poniedziałek, 29 grudnia 2014
Co archeologia ma do wywalonego języka [KONKURS]

Kiedy archeolog znajduje cenne stanowisko już nie popuści. Z zaciśniętymi szczękami i drgającymi mięśniami twarzy delikatnie zdejmuje kolejne warstwy, rysuje, fotografuje i wydobywa. I tak aż do tzw. calca. Calec to warstwa jałowa, warstwa bez materiału archeologicznego. Znaczy, że pod spodem już nic nie ma. Bez sensu jest grzebać dalej, bo nic się nie znajdzie.

Wydaje mi się, że z calcem jest jak z dobrymi książkami. To nie zdarza się nagminnie, ale czasem czytelnik ma poczucie, że ma w ręce coś co całkowicie wyczerpuje dany temat, że bez sensu jest aby kolejny pisarz czy reporter brał się za to samo, bo bez sensu byłoby kusić czytelnika historią na temat, w którym ktoś już wcześniej dokopał się do calca.

Czasem powstają opowieści, które tak potrafią zaorać temat, że zamykają sprawę na kłódkę. Właśnie mam taką opowieść w rękach i Wy też możecie mieć.

Przyznaję: o koszykówce nie wiem zbyt wiele. Najbardziej kojarzę tę dyscyplinę ze względu na to, że w dawnych czasach na wuefie w moim ogólniaku próbowano nam ją narzucić, bo nasza szkoła była wcześniej ponoć dobra w te klocki (a raczej w te kosze) i wygrywała jakieś zawody więc kadra nauczycielska chciała podtrzymać ten trend. Na szczęście trafiłem na grupę uczniów, którzy podchodzili do tego "podtrzymania" z ironicznym dystansem, no bo jakim cudem można nastolatków zmusić do gry w kosza zamiast w fusbal? Przypominaliśmy grupę wojaków Szwejków, których nagle ktoś chce nauczyć się bić. Koszykówka na naszej niechęci do nauki nie straciła, bo zapewniam, że nikt z nas w najmniejszym nawet stopniu nie rokował w tej trudnej przecież dyscyplinie sportu. Nie mieściło nam się jedynie w głowach, że ktoś może nas zmuszać do gry w koszykówkę zamiast w piłkę nożną i uważać, że to dla naszego dobra. Traktowaliśmy to jako zabijanie w nas radości życia. Oczywiście były elementy w koszykówce, które nam się podobały. Zwłaszcza kiedy czujne oko nauczyciela nas opuszczało. Zmienialiśmy wtedy zasady gry. Na przykład wolno było kozłować tylko oburącz albo nie wolno było faulować inaczej niż brutalnie (na przykład uderzeniem pięścią). Na szczęście kadra nauczycielska szybko zauważyła, że szybowcami to my nigdy nie będziemy i w miarę szybko dała nam spokój.

Oczywiście i tak miałem z koszykówką na co dzień. Po lekcjach, kiedy nie chciało nam się grać w nogę albo pękły już wszystkie piłki, które mieliśmy do dyspozycji, graliśmy w tzw. "króla" czyli rzucaliśmy do kosza (osobiście zawsze mnie zdumiewało, że ktoś mógł chcieć mieć piłkę do koszykówki na własność) i celny rzut dawał mi czasem satysfakcję. NBA znałem słabo i z reguły nie próbowałem tamtejszych wzorców przenosić na boisko, choć teraz sobie przypominam, że jedno zagranie z amerykańskich parkietów tak mi zaimponowało, że próbowałem się go nauczyć jako bajtel. Nie, nie chodzi o slam dunki, na to byłem oczywiście za mało skoczny. Chodzi o zagranie stosowane przez pewnego wielkiego grubawego białasa - Larry Bird mu było chyba. Wiecie - ten gość z Boston Celtics. Otóż facet miał pewną niezwykłą umiejętność. Z upodobaniem stał daleko od kosza, tyłem kozłował piłkę, blokowany nachalnie przez rywala. No i Bird w pewnym momencie wyskakiwał, w trakcie tego wyskoku się obracał i bezbłędnie trafiał za trzy! Jego powtarzalność w tej kwestii wywoływała we mnie paroksyzmy rozkoszy, choć wiem, że połączenie słów "koszykówka" i "rozkosz" na tym blogu może zdawać się dziwaczne.

Możecie poczytać o tamtych czasach, bo tym razem mam dla Was książkę właśnie o koszykówce. To biografia Michaela Jordana, najwybitniejszego zawodnika wszech czasów. Tak jak trudno sobie wyobrazić by ktoś kiedykolwiek mógł być lepszy we futbolu od Maradony albo w boksie od Tysona, tak trudno sobie wyobrazić by ktoś mógł lepiej grać w koszykówkę od Michaela Jordana. Przyznaję - jako chłopaka drażniło mnie, że wszyscy wokół mnie zachwycają się Jordanem, dlatego ja zawsze wolałem być... Clydem Drexlerem. W finałowych rywalizacjach Chicago Bulls - Portland Trail Blazers trzymałem stronę tych drugich. Postawiłem na złego konia - to Jordan był i jest niepowtarzalnym zjawiskiem. 

Nie znam się na koszykówce, ale po przeczytaniu zajmującej biografii Jordana autorstwa Rolanda Lazenby'ego wiem, że nie ma już żadnego sensu pisać czegokolwiek o tym wybitnym sportowcu. To po prostu dobra książka. Lazenby dogrzebał się do calca. Jak mogłoby być inaczej skoro opowieść o Jordanie zaczyna się od... Dawsona Handa, pradziadka Michaela?

Dobra przejdźmy dla powodu dla których ten wpis właściwie powstał: konkursu! Mam dla rozdania trzy biografie Michaela Jordana.

Zadanie jest chyba fajne i premiuje tych, którzy znają się na koszykówce. Pieszczę w sobie cichą nadzieję, że przynajmniej kilku takich Czytelników się na tym blogu znajdzie...

Otóż jeśli chcesz cegłę o Jordanie napisz pod spodem uzasadnienie: jakim zawodnikiem, z którym albo przeciw któremu grał Michael Jordan zachwycasz się najbardziej i dlaczego? Magic? Bird? Ewing? Barkley? Stockton? Pippen? Malone? Do wyboru, do koloru! (dla Czytelników młodszych, nie pamiętających już gry Jordana  i jego wielkich rywali inne pytanie - dlaczego kozłowanie jedną ręką jest lepsze niż oburącz?)

Tym razem postanowiłem nie stosować żadnych formalnych ograniczeń choć warto pamiętać, że czasem (a raczej zazwyczaj) sto zdań nie ma wcale większej siły rażenia niż jedno.

Czekam na Wasze komentarze do końca tygodnia. W następny poniedziałek (5 stycznia) wybiorę wpisy, które najbardziej mi się podobały i ogłoszę trzech (a może troje) zwycięzców.

Do dzieła!

PS Jordan w jednym okazał się lepszy od Maradony i Tysona. Otóż do nieśmiertelności przeniósł jeden... nie wiem czy można nazwać to gestem, bo nie wiem czy językiem można wykonywać gesty. W każdym razie ani Mike ani Diego nie dorobili się takiego znaku rozpoznawczego jak wywalony jęzor Michaela Jordana.

PS1 Jedyne czego mi w tej książce brakuje to indeksu nazwisk. Przed zabraniem się do tej cegły (liczy 666 stron) miałem ochotę przeczytać przede wszystkim o Larrym Birdzie i Clydzie Drexlerze. Przez brak indeksu czytanie przed czytaniem nie było możliwe.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

12:04, pavelczado , Książki
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Nie bądź małpą

Pamiętam kiedy pierwszy raz wyjechałem całkiem sam zagranicę. Miałem wtedy 20 lat i pojechałem w wakacje szukać pracy we Francji. Co prawda nie znalazłem, ale przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę bardziej uwiodły mnie klimaty średniowiecznej zachodniej cywilizacji niż robota w winnicy. Wciągnąłem się w samotne zwiedzanie Turenii i Andegawenii (polecam Chinon, gdzie więziony był m.in. ostatni wielki mistrz templariuszy Jacques de Molay). Tak naprawdę miałem komfort: nie musiałem wówczas tej pracy wcale znaleźć. Nie stałem pod ścianą. Taką ścianą pod jaką często stoją u nas piłkarze z Afryki.

Kiedy przyjeżdża do nas nastolatek stamtąd żeby kopać tu piłkę zazwyczaj spotyka się z ogromną rezerwą. To zrozumiałe: musi pokazać, że jest lepszy od innych, ale wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jaki to dla niego ogromny stres. Stres związany nie tylko z pojawieniem się na innej planecie (różnice nie tylko w poziomie ale i w sposobie życia są ogromne). To nie jest tak jak było w moim przypadku, choć ja też w trakcie tej pierwszej francuskiej podróży zaliczyłem parę zdumień (pierwszy raz widziałem wtedy choćby Auchan, w Polsce jeszcze takich supermarketów wówczas nie było. Chciałem wejść i nie mogłem zrozumieć dlaczego wózki są przyczepione łańcuchami do innych wózków. Szarpanie ich ze złością nie pomagało. Wstyd było pytać, dyskretnie musiałem obserwować więc co robią tambylcy i jak udaje im się odczepić ten cholerny wózek. Nie wiedziałem, że bez wózka też można wejść;)

Po pierwsze - ja tam tylko mogłem, Afrykańczycy często u nas muszą. Fakt, że pracy wtedy nie znalazłem niczego nie zmienił. Bliscy byli przede wszystkim szczęśliwi, że wróciłem cały, zdrowy i z nowymi doświadczeniami. Młodzi Afrykańczycy dźwigają znacznie cięższe brzemię: doskonale wiedzą, że jeśli im nie wyjdzie zawiodą w ojczyźnie wiele osób. Nie, nie chodzi mi o kibiców śledzących jak powodzi się na europejskich boiskach ich rodakom. Kandydaci na piłkarzy zdają sobie doskonale sprawę, że przyjeżdżając do Europy dostali szansę na jaką niewielu z nich może liczyć. Że łapią Pana Boga za nogi. Wielu bliskich szczęściarza, którzy pozostali w Afryce liczy na to, że szansa przez kandydata na piłkarza zostanie wykorzystana i że członek rodziny pociągnie ich za sobą, że to będzie szansa na lepsze życie nie tylko dla niego, ale również i dla nich. Niestety; kandydatom częściej towarzyszy paskudne poczucie, że zawiedli niż błogie poczucie spełnienia. 

Po drugie - jednemu czarnemu wśród setki białych jest trudniej niż jednemu białemu wśród setki czarnych. Zwiedziłem dotąd siedem afrykańskich państw i kontaktem z tambylcami stresowałem się właściwie tylko raz. W Nairobi umknąłem przed miejscowymi "dziećmi ulicy" w boczną uliczkę. To była jakaś setka gniewnych maluchów w wieku 5-15 lat, która rozwrzeszczana szła przez ulicę, pokrywając wszystko jak szarańcza i wysysając na co tylko miała ochotę.

Kiedy w Zimbabwe byłem na piłkarskich derbach Harare a portier podprowadził mnie do ławki rezerwowych wobec prawie 30 tysięcy  Murzynów na trybunach (machałem w ich stronę niczym na defiladzie) żeby spytać piłkarzy i sztab trenerski czy przypadkiem nie mają jakichś klubowych pamiątek dla miłego gościa z Europy - właściwie w ogóle się nie stresowałem. Afrykańczyk szukający pracy w Polsce, musi przeżywać tych stresów znacznie więcej. Chodzi o to, że ludzie ciągle patrzą na nich z nieufnością. Uważają za gorszych. Zaręczam Wam - kiedy wszyscy wokół patrzą na Was z nieufnością od rana do wieczora - spalacie się psychicznie. Ja już coś takiego przeżyłem (nie w Afryce - w Polsce) - także dlatego potrafię ich zrozumieć.  

Po trzecie - warto pamiętać skąd przyjeżdżają do nas młodzi czarnoskórzy piłkarze. Mnie osobiście zawsze rozśmiesza kiedy słyszę w Polsce narzekania na biedę i brak perspektyw w naszym kraju. Ludzie, którzy wypowiadają te słowa nie zdają sobie sprawy, że zawsze może być gorzej. Ja to "gorzej" widziałem w Afryce. Widziałem prawdziwą biedę i brak perspektyw na masową wręcz skalę. W malawijskim Lilongwe widziałem całe dzielnice ziemianek pozbawione prądu i bieżącej wody. Tambylcy pewnie chcieliby przynajmniej wybrać w jakich ziemiankach przyjdzie im żyć. Tradycyjnie okrągłych, które zapewniają większe... bezpieczeństwo (węże, których tam nie brakuje poruszają  się zwykle przy krawędzi równej przeszkody, gdy trafiają na okrągłą ścianę - pełzną dalej) czy raczej ziemiankach kwadratowych, w których można by dzięki temu wygodnie dosunąć łóżko do samej ściany? Chcieliby, ale ochota to w wielu przypadkach największy atut jaki mają do dyspozycji.

Poza tym nigdzie tak bardzo jak w Afryce nie miałem poczucia przemijalności, nigdzie indziej nie ogarniała mnie myśl, że właściwie w każdej chwili mogę stracić życie. Nie, nie byłem świadkiem żadnego konfliktu zbrojnego. Za to choroba może cię zgasić w każdej chwili jak płomyk świecy. Ja tam nie byłem na zorganizowanej wycieczce. Byłem w Afryce z plecakiem i małą butlą gazową. W Kenii przez dwie doby leżałem właściwie w malignie, z gigantyczną gorączką i tam jedyny raz w życiu pogodziłem się już, że umrę (wiem, że brzmi to nieznośnie patetycznie, ale tak właśnie było). To w Afryce koło mojego samochodu położył się lew, a ja miałem zepsutą szybkę w drzwiach i nie mogłem jej zakręcić... (auto wypożyczył były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Zimbabwe).

Przeżyłem wtedy, ale powtarzam: poczucie przemijalności towarzyszyło mi w subsaharyjskiej Afryce prawie bez przerwy. Jak choćby w małej osadzie Kasisi w Zambii gdzie działa sierociniec, którym zajmują się polskie siostry - Służebniczki Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. To niezwykłe miejsce. Byłem tam w 2000 roku. W Zambii mnóstwo ludzi choruje na AIDS i do przytułku trafia wiele dzieci już zarażonych. Najbardziej wryła mi się w pamięć alejka za szpitalem. Zapamiętałem, że po obu jej stronach uklepano mogiły. Malutkie mogiły. Coraz mniejsze. Półtorametrowe. Metrowe. Półmetrowe... 

Myślałem naiwnie, że niewiele osób w Polsce wie o Kasisi tymczasem w sobotę ze zdumieniem przeczytałem w "Wyborczej" wywiad z Szymonem Hołownią. Okazuje się, że facet mnóstwo energii, czasu i pieniędzy poświęca na pomoc właśnie tamtejszym dzieciom. Warto przeczytać tę niezwykłą opowieść. A kto wie: jeśli się wzruszycie - może warto i pomóc?

Wiem, że Kasisi jest daleko. Wiem, że u nas biedne dzieci też potrzebują pomocy i wsparcia. Kiedy jednak będziecie na stadionach piłkarskich w Polsce też możecie zrobić coś dobrego dla Afryki: możecie nie obszczekiwać tamtejszych piłkarzy, nie pohukiwać w ich stronę, jak małpy. Pamiętajcie - ich życie, choć wydaje się tak przyjemne, bo przecież życie zawodowego piłkarza musi być przyjemne - niesie za sobą mnóstwo stresów, które nam nawet trudno sobie wyobrazić czy zrozumieć.

W Polsce coraz częstszy jest pogląd, że ludzie pohukujący z trybun na Afrykańczyków nie są rasistami. Oni chcą ponoć jedynie wyprowadzić za wszelką cenę przeciwnika z równowagi. A przecież wobec czarnoskórego człowieka pohukiwanie małpy jest najprostszym przekazem - bez względu na różnice językowe zrozumie go na pewno. I może się zdenerwuje? Może koślawo kopnie piłkę? Rozumiem, że można chcieć zdekoncentrować przeciwnika. Uważam jednak, że nie każda metoda jest do przyjęcia. 

Empatia czasem się przydaje. Nie można z nią przesadzać, ale to właśnie także dzięki niej nie jestem rasistą.

PS O moich osobistych impresjach futbolowych z subsaharyjskiej Afryki możecie przeczytać - TUTAJ.

PS1 Omega życzy Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

piątek, 19 grudnia 2014
Jeszcze o konflikcie Stanowski - Czado. Gościnnie

Miałem już nie odnosić się do różnicy zdań między mną a Krzysztofem Stanowskim, ale napisał do mnie Czytelnik Czadobloga. Napisał tak wnikliwie, że nie sposób nie oddać mu pola.

Tekst nie jest krótki, ale naprawdę zachęcam żeby uważnie przeczytać.

 "Ponieważ dyskusja na temat recenzowania przez dziennikarzy książek sportowych w zasadzie wygasła, należy się jeszcze kilka zdań podsumowania oraz uzupełnienia o ważne wątki, które nie zostały poruszone. Będzie trochę o dziennikarstwie sportowym, przede wszystkim o tym mniej rzetelnym oraz jakie koszty ponoszą klienci-czytelnicy piłkarskich portali internetowych. Bo to, że wbrew pozorom jakieś ponoszą, być może nie dla wszystkich jest takie oczywiste.

Tytułem wprowadzenia napiszę tylko, że czytam regularnie Czadobloga od kilku lat, Weszło trochę ponad rok. Jakkolwiek by to dziwnie brzmiało jestem wielkim fanem piłki kopanej w wydaniu krajowym, a z wykształcenia antropologiem kultury (UAM Poznań) z analitycznym podejściem do każdego tematu, który wzbudza moje zainteresowanie.

Burzliwa wymiana zdań (w formie całe szczęście nie tak parlamentarnej jak ta która miała miejsce w ostatnich dniach w polskim Sejmie) pomiędzy wyżej wymienionymi, zapoczątkowana została wpisem Stanowskiego krytykującym kolegów po fachu za darmowe recenzje książek o tematyce sportowej. Nazwał ich „pożytecznymi idiotami” i w środowisku zakotłowało. Rozpętała się wojenka na twitterze, który staje się ostatnio bardzo modnym narzędziem pracy żurnalistów sportowych. Możemy określić takie dziennikarstwo jako sms-owe, należy przesłać krótką wiadomość tekstową, ale wygrywa tylko ten, który dokona tego jako pierwszy lub będzie bardziej kontrowersyjny niż reszta uczestników zabawy. Choroba dziennikarstwa twitterowego rozwija się coraz mocniej, ale obiecałem się zająć innym problemem, więc wracam do głównego tematu.

Kluczowe na dziś wydaje się zrozumienie zmian jakie zachodzą na rynku prasowym i to nie tylko tym sportowym. Niczym odkrywczym będzie stwierdzenie, iż w coraz większym stopniu czytelnik wybiera te media, które zapewnią mu najszybszy dostęp do informacji, jednocześnie treści te dezaktualizują się w sposób błyskawiczny.

Prześledźmy to na przykładzie futbolu. Kalendarz wydarzeń piłkarskich w ostatnich kilkunastu latach uległ radykalnemu przeobrażeniu. Obecnie praktycznie 365 dni w roku, każdego dnia gdzieś na świecie są rozgrywane mecze, jak nie w wydaniu klubowym to reprezentacyjnym. Każdy mecz musi być opisywany i interpretowany w zasadzie na bieżąco – „online”. Wynika to z faktu, iż w kolejce czeka kolejne spotkanie, a widz zapomina o tym, które właśnie oglądał. „Żywotność” takiego meczu jest coraz krótsza. Czasy kiedy rytm życia piłkarskiego kibica wyznaczany był w odstępach weekendowych kolejek ligowych i dodatkowo wpadała raz na jakiś czas gratisowa środa z europejskimi pucharami lub reprezentacją, to okres dla badań archeologów sportowych.

Niszę na polu dziennikarstwa poświęconego zdecydowanie najpopularniejszej dyscyplinie sportu w naszym kraju coraz bardziej skutecznie zajmuje portal Weszło. Dostarcza on odbiorcy, czyli klientowi największy wybór tekstów, a jego właściciel po kilku latach działalności dość dobrze wyczuwa potrzeby swoich klientów. Informacja przekazana jest praktycznie natychmiast po wydarzeniu, a klient nie ponosi z tego tytułu bezpośrednio żadnych kosztów finansowych. Dziennikarze Weszło piszą językiem internautów, ich artykuły, felietony, czy też inne wpisy okraszone są sporą dawką wulgaryzmów oraz hejtu. W pakiecie otrzymujemy gratis zdjęcia i filmiki (czy aby na pewno legalnie?) z najciekawszymi bramkami, akcjami, itp.

O użytkownikach portalu Weszło celowo piszę Klienci, ponieważ sam Stanowski określa siebie (np. podczas ostatniego spotkania ze studentami w Poznaniu) jako przedsiębiorcę, który prowadzi dochodowy i innowacyjny w swoim pomyśle biznes. Błyskotliwy dziennikarz, jakim bez wątpienia jest założyciel portalu Weszło, przepoczwarza się w bezwzględnego biznesmana gotowego wszcząć wojnę z każdym, kto może stanowić dla niego konkurencję. Przywdziewając szaty rewolucjonisty oraz innowatora próbuje marketingowo każdą taką okoliczność sprzedać jako walkę „nowego porządku”, którego jest jednym reprezentantem, ze „starym systemem”, reprezentowanym przez resztę świata dziennikarskiego. Zresztą ten ostatni też jest traktowany w sposób utylitarny. Krytyka „Przeglądu Sportowego” ustała z dnia na dzień w październiku 2013 roku, gdy ponownie na łamach tej gazety zaczęły pojawiać się artykuły Stanowskiego. Wówczas wrogiem nr 1, też z dnia na dzień, stał się katowicki „Sport”.

Powoli, ale w końcu dochodzimy najważniejszego aspektu niniejszego wywodu, czyli kosztów jakie ponoszą klienci portalu Weszło. Pozwolę sobie podzielić je na koszty bezpośrednie oraz pośrednie. Przypominam, że portal ten jest dla jego założyciela przede wszystkim biznesem, więc jego czytelników traktuję jak zwykłych klientów. Cała logistyka takiego przedsięwzięcia jak e-biznes w postaci portalu z informacjami o tematyce piłkarskiej wymaga mniejszych, ale jednak określonych kosztów. Potrzebne są zatem przychody (w przeciwieństwie do czytelników prasy drukowanej, odbiorcy internetowi nie płacą za zakup gazety), firma czerpie je z pewnością z reklam umieszczanych na stronach internetowych portalu. Korzystając z serwisu bardzo szybko można zauważyć, iż najwięcej reklam dotyczy prezentacji ofert internetowych firm bukmacherskich, notabene w świetle prawa polskiego działających, co najmniej na granicy prawa. Nachalne namawianie do skorzystania z ich usług sprawia, iż wystarczy tylko nacisnąć odpowiedni link by przenieść się do świata wirtualnego hazardu i uszczuplić zasoby swojego portfela o konkretne kwoty, przeważnie zdecydowanie wyższe niż cena ulubionej gazety o tematyce sportowej. Mechanizmów rządzących tym rodzajem e-biznesu opisywać już nie muszę, nie jest to ideą tego wpisu.

Powyżej opisane są koszty bezpośrednie, Klient płaci firmie bukmacherskiej, a ta portalowi który ją reklamuje. Są to koszty widoczne na pierwszy rzut oka, przy skutecznym wprowadzeniu mechanizmów obronnych można ich uniknąć. Niestety nie wszyscy zostali wyposażeni przez naturę w takowe lub nabiorą ich dopiero z czasem, stąd ogromna popularność internetowej bukmacherki.

Dużo trudniej wykryć natomiast koszty pośrednie jakie ponosi Klient w związku z korzystaniem z treści proponowanych przez portal internetowy o którym mowa w tej analizie. By zostawić konkurencję w pokonanym polu, decyduje przede wszystkim szybkość przekazania informacji odbiorcy, należy za wszelką cenę ubiec konkurenta biznesowego, który jest traktowany jako rywal na polu walki o Klienta. Z umieszczaniem artykułów po wydarzeniach piłkarskich nie ma najmniejszego problemu, są one często pisane jeszcze w trakcie meczu, czy szerzej kolejki ligowej. Nie pomylę się, gdy stwierdzę, że tak działają w kraju dziesiątki innych portali o tematyce piłkarskiej. Kluczowy jest zatem dostęp do informacji wyjątkowych, często zakulisowych, a o dużym znaczeniu z punktu widzenia kibiców konkretnych drużyn. Taką sferą jest np. polityka transferowa klubu poza sezonem, czy też przeprowadzanie zmian na ławkach trenerskich w trakcie.

Będę teraz upraszczał i generalizował, ale pragnę tylko zasygnalizować patologię układu, gdy jakiś portal internetowy i w tym przypadku nieważne jaki, bo moim celem jest przedstawienie zasady działania, dzieli środowisko piłkarskie (piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd.) na dwie części – informatorów oraz resztę. Ci, którzy należą do tej pierwszej grupy, w zamian za lojalną współpracę, czyli dostarczenie odpowiedniej ilości przecieków informacyjnych, otaczani są parasolem ochronnym i niezależnie od okoliczności nie tylko nie zostaną zhejtowani, ale przeważnie są jeszcze promowani. Problem mają natomiast przedstawiciele tej drugiej grupy – pozostali piłkarze, działacze, trenerzy, menedżerowie, itd., ponieważ fundament tego typu biznesu oparty jest na idei (tego oczekuje Klient internetowy), że będą oni pełnić rolę kozłów ofiarnych, na których można w dowolny sposób hejtować. Ich sukcesy są minimalizowane, a porażki wyolbrzymiane. Przypominam: hejt internetowy to druga naczelna zasada działania tego biznesu.

Klient-czytelnik w takim patologicznym układzie zasypywany jest dużą ilością wytworów dziennikarstwa oszukańczego, niemającego nic wspólnego z rzetelną analizą zjawiska. By nie być gołosłownym przytoczę przykład słowackiego rozgrywającego Górnika Zabrze, 6 drużyny jesieni w Ekstraklasie, który zaliczył więcej niż poprawną rundę. Nie licząc jednego meczu, w którym strzelił dwie bramki, na Weszło zawsze po nim „jadą”. Na drugim biegunie jest dwóch młodych środkowych pomocników 13 drużyny ekstraklasy, największego rozczarowania sezonu, tj. Lechii Gdańsk, o których nawet nie wspomina się w podsumowaniach kolejek. Gdyby na miejscu któregoś z nich był Robert Jeż, to już wielokrotnie zostałby zmasakrowany, zjedzony i wydalony przez autorów Weszło. Niestety sprawa jest poważniejsza niż się wydaje na początku, Robert Jeż poddawany totalnej krytyce także w poprzednim sezonie, został pobity jesienią 2013 przez niezidentyfikowanych sprawców przed własnym domem w Lubinie, a jego koledze Michałowi Gliwie (drugiemu wyszydzanemu piłkarzowi na portalu Weszło) zniszczono samochód. Podobnych przykładów podziału na piłkarzy/kluby/menedżerów promowanych i poddanych hejtowaniu mogę przytoczyć bez liku.

Wracając do wywołanego przez redaktora Weszło konfliktu z Pawłem Czado, no cóż, krytyka prezesa PZPN na jaką zupełnie słusznie co jakiś czas pozwala sobie autor Czadobloga, musiała spowodować reakcję drugiego z największych piewców bukmacherki internetowej".

Marek Blukacz

 

Zgadzacie się? Uważacie, że autor się myli? Proszę jedynie o poważne opinie. "Merdacze" nie będą mile widziani.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 18 grudnia 2014
Gangsta rap

Przypominam, że ciągle trwa konkurs, w którym nagrodą jest autobiografia Mike'a Tysona. Szczegóły - TUTAJ. Mam do rozdysponowania trzy egzemplarze, a właściwie już... dwa.

Postępuję może niepedagogicznie, ale już teraz, przed zakończeniem konkursu, jedną z nagród przyznaję Czytelnikowi o nicku Samotny Amator. W konkursie chodzi o wyrażenie opinii: za co lubi się albo nie lubi Tysona. Samotny Amator postanowił wyrazić się niekoniecznie w prozie. Nie jest to wprawdzie subtelny styl Juliusza Słowackiego, ale to przecież całkowicie nieistotne. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że autor skanduje te słowa w jakimś garażowym konkursie przed kumplami z osiedla a wszyscy rytmicznie kiwają się do taktu. Extra!:)

Wprawdzie w poniższym utworze nie ma nic o biedzie, gangach, rasizmie i problemach z policją, ale przecież to oczywiste, że utwór o Tysonie musimy zaliczyć do gatunku gangsta rap;)

Samotny Amator w komentarzach pod wpisem tak więc oto zarapował. Jeeeedziemy:

Za co lubię Tysona, 

Takich powodów jest od groma, 
Pochylę się tylko nad kilkoma. 

Za charakterystyczny tatuaż na twarzy, 
Nie każdy by się zdecydował dla tej skazy, 
Ale Mike jest wariat i się odważył. 

Za atletyczną sylwetkę podczas kariery, 
Wyraz profesjonalizmu i dobrego wyglądu maniery, 
Uosobieniem współczesnego gladiatora był bez ściemy. 

Za moc nokautu aż ring się trzęsie, 
Mimo niewielkiego wzrostu uderzenie miał silne piekielnie, 
Zamiatał rywalami po deskach aż mina rzednie. 

Za ten jego nikczemny uśmiech, 
Wrażenie sprawia niczym komediowy oblech, 
Jednak ma to swój zawadiacki wdzięk. 

Za te wojny ringowe, 
Oraz wybryki pozasportowe, 
Ten facet to postać nietuzinkowa, każdy to powie. 

Reklamował napoje, był w filmie i we wrestlingu, 
Mike Tyson to Bestia marketingu. 
Takie są powody mojej sympatii do tego typa, 

Bo to postać w historię sportu mocno wryta. 

PS Omega wystawiła przed siebie wskazówki i porusza nimi rytmicznie w górę i w dół. Yooooo - yooooo...

PS1 Święto w Chorzowie. W centrum, na ul. Wolności, najważniejszej ulicy w mieście i tamtejszym deptaku odsłonięto dziś ławeczkę Gerarda Cieślika. Teraz każdy może sobie z nim usiąść. Cieszę się, tym bardziej, że to pomysł mojego kolegi z redakcji Piotra Zawadzkiego.

PS2 Nie możecie się już doczekać meczów na Stadionie Śląskim? Widać już światełko w tunelu. Dach ma być gotowy pod koniec 2015 roku a cały stadion pod koniec 2016. Pomalutku, powolutku trzeba się będzie zastanowić jakiego przeciwnika zaprosić na start. Co byście powiedzieli na reprezentację Argentyny?:)

PS3 PZPN nie jest już tak beznadziejny i archaiczny jak kiedyś. Za dawnych betonowych czasów za ustawienie 31 meczów i kupiony awans byłaby degradacja. Tymczasem od 2009 roku i uchwały abolicyjnej jest po bożemu. Dlatego dziś za taki numer GKS Bełchatów dostał pół miliona zł kary. Przyszło nowe. Nowe lepsze. Świetlane. Wszyscy mogą odetchnąć z ulgą. Dobrze jednak się stało, że PZPN-em rządzi Zbigniew Boniek. Przecież nie jest w jego gestii zmienić uchwałę abolicyjną, nigdy nie słyszałem żeby był za status quo ante. Teraz ta nasza piłka jest taka nowoczesna, postindrustrialna i metroseksualna...

Do tego klub może się jeszcze odwołać od tej decyzji. Oczywiście: zmniejszcie im karę do 10 tysięcy!

Pora umierać.

środa, 17 grudnia 2014
Idiota niepożyteczny

Zaatakował mnie Krzysztof Stanowski. Ten z "Weszło". Sugeruje, że jestem tzw. pożytecznym idiotą, bo piszę darmowe recenzje książek sportowych. Idiotą, bo przecież mógłbym na tym zarabiać a tak psuję jedynie rynek.

Pseudozarzut I

Stanowski zarzuca mi, że piszę recenzje książek, które przesyła mi wydawnictwo i że piszę je... tylko dlatego. Sugeruje, że zachłystuję się darmową przesyłką.

Pisze tak: Czado jest o tyle niewiarygodny, że dziwnym trafem promuje akurat te książki, które dostaje za darmo. Niby zajmuje się śląskim futbolem, ale jak mu podesłano egzemplarz autobiografii słynnego boksera z USA – to będzie wpis o bokserze z USA. Ja widzę trzy możliwości: albo go nie stać na książki, albo ma bardzo daleko do księgarni, albo wystarczy mu dać egzemplarz za cztery dychy, żeby zatańczył tak, jak mu się zagra. Chociaż jemu samemu się zdaje, że sam wybiera kroki i że sam włącza muzykę.

Riposta

Stanowskiemu pierwszy raz udało się mnie rozzłościć. Chwyt jest bowiem obrzydliwy, w dodatku stosowany przez gościa u którego używanie w pożądanym przez nas kontekście słowa "wiarygodność" przyprawia mnie o kaszel. Opanowuję się jednak i kulturalnie wyjaśniam:

- po pierwsze: kłamstwem jest, że recenzuję jedynie książki, które dostaję za darmo. To uwłaczający zarzut. Łatwo sprawdzić, że recenzowałem wiele książek, które sam kupiłem*. Ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą (Stanowskiemu najbardziej do rozumu przemówi chyba przykład "Spalonego"). Mało tego; zdarza się, że kupowałem książki, o których wiedziałem, że i tak zostaną mi przysłane. Chciałem je mieć jednak szybciej, bo zwyczajnie nie mogłem się doczekać (choćby prawie każdego tomu encyklopedii FUJI). Biznesmen Stanowski nazwałby to frajerstwem, bo przecież tylko frajer mógłby w ten sposób tracić pieniądze;

- po drugie: Stanowski jest mało spostrzegawczy. Sugeruje, że biografią Tysona zająłem się tylko dlatego, że wydawnictwo przysłało mi darmowy egzemplarz. To uwłaczający zarzut. Tak się składa, że uwielbiam boks i uważam go za drugi najważniejszy sport po piłce nożnej, na moim blogu od wielu lat istnieje nawet specjalna zakładka poświęcona tej dyscyplinie. Mało wprawdzie o boksie piszę, bo uważam, że - w przeciwieństwie do futbolu - nie wiem o nim tyle żeby regularnie się mądrzyć;

- po trzecie: do wymienianych na końcu trzech powodów dla których miałbym "promować" za darmo (w przeciwieństwie do Stanowskiego wolę używać słowa "recenzować", bo nie jestem opętany zarabianiem na wszystkim na czym dałoby się zarobić) w ogóle nie mam zamiaru się odnosić - są obraźliwe. Ich wymyślenie dobrze jednak oddaje mentalność biznesmena Stanowskiego, który udowadnia, że dla niego najważniejszą zaletą człowieka jest umiejętność zarabiania pieniędzy. W sumie nie wiem czy jest coś czego nie uznałby za dobry sposób na zarobek. Może jest?

Pseudozarzut II 

Stanowski pisze:

"Czado sam przyznaje, że nie ostrzega czytelników przed bardzo słabymi książkami, które dostał w prezencie. Nie napisał: uważajcie, bryndza taka, że nie da się przebrnąć pierwszego rozdziału. Wydaje mi się, że gdyby książkę sam kupił, nie miałby z tym problemu, a tak w głowie włącza się hamulec. Jest więc idealnym pożytecznym idiotą, ponieważ nie ma ryzyka, iż po otrzymaniu prezentu, który nie przypadnie mu do gustu, wyrazi publicznie niezadowolenie."

Riposta

To jasne, że nie ostrzegam przed słabymi książkami, które dostałem za darmo. Nie wiem jak można się temu dziwić. Powód jest oczywisty: wyrzucam takie książki, w ogóle ich nie czytając. Uważam, że czytanie słabych książek jest stratą czasu, a z uczciwości wobec Czytelników nie napiszę przecież recenzji książek, których nie przeczytałem, prawda? Czy to tak trudno zrozumieć?**

Stanowski udowadnia przy okazji, że jest idiotą, w dodatku wcale nie takim pożytecznym. Sugeruje bowiem, że gdybym kupił słabą książkę to nie miałbym oporów z napisaniem miażdżącej recenzji. Moim zdaniem tylko kompletny idiota mógłby kupić słabą książkę. Żeby się przed tym obronić wystarczy przecież uważne półminutowe przejrzenie książki w księgarni przed podjęciem decyzji o ewentualnym zakupie. Książki nie są bowiem czymś co kupowałbym w ciemno. W ciemno to ja mogę kupić płyn do mycia naczyń.

Pseudozarzut III

Rozśmiesza mnie, że Stanowski wyśmiewa dziennikarzy, którzy chwalą się na Twitterze okładkami książek nadesłanych przez wydawnictwa. Wyśmiewa, że chwalą je zanim jeszcze zdążą je przeczytać.

Riposta

Mnie bowiem te śmichy-chichy nie dotyczą. Po pierwsze - nigdy nie umieściłem okładki książki na Twitterze. Po drugie powtórzę się - nie piszę recenzji książek, których nie przeczytałem. Wygląda na to, że Stanowski śmieje się z tego co sam robi. Zajrzyjcie w linka, podesłał mi to Hanys, Czytelnik Czadobloga. Po pierwsze Stanowski chwali się zdjęciem okładki książki przysłanej mu przez wydawnictwo, po drugie - zdjęcie tytułuje tak: "nowy dzień, nowa przesyłka". Tweetuje o godz 8.27 rano. Czy można w związku z tym uważać, że chwali się książką, której nie zdążył jeszcze przeczytać? Musiałby przecież dostać przesyłkę tuż po północy żeby zdążyć połknąć te 464 strony. Może rzeczywiście tak szybko czyta?

Nie wnikam już w to czy ten tweet został może usunięty (szczerze mówiąc nie chciałoby mi się to wierzyć, bo takie postępowanie świadczyłoby o wyjątkowej małości Stanowskiego, a naprawdę nie sądzę, że mógłby być taką gnidą) czy raczej nie. Mam to gdzieś.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Przypominam, że trwa konkurs na biografię Mike'a Tysona. Zapraszam.

*Niedowiarki niech podzwonią po wydawcach.

**Wydaje się, że to trudne do przyswojenia przez osoby, które nazywam "merdaczami". Od merdania ogonem. 

wtorek, 16 grudnia 2014
Recenzowanie książek. Wolę być frajerem

Dochodzą do mnie głosy, że dziennikarz, który recenzuje za darmo książkę jakiegoś wydawnictwa jest frajerem psującym rynek kolegom z branży, bo przecież mógłby na tym normalnie zarabiać i do tego dać zarabiać innym.

Większej bzdury dawno nie słyszałem. Mam zdanie całkowicie odmienne. Polecam na Czadoblogu książki sportowe, które mi się podobają (lub które warto przeczytać z innych względów niż jakość literatury). Robię to i będę robił ZAWSZE ZA DARMO, bo:

- po pierwsze - nie zarabiam wpisami na tym blogu, tak sobie założyłem i tego się trzymam;

- po drugie - mam gdzieś, że mógłbym psuć jakiś wyimaginowany rynek;

- po trzecie - zakładam, że książki sportowe to ciągle tak nierozwinięta dziedzina w Polsce, że ciągle warto jej pomagać się rozhuśtać. Pomagać. Nie zarabiać.

Dla mnie prawdziwą szują jest ten dziennikarz, który recenzuje czyjąś książkę jedynie dlatego, że bierze za to pieniądze, a - teraz będzie ważne, skupcie się - czytelnik tej recenzji w momencie jej czytania NIE MA POJĘCIA, że autor wziął za to konkretne działanie szmalec. Znacie takich palantów?

Natomiast z opiniami, że dziennikarz recenzuje jakąś książkę tylko za to, że dostaje ją za darmo nie chce mi się w ogóle dyskutować*. To jest właśnie esencja bycia mendą: mierzyć innych własną miarą. Znacie takich palantów?

PS Przypominam, że właśnie ogłosiłem konkurs. Jedno z wydawnictw przysłało mi książkę a ja po lekturze uznaję ją za znakomitą więc z czystym sumieniem polecam. W dodatku możecie ją w prosty sposób wygrać.

PS1 Wzdrygnięcie Omegi. 

PS2 Uwaga do ewentualnych wydawców: jeśli kiedykolwiek chcielibyście umieścić recenzję na Czadoblogu niech wam nie przyjdzie do głowy oferować mi za to pieniądze. Obrazilibyście mnie, nie jestem mendą. Kaprys recenzowania w tym miejscu za darmo będzie trwał. Zarabiam w inny sposób.

*jako człowiek elegancki nie będę wymieniał tytułów, które mi przysłano a których nie zrecenzowałem dlatego, że cierpko w ustach się robiło, albo dlatego, że nie potrafiłem doczytać do końca.

11:02, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Motherfucker [KONKURS +18]

Jeśli interesujecie się sportem to wiecie, że nikt nie miał takiego fuksa jak ludzie, którzy byli nastolatkami w latach 80. Żadna inna generacja nie miała szczęścia ekscytować się wyczynami aż trzech największych herosów światowego sportu wszech czasów w tym samym okresie.

Pisałem już kiedyś, że kiedy byłem bajtlem poza miejscowymi bohaterami liczyło się w moim środowisku jedynie trzech sportowców. Alfabetycznie: Michael Jordan, Diego Maradona i Mike Tyson. Gdyby ci giganci się nie urodzili, świat byłby rzeczywiście gorszy (a na pewno nie tak ciekawy). Tym razem jednak ani słowa o pierwszym ani o drugim, a jedynie o trzecim.

Mike Tyson zawsze budził we mnie wielkie emocje. Im bardziej ktoś na niego najeżdżał, tym bardziej mu kibicowałem. Dla mnie to najlepszy pięściarz wszech czasów, jego styl jest nie do podrobienia.

Nakładem wydawnictwa SQN wyszła właśnie jego autobiografia. To jedna z najlepszych tego typu książek jakie czytałem.  Paradoksalnie wcale nie jest o sporcie. Moim zdaniem jest przede wszystkim o cenie braku przygotowania do życia.

To zdecydowanie pozycja tylko dla dorosłych czytelników. Po pierwsze: język - twardy, bezlitosny i rzeczywiście wulgarny. W przypadku Tysona brzmi jednak autentycznie, kloaczne sformułowania są bowiem częścią jego jestestwa.

"Byłem Chlodwigiem I, byłem Karolem Wielkim, byłem wrednym sukinsynem. Jeden z moich ochroniarzy zaczął myśleć, że ma na imię Skurwiel, bo ciągle słyszał tylko: "Załatw mi to skurwielu", "Jedziemy, skurwielu" i tak dalej." (s.221)

W oryginale Tyson używa ciągle słowa "motherfucker" (upewniłem się u tłumacza), choć w powyższym fragmencie zdumiało mnie nie tyle bezceremonialne i ciągłe korzystanie z "motherfuckera" co fakt, że pięściarz odwołuje się do Chlodwiga... Podejrzewam, że około 95 procent ludzi, którzy przeczytają jego książkę nie będzie miało pojęcia o kogo chodzi, bo nigdy o Merowingach nawet nie słyszeli:)

Poczucie humoru i autoironia głównego bohatera w niektórych partiach tekstu mogą zdumiewać. Niektórzy uważają, że Tyson prezentuje wręcz "tarantinowskie" spojrzenie na rzeczywistość. Akurat podczytując biografię zerkałem jednocześnie na "Od zmierzchu do świtu" więc mogę trochę się zgodzić z tym twierdzeniem:)

To książka tylko dla dorosłych także dlatego, że nie każdy będzie w stanie zrozumieć sposób przedstawienia w tej książce przemocy czy seksu. Tyson opowiada jak było, a niektórzy nastoletni czytelnicy mogliby odebrać treść nie tak jak powinni - sposób na życie Tysona mógłby im zwyczajnie przypaść do gustu. Ci najgłupsi mogliby próbować tak się zachowywać w realu - po to żeby naśladować idola. A to zawsze kończy się katastrofą - bez względu ile będziesz miał pieniędzy...

Tyson świetnie oddał swój związek z trenerem i wychowawcą Cusem d'Amato. Można wysnuć jednoznaczny wniosek - gdyby nie los, który postawił tego człowieka na drodze nastolatka nigdy byśmy o Mike'u nie usłyszeli. "Cus D'Amato zawsze powtarzał mi, że boks nie jest życiem, ale sposobem na życie" (s.339).

Mnie po przeczytaniu tej książki nurtuje jedna wątpliwość. Chciałbym wierzyć, że Tyson byłby równie dobry gdyby urodził się gdziekolwiek indziej. Że gdyby pochodził z Załęża (zachodniej dzielnicy Katowic) a nie z Bronsville (wschodniej dzielnicy Brooklynu) - byłby równie dobrym pięściarzem.

Niestety - nie mam tej pewności...

Dobra, dość ględzenia! Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania aż trzy egzemplarze. To wyjątkowo starannie wydana książka, w twardej, efektownej oprawie i dobrymi zdjęciami (mnie najbardziej zdumiewa fotka Żelaznego Mike'a jako 13-latka. Myślę, że gdybym spotkał go wtedy na ulicy - mógłbym się przestraszyć...). Warto ją mieć - w mojej kolekcji to będzie najlepsza książka o sportowcu, który nie jest piłkarzem.

Jeśli chcecie dostać książkę proszę o napisanie w komentarzach własnej opinii: "za co lubię Mike'a Tysona" lub "za co nie lubię Mike'a Tysona". Najciekawsze trzy odpowiedzi pod tym wpisem zostaną uhonorowane książkami. Daję Wam tydzień. W następny poniedziałek podam ksywki zwycięzców w komentarzach pod wpisem. Poproszę wtedy laureatów żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana.

Jedyny warunek dla startujących: musicie być pełnoletni.

PS Słowo "motherfucker" jest dość popularne także poza kręgami anglosaskimi. Zdaniem hiszpańskiego dziennikarza właśnie tym mianem Cristiano Ronaldo określa w szatni Realu Leo Messiego. Zdumiewam się za każdym razem kiedy słowo w pierwotnej wersji najbardziej obraźliwe ze wszystkich jakie można sobie wyobrazić - potrafi przedzierzgnąć się w wyraz... uznania.

PS1 A poza tym uważam, że boks powinno wprowadzić się do szkół podstawowych. Doceniam bowiem jego rolę wychowawczą, choć kariera Tysona zdaje się jednak temu przeczyć:)

PS2 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

16:46, pavelczado , Boks
Link Komentarze (26) »
wtorek, 09 grudnia 2014
Projekt X

Przez najbliższy rok wpisy na Czadoblogu będą pojawiały się incydentalnie. Najwyżej kilka razy w miesiącu: kiedy nie będę umiał się już powstrzymać.

Nie, nie porzucam Was, moi drodzy. Chodzi o czas. Otóż startuje projekt, który będzie wprawdzie pracochłonny ale przede wszystkim ogromnie mnie satysfakcjonujący. Coś takiego byłoby spełnieniem marzeń chyba każdego dziennikarza sportowego w Polsce. Nie mogę uwierzyć, że akurat mnie się trafiło! Już zacząłem przygotowania. To będzie niezwykła przygoda. Mam szczęście. Praca reportera futbolowego jest jednak najlepsza na świecie:)

Uważam, że należy się Wam wyjaśnienie powodu mojej ograniczonej odtąd blogowej aktywności. Na razie nie zdradzę jednak w szczegółach o co chodzi. Wybaczcie, nie pytajcie. Kiedy przyjdzie czas - opowiem więcej. Wierzę, że efekt Wam się spodoba.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Mimo wszystko zachęcam do regularnego odwiedzania Czadobloga:) Warto, bo w tym miesiącu odbędzie się tu jeszcze kilka konkursów, w których nagrodami będą naprawdę wspaniałe książki. Zapraszam niezmiennie.

20:33, pavelczado , Książki
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Pochyl się

Byłem dziś na Cichej żeby zobaczyć mecz Ruchu Chorzów z Podbeskidziem Bielsko-Biała.

Spotkanie potwierdziło starą jak świat piłkarską prawdę, którą znaliśmy nawet jako bajtle na placu: "kiedy walisz piłką z dystansu na siłę, pochyl się. Jeśli się nie pochylisz to bal przy mocnym uderzeniu przeleci wysoko nad bramką".

Długo wydawało mi się, że Rołand Gigołajew nie stosuje się do tej zasady. Dotąd jego strzały przelatywały nad bramką. Tak było i dziś. Najpierw uderzył mocno, ale był za bardzo odchylony i piłka poleciaaaaaaaaaała...

Nadeszła jednak 40. minuta. Ruch przeprowadził wówczas fantastyczną akcję - na pewno będzie jedną z najwyżej ocenianych w tym sezonie, nie tylko wśród akcji skonstruowanych przez chorzowian, ale w ogóle, w całej lidze. Po dobrej centrze z lewej strony Filipa Starzyńskiego, Bartłomiej Babiarz w desperackim wyskoku odegrał ją ofiarnie głową do środka, a Gigołajew wreszcie odpowiednio się pochylił. W efekcie oddał piorunujący strzał i zdobył gola (pierwszego ligowego dla Ruchu). Takiego w stylu, który ja - jako dziecko - najbardziej ceniłem, byłem najbardziej dumny kiedy udało mi się podobnego walnąć na boisku szkolnym. Otóż piłka zanim wpadła z potężną siłą do bramki Podbeskidzia zdążyła się jeszcze odbić od poprzeczki. Twarz w tym momencie zawsze wykrzywia się wszystkim w ten sam sposób, gardła wydają ten sam dźwięk będący mieszanką podziwu, niedowierzania i spełnienia. To taki stempel jakości...

To było bardzo cenne zwycięstwo Ruchu nad Podbeskidziem. Niebiescy wprawdzie ciągle znajdują się w strefie spadkowej, ale ta wygrana sprawia, że są w peletonie.

Ruch nie potrafił dotąd wygrać u siebie z Podbeskidziem w lidze. W sezonie 2011/2012 w rundzie wiosennej doszło do bardzo bolesnej straty punktów w takim właśnie meczu. Ruch jeszcze dwa kwadranse przed końcem prowadził u siebie z Podbeskidziem dwoma bramkami, ale ostatecznie wygrać wtedy nie zdołał. Musiał zadowolić się remisem. Gdyby wtedy wygrał - miałby dwa punkty więcej i ostatecznym rozrachunku wyprzedziłby Śląsk Wrocław zdobywając piętnaste mistrzostwo Polski.

Ciekawi mnie, które zwycięstwo byście wybrali mając pewność co za sobą niesie. Wolelibyście żeby Ruch wygrał z Podbeskidziem wtedy w 2012 roku i zdobył mistrzostwo czy żeby wygrał teraz i utrzymał się w ekstraklasie?

Jeśli wszystko dobrze pójdzie i wszystko się zgra - jest szansa, że Ruch opuści strefę spadkową jeszcze jesienią. Zadanie jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Nadal będzie o to niezwykle ciężko, ale jest na to szansa. A nawet jeśli nie wyjdzie - zawsze jest przecież wiosna.

PS Omega lubi wiosnę.

sobota, 06 grudnia 2014
Smok

Nienawidzę pisać tego typu tekstów, ale sprawiedliwość wymaga żeby czasem jednak powstawały.

Otóż wróciłem właśnie z meczu Górnik Zabrze - Legia Warszawa. Widziałem w życiu dokładnie 48 meczów z udziałem pierwszej drużyny Legii, które odbyły się na Górnym Śląsku. Wiele z nich wygrała, wiele w sympatyczny sposób przegrała, ale tylko dwa razy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pierwszy raz zdarzył się ponad 18 lat temu, kiedy w maju 1996 roku wygrała 5:0 z GKS-em Katowice na Bukowej. Ten drugi raz zdarzył się właśnie teraz.

Tamto wrażenie było w wymowie inne. Owszem - wtedy Legia zagrała efektownie, wykonała kilka ułańskich szarż, zapamiętałem hat-tricka Tomasza Wieszczyckiego. Byli świetni, ale wówczas mnie nie przerazili. Docisnęli w końcówce i tyle. Zżymałem się raczej na grę GieKSy niż zachwycałem naprawdę znakomitym występem gości. Tym razem było inaczej: w Zabrzu, oniemiały, zobaczyłem potwora.

To był smok, który przesuwał macki w mistrzowski sposób: na zimno, z pełnym wyrachowaniem, z zegarmistrzowską precyzją i bez zbędnej utraty energii po prostu pożarł Górnika Zabrze. Smok pragmatyczny do bólu.

Moim zdaniem nie można mieć po tym spotkaniu większych pretensji do gospodarzy. Starali się starać, starali się walczyć, ale chyba powoli nadciągają czasy kiedy mecze tego typu będą zetknięciem się dwóch światów. Jeśli nic się nie zmieni Górnik oczywiście będzie jeszcze z Legią wygrywał. Zmieniać się będą jednak proporcje. Jeden mecz na pięć, jeden na siedem, jeden na dziesięć...

Zabrzanie zrobili wszystko co mogli żeby nie było łomotu. Pierwszy raz w tym sezonie rozpoczęli mecz czwórką obrońców, przy dwóch pierwszych rzutach rożnych Legii stali we własnym polu karnym jedenastką zawodników (sic!). Jedyne co można im zarzucić, to fakt, że od razu wyglądali na boisku na przestraszonych. Zaraz na początku zaczęły się podania do własnego bramkarza w sytuacjach, które tego nie wymagały, w efekcie Steinbors wybijał rozpaczliwie piłkę w aut. Zabrzanie wytrzymali bez straty gola 12 minut...

Trafnie po meczu podsumował całość Seweryn Gancarczyk: "Polegliśmy z kretesem. Przez 90 minut Legia miała pełną kontrolę. Uniemożliwiała nam granie piłką, a jednocześnie zgarniała dalekie podania" - usłyszałem pod szatnią. Panowanie Legii na murawie było niezagrożone choćby przez minutę. Goście nawet nie emocjonowali się specjalnie kolejnymi bramkami*, które wbijali z łatwością przypominającą łatwość strzelania przez bajtli na placu. Robili swoje i tyle. Momentami wyglądało jakby się z gospodarzami bawili.

Fantastycznie posyłali choćby prostopadłe podania. Do takiego grania trzeba mieć szybkość, refleks, pomyślunek i technikę - legioniści to wszystko w tej chwili mają. Dziś zachwycił mnie Ondrej Duda. Aż niewiarygodne, że w dniu meczu skończył dopiero 20 lat. Jak oni w tej Legii go wypatrzyli?

Niezadowoleni kibice Górnika mówili między sobą, że Górnik nie ma koncepcji. Przepraszam - co właściwie trenerzy KSG mieli dziś jeszcze wymyślić żeby mecz wyglądał inaczej? Gdzie i w jaki sposób zmienić Górnika? Z tyłu? W środku? Z przodu?

PS Jedyna nadzieja w wahaniach formy i nastroju Legii. Wtedy jest szansa, że dostanie bańki jak choćby nie tak dawno w Bielsku-Białej albo w Gliwicach. Jeśli jednak będzie grała jak w Zabrzu - nie wiem kiedy zobaczę następne nad nią zwycięstwo na Górnym Śląsku.

* przy golu zaskoczył mnie jedynie Michał Żyro. Po petardzie, którą wsadził w bramkę Górnika specjalnie przebiegł ponad dwadzieścia metrów żeby kopnąć w słupek zabrzańskiej bramki. To jakiś zwyczaj, jakiś przesąd?

 
1 , 2
Archiwum