czwartek, 31 marca 2011
Mieliśmy kiedyś cudo...

... i pozwoliliśmy je zburzyć. Wściekam się zawsze kiedy przejeżdżam koło tego miejsca Żelazną albo Chorzowską (pamięta ktoś jeszcze, że w czasach PRL-u ta druga ulica wzięła imię od Feliksa Dzierżyńskiego?), a przejeżdżam bardzo często. Uwielbiałem tam przebywać, z Mojego Ulubionego Miejsca mam mnóstwo wspomnień. Zdradzę Wam tajemnicę: to miejsce miało wielkie znaczenie w resocjalizacji załęskiej młodzieży. Kiedy cała dzielnica już spała, dogadywaliśmy się ze stróżem i graliśmy w fussball. Do drugiej albo i trzeciej w nocy. A potem grzecznie rozchodziliśmy się do domów. 

A piszę o tym, bo zwróciłem uwagę na jedno z dzieł Eduardo Souto de Moury, który właśnie dostał Nagrodę Pritzkera czyli architektonicznego Nobla. Do złudzenia przypomina ono właśnie Moje Ulubione Miejsce.

Szczegóły tutaj.

Moje Ulubione Miejsce istniało 34 lata. Przyznam się bez bicia: bardzo chętnie dałbym dziś w gębę temu, kto dopuścił do tego, że od ośmiu lat nawet śladu nie ma po jego dawnej świetności.

PS Omega też zaciska pięści. 

środa, 30 marca 2011
Niebieski nie może być czerwony

Kiedy ktoś w mojej obecności mówi ''Ruch Chorzów'' i ''piłka ręczna'' od razu w mózgu wyświetla mi się kilka kadrów.

Pierwszy: z meczu Ruchu z AZS-em Gdańsk w 1994 roku.

Chorzowianki nadspodziewanie łatwo pokonały ówczesną ligową rewelację. Najbardziej utkwiło mi w pamięci, że przed przerwą w ciągu 5 minut Ruch aż trzy razy trafiał w lewe spojenie gdańskiej bramki! Później już nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Drugi: z meczu Ruchu z Zagłębiem Lubin w 1999 roku.

Od tego momentu pamiętam, że chorzowiankom nie wolno występować w... czerwonych strojach (wtedy zagrały właśnie na czerwono). Nigdy nie widziałem takiej drugiej połowy w piłce ręcznej jak wtedy. Pierwszego gola Ruch zdobył dopiero po... 14 minutach (celny karny)! W tym czasie rywalki zdołały rzucić już sześć bramek. Pierwszego gola z gry chorzowianki zdobyły dopiero w 48. min, a do końca meczu bramkarka Zagłębia została pokonana jeszcze tylko raz! - Zdobyć trzy bramki w jednej połowie? Nie przypominam sobie takiej sytuacji - mówił mi przygnębiony trener Ruchu.

Trzeci: z meczu Ruchu z Jelfą Jelenia Góra w 2000 roku.

Sędziowie w krótkim odstępie czasu posadzili na ławce kar kilka zawodniczek i na parkiecie przez ponad minutę trzy chorzowianki skutecznie broniły się przeciw piątce rywalek. Nie dość, że nie dały sobie strzelić gola, to po chwili grając w piątkę przeciw szóstce same zdobywały bramki. Szczególne owacje od kibiców dostała w 56. minucie Ewa Jarzyna za akcję przypominającą koszykarski "wsad". Frunąc w powietrzu przejęła piłkę i natychmiastowym, precyzyjnym strzałem pokonała bramkarkę gości. Pamiętacie Ewę Jarzynę? Fajna dziewczyna. Ciekawe co się z nią teraz dzieje...

Dlaczego piszę o szczypiornistkach z Chorzowa? Bo Ruch do Ruchu wyciąga rękę.

Zapomniałbym: Teresa Pecold, swego czasu trener szczypiornistek Ruchu, była również moją nauczycielką wychowania fizycznego na studiach. Uwielbiałem ją, bo nie katowała mnie zwodami ze szczypiorniaka rodem, tylko dawała balę i wyganiała na boisko. Pozdrowienia! Swoją drogą, ostatnio przechodziłem koło rektoratu i się załamałem. Wspomniane boisko na którym moje ''Skorupy'' rozegrały tyle niezapomnianych meczów służy teraz jako zwykły parking. Niedługo z ''Usiu'' zaczną wypuszczać samych garbatych z zadyszką po pięciu krokach...

PS Omega też pozdrawia Ewę Jarzynę.

PS1 Nieoczekiwany dylemat utalentowanego piłkarza z Bukowej. Atak czy obrona? Facet ma najlepsze parametry fizyczne w całym zespole. Jego wynik ''biegu'' (czy właściwie szarpnięcia) na 5 metrów trenerzy uznali za wybitny. Z komentarzy wynika, że kibice z Cichej chętnie widzieliby go u siebie...

12:29, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (16) »
wtorek, 29 marca 2011
Czadoblog znów rozdaje bilety

Dzięki uprzejmości Górnika Zabrze mam dla Was bilety na najbliższy ligowy mecz tej drużyny. KSG podejmie rywala nie byle jakiego, bo Cracovię.

Ogłaszam konkurs, którego dwaj zwycięzcy (ewentualnie dwoje zwycięzców lub dwie zwyciężczynie) otrzymają  podwójne zaproszenia na to spotkanie.

Pytanie brzmi: wymień trzech piłkarzy, którzy grali kiedyś zarówno w Górniku jak i w Cracovii. Wygra ten, którego trójka będzie miała łącznie najwięcej występów w polskiej ekstraklasie (chodzi o wszystkie występy w karierze, nie tylko w tych dwóch klubach). Jeśli najlepszych odpowiedzi będzie więcej niż dwie - komisja sędziowska, która będzie jednocześnie maszyną losującą (czyli Czadoblożek) dokona wyboru.

Zainteresowani kibice są proszeni o zostawianie odpowiedzi w komentach pod tym wpisem do jutra, do godziny 17.

Ważna informacja techniczna. Zwycięzców ogłoszę w tym wpisie jutro wieczorem. Szczęśliwców poproszę o przesłanie później na adres pawel.czado@katowice.agora.pl maila. Powinien zawierać imię i nazwisko osoby, która obejrzy mecz oraz jej PESEL. W przypadku osoby nieletniej potrzebny będzie numer legitymacji szkolnej. Konieczne są także identyczne dane osoby towarzyszącej. Zwycięzców proszę o przysłanie maila z danymi do czwartku (najpóźniej w godziny 23). Dane przekażę organizatorom.

Żeby było jasne: w konkursie Czadobloga nie mogą udziału brać osoby, wobec których sądy orzekły prawomocne zakazy stadionowe:-)
I jeszcze jedno: w dniu meczu z Cracovią zwycięzcy tego konkursu powinni się zgłosić co najmniej godzinę przed jego rozpoczęciem (o godz. 16) na bramie nr 6 (od ulicy Piłsudskiego) i oczywiście posiadać dokument tożsamości.

PS Trudne pytanie, co? Ale jaka potem może być satysfakcja:-)

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 28 marca 2011
Spodziewany najazd Hunów to nie zawsze najazd Hunów

Śmieszy mnie, kiedy przeróżni mają pretensje gdy ''Gazeta'' używa terminu ''kibolstwo''. Jakby więc określili postępowanie ludzi, którzy stali za skandalicznymi zdarzeniami w Kownie? Ich zdaniem na Litwie szaleli pewnie ''podpici kibice reprezentacji Polski'', a nie ''kibole''?

KIBOLSTWO w naszej piłce to powód to wielkiego wstydu i zdecydowanych działań. Ten truizm można powtarzać w kółko.

Z drugiej strony nie powinno się jednak generalizować. Jako bloggerowi skrobiącemu o śląskiej piłce miło mi zauważyć, że ostatnio fani śląskich klubów podczas wyjazdów zagranicznych nie zawodzą. A - co warto podkreślić - nie wyjeżdżali zagranicę w pięć osób, ale w znacznie większej gromadzie. O popisie kibicowania fanów Ruchu Chorzów podczas wiedeńskiego meczu z Austrią w europejskich pucharach było dość głośno, zewsząd docierały same pochwały. Podobnie było w sobotę w Budapeszcie - fani Górnika Zabrze zachowywali się na Węgrzech bardzo dobrze. Za świetny doping po meczu chwalił ich nawet Michał Listkiewicz, dodając, że Węgrzy również byli pod wrażeniem.

Oby tak, odpukać, dalej. I nie tylko podczas zagranicznych wyjazdów...

PS O żenującym postępowaniu wobec kibiców Polonii Bytom przeczytacie tutaj.

PS1 Śląscy ligowcy nie zgadzają się ze stwierdzeniem prezesa Grzegorza Lato, że „kluby odpowiadają za wychowanie bandytów”.

PS2 Allianz i władze Zabrza radzą o kłopotach Górnika.

PS3 Omegę pozdrawiamy.

niedziela, 27 marca 2011
Dzień przyjaźni

Warto było wybrać się na mecz Ujpestu z Górnikiem. To było spotkanie niosące za sobą tylko i wyłącznie pozytywne emocje. Potężna delegacja z Zabrza (autokar piłkarzy, autokar działaczy i dawnych gwiazd, kilkadziesiąt autokarów kibiców no i busik z dziennikarzami) została przyjęta przez gospodarzy bardzo serdecznie, choć była to serdeczność kontrolowana - takiej ilości policji dawno nie widziałem.

Co mi się podobało:

a) wspomnienie Ferenca Szuszy. Dlatego odbył się ten mecz. W jego trakcie obie grupy kibiców rozpostarły wielkie płótna z jego podobizną. Po spotkaniu dawne gwiazdy Górnika razem z działaczami i kibicami złożyli wspólny wieniec na grobie futbolowej znakomitości, choć nie było to... łatwe. Cmentarz, położony oczywiście w dzielnicy IV, z którą Szusza związał się na całe życie, był czynny tylko do godz.17, a nikt wcześniej dozorcy nie powiadomił o wizycie. Ale wiedzieliśmy, że przyjdzie, bo czekali na niego ludzie, których zamknął w środku, a chcieli przecież cmentarz opuścić:-). Wreszcie przyjechał na rowerze i wielkim kluczem otworzył.

- Byłem sąsiadem Ferenca Szuszy. Powtarzał, że od życia dostał wszystko co chciał z wyjątkiem jednego – dzieci. Po śmierci żony zamknął się w sobie. Dziękuję gościom z Polski za uczczenie Jego pamięci – powiedział nad grobem Szuszy Istvan Csehi, prezes Ujpestu. To grób rodzinny. Oprócz legendarnego piłkarza i trenera (1923-2006, pracował nie tylko w Górniku, ale potem także w Betisie Sevilla i Atletico Madryt) są tam pochowani jego ojciec, również Ferenc (1901-63), matka, pani Ferencowa  (1897-71) i młodszy brat Laszlo (1932-33). Usłyszałem o zdumiewającym zwyczaju na Węgrzech, o którym nie miałem pojęcia. Podobno kobiety, kiedy zmieniają stan cywilny, po zamążpójściu przybierają nie tylko nazwisko męża, ale i imię! To zwyczaj wymierający, ale i tak z naszego punktu widzenia szokuje... Może to ktoś potwierdzić?

Wracając, podjechaliśmy jeszcze pod dom Szuszy. Przytulny, ale widać, że opuszczony, z zaniedbanym ogrodem. Do kupienia.

b) spotkanie węgierskiej Polonii z dawnymi gwiazdami Górnika. Było ciekawie.

Stanisław Oślizło: - Mam wielki szacunek dla węgierskich trenerów. Górnik tak szybko awansował w hierarchii, bo mieliśmy znakomite zajęcia z piłką. Polscy trenerzy preferowali las, bieganie i robienie siły.

Henryk Latocha: - W Górniku tylko Gomola w ogóle nie używał alkoholu. Kalocsay mu powiedział, że kto czasem nie wypije, nie będzie dobrze grać. Odtąd Gomola czasem używał;-))))*.

Jeszcze raz Stanisław Oślizło: - Chodziło się po budapeszteńskich butikach żeby kupić bluzeczkę, rajstopy narzeczonej, żonie czy komuś tam jeszcze. Trenerzy zdawali sobie sprawę, że taka przyjaźń z dziewczyną nie miała wpływu na formę.

Węgierska Polonia była zachwycona i wzruszona opowieściami z dawnych lat. Obecny na spotkaniu ksiądz zadeklarował, że nazajutrz w jednym z budapeszteńskich kościołów odprawi mszę w intencji Górnika.

c) że Górnik dba o historię. Dotąd klub nie miał we własnych archiwach transmisji ze słynnego meczu finałowego PEZP w 1970 roku. Nie było jej też w archiwach telewizji angielskiej, polskiej i austriackiej. Tymczasem zięć Stefana Florenskiego dostał ją od fana ze... Szkocji i trafiła do Górnika. Prezes Łukasz Mazur od razu nakazał wykonać cztery kopie żeby już nigdy nie zaginęła.

d) węgierski prezent dla zabrzańskiej delegacji. Gospodarze przekazali dziesięć dokładnych replik futbolówek, którymi grała Złota Węgierska Jedenastka w latach 50. Coś pięknego. Oczy mi się zaświeciły, ślinka zaczęła kapać. Musielibyście zobaczyć to starodawne sznurowadło na piłce. Przyjąć coś takiego na głowę...

e) że z Łukaszem Mazurem mogliśmy pogadać nie tylko o piłce i klubowych finansach. Okazuje się, że prezes Górnika jest miłośnikiem średniowiecznych budowli, tak samo jak Czadoblog. On polecił mi Norymbergę, ja poleciłem mu Chinon. Zapomniałem o Bouillon, cholera!

Z kim się zgadzam:

a) tym razem z Michałem Listkiewiczem. Pogadaliśmy po meczu. - W czasie kiedy piłka nożna jest "odromantyczniona" cieszy, że takie spotkania dochodzą do skutku. W dawnych pionierskich czasach towarzyskie kontakty z Węgrami, Austriakami, Czechami były bardzo rozwinięte. Teraz trafiła się świetna lekcja wychowania i szacunku dla historii. Kibice Górnika dziś się spisali, doping był świetny. Cieszę się, że futbol nie musi skupiać nienawiści. Dzień wcześniej byłem na meczu Austria - Belgia. Tam atmosfera też była znakomita. Austriaccy kibice potrafili znieść porażkę i ładnie Belgów pożegnać - powiedział Listkiewicz.

Co budzi mój szacunek:

a) wiek Ujpestu. Ten klub powstał już w 1885 roku!

Co zauważyłem:

a) wielką płachtę "murem za Mazurem" wywieszoną w trakcie meczu. Prezes Górnika stwierdził, że zrobiło to na nim wrażenie;

Co mnie zastanowiło:

a) że na Słowacji bardzo boją się kibiców z Polski. Nad ranem każda stacja benzynowa była zablokowana przez policjantów stojących przed samochodami, podobnie było kiedy jechałem na ostatni mecz Polaków ze Słowacją w Bratysławie. Widocznie ktoś gdzieś kiedyś przeprowadził "promocję"... Skandalicznych zachowań z udziałem kibiców z Zabrza nie widziałem. Choć jadąc do Budapesztu na pewno nie pili tylko wody mineralnej. Polski kibic jak wypije zachowuje się nie tylko agresywnie, czasem po prostu dziwacznie. Kiedy jechałem dawno temu na mecz do Mińska, fani na postoju przywiązali krowę do tylnego zderzaka autobusu, a wjazd na stację benzynową zablokowali potężnym głazem narzutowym. Wczoraj widziałem kibica Górnika, który gąbką na kiju zaczął myć szyby brudnemu potężnemu traktorowi z przyczepioną z tyłu jakąś rolniczą maszyną.

b) że najlepszym piłkarzem węgierskiego klubu nie jest Węgier. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. - Dla mnie najlepszy u nas jest Serb Nikola Mitrović  - podkreśla Istvan Toth z kibicowskiej strony HajráLilák.hu. Rzeczywiście widać, że Mitrović dużo widzi i nie boi się zaskakująco podać. Ale Ferenc Szusza chyba przewraca się w grobie. A może nie?

c) sposób w jaki Ujpest podkreśla co jest dla niego ważne. Najważniejsze jest dla niego utrzeć nosa Ferencvarosowi. 11 września zeszłego roku Ujpest wygrał w lidze z lokalnym rywalem aż 6:0. Na stadionie Ujpestu do dziś widać łysiny, w miejscach gdzie powinny być krzesełka. Podobno fani Ferencvarosu zaczęli je wyrywać po czwartym golu. Od tego momentu tytuł "6:0" nosi... klubowy magazyn. Mam niespodziankę dla Czytelników Czadobloga. Ten z Was kto będzie najbliżej wytypowania wyniku najbliższego meczu Ujpestu z Ferencvarosem (to już w najbliższej kolejce, podobno pół Budapesztu czeka na ten mecz) dostanie ode mnie specjalne wydanie "6:0" poświęcone meczowi z Górnikiem. Bardzo interesujące choć raczej do oglądania niż czytania;-)

Typujcie w komentach pod tym wpisem.

PS Omega pozdrawia Węgry. Czadoblog pozdrawia współtowarzyszy podróży.

*serdecznie proszę tego fragmentu nie traktować zupełnie serio:-)

sobota, 26 marca 2011
Michał Listkiewicz w swoim żywiole

Za chwilę rozpocznie się mecz towarzyski  Ujpestu z Górnikiem Zabrze w Budapeszcie. Czadoblog jest już na trybunach. Nieopodal siedzi Michał Listkiewicz wielki fan węgierskiej piłki nożnej. Od czasu kiedy w 2003 roku zrobiliśmy z nim poniższy wywiad, wcale mnie to nie dziwi:

Za małe kieliszki

Histeria na punkcie piłki jest na Węgrzech jeszcze większa niż u nas. Młode pokolenie węgierskich kibiców nie miało prawa widzieć na oczy słynnej drużyny Gustava Sebesa. Opowieści dziadków i ojców jednak robią swoje. Dlatego ciągle trwają porównania do "złotej jedenastki" - opowiada Michał Listkiewicz.

Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej jest z wykształcenia filologiem węgierskim. W sobotę, po raz pierwszy za jego kadencji, nasza reprezentacja zagra z Węgrami w bardzo ważnym meczu eliminacji mistrzostw Europy. Listkiewicz od lat przyjaźni się z szefem węgierskiego związku Imre Bozokym. - Ostatnio telefon, przez który raz czy dwa razy w tygodniu rozmawialiśmy, milczy. Okopaliśmy się na swoich pozycjach, żeby jeden od drugiego czegoś nie wyciągnął - opowiada Listkiewicz.

Paweł Czado, Piotr Zawadzki: Dlaczego wybrał Pan studia na filologii węgierskiej?

Michał Listkiewicz: Przypadek. Poznałem kolegę z Węgier. Nie mogliśmy się jednak za bardzo dogadać. On po rosyjsku mówił bardzo słabo, ja trochę lepiej, ale rozmowy szły nam kulawo. Zawsze lubiłem się uczyć języków obcych i chciałem studiować filologię. Myślałem o anglistyce, ale kojarzyła mi się z nauczaniem w szkole, korepetycjami, wizja raczej nudna. Przypomniałem sobie jednak o tym węgierskim koledze. Akurat tego roku były egzaminy na hungarystykę, więc się zdecydowałem. Nie żałuję wyboru, mimo że dawno odszedłem z zawodu filologa. Kiedyś jednak dużo tłumaczyłem. Mogę się pochwalić przekładami kilku opowiadań w zbiorach i czasopismach literackich. Moje obie żony, była i obecna, też są hungarystkami. Ktoś powiedział, że w kontaktach męsko-damskich mam chyba jakieś zboczenie.

Jak Pan wspomina czas studiów?

- Stypendium na Uniwersytecie Budapeszteńskim było złotym okresem w moim życiu. Był to rok bodajże 1976. Budapeszt w tamtych czasach jawił się jak miasto prawdziwie europejskie. Stypendium wynosiło 1000 forintów, to była bardzo duża suma. Można było za to codziennie balangować. Na Nepstadionie koncertowały najlepsze rockowe zespoły z Węgier, ale i z Zachodu. Wciąż mam w domu kolekcję wszystkich płyt Omegi, bardzo lubiłem też Lokomotiv GT, Illes, Skorpio czy nieżyjącego już Petera Mate. No i oczywiście węgierskie piosenkarki: Kati Kovacs czy Zsuzsę Koncz. Podczas studiów zaprzyjaźniłem się z wieloma Węgrami. W stanie wojennym raz w miesiącu przysyłali mi paczki żywnościowe z szynką konserwową, żółtym serem, kawą i herbatą.

Kibicował Pan jakiemuś klubowi węgierskiemu?

- Może się zdziwicie, ale często chodziłem na mecze... Volanu, najmniej popularnego z budapeszteńskich zespołów pierwszej ligi. To był klub takiego węgierskiego odpowiednika Pekaesu. Dziś już nie istnieje. Neutralny i skupiający wokół siebie ludzi starej daty. Kiedyś jako student pomogłem Lechowi Poznań zorganizować zgrupowanie na Węgrzech. Jego gospodarzem był właśnie Volan. Działali w nim zresztą sławni ludzie. Prezesem był Gyula Grosics, bramkarz legendarnej "złotej jedenastki", działał też inny gracz tej drużyny Laszlo Budai II. Do Ferencvarosu, najbardziej znanego klubu w Budapeszcie, zrazili mnie chamscy i skorzy do awantur kibice, atmosfera histerii i nienawiści do przeciwnika. Honved to był klub wojskowy, Ujpest Dozsa - milicyjny, więc niespecjalnie je lubiano.

Miał Pan okazję poznać wielu sławnych piłkarzy węgierskich. Który z nich zrobił na Panu największe wrażenie?

- O Grosicsu, bardzo inteligentnym człowieku, już mówiłem. Wielką osobowością jest nadal Jenoe Buzanszky - czarujący, starszy pan. Ma 78 lat, ale pozostaje w doskonałej formie fizycznej i psychicznej. Mieszka w Tatabanyi, wiele razy zapraszał mnie do siebie. Poznałem też najbardziej znanego piłkarza węgierskiego Ferenca Puskasa, nawet przetłumaczyłem książkę o nim. Piłkarz był to z pewnością wspaniały, ale człowiek trudny. Zarozumiały, wciąż żyjący dawną sławą. Dziś jest poważnie chory, ale jeszcze kilka lat temu, kiedy przyjechał do Krakowa na mecz Polska - Węgry, zadziwiał żywotnością. Żartował wtedy z panem Kazimierzem Górskim, dlaczego w Polsce muszą być takie małe kieliszki do wódki. Uspokoił się dopiero, kiedy kelner przyniósł literatki.

Węgrzy mają wspaniałe tradycje piłkarskie, a symbolem obecnego poziomu ich futbolu są chociażby klęski 1:7 i 0:5 z Jugosławią w barażach o finały MŚ '98. Jak kibice znoszą niepowodzenia?

- Histeria na punkcie piłki jest tam jeszcze większa niż w Polsce. Młode pokolenie kibiców nie miało prawa widzieć na oczy słynnej drużyny Gustava Sebesa. Opowieści dziadków i ojców jednak robią swoje. Ciągle trwają porównania do "złotej jedenastki". Czytałem niedawno bardzo ciekawy wywiad z szefem ligi węgierskiej Tomasem Demjanem, biznesmenem, właścicielem sieci domów towarowych. Węgrzy mają podobne problemy jak my: zadłużenie klubów, niepłacenie zawodnikom, brak udziału władz samorządowych w utrzymaniu obiektów, "księżycowe" kontrakty, powszechna nierzetelność. Tam odium winy spada na ligę, u nas - na związek. To jest jedyna różnica.

Węgrzy już w latach 70. potrafili jednak demaskować "bagno" socjalistycznego sportu. Uczynił to Antal Vegh w słynnej książce "Dlaczego węgierska piłka jest chora".

- W latach 70. nastąpiła kumulacja złych zjawisk w węgierskim futbolu: m.in. afera totolotkowa, kiedy okazało się, że ponad połowa ligowych piłkarzy była zaangażowana w fingowanie wyników, problemy alkoholowe czołowych zawodników. Tak, tak, oni mieli znacznie większe problemy niż Polacy. Może dlatego u nas taka odważna książka w tym czasie się nie ukazała.

Czy wykorzystuje Pan znajomość języka węgierskiego do pomocy naszym trenerom?

- Staram się na bieżąco czytać węgierską prasę sportową. Na Węgrzech ukazują się dziennik sportowy "Nemzetisport" i dwa tygodniki piłkarskie. W prasie codziennej, także politycznej, jest dużo miejsca na sport, choć nie tak wiele jak w polskiej. Czytam to wszystko i natychmiast przekazuję najważniejsze wiadomości Edwardowi Klejndinstowi i Piotrowi Marandzie, którzy w polskiej reprezentacji odpowiadają za bank informacji. Oni z kolei przekazują to trenerowi Pawłowi Janasowi.

Skąd ma Pan węgierskie gazety?

- Ośrodek Kultury Węgierskiej wypożycza mi najważniejsze tytuły, one docierają do Warszawy z dwu-, trzydniowym opóźnieniem. Od niedawna ambasadorem Węgier w Polsce jest mój znajomy Mihaly Gyoer, kiedyś bardzo dobry koszykarz. Przyjaźnimy się od lat, będzie oczywiście na meczu w Chorzowie. On mi też pomaga, bo codziennie dostaje prasę pocztą kurierską. W nadzwyczajnych wypadkach przeglądam gazety w internecie, ale zdecydowanie wolę papierowe wydania.

Jak się układają Pańskie stosunki z prezesem węgierskiego związku piłkarskiego?

- Jest nim mój kolejny przyjaciel, Imre Bozoky, wieloletni sędzia liniowy słynnego Sandora Puhla, zresztą wiceprezesa związku. Wychodzi na to, że nie tylko w Polsce - jak czasem piszecie - rządzi "mafia sędziowska"... Bozoky jest doktorem prawa, ma kancelarię adwokacką w Kecskemet, gdzie mieszka. Bardzo sensowny człowiek. Nie byliśmy zadowoleni, że nasze drużyny trafiły do jednej grupy, bo do tej pory kibicowaliśmy sobie nawzajem. Ostatnio telefon, przez który raz czy dwa razy w tygodniu rozmawialiśmy, milczy. Okopaliśmy się na swoich pozycjach, żeby jeden od drugiego czegoś nie wyciągnął. Tam, gdzie jednak sobie możemy pomóc, robimy to. Pomogłem np. trenerowi Imre Geleiowi, kiedy chciał obejrzeć mecz Wisły z Lazio w Krakowie. Jestem pewien, że po meczu na Śląskim niezależnie od wyniku spędzimy z Bozokym kilka przyjemnych godzin.

Kiedy po raz pierwszy sędziował Pan mecze na Węgrzech?

- Gdy pojechałem do Budapesztu jako uniwersytecki stypendysta, w Polsce byłem arbitrem ligi okręgowej. Pomyślałem, czemu nie sędziować i tam? Zgłosiłem się do związku, pokazałem wszystkie papiery i pozwolono mi prowadzić mecze. Gwizdałem w niskich klasach, piątej czy nawet szóstej lidze. Poznałem jednak dzięki temu piłkarski slang. To było interesujące doświadczenie.

Węgierscy piłkarze klną równie często jak polscy?

- Powiedziałbym, że oni mają znacznie bardziej kwieciste przekleństwa. Nasze w porównaniu z ich "wiązankami" są po prostu nieciekawe. Niektórych, bardzo wymyślnych przekleństw, używa się tam jak przecinków w zdaniach. Kiedyś sędziowałem mecz piłki nożnej kobiet Węgry - Norwegia i nikomu nie przyznałem się, że znam węgierski. Jedna z zawodniczek zespołu gospodarzy, zresztą bardzo ładna, straszliwie naubliżała Norweżce, która ją sfaulowała. Aż uszy puchły! Podbiegłem do niej, a ona mi też po węgiersku: "Ty ch... nie widzisz?" czy coś w tym rodzaju. Poprosiłem ją, żeby tak nie klęła. Nawet nie ukarałem jej kartką, bo to przecież nie jej wina, że trafiła na hungarystę. Była w szoku, przeprosiła. Po meczu słyszałem przez ścianę w szatni, jak z kolei sklęła trenera, że jej przede mną nie ostrzegł.

Potem już pewnie fama o Listkiewiczu-hungaryście poszła po Węgrzech?

- Tak, tak... Przy okazji meczu Węgry - Irlandia miejscowi dziennikarze nawet napisali, że sędziuje węgierski Polak.

Dodam jeszcze, że ulubioną płytą Listkiewicza jest m.in. "10000 Lepes" zespołu Omega. Znajduje się na niej nieśmiertelny przebój "Gyoengyhaju lany", czyli "Dziewczyna o perłowych włosach"...

PS Omedze podobałoby się w Budapeszcie.

piątek, 25 marca 2011
Selekcjoner reprezentacji Biedronki

Biedronka wstrzeliła się z reklamą, którą wyemitowano przed meczem Litwy z Polską (a także w przerwie). Pan Franciszek powołania rozdawał w znakomitym stylu. Wyglądał na skupionego i pewnego nominacji:

- Adamiak Adam...

- Adamiak Adrian...

- Adamiak Aleksander...

- Adamiak Aldona...

- Adamiak Alojzy...

Czy reklama zmieni się kiedyś w rzeczywistość?

W końcu Robert Gadocha pracował kiedyś w Locie i prowadził piłkarską reprezentację lotników. Dlaczego Franciszek Smuda nie miałby więc prowadzić piłkarskiej reprezentacji Biedronki? Moim zdaniem byłby w tej roli rokujący... Zresztą nie tylko w tej. Podejrzewam, że sprawdziłby się jako główny specjalista od futbolu w przeróżnych środowiskach. Na selekcjonerów drużyn piłkarskich jest zapotrzebowanie wszędzie. Czekają pewnie różne cechy rzemieślnicze, służby mundurowe, poławiacze pereł (kadra U-21), prokuratorzy (kadra oldbojów), kucharki a może i skoczkowie narciarscy? Wszędzie tam Franciszek Smuda mógłby czynić códa i nie musiałby mierzyć się z tą paskudną, a niepotrzebną przecież presją. To właśnie ta medialna presja jest zapewne głównym powodem nienadzwyczajnych wyników reprezentacji Polski w piłce nożnej.

A tak poważnie: Biało-czerwoni są jeszcze na etapie selekcji czy już może na etapie szlifu? Jak myślicie?

PS Jeśli ktoś nie zauważył, obwieszczam: trafiliśmy w słupek!!! Do tego wszystkie statystyki - oprócz tej jednej, jak celnie zauważył Dariusz Szpakowski - były po naszej stronie.  

PS1 Omega właściwie nie chce występować w peesie pod tym wpisem. Szanuję to i o niej nie wspominam.

Lengyel, magyar - két jó barát, együtt harcol, s issza borát

Górnik Zabrze ma z bratankami wiele wspólnego. W przeszłości trenerami KSG było aż sześciu Węgrów, którzy pracowali w Zabrzu łącznie aż 102 miesiące! Co prawda ostatni z ich zwinął się już w grudniu 1972 roku (Gyula Szuecs), ale dzięki temu widać jak wielki wpływ węgierska myśl szkoleniowa miała na Górnika z tych najbardziej złotych czasów. Jutro zabrzanie zagrają w Budapeszcie towarzyski mecz z Ujpestem. Cały dochód ma być przeznaczony na pomnik człowieka, który złotymi zgłoskami zapisał się w historii obu klubów - Ferenca Suszy.

Mecz rozpocznie się o godz. 15. Z planem pobytu zabrzan na Węgrzech możecie zapoznać się tutaj. Czadoblog ma nadzieję poblogować z Budapesztu.

PS Poniżej dotychczasowe mecze Górnika z węgierskimi klubami (lista może być niepełna). Ciekawe, że zabrzanie nigdy nie spotkali się w Węgrami w europejskich pucharach (nie licząc pucharu Intertoto). Najczęściej były to towarzyskie sparingi. Dość łatwe pytanie za sto punktów: dlaczego zabrzanie najczęściej pogrywali z Tatabanyą?:-) I dlaczego już nie grają?;-)

Lista:

21 kwietnia 1957 w Chorzowie: Banyasz Tatabanya 4:2 (2:1) Bramki: Jankowski - 2, Lentner, Szalecki;

22 kwietnia 1957 we Wrocławiu: Banyasz Tatabanya 2:2 (1:0) Bramki: Lentner - 2;

15 lipca 1959 w Zabrzu: Dunajvaros Budapeszt 2:1 (1:0). Bramki: Pohl, Wilczek;

23 marca 1960 w Chorzowie: MTK Budapeszt 1:3 (1:1). Bramka: Kowalski;

3 lipca 1963 w Chicago: Ujpest Budapeszt 0:1 (0:1) w rozgrywkach Interligi;

22 lipca 1964 w Warszawie: MTK Budapeszt 0:2 (0:1);

15 lutego 1967 w Tatabanya: Banyasz Tatabanya 1:1 (1:0) Bramka: Szołtysik;

19 lutego 1967 w Oroszlany: Banyasz Oroszlany 2:4 (1:2). Bramki: Latocha, Kuchta;

20 lutego 1968 w Chorzowie: Banyasz Tatabanya 2:0 (1:0). Bramki: Lentner, Lubański;

2 września 1970 w Tatabanya: Banyasz Tatabanya 1:1 (0:0). Bramka: Banaś;

6 lipca 1985 w Zalaegerszeg: Zalaegerszeg 1:0 (1:0). Bramka: Pałasz;

27 lipca 1985 w Zabrzu: Zalaegerszeg 1:1 (0:1). Bramka: Komornicki;

21 czerwca 1986 w Zabrzu: Videoton Szekesferhervar 2:0 (1:0). Bramki: Klemenz, Ossowski;

12 lipca 1986 w Szekesfehervar: Videoton Szekesfehervar 0:2 (0:1)

PS1 Omega też pamięta węgierskie drużyny.

czwartek, 24 marca 2011
Slezsko je nejlepši!

W maju 2004 roku fetowałem ostatni tytuł dla śląskiej drużyny. Bo po 15 latach mistrzowski tytuł w piłce nożnej wrócił na Śląsk!

Co prawda nie do Zabrza, Chorzowa czy Bytomia, a do... Ostrawy. Tytuł ukochanego Baniczka świętowało, obficie racząc się piwem (budki były przy trybunach stadionu), prawie 20 tysięcy czeskich Ślązaków.

Przejechałem się to zobaczyć. Co prawda Banik przegrał wtedy ze Spartą Praga, ale to była słodka porażka. Bo nie miała już znaczenia:-)

Wówczas nigdy nie uwierzyłbym, że w Baniku może przebić się Ślązak z drugiej strony granicy. A jednak! Synek z Raciborza zaskoczył ostatnio wszystkich. Ma dopiero 19 lat, a Czesi, których niełatwo przecież zachwycić akurat nim są zachwyceni. Przebija się tam, nie tu (choć Polonia Bytom była blisko). Słowa prezesa Unii Racibórz mówią wiele: ''To jest tylko świadectwo tego, jakie my w Polsce mamy rozeznanie, jeśli chodzi o młodzież. Ilu z tych młodych się u nas przedostaje do pierwszych zespołów ekstraklasy? Wyjątki, a najczęściej nikt. Chyba że z biedy. Dlatego powiedziałem Łukaszowi: "Idź do Czech, tam szybciej cię odnajdą". Taka jest brutalna prawda...

Czy młodziutki raciborzanin pomoże zdobyć Banikowi drugi w historii tytuł mistrza Czech (wcześniej ten zespół trzy razy był mistrzem Czechosłowacji)? Po tym pierwszym tytule napisałem tekścik. Wiele spraw od tamtego czasu się zmieniło, ale może warto go po latach przypomnieć:

Jako że na przejściu granicznym w Chałupkach czeka się teraz średnio dwie, trzy sekundy, warto wybrać się na mecz do Ostrawy. Wybrałem się i jestem zachwycony... Tak blisko, a zupełnie inny świat!

Kiedyś nasi piłkarze mogli uczyć kolegów po drugiej stronie granicy. Czeski Śląsk zawsze miał w futbolu znacznie mniej do powiedzenia od polskiego. Ale podczas gdy śląskim kibicom pozostało tylko pieścić we wspomnieniach dni chwały sprzed lat, to kibice z Ostrawy upajają się teraźniejszością i myślą o przyszłości (czytaj - Lidze Mistrzów).

Jak to się dzieje, że różnica w poziomie piłki na czeskim i polskim Śląsku jest tak wielka? Przecież oba regiony łączy wiele problemów: bieda, bezrobocie, poczucie beznadziei i braku perspektyw... Dlaczego Banik jest tak silny, a Górnik, Odra, GKS, Ruch tak słabe?

Po pierwsze: piłkarska monokultura. Banik nie ma w okolicy konkurencji, bo Opava zawsze tylko marzy o uchronieniu się przed spadkiem. Jednemu mocnemu klubowi w okolicy łatwiej zdobyć sponsorów, kibiców, zdolnych, mało znanych piłkarzy. A u nas jest ciekawie jak w czasach rozdrobnienia dzielnicowego. W efekcie - brak hegemona.

Po drugie: szkolenie. 12 grup młodzieżowych ma do dyspozycji siedem trawiastych boisk. Szkolenie w Baniku zaczyna się w wieku sześciu lat. Nie tylko zajęcia z piłką, ale i gimnastyka, atletyka, aerobik.

Po trzecie: polityka kadrowa. Na 23 zawodników pierwszej drużyny aż 17 to wychowankowie i zawodnicy, którzy przyszli do Banika przed ukończeniem 12. roku życia. Banik stawia tylko na swoich. Ma ich tak wielu, że nie trzeba ściągać obcokrajowców. W kadrze Banika są sami Czesi.

Po czwarte: kasa z transferów. Pisaliśmy już, że dzięki dobremu szkoleniu w ostatnich dwóch latach Banik zarobił na sprzedaży piłkarzy za granicę 52 mln zł. Po sezonie do Auxerre wyjedzie reprezentacyjny stoper Rene Bolf. Ale w Baniku się nie martwią: w przyszłym sezonie ma go zastąpić 19-letni podobno superzdolny Aleš Neuwirth. Czy będzie objawieniem ligi?

Po piąte: prężny właściciel i sponsorzy. W zeszłym roku większościowe udziały Banika nabył znany czeski tenisista Daniel Vacek. Ściągnął do klubu wielu sponsorów. Wiodącym jest Ispat Nova Hut, wchodząca w skład międzynarodowego koncernu LNM Holdings (także właściciela Polskich Hut Stali).

Po szóste: wyrównana drużyna bez znanych w Europie gwiazd. Najbardziej znany jest wicemistrz Europy '96 Radoslav Latal, który wrócił do Czech po latach gry w Schalke. Jednak Milana Barosa czy Vaclava Sverkosa też nikt nie znał, zanim nie wyjechali za granicę.

U nas nigdy tak nie będzie, albo może za 20 lat... - ponarzekają zaraz pesymiści. Dedykuję im dwa fakty: zaledwie trzy-cztery sezony temu Banik ledwo bronił się przed spadkiem, zajął ostatnie bezpieczne, 13. miejsce. A na pierwszym meczu kończącego się sezonu z Czeskimi Budziejowicami nikt w Ostrawie jeszcze nie przeczuwał, że będzie taki odjazd: przyszło zaledwie 6 tysięcy ludzi. W zeszłym sezonie zdarzało się tylu kibiców na meczach Górnika. A więc: to se vrati!

Wiadomość dla pań: fryzury "turbo" modne nad Wełtawą w latach 80. i 90. (krótko z przodu, długo z tyłu) są już nieaktualne. Teraz młodzi Czesi, jeśli chcą być na topie, noszą się na farbowany długi blond jak idol czeskich nastolatek, napastnik Banika Miroslav Matušovič.

PS Zdjęcia z tamtego wyjazdu do Ostrawy możecie zobaczyć tutaj.

PS1 Miasto Bytom chce uratować Polonię. Dzięki dwom bańkom klub ma szansę na spłatę długów i - co najważniejsze - licencję. Do boooooooju Po-lo-nio!

PS2 Czy miasto Zabrze pójdzie w ślady Bytomia? Na razie wiadomo na pewno, że upadłości Górnika nie będzie.

PS3 O Omedze pamiętamy.

PS4 Zastanawiam się czy ktoś kogoś nie powinien przeprosić. Spiskowa teoria dziejów znów okazała się spiskową...

środa, 23 marca 2011
Przymus kłaniania się

Bycie ligowym piłkarzem zawsze pociągało za sobą nadzwyczajną pozycję. Wiadomo, że wszyscy wokół cię podziwiają. Kiedy masz 20 lat i jesteś dobry w te klocki to może się zakręcić w głowie - pewnie wszyscy znamy przypadki takiej sodówki:-)

Dziś o spuszczenie syfonu dba się jakby mniej, czasem dziennikarze są tylko proszeni przez działaczy żeby o tym czy o tamtym jeszcze nie pisać, bo uderzy mu do głowy i zwariuje. Wiadomo, że szatnia ciągle pilnuje hierarchii, ale jeśli w drużynie jest młokos, ktory kasuje wszystkich klasą to oczywiste, że nie będzie nosić worków ze sprzętem:-)

W ciekawy sposób o odpowiednią dyscyplinę dbało się przed wojną o czym 75 lat temu donosił z Katowic Narcyz Suesserman (vel Tadeusz Maliszewski, ale to później):

''W obozie benjaminka ligi panują wogóle - powiedzielibyśmy - przedwojenne zwyczaje [to bardzo ciekawe:-) Zauważcie, że zwracano uwagę na "przedwojenne zwyczaje" już... przed wojną. Bo nam się wydaje, że surowe wychowanie było w II Rzplitej, a w II Rzplitej uważano, że surowe wychowanie to było, ale... przed 1914, przyp.pacz]. Istnieje tam nie tylko poczucie obowiązku, ale i obowiązek dyscypliny młodszych wobec starszych. Obowiązuje zarówno przymus kłaniania się starszym członkom jak i zakaz palenia papierosów, nawet poza klubem, dla młodszych członków. Przekroczenie przepisów pociąga za sobą nie tylko surowe, ale i dotkliwe rygory. Gracze są zatrudnieni wyłącznie w hucie i wystarczy krótka interwencja kierownictwa u bezpośredniego szefa by niesforny sportowiec otrzymał kilka dni w tygodniu przymusowego wypoczynku. Cios w kieszeń jest jak wiadomo najlepszym środkiem na opamiętanie się.

Czy jednak nawet najlepiej pojęta dyscyplina da się też utrzymać w miarę spodziewanych sukcesów? Wieloletnie doświadczenia nasuwają obawy..."

Chodzi o drużynę Dębu Katowice, która wtedy miała wielkie ambicje i wydawało się, że świat stoi przed nią otworem. Dziś, po latach, nie ma mowy, żeby kierownictwo GKS-u, a i każdego innego śląskiego klubu mogło w ten sposób wywierać wpływ na własnych piłkarzy:-)))

To dobrze czy źle?  

PS Jeśli macie ochotę - możecie się zapoznać z nadzwyczajną przygodą, którą przeżył górnośląski futbol w latach 1938-1939. Z punktu widzenia dzisiejszego kibica to zupełnie nieznany epizod. W tamtym okresie coraz lepiej grało się w piłkę nie tylko po polskiej stronie Górnego Śląska. Szczegóły tutaj, potem tutaj, potem tutaj, potem tutaj, potem tutaj, a na końcu tutaj. Najlepiej czytać właśnie w tej kolejności. Nawet Bayern nie pomógł!

PS1 Omega pozdrawia Marka Szyndrowskiego. Choć brzydkich słów jednak nie używa.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum