czwartek, 23 listopada 2017
Co Ruch i GieKSa mogą wspólnie osiągnąć

Czy na mecz piłkarski na zapleczu piłkarskiej ekstraklasy może przyjść 50 tysięcy ludzi? Teoretycznie może. Może warto powalczyć o takie osiągnięcie u nas, na Górnym Śląsku? Wyobrażacie sobie, że staje się to rzeczywistością?

Dziś jedynym górnośląskim klubem piłkarskim, który przyciąga prawdziwe tłumy jest – słusznie zresztą – Górnik Zabrze. Ale moim zdaniem nie jest prawdą, że tylko świetna zabrzańska drużyna jest w stanie rozognić fanów na trybunach.

Wiadomo, że najlepszym magnesem jest atrakcyjna gra i ponadprzeciętne wynikiPrzypominam jednak, że wreszcie mamy nowiuśki i wspaniały Stadion Śląski. Moim zdaniem grzechem byłoby z niego nie korzystać!

Dlatego z chęcią za pół roku zobaczyłbym na naszej arenie pierwszoligowe derby między Ruchem Chorzów i GKS-em Katowice, które zaplanowano na weekend 12-13 maja. Niektórzy uśmiechną się ironicznie czytając te słowa, bo przecież obecnie wspólna łączna frekwencja na ostatnich meczach obu tych drużyn nie ma żadnych szans nawet otrzeć się o niebotyczną cyfrę 50 000. Wydawać by się mogło, że wskazówka raczej opadnie w drugą stronę...

Po pierwsze: jest dużo czasu na przygotowanie tego wydarzenia. dużo czasu na mobilizację. Mobilizację obu klubów i mobilizację obu grup kibiców. Od organizatorów zależy jaką żonglerkę zastosują przy cenach biletów. Można by to wydarzenie opakować tak, żeby nie było jedyną tego dnia atrakcją na Śląskim.

Po drugie: nie wierzę, żeby Ruch Chorzów nie chciał skorzystać z takiej okazji i zwyczajnie zarobić. Rozmiary Śląskiego pozwalałyby na wpuszczenie wszystkich chętnych z obu stron.

To wydarzenie mogłoby połączyć starania Ruchu Chorzów i GKS-u Katowice o jak największą frekwencję. 45 lat temu na drugoligowy mecz Lecha Poznań z ROW-em Rybnik potrafiło przyjść ponad 50 tysięcy kibiców. Życzyłbym wszystkim żeby udało się kiedyś na Górnym Śląsku poprawić ten wynik. Tak żeby reszcie Polski szczęki opadły kiedy przyjdzie czas.

Niektórzy z Was powiedzą, że kluby mają inne problemy na głowie. Ja odpowiem, że owszem, ale zawsze trzeba być przygotowanym na różne scenariusze. Czy ten scenariusz nie byłby piękny?

PS Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam boks. Obok piłki nożnej i lekkoatletyki to dyscyplina z czadoblogowego podium. Przepadałem za meczami ligi bokserskiej na Śląsku w latach 90. Szczególnie podobało mi się na Kleofasie. Kuczeruk, Rybacki, Walas, bracia Butowicze... Dlatego jestem szczęśliwy, że mogłem dziś uczestniczyć w tego rodzaju uroczystości. 

PS1 Usłyszałem dziś niezwykłą historię, która wydarzyła się w styczniu 1940 roku. Nie znacie jej. Gestapo, futbol, morderstwo i... szczęśliwy koniec. Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Na pewno Wam ją wkrótce opowiem. 

piątek, 17 listopada 2017
Tak, Górniku Zabrze: Legia symbolem nowoczesnej Polski

Dariusz Mioduski, właściciel Legii Warszawa udzielił właśnie wywiadu portalowi "Sportowe Fakty".

Przeczytałem go z ogromnym rozbawieniem. Pan Mioduski oczywiście ma prawo do własnej wizji ekstraklasy, ale miejsce jakie rezerwuje Legii m.in. kosztem Górnika to jakieś gigantyczne kuriozum. Mówi bez zająknięcia:

"Piłkarze z takich klubów jak Górnik powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Legia czy Lech. Dopiero potem wyjeżdżać z kraju. To by było w interesie wszystkich, w tym zawodników".  

Moje pytanie jest proste i brzmi: jaki interes ma kibic Górnika w tym, że wyróżniający się piłkarz jego klubu przejdzie do Legii? Oczywiście można posunąć się dalej i próbować dociec dlaczego piłkarze z takich klubów jak Legia nie powinni być transferowani do czołowych polskich klubów, jak Górnik i dopiero potem wyjeżdżać z kraju, bo było by to w interesie wszystkich, w tym zawodników?

Oczywiste jest, że nikogo nie stać na racjonalną odpowiedź zawierającą tezę o nadzwyczajności Legii względem innych klubów.

Ciekawe czy wyróżniający się piłkarze Górnika nie będą już pytani przez dziennikarzy, którzy kibicują Legii: "czy chciałby pan zagrać w Legii" ale raczej "kiedy chciałby pan zagrać w Legii"?

Oczywiście kocopały głoszone przez Mioduskiego zasługiwałyby jedynie na szyderstwa gdyby nie fakt, że moim zdaniem są to na zimno wymyślone działania niosące za sobą niebezpieczne przesłanie.

 To sączenie do ucha pani, panu, społeczeństwu narracji, że Legia to wielkie dobro narodowe a jej wzmocnienie i dobre występy w europejskich pucharach, powinno nas - jako Polaków - napawać dumą. I że nie nikt nie powinien takim założeniom stać na drodze.

Bo niechęć oddania oddania wyróżniającego się piłkarza z innego klubu to egoizm i wąski sposób patrzenia... Na razie ta papka podawana jest delikatnie i nienachalnie. Ale wzmocnienie i konsekwencja tej narracji mogą kiedyś sprawić, że ludzie zaczną wierzyć w te brednie, a każdy kto myśli inaczej będzie postrzegany jako cudak, odszczepieniec, zwolennik wstecznictwa a nawet osobnik pozbawiony patriotyzmu!*

Adam Mickiewicz również by tego nie pochwalił takiego sposobu myślenia! Gdyby tylko mógł na pewno napisałby o Legii jakiś wspaniały poemat.

*niech każdy wpisze co uważa.

środa, 15 listopada 2017
Co Sopot ma wspólnego z España'82

Czy komuś zdarzyło się spotkać bohaterów najpiękniejszej baśni z dzieciństwa? Wyobraźcie sobie, że mnie właśnie się to udało.

W przeddzień meczu z Meksykiem spotkali się członkowie polskiej ekipy, która zdobyła trzecie miejsce na piłkarskich mistrzostwach świata w 1982 roku. PZPN zaprosił piłkarzy, trenerów i działaczy z tamtej imprezy na uroczysty raut w sopockim Sheratonie, żeby powspominali stare dobre czasy. Dawne gwiazdy patrzyły na siebie z uśmiechem, zdarzało się, że niektórzy z nich widzieli się po raz pierwszy od hiszpańskiego mundialu!

Dojechali prawie wszyscy. Zabrakło jedynie Włodzimierza Smolarka (nie żyje), Andrzeja Pałasza (uczy młodzież futbolu w Szanghaju), Andrzeja Szarmacha (nie przyjął zaproszenia, nie wspomina tamtego turnieju dobrze) oraz Jana Jałochy i Tadeusza Dolnego (nie ma z nimi kontaktu).

W strojach wieczorowych piłkarze wyglądali jak absolwenci prestiżowej szkoły zaproszeni na wspominki po latach. Miałem to szczęście, że PZPN także mnie zaprosił na tę uroczystość. Bez wahania wbiłem się w gangol. Byłem jednym z zaledwie kilku gości, których wówczas w Hiszpanii nie było. Jako dziesięciolatek zafascynowany tamtą imprezą (właśnie ona spowodowała moje trwałe zainteresowanie piłką nożną) nie przypuszczałem, że zobaczę moich bohaterów zebranych w jednym miejscu. Nie zmienili się za bardzo! Właściwie nie poznałem tylko Piotra Mowlika (rezerwowego bramkarza). Mało kto pamięta – a ja mu o tym przypomniałem – że pochodzi z Orzepowic na Górnym Śląsku, tam zaczynał przecież karierę, której najpiękniejsze chwile przeżył już gdzie indziej.

Imprezę poprowadzili Zbigniew Boniek i Dariusz Szpakowski, który relacjonował mistrzostwa w 1982 roku jeszcze dla radia (telewizyjnym sprawozdawcą był Jan Ciszewski, który zmarł parę miesięcy później. Rocznica jego śmierci przypadła dokładnie w dzień naszego spotkania, uczciliśmy go minutą ciszy). Prezes Boniek – trzeba to uczciwie przyznać – to prawdziwe „zwierzę medialne” – potrafi przemawia, nawet kiedy nie występuje w telewizji. Potrafi przywołać wspomnienia, widziałem, że choćby Andrzej Buncol był wyraźnie wzruszony. Prezes wręczył wszystkim członkom ekipy pamiątkowe koszulki, a potem na ekranie oglądaliśmy najpiękniejsze akcje z hiszpańskiego mundialu, zaś Szpakowski podchodził z mikrofonem do kolejnych bohaterów, którzy dzielili się własnymi impresjami. To było bardzo interesujące! Było widać i słychać - każdy z gości tę niezwykłą imprezę - wybaczcie, muszę górnolotnie - ma w sercu.

Na niezwykły gest zdecydował się trener Antoni Piechniczek. Wymyślił coś niecodziennego, co każdy piłkarz zapewne zapamięta na zawsze: każdemu z osobna wręczył podczas tej uroczystości odręczny list, który napisał o tamtych czasach właśnie szczerze i od serca. Także Andrzejowi Iwanowi, z którym był skonfliktowany po publikacji wspomnień tego ostatniego. Wbrew nadziejom niektórych bulwarowych dziennikarzy, których nie było na imprezie – podali sobie ręce.

Niecodzienną pamiątkę przywiózł ze sobą z kolei Marek Kusto. Napastnik Wisły był wcześniej w kadrze na mistrzostwach świata w 1974 i 1978 roku, ale dopiero w Hiszpanii dostał szansę od trenera Piechniczka. Na spotkanie w Sopocie zabrał koszulkę, w której grał na hiszpańskich mistrzostwach. Trochę się zmniejszyła i sprała, ale za zgodą Kusty mogłem wziąć ją w ręce, poczuć ten materiał... Cóż to było za przeżycie! Piłkarz miał ze sobą marker i pozbierał na niej autografy kolegów.

Potem był czas na wspominki i dyskusję. Usłyszałem wiele wspaniałych anegdot. Do naszego stolika dosiadł się Zbigniew Boniek i kolejny raz muszę przyznać, że umie opowiadać. W końcu, przed drugą, się wymknąłem. Bohaterowie muszą przecież mieć czas tylko dla siebie...

Wiem jedno - ten wypad do Sopotu, w którym nigdy dotąd nie byłem, zapamiętam na całe życie.

PS Nazajutrz też było miło. Przy obiedzie trener wręczył wszystkim piłkarzom egzemplarze książki, którą napisałem o nim wspólnie z Beatą Żurek. Potem miałem okazję usłyszeć kolejną porcję nieznanych anegdot kiedy gawędziłem przy stole z Piotrem Czają, Bogusławem Hajdasem i... Wojciechem Gąssowskim* ("gdzie się podziały tamte prywatki"). Kiedy człowiek się zastanowi to lata 80. w polskiej piłce nożnej były bardzo zajmujące, dzięki nim zostałem kibicem, a potem dziennikarzem. Ale ileż niecodziennych, nieopowiedzianych historii wydarzyło się w latach 60. i 70! Żeby tak to wszystko spisać i usystematyzować...

A wieczorem na fantastycznym gdańskim stadionie odbył się mecz z Meksykiem. Silną drużynę poznać również po tym, że wie kiedy jest idealny moment na porażkę:)

PS1 Przynoszę Wam również najnowsze wieści ze słupa umocowanego na samym czubku sopockiego molo: w tej chwili królują na nim wlepki Unii Oświęcim i... Cambrigde United. Były też Legia i Lech, ale ktoś zdrapał. Przysięgam, że nie ja.

*Wojciech Gąssowski zaimponował mi kiedy z szybkością karabinu maszynowego wyrecytował z pamięci skład Gwardii Warszawa z przełomu lat 50. i 60.

23:49, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 listopada 2017
Co Victor Hugo ma wspólnego z futbolem. Barrilete cósmico

Coś mnie naszło i od tygodnia próbuję zdobyć w księgarniach "Nędzników" Victora Hugo. Nie mam tego dzieła we własnym księgozbiorze, a jest ono tak wybitne, że staram się czytać co najmniej raz na dziesięć lat. 

W katowickich księgarniach doszło do kuriozalnej sytuacji. W jednej jest tylko tom I, w innej tylko tom II - do tego chodzi o wersję czterotomową. Zaczynam być sfrustrowany, wręcz nerwowy:)

W nieoczekiwany sposób ukoiłem jednak ostatnio nerwy, znów okazało się, że świat jest bardzo mały, a punktem stycznym może być... piłka nożna.

Kilka dni temu urodziny obchodził oto Najwybitniejszy Piłkarz Świata wszech czasów. Jak wiadomo do annałów przeszła jego bramka strzelona w 1986 roku, uchodząca - jakżeby inaczej - za najpiękniejszą w dziejach.

Polscy kibice znają ją pewnie na pamięć, ale nie wszyscy znają słynny komentarz, którym przeszedł z kolei do historii Victor Hugo Morales. Podejrzewam, że rodzice latynoskiego komentatora też byli miłośnikami twórczości francuskiego pisarza.

Tamto "ta-ta-ta" albo "barrilete cósmico" zna pewnie każde dziecko w Argentynie. Posłuchajcie zresztą sami. Czyż to nie wspaniałe? Podkręćcie na maksa. Można się wzruszyć!

 "La jugada de todos los tiempos". Czyż nie?! Po czymś takim nawet lekturę "Nędzników" można o kilka dni przełożyć:)

środa, 01 listopada 2017
Co Górnik Zabrze ma wspólnego z kurami

Górnik Zabrze czy wygrywa czy nie - dorobił się wyjątkowo cennej opinii. A opinia czasami zdaje się być ważniejsza niż... wyniki.

Ważniejsza w tym sensie, że w powszechnej opinii mecze Górnika są dziś bardzo zajmujące, bez względu na to czy rezultat jest dla niego korzystny (częściej) czy może raczej nie (rzadziej). W internecie hula zestawienie bardzo pochlebne dla zabrzan: ze średnią 22.329 KSG jest w pierwszej setce europejskich klubów - jako jedyny klub z Polski w tym zestawieniu - zajmuje 96 miejsce (o 400 kibiców wyprzedza 1.FC Kaiserslautern). O liderowaniu nie ma co marzyć - na czele jest Borussia Dortmund z prawie 81 tysiącami kibiców, żeby wskoczyć do pierwszej pięćdziesiątki trzeba by mieć frekwencję na poziomie ponad 30 tysięcy, ta - ze zrozumiałych względów - na razie dla Górnika jest nieosiągalna. 

Ale tymi celami zajmujmy się za jakiś czas. Nie od razu Rzym zbudowano, nie od razu na Górnik będzie chodzić regularnie pięćdziesiąt tysięcy kibiców...

Banałem jest stwierdzenie, że we futbolu najbardziej przyciągają emocje. Banałem jest stwierdzenie, że we futbolu emocje najbardziej budują strzelane bramki. Oczywiście nie wystarczy o tym pamiętać. Trzeba mieć instrumenty żeby teorię zmienić w praktykę. A w Górniku praktyka jest taka, że w tym sezonie zabrzanie ANI RAZU nie kończyli meczu z zerowym dorobkiem bramkowym. W każdym meczu potrafią strzelić gola - nie ma w Polsce zespołu, który potrafiłby się przed tym uchronić.

Teoretycy futbolu powtarzają, że dobrą drużynę buduje się od tyłu. Jeśli nie stracisz bramki, zdobędziesz punkt a co więcej to twoje. W obecnym zespole Górnika myśli się o defensywie. Jednak to ofensywa jest czymś co temu zespołowi wychodzi obecnie znacznie lepiej. Dla widowiska to znakomicie. Ale jeśli dla widowiska to dla frekwencji. Podejrzewam, że stu kibiców na stu będzie wolało zobaczyć trzy mecze z rzędu zakończone na przykład wynikiem 3:3 niż trzy mecze z rzędu zakończone wynikiem 0:0. Niech krzywią się zwolennicy idealnego realizowania zadań taktycznych (idealnego czyli bezbłędnego, bezbłędnego czyli bez straty bramki).

Futbol dziś to widowisko, choć warto pamiętać, że nie każdy nawet dziś rozumie tę definicję tak samo. Wydaje mi się, że dziś dla przeciętnego kibica widowisko to po prostu emocjonujący mecz, który kończy się zwycięstwem jego drużyny. Widowisko to dużo bramek.

Z jednej strony bardzo dobrze. Z drugiej osobiście trochę jednak żałuję, że w Europie pogardzane jest latynoskie podejście do tematu. Tam jeszcze gdzieniegdzie widowisko to przede wszystkim kunsztowne sztuczki będące popisem dla samego piękna popisu. Ktoś powie, że to archaiczny, zupełnie niepotrzebny przeżytek. Przeżytek o tyle, że popisy w konfrontacji ze zdyscyplinowanym futbolem poległy tak bardzo, że nawet dla Brazylijczyków ważniejsze stały się wynik niż piękno gry. 

Ale przecież dopiero historie o pięknie budują legendę. Uwielbiam choćby tę przytaczaną przez znakomitego urugwajskiego pisarza Eduardo Galeano. W 1950 roku jego rodacy sensacyjnie zdobyli mistrzostwo świata i dziennikarze z Europy chcieli poznać sekrety tamtych czarów, zwody - zwane moñas - ówczesnych urugwajskich mistrzów wprawiały ich w osłupienie. Słynny Jose Leandro Andrade z rozmysłem miał wpuścić wtedy żurnalistów w maliny: opowiedział im bajeczkę o tym, że jego rodacy uczą się tych zwodów goniąc... kury. Próbowaliście kiedyś złapać kurę? Ja próbowałem. Nigdy mi się nie udało. Nawet kiedy próbowałem używać robinsonad a la Hubert Kostka. Zygzaki kur są nie do przewidzenia!

Reasumując: tak naprawdę jedyne czegoś dziś brakuje mi w grze Górnika to... łapania kur. Choć z drugiej strony gdyby miało to sprawić, że ich 3:3 zmieniłoby się w 0:0 - to już może lepiej żeby ich nie łapali? Wniosek tych moich nie do końca sformułowanych marzeń może być tylko jeden: Górnik gra obecnie tak dobrą piłkę, że niektórzy zaczynają myśleć o czymś więcej. 

O joga bonito. O pięknie.

Archiwum