czwartek, 27 listopada 2014
Real Madryt nie powinien się już nazywać "Real"

Gdybym był kibicem Realu Madryt natychmiast pozwałbym własny klub do sądu. A właściwie ludzi, którzy nim teraz rządzą.

Szkody, które właśnie wyrządzili są ogromne. Motywy, które nimi kierowały są oczywiste. Wiadomo, że zawsze chodzi o pieniądze, ale tym razem moim zdaniem zgodzono się na uwspółcześnioną wersję korporacyjnego prostytuowania się. Oto Real zdecydował się usunąć krzyż ze swojego herbu (wbrew temu co sugerowałem herb na jego oficjalnej stronie krzyż jeszcze zachował. Mój błąd, przepraszam - herb był tak malutki, że tego krzyżyka rzeczywiście nie zauważyłem). Według medialnych spekulacji to część lukratywnej trzyletniej umowy z nowym sponsorem - National Bank of Abu Dhabi. Chodzi o to żeby chrześcijański symbol nie raził ludzi z Emiratów, którzy dają kasę na klub.

Zawsze zadziwia mnie hardość i tupet ludzi, którzy decydują się na tego typu działania. Przecież takie świętości jak Real nigdy nie są czyjąś własnością, ludzie nim zarządzający są jedynie depozytariuszami "świętego ognia". Niestety - czego mamy właśnie dobitny dowód - zdają się o tym zapominać.

Zadziwia mnie również podwójna moralność niektórych kibiców tej drużyny. Wszędzie, także pod tym wpisem, podkreślają, że przecież krzyż nie będzie usunięty. To znaczy będzie, ale "tylko i wyłącznie z produktów Narodowego Banku Abu Zabi (na przykład karty do bankomatu z herbem) w Zjednoczonych Emiratach Arabskich". Szokuje mnie, że nie widzą w tym nic nadzwyczajnego.

Dla mnie to jeszcze większe obrzydlistwo, bo klub pokazuje w ten sposób różną twarz w różnych miejscach. Zdjęcie krzyża w jednym miejscu i zostawienie go w drugim po to żeby więcej zarobić jest jeszcze bardziej żenujące. To budzi mój jeszcze większy odruch wymiotny. Wyobrażacie sobie sytuację, że Besiktas Stambuł żeby dostać pieniądze od jakiegoś banku ze Starego Kontynentu wycofuje półksiężyc z herbu (oczywiście tylko na rynku europejskim)? Niemożliwe. Po pierwsze dlatego, że żaden europejski bank by tego nie zasugerował, po drugie dlatego, że Besiktas potraktowałby tę sugestię jako obraźliwą. Autentycznie zdumiewa mnie więc, że nikt w Realu nie obraził się z tego powodu. 

Ośmielam się zasugerować żeby Hiszpanie o odpowiednim autorytecie wystosowali apel z żądaniem do Jego Królewskiej Mości Filipa VI. Do czasu przywrócenia status quo ante - monarcha specjalnym dekretem powinien wycofać Realowi prawo do używania tej nazwy*. Ma do tego moralne prawo. Przecież nie tylko herb ale i nazwę Realowi nadał pradziadek obecnego króla - Alfons XIII. 

Wiadomo, że żeby kibicować Realowi nie trzeba być katolikiem, ba - nie trzeba być nawet chrześcijaninem. Ale czy się to komuś podoba czy nie: Real Madryt jest nierozerwalnie, a priori, złączony z hiszpańską monarchią. Hiszpańska monarchia jest nierozerwalnie, a priori, złączona z katolicyzmem. Wszyscy innowiercy, a także wogóleniewiercy - powinni to uszanować, bo nie są w stanie tego zmienić.

Oczywiście jako kibica bolałoby mnie wycofanie nazwy "Real", bo ten klub jest częścią wspaniałego światowego futbolowego dziedzictwa. Nie widzę jednak innego wyjścia. Tylko stanowcze kroki mogą zapobiec stawaniu przez świat na głowie.

Pierwsza linia została naruszona. Skoro można było ją naruszyć już tylko kwestią ceny jest naruszenie drugiej linii. Na razie z czegoś tylko zrezygnowano. Może za chwilę za wypełniony banknotami frachtowiec coś się dołoży?

Byłoby super gdyby jakiś ważny piłkarz ogłosił teraz, że odchodzi z Realu, bo nowa umowa narusza jego uczucia religijne. Odbiłoby się to szerokim echem. Oczywiście tak się nie stanie, ale pomarzyć zawsze można.

Na koniec promyk nadziei: wyrządzone szkody są ogromne, ale jednak odwracalne. Odwrócić je może właśnie autorytet Filipa VI.

PS Najgorsze jest to, że oburzenie tysięcy ludzi z tego powodu decydenci będą mieli między scyllą i charybdą. Bo na ich miejsce przyjdą setki tysięcy, które też będą miały to między scyllą i charybdą.

To strasznie smutna historia. W spektakularny sposób znów przypomina prawidłowość: każdy się sprzeda. Wszystko jest jedynie kwestią ceny. Co tam opinia - opinią nie wygra się przecież Ligi Mistrzów...

PS1 Od tej chwili pisząc kiedykolwiek o Realu będę używał nazwy Madrid FC - tej sprzed 1920 roku i królewskiego gestu Alfonsa XIII. Będzie tak do momentu aż krzyż oficjalnie nie wróci na swoje miejsce.

PS2 Omega nie może uwierzyć.

* nie, nie chodzi mi o wycofanie nazwy "Real" tylko z terenu Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

środa, 26 listopada 2014
Chcecie się sprawdzić? Zapraszam [QUIZ]

Olga, koleżanka z redakcji poprosiła mnie żebym przygotował quiz z wiedzy o górnośląskim futbolu. No to przygotowałem. Moim zdaniem jest łatwy - jedynie pierwsze pytanie może ewentualnie sprawić drobną trudność. Reszta to bułka z masłem. Proste. Trafiłem 10/10;)

Jeśli chcecie się sprawdzić - zapraszam. Quiz znajdziecie TUTAJ. Satysfakcja gwarantowana. Na ile pytań udało Wam się odpowiedzieć?:)

PS Omega trafiła 10/10.

poniedziałek, 24 listopada 2014
Pięć dotknięć. Wystarczy

W wyjazdowym meczu Górnika Zabrze z Cracovią Mateusz Zachara miał tylko dwa ważne dotknięcia piłki, a Robert Jeż - trzy. Poza tym wyglądało jakby nie było ich na boisku.

Cóż - lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Lepiej dwa lub trzy razy dotknąć mądrze piłki niż piętnaście - głupio.

Dwie asysty Jeża były na magicznym poziomie. Dwa strzały Zachary były na magicznym poziomie. Jeśli dodamy jeszcze przytomne wybicie piłki z bramki przez Jeża to wyjdzie, że gdyby tych dotknięć w ogóle nie było - mecz nie skończyłby się wynikiem 2:1 dla zabrzan lecz 2:0 dla Cracovii.

Jeszcze jedno: po dzisiejszym meczu chętnie wziąłbym do Górnika jednego piłkarza Cracovii. Miroslav Covilo uprzykrzy życie jeszcze niejednemu bramkarzowi.

czwartek, 20 listopada 2014
Nie tylko Arkadiusz Milik

O tym klubie nigdy w całej jego historii nie było tak głośno jak obecnie. Ludzie na hasło "Rozwój Katowice" rzucają automatycznie odzew "Arkadiusz Milik". Jednak Milika w Rozwoju dość dawno już przecież nie ma (z kolei pieniądze za niego ciągle nie wpłynęły) a właśnie teraz klub ma szansę na największy sukces w historii! Na półmetku Rozwój prowadzi w drugiej lidze. Awans i gra na drugim poziomie rozgrywek byłaby czymś wyjątkowym, pamiętając z jak trudnymi okolicznościami przyrody musi zmagać się klub z Brynowa. Rywal z tego samego miasta rozsiadły tylko parę kilometrów na północ zasysa przecież prawie całe zainteresowanie lokalnej społeczności.

Mimo to nie skreślajcie Rozwoju. Trudno powiedzieć, że rodzą się tam kolejne perełki na miarę talentu Milika, bo jak się okazuje to może być piłkarz międzynarodowej klasy, ale - jak przekonuje mnie trener Dietmar Brehmer - są tam zawodnicy rocznika 1994, którzy mają potencjał choćby na zawojowanie ekstraklasy. Zapamiętajcie zwłaszcza dwóch synków: Adama Żaka (najskuteczniejszego strzelca zespołu, ostatnio popisał się hat-trickiem) i Przemysława Szymińskiego (syna byłego obrońcy m.in. GieKSy - Marka). Zresztą w Rozwoju gra kilku piłkarzy związanych wcześniej z Bukową: mój ulubiony obrońca Szymon Kapias (syn Jerzego), napastnik Sebastian Gielza (nienadający się wprawdzie na poziom ekstraklasy, ale w niższych ligach prujący jak karabin maszynowy) czy Tomasz Wróbel od którego - co przyznaje Brehmer - uczą się młodsi koledzy, bo umiejętności ciągle ma jednak z wyższej ligi.

W Rozwoju nie noszą głów wysoko, zdają sobie sprawę z ograniczeń, ale z drugiej strony - czy awans nie byłby pięknym uczczeniem 90-lecia, które przypada w przyszłym roku?

To nie będzie łatwe - tym bardziej, że innym WYJĄTKOWO zależy na awansie z tej samej ligi. Moim zdaniem najgroźniejszym rywalem Rozwoju będzie ósmy w tej chwili zespół w tabeli. Ósma lokata na półmetku nie brzmi nadzwyczajnie, ale pozory mylą. W tym konkretnym wypadku to tylko sześć punktów straty.

Wiosna w II lidze zapowiada się niezwykle interesująco.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 09 listopada 2014
Dobry moment na zmartwychwstanie

Ruch Chorzów w świetnym stylu wygrał dziś z Jagiellonią Białystok. Dokonał tego dosłownie w ostatnim momencie; wskoczył z peronu do odjeżdżającego już pociągu. Dzięki temu zwycięstwu perspektywy niebieskich w walce o utrzymanie są ciągle obiecujące. To nie jest tak, że rywale schowali się już za wirażem (jak to stało się dziś w przypadku Zawiszy Bydgoszcz).

Ruch, choć znowu stracił gola w ostatnich minutach, tym razem na tle rozpędzonego przecież rywala (cztery zwycięstwa w ostatnich pięciu meczach) wyglądał nienagannie. Chorzowianie byli dobrze przygotowani pod względem fizycznym, mieli ochotę do gry i wykazywali się pomysłowością w finalizowaniu akcji bramkowych.

Ciekawe, że prawie identyczny mecz odbył się prawie dokładnie pięć lat temu (jeden dzień różnicy - 8 listopada 2009 roku). Ruch też wygrał wtedy 5:2 z Jagiellonią. Gospodarzy prowadził Waldemar Fornalik, gości - Michał Probierz. Z tamtego składu w Ruchu nie ma już nikogo, u gości - wtedy i dziś na końcówkę wchodził Jan Pawłowski. 

Dziś Ruch wygrał na Cichej dopiero pierwszy raz w tym sezonie a jest już przecież listopad! Historia uczy jednak, że to niczego nie dowodzi. Kiedy niebiescy spadali z ekstraklasy po raz pierwszy - w sezonie 1986/87 - pierwszy raz wygrali u siebie dopiero w... kwietniu (ze Stalą Mielec). Kiedy spadli po raz drugi - w sezonie 1994/95 - na pierwsze zwycięstwo na Cichej czekali tylko do września (z Petrochemią Płock). Kiedy spadli po raz trzeci - w sezonie 2002/03 - na wygraną trzeba było czekać jeszcze krócej - tylko do sierpnia (z GKS-em Katowice). Z drugiej strony na przykład w sezonie 1990/91 pierwszy raz Ruch w Chorzowie wygrał dopiero w marcu (z Zagłębiem Lubin) a i tak się utrzymał. 

Zaskoczyły mnie dwa fakty. 

Po pierwsze - tak niezwykła dziś skuteczność Ruchu. Oddał tylko sześć strzałów w światło bramki a aż pięć z nich wpadło.

Po drugie - mimo straty dwóch bramek nieźle w stosunku do poprzednich gier wyglądająca gra w obronie (wyjątkiem był skandaliczny sposób krycia strzelca bramki przy pierwszym golu dla gości, a właściwie jego brak). Przed meczem wobec absencji Malinowskiego a zwłaszcza Babiarza nie wydawało się to tak oczywiste.

Cieszyć może aktywność w ofensywie bocznych obrońców i ich udział przy zdobywanych bramkach. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Rołand Gigołajew, który wydaje się być gotowy do roli pełnoprawnego skrzydłowego.

Wygląda na to, że Waldemar Fornalik powoli opanowuje sytuację. Kluczem jest chyba przygotowanie fizyczne. Piłkarze Ruchu mieli dziś siłę biegać i chcieli biegać. Jedno jest pewne: trener Ruchu - mimo faulu przy linii bocznej - nie chciał na arbitrze niczego wymuszać;) 

PS Omega aż skacze w górę z radości. 

sobota, 08 listopada 2014
Dwa skarby GieKSy. Gonzo i... płot

Warto było dziś przejść się na stadion przy Bukowej żeby zobaczyć śląskie derby. GKS Katowice grał dziś z GKS-em Tychy.

Niezwykłą wręcz bramkę strzelił dla gospodarzy Grzegorz Goncerz. Niektórzy powiedzą, że kuriozalną, bo napastnik wykorzystał niecodzienne nieporozumienie między bramkarzem i pomocnikiem gości. Obaj czekali na reakcję tego drugiego a "Gonzo" nie patyczkował się tylko wskoczył między nich i posłał piłkę do bramki między nogami bramkarza. To był gol jak z podwórka. Okazuje się, ż czasem gole z podwórka wpadają też w profesjonalnej lidze. To jednak nie jest zarzut wobec strzelca - on zachował się wyśmienicie. Wierzył, że może coś zdziałać w chwili gdy nie każdy by w to uwierzył. Trener Artur Skowronek był zadowolony, bo był to dobitny przykład na to co może przynieść jego konik czyli nieustanny pressing.

Tym sposobem Goncerz, który w tym sezonie zadziwia skutecznością zdobył już czternastą ligową bramkę w tym sezonie, a mamy dopiero listopad! Jeśli pójdzie tak dalej może pobić niezwykłe klubowe osiągnięcie. W 1965 roku, kiedy GKS walczył o ekstraklasę fantastyczny Zygmunt Schmidt zdobył na jej zapleczu aż 30 ligowych goli w sezonie! Oczywiście podobne osiągnięcie byłoby to możliwe pod warunkiem, że Goncerz w przerwie zimowej nie zmieni klubu. Szepce się bowiem po kątach o zainteresowaniu piłkarzem przez GKS Bełchatów, ale sam zawodnik po meczu nie podjął tej sugestii. Zaznaczył, że chciałby w ekstraklasie grać z Katowicami. Tego się trzymajmy.

W tym sezonie Goncerz dla Katowic to skarb. Drugim skarbem klubu jest... ogrodzenie. W przerwie meczu tyscy kibole rozhuśtali je próbując  wyłamać, w te ślady poszli oczywiście ich odpowiednicy z Katowic. Płot robili jednak fachowcy, bo mimo autentycznych chęci z obu stron ogrodzenie wytrzymało. Gdyby nie wytrzymało żywcem przenieślibyśmy się o jakieś piętnaście lat wstecz kiedy takie akcje były jeszcze na porządku dziennym. Gdyby nie wytrzymało to ten mecz nie zostałby dokończony i zapewne byłby obustronny walkower a może i inne sankcje.

Bywalcy stadionów wiedzą, że fani obu ekip nie darzą się gorącym uczuciem, wręcz przeciwnie. Wiadomo było więc, że dojdzie do festiwalu wyzwisk. Zdumiał mnie jednak pewien fakt. Otóż dziś podczas meczu na Bukowej udzielał się w tym względzie nawet... sektor rodzinny. Dobrze słyszałem kiedy dziecięce dyszkanty piały: "raz, dwa trzy", na co tubalne męskie głowy odpowiadały "tyskie psy". Początkowo myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie - to powtórzyło się dwa razy. Spytajcie GieKSika.

PS Sytuacja Tychów robi się coraz gorsza. Nadal nie wiadomo kto będzie trenerem. Treningi prowadzi Krzysztof Wolak, on odpowiadał również na pytania podczas konferencji prasowej. Na papierze jest nim Damian Galeja, który w przeszłości zajmował już w tyskim klubie to stanowisko.

środa, 05 listopada 2014
Czy będzie kara za rotowanie składem

W meczu Ligi Mistrzów z Realem Liverpool nie wystawił w Madrycie teoretycznie najsilniejszego składu. Zaczęły się spekulacje, że może zostać za to ukarany, bo przymus posyłania na boisko najsilniejszej jedenastki zapisany jest w przepisach Ligi Mistrzów (w artykule 4, punkcie 1, podpunkcie D).

To dobry moment żeby przypomnieć, że nie można jednocześnie być mięsem i widelcem, twórcą i tworzywem. Jeśli mnoży się rozgrywki i pozwala im pęcznieć to trudno jednocześnie wymagać żeby zawsze grała najsilniejsza jedenastka albo zmuszać kluby żeby pewne rozgrywki ZAWSZE uznawały za ważniejsze od innych (osobiście całkowicie rozumiem założenie, że liga krajowa może być w konkretnych sytuacjach przez konkretne kluby uznawana za priorytet nawet względem Ligi Mistrzów. Choćby dlatego, że głupie przepisy sprawiły, że można w niej zagrać nie będąc mistrzem własnego kraju).

Rozśmiesza mnie, że pojęcie "najsilniejszego składu" może być zawarte w regulaminach bez ścisłego określenia przepisami właśnie co to pojęcie konkretnie oznacza i jakie są kryteria jego pojmowania. Interpretacja pojęcia w momencie umocowania w przepisach powinna być ewidentnie jednoznaczna, nie powinna pozwalać na subiektywne interpretacje. Moim zdaniem nie ma jednak możliwości jednoznacznego umocowania w przepisach i dlatego ten kij można o kant stołu rozbić.

Po pierwsze - jak rozliczać trenera z czynników, które wpływały na taką a nie inną jego decyzję względem składu?

Po drugie - jak ustalać dokładnie kto jest zawodnikiem podstawowego składu, a kto nie? Czy gwiazda wracająca po dwuletniej kontuzji na mecz Ligi Mistrzów jest zawodnikiem podstawowego składu czy raczej nie?

Po trzecie - zdarzało się już przecież, że kluby, które zagwarantowały sobie awans do kolejnej fazy rozgrywek wcześniej  wystawiały w kolejnych meczach grupiwych rezerwy. W jaki sposób udowodnić trenerowi złamanie artykułu 4 jeśli on odpowie (i będzie miał na to dowody), że dzięki tej absencji kilka największych gwiazd będzie mogło zagrać właśnie w kolejnej fazie, co mogłoby być niemożliwe gdyby musiały zagrać w grupowym meczu o nic?

Po czwarte - jak poradzić sobie z sytuacją, w której "zarotowanie" składem i w efekcie wystawienie kompletnego nowicjusza sprawi, że właśnie urodziło się niezwykle mocne ogniwo i wielka gwiazda futbolu? Historia zna takie przypadki. Być może brak takiej możliwości opóźniłby wystrzał nowej wielkiej gwiazdy?

Nie wierzę, że UEFA mogłaby być tak głupia żeby karać Liverpool. Taka kara mogłaby mieć wpływ na trendy w europejskim futbolu. Czy wpatrzony w centralę PZPN mógłby zacząć karać za grę w ekstraklasie w składzie dalekim od optymalnego? Czy mógłby karać za "rotowanie" - na przykład Legię Warszawa?

Byłoby to wyjątkowo absurdalne.

Ukaranie Liverpooolu za posadzenie Stevena Gerrarda na ławce w Madrycie miałoby pewną nominację do "najgłupszego zdarzenia w światowej piłce nożnej" za rok 2014.

Ale to niemożliwe. Michel Platini nie zgodzi się na to, bo straciłby twarz. Po przegranych półfinałach mistrzostw świata w 1982 roku i 1986 roku Platini nie zagrał już w meczach o trzecie miejsce a przecież był zdrowy. Nie miał po prostu motywacji. Nikt go za to nigdy nie ukarał. Myślicie, że po ukaraniu Liverpoolu Platini argumentowałby, że wtedy nie było takich przepisów, bo gdyby były to by się zastosował?

Artykuł 4, punkt 1, podpunkt D jest debilny. Dlatego włączmy na luz:)

PS Wiecie, że Artur Szpilka ma coś wspólnego z GKS-em Katowice? Ciekawe co by było gdyby kibice z Katowic nie uznali go za "dzieciaka"...

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. 

12:24, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (18) »
wtorek, 04 listopada 2014
Tak wychodzi się z kryzysu

Piast Gliwice był ostatnio w dołku, ale wygląda na to, że w imponującym stylu się z niego podźwignął. Kiedy bez gadania przegrał ze Śląskiem i z Jagiellonią niektórzy zaczęli sądzić, że będzie bronił się przed spadkiem. Co prawda do końca sezonu jeszcze daleko i rzeczywiście może się tak jeszcze stać, ale na tę chwilę wygląda, że Piast powinien bić się raczej w górnej połówce. Tym bardziej, że aż cztery z pięciu tegorocznych ligowych meczów, które pozostały do rozegrania Gliwice zagrają u siebie (na Okrzei - Łęczna, Poznań, Wisła, Pogoń). 

Jak to się stało, że nagle Piast zaskoczył?

Po pierwsze - do specyfiki ekstraklasy przystosowało się trzech cudzoziemców. Każdy z nich najpierw musiał swoje przejść w rezerwach. Tak się składa, że wszyscy trzej grają na newralgicznych pozycjach:

a) Konstantin Vassiljev jest tym kogo w Piaście najbardziej brakowało. Byli dobrzy bramkarze, twardzi obrońcy, skuteczni napastnicy ale ciągle brakowało klasycznego rozgrywającego w dobrej dyspozycji (tak naprawdę nawet w drużynie Marcina Brosza). Piast często w środku pola grał więc dwoma pomocnikami bardziej zorientowanymi defensywnie niż ofensywnie. Estończyk, jeśli będzie dobrze prezentował się pod względem fizycznym (wydaje mi się ciągle, że ma delikatną nadwagę, ale może taka jego uroda) da drużynie wiele dobrego, bo bardzo dużo widzi - udowadnia to zarówno podaniami jak i strzałami. Przypomina mi trochę Filipa Starzyńskiego (wiem, że jest starszy więc to "Figo" powinien przypominać mi Vassiljeva, ale najpierw widziałem jednak w akcji Starzyńskiego więc pozwólcie, że pozostanę przy własnej opcji:);

b) Sasa Żivec zaskoczył mnie najbardziej. Człowiek z naszego punktu właściwie znikąd (czyli ze słoweńskiej ekstraklasy) został ściągnięty do Gliwic już w trakcie tego sezonu. W Piaście rozumieją dobrze, że dwa bąki na bokach to okoliczność mocno sprzyjająca, a ostatnio działał jakby tylko jeden - Badia (z całym szacunkiem dla Tomasza Podgórskiego, życzymy powrotu do dawnej formy). Teraz wkroczył drugi bąk i może stać się największym objawieniem listopada w polskiej ekstraklasie. Świetnie drybluje - tak to właśnie jest z piłkarzami o wzroście 170 cm - i do tego może grać nie tylko na skrzydle. Do Piasta poleciła go agencja menedżerska Dusana Ostojicia z Belgradu, której przedstawicielem na Polskę jest Janusz Oster - kiedyś kierownik sekcji Górnika Zabrze w drugiej połowie lat 80. (czyli w czasach największej świetności KSG). Żivec - zanim trafił na Górny Śląsk - miał znacznie bardziej korzystną pod względem finansowym ofertę z Chin, ale odmówił wyjazdu. Jego marzeniem jest gra w kadrze Słowenii. Miał w niej ponoć szanse zagrać przed mundialem, ale kiedy tamtejsza reprezentacja wyjechała na mecze towarzyskie akurat odniósł kontuzję. Podobno grając w Chinach nie miałby na występy w kadrze żadnych szans. A z Polski do Słowenii jest przecież znacznie bliżej:)

c) Hebert miał najłatwiej, bo wiedział co go czeka. Tylko kwestią czasu było jego wejście do podstawowego składu, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zrezygnuje z lewonożnego stopera (podkreślam - stopera, a nie bocznego obrońcy).

Po drugie - do zespołu umiejętnie wprowadzani są młodzi stający się pełnowartościowymi członkami drużyny. 21-latek Osyra zaczyna tworzyć betonową parę z Hebertem, 20-latkiem Murawskim zachwycony jest Badia, który powtarza mu na treningach i w szatni, że "jeżeli będzie pracował tak dalej, może stać się bardzo ważną osobą dla polskiej piłki nożnej. Mówi mu to na treningach, mówi mu to w szatni." 21-letni Szeliga imponuje zaciętością, jak każdy piłkarz z Nowego Sącza. Cała trójka daje Piastowi bardzo wiele dobrego.

W całości widać dobrą rękę Angela Pereza Garcii, z którego już nikt się nie śmieje, że pracował na Malediwach. Facet pracuje kompleksowo, bo po pierwsze wzmocnił drużynę na tych pozycjach, na których najbardziej potrzebowała wzmocnień, a po drugie umiejętnie wprowadza do zespołu młodzież.

Niektórzy będą się śmiać, ale być może właśnie teraz powstaje najsilniejsza drużyna Piasta w dziejach tego klubu. Nie, nie popadam w przesadny zachwyt na podstawie zaledwie dwóch udanych meczów. Dostrzegam jedynie, że tworzy się zespół, którego - jeśli okrzepnie - trudno będzie ugryźć komukolwiek w kraju. Najważniejsze, to uchronić się przed kontuzjami i kartkami - wtedy drużyna powinna dość pewnie zdobywać kolejne punkty.

Dlatego fajnie byłoby szarpnąć się na coś więcej czyli na... Puchar Polski. Wiadomo: konkurencja jest solidna, ale przecież Piast sroce spod ogona nie wypadł. Czy nie czas przestać wspominać przegrany finał z Lechią w 1983 roku?

Wiadomo, że warto mieć marzenia, ale wiadomo jednocześnie, że rozmiarem marzeń przy własnych możliwościach można narazić się na śmieszność. Gdyby krajowy puchar stałby się marzeniem sennym w Gliwicach - nikt nie powinien się moim zdaniem śmiać. Jeśli potraktują tam sprawę poważnie - uważam, że stać ich na to trofeum.

PS Oczywiście nie wszystkie transfery zagranicznych piłkarzy w Piaście się sprawdziły. Na razie nie mogą zaskoczyć Kolumbijczyk Nieves i Tunezyjczyk Hadj Said. Ale pokażcie mi klub gdzie wszystko działa w stu procentach!

PS1 Mały klub z Katowic pcha się na salony. Rozwój to już nie tylko Arkadiusz Milik. Czy jest możliwe żeby w przyszłym roku zagrał derby z GieKSą?!

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 03 listopada 2014
Dlaczego nie znoszę Barcelony [KONKURS]

Nie tak dawno ogłosiłem konkurs w którym nagrodą - dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN - była świetna książka Jimmy'ego Burnsa "Barça. Życie, pasja, ludzie."

Wystarczyło tylko wytypować prawidłowy wynik ligowego meczu Barcelony z Celtą Vigo, poprzednim klubem Luisa Enrique, poprzedniego trenera Barcy. Mimo dość dużego zainteresowania tylko jedna osoba postawiła na zwycięstwo Celty, ale nie wytypowała dokładnego wyniku, a taki był warunek zwycięstwa.

Chcę jednak, żebyście te książki wygrali, więc ogłaszam kolejny konkurs. Tym razem nie będziemy już się bawić w typowanie.

Zadanie jest inne. Myślę, że ciekawe.

W komentarzach pod spodem proszę w trzech zdaniach uzasadnić jeden z dwóch wyborów:

a) dlaczego uwielbiam Barcelonę;

b) dlaczego nie znoszę Barcelony.

Chcę żeby ten konkurs był nie tylko dla fanów FCB. Może znajdą się również sympatycy futbolu, którzy nie przepadają za tą drużyną, ale jednak chcieliby mieć tę znakomitą książkę? Inteligentne uzasadnienie niechęci do tego klubu może być nawet ciekawsze niż gwałtowny wyraz szalonej miłości:)

Chciałbym żeby dwie książki trafiły do miłośników Barcelony, a trzecia - niekoniecznie:)

Najważniejsze jednak to ZMIEŚCIĆ SIĘ w trzech zdaniach. Trenowanie lakonicznych wypowiedzi, w których należy zawrzeć sedno sprawy to moim zdaniem przydatna czynność. Uważam, że za dużo gadamy. Wydaje nam się, że kiedy powiemy więcej to wypadniemy lepiej niż kiedy mielibyśmy powiedzieć mniej. A to przecież bzdura.

To zadanie ma dołożyć cegiełkę do niszczenia tej nieuzasadnionej w polskim społeczeństwie skłonności.

Czekam na Wasze komentarze do końca tygodnia. W następny poniedziałek (10 listopada) wybiorę wpisy, które najbardziej mi się podobały i ogłoszę trzech (a może troje) zwycięzców.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

15:05, pavelczado , Książki
Link Komentarze (49) »
Archiwum