wtorek, 30 grudnia 2008
Wstrząs mózgu to drobnostka

Tak się szczęśliwie składa, że w swoim życiu byłem w szpitalu tylko raz.  Na własnym weselu, podczas pierwszego tańca młodej pary, Szanowna Małżonka (mająca za sobą wiele lat treningów karate kyokushin, a także IV miejsce w mistrzostwach Śląska w kulturystyce) tak mną obróciła, że moje kolano znalazło się prawie z tyłu i miałem nogę jak flaming...

Trafiłem wtedy do szpitala w Piekarach, gdzie zwożą większość kontuzjowanych znanych śląskich sportowców - piłkarzy, lekkoatletów, zapaśników. Poznałem tam doktora Jerzego Widuchowskiego, wybitnego traumatologa (specjalistę od kolan), byłego lekarza kadry narodowej hokeistów. Jako pierwszy w Polsce zaczął stosować metodę artroskopii. Wśród jego pacjentów byli Andrzej Cofalik, Roman Bierła, Aleksander Kłak czy Janusz Jojko, a także Jerzy Szczakiel, jedyny polski mistrz świata na żużlu. I to właśnie żużlowcy zapadli doktorowi najbardziej w pamięć.

Oni trafiają do mnie z najcięższymi urazami, ale także to właśnie oni rewelacyjnie szybko wracają do zdrowia. Zawodnik, któremu pół roku temu, po groźnym wypadku operowaliśmy ramię i udo - dzisiaj "śmiga" na motocyklu nie pamiętając o wypadku. Nie wiem, z czego wynika ten fenomen. Chyba z ich nastawienia psychicznego - opowiadał mi doktor Widuchowski.

Po wielu latach przypominam sobie jego słowa, kiedy czytam tekst mojego redakcyjnego kolegi Marcina Fejkiela o niesamowitym Ronnie Jamrożym, nowym żużlowcu klubu z Rybnika. Jamroży przeżył na torze wiele paskudnych wypadków, większość ludzi na jego miejscu byłaby już inwalidami. A on nie dość, że z wszystkich opresji wyszedł ze szwanku, to nadal chce żyć szybko. Bo żużlowcy uwielbiają żyć szybko. Nic w tym dziwnego jeśli się pamięta, że ich motocykle nie mają hamulców...

Drobnymi kontuzjami Ronnie się nie przejmuje, jakieś tam wstrząśnienie mózgu to dla niego drobnostka. Zgadzam się z doktorem Widuchowskim; fenomen żużlowców wynika z ich psychiki. Ja już nigdy nie wsiadłbym na motocykl po takim wypadku, jaki przydarzył się Jamrożemu w 2006 roku:

 

Wiecie ile części ciała połamał sobie Jamroży w tej kraksie?

Jedną.

Nadgarstek.

PS W Nowym Roku życzę więc Czytelnikom Czadobloga żeby niczego sobie nie połamali. A w stronę Ronnie Jamrożego kieruję te słowa ze szczególnym naciskiem... 

niedziela, 28 grudnia 2008
Moja lista chwały

Wiadomo już kto został sportowcem województwa śląskiego A.D.2008. Organizowany od 1994 roku przez katowicką redakcję ”Gazety Wyborczej” plebiscyt wygrał pięściarz Tomasz Adamek.

http://czado.blox.pl/resource/adamek.jpg 

Uznałem to za dobry pretekst do przedstawienia najlepszych sportowców województwa śląskiego*. Subiektywna lista Czadobloga obejmuje lata 1922-2008.

Poniżej znajdziecie nazwiska znane na całym świecie, ale także nazwiska z trudem pamiętane nawet na Śląsku. To dlatego, że ten region nie zawsze był dla sportu ziemią obiecaną. Na początku lat 20., dla Śląska wyjątkowo burzliwych, kultura fizyczna była wśród najważniejszych spraw, którymi się zajmowano, o wyczynie już nie mówię. Ale winnych oczywiście szukano: na cenzurowanym znalazło się choćby... wojsko ”które ignoruje zupełnie i wyraźnie polski sport na Górnym Śląsku, pozwalając za to oficerom swoim odwiedzać bardzo, za bardzo często, niemieckie kabarety nocne w Katowicach!”**  

Przed wojną o medalistów najważniejszych światowych imprez było bardzo trudno. Trzeba pamiętać o tym, że pierwszy Ślązak złoty medal olimpijski dla Polski zdobył dopiero w 1960 roku (dla Niemiec już w 1912). W latach 20. śląski sport ledwo wiązał koniec z końcem; brakowało dosłownie na wszystko, o wielkich wynikach nawet w skali krajowej trudno było mówić...

Pierwszym moim laureatem jest oczywiście piłkarz, inaczej być nie mogło;-) Ludwik Październik był swego czasu legendą Siemianowic, to właśnie on strzelił złotego gola w pierwszym zwycięskim meczu reprezentacji Górnego Śląska (1:0 z reprezentacją Poznania we wrześniu 1922 roku). A po nim, w kolejnych latach następują wielkie, coraz wieksze sławy - już nie tylko futbolowe. Który region może się pochwalić tak wybitnym zestawem nazwisk?*** 

Najlepi sportowcy: 

1922 - Ludwik Październik (Iskra Siemianowice) - piłka nożna

1923 - Paweł Lubina (Diana Katowice) - piłka nożna

1924 - Emil Goerlitz (1. FC Katowice) - piłka nożna

1925 - Zygfryd Wende (Lechia 06 Mysłowice) - boks

1926 - Ryszard Błażyca (Powstaniec Nowa Wieś) - zapasy

1927 - Karol Kossok (1. FC Katowice) - piłka nożna

1928 - Jan Górny (Bokserski KS Katowice) - boks

1929 - Jan Górny (Policyjny KS Katowice) - boks

1930 - Jan Górny (Policyjny KS Katowice) - boks

1931 - Rudolf Maerz (TP Giszowiec-Nikiszowiec) - skoki do wody

1932 - Joachim Karliczek (EKS Katowice) - pływanie

1933 - Gerard Wodarz (Ruch Hajduki Wielkie) - piłka nożna

1934 - Ernest Wilimowski (Ruch Hajduki Wielkie) - piłka nożna

1935 - Wilhelm Schneider (Pogoń Katowice) - skok o tyczce

1936 - Gerard Wodarz (Ruch Hajduki Wielkie) - piłka nożna

1937 - Ernest Wilimowski (Ruch Hajduki Wielkie) - piłka nożna 

1938 - Ernest Wilimowski (Ruch Hajduki Wielkie) - piłka nożna 

1939 - Ernest Wilimowski (Ruch Chorzów) - piłka nożna 

1945 - Michał Matyas (Polonia Bytom) - piłka nożna

1946 - Gerard Cieślik (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1947 - Jadwiga Jędrzejowska (Pogoń Katowice) - tenis

1948 - Gerard Cieślik (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1949 - Gerard Cieślik (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1950 - Emil Kiszka (Unia Krywałd) - bieg na 100 metrów

1951 - Gotfryd Gremlowski (Polonia Bytom) - pływanie

1952 - Jerzy Jokiel (Pogoń Nowy Bytom) - gimnastyka

1953 - Gerard Cieślik (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1954 - Henryk Kempny (Polonia Bytom) - piłka nożna

1955 - Jerzy Chromik (Górnik Mysłowice) - bieg na 3 km z przeszkodami

1956 - Natalia Kot (Jedność Michałkowice) - gimnastyka

1957 - Czesław Białas (HKS Szopienice) - podnoszenie ciężarów

1958 - Jerzy Chromik (Górnik Zabrze) - bieg na 3 km z przeszkodami

1959 - Zbigniew Pietrzykowski (BBTS Bielsko-Biała) - boks

1960 - Józef Szmidt (Górnik Zabrze) - trójskok

1961 - Ernest Pohl (Górnik Zabrze) - piłka nożna

1962 - Józef Szmidt (Górnik Zabrze) - trójskok

1963 - Edward Makula (Aeroklub Śląski) - szybownictwo

1964 - Egon Franke (Piast Gliwice) - szermierka

1965 - Edward Szymkowiak (Polonia Bytom) - piłka nożna

1966 - Antoni Woryna (ROW Rybnik) - żużel

1967 - Włodzimierz Lubański (Górnik Zabrze) - piłka nożna

1968 - Włodzimierz Lubański (Górnik Zabrze) - piłka nożna 

1969 - Wilhelm Kubica (KG Radlin) - gimnastyka

1970 - Barbara Piecha (GKS Katowice) - saneczkarstwo 

1971 - Zbigniew Kaczmarek (Górnik Siemianowice) - podnoszenie ciężarów

1972 - Włodzimierz Lubański (Górnik Zabrze) - piłka nożna

1973 - Jerzy Gorgoń (Górnik Zabrze) - piłka nożna

1974 - Ryszard Skowronek (AZS AWF Katowice) - dziesięciobój

1975 - Zygmunt Maszczyk (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1976 - Tadeusz Ślusarski (Górnik Zabrze) - skok o tyczce

1977 - Henryk Średnicki (GKS Jastrzębie) - boks

1978 - Henryk Średnicki (GKS Jastrzębie) - boks

1979 - Andrzej Supron (GKS Katowice) - zapasy

1980 - Krzysztof Wielicki (Klub Wysokogórski Katowice) - himalaizm

1981 - Andrzej Buncol (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1982 - Lucyna Kałek (GKS Tychy) - bieg na 110 m przez płotki

1983 - Edward Sarul (Górnik Zabrze) - pchnięcie kulą

1984 - Lucyna Kałek (GKS Tychy) - bieg na 60 m przez płotki

1985 - Bogdan Daras (Siła Mysłowice) - zapasy

1986 - Marek Dopierała (Górnik Czechowice) - kajakarstwo

1987 - Jerzy Kukuczka (Klub Wysokogórski Katowice) -  himalaizm

1988 - Waldemar Legień (Czarni Bytom) - judo

1989 - Krzysztof Warzycha (Ruch Chorzów) - piłka nożna

1990 - Waldemar Legień (Czarni Bytom) - judo

1991 - Beata Maksymow (Koka Jastrzębie) - judo 

1992 - Waldemar Legień (Czarni Bytom) - judo

1993 - Beata Maksymow (Koka Jastrzębie) - judo

1994 - Marek Garmulewicz (Slavia Ruda Śląska) - zapasy

1995 - Tomasz Sikora (Dynamit Chorzów) - biatlon

1996 - Ryszard Wolny (Unia Racibórz) - zapasy

1997 - Andrzej Cofalik (Śląsk Tarnowskie Góry) - podnoszenie ciężarów

1998 - Marek Garmulewicz (Slavia Ruda Śląska) - zapasy

1999 - Agata Wróbel (Góral Żywiec) - podnoszenie ciężarów

2000 - Agata Wróbel (Góral Żywiec) - podnoszenie ciężarów

2001 - Adam Małysz (KS Wisła) - skoki narciarskie

2002 - Adam Małysz (KS Wisła) - skoki narciarskie

2003 - Adam Małysz (KS Wisła) - skoki narciarskie

2004 - Agata Wróbel (Góral Żywiec) - podnoszenie ciężarów

2005 - Tomasz Adamek (Gilowice) - boks zawodowy

2006 - Tomasz Sikora (Dynamit Chorzów) - biatlon

2007 - Adam Małysz (KS Wisła) - skoki narciarskie

2008 - Tomasz Adamek (Gilowice) - boks zawodowy

* województwo funkcjonowało oczywiście pod różnymi nazwami (śląskie, śląsko-dąbrowskie, katowickie), zmieniały się także jego granice. Powołano je do życia w 1920 roku, ale pierwszy wojewoda Józef Rymer objął urząd w 1922 roku. Dlatego przedstawiam klasyfikację dopiero od roku 1922

** ”PS” z 1922 roku

*** pod uwagę brałem tylko zawodników reprezentujących kluby województwa lub bez przynależności klubowej. Dlatego brakuje na tej liście choćby Otylii Jędrzejczak z Rudy Śląskiej, w momencie największych sukcesów reprezentującej AZS AWF Warszawa, albo Leszka Blanika z Radlina reprezentującego AZS AWF Gdańsk.

poniedziałek, 22 grudnia 2008
Jak Olisadebe dla Ruchu strzelał

Emmanuel Olisadebe kończy dziś 30 lat. Dla piłkarza to symboliczna bariera: na stu zawodników może pięciu osiąga szczyt rozwoju po trzydziestce. To raczej czas robienia piłkarskich rachunków sumienia.

Oli swego czasu był symbolem polskiego futbolu. Na początku XXI wieku ”olisadebemania” obok ”małyszomanii” była najważniejszą manią w Polsce. Czy karierę ”Emsiego” można uważać za spełnioną to już zupełnie inna historia. O Emmanuelu najwięcej do powiedzenia miałby Michał Pol, który pojechał nawet do Nigerii i przywiózł stamtąd fantastyczny tekst. Ale pozwólcie, że ja też dorzucę o Olim trzy śląskie grosze...

emmanuel olisadebe

fot.Kuba Atys

Do dziś ciekawi mnie jak potoczyłaby się kariera Olisadebowskiego, gdyby zagrał w Ruchu Chorzów. Pewnie piłkarz zdobyłby mistrzostwo Polski w 2000 roku. Właściwie i tak je zdobył, ale... z Polonią Warszawa. Ruch, który był liderem po rundzie jesiennej, musiał ostatecznie zadowolić się trzecim miejscem. Jestem pewien, że z E.O. w składzie skończyłoby się piętnastym tytułem dla ”niebieskich”. A przecież niewiele brakowało, żeby Olisadebe był piłkarzem Ruchu... 

Mało kto pamięta, że Olisadebe zdobył nawet dla niebieskich gola! 24 września 1997 roku strzelił jedyną bramkę dla Ruchu w przegranym 1:2 sparingu z Wawelem Kraków. Było to możliwe, bo Olisadebe przyjechał do Chorzowa na testy. Na treningach prezentował się nieźle, więc ówczesny trener Orest Lenczyk powiedział, że chce go do drużyny. Tak się jednak złożyło, że w chorzowskich barwach Olisadebe nigdy w oficjalnym meczu nie zagrał. Działacze Ruchu tłumaczyli mi wtedy, że zrezygnowali z piłkarza, żeby nie blokować miejsca w składzie zdolnym wychowankom. Dopiero znacznie później okazało się, że okoliczności jego wyjazdu z Chorzowa miały jednak drugie dno. Opowiadał o nich menedżer piłkarza Ryszard Szuster. Jego zdaniem Ruch próbował zrobić interes omijając jego osobę:

- Po jednym z treningów działacze zaprosili Emmanuela do gabinetu i powiedzieli, żeby napisał pismo do prezesa Jasperu United z prośbą, aby zaakceptował warunki transferu, które proponuje Ruch. Był wtedy młody i napisał, co chcieli... Już po pięciu minutach wiedziałem, że taki faks poszedł. Prezes Ezechukwu zadzwonił do mnie z pytaniem, co się dzieje. Dzwonił też do Emmanuela i powiedział mu, że człowiekiem, który za niego odpowiada, jest Ryszard Szuster.

Zanim obrażony menedżer zabrał z Cichej Nigeryjczyka, zdążyłem go poznać. Właściwie poznał nas piłkarz z... Kamerunu. Grający na pozycji pomocnika Roger Mouyeme też przebywał wtedy na testach w Ruchu. Do Chorzowa przyjechał wcześniej niż Olisadebe, a po treningach nudził się w swoim obskurnym pokoiku hotelu Batory (podczas trasmisji telewizyjnych z meczu Ruchu można zauważyć ten budynek - jest na nim namalowana reklama sponsora znanej chorzowskiej drużyny futsalowej).

Żal mi się zrobiło chłopaka, wyglądało na to, że po zajęciach nikt się nim nie interesuje. Siedział samotnie w pokoju gapiąc się w ścianę. W któryś sobotni wieczór zaproponowałem mu wypad do katowickiego klubu studenckiego ”Akant” przy ul. Teatralnej (ku mojej żałości jeszcze w latach 90. ”Akant” przestał istnieć, teraz jest tam bodaj gabinet lekarski). Roger zgodził się chętnie. Kiedy po niego przyszedłem, okazało się, że w hotelu Batory koczuje jeszcze jeden chłopak z Afryki, ponoć też piłkarz. To był właśnie Emmanuel Olisadebe. W ”Akancie” przy piwku i lecącej z głośników rytmicznej muzyce Afrykańczycy się rozluźnili, choć Emmanuel cały czas milczał - wkrótce jego małomówność stała się powszechnie znana. Czasy były takie, że obywateli o ciemnym kolorze skóry na Śląsku wielu nie przebywało (w porównaniu z Warszawą czy Krakowem nadal tak jest) więc bywalczynie parkietu w ”Akancie” (ach, te dziewczyny z Wydziału Nauk Społecznych) gapiły się na chłopaków z Afryki zupełnie jawnie...

Kiedy okazało się, że Olisadebe nie zagra w Ruchu widziałem go jeszcze na Bukowej, był na trybunach na jakimś meczu GKS-u Katowice. Kiwnęliśmy do siebie w przelocie, potem nigdy go już nie spotkałem. Ze Śląskiem przestał mieć cokolwiek wspólnego. Chociaż nie; ponoć kiedy ”Emsi” wypowiada się w języku polskim słychać u niego charakterystyczny śląski akcent! To dlatego, że pod Akropolem uczył go języka symbol Ruchu ”Gucio” Warzycha, w czasie kiedy obaj grali w Panathinaikosie;-)

Z okazji urodzin wszystkiego najlepszego Emmanuelu Olisadebe. Nieważne, że nie na Górnym Śląsku, a w prowincji Henan. Niech Ci się wiedzie.

PS W tamtym pamiętnym dla mnie 1997 roku Ruch zrezygnował również z Rogera Mouyeme. Rozczarowany Kameruńczyk pograł trochę w Okocimskim Brzesko, a potem wyjechał z Polski. Tym sposobem na pierwszego ciemnoskórego piłkarza, który zagrał w barwach chorzowskiego klubu trzeba było czekać aż 10 lat. W sierpniu 2007 roku w lidze zadebiutował brazylijski pomocnik Murilo Rufino Barbosa czyli Lilo. Mulat zagrał trzy niepełne ligowe mecze, łącznie 21 minut. I to by było na tyle ciemnego koloru skóry w Chorzowie...   

czwartek, 18 grudnia 2008
O łóżkach zawsze trzeba pamiętać

Jakiś czas temu pisałem o meczach piłkarskich między reprezentacją Polski i kadrą Górnego Śląska, ale z pewnych oczywistych względów nie mogłem przypomnieć wtedy niezwykłego spotkania, o którym chcę napisać akurat teraz. Teraz, bo akurat dziś mija dokładnie 70 lat od jego (niedo)rozegrania.

18 grudnia 1938 roku odbył się w Chorzowie mecz między kadrą Śląska i reprezentacji Polski. Biało-czerwoni rozpoczęli w ten sposób przygotowania do prestiżowego wyjazdowego międzypaństwowego spotkania z Francją w Paryżu. Tak się złożyło, że warunki pogodowe tego dnia były fatalne: zima w pełni, zlodowaciałe boisko w Chorzowie właściwie nie nadawało się do gry. Dokuczał kilkunastostopniowy mróz więc sędzia nie dokończył spotkania, zawody zostały przerwane po godzinie. Mecz trudno było uznać za oficjalny także z tego powodu, że niektórzy piłkarze nie wzięli ze sobą... typowego sportowego stroju (pewnie byli opatuleni w dresy i kurtki, bo pewnie nie w płaszcze). Niemniej wygrała kadra Śląska 3:2. Gole dla zwycięzców strzelili Giemza, Pytel i Singwald , dla pokonanych - Góra i Matyas. "Na ogół dało się zauważyć, że gracze śląscy na zlodowaciałym terenie i w mroźnym powietrzu czują się lepiej od zawodników z innych dzielnic" - zauważył reporter katowickiego dziennika "Polonia".

Charakterystyczne, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. ”Przegląd Sportowy” nie uznał  tego meczu za spotkanie Polska vs. Górny Śląsk, relacjonując go jako spotkanie drużyny A z drużyną B. Poinformował jednocześnie, że z góry było założone, iż w anormalnych warunkach pogodowych spotkanie potrwa tylko 2x25 minut.

”Próbny galop piłkarzy przy 15 stopniach mrozu” - pisał ”PS”. ”Do próby nie można naturalnie przywiązywać zbyt wielkiej wagi (...) wynik był normalnym zjawiskiem, jakie zdarza się w podobnych wypadkach, gdzie drużyna młodsza wykazuje większą ambicję spisania się jak najlepiej i wykazania swej równorzędności”.

Gdyby mnie ktoś spytał czy traktuję ten mecz jako spotkanie między Górnym Śląskiem, a Polską czy raczej jako grę drużyny A z drużyną B, opowiedziałbym się jednak za tym drugim rozwiązaniem. Z prozaicznej przyczyny: wystarczy prześledzić skład biało-czerwonych z tego dnia, żeby zaraz uznać, że właściwie to także była... reprezentacja Śląska! Zagrało w niej bowiem siedmiu miejscowych piłkarzy (choć niekoniecznie reprezentujących śląskie kluby).

Żeby uzmysłowić sobie, jak gigantyczna była różnica między ówczesną, a dzisiejszą siłą śląskiego futbolu, warto dodać, że w tym meczu zabrakło jeszcze trzech śląskich asów: kontuzjowanego Ernesta Wilmowskiego, Jerzego Wostala, który akurat bawił poza Śląskiem oraz Ewalda Dytki, zajętego... meczami swojego Dębu Katowice.

Przy okazji warto przypomnieć o poważnych kłopotach, które były wówczas udziałem polskiej reprezentacji, a które dziś wydają się kuriozalne. Otóż organizujący zgrupowanie Śląski Związek Piłki Nożnej zaniedbał wtedy sprawę i za późno chciał dokonać rezerwacji miejsc noclegowych dla piłkarzy w ośrodkach W.F w Katowicach. ”Sorry Batory” usłyszeli piłkarscy działacze. Wcześniej łóżka zostały bowiem zaklepane dla uczestników kursu łyżwiarskiego nauczycieli wychowania fizycznego, uczestniczek ogólnopolskiego kursu przodowniczek ćwiczeń ruchowych oraz uczestników kursu dla instruktorów przysposobienia wojskowego. Wszystkie te kursy były subsydiowane przez państwo i nie można było ich odwołać. Dlatego prasa biadoliła, że piłkarze reprezentacji Polski musieli nocować we fabrycznym, zadymionym Chorzowie.

Wyobrażacie sobie dziś taki numer?!

środa, 17 grudnia 2008
Butelka ćmagi zawsze się znajdzie

Pierwszy raz na meczu Polonii w Bytomiu byłem 24 września 1994 roku (Polonia - Bałtyk Gdynia 1:0, II liga, mecz nr 197 w moim życiu). Zauważyłem, że śpiewny lwowski bałak nadal rozbrzmiewał wtedy na trybunach, nie mówiąc już o klubowym budyneczku, młodszym bracie wieży w Pizie, gdzie zostałem przyjęty z niezwykłą gościnnością...

Pożegnanie zakochanego bez pamięci we Lwowie Wacława Kruczkowskiego (serdecznie polecam jego historię w katowickim wydaniu ”Gazety”), długoletniego kierownika drużyny, uzmysławia mi, że kawałek Lwowa poza Lwowem bezpowrotnie odchodzi w cień; już wkrótce Polonia zmieni się na zawsze. Kolejne pokolenia potomków przesiedleńców ze Wschodu osiadłych w Bytomiu będą oczywiście pamiętać o korzeniach, będą krzewić kult Kresów, ale to już nie będzie to samo, to będzie już inny klub. W Polonii zabraknie ludzi znających i kochających Kresy, zabraknie melodyjnej mowy na stadionowych trybunach. Dowodem na to ostatnie może być choćby wychowanek Polonii Mariusz Śrutwa, wnuk lwowskiego kominiarza. Rozmawiałem z nim wielokrotnie, ale - co naturalne - nigdy nie usłyszałem u niego charakterystycznego akcentu.

Polonia przez ponad pół wieku była klubem jedynym w swoim rodzaju: symbolem i dumą dwóch społeczności - przesiedleńców z Kresów Wschodnich i rdzennych Górnoślązaków. W latach 40., 50., 60. sportowy melanż największych piłkarskich talentów stąd i stamtąd przyniósł mieszankę iście wybuchową, którą podziwiała i której klasę uznawała cała Polska. Los sprawił, że właśnie w Bytomiu osiedliła się większość najbardziej znanych piłkarzy lwowskich. W założonej przez nich w 1945 roku Polonii najlepszy był reprezentant Polski Michał ”Myszka” Matyas. Karierę kończył w Bytomiu przedwojenny piłkarz lwowskiej Lechii pomocnik Ryszard Koncewicz. Tak; to właśnie ten sławny później trener ”Faja”, który prowadził reprezentację biało-czerwonych tuż przed Kazimierzem Górskim, a z Polonią, zdobywał mistrzostwo Polski. A kierownikiem drużyny tuż po wojnie był sam Wacław Kuchar, przedwojenny symbol polskiego sportu.

Warto przypomnieć, że do Bytomia uwielbiał przyjeźdżać na spotkania towarzyskie także wspomniany Kazimierz Górski, również przecież lwowiak. Gdy kilkanaście lat temu w mieście otwierano restaurację Lwowska, właściciele obiecali, że ”pierwsza chłopaka co się przykatulka dostanie butelkę ćmagi”. No i kto się przykatulkał? Pan Kazimierz i to jemu przypadła butelczyna gorzałki! Nasz najsłynniejszy trener czuł się w Bytomiu tak swojsko, że w 1991 roku właśnie w tym mieście postanowił kandydować do Senatu z ramienia Wyborczej Akcji Katolickiej! Do parlamentu się ostatecznie wtedy nie dostał, ale do Bytomia urazy za to nigdy nie żywił...

Zadzwoniłem dzisiaj do prezesa klubu, żeby upewnić się, że Polonia lwowiaków odchodzi powoli w zapomnienie, ale okazało się, że... nie - nie odchodzi! Wyszło, że trzyma się i to krzepko! Prezes Damian Bartyla szybko ustalił na potrzeby ”Czadobloga” listę ludzi urodzonych we Lwowie i jego okolicach, którzy nadal w miarę regularnie pojawiają się na meczach Polonii. Niektórzy spotykają się jeszcze w Klubie Seniora Polonii, żeby tam powspominać, poplotkować, czasem ponarzekać, a czasem obalić małego baniaczka...

Oto lwowiacy, których nadal można spotkać na meczach Polonii (w porządku alfabetycznym, nie liczę już wspomnianego Wacława Kruczkowskiego przez którego powstał ten wpis):

- Władysław Kłoczko (wieloletni trener młodzieży, pierwszy szkoleniowiec obecnego prezesa klubu, gdy ten zaczynał kopać piłkę. Mówi się o nim, że 130 razy pisał już podanie o zwolnienie, ale nigdy go nie dokończył - serce nigdy nie pozwoliło mu odejść z Polonii);

- Henryk Łoza (trener, wieloletni działacz, byly kierownik drużyny i dyrektor klubu);

- Jerzy Mielnik (wieloletni działacz, szkoleniowiec trampkarzy, a także kierownik sekcji młodzieżowej)

- Bolesław Noga (były piłkarz rezerw Polonii)

- Aleksander Olejniczak (były piłkarz Polonii, mistrz Polski w jej barwach, były lekarz klubowy Polonii)

- Roman Róg (były piłkarz Polonii, głównie rezerw)

- Jerzy Sałabun (działacz Polonii, były wiceprezydent Bytomia, były koszykarz Polonii)

- Wacław Sąsiadek (były piłkarz Polonii, mistrz Polski w jej barwach, reprezentant Polski)

- Wiesław Śmietański (wieloletni działacz Polonii)

- Stefan ”Relu” Szmiganowski (były piłkarz Polonii, wieloletni działacz, chodząca encyklopedia klubu).

Nie zapomniałem oczywiście o legendzie Polonii Kazimierzu Trampiszu, z którym też konsultowałem powyższą listę. Jego śpiewny akcent wyjątkowo mnie zachwyca, ale przypominam, że pochodzi on nie ze Lwowa, ale z oddalonego bardziej na południowy-wschód Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankowsk).

Cóż można dodać więcej? Można tylko zaśpiewać:

poniedziałek, 15 grudnia 2008
Nowość: jeden bilet do teatru i na stadion

”Gdy w 1949 roku na sześć lat osiadłem w Katowicach, zacząłem szukać klubu, któremu mógłbym kibicować. Wybrałem Ruch, bo był przedwojennym klubem z wielką tradycją. Poza tym to prawdziwie śląski klub, a ja bardzo cenię sobie śląską atmosferę. W prawdziwych Ślązakach jest coś takiego, co nie pozwala im zejść poniżej pewnego poziomu, co każe im wykonywać wszystkie zajęcia rzetelnie, podnosić kompetencje i umiejętności. Odkąd pamiętam, taki był też Ruch. Widziałem to na meczach, na które jeździłem do Chorzowa” - mówił mi w 2000 roku Gustaw Holoubek, wielki miłośnik futbolu.

Mistrz miał bogatą wyobraźnię, ale pewnie nie przyszło mu na myśl, że kiedyś na jeden bilet będzie można najpierw zobaczyć mecz piłkarski, a potem pójść do teatru na przedstawienie (albo odwrotnie)!

To ”kiedyś” właśnie nadeszło. Zmaterializowało się dzięki pomysłowi szefów Ruchu i Teatru Rozrywki, czyli dwóch chorzowskich instytucji najbardziej rozpoznawalnych w całej Polsce.

Ciekaw jestem kto bardziej na tym skorzysta: scena czy raczej murawa? Kogo będzie więcej: kibiców w teatrze czy może raczej miłośników kultury wysokiej na stadionie? Na pewno obie publiki lepiej się teraz poznają i pewnie polubią, choć na pierwszy rzut oka trochę do siebie nie pasują. Ale tylko na pierwszy rzut: jak się wymieszają to się zintegrują;-) Na pewno im w tym pomoże wiedza, że czasem trzeba będzie się odpowiednio ubrać, a czasem odpowiednio rozebrać:

kibice Ruchu

 

publiczność w Teatrze Rozrywki 

Za rok chciałbym poznać bilans tej niecodziennej akcji. Czy przyniesie rzeczywiście realne korzyści czy jest tylko chwytliwym zabiegiem marketingowym, którym zainteresowali się przede wszystkim dziennikarze? Oto jest pytanie.

Na pewno fajnie byłoby, gdyby po kilku miesiącach teatralno-stadionowej współpracy w meczowych przyśpiewkach pojawiłyby się cytaty z Szekspira albo Nohavicy.

Gorzej gdyby jakiś aktor nie przypasował publiczności, a ta nagle go wybuczała. Oczywiście tradycyjnego na stadionach ”wyp....!, wyp....!” rozbrzmiewającego w dostojnych murach jednego z najlepszych teatrów w Polsce w ogóle sobie nie wyobrażam.

PS Okazuje się, że decyzja UEFA dotycząca liczby miast, w których odbędzie się Euro 2012 niczego nie przesądza.  Chorzów i Stadion Śląski nadal mają szansę znaleźć się w gronie ośmiu wybrańców.

niedziela, 14 grudnia 2008
Życzenia urodzinowe

Górnik kończy dziś 60 lat. Gdyby każde niespełna 200-tysięczne miasto na świecie miało tak wspaniały i zasłużony klub piłkarski jak Zabrze, świat byłby lepszy.

Za chwilę gala jubileuszowa. Życzę Ci Górniku, żeby następna kopa była równie udana, równie obfita w sukcesy jak poprzednia. Z jednym wyjątkiem: kiedy już awansujesz do finału europejskiego pucharu - tym razem go wygraj. 

PS Właśnie wróciłem z gali. Relacja i dużo zdjęć tutaj.

sobota, 13 grudnia 2008
Jest takie miasto...

...które na niedzielny towarzyski mecz Polska - Serbia w Antalyi czeka z niecodzienną niecierpliwością.

To miasto, gdzie piłkę kopie się już od 105 lat (zawodnicy jego najstarszego klubu byli pionierami futbolu na Górnym Śląsku).

To miasto, które zdobywało mistrzostwo Polski juniorów, a nawet króciutko grało w ekstraklasie. Reszta kraju patrzyła wtedy na jego piłkarzy trochę jak na dziwolągi. Nie było bowiem nigdy tak dobrego polskiego klubu, w którym najważniejsi zawodnicy nosiliby następujące imiona: Ginter, Manfred, Helmut, Konrad, Joachim, Rainhold, Hubert.

To miasto, z którego pierwszy sportowiec wyjechał na igrzyska już 80 lat temu. Erich Stoschek miał pecha, że z programu amsterdamskiej olimpiady w 1928 roku parę tygodni wcześniej odwołano "dwuręczny rzut oszczepem"  (najpierw jedną ręką, potem drugą i sumowano wynik, Stoschek był w tym naprawdę dobry). Startował więc tylko w tradycyjnym konkursie i wywalczył dla Niemiec 11. miejsce. Ogółem z miasta i okolic wyjechało na igrzyska olimpijskie 20 osób, dwie przywiozły złote medale. Już dla Polski.

To miasto, które wypuściło w świat Huberta Kostkę i w którym futbolową edukację rozpoczął Franciszek Smuda. 

To miasto, gdzie kobiety kopią dziś piłkę najlepiej w Polsce.

Ale jednocześnie to miasto, które w odmianie męskiej jest obecnie bardzo głęboką futbolową, IV-ligową peryferią; miasto o którym kibice już dawno zapomnieli. Być może teraz wreszcie będą mieli okazję sobie przypomnieć: po raz pierwszy od lat, w polskiej reprezentacji może zagrać piłkarz pochodzący właśnie stamtąd.

Urodzony w Gliwicach Lukas Podolski (rocznik 1985) miał dwa lata kiedy z rodzicami wyemigrował do Niemiec. W rodzinnym mieście zawsze czeka na niego babcia. 

Urodzony w RACIBORZU Sebastian Tyrała (rocznik 1988) miał dwa lata kiedy z rodzicami wyemigrował do Niemiec. W rodzinnym mieście zawsze czeka na niego dziadek.

Wypada mieć nadzieję, że ten drugi zrobi dla reprezentacji Polski choć w części tyle, co ten pierwszy zrobił dla reprezentacji Niemiec. Jeśli Leo Beenhakker pozwoli, Seba może zacząć już w Turcji, już za momencik.

Racibórz ma taką nadzieję.

piątek, 12 grudnia 2008
Leni Riefenstahl w Katowicach. Wróciła po 70 latach

Właśnie wróciłem z kina, byłem na niezwykłym filmie. Obejrzałem sobie 200-minutową ”Olympię” z 1938 roku. To mroczne dzieło Leni Riefenstahl, słynnej niemieckiej dokumentalistki, byłej tancerki, modelki i aktorki. Jest poświęcone igrzyskom olimpijskim w Berlinie, które odbyły się w 1936 roku.

Riefenstahl jest przede wszystkim kojarzona z "Triumfem woli", obrazem ukazującym hitlerowski parteitag NSDAP w Norymberdze w 1934 roku. Sugestywny, pompatyczny, propagandowy obraz spodobał się Hitlerowi, reżyserka dostała więc zlecenie na film o organizowanych przez nazistów igrzyskach. W efekcie powstało nowatorskie dzieło o niezwykłym jak na owe czasy rozmachu. Wyczytałem, że przy jego produkcji zużyto 400 km taśmy, filmowano z kilkunastu kamer, niektóre ujęcia powstały z unoszącego się w powietrzu "Zeppelina", z kolei inne z dołów wykopanych przy bieżni. Riefenstahl montowała film aż dwa lata, a potem dostała za niego Grand Prix w Wenecji.

Przed wojną była w Niemczech gwiazdą, po wojnie już nie. Opinia publiczna słusznie potępiła ją za współpracę z nazistami, filmy Riefenstahl uznano za ”estetyczną gloryfikację hitlerowskiej ideologii”. Powszechnie raził również fakt, że reżyserka nigdy nie uznała swojej winy. Powtarzała, że polityka jej nie interesowała, a jej filmy z lat 30. były po prostu "czysto dokumentalne". Zmarła w 2003 roku. Miała wtedy 101 lat!

Ponad trzygodzinną relację z berlińskich igrzysk Riefenstahl podzieliła na dwie części - "Święto narodów" i "Święto piękna". Tytuły są znamienne, bo z filmu aż tryska zachwyt nad sprawnym umięśnionym ludzkim ciałem pokazywanym na wszystkie możliwe sposoby podczas sportowej rywalizacji. Ale autorkę interesuje nie tylko jej przebieg, ale i rezultat: bez przerwy padają nazwiska, rekordy, wyniki.

”Olympię” obejrzałem w katowickim kinie Światowid, w ramach Tygodnia Filmu Niemieckiego, odbywającego się w różnych miastach, współorganizowanego przez Konsulat RFN we Wrocławiu (patronem imprezy jest ”Gazeta Wyborcza”).

Co mnie w filmie zaskoczyło?

a) zastanawiałem się jak Riefenstahl rozwiąże „problem” czarnoskórego Jessie Owensa, który w Berlinie zdobył przecież cztery złote medale i został bohaterem nr 1. Zastanawiałem się czy działająca przecież na zlecenie nazistów reżyserka zignoruje spektakularne wyczyny herosa? Otóż nie! Okazało się, że Owens jest w tym filmie jedną z najważniejszych postaci, dokładnie pokazano jak wygrywa bieg na 100 metrów i skok w dal! Ba, filmowcy wręcz się Owensem napawali.”Podciągnięte wysoko szorty odsłaniały jego długie nogi, które pieściła kamera Leni” pisze Guy Walters w świetnej książce ”Igrzyska w Berlinie. Jak Hitler ukradł olimpijski sen” (szczerze polecam).

W całym filmie trudno doszukać się akcentów rasistowskich, dlatego ciekawi mnie jak na nakręcone sceny z Owensem reagował później Adolf Hitler, który siedząc na loży honorowej w niektórych momentach - ekipa Rifenstahl doskonale to wychwytuje - nie potrafił ukryć swoich emocji (a to rozgniata sobie rzepkę kolanową, a to coś jakby obgryza paznokcie, a to krzyczy; zauważyłem nawet, jak w pewnym momencie, podczas jednego ze szczególnie dramatycznych biegów, z ust Hitlera dobywa się bezdźwięczne ”vorwärts!”...)

b) że zwycięzcy oprócz medali i wieńców laurowych dostawali... doniczki z drzewkami dębowymi. Ktoś wyjaśni mi dlaczego tak?

c) że biegacze kopali sobie dołki na bieżni, bo nie było jeszcze bloków startowych.

d) że w konkursie skoku o tyczce bambusowa tyczka prawie w ogóle się nie wyginała, a do tego na zeskoku nie było żadnego materaca tylko zwykły piasek. Wyobrażacie sobie lądować z ponad 4 metrów na kupę piasku?! Tej konkurencji Riefenstahl poświęciła wiele uwagi. Jej przebieg był dramatyczny, tyczkarze kończyli walkę o medale w zapadających ciemnościach (na stadionie nie bylo jupiterów). Oglądałem ten fragment z zainteresowaniem, tym bardziej, że w konkurencji startował jeden z najlepszych przedwojennych śląskich lekkoatletów, Wilhelm Schneider z Pogoni Katowice. To był człowiek, który pierwszy w Polsce skoczył ponad 4 metry, ale w filmie Riefenstahl go nie zauważyłem, choć zajął niezłe 6 miejsce. Polskie akcenty zauważalne w ”Olympii” to dyskobolka Jadwiga Wajsówna i oszczepniczka Maria Kwaśniewska (obie zdobyły medale) oraz niemiłosiernie wywracający się polscy jeźdzcy w WKKW.

e) że jest tak mało futbolu. Były fragmenty finału Włochy - Austria i tyle. Widocznie autorka nie dostrzegła w piłkarzach interesującego jej piękna;-) Dostrzegła za to w dziesięcioboistach. Zakochała się w  reprezentancie USA Glenie Morrisie - nie dość, że idealnym wzorcu aryjskiego piękna, to jeszcze facecie, który zdobył w Berlinie mistrzostwo olimpijskie (”mogłabym wyjść za tego człowieka” - twierdziła ponoć Riefenstahl). 

f), że podczas ceremonii otwarcia hitlerowskim gestem pozdrawiają lożę honorową reprezentacje państw, które trudno z perspektywy czasu byłoby o to posądzać (jest o tym też w książce Waltersa).

                                         %

Blog jest jaki jest, więc pojawia się okazja, żeby poruszyć wątek ”Ślązacy a berlińska olimpiada”. Okazuje się, że mieli na nią bliżej niż inni mieszkańcy Polski i skwapliwie z tego korzystali. Wszystko dlatego, że Górnoślązacy po polskiej stronie granicy, którzy potrafili udokumentować, że mieszkali tam przed 1922 rokiem, mieli prawo do przepustki umożliwiającej pięciokrotne przekroczenie granicy polsko-niemieckiej w ciągu roku. Podobno polskie władze administracyjne nie miały nic przeciw temu, tylko celnicy ostro trzepali na przejściu granicznym. Ślązacy zainteresowani sportem w 1936 roku jechali więc tramwajami z Katowic do Bytomia, a potem wsiadali w nowiutki niezwykły pociąg i prawie zaraz byli w Berlinie. Znam opowieści o nieżyjących już mieszkańcach Katowic, którzy w ten sposób zaliczyli tamte igrzyska jako kibice reprezentantów Polski... 

A na zakończenie wspomnę o najbardziej niezwykłym dla mnie wątku tej całej historyjki związanej z Leni Riefenstahl. Otóż ”Olympię” obejrzałem w Światowidzie w towarzystwie człowieka, który dokładnie ten sam film widział  dokładnie w tym samym kinie, tyle że ...70 lat temu!

Okazuje się, że w 1938 roku ”Olympię” wyświetlano w polskich Katowicach w tej samej sali kinowej, co dziś, tyle, że wtedy ”Swiatowid” nazywał się ”Colloseum”. Mój towarzysz miał wówczas 10 lat, a jego ojciec kazał mu wybierać między dwoma ówczesnymi hitami: ”Królewną Śnieżką” Walta Disneya (wyprodukowanym w 1937 roku pierwszym długometrażowym filmem animowanym), która leciała w ”Rialcie”, a właśnie ”Olympią”, jednocześnie wyświetlaną w ”Colloseum”. Mój towarzysz od dziecka uwielbiał sport więc wybrał tak, jak ja wybrałbym pewnie na jego miejscu (choć może nie? Za bajtla uwielbiałem disneyowską kreskę). Co ciekawe, z jego słów wynika, że w 1938 roku "Olympii" jeszcze nie odbierano w Polsce jako przejaw hitlerowskiej propagandy, lecz jako zapis najważniejszej imprezy sportowej.

Okazuje się, że mój towarzysz pamięta film tak samo dobrze jak wyniki berlińskich igrzysk. Już po kilku kadrach, wiedział jaka akurat na ekranie przewija się dyscyplina, wiedział jak spiszą się Polacy i szeptał mi na ucho kto wygra. Sprawdzało się co do joty. Spróbujcie sobie wyobrazić jakie to niesamowite uczucie! 

środa, 10 grudnia 2008
Ość

Przedsiębiorczość! 

Kreatywność!  

Skuteczność! 

Transparentność!

Przejrzystość!

Wytrwałość!

Pomysłowość! 

Rentowność!

"Klub piłkarski może zarabiać jak każda inna firma" - to motto Katarzyny Sobstyl, prężnej pani prezes chorzowskiego Ruchu. Zauważam charakterystyczny rys w jej rządach. Lakonicznie określiłbym go jednym zdaniem:"co nie przynosi kasy lub medialnej wrzawy jest zbędne".

Dlatego właśnie zbędne stało się tradycyjne coroczne wielkie spotkanie opłatkowe przy ul. Cichej. Co z tego, że często było jedyną okazją żeby spotkali się ludzie związani z Ruchem od dziesiątek lat... Czy tradycyjna wigilia może mieć cokolwiek wspólnego z notowaniami Ruchu na giełdzie? Oczywiście nie może, a więc adieu glony!

To w jaki sposób Ruch zmienia się w ostatnich latach poza boiskiem jest naprawdę godne podziwu. Ale widzę, że wprowadzanie niebieskich w nowoczesność zmienia się w jakiś rozbuchany innowacyjny szał, który wszystko co nie szałowe, co nie dochodowe, miażdży lub odrzuca.

Ruch to rzeczywiście jest już przedsiębiorstwo.

Mogę więc tylko życzyć przedsiębiorczym, kreatywnym, skutecznym, transparentnym, wytrwałym i nowoczesnym chorzowskim menedżerom, żeby plastik nie stanął im ością w gardle.

 
1 , 2
Archiwum