niedziela, 28 kwietnia 2013
Gabaryty

Kolejne Wielkie Derby Śląska za nami. Zwycięstwo Górnika Zabrze zasłużone. Ten mecz to kolejny przykład na to, że we futbolu wszystko może się zdarzyć. Spodziewasz się, że jakiś most może się zawalić, ale przęsła - o dziwo - bez problemu trzymają, wali się za to identyczny most w sąsiednim mieście.

Złośliwy los sprawił, że w Górniku nagle wysechł dopływ lewych obrońców, a przecież jeszcze niedawno była to pozycja całkowicie w tym klubie niezagrożona. Jeśli ktoś w szaleńczym napadzie niepokoju miałby się miotać co tu gościowi z zagranicy zainteresowanemu krajowym futbolem pokazać - to lewa obrona Górnika mogłaby być oknem wystawowym, bo zawsze trzymała fason.

Kiedy okazało się, że z powodu pana złośliwego Adam Nawałka zdecydował się wystawić na boku obrony człowieka mierzącego 192 cm byłem przekonany, że to zaproszenie dla Ruchu do atakowania prawą stroną. Oczywiście nie lekceważę Ołeksandra Szeweluchina, wydawało mi się jednak, że boczny obrońca powinien mierzyć jakieś 15 cm mniej i ważyć około 10 kg mniej niż Ukrainiec. Tak jak choćby jego vis-a-vis z przeciwległej strony boiska czyli Marcin Kikut.

Pozory mylą - tak naprawdę liczy się jedynie boisko. Skoro taki mikrus jak Passarella mógł tak wspaniale grać na stoperze to dlaczego Szeweluchin nie mógłby spisywać się na boku?:) Niedoświadczony specjalnie na tej pozycji drągal z Ukrainy nie popełnił właściwie żadnego błędu. Ruch niewiele potrafił ugrać jego stroną. Paradoksalnie bardziej doświadczony i bardziej przy tym wyglądający jak boczny obrońca Kikut miał pecha. Trafił na duet Olkowski - Nakoulma, który w tej lidze jest w stanie zniechęcić każdego rywala. Trener Zieliński ściągnął go z boiska jeszcze przed przerwą i nie ukrywał, że Kikut nie dawał sobie rady.

PS Omega gratuluje zwycięzcy i czeka na rewanż.

sobota, 27 kwietnia 2013
Wyszedłem, zaczepiłem, oniemiałem

Wróciłem z meczu Piasta Gliwice z Legią Warszawa. Wciąż nie mogę się otrząsnąć.

Jestem pod wrażeniem trenera Marcina Brosza.

Są trenerzy, którzy dobrze pracują, ale nie potrafią o tej pracy opowiadać.

Są trenerzy, którzy słabo pracują, ale świetnie o tej pracy potrafią opowiadać

Są trenerzy, którzy słabo pracują i słabo o tym opowiadają, ale przecież tacy bardzo szybko przestają być trenerami.

Są wreszcie trenerzy, którzy dobrze pracują  i potrafią o tym opowiadać. Tacy są z kolei rozrywani.

Kiedyś na tym właśnie tle Czadoblog wypomniał coś Marcinowi Broszowi, ale okazuje się, że niesłusznie. Zaszło wielkie nieporozumienie. Z mojej winy.

Kiedy słuchałem trenera Brosza na dotychczasowych licznych konferencjach prasowych nie chciało mi się do niego potem podchodzić. Uznałem, że nie ma to żadnego sensu, bo Marcin Brosz regularnie wypowiadał się, nazwijmy to, "schematycznie".

Popełniłem grzech. Grzech niedbalstwa, przyznaję. To przecież nie trener powinien się starać powiedzieć coś ciekawego. To dziennikarze powinni się starać żeby coś z niego wydobyć.

Zastanawiałem się skąd "schematyczne wypowiedzi" Marcina Brosza i wysnuwam wniosek o pewnej prawidłowości. Moim zdaniem trener Brosz (on sam tego oczywiście nie powiedział) jest znudzony konferencjami, bo... dziennikarze nie zadają mu pytań, które mogłyby go zaciekawić. Bo przecież dla trenera konferencje prasowe też powinny być interesujące. Nie każdy potrafi osiągnąć doskonały stan Jana Urbana, który z kamienną miną i bez mrugnięcia okiem odpowie dogłębnie na każde pytanie na konferencji i oczywiście nie da się rozróżnić które pytania go zainteresują, a które sam Urban uważa za szczyt ignorancji albo głupoty.

Weźcie jednak pod uwagę jedno - zniechęcenie trenerów wcale nie wynika z faktu, że dziennikarze nie potrafią zadawać ciekawych pytań. Zapewniam Was, że jest co najmniej kilku, którzy potrafią, tylko - musicie to zrozumieć - nie zawsze... chcą się nimi dzielić. Po co zadawać pytania na konferencji prasowej tak żeby odpowiedź usłyszeli wszyscy koledzy? Dziś dziennikarka to konkurencja. Na szybkość przekazu informacji trudno się już ścigać. Kiedyś było to może ekscytujące, teraz - z mojego punktu widzenia - zwyczajnie nudne i przynoszące coraz mniej efektu. Teraz trzeba się ścigać na dojrzenie czegoś czego ktoś inny może nie dojrzał w tym morzu spojrzeń. No i dopytać.

Oczywiste, że trzeba jednak dopytywać się trenera na osobności. Ale jak tu "stan osobności" osiągnąć na konferencji, której słuchają dziesiątki osób?

Jedyne wyjście to... wyjść za trenerem. Wyjść i zaczepić.  No to wyszedłem, zaczepiłem i... oniemiałem. Marcin Brosz nie jest smutasem. Chętnie rozmawia. No i - last but not least - potrafi mówić bardzo interesująco.

Przepraszam trenera Marcina Brosza. Nie doceniałem go. To, że zna się na robocie wiedziałem od dawna, ale dopiero teraz przekonałem się, że potrafi i LUBI o piłce rozmawiać. Ucieszył się choćby gdy zapytałem go o pomysł z Matejem Izvoltem (ktoś zauważył o co chodzi?) Przyznał, że to było zastosowane specjalnie na Legię...

Dziennikarz uczy się pokory całe życie. Dziś ja dostałem lekcję pokory. Znów okazało się, że jeśli naprawdę chcesz wiedzieć jak jest, przekonaj się sam. Najlepiej na osobności:) Jedno jest pewne: jeśli ktoś nie potrafi zainteresować na konferencji prasowej nie znaczy wcale, że nie ma nic do powiedzenia.

Jaka będzie puenta tej historyjki? Pesymistyczna:) Obawiam się, że być może wszyscy dziennikarze zaraz po konferencji prasowej na Piaście będą teraz gromadnie wychodzić za trenerem Marcinem Broszem.

I znów niczego się nie dowiemy;))))

                                             %

Oczywiście z trenerem Broszem z jakiejś konkretnej okazji się spotkaliśmy. Tą okazją był mecz z Legią Warszawa, który jak wiadomo zakończył się bez bramek (a szkoda, bo już chciałem zacząć wpis hasłem "zgodnie z przewidywaniami":) Piłkarze Piasta byli z remisu zadowoleni.  Przecież zakończyli gościom passę sześciu zwycięstw z rzędu.

Co mi się podobało:

a) gra obu bramkarzy. Ze szczęściem, bez zarzutu.

b) nawet znany ze swej cholernej nieobiektywności Czadoblog czasami stara się być obiektywny. Tym razem wreszcie mogli zaimponować kibice Legii. Przyjechało ich kilkuset, wszyscy w białych koszulkach.

To byli chyba inni kibice niż podczas meczu z Ruchem, kiedy dali popis wyjątkowo chamstwa (aż nie chce mi się do tego wracać). A jeśli ci sami, to oznaczałoby, że uczą się na błędach i wyciągają wnioski. Dziś zachowywali się wręcz genialnie. Najbardziej istotne, że skupili się na dopingowaniu własnej drużyny. Byli wyniośli i przekonani o własnej wyższości. Wywiesili fanę "Jesteśmy waszą stolicą" (debiutowała w listopadzie na stadionie Lecha). Nie odnosili się w ogóle do kibiców gospodarzy.

To jest właśnie najwyższy stan kibicowania. Nie oglądać się na innych.

W tym kontekście bluzgi pod adresem Legii próbujących zwrócić na siebie uwagę fanów Piasta brzmiały jedynie żałośnie. Szkoda, bo kiedy gliwiccy fani skupiali się na kibicowaniu gospodarzom, było naprawdę głośno. "Piastoholicy"... Ta ekipa ma potencjał. Szkoda, że go marnuje.

c) mogła też zaimponować kierownik drużyny gości Marta Ostrowska. Podprowadzała zmienników do linii bocznej. Co za fryzura, co za styl! Czy inne kluby nie mogłyby pójść w ślady warszawskiej drużyny i zatrudnić ładną kobietę na tym stanowisku?;) Miejscowym się chyba podobało, bo po meczu podchodzili do pani Marty gromadnie i robili sobie z nią zdjęcia jak z misiem w Zakopanem;)

d) że przeżyłem nowe doświadczenie dzięki red. Jerzemu Górze z Radia Katowice. Usiadłem koło niego. Dał mi drugie słuchawki i mogłem zatracić się w jego ekspresyjnej radiowej relacji z meczu, który właśnie oglądałem. Przypomniały mi się stare dobre czasy kiedy czasem słuchając sportowej relacji radiowej zjeżdżałem samochodem na pobocze żeby z wrażenia komuś w innym aucie nie przywalić w tyłek.

Niezwykłe doświadczenie...  Z całego serca namawiam Was żebyście zaczęli słuchać audycji sportowych w radiu (albo wrócili do słuchania). To przecież niezwykle wyostrza wyobraźnię. A jeśli nie wiecie czego słuchać - z czystym sumieniem mogę Wam polecić audycję "Z mikrofonem po boiskach" Radia Katowice. Możecie nie tylko słuchać, ale możecie też wziąć w niej udział.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 26 kwietnia 2013
63 złote i 16 groszy za Legię?! Wariactwo

Chciałbym już o Wielkich Derbach Śląska, ale na to przyjdzie jeszcze czas a pojawiają się inne dość kuriozalne tematy.

Pamiętacie marcowy mecz Legii z Górnikiem na Łazienkowskiej? Fatalna organizacja przy wejściu sprawiła, że na sektor weszło tylko 475 kibiców Górnika z 1340, którzy mieli zobaczyć zawody. Mimo to Legia wysłała do Zabrza fakturę na 30 000 tysięcy zł.

To oczywiście absurd, dla dobra własnych kibiców oba kluby powinny się dogadać. Bo to kibice będą cierpieć, także w przyszłości.

Kierownictwo Legii jest moim zdaniem wyjątkowo bezczelne żądając pieniędzy za tak marną usługę. Nic dziwnego, że prezes Górnika jest wściekły, a ja zauważam przy okazji, że chcąc wymusić posłuch takie sprawy zawsze trzeba kontynuować na zasadzie odwrócenia.

Szybkie dzielenie  (30000:475) pozwala zauważyć, że warszawski klub wymaga za jeden bilet z udziałem swojej pierwszej drużyny 63 złote i 16 groszy.

Legia jest oczywiście bardzo fajnym i sympatycznym klubem, ale sześciu dych (sic!) żeby zobaczyć ją w akcji nigdy bym nie wyłożył. Nie wiem jakie były wcześniejsze ustalenia, ale wiem, że jeśli stołeczni decydenci nie zmienią kursu swojego statku kosmicznego i nie opuszczą orbity - właśnie taką cenę (plus koszty inflacji) powinien zaproponować klub z Zabrza warszawskim kibicom za mecz na Roosevelta w przyszłym sezonie.

PS Ciekawe czy Legia zapłaci kibicom Widzewa za to, że nie będą mogli zobaczyć meczu swojej drużyny z Wisłą bo wcześniej kibice Legii zdaniem tzw. czynników decyzyjnych zachowywali się "niewłaściwie":)

PS1 Trenerzy i kapitanowie Górnika i Ruchu już spotkali się w Zabrzu. Szczegóły - TUTAJ.

PS2 Maciek Blaut wziął udział w nietypowym maratonie dotyczącym Górnika Zabrze. Zresztą - ja także:)

PS3 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

15:39, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (30) »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Remontada historica

To mogą być półfinały Ligi Mistrzów o których będzie się na całym świecie pamiętać przez dziesięciolecia. Warunek jest jeden: że finale zagra Real z Barceloną (jeśli Bayern zagra z Borussią przez dziesięciolecia będą pamiętać o tych meczach przede wszystkim całe Niemcy). Wszystkim, którzy pogrzebali po pierwszych meczach przedstawicieli hiszpańskiego futbolu dedykuję filmik sprzed ponad 28 lat (dokładnie z grudnia 1984 roku).

Wtedy Real też był pogrzebany. W pierwszym meczu przegrał bezdyskusyjnie 0:3 i wyglądał fatalnie. A co było w rewanżu? Posprzątane było w 50. minucie, już wtedy madrytczycy ustalili wynik. Przy okazji: pamięta ktoś jeszcze fantastycznego Juana Lozano?

Uważam, że awans Barcelony i Realu do finału ciągle jest możliwy, choć oczywiście obie ekipy stoją przed skrajnie trudnym zadaniem - Bayern i Dortmund są w imponującym gazie. Jeśli miałbym jednak wytypować dwie klubowe drużyny, którą nie tylko byłyby w stanie podnieść się po tak nokautujących ciosach, ale i samemu je potem zadać byłyby to właśnie Real i Barcelona.

PS Panta rhei. Nic nie jest na zawsze. Ciągle trzeba się starać. To słuszne, bo wtedy nie byłoby chęci zmian. Na szczęście dobrej drużynie nic nie zostaje dane za darmo tylko za okazałą gablotę z pucharami (przekonał się o tym boleśnie Real), a wobec tego słaba ciągle może mieć nadzieję, że stanie się kiedyś dobrą.

Chcę Wam zwrócić dziś uwagę na wywiad z Eugeniuszem Lerchem przed Wielkimi Derbami Śląska (jak ten czas leci przed nami kolejne WDŚ...) Pan Lerch to dawny mistrz Polski z Ruchem i zawsze warto wysłuchać tego co ma do powiedzenia. Przekonałem się, że jego opinie są jasne, przekonująco uzasadnione. Nie jest rozgorączkowany, nie szuka poklasku, nie podejmuje pochopnych wniosków. Bardzo lubię z nim rozmawiać, bo mistrz ma oryginalne spojrzenie na piłkarską rzeczywistość. Dzięki niemu można spojrzeć na futbolowe zjawiska w nowy sposób. Dostrzega coś na co inni patrzą i... nie widzą.

Jedno jest pewne. W najbliższych Wielkich Derbach Śląska nie chciałbym remisu. Remis przyniósłby obu drużynom jedynie rozczarowanie. Zwycięstwo przybliżyłoby je do ważnych celów. Niech zwycięży Górnik. Albo niech zwycięży Ruch. Ale niech nie będzie remisu.

PS1 A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić.

środa, 24 kwietnia 2013
Za kim idziesz

Zawsze podkreślam, że od strony kibicowskiej Górny Śląsk jest jak bulgoczący kocioł. Jest jak Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Spójrzcie na mapę tego ostatniego, a z pewnością będziecie wiedzieć o co mi chodzi.

Uważam, że kibice, którzy nie znoszą kibiców z tej samej ulicy, kamienicy, bloku - mają do tego prawo. W niechęci do klubu będącego naturalnym konkurentem własnej drużyny nie ma nic złego (choć oczywiście wolę kiedy sąsiedzi z okazji pretekstów futbolowych pstrykają się jedynie złośliwie w ucho). Pod warunkiem, że niechęć zamyka się w cywilizowanych ramach.

Kiedy cywilizowanych ram brakuje sceny dantejskie zaczynają stawać się stałym elementem zdegenerowanego krajobrazu. Są miasta na Śląsku, które mają szczególnego pecha do takiej degeneracji. Pech wynika z faktu, że owe miasta przez dziesięciolecia nie dorobiły się klubów piłkarskich budzących powszechne zainteresowanie. No i miejscowe nastolatki, którym buzują hormony jakoś same się "zagospodarowują"...

Tak właśnie stało się choćby z Mysłowicami. Kluby tam zacne, Lechia 06 i Górnik 09, ale jednak nie z tych o których myśli się przed zaśnięciem. Ostatnio jechałem przez Mysłowice przedwczoraj. Wcześniej nie byłem w tym mieście przez parę miesięcy i rzuciło mi się w oczy, że przybyło napisów na murach sławiących dwa kluby. Jeden klub z sąsiedniego miasta i jeden z miasta leżącego za tym sąsiednim.

Mysłowice są polem zdegenerowanej rywalizacji utożsamiającej się (na nieszczęście tych klubów) z wzajemna niechęcią Ruchu Chorzów i GKS-u Katowice. Niestety rywalizacja wkracza na pola wcześniej szczęśliwie nieruszane.

W Mysłowicach powstał oto nowy rodzaj kibolskiego sportu - wieczorem albo nocą wychodzisz na miasto, otaczasz grupą przypadkowego przechodnia i zadajesz jedno proste pytanie na które żądasz nieprzypadkowej odpowiedzi. "Za kim idziesz?" Już nie tylko błędna odpowiedź staje się przepustką na oddział intensywnej terapii. Do szpitala może zaprowadzić nawet brak konkretnej odpowiedzi.

Kibole, którzy dopuszczają się takich występków nie są w stanie zrozumieć, że nie działają na chwałę klubu lecz wręcz przeciwnie. Przez takie zdarzenia przeciętni ludzie zaczynają kojarzyć konkretny klub ze zbydlęceniem, które jest groźne nie tylko dla innego kibolstwa. Jest także groźne dla zwykłego obywatela, który ma przecież prawo nie interesować się futbolem. Przez takich bydlaków obywatela piłka nożna nie tylko nie obchodzi. Obywatel zaczyna jej wręcz nienawidzić. To właśnie przez kibolstwo pęcznieje negatywny elektorat dla polskiej piłki, która właśnie teraz potrzebuje zdrowego zainteresowania jak ryba wody.

Kibole mają to jednak między Scyllą i Charybdą. Oni uwielbiają wprowadzać w czyn zasadę "nie muszą kochać, byle się bali". To jest dla nich ważniejsze niż własny klub.

Czas żeby między Scyllą i Charybdą umieściło ich prawo. Prawo, chcąc nie chcąc, musi próbować czyścić brud na dnie kotła. Obawiam się jednak, że brud rozpełzł się nie tylko po dnie. Obawiam się, że cały nasz śląski kocioł może być obryzgany takim syfem.

PS Za starych dobrych czasów świetności Omegi takie zdarzenia  nie miały miejsca. Ale i tak uważam, że Omega powinna wrócić.

PS1 Czy tylko mi się wydaje czy trzy bramki Bayernu nie powinny zostać uznane (przy pierwszym golu Dante oparł się na rywalu i to pomogło mu dobrze zagłówkować, przy drugim golu Gomez był na minimalnym spalonym, ale minimalny spalony to ciągle spalony, przy trzecim golu Mueller w nieprzepisowy sposób powstrzymał interweniującego Albę co umożliwiło Robbenowi kontynuowanie rajdu) a w zamian monachijczycy powinni dostać karnego?

15:34, pavelczado , żal
Link Komentarze (32) »
wtorek, 23 kwietnia 2013
Amatorka

Wzruszam ramionami kiedy słyszę o nowym problemie naszego futbolu. Okazuje się, że Śląskowi Wrocław może opłacać się odpuszczenie meczu z Legią Warszawa w ostatniej ligowej kolejce w kontekście gry w europejskich pucharach. Mogłoby tak się stać gdyby Legia pokonała Śląsk w finale Pucharu Polski, do ostatniej kolejki musiała walczyć o mistrzostwo z poznaniakami no i Śląsk straciłby formę w efekcie nie mając szans na pierwszą czwórkę w lidze nawet w razie zwycięstwa z Legią we wspomnianej ostatniej kolejce.

W efekcie środowisko zaczyna zastanawiać się czy nie powinno być tak, że do pucharów powinien awansować zdobywca czwartego miejsca w lidze, a nie finalista krajowego pucharu.

Oczywiście, że tak nie powinno być. Jeśli zdobywcą pucharu jest zespół, który wywalczył również mistrzostwo przepustka do pucharów należy się finaliście. Nie deprecjonujmy krajowych rozgrywek pucharowych, raczej starajmy się je dopieszczać. Jedno miejsce zawsze powinno bezwzględnie przypadać po linii krajowego pucharu, że tak to roboczo ujmę.

Wyjście jest jedno. Finał Pucharu Polski zawsze powinien być ostatnim akcentem sezonu. Powinien odbywać się po ostatniej ligowej kolejce. Ucięłoby to wszelkie wątpliwości. Tymczasem w tym roku ostatnia ligowa kolejka odbędzie się 2 czerwca, a finał pucharu (a właściwie finały, bo mecz i rewanż - to kolejny debilizm) już 2 i 8 maja. Amatorka.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

12:14, pavelczado , żal
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Chyba posprzątane

Piękno piłki nożnej polega właśnie na tym, że drużyna przeważająca często nie wygrywa. Mało tego - często nie wygrywa drużyna wręcz miażdżąco przeważająca. Wydawało się, że tak właśnie może być dzisiaj w bardzo ważnym meczu dla Ruchu Chorzów. Cóż; piękno piłki nożnej polega jednak także na tym, że drużyna miażdżąco przeważająca jednak wygrywa w momencie kiedy wydaje się już, że... nie wygra:)

Ruch wygrał po golu w 90. minucie i można przypuszczać, że jest już chyba posprzątane. Przynajmniej dla tych, którzy ciągle nieśmiało marzyli, że ktoś zza pleców chorzowian może jeszcze Ruch drapnąć. Po dzisiejszym zwycięstwie to raczej wątpliwe*. Niebiescy mają już przecież tyle samo punktów co Wisła Kraków (Czadoblog się za głowę łapie, bo typował przecież Wisełkę na mistrza A.D. 2013) i Widzew Łódź.

Co mi się podobało:

a) że Ruch nie poddał się, choć był moment gdy wydawało się, że się poddał. Kiedy niebiescy dostali wyrównującego gola wyglądali na podłamanych. Właściwie od bramki Pawła Wszołka do ostatniej minuty nie przeprowadzili już bodaj ani jednej groźnej akcji. Ale ostatnia minuta zawsze trwa trochę dłużej, bo składa się z doliczonego czasu gry;)

b) refleks Macieja Jankowskiego. Pan refleks był przy pierwszej bramce (choć akurat wtedy mocno się pogubił - patrz "co mnie rozśmieszyło";) był i - a to najważniejsze - przy drugiej;

c) refleks Krzysztofa Kamińskiego. Ta parada z 56. minuty przy strzale z rzutu wolnego Kiełba to interwencja najwyższej klasy. Uzasadnione jest przypuszczenie - co jeszcze w zeszłym miesiącu wydawało się niemożliwe - że Michal Pesković może nie mieć już szansy zaprezentować się publice;

d) mocne strzały z dystansu Łukasza Tymińskiego. Przyniosły co miały przynieść;

e) stłamszenie gości w I połowie. Ewidentnie między godz. 18.30 a 19.15 Częstochowa była od Konwiktorskiej na wyciągnięcie ręki. Wielokrotnie zawodnik ekipy Piotra Stokowca będący najbliżej bramki Kamińskiego stał na linii własnego pola karnego. Rzadko zdarzają się mecze żeby w pierwszym kwadransie jedna z drużyn miała prawie 80 procent posiadania piłki, rzadko zdarza się żeby w pierwszych dwóch kwadransach zespół wykonywał aż dziesięć rzutów rożnych. Szkoda, że nie obowiązywała zasada "trzy rogi, elwer", nie byłoby nerwówki;)

Co mi się nie podobało:

a) że ta gigantyczna, chyba największa przewaga Ruchu nad rywalem w żaden sposób nie przełożyła się na bramki. Oba gole dla chorzowian padły w momencie gdy gospodarze już tak nie dominowali;

b) że kibice Ruchu zobaczyli sędziego Musiała i zaczęli brzydko o Legii śpiewać. Czasem można wręcz dojść do nieuprawnionego wniosku, że Legia jest jakimś punktem odniesienia wszystkiego;

Co mnie rozśmieszyło:

a) pierwszy gol dla Ruchu. Był wyjątkowo dziwaczny. Tak naprawdę Jankowski nie trafił do bramki z odległości mniejszej niż pół metra i zatrzymał się na słupku - tylko przypadek sprawił, że obok stał Tomasz Hołota;

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

 *choć nie niemożliwe.

sobota, 20 kwietnia 2013
Legolandia

Bardzo lubię odwiedzać południowe rubieże Górnego Śląska. Wielokrotnie zdążyłem się przekonać, że ludzie tam po pierwsze - gościnni, po drugie - robotni.

To jedno z najlepszych miejsc powracania do psychicznej równowagi. Kiedy obserwujesz tamtejsze spokojne i bardzo poukładane życie znów chce ci się wszystkiego.

Byłem dziś w Pawłowicach Śląskich, bo powód był niecodzienny. Tamtejszy Pniówek grał mecz na absolutnym szczycie trzeciej ligi z Przyszłością Rogów - zespołem spod czeskiej granicy. Na czwartym poziomie rozgrywek liczą się przede wszystkim te dwie drużyny. 

Kiedy byłem mały bardzo popularne w Polsce były klocki Lego, zawsze prosiłem rodziców żeby mi je kupowali. Musicie wiedzieć, że legolandia istnieje też w rzeczywistości. To wiele małych miejscowości na południu Górnego Śląska. Obejścia są tam schludne, kolorowe i zadbane. Same klocuszki... I te kwiaty doniczkowe, choć akurat teraz jest za wcześnie żeby się nimi zachwycać... 

Idealnym przykładem są Pawłowice. Powiedzcie sami - czy stadionik Pniówka nie wygląda jak wzniesiony z klocków Lego?  Tam nawet wysiusiać się można w lepszych warunkach niż w ekstraklasie, wiem co mówię...

Mecz na szczycie zgromadził liczną publikę. Bilety kosztowały 10 zł. Spotkanie oglądało się świetnie, zająłem miejsce w pierwszym rzędzie i gdybym się postarał mógłbym dotknąć bocznego arbitra. Ze zdumieniem przekonałem się jednak, że niektórzy podczas meczu przemieniają się w ekipę mocno szowinistyczną. I nie chodzi wcale o tzw. "zwykłych kibiców", ale o wielmożów zajmujących miejsca dla tzw. VIP-ów.

Pierwszy raz widziałem żeby podczas meczu piłkarskiego tzw. "zwykli kibice" zachowywali się lepiej od VIP-ów. Siedziałem tuż obok więc mogłem lokalnych możnowładców dokładnie zlustrować. Oczywiście każdy z tych dżentelmenów znał się na futbolu znacznie lepiej niż piłkarze i trenerzy. Szczególnie jeden facet głośno i natarczywie pouczał zawodników jak mają grać, jak się ustawiać i dogadywał w wyjątkowo irytujący sposób.

Na przykład: "Popiel, twardo, a nie jak panienka chodzisz przy nich!".

Albo: "Zyziu chodzi po tym boisku jakby walcem jeździł!" (ale kiedy już Tomasz Zyzak, bo to o niego chodzi, pięknym strzałem zdobył w II połowie jedynego gola z miejsc VIP-owskich rozlegało się już tylko "Zyziu kochamy cię").  

Kiedy faulował (albo i nie) piłkarz gości od VIP-ów było słychać: "skandal, k..., czerwona kartka dla brutala".

Kiedy faulował piłkarz gospodarzy: "Nic nie było. Tamten ma po prostu za słabe pęciny".

Sędzia też nie miał łatwo: "Panie sędzio! Nic nam pan nie pomoże?"

Raz tylko się panowie uciszali.

- Ręka! Sędzia, ślepy jesteś?! Ręka! 

- Ej, ale to nasz miał rękę..."

- ... 

"Sędzia czas!" - było słychać już w 88. minucie. 

Poziom meczu był taki sobie, oczywiście nikt nogi nie odstawiał, iskry leciały (bramkarz gospodarzy doznał kontuzji już w 15. minucie i musiał zejść z boiska). Jedno mnie oczarowało: kiedy Zyzak strzelił zwycięskiego gola hałas był taki, że przypomniały mi się derby Londynu. Trybunka w Pawłowicach była przez chwilę jak West Stand na Upton Park kiedy West Ham strzelił Tottenhamowi. Bez przesady. Super, że można tak głośno cieszyć się z gola na czwartym poziomie ligi polskiej.

Po tym meczu Pniówek Pawłowice awansował na pozycję lidera. Wyprzedził dzisiejszych rywali. Ma teraz punkt więcej od Przyszłości, w dodatku jeden mecz rozegrany mniej.

Jeśli Pniówek awansuje chyba tylko jedno powinno się zmienić, żeby wstydu w II lidze nie było. Klub ma piękny stadionik, oddanych kibiców, ładne szaliki w żółto-zielono-czarnych barwach i niezły zespół. Niech tylko VIP-y postrzymają się od głośnych uwag, a Pawłowice będą mogły być naprawdę dumne.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 19 kwietnia 2013
Czas na kolejne przeprosiny

"Po obejrzeniu zapisu wideo jako szef zespołu sędziowskiego z przykrością stwierdzam, że popełniłem błędy. Firmuję to swoim nazwiskiem i wypada tylko przeprosić zespół Górnika Zabrze. Została uznana nieprawidłowo zdobyta bramka dla Korony Kielce oraz został niesłusznie odgwizdany spalony, a gdybym go nie odgwizdał Górnik zdobyłby bramkę"

Oświadczenia tej treści należy oczekiwać od Huberta Siejewicza, arbitra głównego meczu Korony Kielce z Górnikiem Zabrze. Ostatnio Siejewicz przepraszał Wisłę Kraków, bo wypaczył wynik meczu z Legią. Czas więc na kolejne przeprosiny, bo tym razem wypaczył wynik meczu Korony z Górnikiem.

Najpierw, w 79. minucie, boczny podniósł chorągiewkę kiedy Ireneusz Jeleń biegł samotnie na bramkę Małkowskiego, a w momencie podania był z pół metra przed ostatnim obrońcą gospodarzy. Siejewicz odgwizdał spalonego. Można uznać, że gol dla zabrzan padłby z całą pewnością, bo Jeleń minął już Małkowskiego.

Potem, w 83. minucie, rzut rożny z którego padła bramka nie został wykonany z miejsca dla tej czynności przeznaczonej. Piłka była bliżej bramki Górnika. Żaden z sędziów tego nie zauważył. Nie mówcie mi, że to drobnostka. To sytuacja zero-jedynkowa. Zamiast 1:0 - 0:1...

Nie poprawi humoru sędziemu Siejewiczowi fakt, że właśnie ten wynik może spowodować coś dla polskiej piłki ważnego. Może spowodować, że Górnik Zabrze nie zagra w europejskich pucharach.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

czwartek, 18 kwietnia 2013
Człowiek, którego słuchają

Kiedy ziemia jest jałowa z tym większym utęsknieniem wypatrujemy za talentami często i gęsto (dziennikarze sportowi muszą uderzyć się w tym momencie w piersi mocniej niż inni;) obwołując nimi na wyrost młodziutkich piłkarzy, którym wyszedł jeden albo dwa mecze a potem giną w przeciętności.

To wszystko dzieje się dlatego, że marzymy by być przy piłkarskich narodzinach takiego talentu jaki pokazał się choćby 80 lat temu. Do Katowic przyjechał wtedy na towarzyskie spotkanie z 1.FC  zespół Wisły Kraków. Towarzyski, ale jednak prestiżowy, bo przecież zaledwie sześć lat wcześniej odbył się między tymi drużynami mecz, który rozpalił wszystkich do białości i decydował o tym kto będzie pierwszym mistrzem ligi. Jak wiadomo wygrała Wisła...

Do 1933 roku dystans między tymi zespołami znacznie się powiększył (tamtego roku ''Biała Gwiazda" była trzecia w kraju, a ''efceju" już dawno wśród najlepszych nie było) jednak 17 kwietnia 1933 roku nie było tego widać. Wisła przyjechała co prawda bez kilku gwiazd (choćby bez Henryka Reymana), ale nie było tak, że wystawiła rezerwy. Doliczyłem się ośmiu zawodników grających w tamtym sezonie regularnie w pierwszym składzie. ''Efcej'' był wtedy typową drużynową A-klasową i z przodu wystawił przeciw Wiśle pewnego juniorka. Bajtel dopiero dwa miesiące po meczu o którym wspominamy skończył 17 lat. Co z tego? W grze z doświadczonymi wiślakami wypracował najpierw dwa gole a potem jednego dorzucił w typowy dla siebie - jak się później okaże - sposób: po indywidualnym przeboju kopnął balę obok wybiegającego bramkarza. Skończyło się 5:2. Polska publiczność doceni rudowłosego bajtla już rok później. W 1934 roku Ernest Wilimowski zdobędzie mistrzostwo z Ruchem, a pierwszego ligowego gola strzeli oczywiście... Wiśle - niemal rok po meczu o którym wspominam (dokładnie 29 kwietnia 1934). A po kolejnych czterech dniach strzeli pięć (!) goli w jednym ligowym meczu! Ilu znacie piłkarzy, którzy strzelają pięć goli w swoim zaledwie trzecim występie w ekstraklasie?

PS Stadion Śląski ma szanse organizować Euro 2020. Nie chcę na razie rozwodzić się o realnych szansach na to wydarzenie, ale pozwólcie, że wspomnę o dwóch sprawach.

Pierwsza: to znakomity powód żeby Najwspanialszy Stadion w Polsce wreszcie dokończyć. Lepszego powodu nie będzie.

Druga: ojców tego zdarzenia będzie wielu, ale największe powody do dumy powinien mieć Jerzy Buzek. Bez jego energii Śląski nie dostałby tej szansy. Faktem jest, że to człowiek, którego słuchają.

PS1 Z tych powodów Górnik Zabrze traci miliony...

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

 
1 , 2 , 3
Archiwum