środa, 29 kwietnia 2009
Ruch prawie w finale

Dziś Czadoblog donosi prosto ze stolicy! Uśmiechnięty, wklepuje sobie notkę podglądając z kolegą Miszą mecz MU - ARS. Na Łazienkowską Czadoblog przyjechał po dziesięciu latach przerwy i znów śląska drużyna nie straciła gola. Ba, nawet go strzeliła! 

Ruch wygrał z Legią pierwszy mecz półfinałowy PP. Niespodziewanie, ale styl zwycięstwa był przyzwoity. 

Co mi się podobało: 

a) pomysł trenera Waldemara Fornalika na debiut. Trochę mnie zaskoczył wyjściowym ustawieniem. W ostatnim meczu Ruchu, jeszcze za Bogusława Pietrzaka, przy grze 4-4-2 za rozgrywanie piłki odpowiadało dwóch defensywnych pomocników (Straka - Baran). Tym razem Fornalik ustawił w środku aż trzech piłkarzy; dwóch zorientowanych ofensywnie, potrafiących rozegrać piłkę (Pulkowski, Nowacki) oraz biegającego za Rogerem Barana. Jako że na lewej stronie nie było klasycznego bocznego pomocnika - takiego, jakim na prawej jest Wojciech Grzyb - do przodu mocno przesuwał się Tomasz Brzyski i robiło się 3-5-2! Po przerwie na boisko za Nowackiego wszedł Balaz i było to już mocno zaakcentowane 4-4-2. Spytałem Fornalika, w której połowie Ruch bardziej mu się podobał, pod warunkiem, że zapomnimy o golu. - W drugiej - odparł. Wygląda więc na to, że 4-4-2 zagości w Chorzowie na dłużej;

b) schodzący do szatni piłkarze Ruchu. Mieli jakby większe źrenice, byli jakby bardziej wyprostowani, bardziej uśmiechnięci, bardziej dziarscy i milusińscy. Oto co robi z człowieka zastrzyk wiary w siebie! Od rozentuzjazmowanego, wysoko postawionego działacza Ruchu usłyszałem nawet, że teraz niebiescy nie przegrają w Poznaniu! Kto wie?

c) rosnący jak na drożdżach stadion Legii. Trybuny będą okazałe, ostro wypiętrzone do góry. Wkrótce oglądanie meczu na Łazienkowskiej będzie estetyczną przyjemnością. Gratulacje dla stolicy;

d) plakaty w salce konferencyjnej. Stare zdjęcia sławiące dawną wielkość Legii wypełniają głównie Hanysi. Doceniono Piechniczka, Pohla, Brychczego, Apostela...

e) drugi do pary czyli Piotr Kieruzel. Jeszcze niedawno nikt o nim poza Chorzowem nie słyszał. Skoro Kieruzel zagrał w wyjściowym składzie w ostatnim meczu Pietrzaka i pierwszym meczu Fornalika, to musi coś potrafić. Potrafi i do tego rokuje na przyszłość. Fornalik nie dał mi się wypuścić i chwalił go po meczu oszczędnie, mówiąc, że "nie był najgorszym piłkarzem Ruchu". Nie dziwię się, że był powściągliwy: chodzi o to, żeby chłopakowi sodówka nie odwaliła. Ale za to, że wyszedł na Legię i nie pękł, ma duży plus. Jak tak dalej pójdzie, to Ruchowi niepostrzeżenie może wyrosnąć para solidnych - a nawet bardzo dobrych - środkowych obrońców Kieruzel - Sadlok. Jak ich z Cichej nie wypuszczą, to nawet na lata!

f) optymizm aktora Bogdana Kalusa. "Hadziuk" z Rancza, na co dzień zagorzały kibic Ruchu, zwraca uwagę na niekorzystny terminarz Legii, która gra rewanż w Chorzowie tuż przed wielkim przebojem z Wisłą. Urban na pewno nie rzuci więc na rewanż z niebieskimi wszystkiego co ma najlepsze. Dzięki temu szanse Ruchu rosną. Nie tylko na finał.  - Jeśli dojdzie do finału Ruch - Lech, a lechici zostaną mistrzami Polski, to Ruch zagra w pucharach bez względu na wynik! - zacierał ręce Bogdan. Czadoblog też zacierał.

Co mi się nie podobało:

a) wszystko mi się podobało;

Co mnie zaskoczyło: 

a) na Łazienkowskiej otwarta jest tylko trybuna kryta, więc szukałem wzrokiem dawnych bywalców "Żylety". Z prawej strony pod płotem spostrzegłem grupę potężnych, wygolonych, milczących mężczyzn w dresach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy tuż po meczu gromko... zakrzyknęli "Ruch, Ruch, HKS!", a piłkarze Ruchu podbiegli im podziękować. To byli fani Ruchu! Niepilnowani przez ochroniarzy, nie oddzieleni żadnym płotem... W normalnych warunkach latałyby krzesełka, a kwik zarzynanych koni i chrzęst przebijanych pancerzy słychać byłoby daleko za stadionem. Widocznie ktoś z kimś zawarł tymczasowy pakt o nieagresji.  

Czadoblog, Warszawa

PS Tak naprawdę to miejscowi dziennikarze Pucharem Polski się nie przejmują. Narastające ciśnienie przed meczem z Wisłą objawia się u nich w nietypowy sposób. Ucho Czadobloga zarejestrowało pełne goryczy słowa jednego z nich. Warszawski żurnalista wyrzucał rzecznikowi Legii Michałowi Kociębie, że... nie da się pić herbaty przygotowanej przez organizatorów w salce konferencyjnej! Bo cukier w saszetkach jest z... Krakowa. "Jak tak można?!" - skarżył się z wyrzutem żurnalista. Wyglądało, że pieklił się na serio.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Czy w Ruchu panuje nepotyzm

No tak! To mogło się zdarzyć tylko w Wielkiej Ruchowskiej Rodzinie! Dwóch braci trenujących profesjonalną drużynę piłkarską to ewenement na skalę światową! Nie znam drugiego takiego przypadku - prawie 20 lat temu bracia Nikodemowiczowie wprowadzili Polonię Bytom do ekstraklasy, ale hokejowej...

Myślicie, że się oburzam? Wręcz przeciwnie, żartuję z zawistnych, którzy z przekąsem będą teraz plotkować o ”rodzinnym układzie w Chorzowie”. Tymczasem moim zdaniem gdyby Fornalik Młodszy musiał z Cichej odejść i opuścić dotychczasowe stanowisko tylko dlatego, że przychodzi Fornalik Starszy, sytuacja w Ruchu otarłaby się o absurd. Na szczęście nikomu do głowy to nie przyszło. Dziś Waldemar nie znalazłby do tej konkretnej pracy lepszego asystenta niż młodszy o dziesięć lat Tomek. Po pierwsze: może mu zaufać bardziej niż komukolwiek. Po drugie: może się od niego o klubowych realiach dowiedzieć więcej niż od kogokolwiek.

Niedawno wróciłem z Cichej. Na konferencji prasowej nowy trener nie mówił za wiele o swojej koncepcji pracy, o swojej wizji drużyny i właściwie trudno się temu dziwić. Wiadomo, że dużo spać nie będzie, bo czasu mało - już w środę pierwszy półfinał Pucharu Polski z Legią w Warszawie, a w niedzielę wyjazdowy bój z walczącym o mistrzostwo Lechem. Ucieszyłem się, że niebiescy nie mają zamiaru koncentrować się tylko na lidze, nie rezygnują z moich ulubionych rozgrywek, bo jak zauważył Mariusz Klimek "na tym etapie Pucharu Polski już się nie odpuszcza". Tak się ucieszyłem, że chyba nawet wybiorę się na Łazienkowską zobaczyć debiut Waldemara Fornalika! Na razie nowy trener zdradził mi jedynie, że skłania się bardziej ku systemowi 4-4-2 niż 4-5-1. Także dlatego, że stosował go przez większość swej trenerskiej pracy. 

Co można napisać więcej? Można odpowiedzieć na tytułową kwestię ”czy w Ruchu panuje nepotyzm”. Nie, nie panuje. Panie Waldku, Pan się nie boi! Powodzenia.

pierwszy trening Ruchu poprowadzony przez braci Fornalików

PS Jakby ktoś nie rozróżniał, to na fotce Waldemar widnieje po prawej, a Tomasz - po lewej.

PS2 Szanse Ruchu w Warszawie? Piłka nożna to nie skoki narciarskie. W skokach nie zdarza się, żeby zawodnik regularnie nie mieszczący się w trzydziestce nagle w wielkim stylu wygrał zawody Pucharu Świata. Ale futbol? Już wiele razy widziałem mecze kiedy drużyna w dołku w nieoczekiwanie dobrym stylu zwyciężała wyżej notowanego rywala, w dodatku będącego w dobrej, albo nawet bardzo dobrej formie. Tak może zdarzyć się w najbliższym meczu. Zresztą już się zdarzyło - choćby w październiku 1995 roku. Wtedy Ruch i Legia też spotkały się w rozgrywkach Pucharu Polski!

Legia aktualny wówczas mistrz kraju i obrońca Pucharu łoiła wszystkich równo. To była naprawdę świetna drużyna. Dream team Pawła Janasa a to puknął Hutnika Kraków 6:1, a to Siarkę Tarnobrzeg 7:2. Do Chorzowa na mecz 1/16 finału Pucharu Polski Legia przyjechała w glorii pogromcy Anglików - tydzień wcześniej pokonała Blackburn Rovers (z Alanem Shearerem w składzie) w Lidze Mistrzów!

Naprzeciw jednej z najlepszych drużyn w historii III RP stanął Ruch, który parę miesięcy wcześniej zleciał z ekstraklasy i w II lidze mozolnie odbijał się od dna. Byłem na tamtym meczu. Przed spotkaniem ci, którzy nieśmiało wspominali o dogrywce, byli uznawani za nieszkodliwych wariatów. A po spotkaniu dałem do gazety tytuł ”Ruch to nie Blackburn!”. Oto co napisałem w sprawozdaniu:

”Na tę chwilę czekałem bardzo długo - mówił po meczu szczęśliwy Piotr Rowicki, który kiedyś został uznany w Legii za niepotrzebnego. Chorzowianie zrewanżowali się mistrzowi Polski za ubiegłoroczną porażkę w Pucharze, odnosząc sensacyjne zwycięstwo.

Niebiescy zaczęli znakomicie. Już po kilkudziesięciu sekundach po dośrodkowaniu Witolda Wawrzyczka rezerwowy bramkarz legionistów, 19-letni Grzegorz Szamotulski wypuścił piłkę z rąk. Doskoczył do niej Mirosław Bąk i wepchnął do siatki. - To była moja wina - przyznał potem Szamotulski, dla którego był to pierwszy tak ważny mecz (w lidze jeszcze nie grał). - Maciej Szczęsny narzekał na ból pachwiny, więc wstawiłem rezerwowego bramkarza. On też musi od czasu do czasu grać - stwierdził potem trener Paweł Janas.

Legioniści od razu zaatakowali. Po pięciu minutach z prawej strony zacentrował Ryszard Staniek i nie obstawiony Tomasz Wieszczycki miał czas żeby "przymierzyć" piłkę głową w okienko. Piotr Lech nieco spóźnił się z interwencją i na stadionie zrobiło się cicho. Warszawiacy nadal atakowali. Chorzowski bramkarz miał wiele szczęścia - świetnych okazji nie wykorzystali Jerzy Podbrożny i Radosław Michalski. Ten drugi w 29. minucie miał przed sobą tylko Lecha, ale spudłował.

Początek drugiej połowy był podobny do pierwszej. Tuż po wznowieniu gry piłkę z autu wyrzucił Mirosław Mosór, nieczysto uderzył w nią Bąk, ale we właściwym miejscu stał Mariusz Śrutwa i celnie strzelił pod poprzeczkę. Tym razem goście nie byli w stanie odpowiedzieć. Podbrożnemu nie wychodziły rajdy, Piszowi strzały z wolnego. Nic nie zmieniło wejście na murawę Kucharskiego i Bednarza (tradycyjnie obrzuconego wyzwiskami przez chorzowskich fanów). Ruch kontratakował, ale gole już nie padły. Omal jednak nie doszło do dogrywki, kiedy w 88. minucie zaskakujący "strzał rozpaczy" z 40 metrów oddał Grzegorz Lewandowski. Piłka odbiła się od jednego z obrońców, palców Lecha i słupka. Chwilę później przy potężnej wrzawie prezes Krystian Rogala mógł odtańczyć taniec radości.

Po meczu powiedzieli:

Mirosław Mosór: - Legia jest chyba przemęczona sezonem.

Mariusz Śrutwa: - Pomogli nam kibice swoim świetnym dopingiem.

Piotr Rowicki: - Do trzech razy sztuka. W zeszłym sezonie przegraliśmy u siebie w lidze i Pucharze, teraz wreszcie się udało. Jako były legionista mam dużą satysfakcję.

Paweł Janas: - Niby się staraliśmy, ale nic nam nie wychodziło.

Jerzy Podbrożny: - Zagraliśmy słabo. Jesteśmy zmęczeni, ale to nas nie usprawiedliwia.

Radosław Michalski: - Przystąpiliśmy do meczu zbyt rozluźnieni. Chcieliśmy wygrać jak najmniejszym nakładem sił.

Ruch Chorzów - Legia Warszawa 2:1 (1:1)

Bramki: 1:0 Bąk (2'), 1:1 Wieszczycki (7') 2:1 Śrutwa (47')

Ruch: Lech - Fornalak, Grzesik, Pieniążek, Wleciałowski - Rowicki, Jaworski, Wawrzyczek, Mosór - Bąk, Śrutwa.

Legia: Szamotulski - Jóźwiak, Zieliński, Madziejewicz, Lewandowski Ż, Michalski (70' Kucharski), Pisz, Wieszczycki, Fedoruk (59' Bednarz) - Staniek, Podbrożny.

Widzów: 7649.

Jakby ktoś nie pamiętał: po zwycięstwie nad Legią Ruch doszedł aż do finału i ostatecznie zdobył wtedy Puchar Polski. Od tego czasu niebieskim nie udało się już powtórzyć tego wyczynu.

sobota, 25 kwietnia 2009
W Ruchu brak ducha

Ruch przegrał z Bełchatowem. To jego czwarta z rzędu ligowa porażka w Chorzowie. Niebiescy wiosną nie zdobyli u siebie choćby punktu, a w czterech spotkaniach zdołali strzelić tylko jednego gola! Bilans fatalny, a przecież jeszcze jesienią potrafili dać w Chorzowie łupnia Lechowi albo Wiśle, nie tracąc nawet bramki...

Z reguły Czadoblog sam przedstawia co mu się podczas meczu podobało, a co się nie podobało. Tym razem oddaje głos osobie, która jest upoważniona do zrecenzowania gry Ruchu jak mało kto. Oceny meczu z Bełchatowiem dokonała specjalnie dla Czytelników Czadobloga.

Mariuszowi Śrutwie podobało się:

a) nic. Z wyjątkiem dwóch, trzech składnych akcji nie było żadnych plusów. Nie było widać w grze żadnej myśli, żadnej koncepcji. Niczego co dawałoby nadzieję przed kolejnymi superważnymi meczami Ruchu o utrzymanie.

Mariuszowi Śrutwie nie podobało się:

a) ustawienie zespołu. Dlaczego obowiązkiem kreowania gry obarczono dwóch defensywnych przecież pomocników [Gabor Straka i Grzegorz Baran]? Kto odpowiadał za rozgrywanie? Gra w środku pola była chaotyczna. Zespół stać było tylko na grania długich piłek do Fabusa. Początkowo wygrywał te główki, potem było coraz gorzej;

b) marnowanie energii w złej sprawie. Na boisku była walka, ale walka głupia, a nie mądra. Mnożyły się ordynarne faule z obu stron. Jakby sędzia pokazał parę czerwonych kartek nikt nie powinien mieć pretensji. Piłka nożna nie polega na brutalności;

c) reakcja trenera na wydarzenia boiskowe. Dlaczego napastników zmienili inni napastnicy [Jezierski za Fabusa, Sobiech za Janoszkę]? Na takie zmiany przeciwnik w ogóle nie musiał reagować, mógł nadal grać swoje. A wystarczyło zmienić napastnika za obrońcę, albo bardziej ofensywnie zorientować na skrzydle Wojtka Grzyba [dało to świetny efekt w meczu z Polonią]. Bełchatów musiałby wtedy zmienić coś w swoim sposobie gry, a to mogłoby pomóc Ruchowi;

d) zbytnia asekuracja. Czy nikt nie zauważył, że czterech obrońców Ruchu grało na jednego napastnika Bełchatowa? A czasem z tyłu zaplątał się jeszcze defensywnie zorientowany Straka. Nie można było wspomóc kolegów w ofensywie? 

e) brak ducha. W tej chwili Ruch niestety nie jest drużyną. Nie widac, żeby ktoś w niej rządził, nie widać nikogo, kto potrafiłby wstrząsnąć kolegami, nakrzyczeć. Taki wstrząs lepiej integruje zespół. A ci zawodnicy milcząc schodzą z boiska ze zwieszonymi głowami... 

                                         % 

Tyle Mariusz Śrutwa. Gra Ruchu rzeczywiście była fatalna. Kibicom oczywiście bardzo się nie podobała, choć aż takiej presji jak fani Zagłębia w meczu z Nielbą Wągrowiec na swoich piłkarzach nie wywierali. Było trochę ironicznych oklasków, były skandowane żądania zdymisjonowania trenera i pani prezes, były głośno wyrażane sugestie, żeby wejście na mecz z Piastem Gliwice za dwa tygodnie było za darmo...

Kilku piłkarzy podeszło po meczu w stronę trybuny górnej, ale ze zrozumiałych względów dialog był niemożliwy. Fani wywoływali na boisko trenera Pietrzaka, ale ten do nich nie wyszedł. W tym czasie oddawał się bowiem do dyspozycji zarządu. Obserwowałem go po meczu; z jego słów, jego zachowania, jego spojrzeń biła totalna bezradność. Pietrzak nie wie co się z Ruchem dzieje i co gorsza nie ma pojęcia jak kryzysowi zaradzić. Działacze już to wiedzą.

Skoro Pietrzak sam się przyznaje do bezradności, zmiana na stanowisku trenera jest moim zdaniem kwestią godzin, może dni. 

PS Duszan Radolsky nie jest już trenerem Żiliny. Grzecznie mu podziękowano.

Snajper, głupcze

"Dlaczego w Wiśle preferowałem system 4-4-2, a w Górniku już nie? Bo w Górniku tak się nie da, system gry trzeba dopasować do potencjału zawodników" - to było chyba najważniejsza kwestia wypowiedziana przez Henryka Kasperczaka po meczu Wisła - Górnik w Krakowie.

Prawda jest taka, że klub zawsze słynący z rasowych snajperów teraz cierpi na ich gigantyczny deficyt. W grającym systemem 4-5-1 Górniku nie ma w tej chwili ani jednego łowcy goli. Łowcy? Nie ma nawet poławiacza goli! Właśnie to jest największy problem zabrzan w tym sezonie.

W efekcie słabość zabrzańskiej drużyny w tym względzie powoduje sytuację wręcz paradoksalną. Co prawda paradoks Górnika nie jest aż tak skomplikowany jak paradoks Olbersa, ale żeby go przetrawić też potrzeba chwili...

Mizeria zabrzańskich napastników powoduje, że Kasperczak nie chce wystawiać ich aż dwóch w podstawowym składzie. Uważa, że to strata miejsca, dlatego kosztem napadu woli wzmocnić w Górniku drugą linię. W imię tego wzmocnienia za każdym razem z defensywą rywali musi sobie radzić tylko jeden zaganiany, zziajany napastnik Gornika. Jego możliwości, jego forma powodują, że nie ma w tej rywalizacji żadnych szans (przykładem występ Dawida Jarki w Krakowie). Może dwóch napastników dałoby się Wiśle bardziej we znaki, może któryś, mając u boku kolegę, strzeliłby jakiegoś gola, może w dwójkę oszukaliby niesamowitego Marcelo? Ale nie oszukają, bo przecież "szkoda miejsca dla dwóch". W ten sposób kółko się zamyka i powstaje paradoks: żeby Górnik zdobywał punkty i zaczął strzelać więcej goli, trzeba wpuszczać na boisko mniej zabrzańskich napastników...

Ubocznym efektem "paradoksu Górnika" jest narastająca frustracja jego napastników - jedynaków. Zobaczcie jak prawie za każdym razem schodzą z boiska ze spuszczonymi głowami, z zamokniętymi kurkami, bez tchu...

Tak było również z Wisłą - sądziłem, że Górnik sprawi niespodziankę, ale mimo zaskakującego prowadzenia przestałem w nią w Krakowie wierzyć bardzo szybko, nie widziałem na nią żadnych szans (choć jeszcze w przerwie wygłupiałem się i wieszczyłem w kuluarach, że goście wygrają 2:1). Górnik przegrał zasłużenie. Remis byłby niesprawiedliwy m.in dlatego, że brakuje mu bramkostrzelnego asa, napadziora budzącego zaufanie u kolegów z drużyny.

Dlatego jeśli Górnik się utrzyma - a przecież się utrzyma - przed następnym sezonem powinien zmienić politykę transferową. Zamiast wzmacniania się kilkoma zawodnikami z różnych formacji (obecny skład powinien mieć czas na okrzepnięcie i na pewno pokaże co potrafi) tak jak to było zimą, Górnik powinien całą ciężką kasę na zakupy wydać na jeden jedyny strzał. Bardzo drogi, celny, złoty strzał. Powinien kupić gdziekolwiek napastnika, który da gwarancję 15 ligowych goli w sezonie. Napastnika formatu Pawła Brożka.

PS Ciekawe, że dopiero drugi raz w ekstraklasowej historii Górnika może zdarzyć się, że to obrońca zostanie najlepszym ligowym strzelcem drużyny w całym sezonie. Mało tego; obrońca, który grał w Górniku tylko... jedną rundę! Wstyd? Adam Banaś nie musi się wstydzić. 

Ale jest też plus w tej historyjce: za pierwszym razem kiedy zabrzański defensor ośmieszył kolegów z przodu i wygrał klasyfikację na najskuteczniejszego (6 goli Henryka Wieczorka w sezonie 1979/80), Górnik z ekstraklasy nie spadł. Krzepiące?

PS2 Po meczu wiślacy życzyli Górnikowi, żeby podczas następnej wizyty w Krakowie już wygrał. Oczywiście nie na Reymonta, a po drugiej stronie Błoń, jeszcze w tym sezonie. To będzie niesamowity mecz. Już za miesiąc.

PS3 Gratulacje dla Roberto_18_Baggio za wygrany zakład. Ustalimy szczegóły odebrania nagrody po ustaleniu przyszłosezonowego terminarza.

piątek, 24 kwietnia 2009
Panta rhei

Ruch zyskał nowego, prężnego sponsora. Tak jak w Chorzowie zapanowało zadowolenie, tak w Katowicach zapanowa konsternacja. Bo ten sponsor to nie byle jaki sponsor. To właściwie historyczny współtwórca GKS-u Katowice!

Protoplastą GKS-u był jak wiadomo Rapid Wełnowiec. Jeszcze jesienią 1963 roku w ówczesnej drugiej lidze i Pucharze Polski grał Rapid, a już wiosną 1964 roku - GKS, utworzony z wielu klubów, ale jego najważniejszym ogniwem była właśnie drużyna z północnej dzielnicy Katowic. Drużyna egzystująca przy istniejących od 1929 roku zakładach Rapid (właściwie Moj-Rapid, bo była fuzja dwóch zakładów).

W Rapidzie pracowali pierwsi legendarni piłkarze GKS-u. Hubert Miller, pierwszy kapitan drużyny, bardzo elegancki napastnik (stąd ksywka "szajtlik" czyli przedziałek), był w zakładzie szefem BHP. Andrzej "Acik" Strzelczyk, solidny defensywny pomocnik, pracował w Rapidzie jako mistrz, a na treningi przychodził prosto z pracy.

Minęły lata, zmienił się ustrój, zmienił się klub, zmieniły się zakłady. Od 1990 roku dawny Rapid zaczął funkcjonować już pod nową nazwą i na własny rachunek jako Fabryka Sprzętu i Narzędzi Górniczych FASING.

Ale jeszcze w latach 90. mowy nie było, żeby Fasing nie był związany z GKS-em. Jego ówczesny szef, rzutki biznesmen Ireneusz Król (dziś prezes Centrozapu) bardzo zaangażował się w działalność w GKS-ie. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak bezpośredniego w obejściu człowieka. Król, najmłodszy wiceprezes ds. finansowych w Katowickim Holdingu Węglowym, wiązał z GKS-em wielkie plany. W latach 1996-97 będąc szefem Fasingu, był jednocześnie prezesem sportowej spółki akcyjnej GKS-u Katowice. Ostatecznie nie potrafił się jednak dogadać z Marianem Dziurowiczem, zniechęcił się także, kiedy w ostatnim momencie sezonu 1996/97 GKS stracił pewną, wydawałoby się, szansę na grę w europejskich pucharach.

W 1997 roku Król odszedł z GKS-u, a w 2000 z Fasingu, w którym większość udziałów przejął zupełnie nowy inwestor, mający siedzibę w... Zabrzu. W 2001 roku do Fasingu przyszedł Zdzisław Bik, który - jako dobry znajomy Mariusza Klimka oraz prezes zarządu i dyrektor firmy - zdecydował się właśnie na zainwestowanie w klub na Cichej.

Tym sposobem dawny symbol GKS-u Katowice będzie teraz pracować na chwałę Ruchu Chorzów.

Bo nic nie jest na zawsze.

czwartek, 23 kwietnia 2009
Ślązak, który ukochał Zagłębie

Józef Gałeczka 

Takie historie jak ta nie zdarzają się często, ale jednak się zdarzają. Ślązak urodzony w Rzeszy Niemieckiej całe swoje sportowe i dorosłe życie związał z Sosnowcem. Stał się żywą legendą Zagłębia, symbolem tego co w sosnowieckiej piłce najlepsze. Jak sam mówi, w Sosnowcu ma dom, tam czuje się szczęśliwy i to jest jego miejsce na ziemi. Zagłębie ma szczęście, że grał w nim tak wspaniały piłkarz, piłkarz ma szczęście, że grał w tak wspaniałych czasach Zagłębia. Teraz możecie poznać jego niecodzienną historię.

Osobiście żałuję, że klub z Sosnowca nie gra już w ekstraklasie. W tej chwili ma niestety swojej lidze tylko jednego przeciwnika, z którym starcie wzbudza we mnie jakiekolwiek emocje: to GKS Tychy. Strasznie brakuje mi ligowych bojów Zagłębia z Ruchem albo z GKS-em Katowice. Zwłaszcza z GieKSą, bo ostatni raz oba kluby spotkały się w lidze w erze wręcz mezozoicznej czyli w 1991 roku! Kiedy znów zagrają przeciw sobie? Zagłębie musiałoby awansować, albo GKS spaść. To pierwsze jest już w tym sezonie niemożliwe, to drugie na razie mocno realne, ale już wkrótce - mam nadzieję -  jednak również niemożliwe. Ile jeszcze poczekamy na taki mecz?

PS Właśnie wróciłem z meczu w Lubinie. Gra była byle jaka, więc tylko o stadionie. Choć niedokończony, już teraz ma najlepszą akustykę w Polsce i 6 tysięcy ludzi jest w stanie zrobić rejwach za 20 tysięcy. Poza tym okazuje się, że mimo potężnych prac budowlanych da się jednak przyjąć na stadion fanów drużyny przyjezdnej. Wystarczy tylko chcieć, bo piłka nożna jest dla kibiców! 

wtorek, 21 kwietnia 2009
O przewadze polskich stadionów

Jeszcze Wam o tym nie pisałem, ale Czadoblog na co dzień jest zimnym,  pozbawionym emocji skurczybykiem, któremu obce są wyrafinowane doznania estetyczne, który od czasu do czasu wydobędzie z siebie tylko ironiczny rechot; niektóre zdesperowane redakcyjne koleżanki nazywają go nawet "gruboskórnym nosorożcem"...

Czadoblog wzrusza się właściwie tylko w jednym momencie - na stadionach piłkarskich. Mówiąc po ludzku chodzi o widoczki. Czadoblog uwielbia widoki z trybun. W tym właśnie momencie uwypukla się przewaga stadionów krajowych nad zagranicznymi. Jak wszyscy wiedzą, obiekty zagraniczne są tak świetne, nowoczesne, oszałamiające, a ich trybuny są tak wysokie, wygodne i bliskie boiska, że nie ma już mowy o żadnych ładnych krajobrazach, które mogłyby koić nerwy sfrustrowanego przebiegiem gry kibica. Krajobrazy są niepotrzebne - fan widzi tylko przeciwległą trybunę i już. Tak jest przynajmniej na większości wspaniałych zagranicznych stadionów, które zwiedził Czadoblog. W Polsce jest zupełnie inaczej, rzekłbym swojsko. Mam kilka ulubionych stadionów w tym względzie, a na jednym opanowuje mnie coś na kształt, tfu, wzruszenia...  

Wyróżnienia: stadion Górnika Zabrze - za widok na kościół św. Józefa, perłę śląskiej architektury autorstwa Dominikusa Böhma z 1931 roku; stadion Ruchu Chorzów - za widok na chłodnie kominowe za nieistniejącym zegarem elektromontażu; stadion GKS-u Katowice - za awangardę leśną WPKiW; stadion GKS-u Jastrzębie - za poczucie przytłoczenia potężnymi blokami, z których tysiące ludzi w oknach może oglądać tysiące ludzi na trybunach i na odwrót;

III miejsce: stadion Cracovii* - za widok na Błonia. Uwielbiam krakowskie Błonia, szkoda, że nie ma takich na Śląsku, na przykład w katowickim czworokącie Korfantego - Mickiewicza - Grundmanna - Chorzowska;  

II miejsce: stadion Sparty Mikulczyce - za otoczenie familokami. Trudno o bardziej śląski obrazek; 

I miejsce czyli absolutny hit: stadion Victorii Jaworzno. Za ten widoczek:

stadion Victorii Jaworzno. Mecz GKS Katowice - Korona Kielce

To wzgórze jest niesamowite! Potwierdzi Wam to każdy, kto był na stadionie w Jaworznie!

A Wy? Macie jakieś ulubione krajobrazy widziane ze stadionowych trybun? Na pewno o jakimś widoczku zapomniałem...

PS Wkrótce na Czadoblogu relacja z najnowocześniejszego stadionu w Polsce w wadze piórkowej czyli o pojemności ~15 tys. 

OT Takiego taboru nie powstydziłby się nawet Kris "Rubber Duck" Kristofferson.

autobusy przewożące kibiców GKS-u na stadion w Jaworznie 

Tym sprzętem kibice GKS-u Katowice są dowożeni na mecze do Jaworzna, gdzie przejściowo gra ich drużyna, aż się skończy remont na Bukowej.

*pomyśleć, że kiedyś fani Cracovii mieli jeszcze lepszy widok. Szczegóły tutaj.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009
AZ

Skontaktowała się ze mną koleżanka z dawnych, wspaniałych, beztroskich, studenckich czasów. Ponad 10 lat temu Gosia wyjechała na stałe do Holandii. Żyje się jej tam wygodnie i pewnie do Polski już nie wróci. Do klimatów nizinnych mocno przywykła, po holendersku terkocze z szybkością karabinu maszynowego.

Się dzieje! Jeden wielki dom wariatów! - napisała mi w sms-ie. Tak się składa, że Gosia mieszka w Alkmaar, które od kilkudziesięciu godzin jest najszczęśliwszym miastem w Holandii. Klub Alkmaar Zaanstreek zdobył właśnie mistrzostwo. Po raz pierwszy od 1981 roku, po raz drugi w historii. Drużyna trenera Luisa van Gaala przerwała trwającą 28 lat hegemonię trzech wielkich zespołów, symboli piłkarskiej Holandii. Co prawda w sobotę nieoczekiwanie przegrała 1:2 ważny mecz z Vitesse Arnhem, ale w niedzielę jej główny konkurent czyli Ajax przegrał w Eindhoven aż 2:6! - Tuż przed końcem tego meczu nasi kibice zaczęli wychodzić na ulice i zebrali się na Waagplein, głównym placu w Alkmaar. Piwo lało się strumieniem - relacjonuje Gosia (na załączonym filmiku widać jednak, że kibicowska ekipa AZ jest dość powściągliwa, spontan w wykonaniu fanów z takiej Andaluzji czy też Kalabrii wyglądałby chyba nieco inaczej;-).*

Przykład Alkmaar pokazuje, że warto czekać. Alkmaarczycy kiwali się cierpliwie przez 28 lat. Chorzowianie czekają 20 lat, zabrzanie - 21, a bytomianie - 29 (inni bytomianie nawet - 47 lat). Fetowanie tak długo wyczekiwanego sukcesu musi być fantastycznym przeżyciem: starsi mogą opowiedzieć młodszym o poprzednim, na wpół mitycznym sukcesie. Ale żeby tak się stało muszą tego... dożyć. Dlatego Ruchowi, Górnikowi, Polonii absolutnie nie życzę żeby szły w ślady choćby Blackburn Rovers. Czy uchował się w takim Blackburn choćby jeden zagorzały kibic, który mógłby się pochwalić, że świadomie przeżył ostatni i przedostatni tytuł mistrzowski Rovers?**

PS 89. urodziny obchodzi dziś Ruch. Wszystkiego najlepszego! Życzę niebieskim, żeby wspaniałej, okrągłej rocznicy za rok nie czcili... awansem. A impreza na 90-lecie na pewno będzie boska! Pamiętam tort podany w Teatrze Rozrywki z okazji 80-lecia Ruchu. Pyszny był...

tort na 80-lecie

A o tym, że w Ruchu nikt nie myśli dziś o świętowaniu świadczy ten tekst.

* Czy Ślązacy w razie mistrzostwa któregoś ze swoich klubów przypominaliby w fetowaniu kibiców hiszpańskich, włoskich czy raczej niderlandzkich? Moim zdaniem z natury bliżej im raczej do statecznych Holendrów. Co myślicie? 

** kibic z Blackburn musiałby się urodzić około 1900 roku i przeżyć prawie sto lat. Oczekiwanie na kolejny tytuł trwało bowiem od 1914 do 1995 roku.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Rollercoaster KSG

"Heniek, co to ma być?!" - wrzeszczał w stronę schodzącego na przerwę trenera Kasperczaka starszy mężczyzna. Po pierwszej połowie meczu z Polonią Bytom słychać było nawet pojedyncze gwizdy co bardziej zniecierpliwionych zabrzańskich kibiców (choć w trakcie gry doping był  bez zarzutu). Tu i ówdzie można było nawet usłyszeć, że "Górnik gra do dupy", ale jeszcze po cichu, jeszcze nieśmiało...

Godzinę później całe Zabrze było wniebowzięte, wcześniejsi malkontenci wrzeszczeli równie głośno i radośnie, co niepoprawni optymiści. W najtrudniejszym momencie, kiedy wydawało się, że tego dnia Górnik zejdzie do piekła, nastąpiło przełamanie. Dość nieoczekiwane przełamanie, jeśli pamięta się, że pod koniec I połowy Górnik wręcz gasł w oczach i gdyby nie słupek po strzale Rafała Grzyba, mógłby zgasnąć zupełnie.

Tymczasem po ostatnim gwiazdku piłkarze Kasperczaka byli żegnani owacją na stojąco.  Jednym z bohaterów był Dawid Jarka, który długo znajdował się w niebycie, a ostatniego ligowego gola dla Górnika strzelił ponad rok temu na początku marca.

"Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz" - to hasło banalne, ale rzeczywiście prawdziwe. Chyba tylko w piłce jest to możliwe z taką wyrazistością: od zera do bohatera, od bohatera do zera i znowu od zera do bohatera. To jak jazda rollercoasterem - nastroje idą w górę, w dół, w górę, w dół... 

Choć Górnik nadal jest na miejscu spadkowym, to przecież już po następnej kolejce może zostać uznany za zespół, który... "z pewnością uratuje się przed spadkiem". Henryk Kasperczak zostanie uznany, za tego, który cały czas miał wszystko pod kontrolą, a Dawid Jarka za piłkarza na którego warto stawiać, tylko trzeba dać mu szansę i być cierpliwym. Wystarczy tylko jakiś rykoszet po strzale Jarki i skromne 1:0 w piątek z Wisłą na Reymonta...

Niemożliwe? Nie jestem tego taki pewien. Nie warto lekceważyć Górnika tylko dlatego, że po przyjściu Kasperczaka nie pożera rywali, zabiera się za nich raczej jak mały, niedoświadczony boa za wyrośniętą antylopę... Ale przecież chyba nikt nie ma wątpliwości, że obiektywnie Górnik już w tej chwili jest drużyną na pierwszą połówkę tabeli! Aż przejadę się na stadion Wisły, żeby przekonać się czy najbardziej spektakularne pożarcie nie przyjdzie w najmniej spodziewanym momencie...

PS Zaskakuje mnie Adam Banaś. Skromny wydawałoby się obrońca przejął po Tomaszu Hajcie nie tylko obowiązki czysto piłkarskie. Widać, że błyskawicznie zdobył u kolegów autorytet i uznanie, po kontuzji Sebastiana Nowaka przejął kapitańską opaskę. Coraz pewniej czuje się na boisku, gdyby nie jego trzy wiosenne bramki Górnik byłby w beznadziejnej sytuacji. Z jednej strony cieszy, że tak świetnie się w Zabrzu zaaklimatyzował, z drugiej dobitnie wykazuje... słabość obecnego Górnika w porównaniu z wielkimi drużynami lat 60., 70. i 80. Wtedy żółtodziób, choćby nie wiem jak zdolny, nie miałby szans na zostanie kapitanem, w szatni musiałby nastąpić wstrząs i zachwianie hierarchią drużyny. Nawet Pohl, Oślizło, Lubański, Szołtysik czy Matysik nie od razu przejmowali opaskę. Teraz po Hajcie i Brzęczku zapanował w drużynie "kryzys w stosunkach interpersonalnych", pozostała spalona ziemia, w którą bezbłędnie wskoczył Banaś, przebojowo budując swoją pozycję w zespole.  

PS2 Cały czas śledzę, kto wygra wyścig, kto wyżej skończy sezon w tabeli - Górnik czy St.Etienne? Nadal nie wiadomo...

PS3 O Polonii tym razem krótko. Na konferencji prasowej jeden z dziennikarzy zaatakował Jurija Szatałowa pytaniem dlaczego nie wpuścił na boisko Grzegorza Podstawka, dlaczego dał szansę młodzieży. Ale kiedy zobaczyłem na murawie Łukasza Gikiewicza, a potem Piotra Tomasika, uważam, że trener dobrze zrobił. Polonia może mieć z tych chłopaków pociechę. To zwinne, młode charty, które bardzo chcą się pokazać.

sobota, 18 kwietnia 2009
Info dla właścicieli samochodów

Spod stadionu Victorii Jaworzno pod stadion Górnika Zabrze: 39 minut i 51 sekund.

Takie drogi już naprawdę w Polsce istnieją!

Zapraszam do województwa śląskiego.

 
1 , 2 , 3
Archiwum