chodzi o to, że płaci, ale sama na razie nie zarabia... W szczegóły nie wchodzę, wiem jedno - być właścicielem firmy, która jest podwykonawcą takiej inwestycji to duży stres i duża odpowiedzialność. No by z kim tu dogadywać się w sprawie pieniędzy za wykonaną pracę? Z głównym wykonawcą? A może w desperacji go olać i gadać z inwestorem? Tylko czy inwestor będzie chciał gadać...

Po trzecie - wygląda na to, że coraz mniej robotników dostaje jednak te pieniądze. Skoro najpierw były tłumy (codziennie miało uwijać się sześćset rąk), potem przychodziło tylko dwustu ludzi, a potem zaledwie pięćdziesięciu - trudno inaczej to sobie tłumaczyć... Kiedy wszedłem na starą pohitlerowską trybunę (tej której na razie nie ma w realnych planach wyburzenia)* i rozejrzałem się - nie zauważyłem ani jednego robotnika! Pusto było...

Jedno ma być pewne i niezmienne: w 2014 roku pierwszy etap modernizacji stadionu Górnika (czyli oddanie do użytkowania trzech trybun) ma zostać zakończony. Zapewnia o tym inwestor czyli miasto Zabrze.

Trzymam za słowo.

Choć niezbyt mocno. Przypominam, że w tej chwili inwestycja jest zrealizowana dopiero w 65 procentach...

* to niezwykły paradoks. Jeśli zburzą zabytkową trybunę na Ruchu a zostawią to ohydztwo na Górniku - przebiegnę dystans między tymi trybunami donośnie rżąc paszczowo co pół kilometra. Także dlatego, tym razem nie w peesie, jeszcze raz powtarzam: czwarta trybuna na stadionie Górnika musi powstać jak najszybciej.

poniedziałek, 25 listopada 2013
Śląski psychiatryk a futbol totalny

Kiedy byłem mały dzieci u mnie na placu dogryzały sobie hasłem "bo cię wywiozą do Rybnika" albo rzadziej "bo cię wywiozą do Toszka". Na początku nie wiedziałem o co chodzi. Moi rodzice mają przyjaciół w Rybniku, często jeździliśmy do tego miasta i nie widziałem w nim nic co mogłoby być dla mnie jako bajtla karą. 

Potem dowiedziałem się, że w obu tych śląskich miastach znajdują się szpitale dla obłąkanych czy też raczej - dla nerwowo i psychicznie chorych.

Szpital w Toszku (powiat gliwicki) założono po I wojnie światowej w charakterystycznym ceglastym budynku, który powstał w drugiej połowie XIX wieku. Lecznica działała do 1940 roku, wtedy hitlerowcy urządzili tam obóz dla alianckich jeńców.

W książce "Futbol w cieniu holokaustu" Simona Kupera znalazłem ciekawą informację. Otóż właśnie w Toszku prawie przez całą wojnę więziona była osobistość niezwykle zasłużona dla europejskiego futbolu.

Jack Reynolds (właśc. John Reynold) w młodości był skrzydłowym m.in. Manchesteru City (akurat tam sobie wiele nie pograł, na pierwszą drużynę był za słaby). Szczytem futbolowej kariery był dla niego pobyt na drugim froncie w Grimsby. Do annałów przeszedł jednak jako trener. Jest legendą Ajaksu Amsterdam. Zanim Niemcy zajęli Holandię przepracował w tym klubie aż 22 lata (1915-25, 28-40)! W tym czasie siedmiokrotnie zdobył z Ajaksem mistrzostwo Holandii. Właśnie on przez niektórych jest uważany za... pre-prekursora futbolu totalnego. Zawodnicy Ajaksu musieli u Reynoldsa śmigać, to u niego debiutował jako zawodnik Rinus Michels, potem najwybitniejszy trener w historii Holandii, uważany za właściwego twórcę futbolu totalnego.

W 1940 roku Reynoldsa drapnęli w Amsterdamie hitlerowcy. Internowali każdego Brytyjczyka, który wpadł im w łapy. Trzeba było trenera wysłać daleko, najlepiej na drugi kraniec kraju. Idealnym miejscem była więc miejscowość Tost - właśnie podgliwicki Toszek. Właśnie tutaj Reynolds spędził wojnę.

Dla niego ta historia kończy się dobrze - kiedy szpital zajęli Sowieci uwolnili alianckich więźniów. Reynolds wrócił do Amsterdamu, natychmiast został trenerem Ajaksu. W 1947 roku na zakończenie pracy trenerskiej, po raz ósmy zdobył z tym klubem tytuł! Został w Amsterdamie do końca życia: trzy lata po jego śmierci w 1962 roku jedna z trybun De Meer Stadion - obiektu Ajaksu w latach 1934-96 - została nazwana imieniem Reynoldsa.

Ciekawe czy aresztujący go w Amsterdamie niemieccy żołnierze wiedzieli, że ten człowiek miał być kiedyś trenerem... ich drużyny narodowej! Reynolds został na krótko selekcjonerem reprezentacji Niemiec w 1914 roku, ale właściwie nie rozpoczął z nią pracy, bo wybuchła I wojna światowa. Przeniósł się więc do Amsterdamu. Pewnie nie wiedział, że zostanie tam do końca życia (z przerwą na Toszek). 

PS Nie wiem czy Reynolds wiedział, że po jego odejściu szpital w Tost - choć już nie obowiązywała nazwa Tost - nadal był piekłem. Nawet większym niż wcześniej. Powstał tam obóz NKWD. W ciągu pół roku zginęło tutaj ponad trzy tysiące ludzi, dalszy tysiąc padł w wycieńczenia. Na szczęście NKWD używała tego miejsca tylko do listopada 1945 roku, potem przywrócono je celowi dla którego zostało stworzone. 

PS1 Zarówno w Toszku jak i w Rybniku oba szpitale są położone przy tej samej ulicy przy której znajdują się... tamtejsze stadiony. Zresztą ulica w obu przypadkach nazywa się tak samo. Oczywiście nie należy z tego wyciągać żadnych daleko idących wniosków.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. Akurat już niedługo jest ku temu idealna wręcz okazja!

A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS3 Tak z ciekawości: jestem przekonany, że w Warszawie, Poznaniu, Krakowie albo Lublinie dzieci w kłótniach nie wysyłają rówieśników do Rybnika albo Toszka. A może już podczas dziecięcych kłótni nie używa się takich "argumentów? Może ktoś coś powiedzieć na ten temat?

niedziela, 24 listopada 2013
Ten debiut nie mógł być gorszy niż poprzedni

Ryszard Wieczorek po ponad sześciu latach znów zadebiutował jako trener Górnika Zabrze.

Miałem przekonanie graniczące z pewnością, że nie mogło być gorzej niż za pierwszym razem.

Po pierwsze - dlatego, że teraz Wieczorek przychodził z marszu, ale miał jednak gotowy zespół, w dodatku rozpędzony. Wszyscy w Górniku wiedzą co mają robić, wystarczyło nie popsuć. Wówczas, w 2007 roku, drużynę trzeba było dopiero zbudować. Akurat wchodził wielki sponsor, potem właściciel (Allianz). Oczekiwania były wielkie, a nie było właściwie wiadomo na co Górnika stać. W dodatku na pewno nie pomógł fakt, że zabrzanie zaczęli sezon później niż inni, bo jego pierwszy rywal - Wisła Kraków - akurat wyjechał na turniej do Ameryki i spotkanie trzeba było przełożyć. Czasem jak się za długo czeka na otwarcie i przeciągnie, to atmosfera siada i powietrze uchodzi jak z przebitej dętki;

Po drugie - dlatego, że wtedy pierwszym rywalem Wieczorka była Legia - drużyną, która w założeniu zawsze ma walczyć o mistrzostwo (ostatecznie wtedy została wicemistrzem Polski). Teraz było to Podbeskidzie, dzielna drużyna z dzielnym trenerem, ale walcząca jednak tylko i wyłącznie o utrzymanie.

Po trzecie - teraz Wieczorek dysponuje znacznie lepszą drużyną. Przypomnę skład Górnika z jego debiutu w 2007 roku:

Laskowski - Jarczyk, Smirnovs (69. Madejski), Pawelec, Papeckys - Kiżys (58. Malinowski), Danch, Brzęczek, Gołoś - Moskal (58. Jarka), Zahorski.

Nie ma porównania. Myślę, że dzisiejszy Górnik zmiażdżyłby tego sprzed sześciu lat.

Co dalej?

Warto pamiętać, że Ryszard Wieczorek to doświadczony szkoleniowiec. Wtedy mimo fatalnego startu w 2007 roku, Górnik zdobył jesienią prawie tyle punktów, co w całym wcześniejszym sezonie! Duża w tym była jednak zasługa trenera. Na pewno z Nawałką łączy go jedno: przykłada wyjątkową wagę do przygotowania fizycznego graczy. 

Wygląda na to, że przejęcie rządów odbyło się bezboleśnie.

Jest tylko jeden problem.

Linia defensywna. Kosznik z kontuzjowanym kolanem, które przywitało się ze słupkiem, a Łukasiewicz z bagażem kartek. Czy w następnym meczu obrona będzie wyglądać tak: Olkowski - Wełnicki - Sobolewski (bo Przybylski ten zszedł z kontuzją) - Małkowski?!

Przypominam, że Piast ostrzy już sztućce. Czuję, że 30 listopada w Gliwicach padnie dużo bramek...

PS A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

sobota, 23 listopada 2013
Pamiętacie Pana Łyżeczkę?

Mirosław Sznaucner to piłkarz w Polsce trochę zapomniany. Nic dziwnego, ostatnie dziesięć lat spędził w Grecji. Dobrze jednak pamiętam jak zachwycałem się jego czystym odbiorem piłki zanim wyjechał z kraju. Kiedy grał w GKS-ie Katowice - ówczesny trener Bogusław Kaczmarek nazywał go nawet "Panem Łyżeczką", bo wślizgami wygarniał piłkę rozpędzonym napastnikom jakby wybierał łyżeczką czereśnie z kubka. Mógł się o tym przekonać choćby Kuba Błaszczykowski w 2006 roku kiedy jego Wisła Kraków grała pucharowy mecz z Iraklisem Saloniki. Byłem na tamtym meczu - "Pan Łyżeczka" w ogóle nie dał Błaszczykowskiemu wtedy pograć i ówczesny szkoleniowiec Wisły Dan Petrescu zmienił Kubę w przerwie.

Dziś Mirosław Sznaucner był na Bukowej na meczu swego dawnego klubu z Flotą Świnoujście. Siedział dwa rzędy przede mną. Bił brawo kiedy Grzegorz Goncerz strzelił gola na 1:0, ale po meczu nie miał zbyt szczęśliwej miny... Skończyło się przecież 1:1.

Sznaucner przyjechał do Katowic, bo postanowił zrobić kurs trenerski. Zajęcia w Śląskim Związku Piłki Nożnej rozpoczął w piątek, wykładowcą jest Jan Beniger. Na stałe mieszka jednak ciągle w Salonikach. Zastanawia się z rodziną co robić dalej. Z jednej strony tęsknią za Śląskiem, z drugiej nie jest łatwo opuścić grecki klimat po dziesięciu spędzonych tam latach. Dzieci piłkarza język opanowały perfekcyjnie i właściwie Grecja jest ich ojczyzną...

Pan Łyżeczka od pół roku nie gra w piłkę. Byłem ciekawy czy to już koniec jego kariery, okazuje się, że... niekoniecznie. Czuje się jeszcze siłach.

Podczas meczu pogadali sobie z Marcinem Ćwikłą, rzecznikiem prasowym GieKSy. Znają się dobrze, bo razem grali w drużynach juniorskich. Spytałem piłkarza czy wróciłby na Bukową. Nie odrzucił tego pomysłu....

Trudno prezesowi Cyganowi i trenerowi Moskalowi wtrącać się sprawy personalne zespołu. Dla mnie pomysł powrotu Sznaucnera do polskiej ligi wydaje się interesujący ze względów choćby... sentymentalnych. To był naprawdę kawał piłkarza. Oczywiście nie w roli strzelca (w całym życiu zdobył w lidze jednego gola, jeszcze w Polsce, a w Grecji nie załadował ani razu:) ale w roli Pana Łyżeczki. Bezwzględnej, bezbłędnej łyżeczki...

Trudno przypuszczać by jego umiejętności były dla obecnej GieKSy za słabe. Do tego to człowiek, który identyfikuje się z klubem. Gdyby było inaczej - czy przyszedłby najzwyczajniej w świecie pokibicować?

Działacze GieKSy zdecydują.

PS Po meczu kibicka w szaliku Floty Świnoujście krzyczała do telefonu: "w życiu nie widziałam tak wspaniałej oprawy. Ale ci kibice GKS-u dali popis, to było coś niesamowitego, mówię ci!"

Oczywiście, kibiców ze Świnoujścia takie oprawy w Katowicach jak dzisiejsza mogą szokować, ale moim zdaniem na Bukowej już nic nigdy nie przebije wodospadu, który powtórzony nie będzie, bo zakazuje go prawo:



Poza tym gdybym był kibicem oglądającym dzisiejszy mecz z Blaszoka byłbym jednak zły, bo oprawa uniemożliwiłaby mi zobaczenie ostatnich minut tego meczu.

Podkreślam: najważniejsze powinno być to co dzieje się na boisku. Oprawy to jedynie dodatek. Jeśli są - fajnie, jeśli nie ma - trudno. 

Nie wiem czy katowickim piłkarzom nie przydałby się w końcowych minutach żarliwy doping nie oddzielony celofanowym workiem. Tak na chłopski rozum: nie można było tej oprawy zrobić dziesięć minut wcześniej - tak żeby w samej końcówce skupić się już tylko na dopingu?

PS1 Na meczu pojawili się Michał Żewłakow i Grzegorz Szamotulski. Ciekawe komu się przyglądali... Pojawił się też Jarosław Tkocz, który serdecznie przywitał się ze Sznaucnerem. Ciekawe komu sie przyglądał...

PS2 TUTAJ zobaczycie przejmujące zdjęcia. Dobrze wiem, co czują ich współbohaterowie.

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

piątek, 22 listopada 2013
Co ratuje dziś, nie uratuje jutro

Piłka nożna jest soczewką przez którą da się spojrzeć na dzieje państw. Doskonałym przykładem mogą być hitlerowskie Niemcy. Dowodem na to są dwie w zastanawiający sposób zbiegające się rocznice.

Najpierw zupełnie przypadkowo zorientowałem się, że akurat dziś jest rocznica ostatniego meczu jaki reprezentacja tego państwa rozegrała w okresie II wojny światowej*.

22 listopada 1942 roku reprezentacja Niemiec pokonała w Preszburgu (dzisiejszej Bratysławie) Słowację 5:2.

Do końca 1942 roku opłacało się w Niemczech być bardzo dobrym piłkarzem. Zawodnik na poziomie reprezentacyjnym mógł uniknąć powołania do Wehrmachtu. Takim piłkarzem był choćby lewoskrzydłowy August Klingler. We wspomnianym meczu ze Słowacją zaliczył hat-tricka.

Potem zupełnie przypadkowo zorientowałem się również, że akurat jutro minie rocznica śmierci tego gracza na froncie wschodnim! Oczywiście nie ta sama rocznica. Między obydwiema jest prawie dokładnie dwa lata różnicy.

Siedemdziesiąt lat temu Klingler grywał jako gastspieler we wrocławskim klubie Breslauer SpVgg** (choć nie pochodził ze Śląska, większość kariery spędził w FV Daxlanden pod Karlsruhe w Badenii-Wirtembergii, stadion w tej miejscowości nosi dziś jego imię). W 1942 roku ten błyskotliwy lewoskrzydłowy rozegrał pięć spotkań w reprezentacji Niemiec. Zadebiutował w pamiętnym meczu, w którym jedyny raz w historii Niemcy wystąpiły jako gospodarz na Górnym Śląsku (skończyło się wynikiem 7:0 z Rumunią na stadionie, którego gospodarzem jest dziś Polonia Bytom). Klingler zdobył w tym debiucie gola, łącznie w pięciu meczach niemieckiej kadry w 1942 roku strzelił sześć bramek. Wszystkie jako lewoskrzydłowy.

Razem z nim w reprezentacyjnym ataku grał w tym czasie Adolf Urban, który w reprezentacji Niemiec występował już od 1935 roku (łączny bilans: 21 meczów, 11 goli). Urban, gwiazda Schalke Gelsenkirchen, miał symboliczny związek ze Śląskiem: w 1942 roku występował w Sturmie Bielitz***, być może jako gastspieler, nie mam pewności.

Istniało przeświadczenie, że gra w narodowej reprezentacji hitlerowskich Niemiec może uchronić przed wyjazdem na front. Dla III Rzeszy propagandowa wartość zwycięstw była rzeczywiście istotna. W trakcie wojny  reprezentacja Niemiec rozegrała aż 35 meczów międzypaństowych. Wygrała - 23, zremisowała - pięć ale i aż siedem przegrała (dwa razy z Jugosławią, raz z Włochami, dwa razy ze Szwajcarią i dwa razy ze Szwecją). Swoją drogą, neutralni Szwedzi albo Szwajcarzy musieli być kozakami. Po pierwsze zagrać, po drugie wygrać...

Simon Kuper, pisarz żydowskiego pochodzenia dorastający w Wielkiej Brytanii i Holandii, w swojej bardzo interesującej książce zatytułowanej "Futbol w cieniu holokaustu. Ajax, Holendrzy i wojna" opisuje, że Goebbels po tych porażkach wściekał się niemożebnie, żądał przecież zwycięstw za każdym razem. Po ostatniej porażce w historii hitlerowskich Niemiec - 2:3**** ze Szwecją w Berlinie (wrzesień 1942 roku) omal szlag go nie trafił.

Kuper przytacza po tym meczu Martina Luthera, ówczesnego sekretarza w hitlerowskim MSZ: "ponieważ zwycięstwo w meczu piłkarskim jest droższe sercom kibiców niż zdobycie jakiegoś miasta na wschodzie, tego typu wydarzenia muszą być zakazane dla dobra nastrojów wewnętrznych". Kuper sugeruje, że Luther cytował komentarze Goebbelsa.

Ochronny parawan wobec reprezentacyjnych piłkarzy przewrócił się wraz z końcem roku 1942. Kuper uważa, że potem wysyłano ich na front, między innymi po to by "uspokoić matki, które straciły synów i wciąż skarżyły się na dekowników grających w piłkę."

Zauważcie, że właśnie w tym samym okresie kiedy reprezentacja po raz ostatni wychodzi na boisko Niemcom przestaje powodzić się na frontach. Druga, zwycięska dla aliantów bitwa pod El Alamein w kampanii pustynnej w Afryce Północnej (przełom października i listopada 1942 roku) jest punktem zwrotnym. Operację kaukaską ("Fall Blau") prowadzoną w celu zdobycia cennych złóż ropy m.in. w azerskim Baku stopuje sam Hitler nakazem odwrotu 28 grudnia 1942 roku. Na przełomie grudnia i stycznia 1943 roku upada pod Stalingradem 6. armia feldmarszałka Paulusa.

Właśnie w tym samym okresie kończy się niemiecka piłka reprezentacyjna. Kuper zdążył jeszcze porozmawiać z Albertem Singiem, zmarłym w 2008 reprezentantem Niemiec, który w reprezentacyjnej drużynie grał z Klinglerem i Urbanem. Sing wszystko pamiętał doskonale (Kuper potem go sprawdził), ale w jednym się pomylił a pisarz tego nie wychwycił. Zdaniem Singa Klingler i Urban zginęli miesiąc po rozwiązaniu drużyny narodowej. "Wyjechali na front i od razu padli". Sing zresztą został ciężko ranny pod Stalingradem i cudem (w tym wypadku to nie wyświechtany zwrot) przeżył.

Urban zginął na froncie wschodnim 27 maja 1943 roku.

Klingler zginął na froncie wschodnim 23 listopada 1944.

Ciekawe czy niemieckie matki wściekłe na dekowników to uspokoiło.

PS Do napisania notki natchnęła mnie informacja, że Schalke po tylu latach postanowiło właśnie sprowadzić zwłoki Urbana do Niemiec.

PS1 Ucieszyła mnie informacja, że Hitler nie przepadał za futbolem, że piłka go nudziła i traktował ją instrumentalnie. Gdyby kochał tę grę trochę mogłoby mnie to uwierać:)

PS2 Na dzieje Polski też da się spojrzeć przez futbolową soczewkę. Będę starał się to jeszcze kiedyś udowodnić;)

PS3 A poza tym Omega i czwarta trybuna zabrzańska.

* ciekawe, że wcale nie Niemcy przestali grać ostatni. Jeszcze w czerwcu 1943 roku Szwajcarzy grali w Sztokholmie ze Szwecją. Mieli zresztą krótką przerwę, bo już w kwietniu 1945 roku podejmowali Francję. Z kolei Szwedzi jeszcze w listopadzie 1943 roku wyjechali na mecz do Budapesztu z Węgrami.

Pytanie do Was, drodzy Czytelnicy: czy natrafiliście na jakiś ślad meczu międzypaństowego rozgrywanego w Europie w 1944 toku?

** i *** - według "Spielerlexikon 1890-1963".

**** - to była zdumiewająca porażka, bo nawet późniejsi zwycięzcy właściwie w komplecie typowali, że... przegrają. Fussball Illustrierte Sportzeitung z 22 września 1942 (mam ten numer w kolekcji) przytacza typy największych szwedzkich gazet. Według Svenska Dagblad i Dagens Nyheter mecz miał skończyć się wynikiem 3:1 dla Niemiec. Z kolei dziennik "Allehanda" (czyli "Rozmaitości") przepytał ludzi szwedzkiego futbolu. Największym pesymistą był Nelle Halders z Noerkoping, który typował porażkę własnej reprezentacji 1:5. Torsten Wiberg, trener Halmstad był mniejszym pesymistą: 1:3. Albert Olsson, legendarny napastnik GAIS Goeteborg, facet, który strzelił dla tej drużyny ponad sto goli, trzykrotny mistrz Szwecji w latach 20., uważał, że jego rodacy przegrają 2:4.

czwartek, 21 listopada 2013
Wreszcie da się zarobić na niechęci

Wiadomo, że kibice Piasta Gliwice i Górnika Zabrze się nie znoszą. Niestety jak dotąd wzajemna niechęć nie przynosiła niczego konkretnego poza szpeceniem murów. Teraz wreszcie może być inaczej. Bo przecież wzajemna niechęć jest o tyle dobra, że dzięki niej wzrasta zainteresowanie bezpośrednią rywalizacją. Na tyle wzrasta, że aktualna forma, zła czy dobra passa obu klubów są właściwie bez znaczenia. A jeśli wzrasta zainteresowanie to można sprzedać więcej biletów. Większa frekwencja to większe zyski.

Niestety - w Gliwicach dotychczasowa rywalizacja obu klubów przynosiła zyski mniejsze niż mogła.

Tak się składa, że Piast z Górnikiem spotkały się w Gliwicach w ekstraklasie zaledwie dwukrotnie.

Pierwszy raz do takiego meczu doszło 3 kwietnia 2009 roku. W Gliwicach do dziś pamiętają tamto spotkanie, to był przecież moment historyczny: Piast wygrał 1:0. Euforia. Byłem, widziałem. Po meczu trener Henryk Kasperczak narzekał jednak na brak „wspaniałych zabrzańskich kibiców”. Goście nie zostali przyjęci ze względu na "nieprzystosowanie do wymogów sektora dla przyjezdnych kibiców." To był oficjalny powód. Nieoficjalny - wiadomo jaki.

Potem była przerwa w rywalizacji gliwicko-zabrzańskiej, bo z ligi spadł Górnik, a kiedy po roku znowu wszedł - akurat spadł Piast. Najbardziej z takiego obrotu sprawy musiała być zadowolona policja z obu miast.

Wreszcie Piast jednak wrócił do ekstraklasy i już na dzień dobry w pierwszej kolejce podjął u siebie Górnika. Było to 17 sierpnia 2012 roku. Byłem, widziałem. Górnik wygrał 2:1, ale kibice z Zabrza znowu nie zostali wpuszczeni na obiekt w Gliwicach. Wściekli wystosowali nawet oświadczenie:

„Kilka lat temu głównym argumentem, by nie wpuścić na stadion sympatyków drużyny gości, był fakt jego przestarzałości i  niespełniania wymogów bezpieczeństwa. Obecnie, gdy mamy w Polsce za sobą organizację jednej z największych sportowych imprez, jaką są Mistrzostwa Europy, tendencja, by nie wpuszczać kibiców gości, dalej jest praktykowana w imię wygody osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo publiczne” - głosił jego fragment. Oświadczenie oświadczeniem a rzeczywistość - rzeczywistością. Oczywiście nie wierzcie, że to spotkanie widzieli tylko kibice Piasta. Hanys potrafi.

Już niedługo, 30 listopada Piast 2013 roku po raz trzeci podejmie Górnika na własnym stadionie w ekstraklasie. Tym razem wreszcie jest przełom. Mecz zobaczy 1400 kibiców Górnika. Takie ustalenia zapadły po spotkaniu z udziałem władz Piasta, policji oraz fanów obu ekip.

Kibice biorą na siebie wielką odpowiedzialność, ale cieszę się, że mają szansę pokazać, że warto im zaufać, że 30 listopada w Gliwicach będzie tylko dniem meczu a nie preludium apokalipsy.

Właśnie w ten sposób fani mogą zademonstrować, że zależy im na klubach. Spokojne zachowanie przed mecze, w trakcie i po nim gwarantuje, że w kolejny mecz znowu będą mogły zobaczyć obie, niezbyt przepadające za sobą strony. To - jak już wspomniałem - znacznie większe zyski dla ich klubów.

Kibice Piasta nie muszą kochać kibiców Górnika. Kibice Górnika nie muszą kochać kibiców Piasta. Ale wierzę, że obie strony doskonale rozumieją: powściągliwość w zachowaniach podpadających pod paragraf spowoduje, że będą mogli tak gorące mecze oglądać na żywo bez względu czy będą odbywać się w Gliwicach czy w Zabrzu.

Wierzę w inteligencję kibiców.

PS też wierzy.

PS1 Kibicom Piasta niezadowolonym z decyzji wpuszczenia fanów Górnika (wiem, że są tacy) przypomnę porzekadło "jak Kuba bogu tak bóg Kubie". Warto wpuścić żeby być wpuszczonym. Już nie mogę doczekać się meczu Górnika z Piastem na nowym stadionie w Zabrzu z kilkoma tysiącami kibiców gliwickiej drużyny na trybunach...

PS2 PZPN wymierzył srogą karę Polonii Bytom. Koniec marzeń o awansie?

 
1 , 2 , 3
Archiwum