czwartek, 30 kwietnia 2015
Wierność

Moim zdaniem ten termin we futbolu jest zdecydowanie nadużywany. Bo co to znaczy wierność, w jaki sposób ma być rozumiana i kogo lub czego właściwie ma dotyczyć?

Działaczy i trenerów z grona ludzi objętych wiernością od razu wykluczam. Oczywiście mam na myśli wierność korzystania z innych ludzi a nie wierność zasadom lub koncepcjom. W ich przypadku ten konkretny rodzaj przesadnej wierności może być wręcz działaniem na szkodę klubu, jeśli wiecie co chcę powiedzieć.  Z kolei wierność kibicowska i rozumienie tego terminu w określony sposób to temat na zupełnie odrębne opowiadanie.

Pojęcie wierności piłkarza klubowi również warte jest przedyskutowania. Wiadomo, że piłkarze wierni jednemu klubowi przez całą karierę są powszechnie cenieni. Warto jednak pamiętać, że moim zdaniem najczęściej od nich to w ogóle nie zależy. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach - kiedy na futbolu się poważnie zarabia.

John Terry zarzeka się, że zostanie wierny Chelsea aż do końca. Przecież jednak to związek oparty  - oczywiście w myśl pewnego założenia - na zdradzie. Zdradzie West Hamu.

Jan Cuelemans został bohaterem Brugii kiedy odmówił transferu do Milanu, został w niej aż do końca. Ale co o tym sądzi Lierse?

A Messi - zapytacie? Przepraszam: a o wierności wobec jakiego klubu w jego przypadku mówimy? Newell's Old Boys?

Oczywiście  - zdarzają się przykłady (i jest ich nawet całkiem sporo), że zawodnicy pozostają wierni jednej drużynie całą karierę. Nie dzieje się tak jednak bez przyczyny. Najczęściej jest to możliwe w trzech przypadkach (czwarty na szczęście należy raczej do przeszłości):

a) macierzysty klub jest tak dobry i bogaty, że żadna inna oferta piłkarza nie satysfakcjonuje;

b) piłkarz jest tak szczęśliwy w miejscu w którym żyje, że nie chce niczego zmieniać w życiu;

c) piłkarz jest tak słaby, że żadna inna oferta nie przychodzi;

d) piłkarz miał pecha, bo żył w czasach kiedy jest własnością klubu, podpis jest właściwie dożywotni, a działacze mogą go za fikanie i chęć zmiany barw bez problemu zdyskwalifikować (znam wiele takich historii).

Obecnie w ekstraklasowych klubach naszego regionu nie ma przypadku bezwzględnej wierności (nie liczę oczywiście młodych obiecujących piłkarzy w okolicach dwudziestki, którzy dopiero wchodzą do zespołu).

W Górniku najdłużej jest Adam Danch, który przyszedł w 2007 roku z Gwarka Zabrze. Górnik to jego trzeci klub;

W Ruchu najdłużej jest Piotr Stawarczyk, który przyszedł w 2009 z  Widzewa Łódź. Ruch to jego czwarty klub;

W Piaście bilans Tomaszowi Podgórskiemu psuje runda wiosenna sezonu 2009/10 w Zawiszy Bydgoszcz. Ale i tak (razem z Jakubem Szmatułą) ma w Gliwicach najdłuższy staż;

W Podbeskidziu najdłużej jest Piotr Malinowski, który przyszedł w 2009 roku z Górnika Zabrze. Podbeskidzie to jego czwarty klub.

Niemniej jeśli zdarzają się przypadki futbolowej wierności - zawsze warto je odnotować. Zwłaszcza te mniej znane.

Dlatego akurat dziś jest dobry moment na ten wpis. Pewnemu zawodnikowi właśnie 30 kwietnia 2015 roku mija dziesiąta rocznica gry w słynnym śląskim klubie.

Debiutował nie mając jeszcze nawet 17 lat w ówczesnej czwartej lidze. Potem jego klub spadł z hukiem szczebel niżej (chłopak musiał uczestniczyć w meczach kończących się wynikiem 0:9, 0:8 albo 0:7) a po rundzie jesiennej przez brak pieniędzy  w ogóle wycofał się z rozgrywek ligi okręgowej. Piłkarz to przetrzymał - kiedy klub zaczął się odbudowywać w B-klasie jako jedyny z poprzedniej drużyny zaczął w nim grać na nowo. Dzięki temu zaliczył cztery awanse i dziś występuje w III lidze.

Wczoraj strzelił w tych rozgrywkach kolejnego gola. Nie ma jeszcze 27 lat a w swoim klubie zagrał ponad 270 razy.

Więcej możecie o nim przeczytać TUTAJ. Mam tylko nadzieję, że wkrótce nie będzie musiał znowu rozpoczynać od B-klasy...

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

niedziela, 26 kwietnia 2015
Co z tą GieKSą [ANALIZA]

Nie jest dobrze. Moim zdaniem GKS Katowice stoi na rozdrożu. Następny sezon może okazać się przełomowy - w tę albo we w tę. Znaczy w górę albo w dół.

Po pierwsze - drużyna

GieKSa nieprzerwanie od 2007 roku gra na zapleczu ekstraklasy. Najczęściej są to jednak sezony, które w Katowicach odhacza się z rezygnacją jeszcze w trakcie ich trwania.

GKS od kiedy występuje w pierwszej lidze (zwanej wcześniej drugą) nie tylko nie jest w stanie wywalczyć awansu, ale nie jest również w stanie nawet włączyć się do takiej walki. Przecież od gry na tym poziomie katowiczanom ledwie raz udało się zająć miejsce w górnej połówce tabeli (2008 - 10, 2009 - 11, 2010 - 13, 2011 - 11, 2012 - 13, 2013 - 10, 2014 - 8).

W ostatnich latach był powolny postęp (oczywiście nie taki o jakim w Katowicach marzyli) - teraz nieoczekiwanie regres (na razie 12. lokata) i to w wyjątkowo słabej obecnie lidze.

Najbardziej przykre jest to, że w Katowicach moim zdaniem obecnie nie ma ani jednego piłkarza wokół którego można budować drużynę na następny sezon. Nie, nie chodzi mi o to, że w tej drużynie są słabi gracze. Raczej o to, że nie ma zawodnika zdecydowanie przerastającego innych umiejętnościami - takiego, który dawałby nadzieję na lepszą (w domyśle: ekstraklasową) przyszłość. Starsi jakby stawali się już za starzy a młodzi jakby zatrzymali się w rozwoju.

Po drugie - trener

Nie ma wątpliwości, że Artur Skowronek się nie sprawdził. Miał kadrę taką a nie inną, na Bukowej od lat są większe oczekiwania niż możliwości ale jednak wiedział na co się pisze. Jutro zajęcia ma najpewniej poprowadzić nowy szkoleniowiec. Mam nadzieję, że będzie to jasno określone - "pracujesz tylko do końca tego sezonu". Skoro następny sezon ma być kluczowy dla przyszłości GieKSy to dobrego fachowca, który ma wznieść zespół na wyżyny, nie da się - moim zdaniem - znaleźć w niecały weekend.

Po trzecie - stadion

W latach 80. na Bukowej mieścił się najlepszy klubowy stadion w Polsce. Dziś w Katowicach marzy się o nowym obiekcie. Mógłby już być dawno budowany, ale wydaje mi się, że niektórym bije na głowę. Niepoprawnym marzycielom, którzy wyobrażają sobie, że stadion GieKSy mógłby mieć dwadzieścia tysięcy pojemności.

Mecze tego klubu oglądam od trzydziestu lat i nie przypominam sobie spotkania na Bukowej, który zobaczyłoby więcej niż trzynaście tysięcy ludzi (było to jeszcze w latach 80.). Niektórzy nie mogą przeboleć, że w sąsiednich Tychach będzie stadion na piętnaście tysięcy. Jak to?! W Katowicach ma być mniejszy?! Moim zdaniem takie porównywanie to jedynie chora ambicja.

Uważam, że są trzy wyjścia - dwa pierwsze z jednym konkretnym warunkiem:

a) budowa zadaszonego obiektu na jakieś 13 tysięcy tworzącego jedną zwartą bryłę - tak jak to ma miejsce choćby na Cracovii - najpiękniejszym małym stadionie w Polsce;

b) budowa jednej potężnej trybuny na dziesięć tysięcy ludzi w miejsce blaszoka (to teoretyczna opcja, wiem, że widziana raczej niechętnie).

Konkretny warunek o którym wspominam jest taki, że budowa przede wszystkim powinna zacząć się jak najszybciej. Kto nie łapie szansy, dużo gada, deliberuje i macha rękami - zostaje z niczym.

c) przenosiny na Stadion Śląski (to też teoretyczna opcja, choćby ze względów prestiżowych - nikt nie dopuści żeby GKS grał w sąsiednim mieście - i nieważne, że i tak oba stadiony są w tym samym parku).

Po czwarte - finansowanie

Do tej pory miasto Katowice na obejmowanie kolejnych akcji GieKSy wydało prawie 25 mln zł. Jest jedynym akcjonariuszem, który w ten sposób potrafi wspierać klub. Dzięki temu miasto posiada dziś oczywiście większość udziałów w spółce i  - co za tym  idzie - pełną nad nią kontrolę (za pośrednictwem rady nadzorczej, w której są wiceprezydent miasta Krzysztof Mikuła oraz m.in. prezes miejskich wodociągów i miejskiego przedsiębiorstwa gospodarki komunalnej).

Istnieje oczywiście spore grono przeciwników finansowania klubów sportowych przez miasto. Osobiście należę do przeciwnej opcji czyli przeciwników przeciwników. Z zasadniczego powodu.

Już pisałem: nie jest tak jakoby futbolem interesowali się tylko kibole jak chcieliby niektórzy (podkreślam: niektórzy) miłośnicy filharmonii, nowoorleańskiego jazzu, rumuńskich kontekstów dadaizmu i XIX-wiecznych sukni ślubnych. Takie kluby jak Górnik, Ruch, Polonia, Szombierki czy właśnie GKS są dobrem wspólnym, takim samym jak wybitne wytwory kultury tzw. wysokiej, są - że się tak górnolotnie wyrażę - "wspaniałym dziedzictwem przeszłości."

Jako takim miasto nie powinno pozwolić upaść. Tak samo jak ważnym muzeom, filharmoniom i teatrom.

Z drugiej strony zgadzam się, że tak naprawdę kluby powinny być własnością bogatych inwestorów. Zgadzam się, że miasto nie powinno finansować GieKSy w nieskończoność. Powinno przede wszystkim pomóc przeczekać trudny okres. Na razie jednak takie bogate czasy na Śląsku możemy kontemplować jedynie teoretycznie.

Po piąte - kibice

Też nie pomagają. Ci, którzy przychodzą, mogą śpiewać o wierności, ale kibic jest cenny w swej masie. Z Miedzią było 1500 ludzi, z Bytovią - 2000, z Lubinem (liderem) - 2700. Sprzężenie zwrotne - mierna jakość i przeciętne wyniki z rywalami o których dwadzieścia lat temu mało kto w Katowicach słyszał rodzą niechęć do spędzania wolnego czasu na stadionie. Jeszcze jedno: wiadomo, że kibic ma prawo wymagać i ma prawo dać wyraz rozczarowaniu. Jednak bezpardonowy - delikatnie mówiąc - sposób w jaki z katowickich trybun wymaga się od piłkarzy zwycięstw osobiście mnie mierzi. To się może bowiem przekładać nie niekorzyść klubu. Jeśli utalentowany piłkarz będzie miał dwie równorzędne propozycje to zapewne wybierze tę bez zbędnego naciskania z trybun agresywnymi słowami o presji.

Po szóste - konkurencja

Rozwój - dzielnicowy klub z południa Katowic - rośnie w siłę. To ciekawa drużyna z ciekawymi piłkarzami. Ma obecnie ogromne szanse na pierwszy w historii awans na zaplecze ekstraklasy. Znam dziennikarzy, którzy już cieszą się z tego powodu i tylko na to czekają - po to żeby haczyć miasto, że dzieje się niesprawiedliwość i krzywda, że Rozwój powinien dostawać tyle samo co GKS. Oczywiście mają gdzieś Rozwój, chodzi raczej o dokopanie GieKSie. Patrząc na zimno trudno odmówić takiej opinii logiki - dlaczego ktoś na tym samym poziomie nie może dostawać takich samych pieniędzy? Oczywiście taki argument łatwo zbić przeciwnikom tego założenia - otóż GKS jest spółką miejską a Rozwój nie jest. Trudno dawać tyle samo na nieswoje co na swoje.

                                              %

A na koniec tej przygnębiającej analizy czas na dobrą wiadomość dająca wiarę w przyszłość.

Owszem, działaczom nie udaje się na razie zbudować drużyny zdolnej walczyć o awans, ale udaje się sukcesywnie zmniejszać długi. Być może - kiedy GieKSa będzie już zupełnie wolna od zobowiązań - klubowi uda się wreszcie wzlecieć w ponadprzeciętność.

Przyznam, że chciałbym.

PS Przed nieszczęsnym meczem z Lubinem otwarto na trybunie muzeum GieKSy. To świetny pomysł. Jest tam parę rarytasów, choć mam nadzieję, że to dopiero początek i założeniem jest rozwój. Można zobaczyć tam medale, puchary (choć ten najcenniejszy, z 1986 roku to replika), zdjęcia z meczów, budowy stadionu, odznaki, księgę uchwał i wniosków z 1972 roku, plan stadionu z 1974 roku. W tzw. kąciku Jana Furtoka wiele zdjęć największej gwiazdy, a także rarytas - umowa z klubem podpisana przez 18-letniego zawodnika w 1980 roku.  Wynika z niej choćby, że niezależnie od wynagrodzenia w macierzystym zakładzie piłkarz otrzyma "świadczenie pieniężne w wysokości 12 tysięcy złotych miesięcznie przez pięć lat". Ale jest warunek pobierania tych świadczeń - zawodnik musi przestrzegać przepisów Karty Praw i Obowiązków Sportowca:)

PS1 Zacytuję Wam jeszcze słowa pierwszego hymnu GKS-u (oprócz tego są jeszcze nuty, ale jeśli chcecie zagrać - sami musicie wybrać się do muzeum). Ja tego hymnu nie pamiętam - pierwszy mecz GKS-u widziałem w 1985 roku, ale przez megafony grali wtedy coś innego. Ktoś kojarzy ten utwór?

muzyka: Zenon Kowalowski, słowa: Zdzisław Pyzik

"Dumnie rosną nasze Katowice

chociaż dym tu słońce skrył

A górnicy wciąż dla kraju coraz więcej węgla dają

i więcej mają sił.

Bo górniczy klub nasz sportowy, katowicki GKS

przy robocie, przy treningu, na boisku i na ringu

zawsze bojowy jest

więc niech nasz klub przez wiele lat

górniczą chwałę niesie w świat" (2x)

PS2 Kiedy byłem w muzeum dwaj piłkarze tej pierwszej GieKSy Gerard Rother (strzelił gola Barcelonie na Camp Nou) i Józef Morcińczyk zawołali mnie przed tableau z 1964 roku. - Tamta drużyna obecnej klupnęłaby dwucyfrówkę. Oni widzieliby tylko nasze numery na koszulkach - mówił mi Gerard Rother. I wiecie co? Naprawdę powiedział to jeszcze przed meczem z Zagłębiem Lubin.

sobota, 25 kwietnia 2015
Zagłębie Sosnowiec jest jak Niemcy

Nie przypominam sobie drugiej tak niezwykłej serii w polskiej piłce. Wybrałem się na Stadion Ludowy, bo dużo słyszałem ostatnio o cudownych zmartwychwstaniach Zagłębia Sosnowiec.

W efekcie dziś sam byłem świadkiem kolejnego cudu. Zagłębie grało z Energetykiem ROW-em Rybnik, jednym z głównych rywali do awansu i... znów zmartwychwstało.

To naprawdę było niezwykłe. Wieść o cudach się rozchodzi więc ludzi przychodzi na Stadion Ludowy coraz więcej. Dziś pojawiło się ponad cztery tysiące kibiców. Uwielbiam szał na trybunach z powodu nieoczekiwanych zdarzeń i dziś miałem okazję być świadkiem takiego szału! Zagłębie najpierw oczywiście straciło bramkę jako pierwsze, a potem długo remisowało (wspaniała indywidualna akcja Łukasza Tumicza na 1:1, w stylu rzadko spotykanym na polskich boiskach). Zwycięskiego gola gospodarze zdobyli w ostatniej, czwartej minucie przedłużonego czasu gry. Zwróćcie uwagę na grę głową Jakuba Araka (to piłkarz wypożyczony z Legii, dzień wcześniej koledzy dziennikarze z Warszawy mówili mi na Ruchu, że to największa zaleta tego piłkarza) - prawie przypomniał mi się "Ecik Janoszka". Sędzia nawet nie pozwolił wznowić gry od środka...

Wychodzi na to, że Zagłębie Sosnowiec jest jak piłkarska reprezentacja Niemiec - gra do końca. To musi być niezwykłe: poczuć na własnej skórze, że nieustępliwość do ostatniej chwili i wiara w siebie może przynosić tak spektakularne efekty.

Gadałem po meczu z Marcinem Jaroszewskim, prezesem Zagłębia. - Co tam zawał, najważniejszy jest awans! - podkreślał. Jak go znam - mówił poważnie. Zagłębie pierwszy raz w tym sezonie awansowało na pozycję lidera drugiej ligi i jest blisko celu.

Chciałbym żeby sosnowiczanie awansowali. Także dla meczów Zagłębia z GKS-em Katowice - pamiętam kilka naprawdę niezwykłych gier w tym zestawieniu, a już dawno przecież takich spotkań nie było. Oczywiście wierzę, że będzie to możliwe i że jednocześnie GKS... nie spadnie na miejsce Zagłębia. Teoretycznie jest to ciągle możliwe, tym bardziej, że katowicki zespół wpadł dziś w turbulencje po fatalnym 0:5 z Lubinem. Coś mnie tknęło - zobaczyłem na GieKSie tylko pierwszą, wyjątkowo słabą pierwszą połowę i pojechałem zobaczyć drugą połówkę na Ludowym.

Dobrze wyszedłem na tym, że wyszedłem. Po pierwsze - nie widziałem tragedii ostatnich minut na Bukowej (okazało się, że druga połowa była jeszcze gorsza). Po drugie - widziałem cud ostatnich minut na Kresowej (oba stadiony dzieli jakieś dziesięć minut samochodem). Prezes Wojciech Cygan tragedię na Bukowej widział do końca, nie miał wyjścia. W efekcie Artur Skowronek nie jest już trenerem GieKSy (rozmowę z Cyganem dlaczego doszło do takiej decyzji - przeczytacie TUTAJ).

PS Przeanalizujcie zresztą tę niezwykłą passę Zagłębia sami. Wszystko zaczęło miesiąc temu:

21 marca Zagłębie wygrywa na wyjeździe 4:3 z Limanovią (czyli Kolejarzem Stróże) mimo że po półgodzinie przegrywało 0:2;

28 marca Zagłębie wygrywa u siebie 3:1 z Rakowem Częstochowa mimo, że po kwadransie przegrywało 0:1

4 kwietnia Zagłębie remisuje na wyjeździe 2:2 z jednym z głównych rywali do awansu Rozwojem Katowice mimo że trzy minuty przed końcem przegrywa 0:2

10 kwietnia Zagłębie wygrywa u siebie 3:2 z Nadwiślanem Góra mimo że dwadzieścia minut przed końcem przegrywa 0:2, a siedem minut przed końcem 1:2

18 kwietnia Zagłębie wygrywa na wyjeździe 2:1 z Siarką Tarnobrzeg i to jedyny w tym zestawie meczów kiedy Zagłębie nie przegrywało nawet przez minutę.

No i jeszcze cud dzisiejszy. Ciekawe jak długo piłkarze Zagłębia będą w ten sposób balansować. Jeśli ma to przyciągać tłumy na mecze piłkarskie - niech trwa jak najdłużej.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 24 kwietnia 2015
Futbol jest cholernie niesprawiedliwy

Dawno nie miałem w sobie takiego poczucia krzywdy. Człowiek ufa, że świat jest zbudowany na paru fundamentalnych zasadach - a potem okazuje się, że niczego nie można być pewnym i w garści nie zostaje nic...

Całe życie sączyła mi się do łba stara piłkarska prawda głosząca, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Wierzyłem w to, wierzyłem w tę swoistą sprawiedliwość - aż do dziś.

To jest już przegięcie. W meczu na Cichej Legia miała co najmniej pięć stuprocentowych okazji do zdobycia gola z rzutem karnym włącznie, przeważała w polu, grała z polotem i nowocześnie. A jednak nie udało się jej niczego wykorzystać. I co? Sprawiedliwie byłoby przecież gdyby Ruch w tej sytuacji wygrał! Tymczasem nic z tego. Dlatego hasło: "niewykorzystane sytuacje się mszczą" wyrzucam do kosza. Wiecie co? To jakaś bzdura.

Z drugiej strony trzeba pochwalić gospodarzy. Ewidentnie odczynili stosowne gusła i posypali dyskretnie sadzą z kominów huty Batory oba pola karne. Tym sposobem ominęła ich utrata gola. Albo dwóch. Albo pięciu.

Pozwólcie teraz na cztery akapity powagi:

po pierwsze - Ruch tak naprawdę nie może narzekać. Rozmawiałem po meczu z Antonim Piechniczkiem, byłym piłkarzem obu klubów. Nasz były selekcjoner był zdania, że jeśli chodzi o zdobycz punktową - Ruch wycisnął z tego meczu maksimum. Mówiąc całkowicie serio: trudno się z tym nie zgodzić;

po drugie - takie mecze budują ducha drużyny. Konczkowski, Helik i Grodzicki kilkakrotnie ratowali zespół przed utratą bramki, w ostatniej chwili trącając piłkę głową lub czubkiem buta. Kto wie czy teraz duet stoperów Helik - Grodzicki nie będzie dla Waldemara Fornalika duetem pierwszego wyboru. A o Putnockym nie da się powiedzieć niczego innego poza hasłem "Pucio, nasz bohater".

po trzecie - warto oglądać mecz w towarzystwie piłkarza, który grał kiedyś w ekstraklasie a teraz zajmuje się trenerką więc kuma o co chodzi. Kilka cennych wskazówek profesjonalisty rzucanych na gorąco w trakcie gry pozwala lepiej rozumieć mecz. Miałem dziś to szczęście, bo siedziałem obok Damiana Galei, byłego piłkarza Ruchu.

po czwarte - myślałem, że w Warszawie wszyscy dziennikarze są zwolennikami debilnej reformy ekstraklasy pod hasłem esa-37. Musicie jednak wiedzieć, że to nieprawda! Pogadałem dziś na Cichej z Pawłem Mogielnickim, twórcą www.90minut.pl. Zgodziliśmy się, że to zaprzeczenie idei sportu. Poza tym Paweł, matematyk z wykształcenia, jest w stanie dostrzec niezwykłe absurdy tej reformy. Jak choćby taką, że "remis Legii to... najgorszy wynik dla drużyny z Poznania. Przy wygranej Legii poznaniakom opłacałoby się bowiem przegrać w meczu ze Śląskiem żeby... walczyć o czwarte miejsce. Po co? Punkty przecież i tak się podzielą, a mecz z Legią lechici mogliby zagrać u siebie a nie na wyjeździe. A mecz u siebie byłby sporym atutem dla Poznania w wyścigu o mistrzostwo. Tymczasem przy remisie na Cichej trudno będzie jednak łapać dwie sroki za ogon."

W niezłe gówno wdepnęliśmy, moi drodzy parafianie.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

środa, 22 kwietnia 2015
Tak się miażdży Niemców

Bayern Monachium rozbił wczoraj FC Porto 6:1. Styl zrobił chyba na wszystkich wielkie wrażenie. To było naprawdę świetne, majestatyczne, zapierające i zabierające dech...

Ale czy ktoś pamięta, że niemieckie kluby dostawały kiedyś podobne wciry na Górnym Śląsku? Akurat dokładnie dziś mija 80 lat od niezwykłego meczu. 22 kwietnia 1935 roku w towarzyskim spotkaniu Ruch Wielkie Hajduki złoił u siebie Fortunę Düsseldorf aż 5:1. Dziś Fortuna to przeciętny zespół 2.Bundesligi, ale wówczas był to absolutnie topowy zespół III Rzeszy, w 1933 roku zdobył jedyne w swej historii mistrzostwo kraju (w 1936 roku zdobędzie wicemistrzostwo).

Spotkanie wzbudziło niezwykłe zainteresowanie. Cytaty z górnośląskich gazet:

"Siedem groszy": Nigdy jeszcze Śląsk bardziej nie interesował się zawodami w piłce nożnej jak właśnie w tym meczu.

"Polska Zachodnia": Od samego południa ze strony Katowic sunęły sznury aut, autobusy i tramwaje przepełnione. Wszystko udawało się do Wielkich Hajduków na mecz, a pod samym boiskiem ścisk był nie do opisania. Każdy chciał dostać się na mecz, a tymczasem kasy już na godzinę przed zawodami były zamknięte".

"Siedem groszy" przynosi dodatkową ciekawostkę: bilety na ten mecz były wcześniej rozprowadzane w Wielkich Hajdukach, Chorzowie oraz w... Sosnowcu - naprzeciw dworca kolejowego! Dziś trudno wyobrazić mi sobie podobną sytuację (mimo, że na Cichą właśnie przyjeżdża Legia:).

W składzie Fortuny, która przyjechała na Górny Śląsk było aż siedmiu ówczesnych, byłych lub przyszłych reprezentantów Niemiec:

- obrońca Paul Janes, legenda niemieckiej piłki (71 meczów w kadrze i 7 bramek w latach 1932-42, dwukrotny uczestnik mistrzostw świata, stadion w Düsseldorfie nosi jego imię);

- napastnik Stanislas Kobierski, legenda niemieckiej piłki (strzelec pierwszego gola dla Niemiec na mistrzostwach świata w 1934 roku, jego ojciec pochodził z Wielkopolski, 26 meczów i 9 goli w latach 1931-41);

- napastnik Ernst Albrecht (17 meczów i 4 bramki w latach 1928-34);

- pomocnik Jakob Bender (9 meczów w latach 1933-35);

- napastnik Willi Wigold (4 mecze i 3 bramki w latach 1932-34)

- obrońca Theo Breuer (2 mecze w 1933 roku);

- napastnik Felix Zwolanowski (2 mecze w 1940 roku).

Renoma gości sprawiła, że na mecz przyszło aż 20 tysięcy kibiców. Zobaczyli niezwykłe lanie jakie Ruch sprawił Niemcom.

Ten mecz jest znakomitym przykładem na to, że można go oglądać na własne oczy i wysnuwać całkowicie odmienne wnioski.

Polska Zachodnia: "Ruch miał wielki dzień, zagrał bowiem wyjątkowo bez zarzutu, na wspaniały sukces w pełni sobie zasłużył."

Siedem groszy: "Cała drużyna zagrała nadspodziewanie dobrze, wszyscy bez wyjątku zasłużyli na pochwałę. Zwycięstwo Ruchu było przekonujące."

Był jednak na stadionie ktoś komu się... nie podobało. Wysłannik "Przeglądu Sportowego" pisze tak:

"Krytykę całego meczu można ująć w jednym zdaniu: brak jakiegokolwiek systemu i stylu, bezładna gra ze strony mistrza Polski i byłego mistrza Rzeszy (...) Pierwsze minuty stoją pod znakiem niezwykłego podniecenia widowni i drużyn. Mija jednak szybko gdyż okazuje się, że drużyny stać jedynie na chaotyczną kopaninę (...). Ruch po przerwie tylko sześć razy przedostał się pod pole karne Fortuny."

Można zastanawiać czy chodziło o mecz czy o coś innego. W każdym razie konflikt sięgnie apogeum dopiero w następnym roku.

Myślicie, że rywal Ruchu był w słabej formie?

Polska Zachodnia: "Drużynę Fortuny cechowała nadzwyczajna szybkość, doskonała orientacja i wielkie zrozumienie gry zespołowej. Pewnym zgrzytem było niepotrzebne uciekanie się do gry ostrej, momentami nawet brutalnej, ofiarą której padł w 85 minucie Wilimowski, którego w stanie nieprzytomnym zniesiono z boiska. (...) Mocno zdenerwowani, często faulujący, w końcu wygwizduje ich nawet publiczność!"

A Ruch?

"Fenomenalnej grze Tatusia między słupkami Ruch zawdzięcza sukces. W pomocy wyśmienicie zagrał Dziwisz, który zupełnie zaszachował Kobierskiego i nie dopuścił reprezentacyjnego napastnika III Rzeszy do głosu. W napadzie pierwsze skrzypce grał Wodarz. Wykorzystał wspaniale szansę i postawił w cień Kobierskiego."

22 kwietnia 1935, godz. 15.30

Ruch Chorzów - Fortuna Düsseldorf 5:1 (3:1)

Bramki: 1:0 Wilimowski (15.), 1:1 Wigold (17.), 2:1 Wodarz (26.), 3:1 Peterek (42., z karnego), 4:1 Peterek (75., z karnego), 5:1 Giemsa (80., z wolnego)

PS Ta klęska nie była czymś najbardziej przykrym co spotkało Paula Janesa ze strony ludzi Ruchu. W latach 40. przyjechał na jedno ze zgrupowań kadry w mundurze marynarza. Żartowniś Ernest Wilimowski (wówczas też grał w reprezentacji Niemiec) kiedy tylko zdarzyła się okazja, wepchnął go do... basenu. Nagle konsternacja: Janes nie umiał pływać więc zaczął wzywać pomocy! Wilimowski dostał za ten wybryk od selekcjonera Seppa Herbergera reprymendę...

Popuszczam wodze wyobraźni. Może to właśnie Janes przyciął Wilimowskiego w 85 minucie, kiedy ten padł nieprzytomny ("Ezi" został wtedy wzięty w kleszcze, ale kto go wziął - nie znalazłem)? Żartuję, obaj byli chyba w niezłej komitywie:)

PS1 Strzelec jedynego gola dla Fortuny w meczu z Ruchem w 1944 roku zginął na froncie wschodnim.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Dotyk pieszczotliwy

Nie wiem skąd się to bierze, ale już tak mam, że jeśli ujmie mnie jakiś piłkarz to jako kibic jestem mu już wierny do ostatka. Śledzę potem takiego zawodnika uważnie a późniejsze momenty słabości w przeciągu jego kariery zawsze bardziej mnie smucą niż irytują. Bo już zawsze życzę mu dobrze.

Najbardziej lubię piłkarzy, którzy potrafią mnie zachwycić jednym natchnionym dotknięciem piłki. Takim, które jest w stanie przyprawić mnie o nagłe wzruszenie. Powtarzam: odtąd jestem już im oddany. Wiem, że gwałtowny napływ łez z powodu jakiegoś kopnięcia piłki będzie uznany przez wielu za dziecinną egzaltację - nic na to jednak nie poradzę. Już tak mam, że futbol dostarcza mi wrażeń estetycznych. Uwielbiam wzruszać się na boiskach piłkarskich. Tego uczucia nic nie jest bowiem w stanie spaskudzić.

Dziś znowu zdarzył się dotyk w stylu anioła. Tym razem w Zabrzu. Chodzi o piłkarza, którego od czasu kiedy sfrunął na śląskie boiska - uwielbiam. Zachwycił mnie na starcie więc z przykrością potem obserwowałem kiedy długimi okresami łopotał bezradnie skrzydłami podfruwając niezdarnie i gubiąc pióra. Jednak nie spuszczałem go już z oczu, bo wiedziałem, że potrafi - przez duże "p". Na skuczenia hejterów i podśmiewajki złośliwców tylko wzruszałem ramionami.

Robert Jeż zachwycił mnie dziś asystą przy pierwszym golu w meczu Górnika z Bełchatowem. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię, refleks, ogląd sytuacji i spostrzegawczość żeby: po pierwsze - wymyślić takie podanie, po drugie - natychmiast wprowadzić pomysł w czyn, a po trzecie - uczynić to z taką niezwykłą chłodną elegancją. No i sposób wykonania - to delikatne trącenie zewnętrzną częścią stopy... Dziw, że nadbiegający Rafał Kosznik od razu uderzył, zamiast najpierw westchnąć z podziwu!

Mało tego; ucieszyłem się, że Jeż dorzucił dziś jeszcze drugą asystę, już zupełnie innego rodzaju. Do jej wykonania potrzebna była z kolei agresja i nieustępliwość. Mam więc nadzieję, że to zwyżka formy, stała tendencja i niejednorazowy wzlot upadłego anioła. Byłoby fajnie gdyby Robert Jeż jeszcze parę takich asyst w tej pożal się Boże dodatkowej fazie ligowego sezonu jeszcze zaliczył. Najlepiej w meczach z drużynami z Warszawy i Poznania.

Bolesne upadki nauczyły Słowaka skromności. Niech mu się darzy.

PS Gdybym miał wybrać obcą nację, która najbardziej zasłużyła się dla śląskiego futbolu - ostatnie lata sprawiają, że na czoło w tej nieformalnej klasyfikacji zdecydowanie wychodzą Słowacy. Kiedy się u nas pojawiali myślałem, że będą pasować, bo niosą za sobą nieustępliwość, twardość i zadziorność. Tymczasem pasują, bo przynieśli finezję, pomysłowość i technikę. Nie sądziłem, że to tak zdolni piłkarze.

Poniższa drużyna  (jedenastka plus siedmiu rezerwowych) gdyby mogła zagrać razem - zdobyłaby moim zdaniem mistrzostwo Polski. Mylę się? Dorzucilibyście tu jeszcze kogoś?

Voila: Putnocky "Ruch" (M.Pesković "Polonia" i "Ruch") - Hricko "Polonia" (Farkas "Ruch Radzionków" i GKS Katowice"), Stano "Polonia" i "Podbeskidzie", Kolcak "Podbeskidzie"* - Gergel "Górnik" (Cicman "Piast"), Bażik "Polonia", Barcik "Polonia" (Sloboda, "Podbeskidzie"), Grendel "Górnik", Straka "Ruch" (Vascak "Polonia"), Izvolt "Piast" (Balaz "Ruch") - Demjan "Podbeskidzie" (Fabusz "Ruch").

Właściwie każdy z tych zawodników zdobył sobie w Polsce szacunek, wdzięczność lub uznanie. A żeby miał kto nimi kierować - na ławce dorzućmy jeszcze trenera  Michala Vicana (a jako asystenta - Jana Kociana).

może was zdziwi obecność w tym zestawieniu Kolcaka, ale bardzo podoba mi się jego agresywny styl gry. Taki przecinak i ochroniarz musi być w każdej drużynie.

czwartek, 16 kwietnia 2015
Walka

Jestem pod wrażeniem ćwierćfinałów Ligi Mistrzów. Wspaniałe mecze kolejny raz uzmysłowiły na czym polega różnica między nami a nimi.

Moim zdaniem także na rozumieniu i wprowadzaniu w czyn słowa "walka".

Wydaje mi się, że w Polsce ciągle chodzi o bezpardonowe fizyczne starcia na wyniszczenie. Jak wiadomo piłka może przejść, rywal już nie. Rekord pobił we wrześniu 1997 roku w meczu GKS-u Katowice ze Stomilem Olsztyn śp. Adam Ledwoń. Widziałem to na własne oczy: po starciach z „Ledkiem” Szulik i Tereskinas zeszli ze złamanymi nosami, a Gadziała odniósł kontuzję stawu skokowego...

Tymczasem w Europie chodzi już teraz o tempo gry. Mecz Atletico z Realem był jednym z najlepszych i... najszybszych bezbramkowych meczów jakie widziałem. Piłkarze walczyli na niezwykłym poziomie aktywności i w ciągłym ruchu. Rozbity łuk brwiowy Mandżukicia zdarzył się przy okazji.

Właśnie dlatego często chce mi się śmiać kiedy po meczu polskiej ligi słyszę kiedy piłkarz schodząc do szatni mówi: "to był mecz walki". Wśród dziennikarzy przyjęło się, że to sformułowanie-wytrych mające pokryć nijakość widowiska. Zauważcie: w Polsce  nikt z piłkarzy nie mówi o walce kiedy w trakcie zakończonego właśnie spotkania padło wiele bramek...

Powinniśmy chyba zacząć rozumieć ten termin inaczej (oczywiście chodzi mi o tych, którzy pozostali przy starym rozumieniu:). Wygląda na to, że powoli odchodzi do lamusa powiedzenie: "lepiej mądrze stać niż głupio biegać" (właściwie już odeszło, piszę w czasie teraźniejszym żeby choć trochę odsunąć od siebie poczucie, że mi przykro, bo to powiedzenie forowało przecież myślących piłkarskich artystów, których wszyscy kochamy).

Era elfów minęła. Czas na powiedzenie: "lepiej mądrze biegać niż głupio biegać". Czas na erę orków.

Konkluzja z tego taka, że poziom w Polsce będzie wyższy jeśli poważnego meczu nie będzie już można wygrać na stojąco, samą inteligencją. Inteligencja oczywiście nie zginie. Ba; w ciągłym biegu przyda się jeszcze bardziej!

PS Jürgen Klopp potrafi pociągnąć za sobą tłumy. Pokochali go zarówno w Moguncji jak i w Dortmundzie. Dokonał niezwykłych rzeczy. Ale dla mnie to czy jest trenerem, który na stałe wszedł do światowego topu - okaże się dopiero właśnie teraz. W następnym klubie. 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

09:30, pavelczado , żal
Link Komentarze (10) »
czwartek, 09 kwietnia 2015
Półfinalista PP naprawiał u mnie telewizor

Za chwilę w Poznaniu rewanżowy mecz Błękitnych Stargard w półfinale Pucharu Polski. Z tej okazji chcę przypomnieć historię z mojego ukochanego Załęża. Była tam drużyna, która nie wychylała się z niziutkich lig, ale raz wzleciała niezwykle wysoko - właśnie do półfinału Pucharu Polski. Aż żałuję, że nigdy tego nie widziałem. Niestety: urodziłem się za późno.

Z bogatej historii Baildonu Katowice przypomnę tylko jedną datę: 19 listopada 1967 roku. To dzień chwały, o którym niektórzy pamiętają na Załężu do dziś. W 1/16 finału Pucharu Polski występujący w katowickiej A-klasie piłkarze "Beldony" zagrali z obrońcą trofeum - wielką Wisłą Kraków. Na malutki stadionik obok domu kultury przyszło aż 3200 kibiców. Część z nich oglądała ten mecz z pobliskich drzew, balkonów i dachów.

No i Wisła "utonęła na błotnistym boisku przy ul. Gliwickiej" - jak pisała prasa (było naprawdę błotniste, wiem coś o tym). Gole dla "Beldony", która wygrała 2:1, zdobyli Andrzej Labuzga i Jan Włodarczyk. - Przez cały mecz broniliśmy się na własnej połowie. Udało nam się przeprowadzić dwa kontrataki, po których zdobyliśmy zwycięskie gole. Po meczu byliśmy tak zmęczeni, że w szatni kwadrans dochodziliśmy do siebie, nic nie mówiąc - opowiadał mi kilkanaście lat temu bramkarz tamtej drużyny Edward Krymer. Pan Krymer cierpliwie naprawiał moim rodzicom telewizor kiedy ten się psuł (to był "Ametyst" na czterech długich nóżkach, co za cacko, pamiętam, że programy przełączało się specjalną wajchą:). Pan Krymer pracował oczywiście w hucie Baildon, zresztą jak prawie wszyscy w dzielnicy - również moi kochani rodzice.

Oto skład Baildonu z tamtego historycznego meczu: Krymer - Błaszczyk, Krzemiński, Poloczek, Zając, Kuczera, Szryt, Stobrawa, Tomala (Słaboń), Labuzga, Włodarczyk.

Hutnicy w tamtej edycji PP odpadli dopiero w półfinale, przegrywając z Ruchem w Chorzowie 1:7, choć nawet prowadzili po sensacyjnym strzale Antoniego Szryta. Mecz miał pierwotnie odbyć się na Załężu, ale naciski prezesa Ruchu Ryszarda Trzcionki (ówczesnego wiceministra hutnictwa) spowodowały, że przeniesiono go do Chorzowa. Piłkarzom Baildonu działacze Ruchu obiecali za zgodę na przeniesienie meczu 250 zł, a pół huty oglądało ten mecz dzięki darmowym biletom. Wielkiego sprzeciwu nie było, bo prawie całe Załęże kibicowało wtedy Ruchowi (dziś wschodnia i środkowa część jest generalnie za GKS-em, zachodnia - generalnie za Ruchem).

W latach 60. i 70. drużyna Baildonu pałętała się między A-klasą i ligą terenową, aby na początku lat 80. spaść do klasy B. Drużyna seniorów została rozwiązana w 1988 r. Powód był dość prozaiczny. Piłkarze w szatni mieli piece gazowe, które podgrzewały wodę do kąpieli. Liczniki znajdowały się w domu kultury. Kiedy przejął go prywatny właściciel, nie chciał już płacić za gaz. Dziś to nawet domu kultury w Załężu nie ma. Na jego miejscu (i na miejscu boiska) stoi multikino (które też zdążyłem polubić)...

Dobrze przynajmniej, że do dziś istnieje zaraz obok Moje Skrzyżowanie...

PS Omega widziała tamto 7:1.

poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Czy to przyszły reprezentant Polski

Dzisiejsze Wielkie Derby Śląska bardzo mi się podobały. Emocje, tempo, dramaturgia a i trochę dobrego futbolu. Chciałbym żeby tak było zawsze.

Z meczu podaję dwie obserwacje.

Pierwsza: jedno zagranie może sprawić, że piłkarza należy docenić mimo jego przeciętnej gry. Roman Gergel to dobry zawodnik, choć dziś przeciw Ruchowi nie zagrał najwybitniejszych zawodów. Widziałem już Słowaka w lepszej dyspozycji. Jednak jedno czyste, nienaganne pod względem technicznym uderzenie z powietrza sprawia, że nie mogę się na niego gniewać. Kawał piłkarza. Piękny gol dla Górnika. Brawo!

Druga: jedno zagranie nie może sprawić, że piłkarza należy skreślić mimo jego świetnej gry. Olśnił mnie dziś Michał Helik, moim zdaniem był najlepszym piłkarzem na boisku. Wiem, że wszyscy zachwycają się skutecznością Grzegorza Kuświka i jego świetnym wpasowaniem się w wymogi taktyki Waldemara Fornalika. Słusznie. Ale Helik moim zdaniem może w piłce osiągnąć znacznie więcej niż Kuświk.

Pamiętacie Romana Wójcickiego? To piłkarz, którego odkrył Antoni Piechniczek. Patyczkowatemu chłopakowi z Nysy umożliwił debiut w ekstraklasie kiedy był trenerem Odry Opole. Wójcicki jak na piłkarza wyglądał dość dziwacznie. Ze 193 centymetrami był bocianowato-patyczkowaty i nie wyglądał na zawodnika pewnie stojącego na ziemi. No i co z tego? Miał 19 lat kiedy zaczął grać w lidze, niedługo później zadebiutował w pierwszej reprezentacji. Przypomnijmy, że było to w 1978 roku czyli w czasach kiedy załapać się do reprezentacji Polski nie mógł ktoś przypadkowy. W debiucie u trenera Jacka Gmocha Wójcicki zagrał w parze z Władysławem Żmudą, za plecami miał Jana Tomaszewskiego a przed sobą Kazimierza Deynę, Zbigniewa Bońka i Adama Nawałkę. I co? Dał radę. Na tyle, że przez następne 11 lat łącznie aż 62 razy zagrał w reprezentacji i zdobył medal mistrzostw świata.

Nie twierdzę oczywiście, że Michał Helik zrobi taką karierę jak Roman Wójcicki. Tego nie da się przewidzieć. Na razie łączy ich jedynie patyczkowatość (Helik ma dokładnie tyle samo centymetrów co Wójcicki). Ale w tym chłopaku jest coś co każe mi wierzyć, że może naprawdę daleko zajść. Na razie łapie się do podstawowego składu mimo kilku znacznie starszych i znacznie bardziej doświadczonych kolegów z kadry również aspirujących do gry na tej pozycji.

Oczywiście dziś cieniem na jego grze kładzie się paskudny faul na rozpędzonym Łukaszu Madeju w samej końcówce. Mówcie co chcecie, ale dla mnie była to ewidentna czerwona kartka. Bez dyskusji! Jednak do tego momentu Helik spisywał się świetnie. Skuteczny w odbiorze, bardzo dobrze się ustawiał. Na tyle okrzepł na boisku, że nie boi się starć fizycznych, słownych i wszelkich innych z piłkarzami znacznie starszymi i powszechnie poważanymi (vide: Radosław Sobolewski). Gdybym budował własną drużynę, złożoną z piłkarzy polskiej ligi na pewno chciałbym żeby znalazł się w niej Michał Helik. Nie tak dawno fajny wywiad zrobił z nim Wojtek Todur, wyłania się z niego obraz chłopaka skromnego i zarazem wiedzącego czego chce. Ma 20 lat. W jego wieku Roman Wójcicki debiutował w reprezentacji. Michałowi Helikowi może się to na tym etapie jeszcze nie udać. Ale w przyszłości?

W jego historii jest jeszcze coś fajnego. Otóż w Wielkich Derbach Śląska wreszcie najlepszy jest piłkarz "stond". Michał Helik urodził się w Chorzowie i jest wychowankiem Ruchu. Uff... Nasze kluby potrafią sobie jeszcze same wychować kogoś dobrego.

PS Omega z uznaniem kiwa tarczą.

Archiwum