sobota, 30 marca 2013
Młyn

Byłem dziś na meczu Katowic z Łęczną. Działo się...

Co mnie zdumiało na początku:

a) kiedy podjeżdżałem na stadion zdumiała mnie ilość samochodów stojących wszędzie gdzie tylko się dało. "Mieszkańcy Katowic stęsknili się za ligą. Przyszło chyba z 10 tysięcy ludzi" - pomyślałem. W sumie powód jest, to był przecież pierwszy ligowy mecz na Bukowej w tym roku...

Okazało się jednak, że aż tak dobrze nie było. Przyszło 3300 kibiców, a wielka ilość aut wzięła się stąd, że parking po roztopach zamienił się w grząskie bajoro i wjeżdżali nań tylko najodważniejsi. Podejrzewam, że nawet Karl Friedrich von Münchhausen by sobie w tym miejscu dziś nie poradził...

Frekwencja była więc mniej więcej na tym poziomie co na zeszłorocznych ostatnich meczach z Olsztynem i Grudziądzem;

Co mi się podobało:

a) zachowanie trenera gospodarzy. Rafał Górak nie udawał, że to był najwybitniejszy mecz jego drużyny. Prawda jest taka, że ostatnio w Krakowie Katowice zaprezentowały się znaaaaacznie lepiej niż dziś. - Bardzo wiele takich meczów w zeszłej rundzie przegraliśmy dlatego przede wszystkim doceniam fakt, że teraz było inaczej - stwierdził katowicki szkoleniowiec. To chyba najważniejsze podsumowanie tego spotkania ze strony Katowic. Ciekawe co fani GKS-u woleliby: wygrane mecze w tak słabym stylu jak dziś czy przegrane w tak dobrym jak w Krakowie? Odpowiedź jest chyba oczywista;)

Co mi się nie podobało:

a) jazda na murawie po meczu. Czegoś takiego nie pamiętam od słynnego meczu z Odrą Wodzisław w 2005 roku. Co ciekawe i wtedy i teraz zajścia obserwowałem z tunelu, z ukochanego kiedyś miejsca Mariana Dziurowicza. Osiem lat temu w tunelu sapał obok mnie mężczyzna w szaliku GKS-u. "Ubiję go, ubiję'' - powtarzał, a potem nagle wierzgnął do przodu i cztery metry ode mnie przywalił zbiegającemu w popłochu do szatni Marcinowi Borskiemu, naszemu rewelacyjnemu sędziemu międzynarodowemu.

Teraz było inaczej. Ni stąd ni zowąd zawodnicy obu drużyn założyli formację młyna znaną z rugby. Rzucał się w oczy zwłaszcza Adrian Napierała, koledzy siłą musieli go odciągać od przeciwnika. Stoper GieKSy wściekał się, szarpał, spytałem go więc (oczywiście w tunelu) co tam się stało, że doszło do tak gigantycznej awantury. O co poszło. - O co?! Nikitović napluł mi w twarz! Nie umieją przegrywać! Czy to jest normalne zachowanie?! - pieklił się Napierała i aż mu ręce drżały. Przyznaję od razu, że riposty Nikitovicia nie udało się Czadoblogowi zdobyć, bo zawodnik gdzieś mi przemknął.

Czego nie mogę przesądzić:

a) że sędzia skrzywdził Łęczną. Miałem dziś tak zaparowane okulary (poza tym miłe towarzystwo z Niemiec), że nie umiem jednoznacznie ocenić tych faktów, choć koledzy dziennikarze przekonywali mnie z należytą i jednocześnie staranną argumentacją, że karnego dla GieKSy z którego padła jedyna bramka być jednak nie powinno. Rozmawiałem również z pomocnikiem gości Michałem Renuszem (oczywiście w tunelu), który zszedł tuż przed końcem za drugą żółtą kartkę, a wcześniej zdobył dla gości gola (nieuznanego z powodu spalonego, podobnie jak dwa strzały Sebastiana Szałachowskiego). Jemu ręce trzęsły się tak samo jak Napierale. - Uważam, że strzeliłem prawidłowego gola, uważam też, że niesłusznie zostałem wyrzucony z boiska. Zasłużyliśmy na punkt - mówił mi Renusz.

Co mnie zdumiało na końcu:

a) Młodziutki Dominik Sadzawicki debiutował dziś na Bukowej, a jak wyjaśnił po meczu trener Rafał Górak emocje z tego powodu mogły go rozwalić. Chłopak jeszcze niedawno udzielał się przede wszystkim na Blaszoku, a teraz miał się przed nim pokazać. Cierpiał na bóle brzucha, wytrzymał na boisku do 39 minuty. Uważam, że to romantyczna historia, bo nie ma nic piękniejszego kiedy z kibica stajesz się piłkarzem, z tworzywa - twórcą. A ta historia może mieć szczęśliwy happy end, bo Sadzawicki jest utalentowany i pewnie jeszcze zabłyśnie.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 28 marca 2013
Poczekał całą karierę

Mało kto pamięta, że Ireneusz Jeleń mógł strzelić pierwszą ligową bramkę dla Górnika już w lipcu 2000 roku. Wówczas jeszcze prawie nikt go nie kojarzył, może jedynie znawcy niskich lig, a on będąc nastolatkiem przyjechał wtedy na testy do Zabrza jako najlepszy zawodnik malutkiego klubu z rodzinnego miasta (pozdrawiam kolegę, który mówił mi wtedy, że pod granicą jest jakiś koleś, który ładuje mnóstwo goli). "Na Roosevelta go pamiętali, bo parę miesięcy wcześniej strzelił im dwa gole w sparingu. Ostatecznie z transferu nic jednak nie wyszło. Dziś brzmi to dziwnie, ale Jeleniowi nie podobała się ponoć ówczesna atmosfera na Roosevelta, ówczesny podział w drużynie na młode koty i starych repów. Górnik specjalnie za nim nie płakał" - pisałem kiedyś. Piłkarz zaczął więc jesienią grać w zdobytej właśnie IV lidze w barwach Piasta klubu z rodzinnego Cieszyna.

Musiało minąć niespełna 13 lat żeby Jeleń wreszcie dla Górnika strzelił w poważnym meczu. W dzisiejszym spotkaniu z Widzewem zrobił to w sposób najlepszy z możliwych. W sposobie uderzenia piłki po którym padł gol było dla mnie coś symbolicznego. Uderzył delikatnie wręcz pieszczotliwie, ale nie trzeba przecież siły kiedy o wszystkim decyduje moment. Wybrać idealny moment na strzał to wbrew pozorom trudna sztuka. Precyzja strzału czasami to dodatek. Sądzę, że Jeleń nie trafiłby dziś do bramki Widzewa nawet najbardziej precyzyjnym strzałem gdyby uderzał 0,125 sekundy wcześniej albo 0,125 sekundy później. 0,125 może się jednak cmoknąć; tak właśnie powinny wyglądać gole powitalne:)

Ważne, że Jeleń odblokował się w najważniejszej dla siebie i dla Górnika chwili. Mógł się spokojnie przygotowywać, nadrabiać braki w formie fizycznej. Koniec taryfy ulgowej, własnie dziś wszyscy oczekiwali, że nie zawiedzie. No i co? Nie zawiódł. Pokazał, że ciągle warto na niego stawiać. Tym samym jego kariera już po raz ostatni może jeszcze przyśpieszyć.

A statystykom pragnę zwrócić uwagę, że Jeleń... ma co gonić. Jako, że chyba przezwyciężył kryzys i jednak będzie miał szansę przekroczyć liczbę stu goli wbitych w najwyższej klasie rozgrywkowej, co nie jest przecież dane (cbdu) napastnikowi jedynie utalentowanemu...  Do spełnienia brakuje Jeleniowi jeszcze tylko pięciu bramek (45 w Wiśle Płock, 48 w Auxerre, jedna w Lille i jedna w Górniku daje 95 goli). Myślicie, że da radę?

A Górnik wdrapał się właśnie na podium. Ciekawe czy da się z niego zepchnąć.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

środa, 27 marca 2013
Boks w klapkach

Wszystkich zainteresowanych przede wszystkim teraźniejszością i przeszłością śląskiego futbolu z góry serdecznie przepraszam. Przepraszam również za chwilowe przyjęcie na potrzeby tego wpisu specyficznej agresywnej retoryki, ale pewnych spraw nie można zostawić, a okazuje się, że tylko poprzez specyficzną agresywną retorykę można trafić do niektórych mózgów. Obiecuję, że przepoczwarzam się tylko na moment. Trzeba to szybko doprowadzić do szczęśliwego finału.

Kto jest zbyt delikatny niech skończy w tym miejscu. Uwaga, zaczynam.

                                             %

Otóż kiedy widzę wpisy pod awanturką związaną z przydatnością Wojciecha Kowalczyka w reprezentacji Polski przed oczami staje mi ring bokserski. Wychodzi pięściarz na ring, jednym strzałem nokautuje przeciwnika, a wtedy część publiczności krzyczy: ''ale on przecież wyszedł na ring w klapkach''. Wszyscy pokazują te klapki, wszyscy oglądają je z każdej strony, klapki, klapki, klapki! Prawie nikt nie pamięta, że ten drugi bokser wydaje tylko pojedynczy kwik. To nieważne. Lemingi, wyznawcy i gimbaza krzyczy: klapki, klapki, klapki!

Przypominam więc - nie chodzi o to czy BMG albo Bordeaux to lepsze kluby lub gorsze drużyny od Betisu Sevilla, to zastępczy temat wyjęty z pudełka po kasztanach. Właśnie takie klapki.

Chodzi o to, że precyzyjnie udowodniłem iż Wojciech Kowalczyk od momentu rozpoczęcia eliminacji Euro'96 czyli od roku 1994 roku był dla reprezentacji jako napastnik odpowiadający za strzelanie goli* właściwie całkowicie bezużyteczny. Zajmował w kadrze cenne miejsce, które ktoś mógł wykorzystać wydajniej. Bardzo źle się stało, bo przecież ktoś lepszy na jego miejscu mógł w ten prostokąt trafić przynajmniej raz w meczu z jakimś poważnym rywalem.

Lemingi, wyznawcy i gimbaza (gimbazie odpuszczam, bo nie może tego pamiętać) nie są w stanie przeprowadzić wywodu, który obaliłby zaproponowane przeze mnie twierdzenie. Zakrztusiłem się kiedy usłyszałem argument, że przecież Kowalczyk znakomicie podał piłkę Juskowiakowi w meczu z Francją. Myślałem bowiem, że to początek długiego wymieniania zasług Kowalczyka dla reprezentacji, a okazało się, że to... już koniec.

Dziennikarzowi Krzysztofowi Stanowskiemu nie dziwię się, że próbował zareagować, sam bym pewnie zareagował gdyby ktoś tak mojego kumpla przedstawił odartego w świetle reflektorów. Problem w tym (nie mój) że próbował to zrobić w najbardziej prymitywny sposób czyli zmienił tor dyskusji. A jest na tyle doświadczony, że wie jak i gdzie skierować rurę wypełnioną lemingami, wyznawcami i gimbazą. Kto jednak się nie zachłysnął - zauważył, że Stanowski nie obalił ani jednego z tych czterdziestu zdań, które napisałem na temat "historycznej roli Wojciecha Kowalczyka w reprezentacji Polski w latach 1994-99."

Jeden z komentarzy uzmysłowił mi tok rozumowania wyznawców. Brzmi on:

"Gdyby Lewandowski prowadził sie jak Kowalczyk to kopałby teraz pustą puszke po piwie w Pruszkowie. A Kowal swoje pograł, swoje wypił, swoje zarobił. Dziękuję. Dobranoc"

Tak to prawda, w Polsce wielu ludziom strasznie imponuje kiedy ktoś wypije, zabawi się, a potem zagra na poważnym poziomie. To jest gość, to jest gieroj....

Czy swoje Kowalczyk wypił nie wiem, nie obchodzi mnie to. Czy swoje zarobił - tym bardziej mnie nie obchodzi. Natomiast z tym graniem to bym nie przesadzał. Jeśli koleś nie jest w stanie strzelić stu goli na najwyższym poziomie rozgrywek ligowych w całej karierze, to trudno napisać o nim, że jest świetnym napastnikiem. W latach 90. wielokrotnie widziałem Kowalczyka na własne oczy. Zawsze oczekiwałem Bóg wie czego i nigdy się tego nie doczekałem.

Nazywanie Kowalczyka królem życia też mnie śmieszy. Królem życia to był Ernest Wilimowski, który za kołnierz nie wylewał ale na poziomie reprezentacji państwowej strzelił 34 gole w 30 meczach, a na poziomie polskiej ekstraklasy 112 goli w 86 meczach.

Kowalczyk mnie zniesmaczył, bo w wywiadzie z ''Superexpressu'' powiedział, że "większość z tych grajków nich nie potrafi grać na poziomie reprezentacji i powinni dać sobie spokój". Zrozumiałbym gdyby stwierdził, że "większość z nich zagrała fatalnie, a trener powinien dać szansę innym''. Ale nie - on całkowicie skreśla tych piłkarzy. Wniosek z tego, że chłop w ogóle nie pamięta, że od eliminacji do Euro'96 spełniał się w kadrze przede wszystkim jako taboret.

Niech nikt się nie gorszy. Już widzę przytaczane opinie poważnych ludzi futbolu, którzy będą ujmować się za Wojciechem Kowalczykiem. A ja na to: obalcie statystyki, które przytoczyłem.

Bolesna prawda jest taka, że po napastniku jedyne co zostaje to suche statystyki.

Mimo wszystko pokładając nadzieję w intelekcie przeciwników i ich smykałce do polemicznych sporów jeszcze raz, już po raz ostatni, zachęcam. Zachęcam wszystkie lemingi, wyznawców, gimbazę a i samego Krzysztofa Stanowskiego.  Obalcie w poważny merytoryczny sposób moje wnioski dotyczące reprezentacyjnej kariery Kowalczyka po roku 1993. Wdepczcie mnie w ziemię.

Czekam.

* z góry wykluczam podkreślanie roli Kowalczyka jako tego co wiatr robi, gdyby komuś takie kuriozalne tłumaczenie wpadło do głowy.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

PS1 Żeby było jasne - dwieście milionów razy bardziej imponuje mi piłkarz, który dba o najdrobniejsze szczegóły żeby wycisnąć z kariery jak najwięcej niż birbant, który jedzie na opinii więc ugra co ugra a resztą ma między Scyllą i Charybdą.

Prawda jest taka, że gdyby Robert Lewandowski odniósł teraz kontuzję (tfu! tfu!) przekreślającą jego dalszą karierę to i tak do historii przejdzie jako piłkarz z zupełnie innej półki niż Wojciech Kowalczyk. Znacznie wyższej półki.

INFO Z OSTATNIEJ CHWILI:

W komentarzach pod wpisem nie znalazł się ani jeden kozak, który potrafiłby coś mądrego w duchu polemicznym odnosząc się do istoty sporu napisać. Generalnie jest bardzo sympatycznie, ale nie na to miałem nadzieję. Chyba nie warto wchodzić na komentarze. Odradzam.

Ten uśmiech zostanie na zawsze

Był najbardziej uśmiechniętym człowiekiem wśród trenerów. Był najwybitniejszym trenerem wśród ludzi uśmiechniętych. Nie wypada mi wspominać Jerzego Wyrobka, czynią to ludzie nieporównywalnie bardziej godni ode mnie.

Był niebieski w każdym calu od początku do końca. Czy może być jednak inaczej kiedy twoim ojcem jest legenda niebieskich, bramkarz Ruchu i reprezentacji Polski? Czy może być inaczej kiedy mężem siostry twojej matki jest największa legenda niebieskich?

Kto znał Pana Wyrobka ten wiedział, że ten Jego ujmujący uśmiech mógł być bardzo mylący. Ja już tego nie pamiętam, ale wiem, że był także wybitnym śląskim obrońcą. Kiedy komuś postanowił na murawie uprzykrzyć życie - nie było zmiłuj się. Przekonał się o tym choćby Johann Cruyff, który w porywie bezsilności był w stanie jedynie... kopnąć w trakcie meczu Jerzego Wyrobka w tyłek.

Pan Wyrobek był znakomitym zawodnikiem, gdyby nie umiał grać w piłkę nie występowałby przecież w reprezentacji Polski na przykład w roku 1974... Gdyby wymienić jedyny powód dla którego nie zrobił większej kariery - byłby to wzrost.

Pan Wyrobek był jednak nie tylko świetnym piłkarzem, ale i znakomitym trenerem. Jest tylko dwóch ludzi w całej historii Ruchu, którzy zdobywali mistrzostwo dla niebieskich zarówno jako piłkarze jak i trenerzy. Pierwszym jest Ewald Cebula, którego miałem szczęście jeszcze odwiedzić w Jego mieszkaniu. Drugim właśnie Jerzy Wyrobek.

Zaczynałem swoją dziennikarską robotę dwadzieścia lat temu, jako nieśmiały, chudy wypłosz. Wprawiałem się na niższych ligach i dobrze pamiętam przerażenie, kiedy mój szef nagle kazał mi zrobić materiał o Ruchu. Wtedy bodaj pierwszy raz w życiu miałem wejść do środka głównej trybuny Ruchu Chorzów. Najzwyczajniej na świecie bałem się. Akurat przypadkowo przy wejściu stał Pan Wyrobek. Przedstawiłem się przełykając ślinę, powiedziałem kim jestem. Popatrzył na mnie, uśmiechnął się jak to On i od razu zaprowadził do gabinetu prezesa. A potem jeszcze przyniósł mi piwo. Pewnie żebym się rozluźnił.

Poraziło mnie to - sławny trener przynoszący piwo jakiemuś szczylowi, którego z racji wieku mógłby być ojcem... To był jeden z pierwszych momentów, w których przekonałem się, że ludzie z pierwszych stron gazet są tacy sami jak my wszyscy. Pan Wyrobek ciągle był skromnym uśmiechniętym człowiekiem, a przecież niejednemu na Jego miejscu słusznie mogłaby odbić palma.

Teraz nie żyje.

PS Omega jest w żałobie.

wtorek, 26 marca 2013
Oj, Stanowski, Stanowski...

Z założenia nie jestem na Facebooku, ale chcąc nie chcąc jednak... czasem jestem. Jak się okazuje próbuje mi przywalić mi niejaki Stanowski na swoim profilu. Kojarzycie - to facet, który stworzył portal, którego cała strategia polega generalnie na przywalaniu (oczywiście przywalaniu tym z którymi nie mamy relacji prywatnych). Właśnie z tego powodu dziwi mnie, że pan Stanowski nie docenił subtelności mojego wpisu o Kowalczyku, bo przecież nawet przywalać można subtelnie. Okazuje się jednak, że teorii przywalania facet nie przerobił. Bazuje jedynie na praktyce, którą wypracował na podstawie własnych doświadczeń. 

Stanowski pisze o mnie ponoć tak:

"Jest taka dość kabaretowa postać, nazywa się Paweł Czado. Czasami zaglądam. Dzisiaj ni z gruchy ni z pietruchy przywalił w Wojtka Kowalczyka, więc nawet rzuciłem okiem na komentarze. Tam komentarz właśnie pana Czado z "Gazety Wyborczej".
Ktoś napisał: "I tak osiągnął w swoim życiu więcej niż taki Glik, Polański, Obraniak czy Wawrzyniak…". A Czado na to: "Ale w klubie czy w reprezentacji A? Jeśli chodzi o klub to wydaje mi się, że trzech pierwszych grało lub gra w klubach, którym kluby Kowalczyka nie podskoczyłyby do pięt".
Piękny popis ignorancji. Zdaniem pana Czado Torino, Hoffenheim oraz Bordeaux to kluby lepsze od Betisu. Czadę trudno wyedukować, ale inni mogą to czytać, więc przypomnę: tamten Betis zajmował TRZECIE i CZWARTE miejsce w lidze hiszpańskiej, na koniec sezonu 1994/95 wyprzedził w tabeli Barcelonę, grał też w finale Pucharu Króla (Betis przegrał 3:2 z Barceloną na Santiago Bernabeu po dogrywce - gol Figo w 115 minucie, a jeszcze w 87 minucie prowadził 2:1).
Pewnie kwestią czasu jest kiedy śląski oszołom napisze, że w lepszych klubach od "Kowala" grał Bogdan Prusek.
"

Prawie każdy akapit zasługuje na komentarz.

Pierwszy akapit: bardzo wymowny, dla sprawy NAJBARDZIEJ ISTOTNY a zarazem jedyny w którym ważniejsze jest to co nie napisane od tego co napisane. Pan Stanowski - który mógłby być pierwszym obrońcą talentu Kowalczyka - nie jest w stanie odnieść się merytorycznie do treści mojego wpisu. Nie jest w stanie podważyć nawet jednej jego literki. Dlatego od razu zgrabnie przechodzi do komentarzy.

Drugi akapit: relacja z mojego bloga więc nie ma nic do komentowania.

Trzeci akapit: zaśmiałem się, bo okazuje się, że Stanowski nie zrozumiał naprawdę prostego w zrozumieniu tekstu. Oburzył się, że Glik, Polanski czy Obraniak grali w klubach lepszych od Betisu Sevilla.

Ale to przecież oczywiste, Stanowski musi się jedynie wysilić i być trochę bardziej precyzyjny w rozumowaniu, bo nie jest ważne co rozumie kiedy czyta, lecz co naprawdę jest napisane. Ja nie napisałem, że Glik, Polanski i Obraniak grali w lepszych drużynach. Napisałem, że grali w lepszych klubach, a to zasadnicza różnica.

Chyba nikt nie zaprzeczy, że Torino, Bordeaux i BMG (bo w przypadku Polanskiego nie chodziło mi nie o Hoffenheim, ale o Borussię Moenchengladbach) osiągnęły więcej niż Betis Sevilla. Porównajmy:

Betis był raz mistrzem Hiszpanii, dwukrotnym zdobywcą Pucharu Króla.

Torino było siedem razy mistrzem Włoch, pięciokrotnym zdobywcą Pucharu Włoch, finalistą Pucharu UEFA. Osiągnęło więcej niż Betis? Osiągnęło.

Borussia była pięć razy mistrzem Niemiec, trzykrotnym zdobywcą Pucharu Niemiec, finalistą PEMK, dwukrotnym zdobywcą Pucharu UEFA. Osiągnęła więcej niż Betis? Osiągnęła.

Bordeaux było sześć razy mistrzem Francji, trzykrotnym zdobywcą Pucharu Francji, finalistą Pucharu UEFA. Osiągnęło więcej niż Betis? Osiągnęło.

Dodam jeszcze, że wszystkie te trzy kluby są dla mieszkańców swoich miast najważniejsze. Betis w swoim mieście jest dopiero drugim klubem.

Czwarty akapit: nie byłoby trudne odwdzięczyć się czymś za ''śląskiego oszołoma", ale to jednak poniżej mojej godności:) Na temat Bogdana Pruska na miejscu Stanowskiego jednak bym się nie wypowiadał, bo nie ma pojęcia kto zacz.

PS Ale fochy Stanowskiego względem mnie to jeszcze nic. Bardziej rozbawił mnie innym tekstem:

Wczoraj zaświtało w głowie mi - wyliczyłem wyniki reprezentacji w meczach o punkty z ostatnich pięciu lat. Wiele godzin później wszedłem na blog Rafała Steca i znalazłem taki fragment:
"W ostatnich 20 meczach o punkty – obejmujących eliminacje do mundialu 2014, Euro 2012, eliminacje do mundialu 2010, Euro 2008 – nasi pokonali trzech przeciwników. San Marino, Czechy, Mołdawię. I nikogo innego, choć napatoczyli się różni Czarnogórcy, Grecy, Słoweńcy, Słowacy, północni Irlandczycy, Austriacy".
Naprawdę, Rafał, gratuluję. Rafał jest jednym z ostatnich dziennikarzy, którzy nie zbrukali się napisaniem słowa "Weszło". Wiadomo, że jesteś ponad to. Ale przepisać zawsze miło, prawda?


Stanowskiemu naprawdę wydaje się chyba, że wszyscy zaczynają dzień od lektury jego portalu. Muszę wyprowadzić go z błędu. Wiem z najlepszego źródła z możliwych, że Rafał Stec tego nie czyta. A pomysł, że Stec mógłby cokolwiek przepisać ze Stanowskiego jest tak absurdalna jak pomysł, że reprezentacja Polski seniorów mogła cokolwiek zdziałać z Wojciechem Kowalczykiem w składzie.

Żeby być sprawiedliwym - jedno trzeba panu Stanowskiemu zaliczyć na plus: ważne, że czyta "A jednak się kręci" i Czadobloga. To rzeczywiście trafny wybór.

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

UPDATE Okazuje się, że pan Stanowski szaleje z ripostami na Facebooku. Szaleje w charakterystyczny dla siebie sposób czyli przemyka agresywnie bokiem. Panie Stanowski - podważ mój poprzedni wpis pod względem merytorycznym. Nie doczekam się...

poniedziałek, 25 marca 2013
Rozbrajający Wojciech Kowalczyk

Bardzo lubię słuchać i czytać wypowiedzi Wojciecha Kowalczyka. Uzmysławiają mi one zawsze starą piłkarską prawdę - ''nie pamięta wół jak cielęciem był"...

Kowalczyk zwierza się oto "Superexpressowi", że dziewięć miesięcy po Euro niektórzy ludzie doczekali się potomków, a w kadrze nadal bez zmian. "Większość z nich nie potrafi grać w piłkę na poziomie reprezentacji i powinni sobie dać spokój."

Oczywiście szanuję zdanie Kowalczyka, on też - jak zresztą każdy - ma prawo wypowiedzieć się o grze reprezentacji. Wolno mu ganić i krytykować.

Ja na przykład bardzo żałuję, że Kowalczyk wrócił do kadry po pierwszym meczu reprezentacji Polski w eliminacjach do Euro'96. W tym rozpoczynającym grupowe rozgrywki spotkaniu Polska przegrała na dzień dobry z Izraelem w Tel-Avivie 1:2, a przypominam, że nie był to wcale tak silny Izrael jak dziś (z tamtych czasów możecie kojarzyć chyba tylko Ronny'ego Rosenthala, zawodnika Liverpoolu i Tottenhamu).

Kowalczyk zagrał w Izraelu cały mecz i - co przyznali nawet warszawscy dziennikarze (sprawdziłem) - w tamtym spotkaniu nie istniał (sprawdziłem). W swej autobiografii poświęcił temu meczowi akapit (sprawdziłem). Uznał, że na to spotkanie wyszli jakimś ''dziwnym składem'', bo zagrał nawet Maciejewski, "choć do wirtuozów piłki nigdy nie należał".

To ostatnie zdanie mocno mnie rozśmieszyło, bo wygląda na to, że Kowalczyk w takim razie uważa się za wirtuoza. Myślę, że gdyby choć w połowie wykonywał rzuty wolne tak dobrze jak Krzysztof Maciejewski z GKS-u Katowice to zapewne osiągnąłby znacznie więcej.

W każdym razie Kowalczyk potem do kadry niestety wrócił i z nim w składzie nie zdołała ona awansować do mistrzostw Europy. Za to pan Wojciech zdołał w niej rozegrać jeszcze 19 meczów. Na pierwszy rzut oka, to nie jest najgorszy bilans, ale przyjrzałem mu się bliżej.

Oto konkrety. Poniżej jego bramkowe zdobycze tylko z silnymi rywalami po wspomnianym meczu z Izraelem:

Kowalczyk zagrał z:

- Brazylią (został zmieniony w 64. minucie) - nie strzelił gola;

- Francją (został zmieniony w 62. minucie) - nie strzelił gola;

- Rosją (został zmieniony w 40. minucie) - nie strzelił gola, ale to zrozumiałe, bo przed meczem śniadanie mu nie smakowało i w hotelu śmierdziało;

- Brazylią (wszedł w 46. minucie) - nie strzelił gola;

- Czechami (został zmieniony w 81. minucie) - nie strzelił gola;

- Włochami (wszedł w 44. minucie) - nie strzelił gola;

- Chorwacją (został zmieniony w 80. minucie) - nie strzelił gola;

- Anglią (wszedł w 69. minucie) - nie strzelił gola;

- Szwecją (wszedł w 70.minucie) - nie strzelił gola.

Niektórzy niezorientowani stwierdzą, że reprezentacyjną karierę zwichnął mu Antoni Piechniczek, a ja na to odpowiem tak: ile bramek dla repry w meczach o punkty strzelił Wojciech Kowalczyk u ukochanego selekcjonera Janusza Wójcika, już po odejściu Piechniczka? Tak, nie mylicie się. Odpowiedź brzmi: ZERO.

Dlatego powtarzam: osobiście bardzo żałuję, że po tym nieszczęsnym meczu w Tel-Avivie w 1994 roku Kowalczyk wrócił do kadry i zajmował w niej miejsce aż do roku 1999. Podejrzewam, że gdyby dać szansę komuś innemu zamiast Kowalczyka - kadra mogła zdziałać więcej. Z perspektywy czasu dobitnie widać, że bardzo źle się stało jeśli zgodzimy się z ostatnim zdaniem autobiografii piłkarza: ''to na nim budowano atak naszej reprezentacji''.

PS Żeby być sprawiedliwym trzeba jednak oddać Kowalczykowi co należne, czym najbardziej dał się zapamiętać z gry w kadrze. To właśnie on strzelił tysięcznego gola dla reprezentacji Polski w towarzyskim meczu z Finlandią, który odbył się na Malcie. Nikt już mu tego nie odbierze, na zawsze pozostanie w ludzkiej pamięci.

PS1 A poza tym Omega.

niedziela, 24 marca 2013
Warszawskie szczęście nadciąga

Nadchodzi moment, w którym Stadion Narodowy w Warszawie wreszcie będzie miał to czego brakuje mu najbardziej - stanie się fartowny. Oczywiście nie każdy obiekt może być tak magiczny jak Stadion Śląski, na którym już pierwszy mecz o punkty przeszedł na stałe do historii polskiego futbolu - w 1957 roku Polska wygrała ze Związkiem Radzieckim 2:1. Także były Stadion Wojska Polskiego na Łazienkowskiej jest pod tym względem lepszy od Narodowego - już w drugim meczu o stawkę (eMŚ z Jugosławią w 1938 roku) udało się na nim biało-czerwonym wygrać (pierwszy nieudany mecz odbył się cztery lata wcześniej z Czechosłowacją).

Nie żądajmy jednak od Narodowego żeby dorównał Śląskiemu - to niemożliwe niech więc zacznie wreszcie budować własną legendę.

Teraz stołeczny stadion będzie miał wreszcie szansę na pierwszy wybuch radości - w meczu z San Marino spodziewamy się pierwszego zwycięstwa Polski w meczu o stawkę czyli ogrania San Marino w eliminacjach mistrzostw świata.

Uda się na pewno ale będzie to oznaczać, że udało się dopiero za piątym razem - mecze z Grecją, Rosją, Anglią i Ukrainą jak wiadomo zwycięstwa nie przyniosły. Lepiej jednak późno niż później...

Gdyby się jednak nie udało - kolejne mecze tych eliminacji powinny odbywać się gdzie indziej, a na Narodowy powinni wkroczyć egzorcyści.

PS Rozmawiałem z Ryszardem Sadłoniem, chorzowskim radnym, kibicem Ruchu, który pojechał do Warszawy na mecz z Ukrainą. Był przerażony naszą publicznością podczas tego meczu. Generalnie wygląda na to, że wielu ludzi zobaczyło mecz między 15. a 30. minutą, a potem między 60. a 75. bo najważniejsze było przecież dobrze się najeść...

Osobiście zawsze byłem za wymianą stadionowej publiczności - z kibolskiej na normalną. Nie zgadzam się jednak żeby normalność oznaczała obżarstwo, czkanie, pierdzenie w stołki i gwizdanie wobec piłkarzy schodzących na przerwę (wydawało mi się, że wyrażenie dezaprobaty pod adresem własnych piłkarzy ma sens dopiero po ostatnim gwizdku...

"Stare kibolstwo" to chamstwo i agresja, ale okazuje się, że ''nowe kibicowanie'' to najmodniejszy krój w kolorze biało-czerwonym, obżarstwo, dezynwoltura (''dlaczego nie wygrywają?! Przecież zapłaciłem za bilet") nieznajomość futbolu i żądanie zwycięstwa za wszelką cenę. I - last but not least - uczenie takiego konsumpcyjnego spojrzenia na futbol własnych dzieci, które przecież "zabieramy na mecz, bo jest bezpiecznie". Już żal mi tak formatowanych kibiców polskiej piłki, którzy dojdą do głosu za 10-15 lat.

Okazuje się, że nie tylko my zauważamy problem. Oto co o publiczności na Stadionie Narodowym w Warszawie podczas meczu z Ukrainą sądzi były premier.

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

Uznanie mimo porażki

Gdy nie gra ekstraklasa nie oznacza to automatycznie braku wrażeń futbolowych. Właśnie wróciłem z meczu Cracovii z GKS-em Katowice. Warto było zobaczyć spotkanie na najlepszym polskim stadionie kategorii lekkopółśredniej (czyli o pojemności do 15 tysięcy).

Co mi się podobało:

a) niech ktoś powie, że nasze społeczeństwo nie przepada za futbolem. Na mecz w tym potwornym zimnie przyszło aż 7146 morsów. Nawet nie muszę sprawdzać - to na pewno był najzimniejszy 23 marca w moim życiu. Niektórzy szaleńcy na trybunach byli bez czapek, ale to jeszcze nic. W GieKSie aż dwóch śmiałków - młody Sadzawicki i Wołkowicz - zagrało bez rękawiczek! Ale ich i tak przebił Edgar Bernhardt. Wiadomo jednak, że pomocnik Cracovii to zimny chów: wystąpił w krótkim rękawku...

b) gra GKS-u Katowice. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Ekipa grała z pomyślunkiem, choć bez szczęścia. Widać, że wszystko w tym zespole jest obecnie przemyślane. Zwornikiem jest Przemysław Pitry, choć wydaje się, że nawet jeśli on nie jest w najwyższej formie to inni i tak mogą pociągnąć. Rzadko można to powiedzieć o przegranych, ale podobali mi się zarówno z tyłu jak i z przodu. Już nie dziwię się dlaczego obecnie GKS-owi tak trudno strzelić bramkę, bramkarz Budziłek może być odkryciem rundy, ma w sobie podobną bezczelną pewność siebie co Boruc. Obrona na pierwszoligowe warunki staje się żelazna, choć oczywiście popełnia błędy. Gdzie jednak ich nie popełniać jak właśnie na boisku najlepszej drużyny pierwszej ligi? Przy jedynym golu w tym meczu goście mieli pecha, bo gdyby nie rykoszet trafienia by nie było. A z przodu GieKSa znakomicie klepała sobie piłką na połowie gospodarzy, momentami to była klasyczna krakowska mała gra. Super...

Jeśli drużyna Rafała Góraka nadal będzie się tak rozwijać pewne jest, że ma przed sobą przyszłość. Zamknąć w taki sposób najlepszą drużynę ligi na jej połowie przez ostatnie dziesięć minut - to rzadkość. Siedli na nich i przydusili do ziemi. Kibice Cracovii modlili się żeby ten mecz już się skończył, kiedy Pilarz w doliczonym czasie złapał piłkę i padł na murawę ci siedzący przede mną zaczęli krzyczeć: ''leż! leż"! No to leżał...

Stwierdzenie, że gospodarze mieli fuksa byłoby jednak niesprawiedliwe. Widać, że też potrafią grać w piłkę i twierdzę, że wkrótce będą świętować awans do ekstraklasy.

Co mi się nie podobało:

a) zachowanie niektórych tuż przed meczem. Zanim sędzia zagwizdał początek symboliczną chwilą ciszy uczczono pamięć kibiców Lechii Gdańsk, którzy zginęli w wypadku wracając po meczu z Gliwic. To znaczy próbowano uczcić, bo część miejscowych matołów zaczęła dokładnie w tym momencie skandować ''Lechia Gdańsk, q..., szajs''. Rozumiem, że triady za sobą nie przepadają, ale ręce mi jednak opadły;

b) do Krakowa wybrałem się pociągiem. Kiedyś trasę Katowice - Kraków pokonywałem tym środkiem lokomocji bardzo często, ale tym razem bodaj pierwszy raz w XXI wieku. No i przeżyłem szok. Wydawało mi się - bez kitu - że jadę do Krakowa... tramwajem. Ciągnikiem Cugnota byłoby chyba szybciej. Wydaje mi się, że sto lat temu pociągi na tej trasie jeździły bardziej, nazwijmy to, "zdecydowanie". Wygląda na to, że kolej się niestety zwija. Na szczęście futbol łączy: w przedziale siedział facet z Zielonej Góry, który na co dzień mieszka w Liverpoolu i chodzi na mecze The Reds. Tośmy "se pogadali" i zabili te tony czasu, które nam terkotały po szynach...

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

piątek, 22 marca 2013
Postawmy na stadionach szubienice

Koninklijke Nederlandse Voetbal Bond (KNVB) zawsze wydawał mi się instytucją poważną. Tymczasem Holenderski Związek Piłkarski chce w przyszłym sezonie wprowadzić na próbę nowe zasady, według których zawodnik ukarany żółtą kartką musi na 10 minut opuścić boisko. Testy odbędą się w meczach lig amatorskich. Celem zmian jest... ograniczenie agresji w futbolu. 

Moim zdaniem to zdecydowanie za mało. Ukróćmy wszelką agresję raz na zawsze, tak! Uważam, że na każdym stadionie powinno się postawić szubienicę za bramką i wieszać na niej brutalnie grających piłkarzy. Do uzgodnienia jest kwestia czy od razu w trakcie meczu czy dopiero po jego zakończeniu.

Teraz poważnie - zdaje sobie sprawę, że do Najwspanialszego Sportu na Świecie jak ćmy lgną różnej maści "naprawiacze", "reformatorzy" i inne dziwadła. Ale to powoli przestaje być śmieszne. Nasilenie w ostatnich latach tych bzdur powoduje konieczność powołania czegoś na kształt Świętego Oficjum.

Uważam, że złożona z doświadczonych, konserwatywnych, szacownych, co najmniej 80-letnich działaczy piłkarskich rada powinna tworzyć najwyższy trybunał inkwizycyjny.

Zadaniem trybunału byłoby czuwanie nad czystością formy. Kto odstępuje od formy nie powinien być jednak naprowadzany siłą na właściwą ścieżkę. Powinien być za to wykluczany ze struktur jak najszybciej.

W takich pomysłach jest jakieś obrzydliwe zakłamanie. Pokazanie, że dbamy o czystość futbolu pod każdym względem, za każdą cenę.

Tymczasem reguły gry są moim zdaniem optymalne. Kary za brutalność są odpowiednie i nie widzę powodu żeby je zmieniać.

Jeśli chcą gdzieś sobie grać w piłkę, w której wyklucza się na dziesięć minut po żółtej kartce - niech grają. Ale niech nie nazywa się to piłka nożna tylko "piłka nożna, w której wyklucza się na dziesięć minut po żółtej kartce."

Niech to będzie osobny sport.

Mnie na takim meczu nie zobaczycie. Z kibicami "piłki nożnej, w której wyklucza się na dziesięć minut po żółtej kartce" mi nie po drodze:)

PS Niezwykły pomysł działaczy Cracovii mnie zaskoczył. Nigdy dotąd nie słyszałem o czymś takim. Wpuszczą na stadion kibiców gości (w tym wypadku - kibiców GKS-u Katowice), ale cena biletu będzie zależna od... stanu sektora po ostatnim gwizdku.

15 zł - cena za bilet bez zniszczeń w sektorze,  20 zł - cena za bilet ze zniszczeniami w sektorze. Rozliczenie po meczu.

Fajne, co? Aż się wybiorę:)

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

09:16, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (28) »
wtorek, 19 marca 2013
Ajax Amsterdam? Nie, dziękuję

Wszystko się zmienia. Dziś już prawie nikt nie pamięta czasów gdy holenderski futbol nie budził u nas większych emocji.

75 lat temu, wczesną wiosną 1938 roku śląskie kluby dostały ofertę od Ligi PZPN żeby rozegrać mecze z niejakim Ajaksem Amsterdam. Ruch nie skorzystał z oferty, a AKS Chorzów - owszem. Zgodził się latem zagrać z ówczesnymi mistrzami Holandii, ale... za cenę 2 tysięcy złotych. Ostatecznie też nic z tego nie wyszło.

75 lat temu Ajax miał na koncie zaledwie sześć tytułów mistrza Holandii i z tego powodu w naszym kraju nikomu wtedy usta się nie otwierały a potem zapominały zamknąć (myślę, że do tego gatunku klubów spokojnie można też wciepnąć Barcelonę, która w Polsce - jeszcze w 1970 roku, kiedy grała z GKS-em Katowice w Pucharze Miast Targowych - była tylko "jednym z hiszpańskich klubów", ośmiokrotnym mistrzem tego kraju i tyle).

Ostatecznie Ajax przyjechał na Górny Śląsk ponad trzydzieści lat później. Darujemy sobie szczegóły... A Ruch pewnie chętnie zagrałby dziś sparing z Ajaksem. I może zapłaciłby za to nawet więcej niż 2 tysiące zł?

PS Omega kojarzy Ajax. Niestety.

PS1 Pamiętacie "Najpotworniejszą Lewą Nogę Lat 90."? Okazuje się, że jej właściciel, mimo 42 lat, wciąż ładuje tym odnóżem kolejne gole. Jesienią strzelił piętnaście! Zawsze byłem zwolennikiem grania do upadłego. Szkoda, że w dawnych czasach na gościa po trzydziestce biegającego w krótkich spodenkach spoglądano jak na dziwadło. Dziś Gerard Cieślik na pewno nie skończyłby kariery w wieku 32 lat! 

 
1 , 2 , 3
Archiwum