środa, 30 kwietnia 2008
Chelsea, a sprawa śląska. Szacunek dla Makelele

Chelsea to dziś bohaterowie wieczoru i fajnie byłoby się ogrzać w ich ciepełku. Sprawdziłem więc, co Chelsea może mieć wspólnego ze śląską piłką. Wyszło mizernie: wycisnąłem trzy wątki, a właściwie wąteczki.

a) 23 maja 1936 roku odbył się mecz Chelsea z reprezentacją polskiej ligi w Warszawie. W pierwszej połowie Hubert Gad, napastnik Śląska Świętochłowice spatałaszył wyborną sytuację. Przy stanie 0:1, minął już obrońcę Craiga, bramkarza Woodleya i z najbliższej odległości nie wcelował w pustą bramkę. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Chelsea 2:0. W spotkaniu zagrali także Ryszard Piec z Naprzodu Lipiny, Ewald Dytko z Dębu Katowice i Jerzy Wostal z AKS-u Chorzów;  

b) "Blue is the colour, football is the game" mogliby bez problemów, podczas każdego meczu wrzeszczeć sobie na Cichej kibice Ruchu Chorzów;

c) w 2006 roku dziesięciu oficerów śląskiej policji uczyło się na Stamford Bridge zabezpieczania imprez masowych.

Cholera, tym razem chyba nie da się ogrzać w ciepełku zwycięzców... A może o czymś zapomniałem? Jeśli tak - uzupełnijcie:)

PS. Z pozornie innej beczki. W połowie lat 90. uwielbiałem drużynę Nantes. Łebki ze stajni Roberta Budzynskiego w 1995 roku wywalczyły mistrzostwo Francji. Grały piękny, efektowny futbol, składem - napisałbym - nieopierzonym. Byłem wówczas przekonany, że zabójcze trio napastników Patrice Loko (rocznik 1970) - Reynald Pedros (1971) - Nicolas Ouedec (1971), wspierane znakomitymi pomocnikami Christianem Karambeu (1970) i Japhetem N'doramem (1966, Japheta nie mogę nie lubić, to przecież piłkarz CZADU wszech czasów) zrobi fantastyczną karierę. Tak się nie stało; trzy lata później z tej ekipy mistrzostwo świata wywalczył tylko Karambeu... Ale najlepszym piłkarzem tamtej cudownej drużyny "Kanarków" (zresztą prawie natychmiast rozkupionej) okazał się najmłodszy w tym gronie Claude Makelele (1973). Z każdym kolejnym meczem i z każdym kolejnym rokiem narasta mój podziw dla tego piłkarza. To jakiś fizjologiczny ewenement. Jak można w wieku 35 lat spełniać wyśrubowane do granic ludzkich możliwości wymagania Premier League i to w dodatku na pozycji defensywnego pomocnika?! Claude rządzi! Chelsea też...

makelele

wtorek, 29 kwietnia 2008
Poznański klimat nie służy śląskim napastnikom

Grzegorzowi Kapicy się nie udało.

Markowi Szemońskiemu się nie udało.

Adamowi Kuczowi się nie udało.

Krzysztofowi Gajtkowskiemu się nie udało.

Przemysławowi Pitremu się nie udaje. 

To zastanawiające, ale śląscy napastnicy nie potrafią zrobić w Lechu kariery. Co jest tego powodem? Nie wytrzymują presji? Nie rozumieją wielkopolskiej gwary? Brak im może zdrowego śląskiego powietrza? (jakby ktoś się pytał to nie jest tak, że w weekend miliony spragnionych zieleni Ślązaków spotykają się w otoczonym armią kominów i szybów chorzowskim parku, jedynym w promieniu stu kilometrów. Mamy tu osiem parków krajobrazowych i tysiące hektarów lasów z ok. 60 rezerwatami). Pewnie za każdym razem powód odrzucenia śląskiego szczepu na Bułgarskiej jest inny.     

Pitry gra w Lechu bardzo mało (przez niespełna dwa sezony zdołał strzelić w lidze cztery gole) i to się raczej nie zmieni, bo ”Franz” Smuda nie jest wielbicielem jego umiejętności.

Ja zachwyciłem się tym piłkarzem, kiedy przyszedł do II-ligowego Zagłębia. Pitry przyjeżdzał z rodzinnej Pszczyny swoim białym maluchem, wybiegał na boisko i natychmiast wprawiał w osłupienie sosnowieckich kibiców. Wyświechtane powiedzenie „piłkarz bez kompleksów” akurat do Pitrego pasowało mi idealnie. W Zagłębiu grał tylko do przodu, nie bał się dryblować - nawet kiedy miał przed sobą kilku obrońców. W swojej młodzieńczej, agresywnej przebojowości przypominał mi Romana Koseckiego z czasów kiedy ”Kosa” grał jeszcze w Gwardii Warszawa (tylko fryzura nie ta).

W ”Gazecie” na Śląsku mieliśmy kontakt z Pitrym, zanim go jeszcze... zobaczyliśmy na boisku. Swego czasu jego starszy brat Krzysztof grał na bramce w V-ligowej Iskrze Pszczyna. Jeden z kolegów często dzwonił do Pitrych po wynik i nazwiska strzelców goli. Zdarzało się, że słuchawkę podnosił Przemek i zawsze udzielił pełnej informacji.

To było jednak dawno temu, teraz przyszłość piłkarza w Poznaniu nie wygląda najlepiej. Może być i tak, że na Bułgarskiej zostanie albo Smuda albo on. Pewnie Franz, bo Lech wiosną grał bardzo dobrze (choć to właśnie Pitry strzelił złotego gola na Legii). Jeśli tak będzie to na miejscu piłkarza zrobiłbym wszystko żeby zmienić drużynę. Ile można siedzieć na ławce?

Pitry może przecież wrócić na Śląsk i trafić do klubu na pewno nie gorszego niż Lech; z równie atrakcyjnymi perspektywami, z równie wielką rzeszą kibiców, z bardzo mocnym sponsorem, a z sukcesami jednak większymi. Bo Pitrego bardzo chce Górnik Zabrze, który w tej chwili cierpi na deficyt dobrych napastników (Jarka bez formy i działacze chcą żeby zmienił środowisko, Moskal nie ten format, z kolei wszechstronny Zahorski jest przez trenera Wieczorka ustawiany na skrzydle). Gdyby Pitry trafił do Górnika, miałby pewne miejsce w składzie i wreszcie mógłby pokazać co potrafi. A i do Pszczyny miałby tylko trzy kwadranse. Choć już pewnie nie maluchem...

pitry

czwartek, 24 kwietnia 2008
Didżeje, pomóżcie Naprzodowi Rydułtowy

85. urodziny obchodzi dziś Naprzód Rydułtowy. Obecnie klub tuła się po A-klasie (ostatnio wyjazdowa porażka z Fortecą Świerklany Dolne), ale przecież jeszcze w latach 90. grał w drugiej lidze. Mógł nawet w pierwszej, bo właściciel Sokoła Pniewy zaproponował rydułtowianom kupno miejsca za 10 mln zł. Śląscy działacze się ostatecznie nie zdecydowali, a kiedy zwinął się kopalniany mecenat, także mocarstwowe ambicje wyparowały. Pozostał po nich stadion i anegdotki.

Trybuny stadionu Naprzodu jako pierwsze w Polsce w całości zostały pokryte plastikowymi krzesełkami (cztery tysiące sztuk). Było to w czasach, gdzie na innych obiektach dominowały chamskie, drewniane ławki. Lubiłem jeździć do Rydułtów na mecze, bo z lubością mogłem rozsiąść się na egzotycznych, schludnych, żółtych siedziskach. Najbardziej zapamiętałem stamtąd jednak nie sportowe emocje, ale odgrywany z mocą przez chrapliwe megafony hymn klubowy. Po każdym powrocie z Rydułtów jeszcze przez tydzień dźwięczało mi w uszach, a rodzina dziwnie patrzyła, kiedy nuciłem sobie w pokoju ”Naprzód, Naprzód dwadzieścia trzy”...

Anegdotki? Najbardziej pyszna jest ta o cudzoziemskich piłkarzach. Paru ich w Naprzodzie grało, wszyscy zza wschodniej granicy. Ale najwieksze emocje budzi  ten, który...nie zagrał. Na początku lat 90.w Rudułtowach spodobali się napastnicy goszczącego na Śląsku Dynama Tbilisi. Działacze chcieli ich zatrudnić, ale Gruzinom nie udało się załatwić pozwolenia na pracę w Urzędzie Wojewódzkim. Szkoda, ale jak nie Naprzód, to przynajmniej Ajax i Glasgow Rangers. Bo jednym z tych napastników był Szota Arweładze...  

szota arweładze

Urodziny Naprzodu dziś, ale festyn odbędzie się oczywiście w majowy weekend. Działacze poszukują osoby, "która w sobotę 3 maja, na festynie klubowym poprowadzi zabawę taneczną w stylu zabawy weselnej, oczywiście odpłatnie". Atrakcją festynu będzie mecz piłkarski z udziałem oldbojów Naprzodu i związkowców Kopalni Rydułtowy oraz Anna.

Zainteresowanym didżejom podaję numer do klubu: 0/32 457 50 93

14:58, pavelczado , inne kluby
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
1. Mourinho, 2. Benitez, 3. Wenger, 4. (na razie go tu nie wpiszę, bo dziwnie by to wyglądało)

Wszyscy bohaterowie tego tekściku mają w życiorysach dwa punkty styczne.

a) kiedy mieli 34 lata byli nieudanymi piłkarzami i prawie nikt o nich nie słyszał. 

b) kiedy mieli 34 lata byli strasznie ambitnymi, początkującymi trenerami i mocno w siebie wierzyli.

Jose Mourinho jako piłkarz nie osiągnął nic. Został trenerem w wieku 27 lat. W  wieku 34 lat jeszcze nie pracował samodzielnie, był asystentem Bobby'ego Robsona w Barcelonie. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 39 lat - z klubem Uniao Leiria zdobył trzecie miejsce w ekstraklasie portugalskiej.

Rafael Benitez jako piłkarz nie osiągnął nic. Został trenerem w wieku 26 lat. W wieku 34 lat był trenerem rezerw Realu Madryt. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 37 lat - z Extremadurą awansował do ekstraklasy hiszpańskiej.

Arsene Wenger jako piłkarz nie osiągnął prawie nic (choć jako mocno rezerwowy obrońca Strasbourga z dwoma ligowymi meczami na koncie może zapisać sobie mistrzostwo  Francji w 1979 roku). Został trenerem w wieku 32 lat. W wieku 34 lat pracował z młodzieżą w Strasbourgu. Pierwszy sukces osiągnął kiedy miał 39 lat - z AS Monaco został mistrzem Francji.

Wojciech Osyra jako piłkarz nie osiągnął nic (dwa ligowe występy w barwach GKS-u Katowice, w 1994 roku udało mu się zagrać w wyjazdowym meczu III rundy Pucharu UEFA przeciwko Bayerowi Leverkusen, wynik 0:4). Został trenerem w wieku 30 lat (choć już wcześniej, jeszcze jako zawodnik trenował młodzież w Sarmacji Będzin i Górniku Wesoła). DOKŁADNIE DZIŚ, w wieku 34 lat został pierwszym trenerem GKS-u Katowice. Sukcesów na początku kariery ma więcej niż sławniejszy tercet w jego wieku. Wywalczył trzy awanse: z rezerwami GKS-u, Górnikiem Wesoła (do IV ligi) i Górnikiem 09 Mysłowice (do okręgówki).                        

Oczywiście można się śmiać z tych porównań. Drwić, że każdy ma takiego Mourinho na jakiego sobie zasłużył. Kto jednak wie; może Osyra osiągnie przynajmniej tyle ile jego poprzednik na stanowisku trenera GKS-u? Piotr Piekarczyk, kiedy miał zaledwie 35 lat, jako trenerski żółtodziób wyeliminował Bordeaux z "Zizou" w składzie (w efekcie został szkoleniowcem roku w Polsce)! A że "Orzech" się później nie rozwinął jak się spodziewano, to już inna sprawa. 

Kiedy jest się początkującym 34-letnim trenerem, wyrobienie sobie autorytetu to kwestia zasadnicza. Osyra chyba źle zaczął. "Jeżeli zawodnicy nie będą kochali tego klubu tak jak ja, to już po pierwszym treningu mogą sobie iść do domów" - stwierdził na wejście. To nie jest właściwa droga - dobrych piłkarzy, którzy autentycznie kochają swój klub jest garstka. Znacznie więcej biega po boiskach dobrych najemników. Zakochanych nieudaczników też jest dużo, ale to już w niższych klasach. Niech więc Osyra nie wymaga od piłkarzy miłości, tylko chęci do pracy i postępu w grze (ja to bym wolał, żeby taki Hubert Jaromin klubu z Bukowej szczerze nienawidził, ale żeby wykorzystywał choć połowę swoich okazji strzeleckich w meczach wyjazdowych. Po licznych golach, których nie strzelił, nawet nie musiałby się cieszyć...) 

"Pierwsze koty za płoty" - życzę więc panu Osyrze sukcesów na Bukowej. Fajnie byłoby, gdyby dążył do poziomu o dwa lata starszego Macieja Skorży, który już zdążył być na mistrzostwach świata, zdobyć Puchar Polski i krajowe mistrzostwo. No i życzę Osyrze, żeby nie popełnił takich błędów jak Dariusz Kubicki w Legii, w 1999 roku.

PS. Nowy trener GKS-u Katowice ma nad Mourinho, Wengerem i Benitezem jedną przewagę, choć niekoniecznie przekłada się ona na rezultaty na boisku. Żaden z jego sławnych kolegów po fachu nie ma bowiem w rodzinie... prezydenta miasta. Grzegorz Osyra, starszy o 13 lat brat Wojciecha, jest prezydentem Mysłowic.  

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Kibic powinien czytać

Wyspy Brytyjskie to raj dla kibica nie tylko dlatego, że na okrągło może oglądać fascynujące mecze z udziałem wielkich gwiazd. Także dlatego, że może pielęgnowac namiętność do futbolu nie tylko na stadionie. Drugim ważnym dla niego miejscem po trybunach jest...księgarnia (no, może trzecim, zapomniałbym o pubie). Bo brytyjskie wydawnictwa prześcigają się w kuszących propozycjach dla fana futbolu. Oferta jest wyjątkowo różnorodna; skandalizujące (auto)biografie piłkarzy stoją na półkach obok historycznych esejów, są rozliczne klubowe monografie, almanachy, bardzo szczegółowe zestawienia statystyczne etc. Nie ma znaczenia, że nie wszystko jest godne polecenia, że czasem chłam miesza się z bibliami futbolu - i tak każdy znajdzie coś dla siebie. Kilka miesięcy temu w wielkiej księgarni w Glasgow naliczyłem ponad 600 (!) książek o tematyce piłkarskiej. Można było dostać ślinotoku, zawrotu głowy, a potem z wściekłością zajrzeć do portfela...

U nas o zawrocie głowy na razie nie ma mowy. Piłkarska bibliografia w Polsce jest uboga - w księgarniach dużych miast można znaleźć na półkach zaledwie kilka pozycji o futbolu. Czy wynika to z niewykształconych nawyków czytelniczych? Nie chce mi się w to wierzyć... Prawda jest taka, że w Polsce drukuje się mnóstwo książek o tematyce piłkarskiej, ale większość w niskich nakładach i bez szans na powszechną dystrybucję. Przeciętny kibic nawet nie wie, że gdzieś ktoś na Lubelszczyźnie albo Pomorzu napisał ksiażkę-perełkę, która może go zainteresować.

Dlatego bardzo spodobał mi się pomysł 24-letniego Łukasza Frydela z Krakowa. Łukasz po skończeniu studiów wpadł na pomysł założenia księgarni internetowej o bardzo wyspecjalizowanej - jak na polskie warunki - tematyce. Uznał, że jest grupa czytelników, którym najzwyczajniej w świecie brakuje książek piłkarskich. Dlatego obdzwonił kluby, związki okręgowe, wydawnictwa i teraz ma w ofercie aż 150 książek o tematyce futbolowej. Księgarnia istnieje dopiero od kilku miesięcy, ale cały czas poszerza ofertę; Łukasz ma ambitne plany sprowadzania interesujących książek także z zagranicy (na razie w ofercie jest monografia Chelsea i autobiografia Pelego); do końca roku czytelnik będzie mieć do wyboru 300 pozycji! Strategia biznesowa Frydela polega na założeniu, że polski kibol-troglodyta w swej masowości odchodzi w niebyt, a jego miejsce zajmie fan, który nie tylko chce powrzeszczeć, pobluzgać ale i poczytać. A jak poczyta to już nie pobluzga:)

Myślicie, że jego biznesplan ma szansę powodzenia? Ja wybrałem się do Łukasza przy okazji meczu Wisły z Cracovią (z wielu względów uwielbiam derby Krakowa!) i od ręki zakupiłem kilkanaście brakujących mi do kolekcji pozycji. Jeśli i Wy macie ochote odwiedzić jego księgarnię - polecam.

16:14, pavelczado
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Tomasz Adamek: głowa, potem nogi, a na końcu ręce

Katowice, Spodek, 20 kwietnia, godz.1.00. To najpiękniejsza noc w historii polskiego boksu zawodowego.

Dla mnie z jednego powodu. Dotąd sukcesy w tej branży biało-czerwonym przychodziły dzięki "nadludzkiemu wysiłkowi" albo "przeogromnej woli walki" czy też "heroicznej postawie". Dotąd kwestia zwycięstwa lub klęski w ważnej walce polskiego pięściarza zawodowego była otwarta do ostatnich sekund pojedynku. Kiedy sędzia ringowy tuż przed ogłoszeniem werdyktu łapał rywali za nadgarstki zazwyczaj drżeliśmy o wynik.

W Katowicach Tomasz Adamek wprowadził nową jakość. Tym razem nie były najważniejsze heroizm, ambicja i zajadłość, ale inteligencja i szybkość, konsekwencja i chłodna kalkulacja. Walka Adamka z Bellem przypominała mi nie boks, a raczej... zapasy. Oczywiście w przenośni: wydawało  mi się, jakby Adamek natychmiast po pierwszym gongu złapał rywala za gardło i powoli, coraz mocniej zaciskał rękę. Z powściągliwą, przerażającą satysfakcją obserwował jak z szamoczącego się, wpadającego w coraz większą rozpacz rywala uchodzi życie... A przecież ten bezlitośnie obijany przez Adamka przeciwnik to znany na całym świecie król nokautu! 

Tak walczą tylko najwięksi mistrzowie. Po pokazie w Spodku Polak jest już jednym z nich.

PS. Pięknie wieczór podsumował Jerzy Kulej. Dwukrotnego mistrza olimpijskiego zahaczyłem za kulisami. Stwierdził: "Często powtarzam, że pomysł i technika zawsze wygrają z siłą. Siła przydaje się głównie w kuźni, na kopalni i przy wyrębie drzewa. Dziś w Katowicach w wielkim stylu wróciła polska szkoła boksu. Papa Stamm zawsze nas uczulał, że w pięściarstwie najpierw liczy się głowa, potem nogi, a na końcu ręce. Tomek miał pomysł na tę walkę: lewy prosty i dobra praca nóg. Już na początku "lufa", żeby Bell wiedział, że to nie przelewki. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia - podziękował".

To było chyba najbardziej przykre podziękowanie w jego życiu.

02:58, pavelczado , Boks
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 kwietnia 2008
Józef Szmidt przemówił !!!

Kolejny raz okazuje się, że nigdy nie należy mówić „nigdy”. Pamiętacie Józefa Szmidta? Genialnego trójskoczka, dwukrotnego mistrza olimpijskiego, pierwszego, który przeskoczył granicę 17 metrów? Lekkoatleta Górnika Zabrze to jedna z najwspanialszych, ale i zarazem najbardziej tajemniczych postaci w historii całego polskiego sportu. Za dziennikarzami nigdy szczególnie nie przepadał, nawet w czasach największych sukcesów trudno było go namówić na zwierzenia. A po zakończeniu kariery zamienić z nim choćby parę słów było cudem. Wiele lat mieszkał w Niemczech, a po powrocie zaszył się w wiosce na Pomorzu. Nie chciał nikogo widzieć, nie reagował na zaproszenia największych osobistości tego kraju, delegację PZLA przyjął ponoć zza płotu.

Dopiero teraz, po latach, mistrz przerywa milczenie! Tym, który nakłonił go do rozmowy jest mój redakcyjny kolega Piotr Płatek. Kiedy Piotrek jechał na Pomorze, byłem pełen wątpliwości. Nie: byłem pewien, że nic z tego nie wyjdzie! Na szczęście myliłem się. Piotrek udowodnił starą dziennikarską - i nie tylko dziennikarską - prawdę: trzeba próbować nawet w pozornie beznadziejnej sytuacji. Nie udało się sto razy, uda się za sto pierwszym! Grunt to wytrwałość...

Pan Szmidt wpuścił Piotra i Dawida, naszego fotoreportera, na teren swojej posiadłości (hoduje tam trzydzieści kóz). Wiele godzin opowiadał chłopakom o swojej karierze, wyjaśnił wiele wątpliwości ze swego życia. Na prośbę Dawida 73-letni mistrz oddał nawet kilka skoków i okazało się, że jest w dobrej formie!

Zżera Was ciekawość, co u niego działo się przez te wszystkie lata? Już niedługo. Opowieść Józefa Szmidta przeczytacie w poniedziałkowej ”Gazecie Sport”. 

Wojciech Korfanty i slipki

Witam po przerwie.

Właśnie wróciłem z sali posiedzeń Rady Miejskiej w Katowicach. Okazja była niecodzienna: w magistracie pojawiło się mnóstwo dużych, średnich i małych facetów w slipkach. Mężczyźni mieli biały albo czarny kolor skóry. Nie dyskutowali o procedurach uchwalania budżetu, nie mówili o zmianach w planie zagospodarowania przestrzennego, nie zastanawiali się nad formami gospodarki finansowej przedszkoli miejskich. Oni bez słowa zrzucali ciuchy i wskakiwali na wagę. A kiedy z niej zeskakiwali, to od razu zaciskali pięści i w błysku fleszy prężyli muskuły, patrząc na siebie z odległości kilku centymetrów. Wojciech Korfanty i ksiądz Emil Szramek spoglądali zaszokowani na to widowisko z wysokości ściennych portretów. Cóż, czegoś takiego w tym pomieszczeniu jeszcze nie widziano! Ale to, co jednych dziwiło, innym sprawiało jakąś taką słodką przyjemność: dwie panie w żakietach (urzędniczki magistratu?) strzelały zza winkla oczami w stronę gołych, twardych, owłosionych torsów (nieowłosione też były). Śmiały się przy tym cichutko, wtydliwie zasłaniając usta...

Ważenie bokserów w Urzędzie Miasta było wstępem do najważniejszego w ten weekend sportowego wydarzenia na Śląsku: gali w Spodku z udziałem Tomasza Adamka. Impreza odbędzie się w nocy z soboty na niedzielę. Uwielbiam klimat zawodowych gal bokserskich i kiedy mogę - zawsze idę. Ich atmosfera niezmiennie mnie pociąga, zdumiewa, żenuje. Na takich imprezach obserwuję pełny przekrój społeczny: gale bokserskie jak chyba żadne inne imprezy sportowe przyciągają ludzi, którzy różnią się od siebie wszystkim. Dzielą ich wygląd, ubiór,wykształcenie i zachowanie, a nie łączy nawet umiłowanie boksu, bo niektórym na takich galach wypada się tylko pokazać i tyle (najlepiej, żeby sfilmowała ich telewizja). Towarzyszący całości osobliwy zapach też jest nie do podrobienia: to mieszanka francuskich perfum, prażonej kukurydzy, potu bokserów (i niektórych kibiców), a także sztucznego dymu wypuszczanego z rur w momencie, gdy pięściarze wychodzą na ring.

Ale tym razem idę do Spodka nie ze względu na atmosferę, ale żeby zobaczyć naprawdę dobry boks. Pojedynek Adamka z O'Neillem Bellem zapowiada się fantastycznie. Na wadze obaj prezentowali się świetnie - wyglądali na dobrze przygotowanych i wyluzowanych. Choć chyba nie tak wyluzowanych jak Tomasz Bonin, pięściarz wagi ciężkiej. Pod magistratem, na ulicy Młyńskiej nagle podszedł do mnie i zapytał: „nie wiesz może o której zaczyna się gala?”. Cóż, to dla niego jest ważna informacja: w trakcie imprezy walczy przecież z egipskim bokserem Sayedem Ablazizem. 

PS. Zaskoczonych, że tym razem o boksie, a nie o piłce informuję, że jeden z pięściarzy, którzy pokażą się w Spodku wygląda jak bliźniak Djibrila Cisse. Blanchard Kalambay z Konga (kategoria juniorciężka) ma taką samą śliczną, starannie wypielęgnowaną i zafarbowaną na blond bródkę, jak francuski napastnik. Innych futbolowych wątków w katowickim magistracie nie dostrzegłem.

 

19:09, pavelczado , Boks
Link Komentarze (1) »
Archiwum