czwartek, 31 marca 2016
A teraz wreszcie czas na konkrety

Dobrze - popodniecaliśmy się, popochylaliśmy się z troską, wyartykułowaliśmy święte oburzenie dotyczące marnowania publicznych pieniędzy, wyraziliśmy współczucie biednym mieszkańcom Chorzowa (wyrazili zwłaszcza ci, którzy zarówno Ruch jak i to miasto mają serdecznie w pewnym zacienionym miejscu więc kiedy widzę tego rodzaju obłudę to zbiera mi się na wymioty) - ale już dosyć. Zostawiam sztuczne hałasowanie innym - tym dla których pojęcie wspólnej emocjonalnej własności i dbałość o lokalną tożsamość jest jedynie pustosłowiem.

Wobec dopełnienia w ostatnich dniach wszelkich niezbędnych formalności dotyczących Ruchu (w których dopełnienie nigdy nie wątpiłem, ze spokojem obserwując tych, którzy aż drżeli z tego gardłowania) stajemy wreszcie przed pytaniem na które wszyscy możemy sobie odpowiedzieć. Czas na konkrety.

Chodzi o przyszły sezon. Zanim się nad nim zastanowimy, musimy pamiętać, że Ruch będzie już w zupełnie innej sytuacji.

Jakie jest dziś najważniejsze pytanie dotyczące Ruchu, które możemy sobie zadawać?

Brzmi ono tak: co zrobić żeby w następnym sezonie drużyna była silniejsza niż dziś? Które pozycje wymagają wzmocnień a które niekoniecznie? Po prostu - trzeba zacząć myśleć o Ruchu jak o każdym normalnym klubie i można wreszcie zadawać normalne pytania. Wygląda na to, że jest na to szansa. Fajnie, że można zacząć się nad tym zastanawiać.

PS Jutro w katowickiej "Gazecie Wyborczej" potężny wywiad z Małgorzatą Mańką-Szulik. Razem z Kamilem Kwaśniewskim przepytaliśmy prezydent Zabrza o wszystko.

O przeszłość Górnika.

O teraźniejszość.

O przyszłość.

Myślę, że wyszło ciekawie. Nie pamiętam tak obszernego wywiadu z Małgorzatą Mańką-Szulik. Jeśli chcecie dowiedzieć się choćby czy prezydent sprzeda Górnika, kiedy powstanie czwarta trybuna albo co zrobi miasto jeśli Górnik - odpukać - spadnie - serdecznie zapraszam.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

czwartek, 24 marca 2016
Tak cudzoziemcy traktują nasze kluby!

Kiedyś jedną wielkich potęg nie tylko śląskiego, ale i polskiego futbolu był AKS Chorzów. Do dziś zastanawiam się jakim cudem temu klubowi ani razu nie udało się zdobyć mistrzostwa Polski.

Najlepsze lata dla „Koniczynek” to te tuż przedwojenne i te tuż powojenne. Warto jednak pamiętać, że już wcześniej historia AKS-u zawiera epizody niezwykłe.

Jeden z nich wiąże się z pierwszym profesjonalnym trenerem AKS-u, którym już w latach 20. był Austriak Karl Neidlinger. Regularne zajęcia przydały się futbolistom z Królewskiej Góry, bo choć w powszechnej kibicowskiej świadomości na stałe zaistnieli dopiero w drugiej połowie lat 30. dzięki nagłemu wdarciu się do ligowej czołówki to dekadę wcześniej też potrafili odnosić zaskakujące sukcesy. Jednym z nich było odniesione pod wodzą Neidlingera zaskakujące zwycięstwo 4:2 nad bardzo silną Spartą Praga w sierpniu 1924 roku, obwołaną wówczas najsilniejszą drużyną Europy Środkowej. Gole w tym niezwykłym meczu strzelili Urbański, Mikisz i Kłosek.

Polskie środowisko piłkarskie było zaszokowane, bo kilka dni wcześniej Sparta towarzysko dwukrotnie grała z ówczesnym symbolem polskiego futbolu – Cracovią i nawet nie straciła bramki (2:0 i 0:0).

„Miła niespodzianka nie tylko dla Śląska Górnego, ale i Europy. Sławna Sparta została pokonaną. Amatorski zwyciężył przez swoją ambicję (...). Zaznaczyć należy, że Czesi zachowali się na boisku wzorowo, jako karna, zdyscyplinowana drużyna. Raz tylko protestowali przy karnym, ale w sposób grzeczny bez jakichkolwiek awantur. (...) „Mecz Amat. z Król. Huty dowiódł, iż zapał i ambicja do gry, nawet przy znacznie niższych walorach technicznych, potrafią tryumfować nad rutyną i wysoką techniką. Drużynie górnośląskiej przypadło tym razem w udziale nie tylko obronić się przed porażką, ale przeciwnie, sukcesem swym umiała zwrócić na się oczy świata sportowego” – pisał „Tygodnik Sportowy”.

Właśnie z Neidlingerem związana jest niezwykła historia, którą po wojnie przypomniał Leonard Piontek, największy as chorzowskiej drużyny, uczestnik mistrzostw świata w 1938 roku. Neidlinger trenując AKS sam jednocześnie był zawodnikiem wiedeńskiej Admiry, grał na obronie. Według słów Piontka w 1926 roku Neidlinger wziął wypłatę i pojechał na mecz swojej Admiry z Vienną. Przebieg spotkania był dla niego tragiczny. Doznał poważnej kontuzji a przewieziony do szpitala zmarł po kilku dniach. Ale przed śmiercią zdążył poprosić żonę żeby za pieniądze, które dostał od AKS-u... kupiła dla drużyny z Królewskiej Huty komplet strojów. Małżonka spełniła jego życzenie. Właśnie w ten niecodzienny sposób AKS uzyskał pierwsze prawdziwe dresy w historii.

PS Na stadionie przy Roosevelta 81 akurat dokładnie 81 lat temu odbył się pierwszy poważny mecz. Niemiecki Górny Śląsk (w polskich gazetach zwany Opolskim) zagrał na Polski Górny Śląsk. Bohaterem był jeden z najlepszych piłkarzy świata lat 30. Swoją drogą stadion Górnika miał szczęście. Który obiekt może pochwalić się sześcioma bramkami w pierwszym meczu? Zobaczcie zdjęcia. Stadion wyglądał "trochę" inaczej:)

PS1 "Serdecznie proszę nie krzyczeć na małych piłkarzy." To hasło do którego przekonywano kilkuset trenerów dzieci podczas międzynarodowej konferencji, która odbyła się w Chorzowie. Było bardzo ciekawie! Co widziałem i słyszałem - opisałem TUTAJ.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

czwartek, 17 marca 2016
Dylemat. Co lepsze: czytać czy oglądać?

Już za pięć lat będziemy obchodzić stulecie pierwszego meczu międzypaństwowego reprezentacji Polski. Kadra - jakby chcąc uczcić tę okoliczność - staje się coraz mocniejsza.
W zeszłym roku w ładnym stylu awansowała do mistrzostw Europy i jest duża szansa, że po raz pierwszy wreszcie pokaże się na tym turnieju z dobrej strony. Może nawet wyjdzie z grupy? To więc dobry moment żeby pisać o „reprezentatywce”, Andrzej Gowarzewski i jego zespół idealnie wstrzeliwuje się w potrzebę chwili. To miłe uczucie kiedy na myśl o reprezentacji Polski możemy być dumni i czuć spokój. Oby nie był to tylko chwilowy trend lecz stała passa...
Andrzej Gowarzewski w kilku poprzednich tomach szczegółowo opisał dzieje reprezentacji, ale od ostatniego - poświęconego biało-czerwonym - niepostrzeżenie minęło już osiem lat. W jubileuszowym pięćdziesiątym tomie, który właśnie się ukazał, na trzystu stronach toczy się opowieść o kadrze za czasów ostatnich selekcjonerów - Leo Beenhakkera, Stefana Majewskiego, Franciszka Smudy, Waldemara Fornalika i Adama Nawałki. Autor dzieła decyduje się na ciekawy zabieg. Zaprasza do współpracy dziennikarzy patrzących na kadrę często w diametralnie różny sposób. Także Czadoblog w maksymalnie trzystu znakach musiał ocenić każdego z selekcjonerów. Ciekawe wyzwanie, także mocno dyscyplinujące autorów tych opinii....
Zaletą książki są fantastyczne zdjęcia, ale dla mnie jeszcze bardziej pasjonujące są statystyki najbardziej aktualne z możliwych, dotyczące wszystkich meczów kadry i wszystkich reprezentantów. Czytelnicy komentarzy Andrzeja Gowarzewskiego i jego rubryki „Szelontanie w gowie” też nie będą zawiedzeni. Autor jak zwykle gani, chwali, wyjaśnia, zauważa, chłoszcze, przypomina... Co kto lubi.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

20:11, pavelczado , Książki
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 marca 2016
Dwie wieżyczki

Kiedy drużyna jest dobrze przygotowana fizycznie niestraszne jej rozmiękłe boisko. A kiedy obie drużyny nie mogą na ten ważny element narzekać - zdarza się dobry albo nawet bardzo dobry mecz.

Właśnie taki obejrzałem dziś w Gliwicach. Spotkanie Piasta z Podbeskidziem było dobrą reklamą naszej ligi. Oba zespoły nie tylko chciały grać w piłkę, ale przede wszystkim oba w nią naprawdę grały. Bardzo szybkie tempo, wiele zmyślnych akcji, dużo dryblingów, dośrodkowań, strzałów i parad bramkarskich. A do tego dramaturgia, gole i rozstrzygnięcie w samej końcówce. Czego chcieć więcej?

Gospodarze mieli dobry pomysł na ten mecz. Na rozmiękłym boisku ciężko się biega. Ale nieco lżej kucykom niż perszeronom. Podbeskidzie na środku obrony wystawiło dwie wieże - Jozefa Piacka i Pawła Baranowskiego, co długo wydawało się dobrym pomysłem, bo obaj wygrali wiele pojedynków główkowych, ale ostatecznie na tym podłożu lepiej ruszały się dwie wieżyczki. Kamil Vacek i Gerard Badia, byli jak Indianie chodzący w karplach po śniegu. Obaj zagrali wręcz fantastycznie, ten duet może mieć decydujący wpływ na to co będzie działo się w tzw. "debilnej dogrywce" czyli dodatkowych kuriozalnych siedmiu kolejkach. Dwie wieżyczki przechytrzyły dwie wieże choć trzeba pamiętać o wielkim wkładzie w końcowy sukces Martina Nespora, który naharował się nie jak kucyk, nie jak perszeron, ale jak wół.

Trener Radoslav Latal odżył, widać, że zeszło z niego ciśnienie; martwił się czy zawodnicy podołają fizycznie po ciężkim tygodniu, ale tylko jeden zawodnik przyszedł do niego przed meczem i przyznał, że się słabo czuje. Josip Barisić miał zagrać od początku. Jednak po zgłoszeniu niedyspozycji wszedł po przerwie i - jak to ostatnio bywa - strzelił gola.

Gdyby każdy napastnik zgłaszający rano niedyspozycję wieczorem rozgrywał takie zawody - świat byłby lepszy.

Zauważcie: jeśli Cracovia ogra u siebie Legię, co jest przecież mocno prawdopodobne, a przynajmniej nie przegra - to Piast wraca na pozycję lidera. I to Piast już niezmęczony, przypominający tego Piasta z jesieni, a nie ciężko człapiący jak z początku tego roku. Wygląda na to, że złapali formę.

Dla przypomnienia - mój wywiad z Gerardem Badią, ewidentnie najlepszym zawodnikiem tego meczu - znajdziecie TUTAJ.

A Podbeskidzie? Gdyby miało spaść prezentując taką formę oznaczałoby, że polska ekstraklasa zbliża się do czołówki europejskiej. A jako, że raczej się nie zbliża - Podbeskidzie z taką grą ciągle ma szansę na ósemkę.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski. 

czwartek, 10 marca 2016
Moja dziesiątka afrykańska

Uwielbiam Afrykę. Zwiedziłem tam siedem krajów. Ten kontynent uczy pokory. Nigdzie indziej nie nabrałem przekonania, że - tak, to górnolotnie brzmi - życie ludzkie łatwiej zdmuchnąć niż świeczkę. To paskudne uczucie, przekonałem się o tym na własnej skórze (w Tanzanii gorączka bez powodu podskoczyła mi w pięć minut o pięć stopni, leżałem potem bez życia kilka dni; w Zimbabwe lew leżał dwa metry od auta, którym kierowałem - szyba w przednich drzwiach była otwarta i okazało się, że korbka, która ją zakręca jest zepsuta...). Ale co tam - ludzie są spontaniczni i otwarci jak nigdzie indziej a przyroda i widoki zapierają dech.

Mam kolegę, który Afryką zachwyca się jeszcze bardziej niż ja, widział znacznie więcej ode mnie, śledzi uważniej co tam się dzieje, rozmawiał z wieloma gwiazdami afrykańskiej piłki. Michał Zichlarz napisał już nawet dwie książki o Afryce (choć tylko jedna traktuje o tematyce futbolowej). Michał prowadzi bloga "Afryka gola" i właśnie ogłosił plebiscyt w którym z przyjemnością biorę udział. 

Tak się składa, że 30 marca minie 25 lat od momentu kiedy pierwszy piłkarz z Afryki zagrał w polskiej ekstraklasie. Bardzo podniecałem się występem Noela Sikhosany, piłkarza z Zambii, który trafił do Wisły Kraków. Wprawdzie nic z tego nie wyszło, ale potem na nasze boiska trafiło wielu świetnych futbolistów z tego kontynentu.

"Afryka gola" wybiera najlepszego afrykańskiego piłkarza w Polsce ostatniego ćwierćwiecza. Przedstawiam moją dziesiątkę.

10. Costa Nhaimonesu (Zimbabwe - Zagłębie Lubin: 2008-2013)

Bardzo solidny obrońca, który cierpliwie przez cały rok czekał aż się nim w Polsce zainteresuje ktoś poważny kopiąc piłkę w KS Wisła. Żałowałem, że w końcu zainteresował się nim ktoś spoza Górnego Śląska. W Lubinie grał przez pięć lat, a potem potwierdził klasę w Sparcie Praga zdobywając miejsce w składzie (i mistrzostwo Czech) co nie udało się choćby Marco Paixão.

9. Takesure Chinyama (Zimbabwe - Dyskobolia Grodzisk Wlkp., Legia Warszawa: 2007-2011)

Poza Polską nigdzie się nie wybił, ale w historii naszego futbolu ma trwałe miejsce. To przecież jedyny czarnoskóry futbolista, który został (współ)królem strzelców polskiej ligi. Przypadek Chinyamy pokazuje, że nie warto za wcześnie wpadać w panikę. W Grodzisku nie chcieli go zatrzymać, bo ponoć stwierdzono u niego wadę serca. W Legii z kolei po konsultacjach z lekarzami orzeczono, że to pomyłka. 

8. Kenneth Zeigbo (Nigeria - Legia Warszawa: 1997-98)

Pamiętam wrażenie jakie na mnie sprawił kiedy zaliczał wejście smoka w polskiej lidze. Bardzo utalentowany facet. Wydawał mi się napastnikiem kompletnym. Potem nie potwierdził tych opinii, ale jestem sentymentalny a plebiscyty są przecież idealne do wyrażania sentymentów:)

7. Norman Mapeza (Zimbabwe - Sokół Pniewy: 1993-94)

Był u nas tylko rok, ale widziałem go na żywo i byłem pod wrażeniem jego gry. Miał strasznie długie nogi, z których potrafił zrobić właściwy użytek. Chwila nieuwagi rywala i już przejmował albo wybijał piłkę. Był jak gaz - niewidoczny a paraliżował. Paraliżował na tyle, że zrobiło to wrażenie na działaczach Galatasarayu Stambuł. 

6. Saïdi Ntibazonkiza (Burundi - Cracovia: 2010-2014)

Kiedy zdecydował się opuścić Kraków poczułem pustkę. Uwielbiam takich chyżonogich papierowych skrzydłowych. Fajnie, że w czasach gdy na boisku liczą się mięśnie, siła, wzrost, agresja ciągle jest miejsce dla bystrych ludzi, którzy mają 170 cm.

5. Dickson Choto (Zimbabwe - Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin, Legia Warszawa: 2001-2013)

Najdłużej grał u nas w piłkę na poważnym poziomie. Widziałem go w akcji zanim jeszcze ktokolwiek znał go w Polsce. Było to w 2000 roku na trawniku szkoły średniej im.księcia Edwarda w Harare. Oglądałem trening olimpijskiej reprezentacji Zimbabwe. Trener woła do siebie roześmianych zawodników. W grupie wyróżniał się wielki dryblas. Świetnie zbudowany nastolatek rzucał się w oczy, także tym, że znakomicie potrafił podać piłkę na większe odległości. Choto w Polsce potwierdził umiejętności, choć miał pewną wadę, która raczej zdarza się napastnikom niż obrońcom. Był... "szklany" czyli dość często łapał urazy. W efekcie nigdy - przez tyle lat - nie zagrał wszystkich meczów w sezonie. Zdecydowanie najcięższy w tym gronie. Zdarzało się, że przekraczał sto kilogramów. Nie chcielibyście się z nim zderzyć.

4. Prejuce Nakoulma (Burkina Faso - Granica Lubycza Królewska, Hetman Zamość, Stal Stalowa Wola, Górnik Łęczna, Widzew Łódź, Górnik Zabrze: 2006-2014)

Modelowy przykład jak talent może sprawić, że z nołnejma pokopującego skórę w Lubyczy Królewskiej piłkarz przedzierzga się w najlepszego napastnika ligi i uczestnika mistrzostw kontynentu. Gdyby nie gra w Polsce na pewno nie zostałby wicemistrzem Afryki. Wiele jego akcji w Zabrzu było światowej klasy. Pomysłowość, technika, radość z gry - takich piłkarzy lubię. Przypuszczam, że mógłby zrobić większą karierę gdyby nie był taki zamknięty. Zamknięty do przesady.

3. Moussa Yahaya (Niger - Sokół Tychy, Hutnik Kraków, GKS Katowice, Legia Warszawa, Rega-Merida Trzebiatów, Mazur Karczew: 1996, 2000-2004, 2006)

Jedyny z tym gronie z rytualnymi bliznami na twarzy. Uwielbiałem tego gościa, jego uśmiech i chłopięcą niefrasobliwość. Poznałem go kiedy grał w Tychach, ale najlepiej pamiętam kiedy pierwszy raz przyszedł do GieKSy. Pierwszego gola na Bukowej strzelił w 90. minucie meczu z Legią, który dał zwycięstwo 1:0...

Mówiło się, że polubił mocne trunki, rozleniwił się, ale ja zawsze zapamiętam go jako świetnego piłkarza, który harował na boisku.

2. Kalu Uche (Nigeria, Wisła Kraków: 2001-2004, 2005)

W najlepszej formie był najlepszym piłkarzem najlepszej Wisły. Zachwycał mnie wielokrotnie. Ze zdumieniem dowiadywałem się, że jego początki w Polsce były bardzo trudne. Działacze Wisły sprowadzili go przy okazji pobytu w Hiszpanii na meczu Barcelony. Menedżer polecił im wtedy zawodnika, który "marnował się w rezerwach Espanyolu". Próby wprowadzenia Uche do pierwszej drużyny Wisły podejmowane przez Franciszka Smudę nie powiodły się. Gdy Bogusław Cupiał pytał Smudę, dlaczego Nigeryjczyk nie gra, trener odpowiedział: - On się nawet do rezerw nie nadaje. - To oddawaj 25 proc. kwoty transferowej, skoro się podpisałeś - skwitował prezes Cupiał, który wymagał, aby szkoleniowcy domagający się pozyskania Kalu podpisali się pod wnioskiem. Do Uche trafił za to Henryk Kasperczak. Włoscy obrońcy Parmy i Lazio podwajali, a nawet potrajali krycie Nigeryjczyka, bo nie potrafili sobie z nim poradzić. Szkoda, że Uche szybko uznał, że jest stworzony do wyższych celów niż gra w polskiej lidze. 

1. Emmanuel Olisadebe (Nigeria, Polonia Warszawa: 1997-2000)

Niezwykła historia, która już pewnie się nie powtórzy: jedyny w tym gronie reprezentant Polski. Wspominam go dobrze; szkoda, że nie został w Ruchu Chorzów, dla którego zresztą strzelał gole. W 1997 roku bawiliśmy się przy Teatrze Wyspiańskiego. Możecie przeczytać o tym TUTAJ. Piękne czasy...

Plebiscyt ogłoszony przez "Afryka gola" potrwa do końca kwietnia. Szczegóły znajdziecie na blogu Michała Zichlarza. Serdecznie polecam.

PS Zrobiłem 4500 km w siedem dni. W związku z projektem Y jeździłem ze spotkania na spotkanie. Niemcy, Szwajcaria, Luksemburg, Belgia. Naprawdę było warto:)

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

Archiwum