poniedziałek, 30 grudnia 2013
Takich przewodników brakuje

Z ogromnym zainteresowaniem, choć trochę przypadkowo, dorwałem książkę Carlesa Viñasa pod tytułem "Barcelona Blaugrana. Niezwykły przewodnik po mieście śladami FC Barcelony*".

Doprawdy świetna książka. Chodzi o to że na planie miasta zaznaczono 95 miejsc, które w jakiś sposób związane są ze słynnym klubem. Oczywiście nie są to miejsca jedynie kojarzące się ze sportem, dlatego ten przewodnik jest taki fascynujący.

Co łączy Barçę z hotelem Ritz? Gdzie popełnił samobójstwo jej założyciel? Dlaczego pierwsze rozmowy o futbolu odbywały się na zapleczu sklepu z losami na loterie? Zwiedzanie Barcelony właśnie z tym przewodnikiem musi być niezwykle ciekawe. Może kiedyś uda mi się właśnie z tą książką przemaszerować przez stolicę Katalonii...

Aż szkoda, że taki sam przewodnik nie powstał jeszcze o piłkarskim Górnym Śląsku. Nie o jednym klubie, ale o dwudziestu lub przynajmniej dziesięciu najważniejszych... Oj, byłby kłopot żeby wybrać sto najciekawszych miejsc.

Fajnie byłoby z podobną książką w ręku zobaczyć gdzie wychował  się w Dąbrówce Małej najlepszy polski bramkarz wszech czasów, mistrz Polski z Ruchem Chorzów, Legią Warszawa i Polonią Bytom żeby przeżyć szok, że w takim skromnym familoku na pięterku może wyrosnąć taki talent...

Fajnie byłoby z podobną książką w ręku zobaczyć knajpę, w której w najlepszych latach spotykali się piłkarze Górnika Zabrze, a o której opowiadał mi Jan Banaś...

Fajnie byłoby z podobną książką w ręku zajść do Hajduk. Henryk Knop, który przed wojną pracował przy kolportażu dziennika "Polonia" mieszkał dwa numery od rodziny Bartoszków, współzałożycieli Ruchu (Jan, Józef i Franciszek Bartoszkowie byli na zebraniu założycielskim). Pan Knop opowiadał mi kiedyś, że siostra Bartoszków na początku lat 20. szyła pierwsze klubowe koszulki... 

Fajnie byłoby z podobną książką w ręku zobaczyć fabrykę w której pracowali pierwsi zawodnicy GKS-u Katowice (drużyna początkowo egzystowała przy istniejących od 1929 roku zakładach Rapid, a właściwie Moj-Rapid, bo była fuzja dwóch zakładów). Pierwszy kapitan drużyny, bardzo elegancki napastnik (stąd ksywka "szajtlik" czyli przedziałek), był w tym zakładzie szefem BHP, a solidny defensywny pomocnik, pracował tam jako mistrz, a na treningi przychodził prosto z pracy;

Fajnie byłoby z podobną książką zobaczyć przy ul. Kolejowej w Bytomiu słynny klub seniora, gdzie dawne sławy Polonii zachodzą pograć w karty, powspominać, napić się herbaty i nie tylko herbaty... Gdzie śpiewny lwowski bałak ciągle miesza się z mową śląską (Czadoblog miał szczęście wysłuchać kiedyś w tym miejscu Kazimierza Trampisza i jego kompanów);

Fajnie byłoby z podobną książką w tym samym Bytomiu zajść na ulicę Zabrzańską i zobaczyć gdzie było słynne stare boisko Szombierek, na które nawet jak przyszło tysiąc kibiców to miało się wrażenie kompletu. Boisko było bez bieżni więc widzowie mogli piłkarzy wręcz dotknąć, piłkarska Anglia była na Śląsku własnie na Szombrach... Nie poczujecie już tej atmosfery, bo na początku lat 90. kopalnia Szombierki, która była właścicielem tych terenów, sprzedała je. W efekcie boisko zalano asfaltem i otwarto na nim giełdę towarową...

Fajnie byłoby z podobną książką zajść na Dąb żeby zobaczyć gdzie miejscowi kibice po kryjomu świętowali podczas mistrzostw świata w 1954 roku, bo mistrzostwo zdobył wtedy też ich ziomal, synek górnika z kopalni "Eminencja" (później przemianowanej na "Gottwald").

Mam nadzieję, że ktoś kiedyś coś takiego napisze.

PS Zarówno stara Omega jak i nieistniejąca jeszcze czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu są za.

*W tej świetnej książce jest tylko jeden minus: zupełnie nieczytelne plany, szkoda, że nie zdecydowano się na wkładkę na kolorowym papierze. Żeby przejść z nią Barcelonę trzeba jednak kupić osobno plan miasta.

16:17, pavelczado , Książki
Link Komentarze (13) »
piątek, 27 grudnia 2013
Kolejny stereotyp o Deynie: gwizdy na Stadionie Śląskim

Wśród części warszawiaków panuje niezrozumiałe przekonanie, że na Górnym Śląsku nie docenia się, ba - wręcz nienawidzi Kazimierza Deyny. To oczywista bzdura, nie sposób jednak nie prostować stereotypów wokół tego znakomitego zawodnika. Jeden już wyprostowałem, czas na drugi.

Chodzi o słynne gwizdy wobec Deyny, które miały miejsce 29 października 1977 roku na Stadionie Śląskim. Przypomnę znane fakty: kapitana polskiej reprezentacji w paskudny sposób wygwizdano w trakcie meczu decydującym o awansie na argentyński mundial. W meczu z Portugalią Deyna strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Ten gol dał Polsce remis, a remis dał awans. 

W części środowisk stołecznych gwizdy uznano za symbol. "Symbol" w kuriozalny sposób żyje własnym życiem aż do dziś.

Po pierwsze: w poważnych reportażach poważnych reportażystów - jak słusznie zauważył Andrzej Gowarzewski - można znaleźć informację, że na Górnym Śląsku rozprowadzono zaledwie 27 procent biletów na ten mecz. 3/4 publiki przyjechało spoza województwa katowickiego.

Po drugie: od 1969 roku do meczu z Portugalią Deyna wystąpił na Stadionie Śląskim z orzełkiem na piersi siedem razy (jedno z tych spotkań - z olimpijską reprezentacją Brazylii nie wlicza się do oficjalnego bilansu). Tymczasem wcześniej nigdy na niego na Stadionie Śląskim nie gwizdano.

Nasuwa się więc proste pytanie: dlaczego doszło do tego tym razem?

Po mojemu na pewno nie dlatego, że na Górnym Śląsku nie szanowało się Deyny. To nieprawda; doceniało się jego klasę. Deyna nie był typem gwiazdora, który chlapał co mu ślina na język przyniesie. Nie powiedział nic kontrowersyjnego względem Górnego Śląska między poprzednim meczem na Stadionie Śląskim w którym grał a spotkaniem z Portugalią.

Po mojemu na pewno nie dlatego, że Deyna był symbolem ówczesnej klasy sportowej Legii. Trzeba przypomnieć, że w tym czasie Legia nie znaczyła w polskiej lidze nic. Była zwykłym przeciętnym zespołem. Dowody? Przez trzy sezony poprzedzające mecz z Portugalią nie była w stanie wspiąć się nawet do pierwszej piątki.

sezon 1974/75 - 6 miejsce. Przegrała wtedy choćby nie tylko z ROW-em Rybnik (w lidze - Deyna grał), ale i z rezerwami ROW-u Rybnik (w PP - Deyna nie grał)

sezon 1975/76 - 8 miejsce. Najbardziej wbija się w pamięć 0:6 ze Szombierkami

sezon 1976/77 - 8 miejsce. Najbardziej wbija się w pamięć 1:4 z Odrą Opole (honorowy gol Deyny).

Po mojemu na pewno nie dlatego, że zwycięstwo z Legią dla śląskich zespołów było wówczas czymś nadzwyczajnym.

Ostatnim spotkaniem przed meczem z Portugalią była ligowa gra z Odrą Opole na Łazienkowskiej. Odra wygrała 1:0. Ostatni gol ze stałego fragmentu gry przed meczem z Portugalią Deyna wbił w ligowym meczu z Polonią Bytom na Łazienkowskiej. Polonia wygrała 2:1.

Nasuwa się więc tylko jedno wytłumaczenie. Legia w Polsce była po prostu symbolem znienawidzonego komunistycznego reżimu, klubem wojska, które stało na straży tego reżimu. Ludzie zaczynali mieć dość komuny, czuli do niej wstręt i powoli przestawali się bać się go wyrażać. Przypomnę, że to w 1977 roku na ekrany wszedł "Człowiek z marmuru" Andrzeja Wajdy, to w 1977 roku miała miejsce w Krakowie wielka demonstracja po pogrzebie zamordowanego studenta Stanisława Pyjasa.

Wiadomo, że na trybunach piłkarskiego meczu najłatwiej okazać nastroje związane nie tylko z meczem. Wydaje mi się, że Kazimierz Deyna oberwał odłamkiem jako najlepszy piłkarz tego zespołu. Oczywiście było to zdarzenie niesprawiedliwe i niezasłużone. Ale podkreślmy z mocą: antagonizmy górnośląsko-stołeczne nie miały nic do faktu wygwizdania Kazimierza Deyny w październiku 1977 roku.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS1 Nieudolne próby obracania wymowy tego wpisu w żart, które zapewne pojawią się w komentarzach poniżej będą wymownym dowodem frustracji tych, którzy ciągle wierzą w "symbol". Pozbawienie tej wiary wprawi w rozpacz stąd poniższa frustracja. Merytorycznych kontrargumentów podtrzymujących ''symbol" przy życiu jednak nie będzie. 

PS2 Skoro o Legii mowa - ostatnio wyszła o niej fajna książka. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że Legia aż tak dużo meczów rozegrała w pucharach...

poniedziałek, 23 grudnia 2013
Napędza mnie marzenie o futbolu

Ostatnie miesiące były dla mnie niełatwe. Postanowiłem, że muszę jeszcze zagrać w piłkę nożną. Nie kopałem już ostatnich kilka lat. Rosnąca waga stała się moim przekleństwem.

Kiedyś grałem od rana do wieczora. Kondycja była moją mocną stroną więc za bajtla dzieliłem życie między boisko, książki i telewizor. Biegałem jak głupi. Jeszcze na studiach grałem w argentyńskiej koszulce, a że miałem długie włosy zyskałem ksywkę "Caniggia";)

W ogólniaku ważyłem jakieś 65 kg. Na studiach jakieś 75 kg. Pech dopadł mnie na własnym weselu - Szanowna Małżonka, uprawiająca kiedyś karate kyokushin podczas tańca pary młodej pomogła załatwić mi kolano. Na pogotowiu prosiłem żeby nie rozcinali mi spodni, bo to ślubny garnitur. Lekarze nie wierzyli. Uwierzyli kiedy na izbę przyjęć wparowała Szanowna w sukni ślubnej. Podróż poślubną spędziłem w Piekarach Śląskich.

Kolano "się wyleczyło", pogrozili łąkotce, ale po zmianie stanu cywilnego zacząłem ostro przybierać. Można powiedzieć, że powoli zaczynałem przypominać Diego Maradonę, jeśli wiecie co chcę powiedzieć:) W efekcie po latach kiedy kopałem piłkę z Czadoblożkiem kolano nie wytrzymało po raz drugi.

Uznałem, że to ostatni moment na doprowadzenie się do porządku. Nie myślcie, że była to dla mnie nowość. Potrafiłem w ciągu dwóch tygodni zrzucić 9 kg, ale nie potrafiłem potem poradzić sobie z efektem jojo.

Parę miesięcy temu zawziąłem się i tym razem zrzuciłem na razie 15 kg (103 kg=>87 kg). Piszę na razie, bo chcę jeszcze zrzucić dalsze osiem (87 kg=>79 kg). Zrobiłem to bez jakiegokolwiek wysiłku fizycznego.

Czytelnik niebieskiz pyta mnie jak to zrobić.

Nie uważam się za specjalistę - mogę powiedzieć co w moim przypadku było i jest ważne.

Po pierwsze - nie warto zabierać się za to samemu. Polecam wizytę u zawodowego dietetyka. Warto zaufać specjaliście. W moim przypadku wyglądało to tak, że pani najpierw przeprowadziła ze mną bardzo obszerny i szczegółowy wywiad. Okazało się, że na wstępie zyskałem dużo, bo w ogóle nie piję kawy (to pomaga) i jem wszystko. Na nic nie jestem uczulony, nic mi nie szkodzi. Dla dietetyka taki pacjent to skarb. Zaznaczyłem tylko żeby w specjalnie dla mnie przygotowanej diecie nie było szpinaku, bo nie zdzierżę.

Spotykam się z panią dietetyk regularnie co dwa tygodnie, za każdym razem dostaję inny zestaw. To nie jest dieta kapuściana czy jakaś inna buraczana - jadłem i jem właściwie wszystko. Mięso, pieczywo, czasem cieniutko posmarowane masłem - zdarza się.

Pamiętaj także, że oprócz tego, iż spotykasz się ze specjalistą, spotykasz się z drugim człowiekiem. Będzie Ci więc zwyczajnie wstyd jeśli waga nie będzie spadać. To też może dopingować do wysiłku. Dietetyk nie zrzuci tych kilogramów za Ciebie. On może Cię jedynie nakierować.

Po drugie - koniecznie trzeba odstawić alkohol. Żadne piwko nie wchodzi w grę. To olbrzymia dawka nikomu niepotrzebnych pustych kalorii. Znów miałem z górki, bo... nie przepadam za piwem. A jeśli chodzi o mocniejsze trunki - podjąłem radykalny krok - ograniczyłem życie towarzyskie do zera. Jako że nigdy nie piję w samotności - zagrożenie z tej strony dla realizacji diety mogłem odrzucić. Na zabawie sylwestrowej nie wezmę do ust nawet kropli czegoś mocniejszego, ale cicho sza! - nie mówcie moim kumplom...

Po trzecie - warto mieć bliską osobę, która Ci pomoże. Pomoże w tym sensie, że... będzie robić posiłki. To ogromne wyzwanie, musisz wiedzieć, że jeśli kogoś o to poprosisz zrzucasz na niego ogromny ciężar. To nie jest łatwy proces (trzeba zaprzyjaźnić się z wagą i wszystko co zjesz najpierw zważyć) więc jeśli masz możliwość żeby ktoś poprowadził Cię za rączkę - masz szczęście. To sprawia, że Twoje szanse na sukces ogromnie rosną. Uważam, że mam mnóstwo szczęścia, że nie muszę przygotowywać posiłków, że muszę skupić się tylko na jednym: pamiętać o odpowiedniej porze, bo regularność posiłków jest ważna. Jem pięć razy dziennie, ostatni posiłek około 19.

Po czwarte - wysiłek fizyczny bardzo pomaga, ale w zrzucaniu kilogramów... nie jest niezbędny. Na razie jeszcze go właściwie nie podjąłem, choć jeśli zauważycie w Katowicach faceta w brylach i czarnej kurtce poruszającego się po ulicach biegiem to będę ja. Z redakcji do sklepu - biegiem, ze sklepu do auta - biegiem, z auta do sklepu - biegiem. Wszystko dlatego, że niedawno po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy spróbowałem pobiec i... nie mogłem uwierzyć jakie to przyjemne. Wcześniej bałem się załatwić kolano po raz trzeci i tylko nieporadnie kłusowałem - teraz już biegnę.

Po piąte - trzeba pamiętać, że czeka Cię mnóstwo nieprzyjemnych chwil, ale nie są one nie do przejścia. Oprócz momentów wilczego głodu, gorsze jest moim zdaniem co innego. To oczywiście kwestia indywidualna, ale miałem wrażenie, że ze zrzucaniem kolejnych kilogramów, ściągałem kolejną warstwę łachów, co niosło za sobą niezwykłe doznania. Przykład? Przez jakieś trzy tygodnie byłem niezwykle agresywny, a kto zna Czadobloga wie, że agresja jest jego ostatnią naturą. Bardzo się hamowałem, ale kilkakrotnie na mieście omal nie pobiłem się z różnymi ludźmi z różnych powodów. Nie pobiłem się dopiero po upewnieniu się czy na pewno nie mają na to ochoty.

Wyobraźcie jednak sobie, że tak jak to nagle mnie dopadło tak nagle minęło. Przeszło, wyrzuciłem z siebie kolejnego demona:)

Po szóste - w naturze człowieka jest, że upada. Jeśli nie wytrzymacie i coś podjecie - nie tnijcie się. Też zdarzyło mi się podjeść. Chodzi jednak o to żeby to było zdarzenie incydentalne. Naprawdę incydentalne, nie mówiąc o rozmiarach tej wstydliwej praktyki. To nie może być podżeranie. Nie wolno podjeść w stylu Obeliksa czyli dziesięć kurczaków z głodu naraz.

Po siódme - nastawcie się, że nie skończycie diety nagle. Dietetyk zacznie zwiększać Wam ilość kalorii w cyklu i wyprowadzać Was powoli. Chodzi o to żeby nie było efektu jojo.

                                        *  *  *

W sobotę pierwszy raz po kilku latach byłem na nartach. Po Nowym Roku rozpocznę intensywne treningi biegowe. Tak żeby wiosną zrealizować moje marzenie. Marzenie o futbolu.

PS Jeśli ktoś w Katowicach chce spróbować - niech napisze do mnie na pawel.czado@katowice.agora.pl. Wyślę mu kontakt do pani dietetyk. Pamiętajcie, że to jej zawód.

PS1 Omega w Chorzowie i czwarta trybuna w Zabrzu nie rozumieją takich problemów. Trybuna zrozumie kiedy wejdzie na nią tysiąc osób o wadze dwóch zamiast jednej.

Wesołych Świąt. Niekoniecznie dwunastodaniowych:)

niedziela, 22 grudnia 2013
W pojedynku Deyna - Bula górą jednak Bula

Wkrótce świąteczny czas pojednania, ale zanim się pojednamy, pokłóćmy się jeszcze o przeszłość.

Kazimierz Deyna był wybitnym piłkarze. Jednym z najwybitniejszych polskich futbolistów. To nie ulega wątpliwości.

Zadziwia mnie jednak ludzka pamięć. Słabość ludzkiej pamięci jest szkodliwa - w takim sensie, że wpływa na postrzeganie przeszłości przez następne pokolenia. Następne pokolenia interesujące się futbolem będą wiedzieć, że Deyna był wybitny. Będą ten przekaz wzmacniać kolejne książki, pomniki, kartoniady... Ale masa w swej masie nie wniknie głębiej. Dlatego już zawsze trudno będzie jej przyjąć do wiadomości, że był w Polsce piłkarz niegorszy od Deyny jego czasach na jego pozycji. Naprawdę niegorszy! Panie, panowie: Bronisław Bula z Ruchu Chorzów. 

Do tego wpisu sprowokowało mnie wyśmiewne stwierdzenie: jak w ogóle mogę jakiegoś Bulę do Deyny porównywać?!

Cóż, mogę. 

Postanowiłem ich porównać w bezpośrednich pojedynkach. Sukcesy reprezentacyjne odstawiłem na bok z oczywistego powodu. Nie podlega dyskusji, że Kazimierz Górski przy systemie 4-3-3 mógł wybrać tylko jednego zawodnika o konkretnych predyspozycjach. Wybrał Deynę więc to "Kaka" miał udział w największych sukcesach polskiej piłki a nie "Bulik". Kazimierza Górskiego bronią wyniki choć...

Mało kto pamięta, że Bula i Deyna debiutowali w reprezentacji dokładnie w tym samym meczu (8:0 z Turcją w 1968 roku*).  Gola w debiucie strzelił... Bula (Deyna, który zszedł w przerwie musiał zaczekać na bramkę do następnego roku). Obaj piłkarze razem przez pełne 90 minut zagrali w reprezentacji Polski zaledwie siedem razy.

Cztery za Ryszarda Koncewicza:

5:1 z Luksemburgiem w 1969 roku na wyjeździe w elim. mistrzostw świata (dwa gole Deyny, jeden Buli);

3:0 z Bułgarią u siebie w 1969 roku w elim. mistrzostw świata (gol Deyny);

5:0 z Danią u siebie w 1970 roku (gol Deyny);

3:0 z Albanią u siebie w 1970 roku.

U Kazimierza Górskiego przed mistrzostwami świata w NRF zagrali razem tylko przez 45 minut. W 1971 roku w elim. ME Polska pokonała u siebie Turcję 5:1 (gol Buli). Piłkarz Ruchu grał cały mecz, piłkarz Legii wszedł w drugiej połowie. Potem przez aż trzy lata wspólna gra w kadrze się nie zdarzyła.

Po mistrzostwach pierwszy raz zagrali razem cały mecz w październiku 1974 roku. Polska wygrała u siebie 3:0 z Finlandią w elim. ME. Potem jeszcze wystąpili wspólnie w listopadzie 1974 (2:2 z Czechosłowacją). Ostatni taki mecz zdarzył się w czerwcu 1975 (4:0 z USA, gol Buli).

Czyli: w latach 1969-75 odbyło się siedem wspólnych meczów Buli i Deyny od pierwszej do ostatniej minuty. Bilans: 7 meczów, 6 zwycięstw, jeden remis, bilans bramek 25:3! 

Wszystko co powyżej jest jedynie ciekawostką. Nie miałem przecież pisać o wspólnej grze obu artystów w kadrze, ale o wzajemnej rywalizacji na polu klubowym. 

Tak więc po kolei:

a) Kazimierz Deyna w okresie gry w Legii strzelił Ruchowi osiem ligowych goli. Zresztą ligowy debiut w CWKS-ie zaliczył właśnie z Ruchem (było 0:0). Sześć goli walnął na Łazienkowskiej, dwa na Cichej. Bronisław Bula w okresie gry w Ruchu strzelił Legii siedem ligowych bramek. Cztery na Cichej, trzy na Łazienkowskiej. Dwukrotnie zdarzyło się żeby obaj zdobywali gole przeciwko sobie, w tym samym meczu. Fakt, że Deyna nigdy nie zdobył gola w zwycięskim meczu Legii na Ruchu, a Bula zdobył gola w zwycięskim meczu Ruchu na Legii nie ma nic do rzeczy.

Podsumowanie: 1:0 dla Deyny.

b) Kazimierz Deyna w okresie gry w Legii nie strzelił Ruchowi ani jednego gola w Pucharze Polski. Bronisław Bula w okresie gry w Ruchu strzelił Legii dwa takie gole w 1970 roku (Ruch wygrał wtedy 3:1 i wyeliminował wówczas Legię w półfinale Pucharu Polski). To była akurat Legia w najlepszym jej okresie międzynarodowym, zaledwie dwa miesiące wcześniej odpadła z Feyenoordem w półfinale Pucharze Europy Mistrzów Krajowych. Ruch i Feyenoord osiągnęły wtedy bardzo podobne wyniki: zwycięstwo dwiema bramkami u siebie i bezbramkowy remis na Łazienkowskiej.

Podsumowanie: punkt dla Buli. 1:1. 

c) Kazimierz Deyna w okresie kiedy Bronisław Bula grał w Ruchu zdobył z Legią jeden Puchar Polski.

Bronisław Bula w okresie kiedy Kazimierz Deyna grał w Legii zdobył z Ruchem jeden Puchar Polski.

Podsumowanie: punkt dla obu. 2:2.

d) Czas na najważniejszą klasyfikację, która przesądza czyj wkład jest większy.

Kazimierz Deyna w okresie kiedy Bronisław Bula grał w Ruchu zdobył z Legią dwa tytuły mistrza Polski.

Bronisław Bula w okresie kiedy Kazimierz Deyna grał w Legii zdobył w Ruchem trzy tytuły mistrza Polski.

Podsumowanie. Punkt dla Buli. 3:2 dla Buli i jego ostateczne zwycięstwo.

C.b.d.u.

*To był jeden z najważniejszych meczów pod względem siły debiutantów w całym polskim futbolu. Tego samego popołudnia debiutowali w Szczecinie nie tylko Bula i Deyna ale także Zygmunt Maszczyk.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Wszystkim, którzy wytkną mi, że nie porównuję Legii z czasów Deyny i Ruchu z czasów Buli pod względem osiągnięć międzynarodowych (Legia raz była w czwórce pucharowej, raz w ósemce, a Ruch dwa razy w ósemce) przypominam, że rozpatruję rywalizację obu piłkarzy pod kątem wzajemnej rywalizacji. Nie wiadomo jak Ruch z Bulą spisałby się na miejscu Legii (może wygrałby z Feyenoordem), nie wiadomo jak Legia z Deyną spisałaby się na miejscu Ruchu (może wygrałaby, pardon, wyeliminowałaby St.Etienne, Ruch wygrał przecież z Francuzami).

sobota, 21 grudnia 2013
Cyjanek

Wreszcie!

Po 44 miesiącach od tego nieszczęśliwego wydarzenia Czadoblog znowu założył narty. Długo przygotowywałem się do tej chwili, przez ostatnie trzy miesiące zrzuciłem 15 kilo. No i byłem dziś wreszcie pojeździć w Soszowie - okazało się, że wszystko pamiętam a i kolano nie dało o sobie znać:) Zacząłem ostrożnie, ale potem...

Ale ja nie o tym, nie o tym.

To jest blog piłkarski więc Czadoblog wszędzie znajdzie futbolowy albo wokółfutbolowy pretekst, nawet na nartach w Soszowie. Otóż dosłownie dwa rzuty beretem od stacji narciarskiej - w Wiśle Jaworniku - stoi willa o nazwie "Lusia". Jadąc z Katowic do Soszowa  przejeżdża się koło niej.

Nawet w budynku o tak niewinnej nazwie może zdarzyć się coś strasznego. W sierpniu 1940 roku zginął w nim były prezes Ruchu Wielkie Hajduki. Józef Korol (urodzony w Strzelcach Opolskich - wówczas Groß Strehlitz jako Joseph Koroll), był jednym z przedwojennych szefów Ruchu (w latach 1931-32), potem m.in. wiceprezydentem Chorzowa. Tworzył na Śląsku ruch oporu, został komendantem Podokręgu Śląskiego w Krakowskim Okręgu Służby Zwycięstwu Polski (przemianowanej wkrótce na Związek Walki Zbrojnej). W 1940 roku ukrywał się w Wiśle. 

Śmierć Korola była przypadkowa. Zebrała się bowiem komisja, która miała ocenić, które domy i pensjonaty w Wiśle zostały opuszczone przez dawnych polskich właścicieli a więc mogą zostać przejęte przez nowych niemieckich.

Jedną z willi, którą zainteresowała się komisja była "Lusia". Jej przedstawiciele w asyście żandarmów zapukali. Cisza. Zapukali. Cisza. Odwrócili się i odeszli.

Tymczasem Korol, który przebywał właśnie w "Lusi" w gorączkowym pośpiechu zaczął palić dokumenty, które miała przejąć kurierka. To go zgubiło. Jeden z żandarmów odchodząc zauważył dym wychodzący z komina. Niemcy wrócili i wyważyli drzwi. Doszło do strzelaniny. Korol, ranny w nogę, nie chciał dostać się do niewoli. W ostatniej chwili zażył cyjanek. Umarł natychmiast. Hitlerowcy początkowo nawet nie wiedzieli czyje ciało mają. Więcej - TUTAJNa budynku znajduje się dziś tablica pamiątkowa. Widać ją z drogi. W każdym razie ja ją z samochodu zauważyłem.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 20 grudnia 2013
Tożsamość kibicowska niestety się poszerza

Z zadowoleniem przeczytałem informację o tym, że kibice Górnika Zabrze odcinają się od antyromskiej manifestacji. Tak samo z zadowoleniem przeczytałbym info o tym, że odcinają się od poparcia dla Romów. Tak samo z zadowoleniem przeczytałbym informację, że odcinają się zarówno od sprzeciwu dla ruchu LGBT w Polsce jak i od poparcia dla ruchu LGBT w Polsce. Od sprzeciwu dla teorii spiskowej w katastrofie smoleńskiej i od poparcia dla teorii spiskowej w katastrofie smoleńskiej. Od sprzeciwu dla Towarzystwa Miłośników Picia Mleka Po Godzinie 16 i od poparcia dla Towarzystwa Miłośników Picia Mleka Po Godzinie 16.

Osobiście jako kibic wyrażam sprzeciw dla poparcia czegokolwiek i poparcie dla braku sprzeciwu czemukolwiek. Oczywiście poza sprawami kibicowskimi i futbolowymi.

Chodzi o to, że niektórzy wśród kibiców myślą, że jako kibice są stworzeni do czegokolwiek innego niż do kibicowania. Najgorzej jak się komuś ubzdura, że ma jakąś dziejową misję do wykonania. Zawsze mnie to żenowało, bo żeby podejmować jakiekolwiek działania pozafutbolowe w imieniu kibiców jakiegokolwiek klubu powinno się spytać o zdanie WSZYSTKICH fanów, którzy uważają się za kibiców konkretnego klubu. No bo co z kibicami Romami, co z kibicami nacjonalistami, co z kibicami internacjonalistami, co z kibicami katolikami, co z kibicami ateistami, co z kibicami lewicującymi i prawicującymi? Co z kibicami uważającymi, że katastrofa smoleńska była jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, co z kibicami uważającymi, że to jednak spisek? Co z kibicami wolącymi mleko od kawy i co z kibicami podnoszącymi jednak kawę nad mleko? Co z kibicami przejmującymi się wszystkim i co z kibicami mającymi wszystko w dupie?

Także dlatego z niesmakiem przeczytałem informację o bijatyce między kibicami Ruchu Chorzów i GKS-u Katowice przed uroczystościami rocznicowymi pod kopalnią Wujek. Nie dlatego, że się starli. Wiadomo, że bijatyki są godne potępienia, ale wiadomo też, że oni pewnie będą się tłuc jeszcze kiedy piętnaste pokolenie niezapominajek akurat urośnie na mogile wnuka Czadobloga. Nie - zażenowało mnie to dlatego, że wydarzyło się w taki akurat dzień pod kopalnią Wujek.

Nie przypominam sobie żeby kibice obu klubów byli tam jako kibice w roku 1982, 83, 84, 85, 86, 87, 88, 89, 90, 91, 92, 93 i tak dalej i tak dalej. Dlaczego nagle byli więc teraz?!

Otóż u niektórych budzi się "kibicowska" pseudoświadomość (nie odważę się nazwać tego wiedzą historyczną). Zawsze wydawało mi się, że żeby obchodzić lub przeżywać rocznicę tragedii na Wujku wystarczy być obywatelem, nie trzeba być kibicem piłki nożnej.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w dzień próby, kiedy obce wojska najadą Polskę, wśród tych najbardziej zaciekle nas broniących będą kibole. Warto zdawać sobie z tego sprawę. Dla mnie idealnym obrazem ulicznika w dobrym znaczeniu tego słowa jest Tarzan ze wspomnień Stanisława Komornickiego ps. Nałęcz noszących tytuł "Na barykadach Warszawy". On na pewno przed wojną komuś kibicował. Ciekawe komu?

Żeby było jasne: w tym wypadku nie piszę oczywiście o tych kibolach, którzy w dzień próby będą nas nie bronić a szabrować. 

Ciekawe jakie będą proporcje.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

czwartek, 19 grudnia 2013
Górnik jako jedyny ma szansę na dublet

Zgodnie z oczekiwaniami i przypuszczeniami Górnik Zabrze pokonał warszawską Legię w 1/8 finału Pucharu Polski. Prześmiewcy - do których nie należę - napiszą, że "w końcu losowanie porządne to i skończyło się jak powinno." 

Z wyniku 3:1 oczywiście można być zadowolonym choć tak naprawdę powinno być dwa razy tyle. Wynik 3:1 osiągnięty z Legią jest jednak dość szybko do zapomnienia, 6:2 z liderem (a mogło tak być) utkwiłoby nam w głowach przecież na dłużej.

Oczywiście jutro będzie przede wszystkim o tym jaka ta Legia jest słaba, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Legia grała jak umiała. To Górnik był dobry. Naprawdę dobry.

Co mi się podobało:

a) że środek pola Górnika sparaliżował środek pola Legii i że dokonał tego właściwie bez kontuzjowanego Radosława Sobolewskiego, choć także dzięki niemu KSG dobrze wprowadził się w mecz.

b) że na osobne słowa uznania zasługuje Krzysztof Mączyński. Dotychczas najczęściej dziwiłem się jego obecności w pierwszym składzie. Jednak teraz to nie był ten zawodnik, którego gra zazwyczaj mnie irytowała. Jak zwykle dużo biegał, ale w zarzucił kopanie piłki w stylu, którego nie mogłem znieść. Otóż przestał nagminnie podawać futbolówkę do najbliższego kolegi. Grał skutecznie w defensywie ale przede wszystkim odważnie w ofensywie. Kilka jego dalekich (powtórzę, bo nie mogę uwierzyć w to co piszę: "dalekich") podań - zarówno górnych jak i przyziemnych - było bardzo dobrych lub wręcz znakomitych. Miał decydujący głos przy zdobyciu pierwszego gola, bo to on przywalił w słupek, a Mateusz Zachara dopełnił formalności.

Wygląda na to, że Krzysztof Mączyński wszedł na wyższy poziom piłkarskiej samoświadomości. Być może to sformułowanie oddaje istotę sprawy, bo Krzysztof Mączyński jakby uwierzył w siebie. Nabranie pewności mogło pozwolić na podejmowanie innych boiskowych rozwiązań niż tylko podanie piłki do najbliższego kolegi. Z dzisiejszej perspektywy uznaję, że to jeszcze może być cenny zawodnik dla Górnika.

Co mi się nie podobało:

a) że pobożne życzenia Ryszarda Wieczorka, który pod choinkę chciałby ten sam skład w przyszłym roku mogą rzeczywiście być jedynie pobożne. Ja wiem, że nie ma zawodników nie do zastąpienia, ale na razie trudno mi sobie wyobrazić kto na stałe mógłby zastąpić Prejuce'a Nakoulmę albo Pawła Olkowskiego. Z drugiej strony niedawno nie mogłem sobie wyobrazić kto zastąpi Arkadiusza Milika a tu proszę - jak diabeł z pudełeczka wyskoczył Mateusz Zachara. Jeśli on też odejdzie przekonamy się (będziemy musieli) czy Ryszard Wieczorek ma tę samą umiejętność co Adam Nawałka czyli czy potrafi z gracza anonimowego uczynić pełnoprawnego następcę sprzedanego zawodnika.

Z drugiej strony ból rozpadu drużyny w połowie drogi kiedy akurat ma szanse na dublet (dotychczas Górnikowi udało się to tylko trzy razy - w 1965, 1971 i 1972 roku) jest moim zdaniem znacznie większy niż po zdobyciu mistrzostwa a przed startem w europejskich pucharach. Zauważcie, że po tej wygranej Górnik jest jedynym klubem w Polsce, który ma realne szanse na dublet w sezonie 2013/2014.

PS Taki mecz jak ten z Legią nadawał się dla 32 tysięcy widzów a nie trzech. Dlatego nie tylko trzy trybuny powinny zostać dokończone, ale i czwarta jak najszybciej wybudowana.

Czego sobie i Państwu życzę.

poniedziałek, 16 grudnia 2013
Ławeczka

Byłem dziś na tradycyjnym łamaniu się opłatkiem na Cichej. Na początku przeważał smutek, bo w tym roku odeszli m.in. najpierw Jerzy Wyrobek a potem Gerard Cieślik. Potem górę wzięły radosne nastroje, bo ostatnio Ruch gra znakomicie i od kiedy jego trenerem jest Jan Kocian, osiąga wręcz rewelacyjne rezultaty (niektórzy goście wciąż z entuzjazmem dyskutowali o ostatnim zwycięstwie w Lubinie i o podziwie kibiców tamtejszego Zagłębia dla tego co wyczyniali z ich drużyną piłkarze Ruchu). Dla Kociana uroczystość była ciekawym przeżyciem, w jego rodzinnych stronach nie ma bowiem zwyczaju przełamywania się opłatkiem. Wyglądało nawet na to, że nigdy o czymś takim nie słyszał.

W radosnej dyskusji o ostatnich wyczynach Ruchu nie mógł wziąć już udziału Gerard Cieślik. Portal Śląsk.sport.pl wpadł na pomysł żeby w niebanalny sposób uczcić jego pamięć. 

"Ma Łódź odlaną z brązu ławeczkę Juliana Tuwima na Piotrkowskiej, mają Katowice ławeczkę Stanisława Ligonia przy siedzibie Polskiego Radia. Dlaczego więc w Chorzowie nie miałaby stanąć ławeczka Gerarda Cieślika?  Najlepiej na reprezentacyjnej ulicy Wolności. Miejsca po obu stronach biegnącego ulicą toru tramwajowego jest wystarczająco dużo. Odlany choćby z brązu pan Gerard przycupnąłby na takiej ławeczce, oczywiście z piłką rękach..."

Pomysł spodobał się zarówno właścicielowi Ruchu jak i Hadziukowi z "Rancza", który doświadczenie z ławeczką ma przecież spore;) Inny zagorzały kibic Ruchu przekonuje, że trzeba postawić nie tyle ławeczkę co całą ławkę rezerwowych...

Na Wigilii spytałem o pomysł z ławeczką 80-letniego Augustyna Bujaka, który zdobywał z Ruchem mistrzostwo w 1951 i 1952 roku. Co prawda nie był wtedy pierwszoplanową postacią Ruchu, ale z Gerardem Cieślikiem znał się przecież wyśmienicie. Jeszcze niedawno pan Gerard podkreślał jego talent... wokalny. - Głos jak dzwon. Augustyn ładnie, czysto śpiewa - mówił. Cieślik był krótko  trenerem Bujaka w Concordii Knurów. Z kolei Bujak, który w 2007 roku został trenerem 85-lecia Uranii Ruda Śląska trenował w tym klubie, syna... Gerarda Cieślika, Jana.

- Gerard zasłużył sobie na pamięć jak mało kto. Taka ławeczka to dobry pomysł - powiedział mi Bujak.

Też tak sądzę. A Wy? Co prawda na Facebooku nie jestem, ale wiem, że już 1700 z Was popiera tę inicjatywę.

PS Omega też by przysiadła.

niedziela, 15 grudnia 2013
Nie mam za co żyć

Byłem dziś na jubileuszu 65-lecia Górnika, który odbył się w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Trzy momenty szczególnie utkwią mi w pamięci.

a) kiedy Bogdan Gunia, który na uroczystość specjalnie przyjechał ze Szwajcarii (mieszka tam od 1986 roku) powiedział, że gdy przyjedzie na 70-lecie chciałby żeby była już piętnasta gwiazdka. Zapamiętałem te słowa, są symboliczne: ludzie związani z Górnikiem zaczynają o tej piętnastej gwiazdce głośno mówić. A jeśli mówią to znaczy, że marzą o mistrzostwie i się tego nie wstydzą. A jeśli się nie wstydzą - znaczy, że naprawdę wierzą iż to może mieć realne podstawy. Czadoblog życzy więc Górnikowi piętnastego mistrzostwa.

b) najważniejszy moment tej uroczystości liczył aż 35 minut i 10 sekund. Tyle trwał bowiem pierwszy publiczny pokaz filmu "Ostatni mecz Ernesta Pohla" wyprodukowany przez Antenę Górnośląską. Producentem tego filmu jest jeszcze Michał Smolorz, który nie dożył jego zakończenia. Warto ten obraz zobaczyć. Ludzie się wzruszyli. Wielu po pokazie biło brawo na stojąco. Do Zabrza specjalnie przyjechała rodzina piłkarza (dwóch z trzech wnuków mówi już tylko po niemiecku).

Hubert Kostka, który nie lubi kłapać nadaremnie - powiedział w filmie znamienne słowa. "Nie mam najmniejszych wątpliwości:  gdyby nie było Ernesta Pohla, nie byłoby Górnika Zabrze."

I jeszcze:

"Kiedy byłem trenerem Górnika przyszedł do mnie Ernest i powiedział: Hubert, ja nie mam za co żyć. Mnie nie starcza od pierwszego do pierwszego".

Dziś piłkarze nawet nie o niebo, ale i o pięć niebios gorsi mają w porównaniu do Pohla jak mączki w maśle. Z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić, że piłkarz o takiej skali talentu po zakończeniu kariery mógł coś takiego powiedzieć...

Pamiętajcie jednak, że w PRL-u piłkarska skala talentu nie przekładała się na pieniądze i zdolni zawodnicy decydowali się czasem na krok, który dziś u ich następców wzbudziłby jedynie pusty śmiech. Przykładem mogą być choćby losy Romana Lentnera, który opowiadał mi kiedyś, że właśnie z Pohlem w Górniku grało mu się najlepiej.

Bieda na Górnym Śląsku była wielka, także w czasach górniczego boomu. Tę powojenną biedę dobrze oddają słowa właśnie - pochodzącego z Chropaczowa - Lentnera, który zanim został gwiazdą Górnika, stał się gwiazdą nad Morzem Bałtyckim. - Miałem 15 lat kiedy wyjechałem na kolonie organizowane przez kopalnię. Graliśmy tam sobie w piłkę, a miejscowi nas oglądali. Ich klub LZS Karlino grał wtedy w A-klasie. Zaproponowali rozegranie towarzyskiego meczu. Wygraliśmy z nimi bodaj 17:0. Strasznie nas potem prosili: "Zostańcie u nas, zostańcie". Działacze od razu zadzwonili do moich rodziców. Cały były ciężkie, była nas piątka w domu... Rodzice się zgodzili, żebym został. Dlatego już nie wracałem do domu, tylko zostałem w Karlinie. 

Zarówno Pohl jak i Lentner a także ich kilkunastu kolegów z Górnika mogłoby o sobie w kontekście lepszych warunków bytowych z westchnieniem powiedzieć: "Gdybym urodził się pół wieku później...". Gdyby Pohl urodził się pół wieku później byłby milionerem.

Kiedy narzekamy, że nam źle, że uwiera nas bieda warto pamiętać: "zawsze może być gorzej". Zawsze może być tak, że Wasi rodzice za pieniądze będą musieli zgodzić się żebyście zostali nad morzem. Albo Wy za pieniądze będziecie musieli zgodzić się żeby Wasze dzieci zostały nad morzem.

A Czadoblogowi jest bardzo miło, że na potrzeby tego filmu specjalnie otworzył domowe archiwum.

c) kiedy w wielkim finale Skaldowie zaśpiewali słynny kawałek "Górą Górnik". Na scenie razem z Jackiem Zielińskim (nie chodzi oczywiście o trenera) zaczęli w rytm przeboju podskakiwać i tańczyć najmłodsi adepci szkółki Górnika, nie wiem czy wszyscy chodzą już do szkoły. Czuło się, że w tej scenie jest coś symbolicznego. Przy okazji anegdotka, którą opowiedział Zieliński: 29 kwietnia 1970 roku Skaldowie grali koncert w Lublinie. Nadzwyczaj zgodnie na życzenie zarówno zespołu jak i publiczności (sic!) koncert został przesunięty. Zdecydowano, że odbędzie się dwie godziny wcześniej. Wszystko po to by zarówno Skaldowie jak i lubelska publiczność mogła spokojnie zdążyć na transmisję meczu z finału Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym Górnik grał z Manchesterem City. Czy jeszcze nadejdą kiedyś czasy, że Górnika będzie chciał oglądać cały Lublin?

PS A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. Ciągle nie wiadomo kiedy, ale prezydent Małgorzata Mańka-Szulik zaprosiła wszystkich na inaugurację nowego stadionu (oczywiście w wersji trzytrybunowej na 23 tysiące miejsc) w końcówce 2014 roku. Czadoblog trzyma za słowo... 

PS1 Zdjęcia z jubileuszowej uroczystości zobaczycie - TUTAJ.

piątek, 13 grudnia 2013
Nie tylko KSG i Legia. Trzecia ekipa eksportowa

Najmłodsi Czytelnicy Czadobloga tego nie pamiętają, ale jeszcze nie tak dawno, jeszcze w latach 90., żywy wśród ludowych mas był mit o naszych dwóch wspaniałych drużynach eksportowych. Dwóch, które polskie kompleksy zamiotły na szufelkę, zręcznie wrzuciły do kosza i zatrzasnęły klapkę. Górnik Zabrze i Legia Warszawa rozegrały na przełomie lat 60. i 70. wiele wspaniałych meczów pucharowych, zwłaszcza sezon 1969/70 był w ich wykonaniu genialny: Górnik doszedł wtedy do finału PEZP a Legia do półfinału PEMK. To rzeczywiście, bez żadnych upiększeń i ubarwień, były wspaniałe drużyny.

Z perspektywy dziesięcioleci zaskakiwać jednak może, że miana drużyny eksportowej nie przyznaje się również zespołowi, który jako pierwszy w historii polskiego futbolu awansował do ćwierćfinału Pucharu UEFA...

Jeśli spytam Was który rok był najlepszy w dziejach polskiego futbolu odpowiecie zapewne, że 1974. Warto więc pamiętać, że w tamtym niezwykłym okresie klubem, który nie miał w Polsce konkurencji był Ruch Chorzów, mistrz Polski w sezonach 1973/74 i 1974/75.

To była fantastyczna ekipa. Wspomnę, że Kazimierz Górski na początku lat 70. miał do dyspozycji choćby dwóch doskonałych rozgrywających (dziś przydałaby się przynajmniej 1/4 jednego z nich): legionistę Kazimierza Deynę oraz Bronisława Bulę, ulubieńca Chorzowa. Jak wiadomo Górski częściej stawiał na "Kakę". Pytałem o to "Bulika". - Uważam, że nie byłem gorszy od Deyny. Między nami była "égalité". Koncewicz, Foryś (wcześniejsi selekcjonerzy, przyp. pacz) i Górski uważali, że prezentujemy równy poziom. Miejsce w reprezentacji było jednak tylko jedno. Gdy teraz się nad tym zastanawiam to myślę, że mogłem mieć większe sukcesy. Mogłem pojechać na olimpiadę i na mistrzostwa świata. Trzeba było nad sobą jednak więcej pracować, zwłaszcza nad kondycją... - opowiadał mi Bronisław Bula prawie dwadzieścia lat temu.

Nie można jednak zarzucić Górskiemu, że był zapatrzony tylko w Legię - przecież podczas pamiętnych MŚ w 1974 roku postawił na inną gwiazdę Ruchu Zygmunta Maszczyka kosztem... legionisty. Lesław Ćmikiewicz, wcześniej jeden z ulubionych zawodników Górskiego stał się tylko rezerwowym. Czadoblog jednak żałuje, że Bronisław Bula nie pojechał do NRF przynajmniej jako rezerwowy. Ależ wtedy były kłopoty bogactwa...

Nie wiem czy wiecie, ale właśnie minęła czterdziesta rocznica wspomnianego awansu do ćwierćfinału Pucharu UEFA. Zdecydował o tym mecz, który był ponoć jednym z najlepszych spotkań Ruchu w dziejach. Tak, wiem, że 5:0 z Honvedem Budapeszt nie brzmi dziś imponująco, ale pamiętajmy, że wtedy futbol tego kraju był w zupełnie innym miejscu niż dziś - zaledwie rok wcześniej, w 1972 roku Węgrzy zajęli IV miejsce w mistrzostwach Europy no i zdobyli wicemistrzostwo olimpijskie po pamiętnym finale z Polską.

W barwach Honvedu zagrali w Chorzowie nie byle jacy piłkarze - choćby pomocnik Lajos Kocsis czy obrońca Lajos Szűcs (mistrzowie olimpijscy jeszcze z 1968 roku) albo Mihaly Kozma, który właśnie w sezonach 1973/1974 i 1974/1975 czyli okresie dominacji Ruchu w Polsce zostawał najlepszym strzelcem ligi węgierskiej.

Dziś w Chorzowie śniegu nie ma, ale 12 grudnia 1973 roku był. Kiedy murawa jest zmrożona trzeba zdobywać bramki w niezwykły sposób. Tak jak Józef Kopicera, który piątą bramkę przywalił bezpośrednio z rzutu rożnego.

W ćwierćfinale na wiosnę 1974 roku Ruch zmierzył się ze słynnym Feyenoordem. Kilka miesięcy później paru piłkarzy z Rotterdamu zostało wicemistrzami świata. Ale wcześniej zdążyli mieć ciężką przeprawę z Ruchem. Cięższą nawet niż z Legią cztery lata wcześniej w półfinale PEMK. Zdecydowała dopiero dogrywka w rewanżowym meczu w Holandii.

Rok później Ruch dotarł też do ćwierćfinału PEMK (czyli był wśród ośmiu najlepszych drużyn w Europie). Półfinał był blisko, w pierwszym meczu chorzowianie wygrali przecież 3:2 z St. Etienne. Ostatecznie się nie udało. Nie udało się również zbudować niebieskiej pucharowej legendy, choć doprawdy nie wiem dlaczego.

Szkoda, zwłaszcza dla Ruchu, że europejskie puchary nie istniały w latach 30., ale nadarza się okazja do przypomnienia, że Ruch i tak zaliczał w międzynarodowych rozgrywkach naprawdę wielkie mecze.

PS Omega to wszystko widziała na własne wskazówki.

PS1 Muszę poruszyć jeszcze jedną sprawę choć nie dotyczy ona górnośląskiego poletka. Chodzi o Polonię Warszawa. Ciśnienie podniosło mi się dwa razy.

Najpierw na wieść o tym, że jakiś kolo, który kiedyś był działaczem Polonii chce wykupić licencję na zapleczu ekstraklasy od Niecieczy żeby stworzyć drużynę grającą na Stadionie Narodowym i występować pod nazwą KP Warszawianka. Warszawianka?! Jedyny zespół w dziejach stolicy, który nigdy nie spadł z pierwszej ligi?! Bezczelność niektórych nie zna granic. Jakim prawem? Jeśli PZPN zgodzi się na taką hucpę to Czadoblog zmieni nazwę na "Pontifex Maximus";)

Fajnie, że działacze Polonii odcięli się od tej błazenady, ale i tak ciśnienie podniósł mi Paweł Olczak, dyrektor sportowy Polonii. Powiedział tak: - Nikt z MKS ani ze stowarzyszenia nie prowadzi żadnych rozmów z Termaliką w sprawie przejęcia licencji. To plotki, nie ma takiej opcji. Nie chcemy iść drogą poprzednich właścicieli.

Poprzednich właścicieli?! Pop-rzed-nich właś-ci-cie-li?! Że niby chodzi o Józefa Wojciechowskiego? On nie był poprzednim właścicielem Polonii tylko jej grabarzem. Przypominam, że Wojciechowski był właścicielem drużyny o nazwie Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, które zmieniło w sądzie nazwę na "Polonia". Prawdziwa Polonia została przez tego samego pana zlikwidowana. Obecną chcę uważać za kontynuatorkę tradycji prawdziwych Czarnych Koszul, ale skoro jej dyrektor sam wygaduje takie farmazony o "poprzednich właścicielach"?! Znaczy, że łączy klub z tradycjami wielkopolskimi...

Mam nadzieję, że ktoś temu facetowi przemówi do rozsądku.

 
1 , 2 , 3
Archiwum