czwartek, 27 marca 2008
Płaczkom przypomnę

Wpadam dosłownie tylko na chwilę, ale nie mogłem się powstrzymać...

Dawno temu reprezentacja Polski rozegrała sparing. Po beznadziejnej grze przegrała 0:3.

Zdarzało się, że nasi kadrowicze przegrywali test-mecze w fatalnym stylu, ale szczegóły akurat tej porażki są bardzo smaczne.

Mecz odbył się w Bielsku-Białej. Przeciwnikiem była Polonia Bytom. Bolesne klapsy dostała drużyna Kazimierza Górskiego. Po tym meczu  trener Górski był załamany. Zdarzyło się to 8 sierpnia 1972 roku.

Miesiąc i dwa dni później Polska została mistrzem olimpijskim w piłce nożnej. 

PS. To na razie.

 

piątek, 14 marca 2008
Pele, Garrincha, ja, piłka

”Garrincha zawsze był moim idolem. Starałem się go podglądać, choć graliśmy po przeciwnych stronach boiska. Jego gra to było coś fantastycznego. Po meczu wymieniłem z nim koszulkę. To dopiero było dla mnie przeżycie! Jego koszulkę przechowuję  do dziś” - opowiadał mi z entuzjazmem kilka lat temu Jan Banaś, as Polonii Bytom, Górnika Zabrze i reprezentacji Polski o meczu z 1966 roku. Polska przegrała wówczas na Maracanie z Brazylią 1:2.

Ochoczo potakiwałem panu Banasiowi, bo choć od 23 lat jestem zagorzałym albiceleste, legenda Garrinchy działała na mnie od zawsze. Ostatnio odżyła ze wzmożoną siłą...

Kilka dni temu szwendając się po Katowicach wstąpiłem do księgarni. Nagle zobaczyłem to:

bigrafia garrinchy

Wziąłem do ręki i oniemiałem. Książka wydała mi się niezwykła. Nie tylko dlatego, że erupcja niezwykłych, pysznych, mało znanych czy zupełnie nieznanych historii może u czytelnika wywołać rechot, a zaraz potem wzruszenie, obrzydzenie albo współczucie... Tragiczna historia najbardziej niefrasobliwego piłkarza wszech czasów jest urzekająca, ale mnie równie mocno urzekła pasja i determinacja z jaką autor Ruy Castro (mieszkaniec Rio de Janeiro, rocznik 1948, więc widział popisy Garrinchy) tropi ślady najsłynniejszego skrzydłowego świata. Nie chodzi bynajmniej o to, że autor książki przeprowadził na temat Garrinchy ponad 500 rozmów ze 170 osobami i przeczytał na jego temat gigantyczną ilość materiału, choć to jest już przecież sprawa niecodzienna i godna uznania. Raczej o to, że Castro rozmawiał z ludźmi, którzy znali Garrinchę, z determinacją szalonego dentysty, który w poszukiwaniu próchnicy dowierca się już do kości nieszczęsnego delikwenta, ale śródstopia ... Autor nie daje się zbyć - jest cierpliwy, spokojny, nieustępliwy. Wie, że czasem trzeba porozmawiać poraz trzeci, piąty, dziewiąty, aż wreszcie za szesnastym dowiaduje się tego, co chciał ustalić albo może tylko intuicyjnie to przeczuwał? Ale fan futbolu, który dostaje w prezencie wspaniałą napisaną z wielką wnikliwością książkę, pewnie nawet nie przypuszcza jak bardzo musiał nagimnastykować się autor, żeby zdobyć potrzebne informacje. Castro się tym po prostu się nie chwali. I tak właśnie powinno być: czasem dziennikarze nie rozumieją, że czytelnika nie obchodzi, jakie to on straszne przeżywał niewygody w pełnieniu reporterskiej misji; że podczas zbierania materiału dziewczyna piłkarza zwyzywała go od najgorszych, że dostał stojące miejsce na stadionie, albo że działacze zapomnieli mu przynieść meczowe składy. Czy jakiś murarz żali się gazetom, że majster kazał mu tynkować ścianę obluzowaną kielnią?  

Ale nie o tym, nie o tym... Zawsze byłem wierny zasadzie, że istotą zawodu reporterskiego jest dbałość o szczegóły. Oczywiście pogoń za nimi nie może przesłonić sensu całej opowieści, ale to one uwiarygadniają twoją historię - sprawiają, że ludzie bardziej chcą jej posłuchać. Jednak to, co ze szczegółami wyprawia Castro może przyprawić o zawrót głowy... Przykład: kiedy w dzieciństwie Garrinchę pogryzł Leao, pies ojca i trzeba było zwierzę zabić, matka zawiozła do weterynarza łeb, żeby ten przebadał czy przypadkiem kundel nie miał wścieklizny! Castro ustalił nawet w JAKĄ GAZETĘ była owinięta głowa psa podczas podróży pociągiem. Chcecie wiedzieć? To była gazeta ”A Noite”. A chcecie wiedzieć ile zepsutych, wymagających leczenia zębów miało 33 brazylijskich piłkarzy szerokiej kadry przygotowującej się do mistrzostw świata rozgrywanych w Szwecji w 1958 roku? Castro to sprawdził: 470. 32 z nich trzeba było wyrwać...

(mam nadzieję,że Castro tego wszystkiego nie zmyśla. Ale nawet jak zmyśla - w co nie wierzę - to i tak jestem pod wrażeniem. Kłamstwo piętnowałbym, jednocześnie doceniając. Bo to aż niewiarygodne, ile trzeba by było przy tej historii się namyśleć, żeby wymyślić co zmyślić...)

Najpiękniejsze w opowieści o Garrinchy jest to, że ten zalew szczegółów, faktów, anegdot nie przesłania wcale sprawy najistotniejszej, z powodu której w ogóle powstała ta książka - futbolu. Podkreślam to dobitnie: te 440 stron jest przede wszystkim dla ludzi, którzy mocno interesują się piłką nożną. 

Miałem nie przytaczać zdumiewających epizodów z dziejów brazylijskiego futbolu, z zapartym tchem na pewno przeczytacie je sami. Ale nie mogę się jednak powstrzymać. Ot, anegdotka w kontekście mojego podwórka.

Zawsze wydawało mi się, że śląscy działacze w swoim sprycie, ambicji, twardym dążeniu do celu i jego osiąganiu, są niezrównani. No to się pomyliłem: powinni udać się jednak na szkolenie do Rio... W 1948 roku Botafogo, pierwszy zawodowy klub Garrinchy, wymyślił niecodzienny sposób na rywali. Kiedy Botafogo przegrywało mecz, ówczesny prezes kazał wpuszczać na boisko kundla (znowu pies!) o imieniu Biriba. Biriba wściekle szczekając od razu atakował piłkę. Sędzia i piłkarze gości próbowali go łapać (gracze Botafogo mieli przykazane nic nie robić), ale nie było to łatwe. Mecz był przerywany, przeciwnik nie wiedział co się dzieje, tracił rytm, zapał do gry, rozmach, a Botafogo skrzętnie to wykorzystywało. Ten numer powtarzany był tyle razy, że działacze innych klubów zaczęli się oficjalnie skarżyć. Kiedy jeden z nich zagroził, że otruje psa, prezes kazał jednemu z rezerwowych zawodników zawsze wcześniej skosztować jedzenie z miski Biriby...

Przyznam, że takiego numeru u nas na Śląsku jednak nie było!

Ruy Castro

Garrincha. Samotna gwiazda

przeł. Jacek Matuszak

Wyd. Zysk i S-ka Wydawnictwo

Poznań 2008

PS. Na koniec jednak dodam, że właściwie mam do Ruya Castro żal. To dlatego, że po lekturze jego książki całkowicie legł w gruzach obraz, który powstał w mojej głowie kiedy pacholęciem jeszcze będąc, jednym tchem przeczytałem autobiografię Pelego. 

autobiografia Pelego

Tamta książka miała ogromny wpływ na moje postrzeganie miłości między mężczyzną i kobietą. Pele opisuje w niej cudowne, romantyczne chwile, które jako niespełna 18-letni chłopiec przeżył w Szwecji, podczas pierwszych dla niego mistrzostw świata. ”Jedna z tych prześlicznych jasnowłosych mieszkanek Goeteborga na zawsze pozostała w moich wspomnienach,. Mieliśmy oboje po 17 lat, a to wiek romantycznych uniesień. Chodziliśmy na spacery trzymając się za ręce. Byliśmy nawzajem zafascynowani kolorem naszej skóry. Płakała gdy odjeżdżaliśmy. A mnie roznosiła męska duma na myśl że taka piękna dziewczyna rozpacza, ponieważ ja ją opuszczam. Siedemnaście lat to cudowny wiek!”.

Za bajtla, zaraz po lekturze Pelego, poukładało mi się w głowie, że ja też będę kiedyś tak spacerować z jakąś blondwłosą pięknością, wstydliwie trzymając ją za rękę. Posłucham z nią szelestu trawy, nacieszę się ceglaną czerwienią familoków, popodziwiam tęczę odbijającą się w kropli rosy (u nas też zdarza się tęcza),  a kiedy już się nam znudzi, to opowiem jej o fajnych akcjach z meczu, na którym ostatnio byłem albo o wrażeniach z lektury ostatniego komiksu z Kajkiem i Kokoszem...

Nic z tego: kiedy urosłem, do mojego świata energicznie wkroczyła, głośno stukając obcasami, kobieta mocno rudowłosa. No i pomysł z blondynkami szlag trafił.

A dlaczego ja właściwie dziś o Paniach? Przecież Czadoblog w założeniu miał być typowym szowinistycznym, męskim, świńskim, futbolowym blogiem. Cóż, lektura biografii Garrinchy ostatecznie zdeptała mi wspomnienie świata romantycznych uniesień, do którego zaprosił mnie ponad dwadzieścia lat temu sam Pele. Może i on sobie tam w tej Szwecji spacerował, tiutiając o tiutianiu, ale jak wynika z relacji Ruya Castro, jego starsi kumple z reprezentacyjnej drużyny mieli w głowach zupełnie co innego! Oni z dopiero co poznanymi nordyckimi koleżankami na pewno nie rozmawiali o wpływie Gustawa Adolfa na rozwój sztuki wojennej XVII-wiecznej Europy... Liberalne kierownictwo brazylijskiej ekipy nazwało te przygody (wybaczcie Drogie Czytelniczki) "wymianą oleju". Prawda jest taka, że z książki Castro nasienie bryzga na wszystkie strony... Dlatego kochani ojcowie: jeśli chcecie swoich chłopaczków wciągnąć w świat futbolu, nie deprawując ich jednocześnie, odrzućcie na razie biografię Garrinchy i sięgnijcie raczej po pozycję pod tytułem ”Nikt nie rodzi się mistrzem”. Autor: Władysław Jerzy Engel.

PS 2. To na razie.

czwartek, 13 marca 2008
Manchester pamięta o Górniku

Musiałem przypomnieć o tej chwili. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zdarzyło się, żeby polska drużyna pokonała w rozgrywkach Pucharu Europy klub, który w tej samej edycji zdobył to trofeum. Rodzynek, który dokonał tej sztuki to Górnik Zabrze. Przytrafiło mu się to dokładnie 40 lat temu: 13 marca 1968 roku Górnik wygrał na Stadionie Śląskim 1:0 z Manchesterem United. To był ćwierćfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. "Czerwonym Diabłom" nie pomogli wtedy Bobby Charlton i George Best - bohaterem meczu był Włodzimierz Lubański, który efektownym strzałem zdobył jedynego gola. Ludzie, którzy byli na tym spotkaniu pamiętają przenikliwe zimno, oblodzoną murawę i zwały śniegu wokół boiska. Górnik wygrał, ale właściwie przegrał, bo odpadł. To dlatego, że w pierwszym meczu w Manchesterze, którego bohaterem był bramkarz Hubert Kostka, wygrali gospodarze 2:0.

Ogółem polskie drużyny grały z poźniejszym triumfatorem najważniejszych europejskich rozgrywek pucharowych (wliczając oczywiście Ligę Mistrzów) jeszcze trzy razy:

- w edycji 1969/70 roku Legia odpadła w półfinale z Feyenoordem (0:0, 0:2);

- w edycji 1996/97 Widzew nie dał rady w grupie LM Borussii Dortmund (2:2, 1:2);

- w edycji 1998/99 ŁKS odpadł w eliminacjach z... MU (0:0, 0:2). 

Tamto spotkanie sprzed 40 lat dobrze pamiętają nie tylko w Zabrzu, ale i w Manchesterze. To była przecież jedyna porażka tamtej wspaniałej drużyny w całych rozgrywkach Pucharu Europy sezonu 1967/68 (a chłopcy Busby'ego grali przecież wtedy z nie byle kim - Benficą Lizbona, Realem Madryt, FK Sarajevo i - na przystawkę - z maltańskim Hiberniansem Paola). Angielski klub przygotowuje się zresztą do obchodów okragłej rocznicy tamtego triumfu i ostatnio zwrócił się do Górnika z prośbą o udostępnienie pamiątek sprzed lat.

Mam właśnie przed sobą pachnący jeszcze świeżością zeszłoroczny almanach "Manchester United. The complete record. The most comprehensive book of facts, figures and statistics about Manchester United ever published". Wyobraźcie sobie 1146 stron samych statystyk, liczb, suchych faktów - bez takiego ględzenia jak choćby na Czadoblogu. Autor tej cegły Andrew Endler liczył sobie te wszystkie zestawienia chyba od dziecka! Wygląda mi to na sympatyczną obsesję - myślę, że po obiedzie będzie się Endlerowi odbijać cyframi jeszcze wiele lat... Z jego rachunków wynika, że 13 marca to dzień wyjątkowo szczęśliwy dla MU, a przecież Górnik potrafił jednak przełamać tą passę!

Otóż w całej swej historii Manchester rozegrał tego dnia 18 meczów i tylko trzy z nich przegrał. Ostatni raz - właśnie z Górnikiem (był to mecz nr 2843 w historii MU. Wcześniej "Czerwone Diabły" musiały uznać wyższość Huddersfield w 1926 roku i Charltonu w 1937 roku). Wniosek? Pod żadnym pozorem nie grajcie z MU 13 marca!

Tamten mecz sprzed 40 lat jest dla United niecodzienny także z innego powodu. Z obliczeń Endlera wychodzi, że w całej historii klubu tylko podczas trzech meczów było na trybunach więcej ludzi niż wtedy na Stadionie Sląskim. Rekord należy do meczu Real - MU na Santiago Bernabeu z 1957 roku (135 000 widzów), drugie miejsce ma ten sam zestaw rywali z tym samym miejscem rozegrania spotkania, tyle że 11 lat później (125 000), a trzecią lokatę zajmuje mecz Barcelona - MU z 1994 roku (114 273). Czwarta zaszczytna pozycja przypadła według Endlera spotkaniu Górnik - MU z wynikiem 105 000 widzów (nie do końca jestem jednak przekonany, czy rzeczywiście aż takie tłumy oglądały ten mecz - zdaniem Andrzeja Gowarzewskiego na Śląskim było wtedy ok. 90 0000)

Czy trzeba przypominać, że przełom lat 60. i 70. był szczytowym momentem chwały Górnika? Jego popularność biła wtedy wszelkie rekordy. Kochali go ludzie w całej Polsce; do siedziby klubu przychodziły tysiące listów od fanów i fanek. Obok słów uwielbienia, podziekowań, serdeczności, pojawiała się także "twórczość artystyczna". Przytoczmy dwa przykłady: jeden wierszyk napisany został tuż przed meczem Górnik - MU, drugi - tuż po. Piszący bardzo się starali...

"Trzynastego Górnik wygra 3:0,

Trzynastego Bobby Charlton to zero,

Trzynastego brawa dla Lubańskiego,

Trzynastego co ma Anglia do tego,

Trzynastego, bo ja właśnie dla Włodka śpiewam tak:

Trzynastego wszystko zmienić się może,

Trzynastego wygramy kolego,

Trzynastego Anglia przegra do zera,

Trzynastego niech ich weźmie cholera,

Trzynastego nie damy Górnika,

Trzynastego Polak bije Anglika,

Trzynastego wiem, że przegra Manchester,

Trzynastego, bo ma pecha ten zespół!

PS. Prosimy o szybki odpis, czy piosenka się podobała (To jest bardzo ważne)

Monika i Magda z Lublina

A po meczu mimo niedosytu twórcy nadal byli nastawieni bojowo:

...Lecz taka jest mistrzów dola,

Że zabraknie czasem gola.

Zaczekamy do sezonu,

Puchar Mistrzów bedzie w domu

klasa VII a szkoły podstawowej w Gdańsku-Wrzeszczu

PS. W swoim archiwum mam pamiątkę po tamtym wydarzeniu: starannie wydany, przedmeczowy program. Trzeba przyznać, że organizatorzy się wtedy przyłożyli.

program na mecz Górnik - MU

PS2. Wierszyki pochodzą z wydanego na fali entuzjazmu po występach Górnika w 1968 roku folderu "W pogoni za pucharem".

środa, 12 marca 2008
Zróbcie coś z tym gliwickim kurnikiem

Witam po dłuższej nieobecności:))))

Tak naprawdę mój wyjazd się nieco opóźnił, a że po dniu bezblogowania zaczęły trząść mi się ręce - musiałem oddać się nałogowi... Jako że temat jest w moim przekonaniu ważny i niecierpiący zwłoki - znów pojawia się wpis.

Dziś o Gliwicach.  Zawsze dziwiłem się, jak to możliwe, że tak wspaniałe miasto nigdy nie dorobiło się klubu piłkarskiego w ekstraklasie. Co prawda kiedyś istniała tu znakomita drużyna SpVgg Vorwaerts Rasensport, która wielokrotnie była mistrzem Śląska (w sezonie 1935/36 gliwiczanie dotarli nawet do półfinału mistrzostw Niemiec, eliminując m.in. Werder Brema), a jej piłkarze grali w reprezentacji Seppa Herbergera, ale to czasy tak dawne, że dla obecnych gliwiczan, pasjonujących się piłką mogłoby ich nie być.

Założony w 1945 roku Piast szybko został piłkarską wizytówką miasta, jednocześnie stając się symbolem II ligi, w której ugrzązł na kilkadziesiąt lat. Choć kilka razy ekstraklasa była bardzo blisko Gliwic - nie udało się ani razu, zawsze w samej końcówce był ktoś lepszy. Teraz wydaje się, że wreszcie Piast do tej cholernej ekstraklasy awansuje. Tylko co z tego, skoro może w niej w ogóle nie zagrać?!

Wszystko rozbija się o bazę. Gliwice to bardzo piękne miasto z wyjątkowo obrzydliwym stadionem piłkarskim. Sformułowanie „kurnik" to komplement - współczuję kibicom Piasta, że przez tyle lat ten „kurnik" był ich domem. Jak to możliwe, że w Gliwicach stoi tyle wspaniałych, zapierających dech w piersiach architektonicznych perełek, a stadion pasuje raczej do klubu LZS Wólka Zielona Nakrapiana? Obecny obiekt przy ul. Okrzei w żaden sposób nie spełnia wymogów ekstraklasy. Co prawda ostatnio pojawiły się tam wreszcie jupitery i monitoring, ale nadal brakuje trybuny z zadaszeniem, ogrodzenia, porządnego budynku klubowego. Czyli właściwie wszystkiego.

Władze Ekstraklasy SA kategorycznie zapowiadają, że nie dopuszczą już do rozgrywek klubu niespełniającego standardów. Powtórzenie cyrków, które były udziałem Polonii z sąsiedniego Bytomia nie wydaje się więc możliwe. Właścicielem „stadionu" jest miasto, które wygląda na kompletnie zdezorientowane rozwojem sytuacji. Trwa zastanawianie się: czy pakować pieniądze w remont obiektu przy Okrzei (potrzeba co najmniej 10 mln zł), czy może wybudować całkiem nowy stadion w całkiem innym miejscu?

Nie wiadomo. Nikt z najważniejszych osób w mieście nie umie się określić, a CZAS LECI.

Panowie z magistratu, zróbcie coś! Nie lekceważcie piłkarzy, bo dzięki nim o Gliwicach może usłyszeć cała Polska. Jeśli Piast po 63 latach istnienia wreszcie awansuje do ekstraklasy, a potem nie będzie mógł w niej zagrać - ludzie wam tego nie zapomną!

poniedziałek, 10 marca 2008
Zamykam bloga

... bo wyjazd się szykuje. Po powrocie otworzę go na nowo.

Pozdrawiam wszystkich

PaCz

15:15, pavelczado
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 marca 2008
Futbol bez wślizgów? Bez sensu

Brutalny faul Martina Taylora na Eduardo rozpoczął debatę nie tyle nad zasadnością zaostrzenia kar dla boiskowych brutali, co raczej nad wprowadzeniem całkowitego zakazu stosowania wślizgów w piłce nożnej. Pomysł popiera choćby Marek Citko, jeden z najlepszych polskich piłkarzy lat 90.

Nie zgadzam się. 

Zwolennicy zakazu wślizgów argumentują, że brutalne faule odbierają radość oglądania futbolu. Ale wślizg nie oznacza przecież automatycznie brutalnego faulu, czy... faulu w ogóle! Pójdę jeszcze dalej: moim zdaniem wprowadzenie zakazu wślizgów odebrałoby radość oglądania futbolu w równym stopniu jak brutalna gra! 
Powody dla których tak uważam są dwa.
Pierwszy powód (nie zdziwcie się) - doznania estetyczne
Sytuacja gdy następuje prawidłowo wykonany, elegancki wślizg, po którym rozpędzony napastnik biegnie, ale... już bez piłki, a obrońca podnosi się z murawy z wyłuskaną futbolówką, żeby rozpocząć kontratak, budzi we mnie autentyczny zachwyt. Czuję się w pełni usatysfakcjonowany, moje kibicowskie poczucie estetyki jest całkowicie zapokojone. Uważam, że gra wślizgiem to bardzo trudny element futbolowej sztuki, a perfekcja w jego stosowaniu jest równie godna podziwu, jak smykałka do niekonwencjonalnego dryblingu albo umiejętność zdobywania goli po strzałach z przewrotki! Moim zdaniem udany wślizg może tak samo z wrażenia odebrać dech w piersiach, jak strzał z woleja, zaskakujące podanie piętką czy rajd przez pół boiska.
Drugi powód (ważniejszy) - tempo gry 
Zakaz wślizgów spowoduje nie tylko uboższe doznania estetyczne. Bez nich mecz piłkarski stanie się zwyczajnie gorszy, bo... wolniejszy. Wślizgi zapisały się w historii rozwoju futbolu także dlatego, że wymusiły na piłkarzach szybszą - a nawet znacznie szybszą  - grę. Będący przy piłce zawodnicy musieli się przecież nauczyć jak ją rozgrywać (albo jak się jej pozbywać - to to samo) w tempie nieporównywalnym niż wcześniej. Nikt chyba nie zaprzeczy, że ”szybciej znaczny ciekawiej”; we współczesnym futbolu nie ma już miejsca na kółeczka, albo kilkunastosekundowe rozglądanie się na boki, komu by tu podać...
Nie wyobrażam więc sobie, że moglibyśmy wrócić do epoki ”przedwślizgowej”. Tak, ”przedwślizgowej”, bo wbrew pozorom to przekleństwo napastników wcale nie istniało od zarania futbolowych dziejów. Ba, od kiedy w Polsce kopie się piłkę, wślizg jest u nas stosowany krócej niż dłużej! Ciekawe, że jego pojawienie się na naszych boiskach to zasługa piłkarza ze Śląska. Przyjmuje się, że wślizg pierwszy zastosował w Polsce Stefan Florenski, sławny obrońca Górnika Zabrze. Było to na przełomie lat 50. i 60.
stefan florenski 
Florenski na stałe mieszka w dziś w Niemczech, więc kiedy kilka lat temu przyjechał odwiedzić stare kąty, od razu go o te wślizgi ”zahaczyłem”.  Opowiedział mi, że podpatrzył takie zagranie na jednym z meczów w Austrii. - Olśniło mnie wtedy, że to świetny pomysł, postanowiłem też spróbować. Pierwszy raz zaryzykowałem na Stadionie Śląskim, nie pamiętam, z kim graliśmy.

- Czy arbiter odgwizdał wtedy faul? - spytałem.

Florenski odparł, że nie.- To był jakiś sędzia zagraniczny, który się już wcześniej musiał spotkać z takim zagraniem. W polskiej lidze na początku jednak nie było mi łatwo. Sędziowie często odgwizdywali faule, wybuchła ogólna dyskusja, czy w ogóle pozwolić grać w ten sposób. Zwolennicy podkreślali, że nie ma mowy o faulu, kiedy noga atakuje piłkę. Wkrótce także inni zaczęli stosować wślizgi i nie było tematu - zakończył Florenski.

Jak chyba każdy normalny człowiek interesujący się futbolem, jestem zaciekłym przeciwnikiem brutalnej gry. Doskonale zdaję sobie sprawę jak bardzo paskudne są faule przy okazji zastosowania wślizgu. Istota problemu tkwi jednak nie tyle w samych wślizgach, co nieprawidłowym ich wykonywaniu. Pięta atakującego piłkarza zawsze powinna dotykać murawy, a nie przecinać ze świstem powietrze trzydzieści centymetrów wyżej, tak jak choćby na poniższym zdjęciu.
wślizg Pawła Skrzypka. Atakowany Sebastian Szałachowski
Zbójeckie zagranie, prawda? Chodzi o to, żeby sędziowie egzekowali prawidłowe wykonanie wślizgu z całą surowością - piłkarzy, którzy źle opanowali sztukę bez wahania odsyłali do szatni (z więzieniem to już przesada). Na razie tak nie jest, o pięcie na ziemi już chyba nikt nie pamięta...
PS. Podejrzewam, że gdyby porównać ilość wszystkich wślizgów wykonywanych codziennie przez piłkarzy na treningach i meczach oraz ilość wślizgów, po których ktoś odnosi kontuzję, okazałoby się, że odsetek tych drugich jest zaskakująco niski. Nie zmienia to faktu, że jak jakiś profan wślizgu trafi cię w piszczel, może być po wszystkim... 
 
PS2. Zwolennicy zakazu wślizgów przypominają Marco van Bastena, który jako ofiara wielu brutalnych fauli musiał powiesić buty na kołku w wieku 29 lat. Nietrafiony wybór! Nie sądzę, żeby akurat van Basten miał coś przeciwko wślizgom. Pamiętacie jego fantastycznego gola w przedostatniej minucie półfinałowego meczu Niemcy - Holandia na Euro'88? STRZELIŁ GO WŁAŚNIE WŚLIZGIEM!
Zobaczyć zbaraniałą minę Juergena Kohlera - bezcenne!
piątek, 07 marca 2008
Zupełnie nowe wcielenie Jana Furtoka

Był styczeń 2007 roku. Kiedy dotarła do mnie ta porażająca wiadomość, nakryłem się prześcieradłem i w boleści przeleżałem dwa dni. Otóż w Szwecji przestała ukazywać się w druku “Post Och Inrikes Tidningar”, najstarsza gazeta na świecie, założona w 1645 roku. Jej właściciele postanowili, że będzie można ją przeczytać tylko w Internecie, a trzy egzemplarze dziennika będą drukowane i przechowywane w uniwersyteckiej bibliotece - tak, by tradycja nie umarła.

Los „Post Och Inrikes Tidningar” był dla mnie złowieszczym symbolem nadchodzących czasów, których jako miłośnikowi prasy bardzo trudno byłoby mi zaakceptować. Czy stopniowo gazety miałyby w ogóle przestać się ukazywać?! Czyżby nerwowe przebieranie palcami po klawiaturze miało zastapić niebiański dla ucha szelest powolutku przewracanych stron przy porannej herbacie ? (nie znoszę kawy)

NIE, NIE, NIE - myślałem. Dzień bez gazet to dzień stracony! Czytam je namiętnie od dziecka i nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek mogłoby byc inaczej. Uwielbiałem zagracać swój pokój oprawianymi u intraligotora kolejnymi rocznikami sportowych czasopism. Zawsze chciałem być dziennikarzem pracującym tylko i wyłącznie w gazecie. Marzenie się spełniło, było fajnie. Aż tu nagle przytrafił się ten cholerny Internet...

Monopol gazet na sportowego newsa został bezpowrotnie złamany (wbrew pozorom radio i TV nie są w tym względzie dla prasy konkurencją), sportowy świat znalazł się w zupełnie nowej rzeczywistości... O nie, myślałem z mocą, nigdy nie zdradzę gazety dla Internetu, nigdy!

Co wyszło z tych zapewnień, widzicie sami - czytając choćby ten wpis (na gazetowym papierze przecież go nie będzie). Dzieckiem Internetu jest długo niedoceniany i lekceważony przeze mnie blog. A teraz bloguję sobie błogo i podoba mi się to coraz bardziej. Jakie to fajne podyskutować sobie w komentarzach z własnymi czytelnikami, jakie to fajne poczytać złośliwości dotkniętych do żywego czytelników...

Zalety bloga dostrzegli nie tylko dziennikarze sportowi, nie tylko kibice. Zaczyna się nowa era: korzystają z niego także sami sportowcy i kluby. ”Fajny ten twój blog” - zauważyli kilka dni temu działacze GKS-u Katowice (miło mi), deklarując jednocześnie, że ruszają z podobną inicjatywą. Właśnie dziś zaistniał blog Jana Furtoka, najsławniejszego piłkarza w historii GKS-u, teraz prezesa tego klubu. Zapraszam: znajdziecie go na katowickich stronach portalu gazeta.pl. Winieta bloga wygląda tak:

blog Jana Furtoka

Jeśli są jakieś inne kluby, które też chciałyby założyć bloga - serdecznie zachęcem i proszę o kontakt: pawel.czado@katowice.agora.pl

PS. Jeśli prasy w tradycyjnym rozumieniu tego słowa kiedyś zabraknie, pewnie odetchnie z ulgą moja żona. Nie będzie już musiała patrzeć z obrzydzeniem na potwornie zaśmiecone przeróżnymi gazetami wnętrze mojego samochodu. Ale ona już od dawna wszelkie informacje czerpie z Internetu...

PS 2. Mimo wszystko nadal wierzę w potęgę prasy. Wierzę, że za sto lat mój prawnuk nadal będzie mógł czytać o swojej ukochanej drużynie w papierowej gazecie, że będzie mógł wycinać sobie artykuły, zdjęcia i wklejać je do pamiątkowych zeszytów. Przecież choć istnieje bardzo wygodne DVD, ludzie nadal uwielbiają chodzić do kina...

Ja z całą mocą na jaką mnie stać, składam teraz dwie deklaracje:

- będę pisać do gazety tak długo, jak ktoś zechce drukować moje teksty.

- będę kupować gazety do ostatniego dnia mojego życia.

Albo ich.

 

czwartek, 06 marca 2008
Kłopoty Federera zaczęły się na Śląsku

Na tenisie znam się tak samo, jak na hodowaniu storczyków. Nie zmienia to faktu, że mam w tej dziwacznej i niezrozumiałej grze (dlaczego 15:0, 30:0, a nie 1:0, 2:0?!:-) swojego faworyta. Z zadowoleniem przyjmuję informację, że jeszcze w tym miesiącu nowym liderem światowych rankingów może zostać hiszpański heros Rafael Nadal! Panu Rogerowi Federerowi już dziękujemy - jest na topie od 2 lutego 2004 r. To aż 214 tygodni, ileż można?! 

Mam swoją prywatną teorię, skąd wziął się kryzys Federera. Moim zdaniem to efekt traumatycznych przeżyć z czasów, gdy Szwajcar dopiero rozpoczynał wielką karierę. Do wstrząsu doszło w 1997 roku na kortach Mostostalu Zabrze. Odbył się tam wtedy turniej eliminacyjny drużynowych mistrzostw Europy juniorów. W meczu Szwajcaria - Polska 16-letniemu Federerowi złoił skórę w dwóch setach niejaki Jakub Iłowski reprezentujący Kolejowy Klub Sportowy Bielsko-Biała (było 7:5, 6:2). Przeczuwam, że to właśnie ta bolesna porażka, połączona z przygnębiającym widokiem śląskich hut i kopalń musiała poczynić w psychice Federera znaczne spustoszenia i co pewien czas objawia się słabszymi wynikami;-)

Ciekawe jak czułby się na śląskiej mączce Rafael Nadal? Myślę, że na kortach Baildonu przy ul. Fiołków by sobie nie poradził...  

PS. Po meczu w Zabrzu Federer zdobył dwanaście tytułów wielkoszlemowych. Iłowski wyjechał na studia do USA i ożenił się z Kolumbijką.

PS 2. Trochę bardziej poważnie - gdyby ktoś uparcie twierdził, że Śląsk ma tyle wspólnego z tenisem, co z Morzem Kaspijskim, przypominam na wszelki wypadek parę nazwisk asów reprezentujących nasze kluby: Jadwiga Jędrzejowska, Andrzej Licis, Barbara Kral - Olsza z córką Aleksandrą... Ostatnie perełki to Błażej Koniusz (rocznik 1988) z Chorzowskiego Towarzystwa Tenisowego i jego rówieśnik Grzegorz Panfil z Górnika Bytom - w 2006 roku wygrali Australian Open juniorów. 

 

23:58, pavelczado
Link Komentarze (17) »
środa, 05 marca 2008
Musicie strzelać więcej goli: Towarzysz Stalin nie żyje!

Z okazji wydarzeń sprzed dokładnie 55 lat, przesuńmy na chwilę chronometry i przenieśmy się na inną planetę.

Moskwa, 5 marca 1953 roku: umiera Józef Wissarionowicz Stalin.

stalin

Jakby na chwilę świat stracił dech, jakby przygasło słońce... Na Śląsku jakby poszarzał i tak szary dym z kominów... W Katowicach nikomu z mieszkańców do głowy by nie przyszło, że za chwilę obudzi się w innym mieście.

Dwa dni po śmierci Stalina, w sobotę 7 marca 1953 roku uchwałą Rady Państwa, stolica województwa stanie się Stalinogrodem. Katowicki (a właściwie już stalinogrodzki) "Sport" napisze wtedy: "Na obozie kondycyjnym pływaków Gwardii w Zabrzu zgrupowani są czołowi zawodnicy Polski. Już od pierwszego dnia obozu tematem rozmów jest przemianowanie miasta Katowice na Stalinogród. Wypowiedzi obozowiczów są ciekawe: w słowach Ślązaków przebija duma, iż właśnie ich miasto dostąpiło zaszczytu przemianowania, zawodnicy innych okręgów zazdroszczą swym kolegom ze Śląska".

Trzy dni po śmierci Stalina, w niedzielę 8 marca 1953 roku, z megafonów na katowickim dworcu popłynie już zapowiedź: "Tu stacja Stalinogród".  Nazwa ”Katowice” będzie passé: nie daj Boże głośno ją wymawiać, roztargnieni będą mieć problem. Jakiś konduktor w jakimś tramwaju wyrzuci jakąś kobietę tylko dlatego, że ona poprosi o bilet do ”Katowic”...

Oczywiście miejscowi sportowcy, jak i wszyscy Ślązacy, będą odczuwać z powodu zmiany nazwy stolicy województwa  nie dumę, a złość i zażenowanie. Prawda jest taka, że na Śląsku wszyscy doskonale pamiętali okoliczności wejścia Armii Czerwonej. Jeden z urodzonych przed wojną mieszkańców Katowic opowiadał mi kilka lat temu  o skandalu jaki wybuchł w mieście pod koniec lat 40. Podczas meczu bokserskiego reprezentacji Śląska z ekipą ZSRR (przegraliśmy 4:12) na stadionie katowickiej Pogoni (dziś AWF), 15 tys. kibiców pamiętających pierwszy kontakt z sołdatami na początku 1945 roku, skandowało: "Bierzcie zegarki i rowery, idźcie do jasnej cholery!". Skonsternowani porządkowi nie wiedzieli jak zareagować. Szczęście, że nie skończyło się to zamieszkami. Gdyby to zdarzenie miało miejsce 2-3 lata później, w szczytowej fazie stalinizmu w Polsce - masakra byłaby pewna...

Po śmierci tyrana przez kilkanaście najbliższych miesięcy, komunistyczna propaganda będzie zmuszać śląskich sportowców, żeby wygadywali bzdury na specjalnych wiecach albo akademiach. Zwykłym ludziom będzie wmawiać, że sportowcy na zgrupowaniach nie tylko ciężko trenują, ale szlifują formę wspólną głośną lekturą marksistowskich książek. Będzie się cytować ich pełne patosu deklaracje, choć wielu z nich nigdy tych słów nie wypowiedziało.

Posłuchajcie tego: Zaufanie okazane robotnikom śląskim w związku z przemianowaniem miasta i województwa na Stalinogród obowiązuje także nas, sportowców. Nowe wyniki w sporcie muszą iść w parze z osiągnięciami produkcyjnymi naszych hutników i górników (fragment przemównienia jednej z mistrzyń Polski) . Zaskoczeni miłośnicy sportu zaczną czytać w gazetach, że ”zawodnicy Stali Czechowice są na czele III ligi stalinogrodzkiej”, a ”florecistki Stalinogrodu odniosły sukces w mistrzostwach Polski”.

Pierwsza kolejka piłkarska po śmierci Stalina odbędzie się dziesięć dni później, 15 marca. Na Śląsku najważniejszy mecz odbędzie się w Bytomiu, gdzie miejscowe Ogniwo podejmie Unię Chorzów (pisząc po ludzku, będzie to mecz Polonii z Ruchem). W obecności prawie 20 tysięcy kibicow na bytomskim stadionie odbędzie się uroczysta akademia ku czci zmarłego. Piłkarze, a także członkowie innych sekcji uroczyście przedefilują po murawie, kapitanowie obu drużyn wciągną na maszt flagę państwową, a potem wszyscy wysłuchają przez megafony radiowego przemówienia ówczesnego szefa Głównego Komitetu Kultury Fizycznej - Włodzimierza Reczka (wyjątkowa postać, muszę o nim Wam kiedyś napisać):

”W dniu dzisiejszym rozpoczynamy w całym kraju wiosenno-letni sezon sportowy. Setki boisk napełni się gwarem tysięcy głosów, załopocą na wiosennym wietrze kolorowe flagi zrzeszeń sportowych. Liczne rzesze sportowców zwracają się myślą ku naszym przyjaciołom - sportowcom radzieckim. Przeżyliśmy wraz nimi (...) i z całą postępową ludzkością najboleśniejszą stratę jaka mogła nas dotknąć”.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że po wyłączeniu megafonów, Unia - po bramkach Henryka Bartyli i Gerarda Cieślika - wygra z Ogniwem 2:0.

PS 1. Katowice nie będą wstydzić się długo. Wrócą do swojej historycznej nazwy dzięki potępieniu kultu Stalina w ZSRR. Stanie się to po dojściu do władzy tow. Gomułki. 21 października 1956 roku Miejska Rada Narodowa w Stalinogrodzie przyjmie uchwałę o przywróceniu nazwy Katowice. Nikt z zatwardziałych miejscowych komunistów nie będzie raczej protestował, a gdyby nawet - w centrali będą ważniejsze sprawy. Sejm zatwierdzi decyzję katowickich ”rajców” pięć miesięcy później.

PS 2. Stalin pewnie przewróciłby się w grobie, gdyby zobaczył jak zaledwie nieco ponad rok od jego śmierci, starzy bywalcy katowickiego baru ”Karolinka”, po kryjomu będą świętować sensacyjne mistrzostwo świata drużyny NRF, która w finale pokona sławną drużynę Węgier. Trudno się piwoszom z Karolinki dziwić - wśród chłopców Herbergera będzie przecież ich Rysiek, synek z Dębu...

Po kolejnych trzech latach po śmierci Stalina, nikt już nawet nie pomyśli na Śląsku o ukrywaniu swej radości, kiedy Polska wygra na - oddalonym od Karolinki o przyjemny spacer - Stadionie Śląskim ze Związkiem Radzieckim 2:1, a tłum szczęśliwych śląskich kibiców zniesie z boiska na ramionach Gerarda Cieślika.

PS 3. Na koniec rarytas: wiersz sławnego polskiego poety z 1949 roku. Wyobraźcie sobie, że po śmierci Stalina wydrukowali mu go na stronach sportowych śląskiej prasy. Facet był bardzo zdolny, w tamtych czasach innych utworów cenzura by mu nie puściła... Jeśli chcecie poczuć na chwilę ducha tamtej rzeczywistości, zawołajcie szybko przed komputer wszystkich obecnych w domu członków rodziny. Ustawcie się w półokręgu, splećcie ramiona i jednym głosem RYTMICZNIE, GŁOŚNO zadeklamujcie:

Rewolucja - parowóz dziejów

Chwała jej maszynistom!

Cóż, że wrogie wiatry powieją?

Chwała płonącym iskrom!

Chwała tym, co wśród ognia i mrozu,

jak złom granitowy trwali,

jak wcielona wola i rozum,

jak Stalin

(...)

Potrzebny jest Maszynista,

którym jest On:

towarzysz, wódz, komunista -

Stalin - słowo jak dzwon!

(...)

Tam - bezrobocia, strajki, głód.

Tu - praca. Natchniony traktor.

Tworzy historię zwycięski lud.

Chwała faktom!

(...) 

Rewolucjo! - któż wiatr powstrzyma,

kto ziemie zawróci w biegu?

Rewolucjo! Tablice praw Rzymian

obalamy od Chin po biegun

Rewolucjo! Siedemdziesiąt lat

Stalinowych powiewa na światem.

I rodzi się nowy świat

Świat stary pęka jak atom!

wtorek, 04 marca 2008
1. Brazylia, 2. Śląsk, 3. Grecja, 4. Portugalia, 5. Anglia, 6. Turcja

Już dość napawania się 90.Wielkimi Derbami Śląska, to ostatni wpis na ten temat.  Jako że piłkarskich derbów było w ten weekend na  europejskich boiskach zatrzęsienie (i to nie byle jakich), zastanowiło mnie jak na tle stawki wypadła publika na Stadionie Śląskim. Po lekturze ciekawego tekstu Henryka Góreckiego w katowickim ” Sporcie” zaczęło we mnie narastać przekonanie, że Śląski był w weekend... najbardziej zatłoczonym stadionem świata! 

Prześledźcie poniższe zestawienie:

Ruch Chorzów - Górnik Zabrze - 41 000 widzów

AEK Ateny - Panathinaikos Ateny - 40 869

Sporting Lizbona - Benfica Lizbona - 40 659

West Ham Londyn - Chelsea Londyn - 34 969

Besiktas Stambuł - Galatasaray Stambuł - 30 000

FC Porto - Boavista Porto - 20 000

FC Zurych - Grasshoppers Zurych - 14 400

(nie liczymy derbów Belgradu, bo mecz Crvena Zvezda - Partizan  odbył się bez udziału publiczności - kara za wcześniejsze ekscesy. Przyznać trzeba, że one mogłyby WDŚ przebić)

W radosnym uniesieniu postanowiłem sprawdzić, czy przez przypadek nie odbyły się w ten weekend jakieś ważne derby w Ameryce Południowej. No i odbyły się... Derby Sao Paulo czyli mecz Corinthians kontra Palmeiras zgromadziły na Morumbi  ok. 50 tysięcy ludzi....

Tym sposobem Śląski spadł na drugą pozycję. Ale co tam: najważniejsze, że jest pudło!

PS. A może druga pozycja też się nie należy? Może gdzieś w Chinach, Indenezji albo Nigerii odbyło się w weekend jakieś niesamowite derbowe meczysko z gorącym, stutysięcznym tłumem w tle? Jeśli coś wiecie - dajcie znać.

 
1 , 2
Archiwum