wtorek, 10 kwietnia 2018
Ciarki

Styk futbolu, polityki i historii zawsze wywołuje we mnie dreszcz. Książka Zbigniewa Rokity sprawia, że na plecach występuje mi ten najbardziej ulubiony przeze mnie rodzaj ciarek.

Jak wiadomo, najbliższy mundial odbędzie się już wkrótce w Rosji. Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium” pokazuje, jakie ta dyscyplina ma znaczenie w kraju gospodarza. Książka pozwala zrozumieć między innymi, czym był futbol w Rosji i jak się tam zmieniał. Ma wiele zalet. Jedną z nich jest fakt, że napisana została językiem, jaki lubię. Żywym, a przy tym niepopadającym w emfazę. Jest w nim miejsce na ironię i humor. Opowiada o świetnych, często nieznanych mi historiach. Jak choćby tę, kiedy rosyjscy piłkarze mają szansę wziąć udział w igrzyskach sztokholmskich w 1912 roku, ale najpierw muszą zapisać się do FIFA. Niezły numer wycinają mieszkający w Petersburgu Anglicy. Nie pytając Rosjan o zgodę, wysyłają do Zurychu, gdzie siedzibę na FIFA, pismo z prośbą o nadanie im członkostwa jako przedstawicieli... Rosji! FIFA nie ma właściwie pojęcia, kto prosi, i... wyraża zgodę! Gieorgij Aleksandrowicz Diupierron, który stojąc na czele futbolu w Petersburgu, robi, co może, żeby to jego FIFA zauważyła (związek rosyjski nie ma jeszcze siedziby, więc korespondencję trzeba słać na adres biblioteki, gdzie pracuje Diupierron...).

Niedługo później Rosję (a więc i futbol) przejmują bolszewicy. W porewolucyjnej Rosji piłka nożna uchodzi początkowo za sport podejrzany. Niektórzy z ideowców twierdzą, że istotą futbolu jest oszukiwanie rywala, a co może być pożytecznego w oszustwie? Bolszewikom chodzi o kiwanie i zwody (sic!). Oni zawsze wiedzieli wszystko lepiej, więc wymyślili „futbol proletariacki”. O co chodzi? Boisko dzieli się na kwadraty, w każdym może znajdować się tylko jeden piłkarz. Zawodnicy mają podawać sobie piłkę. Nie mogą z tym zwlekać: piłka w kwadracie nie może znajdować się dłużej niż pięć sekund... Jakie to szczęście, że te banialuki nie znalazły poklasku w realnym świecie.

Muszę zaznaczyć, że o Rosji dużo w tej książce, ale nie tylko. Jest też m.in. wątek polski – a właściwie górnośląski. Nie dziwię się, że autor podjął ten wątek – losy Ernesta Wilimowskiego rozpalają każdego, kto je pozna. Jest o węgierskich waterpolistach, którzy miesiąc po upadku rewolucji w 1956 roku grają z Rosjanami podczas igrzysk w Melbourne. Mecz jest brutalny, w ruch idą pięści, basen spływa krwią [„Węgier czuje coś ciepłego na twarzy. Dużo krwi (...) Powie później, że cios był tak silny, że zobaczył cztery tysiące gwiazd. Lekarze przeliczają gwiazdy na szwy i wychodzi im trzynaście” – piękne].

Jest też o niezwykłej koszykarskiej rywalizacji litewskiego Żalgirisu z CSKA Moskwa. Centrzy obu klubów – Sabonis i Tkaczenko (obaj 221 cm wzrostu) – są wówczas najlepsi w Europie. Autor przytacza kawał: „Wracają razem z knajpy, zauważyli na ulicy rubla. Zabrali na szczęście. Okazało się, że był to właz do studzienki kanalizacyjnej”... Opowieść kończy się wizytą w Abchazji, gdzie w zeszłym roku odbyły się mistrzostwa świata drużyn, które nie zostały uznane przez FIFA. Przyjechali m.in. Lapończycy, drużyna wysp Czagos, reprezentacja Seklerszczyzny i Cypru Północnego (w finale gospodarze spotkali się z Pendżabem). Zakończenie abchaskiej przygody jest reporterskim opisem przechodzącym właściwie w poezję. Majstersztyk.

Nie zdradzę, sami musicie dać się pochłonąć.

Zbigniew Rokita

Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

wyd. Czarne

08:49, pavelczado , Książki
Link Komentarze (9) »
Archiwum