poniedziałek, 28 listopada 2016
Piękno to luksus

Futbol też się przepoczwarza a efektowna gra to dopiero ostatnie stadium. Cieszę się, że dobrze rozumieją to w GieKSie.

Budowa zespołu to skomplikowany proces, który nigdy się nie kończy, to truizm. Osiągnięcie stadium motyla to szczęście dane drużynom nielicznym. W Katowicach motyl fruwał ostatni raz w drugiej połowie lat 80. (choć dobrze pamiętam, że nawet wówczas styl GieKSy - mimo że strzelała wtedy przecież mnóstwo bramek - i tak uważano za dość toporny, z czym oglądając dzisiejszą polską ekstraklasę absolutnie nie mógłbym się zgodzić).

Piękno futbolu różni ludzie różnie rozumieją, często doceniają co innego, ale generalnie miło jest kiedy drużyna strzela dużo goli i potrafi przeprowadzić mnóstwo efektownych akcji. Uważam jednak, że oczekiwanie czy też żądanie żeby zespół zmierzał ku tego rodzaju doskonałości ma sens jedynie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Jeśli klub ma poważne zamiary w każdej innej klasie rozgrywkowej liczy się tylko i wyłącznie skuteczność w zdobywaniu punktów. Z tego co wiem GieKSa jesienią z rozmachem zagrała tylko raz - w Bielsku-Białej z Podbeskidziem.

O sposobie gry Katowic mówią liczby. Oto kilka z nich:

GieKSa wygrała jesienią dziesięć razy - najwięcej w tej lidze. Ale tylko cztery z tych spotkań wygrała z przewagą dwóch bramek. Z przewagą trzech bramek i więcej - już ani razu. Jednocześnie jesienią aż w dziewięciu spotkaniach nie straciła gola. Trzy gole straciła tylko raz. Wniosek z tego oczywisty: w jesiennych meczach GieKSy pada niedużo bramek, w każdym razie mniej niż meczach rywali do gry w ekstraklasie.

Oczywiście: awans można zdobywać w różny sposób. W 1965 roku, kiedy GKS też walczył o ekstraklasę, sam jeden Zygmunt Schmidt, najlepszy piłkarz ery „przedfurtokowej”, zdobył aż 30 goli! Ale to wówczas były inne czasy. Wiem jedno: sto razy bardziej wolę GKS grający nieefektownie a skutecznie niż efektownie a nieskutecznie. Bo kończy się to tak, że nad wyeliminowaniem braków obie szkoły dochodzenia do doskonałości w kolejnych sezonach popracują już w innych klasach rozgrywkowych.

sobota, 26 listopada 2016
Dlaczego Waldemar Fornalik złapał się za głowę

Byłem dziś na meczu Ruchu. Znów przekonałem się, że trenerzy bardzo często wiedzą co stanie się za chwilę.

W 44. minucie sędzia podyktował rzut wolny dla Jagiellonii. Waldemar Fornalik złapał się wówczas za głowę. Zaraz potem do piłki podszedł Konstantin Vassiljev i z ponad 20 metrów przywalił tak, że nie było co zbierać.

Ciekawiło mnie dlaczego trener tak zareagował. Chciałem się upewnić więc spytałem go o to po meczu. Nie pomyliłem się: Waldemar Fornalik przeczuwał co się stanie. - Jarek Niezgoda zupełnie niepotrzebnie sfaulował wtedy rywala w niegroźnej sytuacji. Wszyscy wiemy jak strzela z rzutów wolnych Vassiljev więc uczulaliśmy chłopaków żeby nie popełniali takich błędów - przyznał.

W tym miejscu należy wspomnieć o jednej ważnej okoliczności. Trener Ruchu MUSI kojarzyć charakterystyczną umiejętność Vassiljeva wcale nie od dziś a już od ponad czterech lat...

15 sierpnia 2012 roku Waldemar Fornalik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski podczas towarzyskiego meczu z Estonią w Tallinie. Wydawało się, że spotkanie zakończy się bezbramkowym wynikiem, ale w ostatniej minucie sędzia zarządził rzut wolny dla gospodarzy. I wiecie kto podszedł go wyegzekwować? Zawodnik wówczas w ogóle w Polsce nieznany...


piątek, 11 listopada 2016
Prezes klubu nie musi się znać na futbolu

Kiedyś byłoby to nie do wyobrażenia. Nadchodzi era, że nie do wyobrażenia będzie by mogło być inaczej.

Podoba mi się, że Marek Kwiatek, nowy prezes Piasta Gliwice nie udaje. Od razu na wstępie przyznaje, że nie zna się na futbolu. Takie postawienie sprawy jest uczciwe od samego początku. Nie wstydzi się tego, ale przecież... nie musi. Bo prezes klubu nie musi znać się na piłce nożnej. Fajnie jeśli ją lubi, jeśli się nią interesuje. Ale paradoksalnie, nie jest to wcale warunkiem koniecznym żeby taką posadę objąć! A przynajmniej nie powinno być

Oczywiście dobrze byłoby gdyby prezes wiedział, że facet, który akurat mówi mu na schodach "dzień dobry" gra w jego klubie na lewej pomocy. Ale przecież temu facetowi i tak bardziej niż na „dzień dobry”, zależy żeby miał dobre warunki do pracy i wypłacane na czas pieniądze. Wtedy będzie prezesa szanował bardziej niż gdy ten chwaliłby jego celne diagonalne przerzuty na przeciwległe skrzydło.

Z prezesem Kwiatkiem rozmawiałem jak wyobraża sobie swoją pracę, co uważa za najważniejszy cel. Podkreśla, że jego rola sprowadza się przede wszystkim do zapewnienia jak najlepszych warunków funkcjonowania klubu. Nie ma zamiaru decydować o polityce personalnej dotyczącej drużyny, o transferach. On zna się na pieniądzach (ma doświadczenie z branży developerskiej i zbrojeniowej).

Ale żeby ten układ hulał jak należy, żeby prezes mógł skupić się na tym, do czego został powołany czyli na biznesie, musi w Piaście pojawić się dyrektor sportowy. Prezes Kwiatek zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Wydaje mu się (a mnie przy okazji też), że to kluczowa, chyba najbardziej paląca kwestia. W Piaście będą musieli przecież pospawać sprawnego golema, z trzech niepracujących ze sobą dotąd ludzi: prezesa, dyrektora sportowego i trenera. Ten sprawnie działający triumwirat może zapewnić klubowi piękne dni. Jeśli jednak się zatnie, wszystko może runąć jak domek z kart.

Dyrektor będzie łącznikiem całości, będzie paliwem w silniku tego golema. Wydaje się więc, że wybór odpowiedniej osoby to dla Piasta fundamentalna sprawa. To musi być ktoś, kogo zaakceptuje mający silny charakter Radoslav Latal, ale jednocześnie ktoś, kto nie da czeskiemu trenerowi wejść sobie na głowę. To też musi być ktoś z silną osobowością.

Wtedy wszystko zadziała.

piątek, 04 listopada 2016
Bardzo daleki rzut kamieniem młyńskim

Polski futbol ma ogromne szczęście i wielkie sukcesy. Także dlatego, że jego siły budują nie tylko piłkarze, trenerzy, działacze, sędziowie i kibice (tych ostatnich konsekwentnie odróżniam od kiboli). Ma szczęście i sukcesy - mimo że nigdy nie mieliśmy drużyny, która wygrałaby mistrzostwo świata, nigdy nie mieliśmy również klubu, który byłby najlepszy w Europie. Jest jednak coś co umiejscawia nas absolutnie w światowej czołówce i czego inne nacje, niby lepsze na boisku, mogą nam zazdrościć.

Tym razem nie chodzi o wspaniałe mecze, talenty, nadzieje i emocje. Chodzi o czystą, przefiltrowaną wiedzę.

***

Po książki sięgamy z wielu powodów. To truizm, ale jednak przypomnę jego założenia: książki pozwalają poszerzać nam słownictwo, uczą nas myślenia, dają relaks i odprężenie, pozwalają lepiej się wysławiać, poprawiają pamięć...

Wiadomo jednak, że w zalewie szmiry nie zawsze jesteśmy zadowoleni. Dlatego dziś czytanie książki jest jak przychodzenie na stadion. Kiedy chodzisz na mecze wśród iluś przeciętnych spotkań, na które miałeś nieszczęście trafić, przydarza ci się wreszcie taki mecz, który zapamiętujesz do końca życia. Tak samo jest z książkami. Nie da się za każdym razem trafić na książkę wybitną. Wolę kiedy dech w trakcie lektury zatyka mi kilka razy w roku niż gdyby miało zatykać mnie codziennie. Także dlatego, że mogę to wtedy bardziej docenić.

Kiedy dowiedziałem się, że Andrzej Gowarzewski w ramach encyklopedii piłkarskiej FUJI rozpoczyna serię „mistrzostwa Polski, stulecie” od razu wiedziałem, że będzie odlot. Nie przypuszczałem jednak, że aż taki! Seria jest już – jak to u Gowarzewskiego – w najdrobniejszych szczegółach zaplanowana, do 2018 roku ma ukazać się osiem tomów. Jednak już tom pierwszy ("Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie") rzuca na kolana.

Nie spodziewałem się, że kogoś takiego jak ja, który opisuje futbol od prawie ćwierćwiecza, można czymś zadziwić. Po lekturze książki Andrzeja Gowarzewskiego zmieniam zdanie. Pora uzmysłowić sobie fakt, że myśląc o przedwojennej futbolowej historii Polski poruszaliśmy się dotąd po pewnych utartych już ścieżkach. Wydawać by się mogło, że właściwie wszystko już w tej sprawie zostało rozpoznane i nie ma nikogo, kto zdołałby dorzucić choć garść nowych wiadomości. Mogliśmy dawne dzieje odtwarzać z nielicznych przedwojennych dokumentów, zachowanych pisemnych relacji albo pożółkłych stron starych gazet (ewentualnie niepożółkłych pod warunkiem, że zdigitalizowanych).

Tymczasem tylko ten jeden pierwszy tom to baza wiedzy nieznanej dotąd futbolowej publiczności. Pierwsze przekartkowanie pozwala na stwierdzenie, że wreszcie wiele „białych plam” z historii polskiej piłki zostaje wyjaśnionych. Także tych plam, z których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

***

Tą książką Gowarzewski podniósł do góry kamień młyński i dalekim rzutem przesunął granicę naszej wiedzy. W tej dziedzinie mógł to zrobić tylko ten człowiek. Z czterech powodów, które idealnie się nałożyły:

a) wyjątkowości pomysłu;

Dziś wielu by chciało go naśladować, ale trzeba było wpaść na to w czasach głębokiego PRL-u, co już samo z siebie stawiało od początku bardzo trudne przeszkody. Gdyby ktoś chciał zacząć gromadzić materiały dziś, szybko poległby z frustrującą świadomością, że nie podoła zadaniu;

b) chęci i reporterskiej ciekawości;

Niecodzienne zawodowe losy Gowarzewskiego – opowiada o nich zresztą w tym tomie – sprawiły, że od połowy lat 70. mógł poświęcić się tej idei w pełni. Latami, dzień w dzień, od rana do wieczora. Ilu ludzi byłoby na stać na taką pracowitość?

c) momentu rozpoczęcia; Gowarzewski zaczął zbierać materiały w momencie kiedy żyło jeszcze mnóstwo bohaterów doby przedwojennej. Dzięki temu złapał osobisty kontakt z niezwykłymi ludźmi i uzyskał szczegółowe informacje. Ktoś kto chciałby go dziś naśladować nie ma żadnych szans, bo ci ludzie od dawna nie żyją. Ale Gowarzewski też musiał się śpieszyć. W maju 1980 roku na klatce schodowej łódzkiej kamienicy minął mężczyznę, którego twarz wydała mu się znajoma.

– Pan Jańczyk?

– Owszem.

– Właśnie idę do pana ojca, byłem umówiony na dziesiątą.

– Spóźnił się pan, tata umarł dziś w nocy.

Roman Jańczyk był wielką gwiazdą ŁKS-u przełomu lat 20. i 30;

d) umiejętności;

Wydaje wam się, że wystarczyło ustalić gdzie mieszka interesująca nas osoba i ją przepytać? Nie, nie! To tak nie działa. Najpierw trzeba dopracować, także metodą prób i błędów, metodykę i metodologię pracy. No bo jak oddzielić ziarno od plew? Skąd wiedzieć kiedy opowieść jest prawdziwa a kiedy zwyczajnie zmyślona, albo – nawet choć podana w dobrej wierze – całkowicie nieprawdziwa? Przypominam, tu chodzi o opowieści z lat 20. i 30. Trzeba wiedzieć po pierwsze – jak i gdzie szukać. Po drugie – jak i gdzie sprawdzać. A sprawdzać – okazuje się – powinno się wszystko. Począwszy od metryki. Bo nic może nie być takim jakie nam się wydaje. Przykład? Pierwsza złota medalistka olimpijska Halina Konopacka wcale nie miała na pierwsze imię Halina, a nasza najlepsza sprinterka wszech czasów Stanisława Walasiewiczówna nie była... Stanisławą. Doszedł to tego właśnie Gowarzewski.

Metodą prób i błędów doprowadził używanie sita oddzielającego ziarno od plew do perfekcji.

***

Dlaczego do głowy ciągle przychodzi mi młyński kamień? To oczywiste: wydawać by się mogło, że o przedwojennej piłce wiadomo co wiadomo i wiadomo czego już nie będzie wiadomo. Niby granica była nie do ruszenia. Tymczasem Andrzej Gowarzewski nie tylko ją porusza, ale jedną publikacją nagle przesuwa ją znacznie dalej. Wręcz niewyobrażalnie dalej. On tym kamieniem młyńskim rzuca z łatwością Asteriksa. Ta łatwość jest efektem czterdziestoletniej pracy. To tak jakby kulę pchnąć nagle na 40 metrów.

Pod względem wartości sam tylko pierwszy tom już teraz jest jedną z najważniejszych książek w historii polskiego futbolu. Czterdziestoletnie poszukiwania autora właśnie ujrzały światło dzienne. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to „książka do czytania” w rozumieniu kilkudniowej lektury. Nie da się jej przeczytać od deski do deski na bezdechu, zamknąć i nie wracać. To dzieło do wertowania, nawet latami. Esencja wiedzy to niespełna dwa tysiące not biograficznych podanych drobnym maczkiem: uczestników meczów oficjalnych i nieoficjalnych reprezentacji (także nieuczestników, autorowi wystarczyło powołanie do szerokiej kadry), uczestników meczów o mistrzostwo Polski (ligowych od 1927 roku), trenerów itd.

Jeśli wydaje wam się, że z powodu formy jest to sucha, nudna książka, przez którą mogą się przedzierać jedynie najbardziej zainteresowani szaleńcy – jesteście w ogromnym błędzie. Ta wiedza jest podana w najlepszy, możliwie przystępny sposób, a dosłownie każda (powtórzę – każda!) strona przynosi scenariusz na film.

Pewne jest, że będzie stanowiła punkt odniesienia dla następnych pokoleń ludzi zainteresowanych polską piłką.

***

Niezwykłe w tym dziele jest to, że można się nim zachłystywać na różne sposoby. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mając tak niezwykłe dane można tworzyć przeróżne statystyki. Piłkarskie, ale nie tylko piłkarskie. Na przykład można sprawdzić: ilu z tych piłkarzy zginęło jako żołnierze polskiego wojska w kampanii wrześniowej, ilu pod rozkazami Andersa we Włoszech a ilu na froncie wschodnim w szeregach Wehrmachtu? A jest też o tych, którzy stracili życie w gettach żydowskich, w Katyniu i hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Tragizm czasów II wojny światowej wychodzi wszędzie – także w dziejach piłki nożnej.

***

Książka ukazała się zaledwie parenaście dni temu, a już słyszałem zachwyty nią wielkich polskiej piłki.

I ja nie mogę inaczej.

Panie, panowie! My Polacy, właśnie zdobywamy mistrzostwo świata. Właśnie zdobywamy Ligę Mistrzów! Żeby to sobie uzmysłowić wystarczy sięgnąć po najnowszą książkę Andrzeja Gowarzewskiego.

Andrzej Gowarzewski

Mistrzostwa Polski 1918-1939. Ludzie

tom 51 encyklopedii piłkarskiej FUJI

wyd. GiA, Katowice

 

18:02, pavelczado , Książki
Link Komentarze (8) »
Archiwum