wtorek, 31 marca 2009
Pantery: nowa siła futbolu

Po potwornym rozczarowaniu na rodzimym poletku czas zająć się czymś przyjemnym i budującym. Czadoblog proponuje jako odtrutkę piłkę afrykańską, bo tak się składa, że w tamtym regionie rozpoczęły się właśnie eliminacje do mistrzostw świata.

Gabon przeciętnemu kibicowi za bardzo się dotąd nie kojarzył. Mógł wiedzieć:

- że Erwin Wilczek, wielka gwiazda Górnika Zabrze z lat 60., jest współautorem szczytowego osiągnięcia futbolu gabońskiego. Przez cztery lata pracował  jako trener w klubie AS Sogara Port Gentil i doprowadził ten zespół m.in. do finału afrykańskiej wersji Pucharu Zdobywców Pucharów. Tak jak finał Górnika z 1970 roku jest do dziś największym sukcesem polskiej piłki klubowej, tak finał AS Sogara z 1987 roku kibice z ludu Omyéne pieszczą we wspomnieniach jako największy hit wszech czasów;

- że gaboński napastnik Chiva Nzigou, ksywa ”Gwiazda”, jest właścicielem nietypowego rekordu. To najmłodszy piłkarz, który kiedykolwiek zagrał w turnieju finałowym Pucharu Narodów Afryki (miał wtedy 16 lat, 2 miesiące i 30 dni. A w reprezentacji zadebiutował jeszcze wcześniej: w czerwcu 1999 roku podczas meczu z Mauritiusem miał  15 lat, 7 miesięcy i 28 dni. Ściągnęli go skauci Nantes, ale jednak wielkiej kariery nie zrobił. Dziś ma 25 lat, 5 miesięcy, 5 dni i nic już z tego nie wynika;

- że Franciszek Smuda w 2002 roku miał dostać propozycję objęcia reprezentacji Gabonu. Ale do tej informacji podchodzę z wyjątkową rezerwą (aż mnie opuszki świerzbią, żeby opisać pewien kontakt smudowo-afrykański, ale dałem słowo, że tego nie zrobię, więc się wstrzymam).

Fakt, że to już wszystko co polski kibic mógłby wiedzieć o tamtejszej piłce nie może dziwić. Gabońskie ”Pantery” (taki przydomek nosi tamtejsza reprezentacja) nigdy nie zdobyły mistrzostwa Afryki, ba - ich największym sukcesem  było załapanie się do ćwierćfinału w 1996 roku. Udział w finałach mistrzostw świata to oczywiście wielkie niespełnione marzenie ”Panter”. Jak sprawdzicie zestawienie największych piłkarskich sław Gabonu XX wieku to przyznacie, że nigdy o nich nie słyszeliście...

Cóż, piłkarze Gabonu nie robili dotychczas furory w zagranicznych klubach, choć można było ich spotkać w zaskakujących miejscach (defensywny pomocnik Pierre Aubameyang znany bardziej jako „Yaya” zaliczył epizod nawet w Kolumbii, w klubie Junior Barranquila). Jest to o tyle dziwne, że kasa na rozwój futbolu powinna się była już dawno w Gabonie znaleźć: to jeden z najbogatszych krajów afrykańskich, mających wielkie bogactwa naturalne (zwłaszcza mangan) o relatywnie przyzwoitym standardzie życia. W latach 90. na tysiąc obywateli przypadało tam 37 telewizorów (teraz na pewno więcej). A Erwin Wilczek zarabiał tam ponoć najlepsze pieniądze w życiu (co dla działaczy Górnika z lat 60. jest pewnie dość zawstydzającą informacją)...

Ale dlaczego Czadoblog pisze o Gabonie? Bo ”Pantery” sprawiły właśnie wielką niespodziankę, a i słowo ”sensacja” nie będzie przesadzone! W Casablance, w obecności 70 tysięcy zaszokowanych kibiców, podopieczni francuskiego trenera Alaina Giresse'a (pamiętacie go z boiska?) wygrali 2:1 z Marokiem (tu zobaczycie skrót)! Maroko to jakby Niemcy Afryki -  w elim. MŚ to była pierwsza na własnym terenie porażka Marokańczyków od 1981 roku! W ostatnich trzydziestu latach Gabończycy najczęściej dostawali od Maroka regularne bańki (ostatnio w 2006 roku w towarzyskim meczu w Rabacie było 6:0)*.   

Najbardziej znanym dziś piłkarzem Gabonu jest Daniel Cousin z Hull, ale on akurat  w Casablance nie zagrał. Na kogo warto zwrócić uwagę, kogo warto zapamiętać?

Pod nieobecność Cousina gole zdobywali niespełna 19-letni Pierre-Emerick Aubameyang i niespełna 23-letni Roguy Méyé. Ten pierwszy to najlepszy strzelec Dijon z francuskiej drugiej ligi (7 goli), a przy okazji brat bardziej znanego Willy'ego i mniej znanego Cataliny. Wszyscy to synowie wspomnianiego Yayi, który szukał szczęścia w Kolumbii. Przeszli oni przez szkółkę Milanu, którego „Yaya ”jest skautem. Z kolei niespełna 23-letni Roguy Méyé to były mistrz Węgier, w tym roku podpisał kontrakt z Ankarasporem. Centralną postacią obrony jest grający w II-ligowym Angers** Bruno Ecuélé Manga, którego francuska prasa nazywa  „wschodzącą gwiazdą futbolu gabońskiego”. Wiele do powiedzenia mają przedstawiciele dawnej, bardzo dobrej gabońskiej drużyny juniorów, która w 2003 roku uczestniczyła w mistrzostwach świata: bramkarz Didier Ovono, lewy obrońca Georges Ambourouet, ofensywny pomocnik Stéphane Nguéma albo napastnik Fabrice Do Marcolino. Przynależność klubową znajdziecie tutaj.

Oto bohaterowie z Casablanki:

Maroko - Gabon 1:2 (0:2)

Bramki: P.Aubameyang (34.), 0:2 Méyé (45.), 1:2 El Hamdaoui (84.)

Gabon: Ovono - Ambourouet (89. Ngouema), Manga, Akouassaga, Moundonga - Nguéma (68. Achy), Djissikadie, Mbanangoye, Kessany - Méyé, P. Aubameyang (84. Marcolino).

Co jeszcze można dodać? Chyba tylko to, że dalsza rywalizacja w grupie A zapowiada się pasjonująco. W drugim meczu Kamerun przegrał z Togo 0:1. Awansuje tylko zwycięzca. Już nie mogę doczekać się drugiej kolejki spotkań!

PS zwycięstwo ”Panter” w Maroku zadedykowano Edith Lucie Bongo Ondimbie. To małżonka prezydenta Gabonu Omara Bongo i jednocześnie córka prezydenta Konga Denisa Sassou Nguesso. Pani Bongo Ondimba zmarła dwa tygodnie temu, właśnie podczas pobytu w Maroku.

Przy okazji słówko o jej mężu, aktualnym rekordziście Afryki w rządzeniu: facet jest prezydentem Gabonu już od 1967 roku!

*info dla bardzo dociekliwych - tak, wiem, że Gabon zdołał wygrać już na wyjeździe z Marokiem 2:0 (w eliminacjach CAN 2002), ale wspominanie o tym w notce nie pasowało mi do koncepcji:-)

** W Angers warto wpaść nie tylko na stadion. Książęta andegaweńscy wybudowali tam sobie czarne zamczysko, które zapiera dech w piersiach... Byłem, polecam!

poniedziałek, 30 marca 2009
Zestaw

Alfio Basile. Carlos Bianchi. Didier Deschamps. Gerard Houllier. Javier Irureta. Kevin Keegan. Roberto Mancini. Piotr Nowak. Daniel Pasarella. Frank Rijkaard. Luiz Felipe Scolari. Ryszard Tarasiewicz. Jean Tigana. Terry Venables. Dino Zoff. 

16:59, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (26) »
sobota, 28 marca 2009
Świat po Leo Beenhakkerze

Trzeba zacząć się zastanawiać jaki będzie. Chyba nikt już nie ma złudzeń, że reprezentacja Polski zdoła jeszcze wywalczyć awans na mundial 2010. Podziw za trenerski warsztat, szacunek za doświadczenie, wdzięczność za kilka pięknych chwil muszą w tej chwili zejść na drugi, już nieistotny plan.  

Po fatalnych w wykonaniu Polaków mistrzostwach Europy byłem za tym, żeby Holender został. Wygląda na to, że ci, którzy chcieli jego odejścia już wtedy, mieli jednak rację. Po dzisiejszym meczu w Belfaście jestem za tym, żeby oddać reprezentację komuś innemu. I to nie dlatego, że Leo sygnuje jedną z najbardziej zawstydzających klęsk polskiej piłki ostatnich lat. Okoliczności - oślepiające słońce, kępka trawy albo tąpnięcie w pobliskiej kopalni - nie mają tu nic do rzeczy. Styl gry (choć dziś rzeczywiście fatalny) - także. Uważam tak przede wszystkim dlatego, że Polska to na tyle silny piłkarsko kraj, że każdy brak awansu do finałów piłkarskich mistrzostw Europy albo świata powinien kończyć się dymisją selekcjonera. Kimkolwiek by nie był - Leo Beenhakkerem, Januszem Wójcikiem, Antonim Piechniczkiem, Zbigniewem Bońkiem, Pawłem Janasem, Guusem Hiddinkiem albo i Aleksem Fergusonem. Taka dymisja nie powinna być odbierana w kategoriach emocjonalnych, każdy nowo zatrudniany trener już na początku powinien wiedzieć, kiedy straci świetnie płatną i chyba najbardziej pożądaną w Polsce posadę. Wtedy, gdy nie awansuje.

Czy Beenhakker powinien odejść już teraz, żeby dać trochę czasu na rozeznanie nowemu selekcjonerowi, czy dopiero na koniec nieudanych eliminacji? To rzeczywiście problem i trzeba go rozwiązać jak najszybciej. 

PS Inna sprawa, że skoro tyle wymagamy od siebie, powinniśmy także wymagać od innych. Gdyby mecz o takiej randze, na tak fatalnie przygotowanej murawie odbył się w Polsce, obwieścilibyśmy hańbę narodową na całą Europę. Uważam, że Irlandczycy powinni się nie tylko cieszyć, ale i wstydzić.

piątek, 27 marca 2009
NIR Top 10 (cz.II)

mural w Belfaście 

Ciąg dalszy północnoirlandzkiej listy przebojów czyli największych futbolowych zwycięstw najbliższego rywala reprezentacji Polski - Ulsteru. Poznaliśmy już przeboje z miejsc X-VI, teraz czas na hity z lokat V-I.

Na miejscu piątym:

zwycięstwo z Włochami w 1958 roku. 2:1 w Belfaście. Eliminacje mistrzostw świata. ”Splendid isolation” - to hasło obowiązywało w północnoirlandzkim futbolu reprezentacyjnym aż do 1952 roku! Przez 70 lat Irlandczycy grali tylko na Wyspach, dopiero 179 kolejne spotkanie Ulster rozegrał na Kontynencie (w Paryżu z Francją przegrał 1:3). Pięć lat później kontynentalnymi rywalami nr 2 i nr 3 byli Portugalczycy i Włosi, a stawka niebagatelna - udział w finałach mistrzostw świata, w których Irlandia Północna nigdy wcześniej nie uczestniczyła.

Irlandczycy spisali się znakomicie i wygrali grupę. Do historii przeszedł zwłaszcza ich mecz z Włochami w Belfaście, a właściwie... dwa mecze z Włochami w Belfaście. W pierwszym terminie, 4 grudnia 1957 roku obie drużyny wyszły na boisko, ale z powodu mgły nie doleciał na mecz...arbiter - sławny węgierski sędzia Istvan Zsolt. Spotkanie ostatecznie się odbyło, choć ustalono, że będą to tylko jako zawody towarzyskie. Poprowadził je miejscowy sędzia. Padł remis 2:2.

Drugie podejście, już z Zsoltem, nastąpiło 15 stycznia 1958 roku. Gospodarze po golach Jimmmy'ego McIlroya i Wilbura Cusha prowadzili do przerwy 2:0, Włochów stać było jedynie na honorowego gola. A właściwie „Włocho-Urugwajczyków”; skład azzurich wzmocnili dwaj naturalizowani gracze Juan Schiaffino i Alcide Ghiggia - gwiazdorzy z mistrzostw świata w 1950 roku, strzelcy goli w finale. Oriundi nie pomogli, a Ghiggia w dodatku wyleciał w II połowie z boiska. Przy okazji był to ostatni mecz Schiaffino w jakiejkolwiek reprezentacji. 

Na miejscu czwartym:

zwycięstwa z Czechosłowacją w 1958 roku. 1:0 w Halmstad i 3:1 w Malmö. Finały mistrzostw świata. Debiut NIR w MŚ był niezwykle udany: zwycięstwo z silnymi rywalami po świetnie rozegranym rzucie rożnym i golu Cusha. Potem był fantastyczny zremisowany 2:2 mecz z NRF-em (bohaterskie obrony bramkarza Harry'ego Gregga, który spisywał się niczym Jan Tomaszewski na Wembley) i wyraźna porażka z Argentyną. Kiedy runda grupowa zakończyła się wyszło, że Ulster zdobył tyle samo punktów, co Czechosłowacy. Stosunek bramek nie miał wtedy znaczenia (na szczęście, bo Irlandczycy mieli gorszy), więc zarządzono baraż.

Po regulaminowym czasie gry dodatkowego meczu było 1:1, znakomite spotkanie rozegrał zwłaszcza kapitan Danny Blanchflower, który przyćmił mózg rywali Josefa Masopusta z Dukli Praga. Zarządzono dogrywkę: w 99 minucie najważniejszego gola w reprezentacyjnej karierze zdobył strzałem z woleja skrzydłowy Peter McParland. Irlandia awansowała do ćwierćfinału!

Na miejscu trzecim:

zwycięstwa z Anglią w 1957 roku i w 1972 roku. 3:2 i 1:0 - oba na Wembley. To największa przyjemność, duma i chwała jaka może spotkać Irlandczyka. Ulster był trzecią ekipą, która dołożyła dumnym synom Albionu w ich świątyni (po Węgrach i Szkotach).

W drugim meczu bohaterem był rewelacyjny w bramce Pat Jennings, który pokazał co znaczy bramkarski kunszt swemu vis-à-vis Peterowi Shiltonowi. Jedynego gola zdobył stoper Terry Neill, któy uczcił pięćdziesiąty mecz w kadrze.  

Przy okazji warto nadmienić, że z Anglią związany jest jeden istotny epizod w historii północnoirlandzkiego futbolu. W 1934 roku właśnie przeciw Anglikom Ulsterczycy pierwszy raz wystąpili w zielonych koszulkach. Wcześniej grali w niebieskich, ale postanowili je zmienić, bo zbytnio zlewały się z granatowymi Szkotami.

Na miejscu drugim:

zwycięstwa nad RFN w 1982 i 1983 roku. 1:0 w Belfaście i 1:0 w Hamburgu. Eliminacje mistrzostw Europy. Ekipa najstarszego Pata Jenningsa i najmłodszego Normana Whiteside'a dokonała historycznego wyczynu. W listopadzie 1983 roku na Volksparkstadion po raz pierwszy w historii Republika Federalna Niemiec przegrała na własnym terenie mecz eliminacyjny! Jedynego gola zdobył Whiteside - wydawało się wtedy, że gracz MU na długie lata zostanie gwiazdą światowego formatu. Tymczasem ostatni reprezentacyjny występ zaliczył zanim skończył 25 lat!

Ale tak to z Niemcami jest, że nawet jak wygrasz z nimi dwa razy, to ostatecznie... i tak przegrasz. Na Euro'84 awansowali oczywiście podopieczni Seppa Derwalla, którzy wyprzedzili gubiących punkty w innych meczach Irlandczyków dosłownie o włos. Po ostatnim meczu RFN i NIR miały tyle samo punktów, ale ci pierwsi mieli lepszy bilans bramkowy. O tym, że Rummenigge i spółka prześcignęli Ulsterczyków zdecydował ostatni mecz Niemców z Albańczykami. Gospodarze musieli wygrać, ale to Albania pierwsza strzeliła gola. 11 minut przed końcem obrońca Gerhard Strack ustalił wynik na 2:1... 

I wreszcie hit zestawienia:

zwycięstwo z Hiszpanią 1:0 w 1982 roku. Turniej finałowy MŚ. Wygrać z gospodarzem mundialu i jednocześnie awansować do ćwierćfinału - bezcenne. Niektórzy dopatrują się elementów nieczystej rywalizacji: obie drużyny znały wynik wcześniejszego meczu Jugosławia - Honduras i wiedziały, że taki wynik je urządza. Ale ja nie wierzę w machlojki: gol dla Irlandczyków padł w 48 minucie (Gerry Armstrong), a gdyby padł jeszcze jeden - Hiszpania wyleciałaby w kosmos. No i obrońca Mal Doherty musiałby pół godziny przed końcem specjalnie dostać czerwoną kartkę. Myślisz airborell, że kosy z tego filmiku są udawane? Ty pewnie zwrócisz uwagę na zagranie Arconady przy straconej bramce;-)  

Jeśli już piszę o bojach z Hiszpanami to ku przestrodze wspomnę jeszcze hat-trick Davida Healy'ego. 2:3 w Belfaście w 2006 roku było jedną z dwóch porażek Hiszpanów w drodze po zeszłoroczne mistrzostwo Europy. W Belfaście przegrali choć w ataku grał przecież tercet Torres - Villa - Raul... 

                                              %

Czadoblog chciałby w tym miejscu napisać, że widział na własne oczy przynajmniej jeden mecz ze stworzonej przez siebie listy i wtedy ten spis mógłby wydawać się bardziej wiarygodny. Niestety: wszystko pokrzyżowała Mama przyszłego Czadobloga, która z wielką starannością egzekwowała pory snu. Mecz NIR - ESP A.D.'82 zaczynał się w telewizji o paskudnej porze czyli o godz.21. Czasami udało mu się wynegocjować pierwszą połowę wieczornego meczu hiszpańskiego mundialu, ale nie tym razem. Mecz w ocenie rodziców nie zapowiadał się na taki, którego nie można by przeboleć - w efekcie przyszły Czadoblog został kategorycznie wydelegowany do sypialni i musiał się dostosować...

W związku z tym macie jasność: lista NIR Top Ten jest ssana z palucha i możecie zrobić sobie lepszą, swoją własną:-)

Czego sobie można sobie życzyć przed meczem z Irlandią? Żeby w sobotę Polska nie awansowała z drugiej piątki NIR Top Ten do pierwszej piątki. Ale nie sądzę, żeby tak się stało. Najpewniej wygramy.

Fantastyczny Stadion Narodowy! (video)

Mirosław Drzewiecki, minister sportu wizytował dziś Stadion Śląski. Porozglądał się, pospacerował, zobaczył także videowizualizację Śląskiego, która zrobiła na wszystkich obecnych duże wrażenie. Pomyślałem, że będą ją chcieli zobaczyć także czytelnicy ”Gazety” i Czadobloga. Udało się: dostałem egzemplarz płytki od Marcina Stolarza, dyrektora Biura ds. Przygotowania EURO w województwie śląskim.

Jeśli chcecie zobaczyć jak Stadion Śląski będzie wyglądać w 2011 roku - musicie wejść tutaj. Jest FANTASTYCZNY!* 

”Czy Czadoblog upadł na głowę?” - zapytają w tym momencie co bardziej nerwowi Czytelnicy spoza Śląska. - ”Dlaczego Stadion Śląski określa mianem Narodowego?!” 

Oczywiście Stadion Śląski będzie Stadionem Śląskim do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Ale przypominam o mało pamiętanym fakcie: w marcu 1997 roku na Walnym Zgromadzeniu Polskiego Związku Piłki Nożnej zdecydowano, że Stadion Śląski będzie odtąd Stadionem Narodowym.

Nic mi nie wiadomo o tym, żeby kiedykolwiek odebrano mu ten status, więc używanie tej nazwy w stosunku do chorzowskiego giganta polega na prawdzie. Wynika z tego, że kiedy w Warszawie wybudowany zostanie Stadion Narodowy, będziemy wtedy po prostu dysponować dwoma Stadionami Narodowymi. Górny Śląsk chętnie podzieli się ze stolicą...

*Film pochodzi ze zbiorów Urzędu Marszałkowskiego

Brawa dla Ruchu za Puchar Ekstraklasy

Nie wiem kto odpowiada za złe zmiany i w konsekwencji za walkower w meczu Ruchu ze Śląskiem, ale kiedy się dowiem, pierwszy pobiegnę do niego z gratulacjami.

Mam nadzieję, że ktoś w chorzowskim klubie specjalnie źle przeprowadził te zmiany, bo zorientował się, że "niebiescy" mogą niestety awansować do półfinału tego nieszczęsnego Pucharu Ogórka i Marchewki. Fajnie byłoby jeszcze, gdyby w rewanżowym meczu innego ćwierćfinału "rozgrywek" po sześć zmian (w tym dwie powrotne) przeprowadziły Odra Wodzisław i Piast Gliwice. Pojawiłaby się malutka iskierka nadziei, że obrażeni organizatorzy wykluczyliby oba zespoły natychmiast. Tym sposobem Pucharem Ogórka i Marchewki nie musielibyśmy się już na Górnym Śląsku katować. Szkoda prądu na rozpalenie jupiterów i tyle. Bo to tylko u nas może się dziać: zamiast dbać o prestiż niedoinwestowanego Pucharu Polski (choć ostatnio poprawiło się pod tym względem) cudujemy z pseudo-rozgrywkami, które prawie wszyscy mają tam, właśnie tam...

Na koniec nieśmiała prośba do Ruchu: fajnie wyszło z tymi zmianami we Wrocławiu, ale przypadkiem nie wywińcie Panowie jakiegoś naruszającego regulamin numeru w ćwierćfinale Pucharu Polski. Warto sobie przecież uzmysłowić, że jeśli wszystko szczęśliwie się dla "niebieskich" ułoży to od startu w Pucharze UEFA dzieli Ruch tylko jeden udany mecz! My tu na Górnym Śląsku czekamy na poważne europejskie puchary - niewiarygodnie to smutne, ale prawdziwe - już sześć lat...

Natomiast Pucharowi Ogórka i Marchewki serdecznie już dziękujemy i nie prosimy o jeszcze.

czwartek, 26 marca 2009
Gazeta rozmnaża szalikowców

Szalikowcem można zostać w najbardziej niecodziennych okolicznościach. Mnie zdarzyło się to wczesnym rankiem 20 listopada 2007 roku w Belfaście. Do zdarzenia doszło na George Best Belfast City Airport. Wchodzących na główną halę odpraw witała uśmiechnięta grupa młodych ludzi i każdemu wręczała szalik. Okazało się, że byłem tamtego ranka jedynym człowiekiem na lotnisku, który nie wylatywał do Hiszpanii na wyjazdowy mecz Irlandii Północnej w eliminacjach mistrzostw Europy. Przed meczem trochę irlandzkim kibicom zazdrościłem: spotkanie zaplanowano na Wyspach Kanaryjskich. Ale po meczu już nie, bo okazało się, że przegrali 0:1. Nie zmienia to faktu, że szalika oczywiście nie odmówiłem. Szybko okazało się, że jest to  rodzaj promocji... miejscowej gazety.

Bo z jednej strony szalik wygląda tak: 

północnoirlandzki szaliczek soczyście zieloniutki

A z drugiej tak:

szaliczkowa reklama dziennika z Belfastu

Akcja przyniosła wtedy efekt, wszyscy Irlandczycy łazili w tych szalikach. Tym sposobem zostało udowodnione, że można połączyć ogień i wodę;-) 

środa, 25 marca 2009
NIR Top 10 (cz.I)

Giant's Causeway 

Jeśli są w Polsce jacyś kibice, którzy myślą, że najbliższy sobotni mecz biało-czerwonych w Belfaście będzie spacerkiem, bo gospodarze są leszczami, bo ostatnio było tam 3:0, bo ich największa gwiazda to notoryczny rezerwowy, to Czadoblog dedykuje im ułożoną przez siebie subiektywną listę ulsterskich przebojów, czyli zestaw najwspanialszych futbolowych zwycięstw Irlandczyków z północy na przestrzeni dziejów. Owszem, gospodarze personalnie są obecnie mocno rozbici, ale coś mi się wydaje, że i tak nie będzie to łatwy mecz dla Polaków, a ewentualna porażka (tfu, tfu, odpukać) mogłaby stać się symbolicznym końcem kariery Leo Beenhakkera...

Ladies and Gentlemen! Dziś część pierwsza czyli propozycje od miejsca dziesiątego do szóstego.

I tak, na miejscu dziesiątym:

zwycięstwo z Cyprem w 1971 roku. 5:0 w Belfaście. Mecz eliminacji do mistrzostw Europy. Lista Czadobloga rozpoczyna się łagodnie i nie imponująco. Ale północni Irlandczycy pamiętają właśnie tamto spotkanie. Wszystko ze względu na swego najlepszego zawodnika wszech czasów czyli George'a Besta. Zabrzmi to dziwnie, ale reprezentacyjny bilans piątego Beatlesa nie jest zbyt imponujący, duuuużo bardziej udzielał się w MU. W ulsterskiej kadrze Best grał wprawdzie aż 13 lat (1964-77), ale w tym okresie zaliczył tylko 37 występów i zaledwie 7 goli. Właśnie w meczu z Cyprem Best zaliczył jedynego reprezentacyjnego hat-tricka. Wtedy nikt nawet nie mógł przypuszczać, że gole wbite Cyprowi były ostatnimi, które Best strzelił dla ojczyzny. A miał wtedy zaledwie 25 lat!

Na miejscu dziewiątym:

zwycięstwo ze Szwecją w 1974 roku. 2:0 w Solnie. Mecz eliminacji do mistrzostw Europy. W dokładnie tych samych czasach kiedy cały świat mówił z zapartym tchem o wspaniałej drużynie Kazimierza Górskiego, Ulsterczycy dorobili się naprawdę mocnej drużyny, o której nikt już dziś nie pamięta, bo przecież to ulsterskie teamy z lat 50. i 80. przeszły do historii światowego futbolu. W elim. do ME piłkarze z Irlandii Północnej zagrali w grupie z trudnymi przeciwnikami Polaków z niemieckich finałów  - Szwecją i Jugosławią. Z oboma potrafili wygrać, a ze Szwecją nawet na wyjeździe (choć u siebie przegrali). Wyprzedzili Skandynawów w tabeli, choć grupę ostatecznie wygrała Jugosławia, która zorganizowała potem turniej finałowy.

Na miejscu ósmym:

zwycięstwa z Polską w 1962 roku. 2:0 na Stadionie Śląskim i 2:0 w Belfaście. Eliminacje Pucharu Narodów (późniejszych mistrzostw Europy). Irlandczykom poszło lekko, łatwo i przyjemnie, zwycięstwo w Chorzowie ustawiło rywalizację (obowiązywał system pucharowy). W Belfaście jednego z goli strzelił Billy Bingham, najlepszy szkoleniowiec reprezentacji Irlandii Płn w dziejach (w dwóch podejściach pełnił funkcję aż 17 lat!). Mecz na Śląskim był w ogóle pierwszym spotkaniem Ulsterczyków w ramach mistrzostw Europy, ale i jednocześnie ostatnim dla słynnego Danny'ego Blanchflowera, pomocnika Tottenhamu, najlepszego piłkarza Irlandii Północnej do czasów Besta. Po wyeliminowaniu Polaków Irlandczycy w II rundzie spotkali się z supermocną Hiszpanią (Gento, Suarez, del Sol, Amancio). Najpierw 1:1 zremisowali w Bilbao, a potem po twardej walce ulegli 0:1 w Belfaście. Hiszpanie pomaszerwali potem do samego finału zdobywając mistrzostwo Europy (następni w kolejce Irlandczycy z południa zostali przez nich rozbici w ćwierćfinale 5:1 i 2:0).

Na miejscu siódmym:

zwycięstwo nad Walią 1930 roku. 7:0 w Belfaście. Zwycięstwa nad sąsiadami smakują wyjątkowo. Meczów z Walijczykami nie można nazwać Wielkimi Derbami Ślą..., sorry, Wielkiej Brytanii, ale już Brytyjskim Klasykiem - jak najbardziej. To właśnie Walia byli pierwszą w historii reprezentacją, którą pokonała wspólna jeszcze do 1921 roku kadra całej Zielonej Wyspy. Nie udało się dokonać tej sztuki w pierwszych piętnastu meczach Irlandii, powiodła się  dopiero za szesnastym podejściem. 13 marca 1887 roku gospodarze ograli Walię 4:1.

Ale nie o tym meczu miało być w tym miejscu, nie o tym! Rekordowe 7:0 z 1930 roku to wyjątkowy powód do dumy zwłaszcza dla jednego piłkarza - Joe Bambricka, ówczesnego gwiazdora Linfieldu Belfast. Świetnie grający głową i niezwykle skuteczny napastnik (94 bramki w sezonie 1929/30!) strzelił wtedy Walijczykom aż sześć goli! Wkrótce za 2500 funtów kupiła go Chelsea, sam szczęściarz zarobił na transferze aż 750 funtów. Strzelecki rekord Bambricka z meczu przeciw Walijczykom jest niepobity do dziś. Rozmiary zwycięstwa również.

Na miejscu szóstym:

zwycięstwo nad Szkocją w 1934 roku. 2:1 w Belfaście. Czy macie coś czego nigdy nie byliście w stanie osiągnąć, choćby nie wiem jak byście się starali? Zeskoczyć z huśtawki dalej niż Maroń, sprawić, żeby na Wasz widok uśmiechała się Olga z I c, albo wygrać wreszcie w balę z Pochałem i jego kumplami z klasy? Dla Irlandczyków dokładnie kimś takim ”nieprzeskakiwalnym” byli bracia Szkoci. Szkocja dla Irlandii była tym, czym nadal dla Polski są w futbolu Niemcy. Bilans irlandzko-szkocki po pierwszych dziesięciu meczach? Proszę bardzo: 0:5, 2:8, 2:7, 1:4, 2:10, 0:7, 1:4, 1:2 (wow!), 2:3 (wow!), 1:6. Potem nie było lepiej - zdarzało się 1:9 albo nawet 0:11... Ale 20 pażdziernika 1934 roku cały Ulster mógł wreszcie dumnie unieść głowę! Mecz na Windsor Park zaczął się jak zwykle: do przerwy 0:1, a do tego kontuzjowanego Elishę Scotta, sławnego bramkarza Liverpoolu jeszcze w pierwszej połowie musiał zastąpić między słupkami północnoirlandzkiej bramki obrońca MU Walter McMillen. Nikt nie spodziewał się wtedy, że grający w dziesiątkę gospodarze (zmian nie było) zdołają się poderwać i w samej końcówce strzelą dwa gole! Kiedy tuż przed końcem napastnik John Coulter z Evertonu posłał piłkę do siatki po brawurowej akcji Joe Gowdy'ego tysiące kapeluszy uradowanych kibiców wystrzeliły w górę ...

Ciąg dalszy wkrótce. Przytoczone zwycięstwa z pozycji X-V to małe miśki w porównaniu z tym, co nastąpi teraz...

wtorek, 24 marca 2009
Tak na Śląsku przepuszcza się talenty

Czerwiec 2000 

Nasz Bohater jako 19-latek jest najlepszym zawodnikiem drużyny ze swojego rodzinnego miasta. Dzięki jego bramkom udaje się wyprzedzić w tabeli nie tylko Kalwariankę, ale i Unię Oświęcim! Nie jest łatwo, bo Urząd Miasta nie pozwala grać na głównej płycie Stadionu Miejskiego. Raz pozwolił, ale kazał za to zapłacić klubowi 200 zł. Mimo to drużyna Naszego Bohatera w ładnym stylu zdobywa awans z V do IV ligi śląskiej. W zespole gra także młodszy o dwa lata brat  uczącego się na malarza-tapeciarza Naszego Bohatera.

Lipiec 2000

Nasz Bohater przyjeżdża na testy do Górnika Zabrze. W Zabrzu go pamiętają, bo parę miesięcy wcześniej strzela im dwa gole w sparingu. Ostatecznie z transferu nic nie wychodzi. Naszemu Bohaterowi nie podoba się ówczesna atmosfera na Roosevelta, podział w drużynie na młode koty i starych repów. Ale i Górnik specjalnie za nim nie płacze. Piłkarz zaczyna grę w IV lidze w barwach klubu z rodzinnego miasta. Jesienią się wybija, strzela w rundzie 8 goli. Zauważa go ówczesny trener młodzieżówki Edward Klejndinst i powołuje na konsultacje kadry U-19 (sparing przeciw Odrze Wodzisław).

Grudzień 2000

W Wodzisławiu go zapamiętują, więc Nasz Bohater przyjeżdża na testy do Odry, występuje nawet w jej barwach w turnieju halowym w Zabrzu. Ostatecznie z transferu nic nie wychodzi. Tak samo zresztą jak z przejścia do GKS-u Katowice, choć swego czasu Naszego Bohatera przyjeżdża pooglądać sam Marian Dziurowicz.

Styczeń 2001

Nasz Bohater przyjeżdża na testy do III-ligowego wówczas Marbetu Ceramedu Bielsko-Biała (dzisiejsze Podbeskidzie). Gra w sparingach z KSZO Ostrowiec, Rozwojem Katowice (strzela gola) i Walcownią Czechowice. Ostatecznie z jego transferu nic nie wychodzi. Jeszcze w trakcie tej samej przerwy zimowej Nasz Bohater ostatecznie zmienia drużynę: przechodzi z klubu z rodzinnego miasta do Beskidu Skoczów. Pracuje tam od godz.8 do godz.15 w fabryce anten satelitarnych, dopiero po robocie idzie na trening. Po powrocie do domu pada na nos. 

Lipiec 2002

Mimo tych trudności Nasz Bohater wyróżnia się w Beskidzie (16 ligowych goli w sezonie), więc jeszcze raz interesuje się nim Marbet Ceramed, wówczas już beniaminek II ligi. Nasz Bohater zachwyca trenera, pokazuje się z dobrej strony m.in. w remisowym sparingu z Legią. Ale bielszczanie zostają na lodzie: zamiast szybko podpisać kontrakt, testują i testują... W ostatniej chwili rozczarowani dowiadują się, że chłopaka kaperuje bardzo bogaty klub z północnej Polski grający w ekstraklasie. Niektórzy są oburzeni, nazywają to nawet „porwaniem”... Jak taka nagła wolta staje się możliwa? Cóż, Nasz Bohater parę tygodni wcześniej podczas sparingu wkręca w ziemię obrońców właśnie tego bardzo bogatego klubu z północnej Polski. To nie pozostaje bez echa. Klub z ekstraklasy chce go bardzo, namawia i namawia.... W końcu udaje mu się przekonać piłkarza. 

Wystrychnięty bielski klub może nawet zrobić aferę (okazuje się, że Nasz Bohater już nawet podpisuje kontrakt z bielszczanami, ale jeszcze tego samego dnia go... targa!), jednak ostatecznie... odpuszcza. "Dla dobra zawodnika". 

Sierpień 2002 

Początkowo Nasz Bohater w bogatym klubie z północnej Polski siada na ławie i przez pierwsze trzy ligowe kolejki jej nie opuszcza. W IV kolejce jego nowy klub gra u siebie z Widzewem Łódź. Trener wpuszcza go na boisko w 68 minucie przy stanie 0:2. Drużyna z Naszym Bohaterem w składzie wygrywa ostatecznie 3:2. W V kolejce piłkarz wychodzi już w podstawowej jedenastce, w wyjazdowym meczu przeciw Lechowi Poznań. Od razu strzela swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie, spotkanie kończy się wynikiem 2:2.

W klubie są nim zachwyceni. Dostaje pierwszą premię w karierze. Wystarcza mu na kilkuletniego opla corsę. 

Październik 2002

Nasz Bohater zalicza pierwszy hat-trick w ekstraklasie. Jego zespół wygrywa na wyjeździe z Pogonią Szczecin 4:1. Ogółem przez cztery lata gry w polskiej lidze zdobywa 45 bramek, a na sam koniec występów w tym klubie Puchar Polski.

Grudzień 2003

Nasz Bohater debiutuje w reprezentacji Polski. Gra drugą połowę w towarzyskim meczu z Maltą. Pierwszego gola dla biało-czerwonych zdobywa na Malcie trzy dni później w kolejnym towarzyskim meczu z Litwą.

Czerwiec 2006 

Nasz Bohater wyjeżdża z reprezentacją Polski na mistrzostwa świata. Choć początkowo nie gra w podstawowym składzie, miejsce zdobywa przebojem. Fachowcy uważają go za najlepszego zawodnika u rozgrywających nieudany mundial biało-czerwonych. Chciałyby go wszystkie kluby polskiej ekstraklasy, ale on już myśli tylko o zagranicy.

Sierpień 2006 

Naszego Bohatera kupuje znany zachodni klub renomowanej ligi. Negocjacje ciągną się strasznie. Nie obywa się bez awantur, bo cudzoziemcy dają za niego 900 tys. euro (tyle wynosiło odstępne zapisane w kontrakcie), a klub z północy Polski chce za niego 300 tys. więcej. Piłkarz czeka na efekty rozmów w rodzinnym mieście. Wkrótce wyjeżdża na zachód. W renomowanej lidze w pierwszym sezonie strzela 10 goli, dotychczas ogółem 23 (ostatniego, bardzo efektownego zdobywa w ostatni weekend, a przedostatniego tydzień wcześniej wbija najlepszej drużynie, liderowi tabeli i obrońcy tytułu na jego stadionie).    

28 marca 2009?

Nasz Bohater przezwycięża ból pleców, który poczuł na zgrupowaniu we Wronkach i - choć dotychczas nie układało mu się z Leo Beenhakkerem - zastępuje kontuzjowanego Pawła Brożka w ataku reprezentacji Polski? Strzela zwycięskiego gola w Belfaście w meczu z Irlandią Północną?  Trafia na stałe do reprezentacji? 

Ireneusz Jeleń

Tak w województwie śląskim rozpoznaje się talenty. Naszego Bohatera z Cieszyna - gdyby tylko naprawdę mocno im zależało - mogły mieć u siebie Górnik Zabrze, Odra Wodzisław, GKS Katowice i Podbeskidzie Bielsko-Biała. To ostatnie bardzo chciało, ale dopiero za drugim razem. A wystarczyło za pierwszym...

poniedziałek, 23 marca 2009
Z cyklu ocalić od zapomnienia: Pentagon

Ruch Chorzów z przytupem otworzył właśnie nowy budynek klubowy. Trudno się dziwić, bo pod trybuną rzeczywiście było ciasno jak na grzędzie, a ktoś niesprawny lub niezorientowany schodząc z piętra mógł sobie rozwalić głowę o strop...

Na razie cała klubowa administracja i piłkarze siedzą jeszcze pod trybuną, ale przeprowadzka już wkrótce. Jeszcze parę szlifów, jeszcze parę ścianek działowych... Teraz wszystkie najważniejsze dla Ruchu decyzje bedą zapadać już gdzie indziej. A stare wysłużone pomieszczenia pokryje pewnie kurz, coraz mniej kibiców będzie pamiętać gdzie, co i jak funkcjonowało na Cichej za dawnych czasów.

Czadoblog chce zwracać uwagę na miejsca, których rolę w śląskim futbolu warto ocalić od zapomnienia. Na trybunie przy ul. Cichej takim miejscem jest bez wątpienia ”Pentagon”. Tak właśnie nazwano kiedyś malutki pokoik na zapleczu klubowej kawiarenki, o którego istnieniu i roli wielu ludzi interesujących się Ruchem do dziś nie ma pojęcia.  - Jeszcze na początku lat 90., gdy na Ruchu był brud, smród i grasowały szczury, jedynym miejscem, gdzie można było przyjmować gości, był właśnie "Pentagon" - opowiadał mi kiedyś Krystian Rogala, były prezes Ruchu. W "Pentagonie" często zapadały najważniejsze decyzje dotyczące klubu - finalizowano transfery, zwalniano trenerów. Co jeszcze robiono, nie wiem...

Miałem okazję poznać atmosferę żywego jeszcze ”Pentagonu” i zapewniam, że jest niezapomniana. Ciekawe, że w tej klitce 2 metry na 4 metry z ukośnym stropem wcale nie zajmowano się tylko ważnymi dla klubu sprawami. Kiedyś działacze Ruchu nie mieli co robić, więc liczyli w ”Pentagonie” meczową frekwencję sprzed lat. Chcieli wyjaśnić czy na Cichą może wejść więcej niż 30 tysięcy ludzi. Sposób rachunku był osobliwy: brali stare zdjęcia i przebijali szpilką główki kibiców na trybunach... 

"Pentagon" był ulubionym i ważnym miejscem choćby dla Rogali. Przychodził tam zazwyczaj pół godziny przed meczem, by posiedzieć w samotności i się skoncentrować. Obecni działacze (-czki) Ruchu już tam nie zaglądali, woleli (-ały) przyjmować gości na piętrze. Właściwie im się nie dziwię. Gdy wszedłem do ”Pentagonu” po raz pierwszy, wydał mi się idealnym miejscem do dyskretnej... pijatyki. A przecież teraz w Ruchu są inne standardy. 

Jedno jest oczywiste: na pewno w ”Pentagonie” da się wreszcie oddychać. Za czasów jego świetności zawsze było tam wręcz czarno od papierosowego dymu, zapachem fajek przesiąknięta była nawet boazeria. W powietrze siekierę można było wbić...

Co stanie się teraz z pokoikiem? Wyburzą go, zamkną na amen? Nie wiem. Wiem tylko, że dziś ”Pentagon” jest martwy. Stoi pusty, najwyżej co tydzień lub co dwa ktoś przyjdzie pościerać kurze. To ostatnie pomieszczenie, którym może dysponować dawne stowarzyszenie Ruch. To samo, które oddało władze i akcje Mariuszowi Klimkowi w nowotworzonej spółce. Ale jako że stowarzyszenie nie ma się już przecież po co zbierać, klucz do pokoiku wisi na portierni...

Na szczęście Czadoblog dysponuje zdjęciem ”Pentagonu” z ostatnich momentów jego świetności i postanowił je przedstawić. Poznajcie dawny ośrodek decyzyjny Ruchu, czyli serce chorzowskiego klubu:

pentagon

PS Dochodzą do mnie liczne głosy kibiców Ruchu zatroskanych o formę drużyny.  Co sądzi o obecnej sytuacji poprzedni trener Ruchu Duszan Radolsky? Wywiad z nim przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3
Archiwum