sobota, 31 marca 2012
Z-Z-Z

O tym meczu pamiętałoby się jedynie pod warunkiem zwycięstwa Widzewa na Ruchem. Jako że było inaczej, za chwilę nikt już nie będzie zaprzątał sobie nim głowy.

Ruch zagrał w Łodzi perfekcyjnie. Poprowadził mecz idealnie i nie pozostawił gospodarzom złudzeń. Nie było lepszego momentu żeby przełamać niepomyślną passę nieudanych spotkań na tym boisku. 

Zakuć. Zdać. Zapomnieć. Wszystko jak najmniejszym kosztem, bo tydzień prawdy dopiero przed nami. Tak się wygrywa takie mecze. Jestem pod wrażeniem.

Ten mały koszt był ważny, owszem, ale tylko pod warunkiem zwycięstwa. Niebiescy zakuli, zdali i mogą zapomnieć. Ale jednocześnie dopiero teraz mogą się poczuć jak przed najtrudniejszą sesją na studiach. Zwycięstwo z Widzewem było jedynie niezbędnym warunkiem żeby móc do niej podejść z wielkimi nadziejami.

Bardzo ważne, że nie podchodzą ze strachem. Nie muszą się bać, bo wiedzą, że są dobrze przygotowani. Można przeskoczyć ciąg przeszkód. Taka świadomość bardzo pomaga. Dlatego myślę, że podchodzą do sesji jedynie z ciekawością. Wszyscy się zastanawiają: jak im pójdzie?

Mistrzostwo jest naprawdę realne. Puchar Polski naprawdę realny. Dublet naprawdę realny.

Que sera sera.

PS A poza tym Omega.

piątek, 30 marca 2012
Joseph mnie uleczył

Uwielbiam miasteczka dla kibiców na wielkich piłkarskich imprezach. Właśnie dlatego podczas Euro 2012 w ogóle nie powinno ich na Górnym Śląsku być. To marnowanie pieniędzy.

Niektórzy będą na Śląsku gonić za duchem, czyli za atmosferą wielkiego turnieju. To kompletna bzdura. Uważam, że strefy kibiców mają sens jedynie w tych miastach, gdzie odbywają się mecze. Owszem, można stosować myślenie życzeniowe, że takie miejsca przyciągną kibiców, którzy nie dostali biletów na stadion. Wątpię jednak, że kibicom spoza naszego regionu w ogóle nie będzie się chciało jechać do miejsca, które nie ma z Euro nic wspólnego, a już w szczególności właśnie w tym miejscu przeżywać mecz na telebimie w kibicowskim uniesieniu. To jakiś absurd, z jakiej racji mieliby tak postąpić?

Przykład? Bardzo miło wspominam strefę kibica w Hannowerze, podczas mistrzostw świata w 2006 roku. Górą z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem owszem. Spacerując po strefie kibica napatoczyłem się na kumpla z Załęża, którego nie widziałem od lat. Pogadaliśmy tylko chwilę, bo od razu oczy nam się uśmiechnęły do „piłkarzyków''. Wierzcie lub nie, ale kiedy podeszliśmy do stołu, by zagrać - już od niego nie odeszliśmy. Wygrany zostawał przy stole, goliliśmy kolejne niemieckie duety, wokół zaczął gromadzić się tłum gapiów, a przy jakimś dziesiątym meczu zaczęły nawet powiewać biało-czerwone flagi*. Wtedy poczułem, że jestem na mistrzostwach świata... Mecz Polski miał się odbyć za kilka godzin, wyczuwało się podniecenie i atmosferę zabawy. Wielojęzyczny tłum, piękne kibicki. No żyć, nie umierać...

Po przygodzie w Hannowerze wiem, że w życiu nie pojechałbym na przykład do Frankfurtu nad Odrą, żeby stamtąd przeżywać mistrzostwa w zorganizowanej przez frankfurtczyków strefie kibica. Podejrzewam, że we Frankfurcie stukaliby się w głowę, gdybym zaczął tam szukać takiego miejsca.

Dlatego proszę nasze samorządy: nie marnujmy pieniędzy na chybione inwestycje. W takim miasteczku nieliczni kibice, którzy przyjdą (nawet w tych nielicznych wątpię) będą tylko łatwą zdobyczą. Będą na nich chcieli zarobić ci, którzy wcześniej nie mieli nic przeciwko wymiksowaniu nas (czyli Górnego Śląska) z organizowania tego turnieju.

Jestem twardym przeciwnikiem śląskich miasteczek kibicowskich. Podejrzewam, że konkretnie z okazji Euro zagranicznych gości u nas nie będzie (nawet pies z kulawą nogą nie zajrzy), a na kiszenie się we własnym sosie nikt przecież nie ma ochoty. Lepiej zobaczyć mecz w knajpie albo we własnym domu.

*Kiedyś myślałem, że jestem mistrzem w grze w piłkarzyki. Uważałem tak do czasu, kiedy na rozklekotanych piłkarzykach nie złoił mnie stary ogrodnik (dwa razy po 10:1). Ten czarnoskóry mężczyzna w podeszłym wieku miał na imię chyba Joseph i trochę się nudził podczas przerwy obiadowej. Działo się to w Zambii, pod Lusaką. Dzięki niemu strząsnąłem z siebie marzenia o sławie w tej nietypowej dyscyplinie sportu.

PS Ale jeśli ktoś chciałby się kiedyś zmierzyć z Czadoblogiem w piłkarzyki - nie ma sprawy. Zawsze podejmę wyzwanie (nie liczę zawodowców z Farmaconu:-) O każdej porze dni i nocy. Przygotujcie się na bęcki.

PS1 A poza tym Omega.

16:25, pavelczado , Euro 2012
Link Komentarze (11) »
czwartek, 29 marca 2012
Ból decydowania

Wojtek Todur śmiało napisał co uważa na temat przyszłości Ruchu Chorzów.

Kibic niebieskich może się z nim zgadzać, może nie zgadzać. Zależy w jaki sposób spojrzy na problem.

Osobiście chciałbym oczywiście żeby Ruch grał na Cichej do końca swoich dni. Zasadnicze pytanie brzmi: grał o co?

Problem Ruchu pęcznieje dokładnie z tego samego powodu, który był kiedyś jego dumą. Ruch ma siedzibę w małym mieście, ale jego sława i chwała zawsze daleko poza nie wykraczało. Klub ma zagorzałych zwolenników rozsianych daleko poza Chorzowem, po całym Górnym Śląsku i nie tylko. Ale nie powoduje to niestety, że na modernizację czy wręcz budowę nowego stadionu na Cichej popłyną pieniądze z całego Górnego Śląska i nie tylko.To miasto, które do bogatych nie należy, będzie musiało udźwignąć problem. Nie byłoby problemu gdyby Chorzów miał dwa miliony mieszkańców. Ma jednak prawie dwadzieścia razy mniej...

Miłość jest ślepa, zwłaszcza w piłce i ja to doskonale rozumiem, ba, właśnie tak czuję. Kibic przywiązuje się nie tylko do wyników i nazwisk, ale przede wszystkim do miejsc.

Czasy jednak paskudne, z takim obiektem jak dziś Ruch nie będzie w stanie na dłuższą metę rywalizować z ekipami z dużo większych miast: Warszawy, Krakowa, Wrocławia. Oczywiście będzie istniał. Ale czy tylko o istnienie nam chodzi i rozpamiętywanie chwały dawnych dni?

Pytania, które trzeba sobie postawić:

Czy ze starą Cichą Ruch byłby w stanie ścigać się z krajową konkurencją?

Czy na nowej Cichej Ruch byłby w stanie ścigać się z krajową konkurencją?

Czy na Stadionie Śląskim Ruch byłby w stanie ścigać się z krajową konkurencją?

Przed Ruchem i Chorzowem decyzje fundamentalne. One zdecydują o przyszłości Ruchu. Bardzo trudno je podjąć, bo nie ma żadnej pewności, która decyzja może być strzałem dziesiątkę. Zostać? Przenieść się? Przenieść się? Zostać?

Napiszę szczerze: cieszę się, że to nie ja decyduję. Bo nie mam w sobie tej pewności innych. Najzwyczajniej w świecie nie wiem co robić. Starego świata mi szkoda, uwielbiam go. Czasy jednak cholerne: jeśli nie będziemy zmieniać się ze światem to świat zmieni się bez nas. I zostanie nam tylko rozpamiętywanie przeszłości, rozpacz i żal za utraconym. Takie życie to koszmar.

Wiem jedno: w przeciwieństwie do Wojtka nie jestem za tym żeby burzyć Cichą. Cicha musi istnieć, trybuna musi istnieć, Omega musi a tykać.

Z dwóch powodów - dolnolotnego i górnolotnego:

a) gdyby zapadła decyzja, że Ruch przenosi się na Stadion Śląski, a okazałoby się to jednak klapą, niebiescy mieliby jednak gdzie wrócić.

b) Cicha to jedno z najważniejszych miejsc w historii nie tylko śląskiego, ale i polskiego piłkarstwa. Niektórzy powiedzą, że taka kolej rzeczy i nad wieloma stadionami nikt się wcześniej nie użalał. Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to. Kiedyś nikt nie rozumiał, że huta czy kopalnia może być zabytkiem. Dlaczego więc stadion takim może nie być. Stadion z którego zawsze można przecież korzystać... Dla mnie Cicha to cząstka materialnego dorobku, którym zawsze powinniśmy się na Śląsku szczycić...

                                           %

Stoimy na peronie. Pociąg zaraz odjeżdża. Decydujcie...

 

PS Omegi mi żal.

środa, 28 marca 2012
Ruch Autonomii Śląska przesadził

Nawet nie tyle sam Ruch, co jego lokalne koło ''Śląsk Cieszyński''. Koło wysłało bowiem list do prezydenta Bielska-Białej w sprawie zmiany nazwy klubu piłkarskiego, które gra w ekstraklasie. Inicjatorom listu nie podoba się nazwa ''Podbeskidzie'', proponują żeby zmienić ją na BBTS.

Chybiony strzał z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że nie można nic robić na siłę. Właśnie do nazwy ''Podbeskidzie'' przywiązanych jest wielu bielszczan, choć faktem jest, że na Górnym Śląsku nie jest ona przyjmowana z atencją. Dla wielu nazwa ''Podbeskidzie'' jest sztuczna, nieprecyzyjna, błędna i często nadużywana. Mimo wszystko uważam, że skoro duża część mieszkańców Bielska-Białej nie ma nic przeciwko, lubi ją i poważa, ma ona oczywistą rację bytu. Historia tworzy się na naszych oczach. Bielszczanie chcą tak a nie inaczej i kto im zabroni?

Po drugie dlatego, że odwoływanie się obecnego klubu do tradycji BBTS-u, który sięgał jeszcze garściami z tradycji BBSV uważam za nadużycie.

Klub ''Podbeskidzie'' tak naprawdę wywodzi się bowiem z Komorowic, które zostały włączone do Bielska-Białej w 1977 roku. W 1995 roku powstał tam Dzielnicowy Klub Sportowy Komorowice i to jest właśnie główny protoplasta Podbeskidzia. Piłka nożna w Bielsku-Białej ma ciekawą i wspaniałą historię, ale moim zdaniem piękny rozdział BBTS jest definitywnie zamknięty. Uznawanie Podbeskidzia za klub powstały w 1907 roku jest absurdem. Powtórzę: klub ''Podbeskidzie'' tu i teraz tworzy historię.

Koło ''Śląsk Cieszyński'' chciałoby zapewne łączyć Podbeskidzie z BBSV, którego historia jest niezwykle bogata i frapująca. Ale to tak jak ja bym chciał łączyć członków koła z germańskim plemieniem Wandalów, które na parę wieków na terenach dzisiejszej Polski przecież zakotwiczyło;-)

Jeśli członkom koła "Śląsk Cieszyński'' nie pasuje kibicowanie Podbeskidziu, nie pasuje im tożsamość tego klubu, nikt nie każe im się włączać w tworzenie siły tego tworu. Na ich miejscu zawalczyłbym o mocne piłkarstwo w samym Cieszynie.

PS A poza tym Omega.

PS1 Dla kibiców Ruchu Chorzów, Ruchu Radzionków, Zagłębia Sosnowiec i GKS-u Tychy mam złe wieści. Wojciech Todur, który pisał o tych klubach w "Gazecie" i na portalu ŚLĄSK.SPORT.PL będzie odtąd prezesem siatkarek MKS Tauron Dąbrowa Górnicza...

wtorek, 27 marca 2012
Szmaty

Wiele głupot roku w życiu widziałem, o wielu czytałem i słyszałem, z wielu się śmiałem, sam czasem w życiu głupoty roku robiłem.

Ale nie znoszę kiedy głupota roku jest tak głupia, że poza irytacją nawet główki szpilki nie da się pod nią wetknąć.

W najbliższym meczu Ruch gra na wyjeździe z Widzewem, wiadomo, że duża część kibiców obu klubów darzy się sympatią. Ale kiedy sympatia posuwa się za daleko zaczyna trącić dewiacją.

"Ruch walczy o mistrza, a my o nic, więc można się braciom podłożyć. Ja wiem że wszyscy by chcieli, aby Widzew ciągle wygrywał ale chyba każdy by wolał, żeby Ruch był mistrzem, a nie Legia czy Śląsk". To głos jakiegoś tępaka kibicującego Widzewowi (trudno oczywiście mieć o to do Widzewa pretensje, trzeba klubowi raczej współczuć).

Dla mnie kibice, którzy chcą żeby ich ulubiona drużyna podłożyła się innej drużynie to nie kibice - to głupki. Ale ci, którzy publicznie nawołują do tego innych to już zwykłe szmaty.

PS Omega wierzy w zwycięstwo Ruchu bez żadnego podkładania.

poniedziałek, 26 marca 2012
Dublet

Wybaczcie, czasem są takie dni, że człowiek nie jest w stanie nic z siebie wydusić. Ale już jestem.

                                         %

Niedzielny mecz z Wisłą zdarł płachtę, która skrywała poważnego kandydata do tytułu mistrza Polski. Dla niektórych było to nagłe i gwałtowne szarpnięcie materiału, inni próbowali pod płachtę zaglądać już wcześniej i wiedzieli o który zespół chodzi:-)

Warto zdać sobie sprawę, że obecny Ruch jest w tym sezonie w stanie wyrównać osiągnięcie, które dotąd wyszło jedynie sławnej ekipie Michala Vicana w 1974 roku - czyli zdobyć dublet*.

Nie ma co się tym podniecać, bo droga ciągle daleka, ale z drugiej strony trochę już widać metę, więc dość ściemniania:-)

Uważam, że Ruch stać na dublet z co najmniej trzech powodów:

- po pierwsze: obiektywnie rzecz biorąc ekipa Waldemara Fornalika gra w piłkę co najmniej równie dobrze jak Legia i Wisła (a tylko one są w stanie stanąć niebieskim na drodze do dubletu);

- po drugie: ta drużyna nie musi mieć najlepszych kompleksów Legii i Wisły. Powód jest oczywisty. Wiadomo, że w polskich warunkach Legia i Wisła to bardzo dobre drużyny i należy mieć szacunek do ich umiejętności. Ale za czasów Waldemara Fornalika niebieska eRka wygrywała już w poważnych meczach o stawkę zarówno z Legią jak i Wisłą. Ci piłkarze znają ten przyjemny smak i wiedzą jak to się robi;

- po trzecie: niebiescy ciągle tylko mogą, a Legia i Wisła muszą. Wiadomo, że łatwiej się gra kiedy możesz, a nie musisz. Jeśli Ruch nie zdobędzie w tym roku mistrzostwa Polski ani krajowego pucharu - kibicom może być trochę przykro, ale na pewno nikt złego słowa nie powie. Niebiescy już osiągnęli w tym sezonie więcej niż można było się spodziewać. Taka prawda.

Z kolei Legia MUSI zdobyć tytuł (choć właściwie nie wiadomo dlaczego wszyscy jej fani oczekują od niej tego co roku), a Wisła MUSI zdobyć puchar (żeby uratować sezon czyli zakwalifikować się do rozgrywek międzynarodowych). Czyli to oni będą pod ścianą a nie Ruch.

Z drugiej strony warto poprosić chorzowian żeby, broń Boże, nie poszli teraz w ślady jedenastki Kazimierza Górskiego na mistrzostwach świata w 1974 roku.

Przed meczem z NRF wszyscy w Polsce właściwie byli już usatysfakcjonowani, osiągnięto przecież tak bardzo dużo... Myślenie w stylu ''no trudno, nie udało się, ale i tak wszyscy nas będą kochać'' jest obezwładniające. Panowie, spróbujcie zawalczyć o maksimum. Dla siebie i dla innych. Dla siebie, bo istnieje ryzyko, że w przyszłości żadnemu z Was taka szansa może się już nie trafić. Dla innych, bo radość z tego sukcesu byłaby chyba nawet większa niż w 1989 roku. Bo sukcesy, których nikt się nie spodziewa prawie do ostatniej chwili smakują najbardziej. Nie mówiąc już o splocie sukcesów.

PS Omega splotła z nerwów wskazówki.

* oczywiste jest, że gdyby Puchar Polski rozgrywano w latach 30., tych dubletów Ruchu byłoby więcej

czwartek, 22 marca 2012
Młode pelikany

Dochodzą mnie głosy, że niektórzy kibice GKS-u Katowice są na mnie rozżaleni lub wręcz źli.

Mają mi za złe, że w sierpniu zeszłego roku wyszedłem zadowolony z Centrozapu po tej rozmowie z Ireneuszem Królem. Zarzucają, że łykaliśmy z Maćkiem Blautem wszystko, zwłaszcza optymistyczne wizje, jak młode pelikany.

Uważam, że nie do końca, bo w wywiadzie z Królem - tym niby słodkim - padło przecież pytanie o pieniądze na klub. Jak pamiętam, wytrąciło wtedy Króla z równowagi. Warto także wziąć pod uwagę, że kiedy czytelnik poglądy pytającego utożsamia z tymi odpowiadającego można zarzucić mu idiotyzm.

Niektórzy pytają jak to możliwe, że kiedy coraz bardziej pogarszała się sytuacja finansowa klubu, nie docisnęliśmy Ireneusza Króla i nie biliśmy na alarm.

To proste. Wkrótce po tym wywiadzie Król przestał rozmawiać z ''Gazetą''. Poczuł się urażony faktem, że na jej łamach jako riposta ukazał się list otwarty podpisany w imieniu kibiców przez Artura Łoja, a nie ukazała się jego odpowiedź na ten list (kiedy poprosiliśmy o jej doprecyzowanie, dostaliśmy odpowiedź, że nic się nie ukaże). Król zdecydował tak, a nie inaczej i tyle.

Warto zwrócić uwagę, że przez prawie dwuletnią już obecność Ireneusza Króla w GKS-ie miał szansę na jedyną w tej formie wypowiedź dla ''Gazety''. On zdecydował, że nie skorzysta z okazji żeby się wypowiedzieć. Jak to się ma do zarzutów o naszą poufałość z Królem? Liczba newsów na naszym portalu, które raczej mu się nie podobają jest znaczna (ostatnio choćby galeria z prezentacji, sparing z Szombierkami poza boiskiem, atak na stronę Ideology Energy*, list otwarty SK1964, sprawa ''Bukowej'').

To nie jest kwestia poufałości, bycia za Ireneuszem Królem czy przeciw niemu. To jest kwestia potrzeby rzetelnego informowania.

Co do kasy dawanej przez Centrozap. Wiele razy zadawaliśmy potem to pytanie Jackowi Krysiakowi. Za każdym razem zasłaniał się tajemnicą. A jak ktoś ma dowody - kwity na to ile kasy dał (lub nie dał) Centrozap, to niech pokaże, niech upubliczni.

Faktem jest, że z perspektywy czasu inaczej odczytuję pewne fakty. Być może dociskanie Króla wtedy i teraz to jednak dwie różne sprawy? Wtedy nie było dobrze, ale nie aż tak źle jak teraz.
Podczas naszej zeszłorocznej rozmowy rzeczywiście uwierzyłem w plany Ireneusza Króla. Dobrze pamiętam żarliwość z jaką zapewniał, że nigdy nie rzuci GieKSy.

Dzieje się co się dzieje, ale to ostatnie ciągle jest aktualne, choć w kontekście ostatnich informacji brzmi kuriozalnie: przecież Centrozap ciągle nie rzucił GieKSy.

Jeśli rzuci - będziecie mogli nazywać mnie ''Pelikanem''. Bo rzeczywiście wierzyłem długo. Dłużej niż inni.

A na koniec jeszcze jedna okoliczność, którą przytomnie zauważa Maciek: Czy my tym wywiadem zrobiliśmy Ireneuszowi Królowi bardzo dobrze czy bardzo źle?
Bo z dzisiejszej perspektywy widać, że jego niektóre ówczesne deklaracje były raczej na wyrost i raczej przedwczesne. To właśnie dzięki temu wywiadowi próbujecie Ireneusza Króla teraz rozliczać, drodzy kibice.

PS Z każdej nawet najgorszej sytuacji można wynieść coś optymistycznego. Ja widzę pewne plusy, choć nie mam zamiaru ich ujawniać.

PS1 Nadal uważam, że kibice nie powinni wtrącać się w funkcjonowanie klubu (to oczywiście nie wyklucza faktu, że mogą wejść w jego struktury i działać).

PS3 A Jacek Krysiak ciągle wierzy.

PS4 A poza tym Omega powinna wrócić.

*co rozumiem pod tym pojęciem wyjaśniam w komentarzach

środa, 21 marca 2012
Czas na GKS Ruch

Wszystko się zmienia. Pewnie jeszcze niedawno nikt w Chorzowie nie uwierzyłby, że za potęgą Ruchu może stać górnictwo. Nie dość, że górnictwo w tym mieście już przecież nie działa (kopalnia ''Prezydent'' została zamknięta w 1993 roku), to Ruch kojarzył się raczej z hutnictwem. Jego patronem zawsze była Huta Batory, a kibice do dziś śpiewają ''Ruch, Ruch, HKS'', choć to przecież był KS.

W Hucie Batory pracowały całe zastępy chorzowskich piłkarzy. Kiedy Ernest Wilimowski przychodził do Ruchu dostał w tej hucie etat gońca na wydziale blachy grubej, zaś ojczym posadę portiera (a przypomnijmy, że był to czas kryzysu, więc każda posada była przyjmowana z pocałowaniem ręki).

Gerard Cieślik robił w Hucie Batory przy tokarce, na zmiany. Został nawet majstrem. - U mnie wszystko było jasne i uczciwe. Jak ktoś przyszedł w poniedziałek do pracy "wczorajszy", to mógł być pewny, że odeślę go do domu. Bo koleżeństwo koleżeństwem, a porządek musi być - opowiadał kiedyś Cieślik, który pracował w hucie przez część kariery, potem był tam już tylko prowadzony na etacie. Jednak poważnie traktował swoją pracę. W dniu sławnego meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim w 1957 roku, kiedy strzelił dwa gole, Cieślik rano poszedł do huty. Zameldował, że gra mecz w reprezentacji i chciałby się zwolnić. Dostał zgodę więc mógł wybiec na boisko... 

Z kolei Eugeniusz Lerch opowiadał mi, że pracował w tokarni przy gwintowaniu rur. Na szczęście majster patrzył na niego ulgowo: jeśli zaczynał o godz. 7, to kończył o godz. 11 i mógł iść na trening...

Pomoc huty objawiała się często w nagłych momentach w zaskakujący sposób. Przed zdobyciem mistrzostwa Polski przez Ruch w 1952 roku trenerzy urządzili zgrupowanie w... klubowej kawiarence. Mieszkali tam przez dwa dni. Ale żeby tam mieszkać czego nie mogło zabraknąć. Kto więc dostarczył łóżek polowych? Oczywiście pracownicy Huty Batory. Przywieźli je z nieczynnych o tej porze roku ośrodków wczasowych (też należących do huty)...

Kiedy w 1960 roku nagle zmarł w Chorzowie świetny trener Janos Steiner (zrobił mistrzostwo zarówno z Ruchem jak i Górnikiem, a także i z... Legią) kondukt pogrzebowy prowadziła - jakżeby inaczej - orkiestra dęta Huty Batory.

Huta spełniała dla klubu jeszcze jedną zaskakującą funkcję. Nieżyjący już Ewald Cebula, znakomity piłkarz i trener Ruchu opowiadał mi, że na przełomie lat 40. i 50. po meczach piłkarze Ruchu chodzili do kasyna Huty Batory* na tańce i śpiewy. Ale muszę w tym miejscu dodać, że akurat Cebula w hucie - tak jak większość jego kolegów z drużyny - nie robił. I tu pierwszy malutki związek Ruchu z górnictwem (choć to właściwie bardziej energetyka): pan Ewald był zatrudniony w Zakładach Koksowniczych "Hajduki"...

Dla jasności: było jednak więcej flirtów Ruchu z górnictwem. W 1992 roku po rezygnacji Huty Batory udało się przyciągnąć do klubu Andrzeja Biskupa, właściciela firmy produkującej części do obudów górniczych. Ten półtoraroczny związek przerwała nagła śmierć Biskupa w trakcie zagranicznego urlopu.

Jeszcze w 1994 roku hala przy stadionie była własnością huty, a Ruch dzierżawił obiekt za miliony starych złotych miesięcznie (według różnych wersji od 5 do 150 milionów), a  dodatkowo miał wydać wtedy na jej remont prawie 6 miliardów. Potem halę przejęło miasto. Jeszcze kiedy Ruch spadał z ekstraklasy w 1995 roku huta obiecywała pomoc by tę ekstraklasę odzyskać. Przemiany gospodarcze spowodowały jednak, że wieloletni, nierozerwalny, wydawałoby się, związek z hutniczym patronatem odszedł do historii.

Myślicie, że hutnictwo jeszcze kiedyś będzie miało udział w tworzeniu marki chorzowskiego Ruchu?

*A propos kasyna: mieszkał w nim podczas pracy w Ruchu choćby słynny Michal Vican, a płaciła za niego oczywiście huta.

PS Omega z radością wspomina hutnicze czasy.

wtorek, 20 marca 2012
Rasizm

Wnikliwy czytelnik Czadobloga wie, że jego autor nie znosi rasizmu. Ale nie znosi również gdy oskarża się o rasizm kiedy wygląda na to, że nie o rasizm chodzi.

Clemence Matawu z Zimbabwe, któremu przepowiadałem w Polonii dużą karierę, ogłosił publicznie, że w bytomskim klubie spotkał się z rasizmem.

Moim zdaniem to bardzo poważny zarzut.

- Prezes nawet nigdy nie podał mi ręki, co traktuję jako przejaw rasizmu. Trochę czasu już minęło i patrząc na to wstecz z pełną odpowiedzialnością mówię, że traktowanie mnie było rasistowskie. Naturalnie nie przez wszystkich (...). Kiedy wedle zwyczaju koledzy wychodzili na zmianę podziękować kibicom za wsparcie, nigdy mnie nie wybrano do tej roli... W takiej atmosferze czułem się bardzo źle - podkreślił zawodnik.

Clemence Matawu ostatni raz zagrał w bytomskim klubie 28 maja zeszłego roku w XXX kolejce Młodej Ekstraklasy (Polonia przegrała wtedy z Legią 0:2). Teraz procesuje się z klubem przed PZPN-em i sądem pracy. Piłkarska centrala przedłużyła jego kontrakt z Polonią o dwa lata, choć klub wcale nie skorzystał z możliwości wykupienia go od poprzedniego pracodawcy - to Matawu skorzystał z odpowiedniego zapisu w umowie. Piłkarz działa w kraju przez pośredników. Jego adresem korespondencji jest adres kancelarii. 

Nasuwają mi się pytania:

1) Czy gdyby prezes Polonii był rasistą zdecydowałby się sprowadzić do klubu zawodnika z Afryki i w dodatku wiązałby z nim duże nadzieje? 5 października 2010 roku Damian Bartyla powiedział "Gazecie": ''To dobry, silny, dynamiczny i dobrze wyszkolony piłkarz. Przyda nam się''. Czy tak brzmią słowa rasisty? Mnie się wydaje, że tak brzmią słowa człowieka, który dzieli piłkarzy pod względem umiejętności, a nie koloru skóry. Mylę się?

2) Dlaczego dopiero teraz, ''patrząc wstecz'' Matawu uważa, że traktowanie go w Polonii było rasistowskie? Dlaczego nie uważał tak od razu? Sam przecież powiedział, że ''dobrze czuje się w Polonii''. Której wypowiedzi piłkarza bardziej więc wierzyć?

3) Zainteresowała mnie techniczna strona zagadnienia ''niepodawania ręki przez prezesa''. Czy zdarzyło się, że prezes w szatni albo na treningu przywitał się ze wszystkimi z wyjątkiem Matawu? Jeśli tak - to oczywiście ewidentny rasizm. Zawodnik nic nie wspomina jednak o tego typu nierównym traktowaniu. A przyznam, że w rozmowie tete-a-tete i niepodaniu w tym czasie ręki nie widzę nic niestosownego.

Prawda jest taka, że niektórzy w ogóle nie podają rąk na powitanie i żyją. Z reguły nie ma w tym żadnego podtekstu - wiem coś o tym, a - jeszcze raz podkreślę - brzydzę się rasizmu. Po prostu nie mam takiego zwyczaju. Najczęściej podnoszę jedynie dłoń na powitanie (mam jedynie nadzieję, że w związku z tym nie zostanę sklasyfikowany jako faszysta), ale kiedy się zdarza - ściskam prawicę. Z tego co wiem nie istnieje prawny zakaz niepodawania rąk na powitanie.

4) Skoro według PZPN Matawu ma ważną umowę z Polonią to dlaczego od wielu miesięcy nie widziano go w Bytomiu?

5) Czy ktoś kto tłumaczył list Matawu uzmysłowił mu, że może zostać oskarżony przez bytomski klub o zniesławienie?

                                       %

Osobiście bardzo żałuję, że Clemence Matawu nie zrobił kariery w Bytomiu, gra tego zawodnika zawsze bardzo mi się podobała. Uważam jednak, że jeśli piłkarz z Zimbabwe ma żal do Polonii, na przykład o brak pomocy przy aktualizowaniu wizy (z czego rzeczywiście zrobił się pasztet) czy o zaległości przy wypłatach (w tym przypadku chodzi o wypłatę zaległego wynagrodzenia od grudnia 2010 roku do czerwca 2011 roku) to powinien skupić się na tych sprawach. Zapewne jest się o co sądzić, ale moim zdaniem używanie w tej walce akurat argumentu rasizmu, wyciąganego do tego jak diabeł z pudełeczka, jest nie fair.

''Rasizm'' nie może być słowem-wytrychem otwierającym każdą furtkę. Jako taki powinien być, to jasne, tępiony w ogóle i w szczególe. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nadużywanie  argumentów szkodzi zagadnieniu. Fałszywe pojmowanie zasad poprawności politycznej niestety raczej wzmaga zjawisko niż je hamuje.

PS Wyjątkowa okazja do świętowania dla Szombierek Bytom - dziś rocznica debiutu w ekstraklasie. A było to dokładnie w 1949 roku...

PS1 A poza tym Omega.

poniedziałek, 19 marca 2012
Gwałt

Jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy spotkania, które gospodarze przegraliby aż 0:6, choć był to mój 992. mecz w życiu. Nigdy nie przypuszczałbym, że jednak wreszcie zobaczę coś tak niecodziennego i że w dodatku będzie to w... Bundeslidze.

Mecz Hertha Berlin - Bayern Monachium. Nigdy nie byłem fanem Bayernu, ale od razu dodam, że dotychczas na własne oczy nie widziałem drużyny, która zrobiłaby na mnie tak piorunujące wrażenie. Jeszcze nie widziałem z bliska zespołu, który tak fantastycznie napędzaliby fenomenalni skrzydłowi (Robbery). Miazga na bokach, ale i miazga w centrum, bo tam niezawodnie funkcjonowała wieża oblężnicza z piekła rodem czyli Mario Gomez. Miałem wrażenie, że gdyby muniki musiały wygrać dwucyforowo - wygrałyby.

Ale ja nie o tym chciałem.

Zawsze byłem zwolennikiem piłki nożnej w której najważniejsza jest piłka nożna. Kierowałem się zasadą, że ''murawa to wszystko'', a trybuny to dodatek. Istotny, ale dodatek. Ideałem wydawała mi się sytuacja kiedy kibice obu drużyn oglądają mecz przemieszani, kiedy mogą siedzieć koło siebie i nikomu nic się nie dzieje.

Ideał zobaczyłem w Berlinie i... okazało się, że legł w gruzach. Ideałów nie ma.

Na Olympiastadion pojawiło się moim zdaniem co najmniej 20 tysięcy fanów Bayernu. Zjechali z całych Niemiec. Na autostradzie od Chociebuża mijałem kilka aut fanów z szalikami Bayernu, ani jednego zdeklarowanego kibica Herthy (trochę wcześniej, jeszcze w Polsce, przejechałem obok wolno sunącej kawalkady jakichś ośmiu aut na sosnowieckich blachach, a w każdym siedziało czterech albo pięciu mężczyzn, wszyscy obcięci na Benzemę, skojarzyłem, że Zagłębie grało z Chrobrym Głogów).

Na berlińskim stadionie pojawiło się 75 tysięcy ludzi. Zobaczyło jak Bayern miażdży rywala kolejny raz z rzędu, ale mnie zadziwiło nie tylko to co działo się na boisku, ale także to co poza nim.

Nie chodzi mi o fakt, że kibice Bayernu byli rozsiani właściwie wszędzie (z wyjątkiem sektora za bramką z najbardziej zaangażowanymi fanami Herthy);

Chodzi mi o kibickę Bayernu trzy rzędy poniżej mnie lekko na lewo (na oko była przed sześćdziesiątką) z lubością pokazującą faki ubranym w biało-niebieskie koszulki fanom Herthy siedzącym rząd krzesełek wyżej);

Chodzi mi o kibica Bayernu (na oko około czterdziestki) jakieś pięć rzędów poniżej z lubością śpiewającego ''auf wiedersehen" i machającego w stronę sąsiadów, którzy pod dwudziestu minutach mieli już dość i zaczynali zbierać się do wyjścia;

Chodzi mi o ustawionych w rzędzie kibiców Bayernu zasikujących w przerwie trawnik okalający stadion (ktoś nawet sikał z piętra, mocz rozbryzgiwał się koło kolejki oczekującej na żymłę z wurstem);

Chodzi mi o ryczących nazajutrz przy piwsku przyjezdnych fanów na Unter den Linden (jestem zwolennikiem tezy, że piwo pijesz do momentu kiedy robisz to bezgłośnie, potem już raczej żłopiesz piwsko).

Zawsze wydawało mi się, że kiedy istnieje możliwość spacerowania bez problemu w koszulce ukochanej drużyny w mieście, w którym ona akurat gra - spełnia się najwyższa, doskonała forma symbiozy między futbolem, żarliwością i tolerancją.

Ale z drugiej strony gdybym był berlińczykiem czułbym, że ktoś gwałci moje miasto. Perfidia w tym jest taka, że kiedy aroganckiemu kibicowi Bayernu dałoby się w ucho w niedzielny poranek to wyszłoby się natychmiast na wichrzyciela czy może nawet bandytę. Bo to przecież tylko futbol, a futbol nie powinien rodzić przemocy. Pokrzyczeć każdy może - byleby się z grubsza ''zachowywał'', bo ordnung muss sein.

Żeby było jasne: przez cały mecz nie poczułem nawet przez chwilę kibolskiego zagrożenia. Ideał. Ale to co widziałem jest moim zdaniem jedynie szyderczym chichotem z tego ideału. Ideału, który zderzył się z rzeczywistością. 

PS Wyrazy wdzięczności dla Mariusza i jego rodziny. Są niesamowici.

PS1 Omega zauważa, że szaliczki Herthy i Ruchu są bardzo podobne.

PS2 W niedzielę rano ciężko było obejść Reichstag. Policji wokół było tyle, że przez chwilę pomyślałem o dziarsko śpiewających wewnątrz kibicach Bayernu. Tymczasem okazało się, że Zgromadzenie Federalne wybierało akurat nowego prezydenta Niemiec. Z rzadka, bo z rzadka, ale czasem okazuje się, że świat nie kręci się tylko wokół piłki:-)

 
1 , 2 , 3
Archiwum