środa, 26 grudnia 2012
Zagłębie będzie śląską kolonią

Przez lata Zagłębie Dąbrowskie dorobiło się specyficznej pozycji na piłkarskim rynku. Nie zdobywało wprawdzie tytułów mistrzowskich* jak w hokeju czy koszykówce ale tylko wariat może zaprzeczyć, że na Stadionie Ludowym dorobiono się drużyny, która przez wiele lat była groźna dla najlepszych. Kibicowanie Zagłębiu oznaczało często jednocześnie stanie w opozycji do terenów zza Brynicy, oznaczało identyfikowanie się z zupełnie odrębną tożsamością (piszę oczywistości, ale czasem trzeba. Być może się dziwicie, ale dla wielu ludzi to ciągle niespodzianka, że Sosnowiec nie należy do Górnego Śląska. Nie tyle nie rozumieją lokalnych antagonizmów, co w ogóle nie mają o nich pojęcia).

Stadion Ludowy (którego nazwa sama w sobie jest perłą, nazwa obiektu bezsprzecznie i niezmiennie kojarzonego ze Sosnowcem) służył miastu i klubowi wiele lat. Jeszcze niedawno był w czołówce stadionów województwa śląskiego i nie tylko śląskiego (przecież kluby krakowskie też z niego korzystały), jako jeden z nielicznych w regionie spełniał licencyjne wymogi.

Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że dziś świat obraca się szybko i z obiektu spełniającego licencyjne wymogi stanie się obiektem spełniającym co najwyżej bezlitosne wymogi żartownisiów i kpiarzy.

Kryzys gospodarczy w Polsce trwa, nie wiadomo co będzie dalej. Wiadomo jednak, że nie będzie trwał wiecznie. Wygląda jednak na to, że Zagłębie Dąbrowskie właśnie teraz dobrowolnie odda wcześniej wypracowane pozycje i kiedy ponura mgła się rozwieje - będziemy ją już postrzegać jedynie jako futbolową kolonię Górnego Śląska. Sąsiedzi będą drenować ziemię zagłębiowską z największych talentów, a sztandarowy klub regionu czyli Zagłębie będzie musiał się zadowolić jedynie ich dostarczaniem.

Dlaczego tak uważam? Kazimierz Górski, prezydent Sosnowca nie jest już chyba zainteresowany budową nowego stadionu. "Powinniśmy zbudować stadion? Dla kogo? Przecież mieścicie się na jednej trybunie..." - miał niedawno obwieścić.

Owszem, faktem jest, że w Sosnowcu jest jakiś kryzys kibicowski, który trwa od nieszczęsnej wolty, która skończyła się kompromitacją pomysłodawców, ale najważniejsze, że się skończyła. Doszło do powrotu syna marnotrawnego. Życie ma jednak to do siebie, że każda historia ma swój dalszy ciąg, a nic nie jest dane na zawsze. Nawet ta najpiękniejsza opowieść musi się potem psuć, a najpaskudniejsza - poprawiać. Powrót syna powrotem, ale coś wtedy pękło, coś się skończyło.

Kiedyś Sosnowiec był jednym z najwspanialszych miast w Polsce pod względem wyczynowego sportu. Bycie kibicem w tym mieście dostarczało mnóstwo emocji i wzruszeń. Dziś to już przeszłość.

Dla mnie słowa prezydenta Górskiego są jednak straszne, bo wyznaczają kierunek w jakim pójdzie w przyszłości Zagłębie Dąbrowskie. Bez budowy nowego stadionu Sosnowiec i jego sztandarowy klub będzie musiał jedynie żyć przeszłością i ewentualnie zarabiać na sprzedawaniu być może albumów ze zdjęciami z lat 50., 60. czy 70. zeszłego wieku. Dziś frekwencja na Zagłębiu jest rzeczywiście żałosna, jeśli przypomnimy sobie choćby zwycięski mecz z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski nie tak dawno, bo w 2009 roku.

Nie chodzi mi oczywiście o budowę megawypasionego obiektu za 300 milionów. Jeśli Zagłębie ma pozostać Zagłębiem jakiś stadion (stadionik) powstać jednak musi. Wizualizacje jeszcze z 2010 roku robią wrażenie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kibice Sosnowca kiedykolwiek mieliby jeździć na mecze swej drużyny do Chorzowa na kiedyś gotowy wreszcie Stadion Śląski. To wprawdzie obiekt dla całego województwa, ale regularne i ciągłe wycieczki z Sosnowca na Śląski przekraczają moje wyobrażenie. Myślę, że kibiców Zagłębia - także.

Ważne żeby sobie uzmysłowić, że Sosnowiec, który nie budował nowego stadionu w 2002 roku nie ma nic wspólnego z Sosnowcem, który nie buduje nowego stadionu zaledwie dziesięć lat później. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Przede wszystkim dla tych młodych, utalentowanych piłkarzy z regionu, którzy jeszcze dziesięć lat temu nie mieli wyboru: gdzie by się w Polskę nie ruszyli to i tak graliby na fatalnych przestarzałych obiektach. Minęło jednak dziesięć lat i taki zdolny dziesięciolatek z Zagłebia może przeżyć szok jeśli przypadkiem pojedzie na mecz do Gliwic albo już niedługo do Zabrza. Kulturowa tożsamość nie będzie miała wtedy żadnego znaczenia. Taki chłopak przede wszystkim będzie chciał grać na pięknym obiekcie przy wielotysięcznej publiczności.

A gdzie będzie miał najbliżej? Na Górny Śląsk.

I właśnie dlatego twierdzę, że Zagłębie stanie się futbolową kolonią Górnego Śląska. Będzie przez Ślązaków regularnie drenowane i wyczesywane z talentów. Z kolei wspomniane wyczesywanie sprawi, że skończy się ambitna kibicowska tożsamość. Na Ludowym będzie pojawiać się tyle samo ludzi co na Sarmacji Będzin (na ostatnim meczu 100 ludzi), Górniku Piaski (na ostatnim meczu 150 ludzi, choć grali z liderem), Zagłębiaku Dąbrowa Górnicza czy Unii Ząbkowice (na ostatnich meczach tych drużyn 50 ludzi).

A świadkowie dawnych dni chwały zagłębiowskiej piłki nawet nie będą ich mieli komu opowiedzieć.

PS A poza tym Omega.

* mam oczywiście na myśli futbol w męskim wydaniu

piątek, 21 grudnia 2012
Mizianie. Jestem zażenowany

Z przerażeniem odnotowuję, że wiadomością dnia są życzenia świąteczne nagrane przez Zbigniewa Bońka. Widzę je w telewizji, widzę na portalach internetowych. Dziennikarze nimi się zachwycają. Nie dziwię się - czyż nie są one elokwentne? Inteligentne? Fantastycznie skomponowane? Szczere? O ileż lepsze od życzeń sprzed roku tego nieudacznika na prezesowskim pezetpeenowskim zydlu...

Dość żartów. Nie myślałem, że dożyję takich czasów. Ludzie, no i co z tego? Czy naprawdę warto podniecać się faktem, że nowo wybrany prezes PZPN udowodnił wyższość nad starym, bo nie dukał przy składaniu życzeń?

Na tym ma polegać ta rewolucja w polskiej piłce? Na mizianiu?

Portalowi "Weszło" się nie dziwię, podejrzewam, że niedługo może otworzyć dział handlowy i sprzedawać "sukna do polerowania berła prezesa Bońka, tak by ciągle świeciło blaskiem jak najjaśniejszym".

Dziwię się jednak moim niektórym kolegom ze Sport.pl, którzy również wyglądają na podnieconych faktem panabońkowych życzeń.

"Nastrojowa muzyka, skradająca się po korytarzach PZPN kamera, pięknie przystrojona choinka i konkurs z nagrodą - tak wyglądają tegoroczne życzenia Polskiego Związku Piłki Nożnej dla wszystkich kibiców. Także i w tym elemencie widać zmianę jakości w Związku."

Klęknijmy wszyscy, upadnijmy na twarze. A pan prezes Boniek i tak się za kotarą zaśmieje. Bo na pewno wie - przynajmniej instynktownie - co tak naprawdę oznacza pochlebstwo. "Kochamy pochlebstwo, choć nie jest ono w stanie nas zwieść. Pochlebstwo wskazuje bowiem, że jesteśmy na tyle ważni, by na nie zasłużyć."

PS Omega się odwróciła.

PS1 A teraz możecie zapoznać się z bardzo mocnym tekstem powstałym na zamówienie prezesa PZPN: "Zibi naprawi futbol, uzdrowi chorych a także przejdzie po wodzie''. Koniecznie przeczytajcie. Długie, ale warto:)

PS2 Częściej jest tak, że najpierw zostaje się szefem, prezesem, przewodniczącym a dopiero później dostaje tortem od podopiecznych, podwładnych, przechodniów, kibiców. Tymczasem w Piaście Gliwice - jest dokładnie na odwrót! 

18:55, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (80) »
czwartek, 20 grudnia 2012
Czy jest pan hrabią?

Zawód dziennikarza ma to do siebie, że nie można się wstydzić zadawać pytań. Obciachowych, bezczelnych, głupich, impertynenckich. Wczoraj zadałem pytanie z tego ostatniego gatunku.

Dziennikarzom przedstawiono na Bukowej nowego prezesa katowickiego klubu. To Bogusław Wyszomirski, który opowiada o sobie TUTAJ, więc nie będę się powtarzał. Mnie zainteresowała pewna plotka, którą zdecydowałem się wyjaśnić u źródła.

Otóż dowiedziałem się, że w pewnych kręgach Wyszomirski ma podobno ksywkę ''hrabia''. Na konferencji prasowej przekonałem się, że nosi się dumnie i elegancko. W Rzplitej, co łatwo sprawdzić, istniały rody szlacheckie o takim nazwisku. Z kolei na liście polskich rodów hrabiowskich rodziny Wyszomirskich nie znalazłem, ale to nic nie znaczy - ta lista obejmuje okres od Rzeczypospolitej szlacheckiej do roku 1918, a poza tym kto powiedział, że jest pełna? 

Dlatego wystartowałem wczoraj do nowego prezesa i dyskretnie zadałem mu wspomniane na początku mocno impertynenckie pytanie.

- Czy jest pan hrabią?

Trochę mi głupio było. Wyobrażacie sobie hrabiego, którego pytają nagle czy jest hrabią? Albo kogoś kto tym hrabią nie jest i zadają mu identyczne pytanie? I tak źle i tak niedobrze... Nie wiem czy pan Wyszomirski jest hrabią, ale gdybym to ja był hrabią i żyłbym w XIX wieku, a ktoś zadałby mi takie pytanie - kazałbym go wybatożyć. Takich pytań się nie zadawało, bo kto miał wiedzieć - wiedział, a kto nie wiedział - nie musiał.

Pan Wyszomirski zachował się w tym zaskakującym dla siebie momencie powściągliwie i elegancko. - Zostawiłem te sprawy synowi. On sprawdza genealogię. Ale to nie jest ważne - odparł i poklepał mnie po ramieniu.

Jedno jest pewne: pochodzenie dla skuteczności działania prezesa klubu piłkarskiego jest nieistotne:) W 1998 pisałem z kolegą ogromny reportaż o Marianie Dziurowiczu. Na tyle duży, że było tam o przodkach "Magnata". Udało się ustalić, że pochodził z chłopskiej rodziny, jego wuj został infułatem sosnowieckim, wikariuszem generalnym diecezji kieleckiej. Czyli dzięki ambicji, potencjałowi i umiejętnościom można zajść daleko startując z każdej pozycji. Nie żyjemy przecież w kraju feudalnym.

Czego można życzyć nowemu prezesowi? Trudne pytanie - na razie ma pracować na tym stanowisku do końca sezonu. Życzenie pójścia w ślady Mariana Dziurowicza mogłoby być w niektórych kręgach odebrane źle. Ale co by nie mówić - bez Dziurowicza nie byłoby pięknej historii katowickiej piłki z przełomu lat 80. i 90.

PS Być może hrabiów należy szukać również wśród... dziennikarzy sportowych. Kiedyś w innym mieście często grałem w piłkę z miejscowymi dziennikarzami sportowymi. Na jednego z nich koledzy wołali "hrabia". No i okazuje się, że jego nazwisko na przytoczonej przeze mnie liście polskich rodów hrabiowskich jest. Ale nie pytajcie o  szczegóły. Nie narażajcie się na wybatożenie. Pamiętajcie: kto ma wiedzieć - wie, a kto nie wie - nie musi.

PS1 Gdy byłem nastolatkiem bardzo podniecałem się występami zagranicznych piłkarzy w polskiej ekstraklasie. To były jeszcze czasy kiedy w ogóle ich u nas nie było. Pamiętam kiedy drżałem z podniecenia gdy w 1989 roku pojawili się u nas Valdas Kasparavicius i Algis Mackevicius. Ten pierwszy jesienią 1989 roku zagrał w Jagiellonii piętnaście meczów, ten drugi - pięć. Przyjazd pierwszych zagranicznych piłkarzy był dla mnie symbolicznym zerwaniem z nędzną siermiężną peerelowską rzeczywistością. Jagiellonia była dla mnie wtedy niczym Cosmos Nowy Jork, symbolem otwarcia się na nowy świat:)

A już całkiem drżałem z podniecenia kiedy trafił do nas pierwszy ciemnoskóry zawodnik. Noel Brightone Chama Sikhosana w marcu 1991 roku zagrał jeden niepełny ligowy mecz w barwach Wisły Kraków. Pamiętam z jakim zaciekawieniem oglądałem relację w wieczornych Wiadomościach (już Wiadomościach, bo Dziennik Telewizyjny skończył się w listopadzie 1989 roku) - pamiętajcie, że w tamtych czasach sport był jeszcze elementem wiadomości:)

Bardzo długo prowadziłem dokładne statystyki dotyczące zagranicznych piłkarzy. Pamiętam dobrze pierwszych Argentyńczyków, bo ich kochałem najbardziej - Favio Marozziego i Guillermo Coppolę. Była to miłość nieodzwajemniona, bo to właśnie oni sprawili, że skruszała Żelazna Zasada Pawła Czado głosząca, że ''każdy Argentyńczyk nosi w tornistrze buławę Diego Maradony''...

Dorosłem. Dwadzieścia lat później mam inne zdanie na temat zagraniczych piłkarzy. Nie wielbię ich już bezkrytycznie. Oczywiście nie mam nic przeciwko żeby grali w naszej lidze, wręcz przeciwnie - cieszę się kiedy mogę podziwiać zawodników w stylu Giji Gurulego, Ljuboi czy Meliksona. Głęboko wierzę jednak, że nie będziemy uważać że "im lepsza liga, tym więcej piłkarzy z zagranicy."

Okazuje się, że Polska pod względem zatrudniania zagranicznych piłkarzy wyraźnie odstaje. Nad Wisłą obcokrajowcy to ponoć 26,5 procent, co daje jej 28. miejsce w Europie. A znanej, lubianej i podziwianej Premier League jest choćby aż 65 procent obcokrajowców.

To uwielbienie dla tego co zagraniczne trochę mnie rozśmiesza, ale bardziej drażni. Jeśli wszyscy będą wyznawać w piłce tą samą zasadę, jeśli wszyscy będą opierać się na piłkarzach z zewnątrz to gdzie ostatecznie będzie wytwarzać się futbolowe produkty, które mają sprawdzić się zagranicą?

Błagam. Odstawajmy od najlepszych.

Tym bardziej, że na Cyprze w kadrach tamtejszych zespołów jest już 70 procent obcokrajowców.

PS2 Omega po zastanowieniu się uznaje, że najbardziej wzdychała z podziwu jednak przy zagraniach piłkarzy ''stond''.

wtorek, 18 grudnia 2012
Król Stanisław

Właśnie wróciłem z zabrzańskiego Teatru Nowego, gdzie odbył się benefis z okazji 75. urodzin Stanisława Oślizło.

To postać niezwykła. Komu organizować benefis jak nie autorowi jedynej bramki dla polskiego klubu w finale europejskiego pucharu? Komu jak nie człowiekowi, który osiem razy zdobywał mistrzostwo Polski? To prawdziwy symbol Górnika, choć mało kto pamięta, że jeszcze zanim trafił do Zabrza przez dwa sezony grał w ekstraklasie. W innym Górniku:)

Nie miałem niestety okazji na własne oczy przekonać się o piłkarskiej klasie Stanisława Oślizło, choć oczywiście słyszałem o niej i czytałem wiele dobrego. Miałem za to okazję przekonać się o jego klasie na co dzień. Pan Oślizło prezentuje bowiem niezwykłą jak na nasze środowisko piłkarskie kulturę osobistą. Mogłoby mi się nawet nasuwać słowo ''markiz'' lecz markiz kojarzy mi się z raczej z człowiekiem eleganckim lecz jednocześnie wyniosłym wręcz zimnym (coś jak Tito Vilanova). A pan Oślizło jest raczej człowiekiem o bardzo wysokiej kulturze, ale jednocześnie serdecznym, uśmiechniętym i łatwo dostępnym. Po prostu król. Król Stanisław.

Warto było dziś posłuchać wspomnień Stanisława Oślizło, jego kolegów z boiska i nie tylko. Wspominali także m.in. państwo Loska (Henryk był tym, który w 1970 roku po remisie w Zabrzu z Romą pocieszał załamanych piłkarzy - którzy myśleli, że odpadli - że jest przecież jeszcze trzeci mecz, a jego żona Krystyna zapowiadała w telewizji mecze Górnika, co uznawano za szczęśliwy omen i z tego powodu Helenio Herrera chciał ją wykupić i zawieźć do Rzymu:) Krystyna Loska jest nawet matką chrzestną córki Oślizłów, Anny.

Na boisku Stanisław Oślizło nosił numer 3, w domu - jak zauważono z sympatią - jest numerem 2, bo rządzi jego żona, pani Hela. Piłkarz na każdym kroku podkreśla swe gorące uczucia do małżonki, dziś w teatrze zagrał nawet dla niej piosenkę (jakby ktoś nie wiedział: pan Oślizło dobrze gra na fortepianie, z kolei w dawnym Górniku najlepiej śpiewał jego dawny sąsiad drzwi w drzwi i jednocześnie przyjaciel - Jan Kowalski).

Były dziś śpiewy, były wspominki. Czy ktoś pamięta, że Stanisław Oślizło kiedy jeszcze grał w Górniku Radlin zgłosił się do Ruchu Chorzów, ale w Ruchu nikt tym piłkarzem się wtedy nie zainteresował? - Absolutnie nie żałuję - uśmiechał się w trakcie dzisiejszej uroczystości Bohater Wieczoru. Moskwiczem zajechał na Roosevelta. I został. Ale ludzie związani z Ruchem do dziś niezmiennie wyrażają sie o Stanisławie Oślizło z szacunkiem. Jak choćby Waldemar Fornalik, który też gościł na dzisiejszym benefisie. Selekcjoner przyznał, że gdyby miał takiego jak Stanisław Oślizło to "w obronie nie mielibyśmy problemu".

Kto jednak myśli, że uosobienie spokoju jakim jest Stanisław Oślizło nie wpadał w furię - myli się. Kiedyś Górnik grał ligowy mecz z Gwardią w Warszawie, zabrzanie w przeddzień pojechali do stolicy. Stołowali się w restauracji "Polonia", kilku wyszło wcześniej i czekało na kolegów. Wtedy natychmiast wokół nich zaczęli gromadzić się ludzie, Górnik był wtedy popularny także i w stolicy. Wtedy nagle pojawił się jakiś "smutny pan" i spytał: - a co to za zgromadzenie? Rozejść się!

Piłkarze protestowali, przecież nic złego się nie działo. No to nadjechały suki. Dwóch milicjantów złapało pana Stanisława za fraki, a ten... dostał szału. Prasnął funkcjonariuszami o stojący niedaleko saturator (kojarzycie - takie urządzenie z którego sprzedawano wodę gazowaną, także z sokiem, jeszcze w latach 80.). Saturator się przewrócił, milicjanci też, wsadzono pana Stanisława do suki. Pan Stanisław w nieustępującym szale prasnął nogą i wywalił drzwi furgonetki więc sprawa stała się poważniejsza. Na jedną noc trafił do więzienia. Jak wspomina - w celach na prawo usadowiono panie lekkich obyczajów, które śpiewały "criminal tango". Jego wsadzono do celi na prawo. Jako że był panem piłkarzem dostał kocyk żeby miał się czym w nocy okryć. Zamknięto za nim drzwi i... z byka patrzyło na niego trzech dryblasów. Z byka, bo tylko on... dostał kocyk. - Ależ panowie, proszę - Stanisław Oślizło nie był głupi, kocyk oddał "towarzyszom niedoli'' natychmiast... Doczekał do rana, wypuścili go dwie godziny przed meczem z Gwardią. Nie było zmiłuj się, piłkarze z Zabrza "na nabuzowaniu" wygrali bodaj 2:0...

Jedno jest dla mnie oczywiste. Gdyby w dzisiejszych czasach był polski piłkarz o klasie Króla Stanisława to byłby on z pewnością celebrytą. Ale jak przyznała jego przyjaciółka Krystyna Loska: "Stanisław na celebrytę sie nie nadaje. Za skromny".

I to jest prawda. Aż szokujące, że człowiek, który mógłby przecież zadzierać nosa jest aż tak skromny (kto choć raz spotkał się ze Stanisławem Oślizło - wie o czym mówię). A może właśnie dlatego.

PS Z okazji benefisu zaprezentowano biografię głównego bohatera, którą napisali dziennikarze "Sportu" - Zbigniew Cieńciała i Darek Leśnikowski.  Cieszę się, że wreszcie powstaje coraz więcej książek o karierach śląskich piłkarzy. Prawda jest taka, że gdyby Górny Śląsk leżał w Anglii albo w Niemczech mielibyśmy na rynku zatrzęsienie takich biografii, bo na Śląsku było zatrzęsienie piłkarzy, którzy na biografię zasłużyli (mógłbym z marszu wymienić pięćdziesiąt nazwisk).

PS1 Omega z szacunkiem chyli wskazówki przed Stanisławem Oślizło. Dużo zdrowia, panie Stanisławie!

poniedziałek, 17 grudnia 2012
Miazga projektu "nowej, lepszej ekstraklasy"

O tym co sądzę o pomyśle reformowania ekstraklasy - pisałem tutaj. Nie jestem jedyny, któremu się to nie podoba i bynajmniej nie tylko w "środowiskach niedecyzyjnych" się to nie widzi. Ale o tym będzie być może jeszcze okazja napisać.

Dziś chcę zacytować przenikliwy głos w dyskusji. Odzywa się niezawodny Czytelnik Czadobloga jakas1. Moim zdaniem jakas ten projekt "nowej, lepszej ekstraklasy" najzwyczajniej na świecie miażdży. Czadoblog potrafi się czasem szybko wzburzyć i jego wpisy w efekcie są niekiedy dość emocjonalne. Jakas1 miażdży natomiast ten "projekt" z niezwykłą, wręcz pozbawioną emocji, systematycznością. Nic dodać, nic ująć. Oto masakra. Oto jego głos:

"Miałem nadzieję, że ten temat się w końcu pojawi.
Oglądałem Cafe Futbol, w którym byli dwaj chyba pomysłodawcy tej reformy - Animucki i Stefański. To mimo wszystko nie są debile, potrafię zrozumieć ich motywację - mają swoje cele i je osiągną. Natomiast ich celem nie jest w żadnym wypadku dobro kibica, dobro piłki jako takiej.
Jeżeli nie rozumie się roli, jaką ma do spełnienia system rozgrywek ligowych, to nie za bardzo jest o czym dyskutować. Otóż sam system rozgrywek nie ma na celu uatrakcyjnienia rozgrywek, zwiększenia przychodów, zagospodarowania podgrzewanych muraw, wprowadzenia zaskoczenia, wprowadzenia iluśtam szczytów emocji w sezonie. System rozgrywek ma zadanie wyłonienia w sprawiedliwy sposób najlepszej drużyny ligowej w danym sezonie. Panowie z PZPN-u od 7 miesięcy, jak sami twierdzą, analizowali, rozpisywali i wymyślili. Oni naprawdę są przekonani, że wymyślili coś dobrego, a przede wszystkim lepszego. A inni ich w tym przekonaniu podtrzymują. Otóż poza nimi dwoma świat piłkarski - miliony osób od 150 lat próbuje wymyślić i stworzyć najlepszy system rozgrywek ligowych w piłce nożnej i nic lepszego niż kilkunastozespołowa liga z systemem mecz i rewanż nie zostało i raczej nie zostanie wymyślone. Natomiast oni sądzą, że jest inaczej - choć sami nie wymyślili nowego systemu, tylko zaadaptowali belgijski i grecki. Absurd.
Boniek już raz 10 lat temu przeforsował swoje idiotyczne pomysły reformy systemu rozgrywek. Efektem był jeden sezon najbardziej kretyński w historii polskiej piłki nożnej - z podziałem na grupy A i B.
Ale wracając do sedna, żeby nie było, że krytykuję żeby krytykować.

1. Dzielenie punktów
Z formalnego punktu widzenia dzielenie punktów z pierwszego etapu przez dwa to to samo, co pomnożenie punktów z drugiego etapu przez dwa (a właściwie jeszcze gorzej, bo dochodzą zaokrąglenia, o czym za chwilę). Granie przez 2/3 sezonu o trzy punkty, a potem przez 1/3 sezonu nagle o sześć punktów to idiotyzm i przede wszystkim zasada sprzeczna z podstawami sprawiedliwości. Na miejscu właścicieli klubów dopiero zimą wydawałbym pieniądze na transfery, bo w drugiej fazie znacznie bardziej opłaca się nadrobić wynik ściągając na krótko dobrych drogich piłkarzy. Każdy mecz powinien być wart tyle samo punktów. To jest tak samo sprawiedliwe, jak gdyby pomnożyć punkty zdobyte w ostatniej kolejce przez 3.

2. Zaokrąglanie punktów
Chyba sobie nie wyobrażacie, do jakich wałków to może prowadzić. Ostatnia kolejka poprzedniego sezonu - Lech gra z Widzewem. Lech ma 51 punktów (czyli pewne 26 do drugiego etapu), a Widzew ma 38 (czyli pewne 19 pkt). Jest końcówka meczu, wynik 0-0. Dajmy na to karny dla Widzewa. Jeżeli bramkarz Lecha obroni, Lech ma 52 punkty czyli dostaje 26 do drugiego etapu. Jeżeli nie obroni, Lech przegrywa, ale i tak ma 26 punktów do drugiego etapu, za to Widzew ma 41 punktów, czyli aż 21 do drugiego etapu. Lech nie ma po co bronić karnego, szczególnie, że za chwilę będzie grał w grupie mistrzowskiej, a Widzew w spadkowej.
Dwa sezony temu mecz Lechia - Jagiellonia w ostatniej kolejce. Lechii zwycięstwo daje awans do grupy mistrzowskiej zamiast spadkowej. Jagiellonia ma pewną mistrzowską, ale jednocześnie strata do lidera nawet po podzieleniu punktów wynosi już 11 punktów, a nawet do pucharów strata wynosi 5 punktów po podziale, co uwzględniając kadrę Jagi i fakt, że w drugiej rundzie jest tylko 7 meczów oznacza, że gra już o nic. Jeżeli dadzą Lechii wygrać - nic nie tracą, a mało tego: zaraz będą z nimi grali jeszcze raz i można "oddać" przysługę. 

Samo zaokrąglanie jest bezsensowne. Legia zdobywa 54 pkt. w zasadniczym, Lech - 53. Obie drużyny przechodzą z 27 pkt. do drugiego etapu, w którym zdobywają po 14 pkt. Pytanie, co będzie decydowało przy równej liczbie pkt. Obecnie jest idealne rozwiązanie w postaci bilansu bezpośredniego. Co będzie decydowało w przyszłym sezonie? Nie znalazłem odpowiedzi, ale możliwe są 2 rozwiązania, oba tragiczne: albo decydują mecze bezpośrednie, tyle że z nich 2 są rozegrane w Warszawie, a jeden w Poznaniu!!! Albo decyduje bilans bramkowy całego sezonu, co już przerabialiśmy i "cała Polska widziała". Przypominam, że ten problem występuje nawet w przypadku drużyn, które zdobyły różną liczbę punktów w całym sezonie - jak wyżej podano. Najmniej tragicznym rozwiązaniem byłoby uwzględnienie tego, że Lechowi zaokrąglono w górę, a Legii nie, zatem to Legia powinna być wyżej w tabeli, tyle że dla kibiców jest ono przekombinowane.

3. Szczytem nieuczciwości jest nierówna liczba meczów u siebie i na wyjeździe
Myślałem, że takie rozwiązania w XXI wieku są niemożliwe, a jednak. O mistrzostwie i spadku może decydować to, że Legia z Ruchem zagra 2 razy u siebie a raz na wyjeździe! Jednak nie tylko sam fakt jest nieuczciwy. W Szkocji też tak było, ale ustalone był, że jeżeli Celtic z Rangersami zagrał w danym sezonie 2 razy u siebie, a raz na wyjeździe, to w kolejnym sezonie musi być odwrotnie - resztki uczciwości. U nas inaczej - o tym, kto z kim gra u siebie drugi raz w drugiej rundzie zdecyduje miejsce po pierwszej rundzie. Czyli teoretycznie Ruch może co sezon grać z Lechią 2 razy na wyjeździe, a raz u siebie. Czy tylko teoretycznie? W ostatnich 4 sezonach mecz Legia-"Polonia" odbyłby się 7 razy na Legii, a 4 razy na Polonii. Czy to ma coś wspólnego z uczciwym systemem? W dłuższej perspektywie czasowej dysproporcje w meczach u siebie i na wyjeździe w danej parze mogą być jeszcze większe, ale na szczęście nie będzie dłuższej perspektywy, bo ten durny system po roku zostanie pewnie wycofany.

4. Największym przedstawianym atutem nowego systemu jest to, że ma rzekomo powodować większe emocje w końcówce - bardziej wypłaszczoną tabelę
Sprawdziłem, czy tak byłoby w rzeczywistości, gdyby w zeszłym roku obowiązywał ten system z założeniem par drugiej rundy (kto gra z kim u siebie, a kto na wyjeździe).
Otóż w grupie mistrzowskiej Górnik po 2 kolejkach II rundy miałby już 7 pkt straty do pucharów. Po 4 kolejkach (na 3 do końca sezonu) strata piątej Korony do pucharów wynosiłaby 5 punktów. W "rzeczywistym" sezonie było to 5 punktów. Strata czwartego Lecha do lidera wynosiłaby 7 punktów. W "prawdziwym" sezonie wynosiła ona 4 punkty! Na dwie kolejki przed końcem, przewaga Ruchu nad drugą Legią wynosiłaby 5 punktów. Przewaga trzeciego Śląska nad czwartym Lechem wynosiłaby 4 punkty. Cała reszta grałaby o nic. W "prawdziwej" lidze, 2 kolejki przed końcem Śląsk miał 56, Ruch 55, Legia 53, Lech 52, Korona 48. Niech mi ktoś wskaże, w czym ta sytuacja jest mniej ciekawa, niż wskazana wcześniej sytuacja z podziałem na grupy, gdzie końcówka wcale nie jest emocjonująca i różnice punktowe są znacznie większe, niż w rzeczywistości?

5. Wypaczanie realnej kolejności drużyn w lidze
System każdy z każdym raz ustala w dość akceptowalny sposób drużyny wg ich wyników w lidze. W zeszłym sezonie kolejność była Śląsk, Ruch, Legia, Lech z walką do ostatniej kolejki. Sprawdziłem jak wyglądałaby tabela gdyby proponowany system wdrożyć w zeszłym roku, a wyniki w drugiej rundzie wziąłem z pierwszej zakładając, że proponowana w internecie wersja tego, kto z kim gra w drugiej rundzie u siebie, a kto na wyjeździe jest prawdziwa. Otóż tabela końcowa wyglądałaby tak:
Ruch Chorzów    44
Legia Warszawa 41
Lech Poznań      39
Śląsk Wrocław   38
Korona Kielce    32
Jest to całkowite wypaczenie rzeczywistej kolejności drużyn, wynikające wyłącznie z arbitralnego wyboru tego, kto z kim gra u siebie w drugiej rundzie. Żadna z pierwszych 4 drużyn nie zajęłaby w nowym systemie takiego samego miejsca, co w rzeczywistości. To jest sztuczna ingerencja w wynik sportowy."

jakas1

                                                             %

PS Dzięki jakas1, że krytykę proponowanego systemu chciałeś umieścić akurat na Czadoblogu. Żeby było jasne: nadal ten system krytykuję, choć przecież - jak się okazuje - gdyby zastosowano go w sezonie 2011/12 górnośląska drużyna świętowałaby mistrzostwo:)

PS1 A poza tym Omega też jest pod wrażeniem.

niedziela, 16 grudnia 2012
Wyciskanie soku. Czy Nawałka zostanie

Wygląda na to, że futbolnowela "M jak Milik" dobiegła końca. Piłkarz ostatecznie odchodzi do Bayeru Leverkusen już teraz. Życzę mu żeby jego przyszłość potoczyła się według punktu f, a nie punktu e.

Robię ten wpis jednak głównie po to by... pochwalić działaczy Górnika. Oczywiście wielka szkoda, że Milik odchodzi, ale przecież nie za byle frytki. Nieoficjalnie wiadomo, że Bayer zapłaci za napastnika ok. 2,6 mln euro. To bardzo dużo pieniędzy. Właściwie rozdysponowane mogą sprawić, że bryzgi i piana przestaną zalewać Roosevelta.

Działaczom udało się za jednym zamachem załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Na otwarcie stadionu przyjedzie silny, markowy przeciwnik, to naprawdę może być piłkarskie święto. Prawdziwe, które zobaczymy na własne oczy. Nie takie jak plany na otwarcie zmodernizowanego Stadionu Śląskiego - Górnik miał zagrać towarzyski mecz ze słynną Romą wiosną 2012 roku.

Górnik przy transferze Milika zadziałał jak gdyby wyciskał sok pomarańczowy wyciskarką. Wygląda na to, że wycisnął ile się dało. Wiem, bo zafundowałem sobie taką wyciskarkę. Z pomarańczy nic nie zostaje - tylko sok i pyszna papka. Z Arkadiusza Milika też nic nie zostało. Tylko sok (kasa) i papka (mecz na otwarcie).

Za piłkarzem nie ma co płakać. Trzeba mu oczywiście życzyć wszystkiego najlepszego i zaraz potem zastanowić się co dalej z grą Górnika, zwłaszcza w tak obiecującym sezonie jak obecny.

Czy grać nadal takim samym systemem 4-5-1 i  szybko znaleźć następcę Milika na pozycji centra?

Czy raczej nie mając takiego centra przebudować system na 4-4-2, gdzie Nakoulmę (miejmy nadzieję, że Górnik już nikogo nie sprzeda) przesunęłoby się do ataku i dołożyło jakiegoś innego napastnika?

No i ciekawe kto będzie szlifował ostateczne rozwiązanie (właściwie bardziej chodzi mi nawet o przyszły, a nie o obecny sezon).

Wiadomo, że Adam Nawałka bardzo chciał żeby Arkadiusz Milik został.

Wiadomo, że Artur Jankowski podkreślił, że to nie do trenera należy decydowanie o przyszłości Milika.

Wiadomo, że po rundzie jesiennej Nawałka ma bardzo dobre trenerskie notowania w  Polsce.

Z poprzedniego klubu odszedł sam.

Czy z obecnego też odejdzie sam? No i kiedy?

PS A poza tym Omega.

sobota, 15 grudnia 2012
Ludwik XIV. Przesiąkanie debilizmem

Doszło do mnie, że spółka Ekstraklasa w trosce o stan polskiej piłki zamierza przeprowadzić reformę polskiej piłki. Trzeba coś zrobić z naszymi rozgrywkami, bo kto to widział grać prostackim systemem każdy z każdym, mecz i rewanż... Przecież to cholerny anachronizm, pokażcie mi silną ligę zawodową, która w takim składzie ilościowym i w takim systemie prowadzi rozgrywki!

Ludwik XIV - jeden z największych kozaków na europejskich tronach - mawiał: "L'Etat c'est moi" - "Państwo to ja". Widać, że rodzimi "reformatorzy" postanowili wykorzystać hasło Burbona do własnych celów. Niestety: proponowanie jakichś bałwańskich reform systemu ligowego w imię lepszej przyszłości jest wyjątkową bezczelnością.

Spółka Ekstraklasa nie może ingerować w liczbę uczestniczących w rozgrywkach klubów i właśnie dlatego musi koniecznie zaproponować jakiś nowy system. Po to żeby pokazać, że spółce Ekstraklasa też zależy na wyjściu z impasu, zależy na nowej, poperfumowanej twarzy polskiej piłki.

Jakie są podstawowe założenia? Wiadomo, że musi być przerwa letnia, wiadomo, że musi się zwiększyć liczba meczów. Piłkarze muszą wcześniej rozpoczynać sezon, co powinno mieć wpływ na wyniki w pierwszych rundach europejskich pucharów.

Czadoblog oczywiście zgadza się, że profesjonalni piłkarze w Polsce grają za mało. Ale ze spółką Ekstraklasa łączy mnie jedynie punkt wyjścia. Ekstraklasa uważa, że powinno być więcej meczów w ekstraklasie. Z kolei ja uważam, że meczów w rozgrywkach ligowych jest w sam raz. Terminów jest za mało, ale to nie ligę powinno się reformować.

Dziś jest tylko trzydzieści weekendów w sezonie z krajową piłką w tle. Można je w prosty sposób zwiększyć nie majstrując wcale przy systemie ligowym - doskonałym w swej prostocie i przejrzystości. 

Receptą jest przywrócenie należnej roli krajowym rozgrywkom pucharowym. Rozgrywanie ich systemem mecz i rewanż od 1/16 finału (czyli od momentu wejścia do gry zespołów ekstraklasowych) mecz i rewanż daje dziewięć dodatkowych terminów. Łącznie mamy więc 39 weekendów w trakcie których grają nasi ligowcy. Oczywiście warunkiem koniecznym jest zaprzestanie traktowania PP jak starej śmierdzącej szmaty leżącej w wiadrze wypełnionym końskim moczem.

Wszystkie rundy szczebla centralnego PP powinny być rozgrywane w weekend, a nie być poupychane nogą w jakąś środę albo czwartek, mimochodem i przy okazji.

Ktoś powie, że przecież z Pucharu się odpada i kto odpadnie będzie miał wolne. No właśnie - wszyscy będą się dodatkowo starać żeby móc utrzymać rytm meczowy.

Oczywiście Ekstraklasa w swoim zadufaniu uważa, że tylko przez reformę ekstraklasy można spowodować, że polski piłkarz będzie na naszym kraju pracować więcej czyli grać więcej. "Państwo to ja":) Oczywiście spółka nie będzie zainteresowana oddawaniem pola (czyli weekendowych terminów w pełni sezonu) Pucharowi Polski tylko z jednego - moim zdaniem - powodu. To nie spółka Ekstraklasa prowadzi te rozgrywki, a gdzie nie wiadomo co co chodzi - wiadomo o co chodzi...

Zawsze wściekam się kiedy jacyś przypadkowi kolesie dostają w wyniku mielenia dziejów władzę na jakimś odcinku i za wszelką cenę chcą się pokazać, jacy to oni są nowatorscy i nowocześni. Po prostu wizjonerzy, psia mać. Gdyby oddać im w zarządzanie Wawel pewnie pomalowaliby go w pasy (by co roku sprzedawać kolorystykę zainteresowanym firmom).

                                             %

W ramach rozrywki chciałbym zaproponować własny pomysł na zreformowanie rozgrywek ligowych. Pomysł jest tak debilny, że nie warto się z nim zapoznawać. No chyba, że macie w zanadrzu inicjatywy jeszcze bardziej debilne, choć trudno mi w to uwierzyć:)

Ale gdybyście mieli - piszcie w komentach:)

A teraz do rzeczy. Pozwólcie, że przedstawię mój pomysł w oparach retoryki sukcesu. Moim zdaniem rozgrywki powinny wyglądać tak:

Pod koniec maja spółka Ekstraklasa powinna przeprowadzać ankietę wśród kibiców klubów z pierwszego poziomu rozgrywek oraz z drugiego, ale tylko tych, które mają szanse na awans. Po to żeby ustalić jakiego klubu najbardziej się nie lubi. Najlepiej kiedy kluby trafią na siebie z pierwszego wyboru, ale jeśli nie ma pierwszego wyboru - trudno. Jest drugi, trzeci, czwarty.

Chodzi o to żeby skojarzyć osiem par klubów, których kibice czują do siebie niechęć. Wiadomo, że mecz z nielubianym zespołem budzi największe zainteresowanie, ludzie przyjdą gromadnie ponarzekać na wroga.

Jeśli weźmiemy obecny skład personalny to dla przykładu te pary mogłyby wyglądać jak poniżej (nie będę używał cudzysłowu żeby nie wprowadzać zbędnego zamieszania). Jeśli wyczerpiemy założenie uczuciowe, jako najrozsądniejsze wydaje się kryterium geograficzne, przecież trzeba pamiętać o kosztach:

Górnik - Ruch;

Legia - Polonia;

Śląsk - Zagłębie;

Widzew - Bełchatów;

Lechia - Pogoń;

Lech - Wisła;

Korona - Jagiellonia (w tym momencie sięgamy już do rezerwowego kryterium kolorystycznego);

Piast - Jagiellonia (to już kryterium, które stosujemy kiedy brak kryteriów czyli tzw. kryterium podścianowe. Jeśli Ruch spadnie to w następnym sezonie Piast trafiłby do szufladki z kryteriami uczuciowymi i jako taki grałby zapewne z Górnikiem).

Na początku sezonu oba zespoły zagrałyby ze sobą szesnaście meczów (osiem u siebie i osiem na wyjeździe). Drużyna, która miałaby najlepszy bilans w tych spotkaniach w drugiej rundzie grałaby tym samym systemem z drużyną, która miałaby najgorszy bilans w tych spotkaniach: czyli pierwsza z szesnastą, druga z piętnastą i tak dalej. Nagrodą za dobrą grę w pierwszym etapie, byłaby rywalizacja z rywalem, który zaprezentował się słabiej. To dawałoby możliwość zdobycia większej ilości punktów z teoretycznie słabszym rywalem.

Na tym teoretycznie kończyłaby się runda jesienna. Wszystkie zespoły rozegrałyby w niej trzydzieści dwa mecze. Każdy zdobyłby określoną liczbę punktów. Żeby rozstawić je przed rundą wiosenną trzeba zastosować przenikliwy wzór. Trzeba przecież jakiś cholerny wzór zastosować, bo przecież kryteria jakie stosujemy (kryterium uczuciowe czy kolorystyczne) powodują, że w jednej parze mogą przecież spotkać się dwa kluby słabsze, a w innej dwa kluby silniejsze)

Proponuję wzór: a+b* - 10, gdzie

a - to ilość punktów

b* - to współczynnik bramkowy (osiągamy go przez c-d gdzie c to bramki zdobyte, a d - stracone).

-10 - liczba punktów, które trzeba odjąć od całości. 

Czyli: jeśli drużyna w tych trzydziestu dwóch meczach na przykład dziesięć razy wygrała, dwanaście razy zremisowała i dziesięć razy przegrała, zdobyła sześćdziesiąt dwa gole i trzydzieści straciła to po podłożeniu jej do wzoru byłoby tak:

42 + 32 - 10 = 64 punkty /niezbędne wyjaśnienie: dlatego 32 bo 62-30=32/ Z takim też dorobkiem przystępowałby do rundy wiosennej.

Z kolei jeśli drużyna w tych trzydziestu dwóch meczach na przykład dwa razy wygrała, jeden zremisowała i dwadzieścia dziewięć przegrała, zdobyła dwanaście goli i sto jeden straciła to po podłożeniu jej do wzoru byłoby tak:

7 + 0 - 10 = -3 punkty /niezbędne wyjaśnienie: 12 - 101 daje co prawda -89, ale wtedy moim zdaniem powinno się zaokrąglać ten wynik do równego zera, bo przecież   w rundzie rewanżowej drużyna z takim wynikiem powinna o coś grać/

Zalety proponowanej przeze mnie reformy są oczywiste: to system spójny, jasny i dający szansę każdemu.

W rundzie wiosennej wielkiej reformy by już nie było. Wszystkie drużyny - mając dorobek zaliczony według zaproponowanego przeze mnie unikalnego wzoru rozegrałyby każda z każdą mecz i rewanż czyli trzydzieści spotkań. 

To dawałoby tak pożądaną liczbę większej ilości meczów. Każdy klub zagrałby w sezonie sześćdziesiąt dwa mecze (trzydzieści dwa w rundzie jesiennej podzielonej na dwie podrundy oraz trzydzieści w rundzie wiosennej).

W sezonie mielibyśmy aż trzy punkty kulminacyjne - koniec pierwszej części sezonu zasadniczego, koniec drugiej części sezonu zasadniczego, aż wreszcie koniec całych rozgrywek. Te dodatkowe emocje wpłynęłyby zapewne na ogólne zainteresowanie rozgrywkami - to oczywiście łączyłoby się z większymi zyskami w dniach meczowych, z większym zadowoleniem od sponsorów i telewizji.

No chyba, że bardziej podoba Wam się koncepcja z podziałem ligi na szesnaście jednozespołowych grup. W każdej grupie drużyna ligowa systemem mecz rewanż rozgrywałaby 40 spotkań z własnymi rezerwami. Nie opracowałem jeszcze wzoru, który przekładałby wyniki na rozstawienie tych drużyn przed budzącą emocje rundą finałową, ale to kwestia najbliższych dni.

A teraz moim zdaniem najważniejsze: reforma powinna dotyczyć jeszcze czegoś innego. PZPN do spółki ze spółką Ekstraklasa powinny parafować umowę o niezmienialności systemu rozgrywek przez 10 lat. W razie niezadowolenia z przyjętego systemu, ewentualnych strat finansowych poniesionych przez kluby twórca systemu po dziesięciu latach powinien zobowiązać się do wypłacenia odszkodowania określonej w osobnej umowie kwoty tym klubom, w razie potrzeby z majątku prywatnego. W razie niewypłacalności powinien być karany więzieniem. 

Ten przepis pozwoliłby oddzielić może nie mądrych reformatorów od głupich, ale przynajmniej tych, którzy całkowicie wierzą w sens przeprowadzania reformy i są w stanie odpowiedzieć własnym majątkiem od tych, którzy chcą reformować tylko dlatego żeby pokazać, że chcą reformować (w tym momencie genialna reforma Czadobloga upada:D:D:D)

PS Omega nie chce żadnych zmian. Ligowe 15+15 i koniec. W przyszłości powinno się ligę zwiększyć do 18 drużyn, kiedy będziemy mieć pewność, że beniaminkowie sprostają licencyjnym wymogom, kiedy wszystkie te kluby będą w stanie płacić piłkarzom tyle ile same wcześniej im zaoferowały.

PS1 Jeśli zauważacie niedorzeczności, błędy logiczne, nieścisłości lub wręcz niechlujstwo w projekcie reformy Czadobloga - dajcie znać!

20:38, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (36) »
czwartek, 13 grudnia 2012
Zima wasza, wiosna nasza

Byłem dziś na tradycyjnej ruchowskiej wigilii. Lubię wtedy wpaść na Cichą, można pogadać z tymi, z którymi nie ma okazji porozmawiać przez cały rok. Zwykle podczas składania życzeń jestem minimalistą. Kiedy dzielę się opłatkiem zwykle wyrażam nadzieję żeby nie było gorzej (dobrze już przecież było) albo żeby zdrowie dopisywało, bo jak nie ma zdrowia, to nie ma zwykle nic.

Z błędu wyprowadził mnie Dariusz Smagorowicz. Kiedy spytałem właściciela Ruchu czego mu życzyć odparł, że przede wszystkim dobrej piłki. "Bo kiedy jest dobra piłka - jest wszystko." Dobra piłka ma wpływ na każdy element życia, kiedy uda się mecz uda się także najbliższy tydzień, kiedy piłka w bramce to i zdrowie dopisuje:)

Czyli to zdrowie jest pochodną dobrej piłki, a nie dobra piłka pochodną zdrowia.

Tak więc, Drodzy Czytelnicy życzę Wam i sobie tym razem właśnie tego. Tylko tego i aż tego.

Dobrej piłki.

Zdjęcia z imprezy zobaczycie - TUTAJ.

PS A pod kątem Ruchu najtrafniej podsumował całość Ryszard Sadłoń, radny, kibic Ruchu i kierownik działu organizacji imprez w Chorzowskim Centrum Kultury. Kiedyśmy gadali stwierdził: - Zima wasza, wiosna nasza!

Tym jednym hasłem przypomniał jednocześnie, że akurat dziś przypada 31. rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Niepamiętającym przypominam, że to hasło było na przełomie lat 1981/82 bardzo popularne. Sadłoń - jako były opozycjonista - wie co mówi: w 1989 roku podczas meczu wniósł z kolegą (pozdrowienia dla Piotra Fojcika) na stadion przy ul. Cichej solidarnościowy transparent oraz szczekaczkę i przeprowadzili brawurową kampanię na rzecz jednej z kandydatek w ówczesnych pamiętnych wyborach.

Na wigilię w ostatniej chwili wpadł także Jerzy Buzek. - Chodzę na Ruch od sześćdziesięciu lat. To zawsze była marka i to się nie zmieni. Ruch musi wrócić gdzie jego miejsce - stwierdził. Wiadomo, że to na razie wishful thinking, ale nie ma przecież lepszego momentu na wishful thinking niż spotkanie opłatkowe.

PS1 A poza tym Omega przyłącza się do życzeń.

PS2 Ta wigilia była inna od poprzednich pod pewnym ważnym względem. Nie pojawił się Gerard Cieślik.

Dużo zdrowia.

PS3 Fantastyczna wiadomość dla kibiców GKS Katowice. Tomek Pikul, który jest autorem pierwszego tomu monografii GKS-u Katowice anonsuje już drugi. Rzecz zapowiada się znakomicie. Tom będzie dotyczył złotego okresu GKS-u czyli lat 1984-94. Złoty okres, bogactwo zdarzeń więc książka będzie liczyć prawie 500 stron!

Będzie m.in. o tym, że dwa razy tytuł mistrzowski uciekł GieKSie sprzed nosa, bo... nie przyjęto oferty kupna meczu!

W tomie znajdzie się około 170 unikalnych fotografii, dotąd nieznanych szerszej publiczności, w większości ze zbiorów prywatnych. Niektóre widziałem, są naprawdę świetne:) Całość mogę już polecić choć jeszcze nie czytałem:)  Oczywiście kiedy zapoznam się z książką (na razie jest w fazie druku) będziecie mogli na Czadoblogu przeczytać jej recenzję. A recenzję pierwszego tomu przeczytacie - TUTAJ.

środa, 12 grudnia 2012
Trzydzieści miesięcy do raju

Gdybym miał wskazać jeden obiekt, którego na Górnym Śląsku wstydziłem się najbardziej byłby to stadion GKS-u Tychy.

Okoliczności oglądania meczu w tamtym miejscu były kuriozalne. Niewiarygodne, że stadion istniał tylko 40 lat (powstał w 1971 roku), bo wyglądał jakby miał 140. Nie znam drugiego miejsca w którym dach osłaniałby jedynie trawę, a kibice siedzieli wszędzie tylko nie pod dachem. Dziwaczny był fakt, że działająca po przeciwnej stronie restauracja wychodziła na trybunę (trybuna to oczywiście słowo na wyrost) i można było zjeść schabowszczaka patrząc na mecz w tragicznych pod względem architektonicznym okolicznościach przyrody. Działacze nie mieli łatwo, kiedyś zdarzyło mi się na tym stadionie pójść na siłownię, bo ogłoszono, że właśnie tam, wśród sprzętów, odbędzie się konferencja prasowa:)

Ś.p. Piotr Buller właściciel efemerycznego Sokoła Tychy (do dziś pamiętam złote klamki w drzwiach siedziby jego Giełdy Towarowo-Pieniężnej przy katowickiej ul. Moniuszki i zdjęcie z papieżem na biurku) tak mówił mi przed piętnastu laty o tyskim stadionie:

"Możemy teraz przyspieszyć przebudowę stadionu. Przede wszystkim dokończymy remont trybuny głównej. Będą tam krzesełka, wzmocniona zostanie konstrukcja dachu. Wybudujemy również hotel. Będzie z cegieł, bo mam cegielnię. Trzeba także odnowić płytę boiska, po zimie jest ona w fatalnym stanie. Baza treningowa pozostawia na razie wiele do życzenia, ale na łąkach za stadionem powstaną dwa boiska treningowe." 

Nic z tych słów nie stało się ciałem (boisko treningowe powstało, ale już nie za Bullera). Architektoniczny potworek stał i niszczał. Ale posiadanie architektonicznego potworka ma i dobre strony. Można zburzyć go w całości i bez żalu za czymkolwiek. I tak właśnie stanie się w Tychach. 

Wiem, że jest u nas w Polsce wielu przeciwników budowania nowych stadionów, nawet zaglądają na tego bloga:) Ale niech na chwilę otworzą klapki i przyznają, że w Tychach mają wyjątkowo rozsądny pomysł: będzie tam piękny, stosunkowo tani (129 mln zł) i odpowiadający potrzebom stadion (15 tysięcy pojemności to w sam raz na tyskie potrzeby, nawet patrząc perspektywicznie).

Najważniejsze, że nie ma już odwrotu: właśnie podpisano umowę na realizację projektu. Zresztą spójrzcie sami: czyż nie jest wspaniały?! Za 30 miesięcy będziemy w raju.

PS Omega też jest pod wrażeniem.

08:43, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (21) »
wtorek, 11 grudnia 2012
Milik. Trudny wybór

Jeszcze niedawno całkowicie nieznany. Teraz rozchwytywany. Lepiej żeby z Górnika odszedł czy lepiej żeby został?

Trener chciałby żeby został. Użyje każdego argumentu (i nieważne, że będą to argumenty wyglądające na merytoryczne), bo najważniejsze jest dla niego żeby zawodnik pomógł mu i w ogóle całej drużynie w rundzie wiosennej. Jest szansa uzyskać cel, którego nikt przed sezonem nie zakładał: start w europejskich pucharach. Prawdą jest, że jeśli cel zostałby osiągnięty z Milikiem w składzie to trudno przypuszczać, że jego cena by nie wzrosła, bo trudno przypuszczać by w tym osiągnięciu nie miałby udziału.

Prezes chciałby żeby został, ale... chciałby żeby odszedł. To znaczy chciałby go sprzedać jak najdrożej. Ma chyba najbardziej niewdzięczną rolę w całej tej sytuacji. Dlaczego niewdzięczną? Bo to on jest, że tak powiem czynnikiem decyzyjnym. Dla niego najważniejsze jest dobro klubu, a dobro klubu i dobro zawodnika nie zawsze idą ze sobą w parze. W każdym razie to prezes bierze za decyzje odpowiedzialność.

Którą drogą pójść?

Sytuacja może rozwinąć się następująco:

a) Milik nie odchodzi. Górnik ma rewelacyjną wiosnę zdobywa mistrzostwo (ewentualnie start w pucharach). Zawodnik zostaje królem strzelców. Jego wartość wzrasta. Zostaje sprzedany latem 2013 roku za 5 milionów euro. Wszyscy zaraz przypominają casus Roberta Lewandowskiego, który po zdobyciu mistrzostwa i króla strzelców z drużyną grającą na Bułgarskiej odszedł za 4,5 mln euro do Borussii Dortmund, a dziś jest uważany za jednego z lepszych europejskich napastników;

b) Milik nie odchodzi. Górnik ma wiosnę jednak dużo słabszą niż jesień. Zawodnik gra nienadzwyczajnie, przede wszystkim traci skuteczność. Wszyscy zaraz przypominają casus Dawida Jarki, który miał w pewnym momencie szansę nawet na tytuł króla strzelców, ale zaraz potem przestał strzelać. Milika nikt nie chce. Nawet za pół miliona euro. Nawet w Polsce. Jest przecież kryzys (a właściwie dopiero będzie). 

c) Milik nie odchodzi. Gra dobrze, nadal strzela gole, ale w połowie rundy dopada go paskudna kontuzja, której leczenie wymaga mnóstwo czasu, cierpliwości i samozaparcia, w dodatku nikt nie ma pewności, że zawodnik kiedykolwiek wróci do wysokiej formy. Wszyscy zaraz przypominają casus Marka Citki, który w 1997 roku był podziwiany tak samo jak teraz Milik, też czarował formą i skutecznością (zresztą dość często widzę go ostatnio na meczach Górnika). Piętnaście lat temu chciało go mnóstwo klubów, konkretne pieniądze dawał m.in. Blackburn Rovers, ale Widzew chciał jeszcze bardziej konkretne. Potem wielu pluło sobie w brodę, że Citki nie udało się sprzedać zanim złapał kontuzję. Jest tu też wątek śląski, bo Citko urazu, który leczył przez 17 miesięcy nabawił się podczas meczu na... Roosevelta. Po wyleczeniu kontuzji w polskiej lidze strzelił jeszcze 9 goli. Powtórzę: d-z-i-e-w-i-ę-ć;

d) Milik nie odchodzi. Górnik ma rewelacyjną wiosnę zdobywa mistrzostwo (ewentualnie start w pucharach). Zawodnik zostaje królem strzelców. Jego wartość wzrasta. Ale... nadal nie zostaje sprzedany. Gra i strzela, na stałe trafia do reprezentacji. W Zabrzu doczekuje nowego stadionu i mistrzostwa. Na mecze Górnika regularnie przychodzi 30 tysięcy ludzi. Milik staje się symbolem nowej wielkiej ery Górnika. Odchodzi uwielbiany do ligi hiszpańskiej dopiero w wieku 25 lat. Dopiero i aż, bo to oznaczałoby, że w Zabrzu grałby jeszcze osiem sezonów, a przecież wiele kolejnych przed nim...

e) Milik odchodzi. Za dwa miliony euro bierze go Bayer Leverkusen. Wiosną piłkarz nie potrafi przebić się do składu na stałe. Gra dwa mecze, ale potem nie opuszcza już ławki rezerwowych. Wszyscy przypominają cacus Jakuba Świerczoka, który czasem coś pacnął w rezerwach Kaiserslautern, ale niemiecki klub szybko oddał go na wypożyczenie do Piasta Gliwice, gdzie za chwilę dopada go ciężka kontuzja. Milik z rezerw Leverkusen wędruje na wypożyczenie do - nie, nie - nie do Górnika. Do... Wisły Kraków, która ciągle marzy o odbudowaniu potęgi. A Milika i Świerczoka łączy coś jeszcze - obaj urodzili się w Tychach. Świerczok czternaście miesięcy wcześniej, ale rocznikowo jest o dwa lata starszy:)

f) Milik odchodzi. Za dwa miliony bierze go Bayer Leverkusen. Wiosną jego talent odpala w niebotycznym stylu, zdobywa w rundzie piętnaście goli. W Zabrzu są w szoku, bo latem 2013 roku Bayer sprzedaje piłkarza do ligi hiszpańskiej za 13 milionów euro...

No i powiedzcie: jaką do cholery decyzję ma podjąć prezes Jankowski? Co jest lepsze: wróbel w garści czy kogut na dachu? Które rozwiązanie wybralibyście?

Koledzy z drużyny chcieliby... No właśnie: czego chcieliby koledzy z drużyny? Nikt z nich głośno nie powie, że jego odejścia. Lubienie lub nielubienie kolegi nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się kasa i piszę to bez żadnych uszczypliwości. Jeśli koledzy z drużyny dostają pieniądze na czas - chcieliby żeby został. Jeśli nie dostają pieniędzy na czas - chcieliby żeby odszedł. Wiadomo, że gdyby odszedł - prawdopodobieństwo dostawania przez nich pieniędzy na czas wzrosłoby niepomiernie. 

Kibice Górnika chcieliby żeby został. Byliby wariatami gdyby chcieli inaczej.

Kibice innych klubów chcieliby żeby odszedł. Osłabienie rywala to wzmocnienie ich drużyn. Oczywiście, niektórzy szermowaliby hasłem o dobru reprezentacji Polski, bo - jak powszechnie wiadomo (choć właściwie nie wiadomo dlaczego wiadomo) dla reprezentantów najlepiej byłoby żeby wyjechali na Zachód jak najszybciej...

Czadoblog chciałby żeby został. Z prywatnych powodów: z nim polska liga byłaby ciekawsza. Ze służbowych powodów: pisanie i czytanie o utalentowanych piłkarzach jest ciekawsze i mniej frustrujące niż pisanie i czytanie o piłkarzach nieutalentowanych.

Najważniejsze jest jednak czego chce sam piłkarz. Przed nim trudny wybór.

A może... już zdecydował?

PS A poza tym Omega.

 
1 , 2
Archiwum