poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Jose Kante ciągle może być lepszy od Milika

Górnik Zabrze drży o ligowy byt. Niektórzy wierzą, że się uda, inni, że nie.

Moim zdaniem Górnik się utrzyma. Owszem nie gra nadzwyczajnie, ale nie gra przecież na tyle źle by żegnać się z ekstraklasą.

Oczywiście; kiedy Górnika w sezonie 2008/2009 prowadził Henryk Kasperczak też wierzyłem w utrzymanie do końca, nie dopuszczałem do siebie myśli, że Górnik może zlecieć a jednak mleko wtedy się rozlało. Wystarczyłoby żeby wygrał ostatni mecz u siebie z Polonią Warszawa. A jednak przegrał...

Widzę jednak zasadniczą różnicę między tamtym sezonem a obecnym. Wtedy Górnik nie miał bowiem piłkarza, który mógłby go pociągnąć. Transfer Roberta Szczota za potężne pieniądze okazał się zwyczajnym nieporozumieniem. Teraz takiego zawodnika Górnik moim zdaniem ma. Nie chodzi mi nawet o pociągnięcie mentalne, liderowanie ale o umiejętności czysto piłkarskie.

Uważam, że Jose Kante potrafi grać w piłkę. Kilka jego cech mi imponuje. Oglądam go szczególnie uważnie od kilku kolejek i sądzę, że może zbawić Górnika. Zbawić czyli zdecydować o utrzymaniu. W polskich warunkach to piłkarz na którego warto zwrócić uwagę.

Dziś mnóstwo ludzi się z tego zawodnika wyśmiewa. Wyśmiewanie się jest najprostsze. Wiadomo, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Ale tylko dyletant nie dostrzeże zalet Jose Kante.

Przypomina mi się historia Arkadiusza Milika. Długo nie mógł się wstrzelić. Dłużej niż Hiszpan teraz. Pierwszego gola zdobył dopiero w osiemnastym ligowym meczu. Dobrze pamiętam kibiców wrzeszczących wtedy z trybun na trenera (Nawałkę) żeby ściągnął tego nieudacznika (Milika).

Jose Kante na razie zagrał w dwunastu spotkaniach ligowych więc ciągle może wypalić wcześniej niż Milik. Hiszpan stoi jednak pod ścianą. Musi zacząć strzelać szybciej niż obecny zawodnik Ajaksu. Jeśli pierwszego gola zdobędzie za osiemnastym razem to albo nie w Górniku albo dla zabrzańskiej drużyny lecz już na zapleczu.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

środa, 20 kwietnia 2016
Możecie pokopać przy krakowskim rynku

Wiadomo, że futbol przyciąga uwagę świata, bo niemożliwe jest żeby nie przyciągał. To powoduje, że czasem - lub częściej niż czasem - jest wykorzystywany w złych celach. Także dlatego świat futbolu i świat polityki połączony jest mocnym ściegiem. Wszyscy wiemy, że futbol nie powinien mieć wiele wspólnego z polityką i wiemy, że zawsze miał i zawsze będzie miał.

Śledzenie sposobów przenikania polityki do futbolu, powodów dla których się tak dzieje, natężenia tych zjawisk i porównywanie ich w różny sposób jest fascynujące. Tematowi została poświęcona trzecia "Kopalnia".

"Kopalnia" jak zwykle zabierze Was w podróż po świecie: odwiedzicie m.in. Syrię, Argentynę, Węgry, Chile i... Radlin. Do Radlina zabiera Was Czadoblog, bo i on - na zaproszenie twórców idei - wtrącił swoje trzy grosze.

Książkę można kupić obecnie w dobrych księgarniach (a bezpośrednio u twórców). A jeśli chcecie nie tylko poczytać, ale i pogadać z niektórymi jej twórcami - akurat przytrafia się dobra okazja. Już jutro (czyli w czwartek) o godz.18.30 w De Revolutionibus Books&Cafe przy ul. Brackiej 14 w Krakowie (to jedna z ulic odchodzących od rynku) odbędzie się spotkanie z okazji wydania trzeciego tomu "Kopalni" czyli pretekst do pogadania o futbolu.

Pojawią się Michał Okoński (Tygodnik Powszechny, Sport.pl), Rafał Stec, Michał Szadkowski (obaj Gazeta Wyborcza i Sport.pl), Michał Trela (Przegląd Sportowy), Piotr Żelazny (Rzeczpospolita) oraz Czadoblog. Kto choć trochę zna tych ludzi, wie, że uwielbiają gadać o piłce, to właściwie same gaduły. Sami możecie z nimi pogadać. Szczegóły spotkania - TUTAJ. Zapraszam.

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

20:24, pavelczado , Książki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Za to szanuję Legię Warszawa

Muszę przyznać, że ostatni mecz Legii tak mnie znudził, że przełączyłem po kilkunastu minutach, ale jednak i tak bardzo cieszę się, że włączyłem transmisję. Warto było - choćby dlatego żeby zobaczyć w jaki sposób w Warszawie honoruje się Wielkie Persony.

Sposób w jaki uhonorowano w ostatnich dniach Lucjana Brychczego w Legii zasługuje na ogromny szacunek i budzi mój autentyczny podziw (klub m.in. nadał jego imię trybunie przy Kanale Piaseczyńskim).

Legia rzeczywiście jest wielkim klubem, bo tylko wielkie kluby potrafią w tak godny sposób dbać o pamięć i wysławiać własne legendy. Nigdy nie widziałem gry Lucjana Brychczego, ale od wielu ludzi, którzy wiedzą co mówią, a którzy do tego z nim grali, słyszałem słowa pełne jedynie podziwu i szacunku.

Nie ukrywam: żałuję oczywiście, że Lucjan Brychczy nie wrócił po zakończeniu służby wojskowej na Górny Śląsk, bo miałby pewne miejsce w każdym z naszych wielkich klubów. Pokochał jednak stolicę, a stolica pokochała jego i z tego uczucia wyrosło coś naprawdę wspaniałego. Wystarczyło zresztą tylko spojrzeć na Pana Brychczego jak walczy ze wzruszeniem kiedy przed ostatnim meczem stał na środku boiska i odbierał owację na stojąco od 30 tysięcy ludzi.

Chapeau bas!

PS Oczywiście nie znam się na historii Legii Warszawa i nawet nie udaję, że mogłoby być inaczej. Dlatego z zainteresowaniem czekam na wszelkie tworzone przez specjalistów i znawców wydawnictwa, które ukażą się z okazji tzw. stulecia tego klubu. Jestem bowiem bardzo ciekaw jak zostanie umocowana ciągłość historyczna między drużyną legionową założoną na prowincji w 1916 roku a Wojskowym Klubem Sportowym powstałym w 1920 roku w Kasynie Oficerskim Zamku Królewskiego w Warszawie. Z zainteresowaniem zapoznam się z wszystkimi dokumentami świadczącymi o tej ciągłości. Ogromnie na to liczę, bo z tego co słyszę będą powołania się na dokumenty dotąd jeszcze nie wykorzystywane. Czy właśnie z tego okresu? Oczywiście z okazji stulecia składam Legii serdeczne życzenia pomyślności bez względu na to kiedy to stulecie ostatecznie przypada.

PS1 Na koniec jeszcze parę słów o innych dyscyplinach sportu. Zarówno hokej jak i siatkówka są bardzo widowiskowe, ale wiem, że w Polsce hokej ma nad siatkówką jedną zasadniczą przewagę. Otóż przepisy Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie (IIHF) zabraniają prowadzenia dopingu przez tzw. "wodzirejów", co ma niestety miejsce choćby podczas imprez siatkarskich. W kontekście zbliżających się mistrzostw świata, które odbędą się wkrótce w Katowicach to przypomnienie wywołuje u mnie westchnienie ulgi.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski w piłce nożnej powinna wrócić na Stadion Śląski.

niedziela, 17 kwietnia 2016
Siedzi w błocie hipopotam

Wiadomo, że trener często ma inne powody żeby spotykać się z dziennikarzami na pomeczowej konferencji niż dziennikarze żeby spotykać się z trenerem. Czasami to zjawisko przyjmuje jednak tak osobliwe formy, że trzeba zareagować.

Byłem dziś na meczu GKS-u Katowice z Olimpią Grudziądz (0:2). Spotkanie bardzo mi się nie podobało. Przykro to pisać, ale najbardziej efektowny był zachód słońca nad Tauzenem za Blaszokiem.

Tymczasem na pomeczowej konferencji trener Jerzy Brzęczek, ku mojemu zdumieniu, stwierdził, że jest to... pierwszy mecz kiedy jego drużyna mimo porażki zagrała bardzo dobre spotkanie. Powiedział tak: - Patrząc na to z jakim zaangażowaniem, jaką pasją i z jaką chęcią zdobycia bramki - przynajmniej jednej - poruszali się moi zawodnicy, myślę, że zabrakło skuteczności. Patrząc na to jak drużyna walczyła, jak rozgrywała piłkę, jak dochodziła do sytuacji strzeleckich jestem z tego bardzo zadowolony, dumny. Rozumiem rozgoryczenie kibiców. Jeśli drużyna przegrywa kibice mogą krytykować, ale po takiej porażce nie może być tak że piłkarze są wyzywani. Obiektywni kibice nie mogą zarzucić drużynie, że nie chciała. Będę pierwszy, który będzie ich krytykował jeżeli nie będzie zaangażowania i wtedy wezmę to na siebie. Ale nie po takim meczu jak dzisiejszy na którym było widać do ostatniej sekundy, że chcemy....

Minęły czasy kiedy łatwo było mi krytykować. Muszę jednak stwierdzić, że nie podobały mi się te słowa.

Po pierwsze: uważam, że trener nie jest od tego żeby brać na siebie winę za brak zaangażowania. Zaangażowanie nie powinno tak naprawdę zależeć od trenera i myślę, że w ogóle nie powinien nim się zajmować. Zaangażowanie powinno być czymś zwyczajnym, a jeśli piłkarz nie jest zaangażowany to powinien być wyrzucony z drużyny. Trener jest moim zdaniem przede wszystkim od tego żeby jego piłkarze potrafili dobrze grać w piłkę czyli z rozmachem konstruować akcje ofensywne czy też dokonywać na boisku dobrych wyborów, w razie potrzeby umiejętnie się bronić itd. W meczu z Grudziądzem piłkarze GKS-u nie zaprezentowali niczego co mogło zapierać dech w piersiach. Przykro pisać, ale nie pamiętam ani jednej dobrej akcji w ich wykonaniu. 

Po drugie: piłkarze nie powinni być wyzywani nigdy, w żadnych okolicznościach. Po żadnej porażce nie powinno się ich wyzywać. Dziś zasłużyli, owszem, na ostre wygwizdanie. Na wyzywanie - w żadnym wypadku.

Po trzecie: nie rozumiem jak można być dumnym po porażce z zespołem walczącym o utrzymanie jeśli zajmuje się znacznie wyższe miejsce w tabeli a porażka nie jest usprawiedliwiona trudną sytuacją kadrową.

Po czwarte  (to zabolało mnie chyba najbardziej): przypuszczam, że trener Brzęczek w przypadku tego meczu niekoniecznie myśli co uważa. Rozgrywa. Mam przeświadczenie, że powiedział tak a nie inaczej, bo chodzi mu o relacje z zespołem. Piłkarze często z uwagą wysłuchują z odtworzenia co trenerzy mówią na pomeczowych konferencjach. Często jest więc tak, że doskonale zdający sobie z tego sprawę szkoleniowiec mówi do tych na których najbardziej mu zależy czyli do zawodników (niektórzy dziennikarze naiwnie myślą, że mówi do kibiców). Istnieje chyba pewna prawidłowość: Brzęczek raczej krytykuje po dobrych meczach i raczej nie krytykuje po słabych, ale tym razem - uważam - nie musiał mówić tego co powiedział.

Trener GieKSy zaskoczył mnie czymś jeszcze. - Żal zawodników, którzy teraz siedzą w szatni i zastanawiają się czy naprawdę grali źle. Niech każdy obiektywnie postara się to ocenić czy zasłużyli na to żeby mówić, że nie zasłużyli na to żeby grać w GKS-ie. Moim zdaniem zasługują i to pokazali. Jeśli ktoś jest niezadowolony z mojej pracy ja mogę w każdej chwili odejść - stwierdził na koniec.

Bardzo istotne jest dla mnie ostatnie zdanie. Nikt, jak przypuszczam, nie chce pozbywać się z GieKSy trenera Brzęczka. Ma przecież powalczyć o awans. Sam w grudniu stwierdził, że drużyna chce o to walczyć. Skoro chce to oczywiście musi wierzyć, że to możliwe. Nikt drużynie nie będzie wyrzucał, że ten sezon jest stracony. Chodzi głównie o to żeby GieKSa wreszcie realnie włączyła się do walki o ten cholerny awans, bo przez ostatnie dziewięć lat zastygła w błocku na zapleczu ekstraklasy i tapla sie tam niczym hipopotam w wierszyku Wandy Chotomskiej:

Siedzi w błocie hipopotam, 

chlupopotam, chlapopotam,

chlapobłotam, chlupobłotam,

plamobłotam, piegobłotam,

hipobłotam, hipopsotam

- boi się wychylić z błota.

Zdążyło urosnąć kibicowskie pokolenie GieKSiarzy, które nie pamięta już nic innego oprócz tego taplania. Raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy bardzo dobrze, nigdy bardzo źle. Taplanie. Taplanie. Taplanie. Brzęczek przychodził na Bukową żeby tę ekipę pobudzić, żeby dać ożywczy impuls. Wyciągnąć ten klub z błotka. A on teraz mówi, że jak komuś się nie podoba, to on może odejść?!

Moim zdaniem trener, któremu bardzo zależy, który ma do roboty w konkretnym miejscu przekonanie - nie powinien tak mówić. Wiadomo, że nikt nie może dać się szmacić i trzeba zachować godność. Ale hasła tego rodzaju nie przekonują bynajmniej, że Brzęczkowi zależy na tej robocie, że widzi w niej sens. A przyznacie, że GieKSa powinna mieć trenera, który ten sens jednak widzi.

Żeby było jasne - życzę trenerowi Brzeczkowi sukcesów i awansu. Niestety, jestem już stary i dlatego zaczyna mnie łapać coś co Francuzi nazywają l'esprit de l'escalier. Dosłownie! Nikt nie zadał szkoleniowcowi pytania na konferencji prasowej. Dopiero po jej zakończeniu, już na schodach pomyślałem, że warto było jednak spytać trenera Brzęczka co w grze katowickiej drużyny podczas meczu z Olimpią Grudziądz było jego zdaniem najwspanialsze i który moment konkretnie napełnił go szczególną dumą.  

PS Byłem również na meczu Piasta. Było mi bardzo przykro kiedy po meczu z Cracovią i zwycięstwie straconym w ostatniej minucie szedłem przez miasto w grupie gliwickich kibiców i chcąc nie chcąc słyszałem co mówią. Bardzo zdziwiło mnie, że nie są zmartwieni, że nie są wściekli. Nie, nie na piłkarzy - przede wszystkim na to, że stracili dystans do Legii. Tymczasem oni liczyli punkty i cieszyli się, że drużyna z trzeciego miejsca do Piasta nie nadrabia. Skupiali się na tym, że wicemistrzostwo jest coraz pewniejsze zamiast denerwować, że ucieka być może jedyna szansa na mistrzostwo za ich życia. Ciągle są duże szanse na to żeby Gliwice były kojarzone z Leicesterem. Bycie Tottenhamem może zadowalać dopiero kiedy niezwykła szansa przepadnie. Na razie ciągle istnieje. Jak można w takiej sytuacji napawać się przewagą nad Pogonią?! Nie rozumiem tego.

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Łatwy sposób Ruchu na zarobek

Całe to dzisiejsze kuriozalne zamieszanie związane z ligą jest kolejnym dowodem na to jakim beznadziejnym ruchem było wprowadzenie systemu ESA 37. To proste: gdyby liga istniała w tradycyjnej postaci nie byłoby tego dziwacznego zamieszania, bo nikt nie musiałby przecież dokładać lub odejmować punktów w przestrzeni między ósmym a dziewiątym zespołem przed kolejną fazą, a to funduje nam dzisiejszy regulamin. Tym bardziej zdumiewające jest więc, że przy całym tym rozgardiaszu w górnej ósemce zagra ostatecznie osiem zespołów, które w ciągu trzydziestu kolejek zdobyły najwięcej punktów. Szok!

Żal mi Podbeskidzia, które gdyby nie system ESA-37 nie przeżywałoby takich huśtawek nastrojów, dzielną postawą sobie na to przecież nie zasłużyło.

Gdybym był z kolei na miejscu działaczy Ruchu oddelegowałbym pracownika albo dwóch do przeczesywania internetu, namierzył wszystkich namierzalnych gości sugerujących pod imieniem i nazwiskiem brudny układ z Lechią (anonimowymi opiniami oczywiście bym się nie przejmował, na tchórzy nawet się nie spluwa) i oskarżył o zniesławienie. Ziarnko do ziarnka a mogłaby się zebrać niezła sumka z wygranych procesów:)

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

23:49, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (24) »
niedziela, 10 kwietnia 2016
Znakomity pomysł na wyjście z sytuacji

Węzeł zrobił się tak zagmatwany, że moim zdaniem niemożliwe jest go rozsupłać nie krzywdząc którejś ze stron. Kompromitacja systemu ESA-37 jest tak ogromna, że zaradzić temu może tylko radykalne wyjście. Pozwalam je sobie zaproponować, bo krytykuję konsekwentnie i niezmiennie ten system od grudnia 2012 roku (pozdrawiam wszystkich z podobnym stażem). 

Wiem, że nie zmienia się zasad w trakcie sezonu, ale cały ten  - przepraszam za słowo - syf można zakończyć w jeden sposób. Otóż sezon powinien zakończyć się już... teraz! Nie powinno się dogrywać pozostałych siedmiu kolejek! Tak uważa Antoni Piechniczek, a ja się z nim w pełni zgadzam.

Co Wy na to? 

Oczywiście ten plan wymaga doprecyzowania. 

Miałyby prawo narzekać zespoły na obecnych miejscach spadkowych i miałyby prawo narzekać zespoły walczące o mistrzostwo.

W przypadku pierwszym: zespół z szesnastego miejsca walczyłby w barażu o ekstraklasę z trzecim zespołem pierwszej ligi a zespół z piętnastego miejsca walczyłby w barażu o ekstraklasę z czwartym zespołem pierwszej ligi (mecz i rewanż). Do ekstraklasy wchodzą pierwsza i druga drużyna pierwszej ligi, a w przyszłym sezonie najwyższa klasa rozgrywkowa liczy 18 zespołów i rozgrywa się 34 kolejki w najbardziej sprawiedliwym systemie mecz i rewanż. 

W przypadku drugim: zespół z pierwszego miejsca walczy w barażu o mistrzostwo z zespołem z drugiego miejsca. Tylko jeden mecz o wszystko na terenie lidera po 30 kolejkach.

To najważniejsze, rozstrzygnięcia wymagałoby jeszcze doprecyzowanie kwestii pucharowiczów. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla wielu to fantastyka, tym bardziej, że już pojawił się poważny pomysł rozegrania barażu o miejsce w ósemce między Ruchem a Podbeskidziem w Gliwicach czy też w Tychach. To na baraż to jednak pomysł na doraźne rozwiązanie problemu. Parszywy system z mnóstwem dziur w burtach trwałby nadal. Powyższe rozwiązanie zdusza ESA-37 w zarodku i rozgniata łeb hydrze.

Co Wy na to?

PS A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

13:35, pavelczado , Akcje
Link Komentarze (40) »
sobota, 09 kwietnia 2016
Coście, krawaciarze, uczynili z tą krainą

Debilizm w polskiej ekstraklasie właśnie osiągnął punkt kulminacyjny. Winę za to ponoszą wszyscy przemądrzali "specjaliści" od różnych specjalności, którzy nie wiadomo dlaczego mieli bezpośredni i pośredni wpływ na kształt regulaminu ligi: ci wszyscy marketingowcy, finansiści, ekonomiści, prawnicy, publicyści (ha, ha) oraz reszta ynteligentów i yntelektualistów którym objawiło się, że Polacy są przecież mądrzejsi niż inne nacje i wiedzą lepiej jak organizować najważniejszy sport.

To co się właśnie zdarzyło - cały ten absurdalny mętlik i dziwaczne rozstrzygnięcia, co do których nie mogę mieć nawet pewności czy są ostateczne - powinno być ostatecznym krachem systemu futbolowej korporacji. Wsadźcie sobie między Scyllę i Charybdę wasze wykresy i prognozy. Właśnie w tej chwili jesteśmy świadkami jednej z największych kompromitacji "myśli organizacyjnej" polskiego futbolu. 

Co jeszcze musi się zdarzyć żeby kompromitujący Polskę system podziału na grupy odszedł w niebyt? Jak dla mnie winni wcale nie muszą przyznawać się do winy, mam to gdzieś, w zamian proszę tylko o jedno.  Proszę: niech od razu, już w przyszłym sezonie 2016/17 znowu będzie normalnie. Proszę po raz setny - nie uatrakcyjniajmy regulaminu na siłę. Bo regulamin jest przede wszystkim od tego żeby w możliwie jak najbardziej sprawiedliwy sposób wyłonić mistrza Polski. Uatrakcyjnianie regulaminu na siłę przez ludzi, którzy formatują go w mechanizm mający mnóstwo dziur musi skończyć się farsą. 

Śmieją się z niej zagranicą. Jak choćby trener Radoslav Latal, który po meczu Piasta z Jagiellonią "reformę" nazwał katastrofą. To wprowadzenie "reformy" i zaistnienie "systemu" daje możliwość kompromitacji aż na taką skalę!

Nikt na świecie nie będzie teraz dyskutował o naszym Narodowym Modelu Gry. Za górami i morzami właśnie dławią się na wieść o naszym Narodowym Modelu Organizacji. Lepszych krawaciarzy-myślicieli niż u nas nie ma na całym świecie. Oni byli, są i będą zadowoleni. Do tego są tak zadufani, że byliby zdziwieni gdyby zwykli ludzie mogliby mieć do nich pretensje o to co się stało. Zdziwiliby się gdyby ktoś mógłby spytać czyja to wina, że polska ekstraklasa jest jedyną na świecie, w której po zakończeniu wszystkich meczów nie do końca wiadomo jaka jest kolejność.

PS milcząco protestuje.

22:12, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (18) »
piątek, 08 kwietnia 2016
Tak łoiło się Związek Radziecki!

Dokładnie czterdzieści lat temu, 8 kwietnia 1976 roku hokejowa reprezentacja Polski rozegrała najsłynniejszy mecz w historii. W Katowicach - gdzieżby indziej - pokonała na mistrzostwach świata Związek Radziecki 6:4.

Dziesięć lat temu z tej okazji napisałem z kolegą poniższy tekst. Za każdym razem ta historia jest dla mnie niezwykła. Można się wzruszyć...

Gratulacje. Stop. Gaz. Stop. Ropa. Stop

"Zwycięstwo nad ruskimi, sukces nad takim mocarzem to było naprawdę coś!" - 8 kwietnia 1976 roku doszło na mistrzostwach świata grupy A w Katowicach do gigantycznej sensacji

Do turnieju w Katowicach ZSRR przystępował w 1976 roku jako zdecydowany faworyt. Dwa miesiące wcześniej zespół trenera Borysa Kułagina efektownie wygrał igrzyska w Innsbrucku. Polskę pokonał wtedy 16:1, co przyjęto u nas jako coś najnormalniejszego pod słońcem. Kibice zakładali się nawet, czy Rosjanie wygraliby z nami, mając o jednego zawodnika mniej na lodzie.

Nic dziwnego, że w przeddzień meczu nikt nie dawał biało-czerwonym najmniejszych szans. Pesymiści wskazywali na statystykę: 0 zwycięstw, 0 remisów, 25 porażek. Stosunek bramek 31:255.

8 kwietnia 1976 roku o godz. 19.30 w hali Spodka rozpoczęła się ceremonia otwarcia mistrzostw. Zdzisław Grudzień, członek Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Katowicach, przemawiał: "Nasz region jest regionem ludzi węgla i stali, którzy od lat kultywują wspaniałe tradycje sportu robotniczego".

Telewizja nie przeprowadziła bezpośredniej transmisji meczu, bo nikt nie wierzył, że może on przejść do historii polskiego sportu. Kiedy hokeiści się rozgrzewali, TVP nadawała audycję z cyklu "Przypominamy, radzimy" pod tytułem "Wiosna w sadzie". Gdy Polacy zdobywali pierwsze gole, na ekranach był 10. odcinek serialu "Ile jest życia", a potem magazyn kulturalny "Pegaz". Dopiero o godz. 23 zaczęła się relacja z otwarcia mistrzostw i obszerne fragmenty meczu komentowanego przez Stefana Rzeszota. Sensacyjna wieść lotem błyskawicy rozeszła się już po kraju i kto mógł, zasiadał przed telewizorem.

Wytrzymać jak najdłużej

Laik mógłby pomylić drużyny - nasi grali w czerwonych strojach, rywale w biało-czerwonych. Rosjanie zaczęli pewni siebie. 14-krotny mistrz świata i pięciokrotny mistrz olimpijski miał w składzie nazwiska przyprawiające o zawrót głowy: Władysław Tretiak, Walery Charłamow, Borys Michajłow, Aleksander Jakuszew i Aleksander Malcew.

Trener polskiej kadry Józef Kurek, w młodości niezły hokeista, olimpijczyk z Cortiny d'Ampezzo (1956) i Innsbrucka (64), prosił podopiecznych, żeby trzymali się jak najdłużej. - Mieliśmy nie dać się rozgrzać radzieckiej maszynie. Każdy pamiętał, że mogli nam strzelić trzy gole w minutę - kiwa głową napastnik Wiesław Jobczyk, który dzięki temu meczowi przeszedł do historii. Wspólnie oglądamy mecz na jego laptopie. Płytę z nagraniem dostał kilka lat temu w prezencie od telewizji.

- Taktyka była prosta: grać z kontry. Na szczęście Rosjanie nas zlekceważyli. Myśleli, że mecz będzie dla nich treningiem, przetarciem przed prawdziwą walką z Czechami czy ze Szwedami. Mieliśmy dużo szczęścia, ale nasi chłopcy się spięli. Bramki padały po kontratakach, jak ustaliliśmy w przedmeczowych założeniach - wspomina 73-letni dziś Kurek, który w rodzinnej Krynicy prowadzi z synem firmę budującą apartamentowce.

Mecz zaczął się znakomicie. Po kwadransie i golach Mieczysława Jaskierskiego i Ryszarda Nowińskiego było 2:0, w 34. min Polacy prowadzili już 4:1. Wtedy Aleksandra Sidelnikowa zastąpił w bramce najlepszy bramkarz świata, słynny Władysław Tretiak. Nie pomogło. Z minuty na minutę Rosjanom było coraz trudniej. 10 tysięcy ludzi darło się w Spodku wniebogłosy, coraz bardziej wietrząc sensację. Ale wszystko zaczęli fani z Czechosłowacji, którzy zostali na trybunach po wcześniejszym meczu ich drużyny z NRD. Doskonale znali się na hokeju, widzieli, że Rosjanom tego dnia nie idzie.

Byle wybić krążek

W polskiej drużynie wszyscy zasłużyli na słowa uznania, ale do historii przeszli dwaj zawodnicy. Kapitalnie strzelał 21-letni Jobczyk z Baildonu Katowice, który zdobył trzy bramki, w bramce fantastycznie spisywał się zaś 30-letni Andrzej Tkacz z GKS-u Katowice. Został okrzyknięty najlepszym graczem spotkania, a przecież niewiele brakowało, by w ogóle nie zagrał. Dzień wcześniej przed hotelem, gdzie mieszkała nasza ekipa, został pobity przez esbeków. We wracającym z wieczornych zajęć studencie AWF nie rozpoznali reprezentacyjnego bramkarza. - Wrzucili mnie do samochodu i mocno okładali. Dostałem też gazem po oczach. Dopiero jakiś wyższy rangą oficer wyjaśnił całą sytuację - wspomina.

Tkacz w drużynie narodowej zagrał 150 razy. Osiem razy wystąpił na mistrzostwach świata: cztery razy w grupie A i tyle samo w grupie B. Dziś nie może się pogodzić z tym, że niewielu kibiców pamięta inne mecze Polaków z tamtego okresu. - Graliśmy często o wiele lepsze spotkania. W 1975 roku wygraliśmy z USA, zremisowaliśmy z Finlandią i zajęliśmy piąte miejsce w grupie A. Podczas mistrzostw w Katowicach dużo lepiej zagrałem przecież ze Szwecją. Choć przegraliśmy, obroniłem aż 69 strzałów! Ale tak już chyba zostanie, że kibice zawsze będą wspominali wygraną z Wielkim Bratem - mówi Tkacz, który dziś uczy hokeja studentów katowickiej AWF.

Końcówka meczu z ZSRR była dramatyczna. Trener Kurek: - W sukces uwierzyłem dopiero na trzy minuty przed końcem, kiedy karę dwóch minut dostał Jurij Lapkin. Jobczyk: - W 59. min strzeliłem na 6:3 i już wiedziałem, że tego meczu nie przegramy. Ale Rosjanie zaraz potem zdobyli czwartego gola i walka trwała do samego końca...

Po zakończeniu kariery Jobczyk został biznesmenem. Prowadzi firmę importującą armaturę przemysłową.

Jednym ze szczęśliwców, którzy uczestniczyli w tym meczu, był też czterokrotny olimpijczyk Henryk Gruth, najlepszy obrońca w historii polskiego hokeja. Miał wówczas 19 lat i na tamtych mistrzostwach był jeszcze rezerwowym obrońcą. W meczu z ZSRR zagrał w samej końcówce. Do dziś pamięta, że ani razu nie wyjechał z własnej tercji. - Napór Ruskich był ogromny. Nam chodziło tylko o to, żeby wybić krążek byle dalej od własnej bramki - wspomina. Dziś Gruth jest trenerem ligowej drużyny z Zurychu.

- Cóż, Polska była lepsza. Nie graliśmy dobrze, ale porażki się nie spodziewałem - zdołał wykrztusić po meczu trener Kułagin. Ale Tkacz i Jobczyk są zgodni: na dwadzieścia meczów z ZSRR nasz zespół był w stanie wygrać najwyżej raz. Akurat ten jeden raz zdarzył się w Katowicach.

Szybko zjedli i poszli

Po meczu na trybunach zapanował entuzjazm, a w loży honorowej panika. I sekretarz Grudzień chyłkiem wymknął się z loży. Gazety dostały rozkaz wyciszenia sukcesu, więc nazajutrz na czołówkach dominowała gospodarska wizyta Edwarda Gierka w Skierniewickich Zakładach Urządzeń Odpyleniowych i Wentylacyjnych "Rawent", Spółdzielnię Kółek Rolniczych w Kurzeszynie i budujący się zakład mięsny w Rawie Mazowieckiej. Gdzieś na dole strony schowana była tego dnia informacja, że sąd wojskowy skazał mistrza olimpijskiego w szabli Jerzego Pawłowskiego na 25 lat więzienia za szpiegostwo na rzecz NATO. W jednej ze sportowych gazet przemówienie Grudnia i wyniki pozostałych meczów znalazły się na pierwszej stronie, a mała relacja ze zwycięskiego meczu polskich hokeistów na środku drugiej z krótkim tytułem: "Polska - ZSRR 6:4".

Żegnani przez uszczęśliwionych kibiców hokeiści pojechali do Novotelu w Sosnowcu, gdzie mieszkały wszystkie ekipy oprócz Amerykanów. - W drzwiach hotelu czekał na nas z kwiatami rozanielony kapitan Czechów František Pospišil (ostatecznie to oni wywalczyli mistrzostwo). Podczas kolacji przy naszym stole co chwila były salwy śmiechu, przy radzieckim cisza. Gdyby po ich stole przeszła mysz, tobyś ją usłyszał. Głowy zwieszone, szybko zjedli i poszli - wspomina Gruth.

Telefony od rodaków dzwoniły bez przerwy, w kilka godzin przyszło ze 200 telegramów z gratulacjami. - Śmialiśmy się, że wśród nich był też od Breżniewa o treści: "Gratulacje. Stop. Gaz. Stop. Ropa. Stop" - żartuje Jobczyk. Jednak wbrew powszechnej opinii hokeiści nie traktowali zawodników ZSRR jak wrogów. - Nie było mowy o nienawiści do przedstawicieli reżimu, raczej ich... podziwialiśmy. To byli nasi koledzy, przecież często spotykaliśmy się na turniejach - dodaje Jobczyk. - To byli normalni ludzie, jak my, tylko że dużo lepiej grali w hokeja. Zdarzało się, że w przerwach między różnymi meczami przychodzili do nas na papierosa - dodaje Tkacz.

- Dzisiaj różnica między Polakami a najlepszymi drużynami nie jest tak wielka jak wtedy. Na pewno nie byłoby teraz dwucyfrowego wyniku. Jeśli jednak w piłce stać nas na sensacyjną wygraną z Brazylią, to w hokeju zwycięstwo na przykład z Rosją jest raczej niemożliwe. Technika jazdy, wyszkolenie techniczne, przygotowanie fizyczne - tym nas biją na głowę - przyznaje Leszek Lejczyk, dyrektor sportowy Polskiego Związku Hokeja na Lodzie.

Zegarek zamiast "malucha"

Ta historia nie ma, niestety, szczęśliwego zakończenia. Następnego dnia zmęczeni Polacy przegrali z Czechosłowacją 0:8, a na koniec mistrzostw świata spadli z grupy A. Zdecydowała o tym porażka w ostatnim meczu z RFN (zwycięski gol dla Niemców padł 21 sekund przed końcem gry).

Niektórzy rozczarowani kibice stwierdzili, że to... spisek samych zawodników! Mieli specjalnie stracić tę bramkę, bo bardziej opłacało im się jechać rok później do egzotycznej Japonii na mistrzostwa grupy B niż do Pragi na kolejne gry z najlepszymi.

- To wyjątkowa bzdura. Starsi zawodnicy, w tym ja, w Japonii byli wcześniej ze trzy razy, więc nie była to dla nas żadna atrakcja - ucina Tkacz.

Mimo niepowodzenia partyjni dygnitarze docenili wysiłek hokeistów. Po turnieju sekretarz Grudzień wręczył im po zegarku. Trener Kurek dostał longinesa z grawerką, zawodnicy po tissocie. Trochę żałowali, bo gdyby Polska się utrzymała, każdy dostałby talon na "malucha".

- Gdyby miał pan wybierać: wygrana z ZSRR czy pozostanie w grupie A? - zapytaliśmy trenera Kurka.

- Zwycięstwo nad Ruskimi. Dla Polaków sukces z takim mocarzem to było naprawdę coś!

Paweł Czado, Piotr Zawadzki

Skład Polski 1976

Polskę w historycznym turnieju reprezentowali:

Robert Góralczyk, Karol Żurek, Wiesław Jobczyk, Andrzej Zabawa (wszyscy Baildon Katowice), Andrzej Tkacz, Henryk Gruth, Kordian Jajszczok, Andrzej Szczepaniec, Marek Marcińczak (wszyscy GKS Katowice), Jerzy Potz, Józef Stefaniak, Ryszard Nowiński, Zdzisław Włodarczyk, Stanisław Szewczyk (wszyscy ŁKS Łódź), Walenty Ziętara, Mieczysław Jaskierski, Stefan Chowaniec (wszyscy Podhale Nowy Targ), Leszek Kokoszka (Legia Warszawa), Henryk Pytel (Zagłębie Sosnowiec), Henryk Wojtynek (Naprzód Janów). Trenerami polskiej reprezentacji byli Józef Kurek i Emil Nikodemowicz.

Archiwum