środa, 30 kwietnia 2014
Futebol. Prawie im kibicuję

Jak wiadomo Argentyńczycy są najbardziej utalentowanym piłkarsko narodem świata. O tym, że nie jest to powszechna opinia decydują jedynie fantastyczne książki poświęcone futbolowi brazylijskiemu.

Nie twierdzę, że to przypadek iż Brazylia aż pięć razy była mistrzem świata. Twierdzę jedynie, że to przypadek iż Argentyna była nim zaledwie dwukrotnie. Ale tym razem nie chcę wcale o Argentynie. Oddajmy bowiem królom co królewskie.

Faktem jest, że o brazylijskiej piłce powstawały i powstają niezwykłe książki, które utrwalają jej legendę daleko poza granicami Brazylii. Jeszcze jako bajtla zachwyciły mnie dwie - "Pele, Garrincha, Piłka. Zapiski korespondenta" radzieckiego pisarza Igora Fesunienki* wydana w Polsce w 1974 roku oraz autobiografia Pelego z serii "Bohaterowie stadionów" wydana w Polsce w 1977 roku). Sześć lat temu doszła jeszcze "Samotna gwiazda" - biografia Garrinchy, którą napisał Ruy Castro.** A teraz pojawia się kolejny hit - "Futebol. Brazylijski styl życia" brytyjskiego autora Aleksa Bellosa.

Jeśli ktoś przeczytał te cztery książki jest ogromne prawdopodobieństwo, że w Brazylii zadurzy się na amen. Książka Bellosa (drugi z kolei świetny strzał wydawnictwa "Kopalnia", o pierwszym - TUTAJ) zawiera mnóstwo fascynujących wątków dotyczących spraw czysto piłkarskich ale i spraw okołopiłkarskich.

Żeby uzmysłowić sobie brazylijski fenomen futbolowy i ogromny wpływ tego sportu na kulturę Brazylii trzeba przytoczyć istotny moim zdaniem akapicik. Pomaga pojąć istotę sprawy:

"Wielka Brytania dzieli XX wiek na bloki między wojnami światowymi w latach 1914-18, 1939-45, Brazylia mierzy swoją współczesną historię mistrzostwami świata, bo właśnie w trakcie kolejnych mistrzostw najbardziej czuje się narodem. Brazylia jest wyjątkowa, bo uczestniczyła w nich za każdym razem, można więc śledzić historię kraju w czteroletnich odstępach".

Choćby ułamka historii, które opisuje Bellos nie zamierzam oczywiście przytaczać, nadmienię tylko, że to niezwykła, dech zapierająca skomplikowana plątanina niezwykłych, wręcz zdumiewających opowieści. Warto się z nimi zapoznać, to jedna z tych niezwykłych książek, które zwyczajnie ubogacają. Sprawnie napisana powinna zainteresować nie tylko człowieka uwielbiającego futbol.

To książka z gatunku tych kiedy w trakcie lektury człowiek wścieka się na siebie. Bo nie wie jak czytać. Szybko - żeby jak najprędzej przeżyć te niezwykłe historie czy wolno - żeby je smakować doceniając przy tym niespieszny rytm opowieści i warsztat literacki Bellosa.

Kiedy czytam "Futebol" właściwie tylko jednego mi żal. Żal, że Garrincha nie urodził się w Buenos Airtes. Może przeszedłby wtedy do historii jako Gorrión? Z nim w składzie Argentyna na mundialach z przełomu lat 50. i 60. wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej...

Tak się składa, że mundial w Brazylii tuż-tuż. Brazylijczycy wierzą, że wreszcie przełamią traumę z 1950 roku, która - co pokazuje Bellos - towarzyszy im do dziś. Czadoblog wierzy oczywiście, że miejsce Urugwaju zajmie Argentyna...

PS Jest szansa, że będę miał okazję się o tym przekonać! Otóż Czytelnik Czadobloga mieszkający w Rio de Janeiro, ale utożsamiający się z Górnym Śląskiem (on sam pochodzi z Mikołowa, tata z Katowic, mama - z Chorzowa) zaprosił mnie do siebie na okres kiedy będzie odbywał się brazylijski mundial. Gdybyście zobaczyli jego auto - wiedzielibyście, że rozsławia śląską piłkę w mieście będącym jednym z symboli futbolu:) Jestem bardzo wdzięczny za zaproszenie - jeśli tylko uda mi się wszystko poukładać - a jest co układać - marzenie o brazylijskim mundialu mogłoby się nawet ucieleśnić! Wziąłbym wtedy urlop i pisałbym Wam pewnie na Czadoblogu korespondencje z Rio de Janeiro:) Nie wiem czy udałoby mi się wkręcić na jakiś mecz, ale po pierwsze: jeszcze się nie zdarzyło żebym się nie wkręcił nie mając biletu (jako bajtel na Stadionie Śląskim znałem dziurę w płocie tak niewidoczną, że nie znał jej chyba nikt;), a po drugie - wierzę, że potrafiłbym oddać ducha mundialu nie będąc wcale na meczu;)

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

* to właściwie jedyna ważna książka futbolowa wydana w Polsce, której nie posiadam. Jeśli ktoś ma na zbyciu - chętnie kupię.

** Biograf Castro miał przekopy w związku z opisywaną przez siebie sławną postacią. Otóż został pozwany do sądu, bo napisał, że penis Garrinchy ma 25 cm. Sąd orzekł jednak na korzyść Castro, wyjaśnienie przytacza w przypisie Bellos: "należy zaznaczyć, że jest to kwestią dumy, przynajmniej w naszym kraju, żeby mieć dużego członka... Jednak nie należy mylić rozmiaru z potencją. Brazylijczycy marzą o jednym i drugim"...

Fama o męskości Garrinchy rozeszła się już w latach 50. Po mistrzostwach świata w Szwecji zakazano odtwarzaniu w brazylijskich rozgłośniach radiowych piosenki z refrenem "Mane (inny przydomek Garrinchy, przyp.pacz), który urodził się w Pau Grande". Wszystko dlatego, że brzmiało to zbyt podobnie do "Mane, który urodził się z Pau Grande."

No i co z tego? Wyjaśnienie jest proste. Pau Grande to mieścina kilkadziesiąt kilometrów od Rio, z której pochodził i gdzie wychował się Garrincha (niedawno jego grób odwiedzili tam dwaj koledzy z "Wyborczej"). Ale jednocześnie Pau Grande w brazylijskim slangu znaczy również "Wielki Fiut"... 

18:22, pavelczado , Książki
Link Komentarze (28) »
wtorek, 29 kwietnia 2014
Tak PZPN obniża rangę Pucharu Polski

Niejaki Maciej Sawicki, obecny sekretarz generalny naszej piłkarskiej federacji w jednym z wywiadów bez żenady opowiada jak PZPN przyczynia się do niszczenia prestiżu pucharowych rozgrywek krajowych - choć nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, robi to mimochodem. Ba, jest dumny z prezesa ("Zbigniew Boniek to wybitna osobowość" - przyznaje czołobitnie sekretarz).

Ze słów Sawickiego wynika, że Boniek doprowadził do zmiany w regulacjach europejskich. Okazuje się, że jeśli mistrz kraju zdobędzie równocześnie Puchar Polski, to miejsce w europejskich pucharach nie będzie przeznaczone z góry dla finalisty krajowego pucharu, tylko o jego przydziale ma decydować krajowa federacja. Sawicki podkreśla, że w Polsce miejsce zostanie przekazane kolejnej drużynie zajmującej wysokie miejsce w lidze. Wszystko po żeby jeszcze bardziej, bardziej i bardziej podnosić atrakcyjność ekstraklasy. To wszystko dzięki Bońkowi.

Moim zdaniem to debilizm z dwóch powodów.

Pierwsza aberracja to zezwolenie na brak odgórnej regulacji czyli dopuszczenie możliwości decydowania o czymś w czym w ogóle nie powinno się mieszać. Zasada powinna być ujednolicona, bo jeszcze zdarzy się, że jeden krajowy związek da miejsce kolejnej drużynie w lidze, a inny drużynie, która złapała najmniej żółtych kartek, a jeszcze inny - zespołowi, który wprowadził do pierwszej kadry najwięcej nastolatków. Ze słów Sawickiego wynika przecież, że to teoretycznie możliwe ("decyduje federacja"). Genialne. Nowoczesne. Wyprzedzające epokę.

Druga aberracja to pozwolenie na ciągłe obniżanie rangi Pucharu Polski, rozgrywek z niezrozumiałych dla mnie powodów ciągle traktowanych moim zdaniem przez PZPN po macoszemu. Mając w pamięci, że w związku bredzą coś o nawoływaniu do masowego oglądania finału z trybun Stadionu Narodowego dziwię się, że jednocześnie tak drastycznie chcą obniżać w przyszłości motywację jego uczestników.

Słuszne założenie było takie, że do rozgrywek międzynarodowych zawsze wchodzi jeden klub dzięki dobrej grze w krajowym pucharze. Jeśli akurat wchodził do tych rozgrywek jako mistrz krajowy nie było to winą jego rywala. Mało tego; sytuacja motywuje żeby do tego finału się dostać!

Tym sposobem PZPN moim zdaniem nawiązuje do kompromitacji z czasów swoich poprzedników z PRL-u. W 1965 roku Czarni Żagań zagrali w finale Pucharu Polski w którym przegrali z Górnikiem. Zabrzanie jednocześnie zdobył mistrzostwo. Czarnym, którzy w finale dostali łomot i tak należał się start w Pucharze Zdobywców Pucharów. Fakt, że nie klub z Żagania wystartował to moim zdaniem jeden z większych powodów do wstydu w dziejach polskiej piłki.

Wtedy to była kompromitacja incydentalna. Teraz to jest kompromitacja systemowa.

To drugie jest moim zdaniem znacznie gorsze.

PS Żeby jednak było jasne: to tylko jedna jedyna malutka nieudacza ze strony PZPN-u. Ogólnie trzeba przyznać, że związek spisuje się re-we-la-cyj-nie. Trzeba przyznać, że od czasów kiedy Zbigniew Boniek przejął rządy w PZPN po Grzegorzu Lacie polski futbol zmierza ku świetlanej przyszłości w tempie jednostajnie przyśpieszonym.

Zauważcie: PZPN ewidentnie osiąga same sukcesy organizacyjne, finansowe, koncepcyjne, strukturalne, korporacyjne i administracyjne. Wewnętrznie nowocześnie przepoczwarza się z nowoczesną machinę zapewniającą nowoczesny ład korporacyjny.

Nie wierzycie?

Proszę bardzo:

po pierwsze: zmodyfikowano regulaminy!!! Yeah!

po drugie: powołano nowe departamenty!!! Yeah!

po trzecie: zwalniano tak przemyślnie żeby nie wpaść w zwolnienia grupowe!!! Yeah!

po czwarte: odmłodzono kadrę zarządzającą (w końcu sam Zbigniew Boniek dał przykład - jest młodszy od poprzednika aż od sześć lat)!!! Yeah!

po piąte: wprowadzono jasne procedury!!! Yeah!

po szóste: zatrzymano proces budowy nowej siedziby!!! Yeah!

po siódme: ze spokojem przyjęto odejście sponsora płacącego dotąd najwięcej!!! Yeah!

Przecież najważniejsze, że PZPN nie musi już leczyć skutków choroby wynikających z różnych patologii, prowadzących do przerostu zatrudnienia lub braku kompetencji u pracowników!!! Yeeeeeaaaaaaahhhh...

Czyż to nie zajebiste?! A plany naszego nowoczesnego związku są jeszcze bardziej ambitne!!! Jest szansa, że PZPN zacznie wyrzucać z Orlików dorosłych, pracowników wynajmujących je firm, którzy mają czelność kopać tam piłkę po godzinie 16! A przecież powinny dzieci...

A na koniec coś zapewne co powali całą Europę: PZPN przy współpracy z dzielnicą Mokotów z rozmachem wprowadza projekt pod nazwą „Akademia Młodych Orłów” - właśnie na Orliku, przy ulicy Kazimierzowskiej w Warszawie!!!!!!! My tu na górnośląskim zadupiu usta otwarliśmy z szacunku i nozdrza z podziwu...

Moim zdaniem Akademia Młodych Orłów zrewolucjonizuje polski futbol i pozwoli mu osiągnąć co najmniej półfinał mistrzostw świata.

To wszystko jest naprawdę cudowne, ale jestem ciekawy czy kiedykolwiek za kadencji Zbigniewa Bońka jako prezesa PZPN Polska awansuje do mistrzostw świata albo mistrzostw Europy?* To i TYLKO to w kontekście PZPN-u mnie interesuje.

PS1 To tylko przypadek, że za rządów Zbigniewa Bońka dochodzi do sytuacji kiedy nasza drużyna narodowa nie miałaby żadnych szans z zespołem złożonym przez piłkarzy, którzy prawdopodobnie nie nie pojadą na mundial, bo trener ich nie chce:

Caballero (Malaga) - G. Rodriguez (Fiorentina), Demichelis (Manchester City), Musacchio (Villareal), Fazio (Sevilla) - Lamela (Tottenham), Yacob (WBA), Cambiasso (Inter), Pastore (PSG) - Tevez (Juventus), Icardi (Inter). Rezerwowi: Barovero, Speroni, Zanetti, Iturbe, Ocampos, Pareja, Santiago Garcia, Gaitan, Perez, Correa.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna  na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym reforma ekstraklasy powinna znaleźć się tam gdzie reforma przyznawania miejsca finaliście krajowego pucharu.

* chodzi mi oczywiście o pierwsze drużyny reprezentacji państwowych

12:59, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (30) »
niedziela, 27 kwietnia 2014
Tak traktuje się rasistów. Nie do powtórzenia

W II połowie dzisiejszego meczu Villareal z Barceloną zdarzyło się coś czego jeszcze nigdy podczas piłkarskiego meczu nie widziałem. Myślałem, że zwyczaj obrzucania piłkarzy bananami bezpowrotnie trafił na śmietnik zapomnienia tymczasem obrońca gości Dani Alves, harcujący jak zwykle przy linii bocznej zderzył się z taką właśnie sytuacją. 

Było w tym incydencie coś niezwykle haniebnego, aż dech zatyka z obrzydzenia kiedy uświadamiasz sobie, że rzucający bananem może być kibicem tej samej drużyny co ty.

Reakcja Daniego Alvesa była fantastyczna. Rozwścieczony Brazylijczyk (chyba bardziej wynikiem niż zdarzeniem, Barcelona w tym momencie przecież przegrywała) roztargał skórkę i jednym wściekłym kęsem połknął banana. Pożarł go, dla mnie to było jakby jednym chapnięciem pożarł idiotę, który rzucił owoc na murawę.

Byłem zachwycony, od razu uzmysłowiłem sobie jednak, że to jest gest - a właściwie kęs - nie do powtórzenia.

Rasiści są przecież diabelsko sprytni w tej swojej żenującej przebiegłości. Podejrzewam, że może teraz nastąpić wysyp bananów na europejskich boiskach. Kęs Alvesa będzie zapewne szeroko komentowany i powszechnie znany. Myślę, że trybuny zapewnią nam jeszcze kolejne tego typu zdarzenia - po to żeby kolejny sprowokowany piłkarz zjadł następnego banana. Żeby wzorem Daniego Alvesa pokazać co do gnojkach myśli.

Rasistów zawsze podejrzewam o najgorsze. Po co kolejne banany? Po co prowokować jakiegoś zawodnika żeby "powtórzył Daniego Alvesa"? Cóż, taki banan mógłby w przyszłości zostać nasączony niepożądaną substancją powodującą skutki trudne do przewidzenia. Jakiś mały bananowy doping? Mogłoby potem okazać się, że "czarnuch" nie dość, że czarny to jeszcze się szprycuje. A szprycuje się dlatego, że "czarnuch". Fajnie, co?

Na miłośników bananów jest jeden sposób. Absurdalny na pierwszy rzut oka, ale moim zdaniem jedyny słuszny.

Osoby, które przyniosą banana na mecz powinny dostawać zakaz stadionowy. Bezwarunkowy. Apeluję - powstrzymajmy się od jedzenia bananów na stadionach i nie traktujmy tego jako ograniczenie swobód obywatelskich.

A oburzonych piłkarzy proszę żeby jednak rzucanych z trybun bananów nie jedli. Dla własnego dobra.

PS Żeby ten wpis miał jakiś prawdziwie futbolowy akcent - pragnę zwrócić Wam uwagę na gol Triguerosa (na 2:1 dla Villareal). Bramka kolejki na świecie, co?:).

PS1 Messi co prawda strzelił gola, ale coraz bardziej niepokoję się przed mundialem. To nie jest ten sam facet.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym Scylla i Charybda zapraszają reformę do siebie.

23:30, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (23) »
sobota, 26 kwietnia 2014
Modlitwa

Wiadomo jak dla ludzi wierzących ważna jest modlitwa, nie ma przecież wiary bez modlitwy. Rozumiem ludzi wierzących, którzy o wierze publicznie mówią, istotą wiary jest bowiem chęć podzielenia się nią z innymi. W każdych okolicznościach. Każdych a więc także piłkarskich.

Zdumiał mnie jednak Leszek Ojrzyński. Trener Podbeskidzia na pomeczowej konferencji w Krakowie opowiadał jak modlił się do Jana Pawła II o zwycięstwo w ligowym meczu z Cracovią. 

Rozumiem przywiązanie do Jana Pawła II, człowieka, który zaraz zostanie świętym. Ale zdumiewa mnie ta konkretna deklaracja. Z dwóch powodów.

Powód pierwszy: nie rozumiem modlitwy w sytuacji kiedy coś ma przynieść korzyść mnie jednocześnie przynosząc niekorzyść drugiemu. Zwycięstwo Podbeskidzia to przecież jednocześnie porażka Cracovii. Czy trener Leszek Ojrzyński uważa, że jego modlitwa jest lepsza, silniejsza, bardziej Boga przekonująca od modlitw ludzi związanych z przeciwną drużyną? Modlitwy nie da się moim zdaniem poważnie traktować w takich kategoriach. Rozumiem, że można modlić się o uniknięcie kontuzji, rozumiem uczynienie znaku krzyża przy wchodzeniu na boisko. Nie rozumiem modlitwy o zwycięstwo w meczu piłkarskim.

Powód drugi: modlitwa do zmarłego papieża o zwycięstwo akurat nad drużyną, której przecież był gorącym kibicem to dla mnie krok ze wszech miar..., szukam właściwego epitetu, ...dziwaczny. 

Tak, wiem, że Podbeskidzie wygrało w Krakowie 1:0. Generalnie rozstrzygnięcie meczów piłkarskich to moim zdaniem wyłącznie sprawa przygotowania, formy i szczęścia. Dziwię się, że można w to mieszać Boga.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. 

14:49, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (18) »
czwartek, 24 kwietnia 2014
Podział

Kiedy byłem dziesięciolatkiem podzieliłem sobie świat.

Po linii piłkarskiej - podzieliłem go na Europejczyków i Latynosów. Wtedy denerwowało mnie, że Europejczycy mieli wtedy mniej tytułów mistrza świata od Ameryki Południowej (Argentynie zacząłem kibicować dopiero od trzynastego roku życia, rok przed meksykańskim mundialem) - chodziło więc o to żeby im dokopać w każdym meczu.

Uzmysłowiłem sobie, że z tamtych dziecięcych czasów na pamięć znam do dziś tylko trzy teksty. Pierwszy to "Ojcze Nasz". Drugi to "Zdrowaś Mario". Trzeci, również doprowadzony do perfekcji zacytuję w całości. Z szybkością karabinu maszynowego do dziś mogę wyterkotać z dumą następującą formułkę:

"Włochypolskaperukamerun*,

erefenalgieriaczileaustria,

argentynabelgiawęgrysalwador,

angliafrancjaczechosłowacjakuwejt,

hiszpaniahondurasjugosławiairlandiapółnocna**,

brazyliazwiązekradzieckiszkocjanowazelandia"

(mógłbym na bezdechu, ale w jednej linii źle by się czytało. Zmierzyłem sobie przed chwilą czas deklamacji: 5.47 s.).

Tak się składa, że mundial 1982 roku, a także ten następny - z 1986 roku to moje dwa kultowe mistrzostwa świata. Z nich pamiętam znacznie więcej niż choćby z mistrzostw w Republice Południowej Afryki. Dwa najwspanialsze turnieje, dwie imprezy, które niosły na sobą ogromne emocje. Ktoś powie: co to znaczy konkretnie ogromne emocje? Wyjaśniam: tak ogromne, że właśnie dzięki nim pamiętam choćby gdzie oglądałem mecz otwarcia Argentyna - Belgia (to było u mojej matki chrzestnej gdzie byłem z rodzicami w odwiedzinach).

Z kolei mecz Polska - Brazylia oglądałem na dworcu w Warszawie tylko do stanu 0:2. Potem, zapamiętały w rozżaleniu, wolałem sobie pojeździć na schodach ruchomych... Czy można pamiętać tak mało istotne fakty po kilkudziesięciu latach bez wspomagającego pamięć gigantycznego ładunku emocji?

Teraz po latach, przed kolejnym mundialem, spotyka mnie ogromna przyjemność. Kto nie lubi przeżywać ulubionych chwil jeszcze raz, przypomnieć sobie beztroskę tamtych dni, choćby ten pęd kiedy jako bajtel leciałem do kuchni 22 czerwca 1982 roku krzycząc o godz.18.13 "Mamo! Tato! Lato strzelił gola! Wygrywamy z Peru 2:0!" A na to rodzice popijając kawę z niewzruszonym spokojem odpowiadali: "Dobrze, synku, dobrze".

Tę przyjemność wspominania zapewnia mi świeżutki 45. tom encyklopedii piłkarskiej FUJI pod tytułem "Mundiale z akredytacją". Andrzej Gowarzewski opowiada w nim o tych mistrzostwach,  na które wybrał się osobiście. Tak się składa, że od 1982 roku wybiera się na wszystkie. Widział już osiem turniejów! Rzadko kiedy czegoś zazdroszczę, ale tym razem muszę się przyznać: w tej chwili zazdrość wręcz pulsuje mi w żyłach... Jak bardzo chciałbym być na jego miejscu i zobaczyć te ponad 150 meczów na żywo! Oglądać jak Diego Maradona wznosi na Azteca Puchar Świata...

Szczegółowość i wyszukiwanie zdumiewających detali to cecha charakterystyczna pisarstwa Gowarzewskiego. Choć znam je doskonale, autor za każdym razem, przy każdej kolejnej książce potrafi mnie wprawić w zdumienie. Kojarzycie fantastyczny plakat Mexico'86? Jest inny od pozostałych, bo oglądamy go w poziomie. Na tle monumentalnych azteckich posągów przesuwa się cień człowiek, widać też piłkę. Otóż amerykańskiej sławie fotografii Annie Leibowitz, która jest autorem tego dzieła, pozował (a właściwie nie on sam, tylko jego cień) polski.... tancerz Przemysław Mazura, którego Andrzej Gowarzewski poznał na tamtym mundialu! Takich historii w książce jest oczywiście więcej, ale byłbym draniem gdybym odbierał Wam ten niezapomniany moment zachłyśnięcia.

Polecam!

*do szału mnie doprowadzało kiedy niektórzy koledzy z placu mówili to w nieprawidłowej kolejności: "Polskawłochykamerunperu". 

**W moim oryginale ten fragment brzmi: hiszpaniahondrurasjugosławiairlandiapółnocna, bo jako dziesięciolatek myślałem, że Honduras pisze się i czyta Hondruras.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym Scylla i Charybda machają do reformy.

19:19, pavelczado , Książki
Link Komentarze (43) »
środa, 23 kwietnia 2014
Dzięki Ci, Boże, za prezesa Zbigniewa Bońka

Jakie to szczęście, że jest ktoś taki jak pan Zbigniew. Był dobrym piłkarzem, kiedyś przyniósł przecież Polsce wiele satysfakcji. Ale to nic w porównaniu z obecną karierą: jako działacz związkowy przerasta sam siebie.

Gdyby ktoś nie wiedział: dzięki panu Zbigniewowi uniknęliśmy właśnie kompromitacji! Wie co w trawie piszczy więc usłyszał ten pisk w uefowskich kuluarach o Polsce która nie maja szans na współorganizację Euro 2020. Załatwił to jak prawdziwy wódz - sprawnie i honorowo: nie będziemy musieli się wstydzić, że nas wybrali. Sprawił, że się dyskretnie wycofaliśmy. Geniusz! Prawdziwy geniusz!

A teraz parę pytań:

a) czy Zbigniew Boniek mógłby przybliżyć sposób w jaki o rezygnacji z ubiegania się o Euro został poinformowany zarząd PZPN i ewentualnie zdementować plotki, że uczyniono to mimochodem i znienacka tuż przed wyłączeniem światła przy wychodzeniu z sali obrad? To na pewno nieprawda!

b) czy Zbigniew Boniek mógłby przybliżyć co go oświeciło? Jak sam stwierdza od początku uznawał szanse Polski względem Euro za mało realne. Skoro tak - dlaczego wcześniej zgodził się zgłosić kandydaturę Polski i skoro w nią przecież nie wierzył? To na pewno jakieś nieporozumienie!

c) czy Zbigniew Boniek mógłby przybliżyć termin i miejsce dotarcia do jego uszu tej nieszczęsnej wieści o słabych szansach Polski na Euro? Byłabyż to prawda, że działo się to już miesiąc temu podczas kongresu UEFA w Kazachstanie? Gdyby tak było - w co oczywiście wątpię - zasadne byłoby kolejne pytanie: dlaczego decyzja miałaby być trawiona przez pezetpeenowskie jelita od końca marca aż do końca kwietnia? Chyba nie czekano na decyzję, że inne państwa - na przykład Czechy - też się wycofują (wtedy przecież łatwiej przełykałoby się opinii publicznej takie upokorzenia)? To na pewno nieprawda!

d) czy Zbigniew Boniek mógłby opowiedzieć o okolicznościach i miejscu spotkania z Donaldem Tuskiem, jeśli oczywiście do takiego doszło? Podejrzewam, że mogło dojść, bo przecież dla szefa rządu nie jest pewnie miłe kiedy w krótkim okresie dochodzi do kompromitacji związanej z wysadzaniem igrzysk w Krakowie oraz kompromitacji związanej z wycofaniem się z mistrzostw piłkarskich... Przecież wkrótce eurowybory! Czy to w ogóle możliwe, że szef rządu mógłby wcześniej nie wiedzieć, że się wycofujemy? Oczywiście, że nie - na pewno został wcześniej poinformowany.... Przecież zgłoszenie kandydatury to nie jest wewnętrzna sprawa PZPN, tu chodzi o gwarancje państwa więc czynniki władzy musiały o wszystkim wiedzieć...  Nie! To na pewno nieprawda!

e) czy Zbigniew Boniek mógłby zaprzeczyć, że wycofujemy się dlatego, bo nie złożyliśmy na czas odpowiednich dokumentów, które mają być składane z wyprzedzeniem? Nie! To na pewno nieprawda!

f) last but not least: czy Zbigniew Boniek mógłby przemówić do śląskiej opinii publicznej oraz władz naszego województwa, które są trochę  - trzeba przyznać - zaskoczone tą decyzją, bo nikt nie raczył ludzi na Górnym Śląsku poinformować, że wycofuje jego kandydaturę? Można wyklarować dlaczego o nas bez nas? To na pewno niedopatrzenie!

Żeby nie wywoływać nadmiernego ciśnienia pytanie na podtrzymanie oddychania: czy Zbigniew Boniek mógłby dla rozluźnienia opowiedzieć o jakiejś ważnej imprezie piłkarskiej albo ważnym meczu, który wkrótce Polska na pewno zorganizuje jako prężny ośrodek europejskiego futbolu? Przecież na pewno wkrótce coś się będzie działo... PZPN za rządów Bońka dał się przecież poznać jako prężny i dynamiczny ośrodek. Jestem przekonany, że wkrótce wielu dziennikarzy zwróci na to uwagę (ewentualnie już zwróciło...) To na pewno prawda!

Na zakończenie serdecznie dziękuję prezesowi Zbigniewowi Bońkowi za operatywność. Nie zostajemy ponoć z pustymi rękami: Polska podobno ma szansę na organizację Euro 2017 kobiet. To byłby wielki sukces, marzyłem o tej imprezie! Dzięki panie prezesie, dzięki! Czas na proskynesis!

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym Scylla i Charybda machają do reformy. 

21:02, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (47) »
wtorek, 22 kwietnia 2014
Atleticorgentinaaaaaaaa! Cwaniactwo. Siła. Finezja

Niedługo start najważniejszej sportowej imprezy czterolecia. Cały świat zamilknie i przez miesiąc powybałusza gały. Nie mogę się, cholera, doczekać... (nie tylko zresztą ja - Leo Messi aż wymiotuje z tej niecierpliwości. Jestem za tym żeby wymiotował w Brazylii siedmiokroć).

Główny faworyt tej imprezy to jak zwykle Argentyńczycy. Jak zwykle mają ku temu realne podstawy, ale tym razem - te podstawy są jeszcze bardziej realne niż wcześniej.

Kibice często marzą o tym żeby wygrała drużyna pokazująca najpiękniejszy futbol. Ja takich marzeń nie mam.

Marzę żeby wygrała moja drużyna pokazując to co lubię w niej najbardziej czyli połączenie dwóch całkowicie sprzecznych ze sobą światów.

Z jednej strony niech powala rywali bezwzględną siłą, rozbuchaną agresją, zażartą bawolą żywotnością i wyniosłą pewnością siebie.

Z drugiej - kiedy przeciwnicy zaczną się skarżyć, że viveza przekracza wszelkie granice niech oszałamia ich fenomenalnymi zagraniami nie do powtórzenia, o najwyższym stopniu technicznego wyrafinowania - takimi o których mówi cały świat.

Gdybym miał wybrać dziś jedną klubową jedenastkę, która bliska jest temu idealnemu obrazowi - byłoby to Atletico. Nie tylko zażarte, wściekłe, cwane, kąsające, niebezpieczne, szalone, kipiące energią, buzujące gniewem ale także... niepokonane.

Niepokonane jako jedyna drużyna w obecnej edycji Champions League.

Chciałbym żeby w tym sezonie Atletico wygrało te rozgrywki. Także dlatego, że byłaby to dobra wróżba dla Argentyny. Skoro wygrałaby jedna drużyna w pasy, dlaczego nie może wygrać druga?;)

Dziś pierwszy krok. Trzeba stuknąć Chelsea.

PS Na granicy województw śląskiego i małopolskiego znalazłem mały klub, który ma coś wspólnego z Argentyną. MKS Sławków nie tylko ma takie barwy jak Boca Juniors. Z Argentyną łączy ich jeszcze ten sprzęt. Trzeba przecież wyłowić piłkę z wody. Tam z fos oddzielających boisko od trybun na niektórych stadionach. W Sławkowie - z Białej Przemszy, która płynie tuż koło boiska...

PS1 Właściciel Ruchu zapewnia, że "nie ma takiego punktu w podręczniku licencyjnym, któremu klub nie byłby w stanie sprostać". Tak więc wszystkie sępy i wilkołaki czyhające ma miejsce Ruchu w ekstraklasie - musicie obejść się smakiem.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym reforma ligi jak najszybciej powinna znaleźć się między Scyllą a Charybdą.

piątek, 18 kwietnia 2014
Pożegnajmy sołdatów Armii Czerwonej

Przebudowa Katowic dotarła do placu Wolności. To dla mnie jedno z najważniejszych miejsc w moim mieście, więc postanowiłem zabrać głos w jego sprawie.

Kiedy byłem bajtlem i jechałem tramwajem z mojego Załęża, wielkomiejskie Katowice zawsze zaczynały się dla mnie od tego placu. Przechodziłem przez niego setki razy, w różnych okolicznościach i różnym nastroju. To przy tym placu pierwszy raz poszedłem na „Konika Garbuska” - najlepszy radziecki film animowany z lat 60. (grali go w nieistniejącym kinie „Przyjaźń”), to tu miałem jedyną namacalną styczność ze stanem wojennym (zapamiętałem stojący niczym memento transporter opancerzony), to na tym placu prowadziłem jako lekko wstawiony student gorące dysputy światopoglądowe, wreszcie mój pierwszy tekst w „Wyborczej” związany jest z Placem Wolności (napisałem na praktykach, że wybudowali tam... nowe kible, możecie z nich korzystać zresztą do dziś).

Jak wiadomo, pomniki stoją na Placu Wolności od 1898 roku. Od tego czasu zawładnęły tym miejscem pary: najpierw cesarz Wilhelm I Hohenzollern i jego syn Fryderyk III, a po wojnie dwaj „wyzwoliciele” z Armii Czerwonej. Do sołdatów na środku placu zdążyłem się przyzwyczaić, ale nie jestem zwolennikiem pozostawienia tego pomnika w tym miejscu. Dla mnie nie jest to świadectwo historii. To znaczy jest, ale znalazłbym mu jednak mniej eksponowane miejsce. Najchętniej zaś widziałbym w tym miejscu pomnik kogoś „stond”. Ile mamy w mieście pomników obywateli urodzonych w Katowicach? Wojciech Korfanty jest z Siemianowic. Józef Piłsudski - z Wilna. Stanisław Moniuszko urodził się w Mińsku na Białorusi. Wszyscy zasłużeni. Ale czy brakuje zasłużonych katowiczan?

Nie powinno was dziwić, kto jest moim faworytem. Jak wiadomo Katowice są głównym miastem regionu, który najwspanialej w historii Polski wpisał się w bardzo ważnej dziedzinie: piłce nożnej. To na Górnym Śląsku działają najbardziej utytułowane kluby. A w samych Katowicach urodził się najwybitniejszy piłkarz w dziejach Polski. Wychował się w śląskiej rodzinie przy ul. Barbary. Usynowiony został przez swego ojczyma dopiero jako trzynastolatek i przejął po nim nazwisko. W domu mówił raczej po niemiecku, ale w szkole i na podwórku po polsku i po śląsku. Mówię oczywiście o Erneście Wilimowskim.

O popisach legendarnego „Eziego” w reprezentacji Polski wiadomo wszystko. Do historii futbolu przeszły fenomenalne mecze tego zawodnika przeciw Brazylii w 1938 roku (cztery gole i piąty z karnego po faulu podczas mistrzostw świata) i ówczesnym wicemistrzom świata Węgrom w 1939 roku (trzy gole i czwarty z karnego po faulu). Legendarny Kazimierz Górski jako młody chłopak podróżował całą noc, i to w wagonie trzeciej klasy, ze Lwowa do Chorzowa tylko po to, żeby zobaczyć na boisku Ruchu swojego idola...

„Eziemu” należy się pomnik, choć wcale pomnikową postacią nie był. Miał ludzkie słabości: uwielbiał kobiety, nie stronił od alkoholu, ale czy przez to nie jest nam, zwykłym szaraczkom jakby bliższy? Miał jednak coś co odróżniało go od wszystkich i co stawia go na piedestale. Z kimkolwiek nie rozmawiałem na temat „Eziego” - zawsze było podobnie. Ludziom zakochanym w najważniejszym sporcie na świecie na jego wspomnienie drży głos, a oczy zachodzą mgłą. Wilimowski grę w piłkę potrafił podnieść do rangi sztuki. Jakimże był artystą, skoro zwykłym kopaniem piłki potrafił ludzi wzruszać do łez? Nie było nikogo w Polsce, kto raz zobaczył „Eziego” a potem mógł stwierdzić, że widział lepszego piłkarza!
Tak, wiem, że po wojnie w Polsce nazwisko Wilimowskiego okryło się niesławą. Nazywano go renegatem i zdrajcą - chodziło o występy w reprezentacji Niemiec w czasach, gdy Polska była okupowana. Ale czyż jego powikłane losy nie mówią więcej o pokręconej historii tej ziemi niż mądre, opasłe księgi?
Pożegnajmy pomnikowe pary. Czas na solistę. Bo dziś takich solistów już nie ma.

PS W całej tej historii pojawia się oczywiście wątek do którego trzeba się odnieść na zaś.

Ernest Wilimowski zdobył międzynarodową sławę jako zawodnik Ruchu Wielkie Hajduki. Na pewno podniosą się głosy oburzenia niektórych kibiców - Jak to? Dlaczego honorować zawodnika Ruchu Chorzów, skoro w Katowicach rządzi GKS?

Takie myślenie byłoby moim zdaniem zaściankowe. Wilimowski to bowiem SYMBOL nie tyle samego Ruchu co całej fantastycznej historii górnośląskiej piłki nożnej. Widzę w nim przede wszystkim genialnego syna tej ziemi, dopiero potem piłkarza Ruchu.

Poza tym spójrzmy na problem bardziej szczegółowo i przyziemnie, nie tylko ogólnie i wzniośle. W czasach gdy "Ezi" zaczynał wielką karierę jego 1.FC Katowice był już ledwie cieniem klubu, który siedem lat wcześniej walczył z Wisłą Kraków o mistrzostwo Polski.

Przypomnijmy choćby wrzesień 1934 roku. 20 września na Muchowcu 1.FC Katowice przegrywa u siebie w towarzyskim meczu z AC Milan 0:6 (tak, tak - z tym AC Milan, wówczas grającym jeszcze jako Milan Football Club). Cztery dni wcześniej Ruch bije u siebie w ligowym meczu Wartę Poznań 7:3, "Ezi" strzela dwie bramki. Ogółem w tym debiutanckim dla niego sezonie  ligowym 18-latek w 21 meczach w ekstraklasie (jedno spotkanie się nie odbyło, Siedlce oddały walkowera) zdobył 33 gole. Trzydzieści trzy!

Wyobrażacie sobie dziś w polskiej lidze 18-latka, który w debiutanckim sezonie wali tyle bramek?!

Ruch w tym czasie - czyli w latach Wielkiego Kryzysu - był jedynym miejscem na Górnym Śląsku gdzie ten niebywały talent mógł rozkwitnąć. Kto wie - może nie przeszedłby do Ruchu i zagrałby w GKS-ie? Ale GKS powstał przecież dopiero trzydzieści lat później...

Dlatego chcę wierzyć, że ten pomysł kibiców GKS-u nie będzie uwierał. Na pewno nie będzie uwierał fanów Ruchu z Katowic, o to jestem spokojny.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.


20:02, pavelczado , Akcje
Link Komentarze (12) »
środa, 16 kwietnia 2014
GKS Katowice zmienia prezesa!

Jak wiadomo - sytuacja w GKS-ie Katowice jest niewesoła. Bilans wiosny jest wręcz tragiczny: gdyby to była jesień GieKSa zajmowała by teraz ostatnie miejsce w tabeli. Jak wiadomo -  Kazimierz Moskal zdążył podać się do dymisji - ta jednak nie została przyjęta przez prezesa Wojciecha Cygana.

Choć tak właściwie nie wiem czy Wojciech Cygan jest jeszcze prezesem. Wydaje mi się, że o tej funkcji marzy niejaki Piotr Koszecki, szef SK1964. Wydaje mi się również, że jemu się wydaje, że to tylko kwestia czasu. Być może sądzi nawet, że już tym prezesem jest? Nie zdziwiłbym się...

Koszecki w sieci pisze chełpliwie, że piłkarze mają się wynieść z klubu, bo dialog z nimi został już zakończony, a teraz prowadzony jest jedynie monolog (cytuję: "my mówimy, wy słuchacie" - rozumiem, że "my" to kibice, których ucieleśnieniem jest właśnie Koszecki a "wy" - piłkarze, którzy z pokorą powinni oczekiwać muki w kark). Wymienia z pogardą konkretnych zawodników. Zapowiada, że jak ich prezes nie wyrzuci (a - jak dodaje Koszecki - "pewnie wyrzuci") to "my" (znaczy "oni") to "zrobimy" (znaczy "zrobią"). Jak podkreśla  z dumą "przecież w dziób w Katowicach dostawali już 10 lat temu" (chodzi o akcję pobicia piłkarzy GKS-u po poniesionej w fatalnym stylu porażce w Łęcznej").

To jest jakaś paranoja. Koszecki bez żenady na twitterze pisze: "Moskal zostaje w GKS-ie Katowice, a teraz druga część planu: niszczenie i wyrzucanie pajacy, którzy zablokowali nam awans [pisownia oryginalna]".

Już to widzę jak Koszecki podchodzi do Tomasza Wróbla albo Grzegorza Fonfary i mówi im na osobności prosto w oczy: "Ej, ty, wypier...laj z klubu". Taka sytuacja nie jest możliwa z powodów czysto praktycznych i estetycznych. Przecież jakikolwiek piłkarz GieKSy w odpowiedzi na taki tekst dmuchnąłby ile bozia w płucach dała a Koszecki by się od tego dmuchnięcia natychmiast przewrócił. Jego zdumiewająca pewność siebie pozwala jednak przypuszczać, że czuje mocne wsparcie u starszych a przede wszystkim większych i bardziej napakowanych kolegów.

Oczywiście można mieć żal i pretensje do piłkarzy. Oczywiście można ich nie lubić, można się na nich wściekać. Rzeczywiście - wiosnę piłkarze GieKSy spaskudzili dokumentnie. Ale takie szmacenie ludzi jakie uskutecznia tu Koszecki woła o pomstę do nieba.

Przypominam - kibice są od kibicowania (przez kibicowanie rozumiem oczywiście także możliwość wyrażenia ostrej dezaprobaty), ale nie od prowadzenia polityki kadrowej.

Koszecki myśli chyba, że Wojciech Cygan nie ma własnego rozumu. Pora wyprowadzić go z błędu: to jednak klub decyduje z KIM się pożegna, a nie koleżka, który zachowuje się jakby wierzył, że ku świetlanej prezesowskiej przyszłości prowadzi go Latający Potwór Spaghetti.

PS Wypada mieć jedynie nadzieję, że nowy "prezes" GKS-u będzie tak samo słowny jak wcześniej. Kiedyś forował już w Katowicach hasło "ekstraklasa albo śmierć". Oczywiście nikt nie zginął.

PS1 A poza tym reforma e-klasy powinna wrócić tam gdzie jej miejsce. Właśnie tam.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Znowu rozdaję książki [KONKURS]

Bez wątpienia zalicza się do najlepszych bramkarzy świata. Kiedyś w Moskwie, jeszcze jako bardzo młody zawodnik usłyszał pytanie od dziennikarza i wywiązał się specyficzny dialog.

- Jak się czujesz wiedząc, że możesz zostać drugim największym bramkarzem w historii futbolu po Lwie Jaszynie*?

- A kto powiedział, że muszę być tylko drugim po Jaszynie, a nie mogę być lepszym od niego?

- Posłuchaj, może lepiej będzie jeśli nie zanotuję tej wypowiedzi.

- Zrobi pan jak zechce, ale myślę dokładnie tak, jak powiedziałem.

Radziecki golkiper (te dwa słowa postawione obok siebie dziwnie wyglądają, ale co tam;) ma tę przewagę nad konkurentami z bramki, że jako jedyny zdobył Złotą Piłkę redakcji "France Football" (w 1963 roku). Tak naprawdę trudno jednak porównywać Jaszyna do bohatera tej notki, to jednak dwie różne epoki. Na korzyść tego drugiego przemawia choćby fakt, że nigdy nie puścił gola z rogu podczas mistrzostw świata (a Jaszyn - puścił).

Łączy ich jedno - obaj puszczali bramki na Górnym Śląsku. Bardziej pamiętane są gole, które tracił Jaszyn w 1957 roku na Stadionie Śląskim. Z kolei Gianluigi Buffon, bo o nim mowa - czterdzieści lat później, 1 kwietnia 1997 roku przepuścił klepę z ponad 25 metrów na Bukowej w meczu młodzieżówek U-21. Autorem uderzenia z 25 metrów był Mirosław Szymkowiak. Widziałem to na własne oczy.

Tak czy inaczej - Gianluigi Buffon napisał autobiografię. Właśnie ukazała się na polskim rynku. Dowiadujemy się z niej m.in., że ten słynny bramkarz ma swego rodzaju... polski kompleks. Okazuje się, że najbardziej żałuje... porażki z biało-czerwonymi na mistrzostwach Europy U-15 w maju 1993 roku. "Takie porażki bolą dużo bardziej niż, te które ponosisz już jako dorosły".

Do historii włoski bramkarz przechodzi jednak jako zwycięzca a nie przegrany. Raczej nie jest najlepszym bramkarzem świata wszech czasów, ale najlepszym włoskim bramkarzem wszech czasów - już pewnie tak. Zgadzacie się?

Dzięki uprzejmości wydawnictwa SQN mam do rozdania trzy egzemplarze książki "Gigi Buffon. Numer 1".

Żeby ją wygrać należy odpowiedzieć na następujące pytanie:

Ile bramek przepuści Buffon łącznie w dwóch najbliższych meczach Serie A: z Udinese (dziś) oraz z Bologną (19 kwietnia)?

UWAGA: tak skonstruowane pytanie oznacza, że jeśli ktoś spóźni się z odpowiedzią przed dzisiejszym pierwszym meczem, nadal może brać udział w konkursie, bo - podkreślam - liczy się łączny wynik.

Jeśli jednak będę musiał wybierać między prawidłową odpowiedzią Czytelnika, który udzieli jej jeszcze przed meczem z Udinese (początek 20.45) oraz prawidłową odpowiedzią Czytelnika, który udzielił jej dopiero przed meczem z Bologną - wybiorę tego pierwszego. Oznacza to, że trochę bardziej opłaca się udzielić odpowiedzi jeszcze dziś niż jutro czy pojutrze.

Zwycięzców podam po meczu Juventus - Bologna. Najpóźniej nazajutrz napiszę w komentarzach kto wygrał i poproszę wtedy zwycięzców żeby na maila pawel.czado@katowice.agora.pl przesłali adres, pod który książka ma zostać wysłana. 

Z ciekawości czy byłbym w stanie wygrać w tym konkursie jako pierwszy podaję odpowiedź:) Brzmi ona jak tytuł książki: 1. Obiecuję, że jeśli wygram - przekażę nagrodę następnemu:)

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej. A poza tym "reforma ligi" powinna wrócić tam gdzie jej miejsce.

*osobiście wolę wersję Jaszin

19:16, pavelczado , Książki
Link Komentarze (51) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum