sobota, 31 maja 2008
La-la-la-la. La-la-la-la.

Po kilku dniach opuszczam stolicę i szybko wracam do siebie: znów żegnamy na Stadionie Śląskim wyjeżdżających na mistrzostwa biało-czerwonych. Jutro gramy z Duńczykami i wychodzi mi, że będzie 3:2 dla nas. W 1961 roku Dania dostała na Śląskim od biało-czerwonych baty na piątkę (5:0, hat-trick Ernesta Pohla), w 1977 lanie było już trochę mniejsze (4:1). Jeśli rzeczywiście w niedzielę będzie 3:2, to czwarty mecz Polska - Dania w Chorzowie nie powinien już się odbyć :-)

Ostatnie pożegnanie polskiej reprezentacji na Śląskim przed MŚ 2006 nie wypaliło; nasza drużyna zagrała z Kolumbią beznadziejnie, a publiczność dała jej to mocno odczuć. Gwizdała na polskich piłkarzy i głośno wypominała trenerowi Pawłowi Janasowi, że nie powołał do kadry Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. "Z takimi kibicami to nawet nie jest żal się żegnać. W ogóle nie wiem, czy powinniśmy się żegnać. Odstawili lekką wieś" - mówił po meczu rezerwowy wtedy bramkarz Artur Boruc. Połowa Polski była wówczas oburzona zachowaniem bezlitosnej publiczności, druga połowa deklarowała, że gwizdałaby jeszcze głośniej. Profesor Jan Miodek byłby w tej drugiej połówce. "Piłkarze za to, co pokazali, zasłużyli na wygwizdanie. Grali źle, nieładnie. Ja mam uczucia obojętne wobec takiej piłki. To brzydki futbol, w ogóle nie mam do niego serca. Nie mam żadnych pretensji do kibiców. Nie powinno się być kibicem bezwarunkowo" - mówił "Gazecie" profesor po meczu.

Niedzielne spotkanie będzie dla biało-czerwonych bardzo trudne - wie to każdy kibic interesujący się piłką. Rywale sroce spod ogona nie wypadli, właśnie zremisowali z Holandią. Trener Morten Olsen przywiózł do Polski mocną ekipę. Bardzo chcę zwycięstwa, ale w tyle głowy siedzi mi, że możemy nawet przegrać. Wynik jest sprawą otwartą. Artur Boruc może przeżywać ciężkie chwile.

Co ma robić kibic jeśli gra Polaków będzie słaba, a Boruc puści parę goli? Źle by się stało, gdyby w niekorzystnej sytuacji meczowej szydercze gwizdy śląskich fanów sprawiły jakieś spustoszenie w psychice pana Artura. Co prawda każdy wie, że to twardziel, podczas gorących meczów na Ibrox Park nie drga mu nawet jeden malutki mięsień twarzy. Ale Ibrox to nie Celtic Park ani Stadion Śląski; gwizdy obcych kibiców można mieć gdzieś, ale dezaprobatę własnych fanów każdy źle znosi.

Dlatego proponuję fanom obecnym na meczu w Chorzowie alternatywny sposób rozładowania ewentualnych złych emocji. Jeśli Arturowi Borucowi coś nie wyjdzie, i może nawet przepuści parę piłek - nie gwiżdżcie. Zanućcie lepiej za Lutkiem Danielakiem. Wtedy zły nastrój na trybunach natychmiast pryśnie i nikt potem nie powie, że ktokolwiek z Was "odstawił wiochę". Może warto potrenować? I wszyyyyyyyyyyscy:

PS. A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać Polonii zwrócona. 

Draństwo. Ciekawe czy ktoś kiedyś nie wyda licencji PZPN-owi
Uwaga, stało się: 30 maja polska ekstraklasa zyskała nową jakość. Dość starej, dobrej pezetpeenowskiej polityki zaniechań i ustępstw: rozpoczęło się zdecydowane strząsanie starych glonów i wodorostów przeszkadzających w osiągnięciu kolejnego etapu dynamicznego rozwoju polskiej piłki nożnej.
Hip, hip, hura! 
Wszystko odbyło się w rękawiczkach. Wszyscy obecni na Miodowej w momencie ogłaszania decyzji w sprawie Polonii Bytom byli pewnie pod krawatami. Komisja Odwoławcza PZPN-u wydała werdykt i się rozeszła. 
Jestem pod wrażeniem. Nie każdy potrafiłby uwalić w tak perfidny sposób klub, który w pięknej sportowej walce zapewnił sobie utrzymanie. Klub, który w poprzednim sezonie spełniał pierwszoligowe wymogi licencyjne PZPN-u (choć fakt, że ledwiutko), a kiedy potwierdził na boisku, że nadaje się do ekstraklasy - pozbyto się go.
Oczywiście; mocno skrzypiąca machina organizacyjna Polonii (od tego skrzypienia aż odszedł trener Michał Probierz) ciągle przypomina mi rozpędzonego do 120 km/h starego poloneza, którego kierownica aż drży z wysiłku przy zawrotnej prędkości. Ale czy bytomski klub nie uczynił wiele, żeby sprostać licencyjnym wymogom? Czy nie jest dalej niż był rok temu? Wtedy nadawał się do ekstraklasy, a teraz już się nie nadaje? Murawa na Polonii jest dziś chyba najlepsza na Śląsku. A nie była. Są jupitery. A nie było. Krzesełek też jest już znacznie więcej niż w tramwaju.
Mierzi mnie jeszcze coś innego: Polonia (i pewnie każdy inny klub, który byłby na jej miejscu) została dotknięta podwójnie. Nie dostała licencji - raz. W efekcie przesunięto ją na ostatnie miejsce w tabeli - dwa. A przecież swoją cholernie ciężko zapracowaną 13. lokatę wywalczyła jako klub z ważną licencją. Już słyszę jak działacze i gładkouści prawnicy powołują się na odpowiednie, wypracowane ciężko w imię poprawy polskiego futbolu paragrafy...
Głośno i z całych sił kibicuję Polonii, kiedy będzie starała się odebrać to, co się jej słusznie należy (bo przecież się chyba nie podda?). Decyzja komisji jest wprawdzie ostateczna, ale właściwie... ”ostateczna”. Przecież rok temu - z powodzeniem - od niekorzystnego ''ostatecznego'' postanowienia udało się odwołać Ruchowi Chorzów, który początkowo też nie dostał wtedy licencji.

Ależ draństwo. Ręce opadają. Żal mi kibiców.

PS. I niech nikt nie mówi, że wstawiam się za Polonią, bo to moja śląska sprawa. Gdyby na jej miejscu był na przykład pięknie ratujący się przed degradacją Widzew, też bym na tym blogu zaciskał pięści.

czwartek, 29 maja 2008
Andrzej Gowarzewski nadchodzi

Kiedy zbliża się wielka impreza piłkarska, w której gra reprezentacja Polski, rozpoczyna się wzmożona aktywność różnych wydawnictw. Chcą one wykorzystać koniunkturę, wykorzystać powszechne zainteresowanie futbolem i wypuszczają na rynek książki i książeczki o tematyce piłkarskiej.

Gdyby ktoś pod groźbą kary śmierci kazał mi przed Euro 2008 wybrać tylko jedną, jedyną książkę i zamknąć się z nią (i oczywiście z telewizorem) w czterech ścianach na czas trwania mistrzostw - nie miałbym kłopotu. Wybrałbym wydawnictwo, którego aktywność na polu futbolowym jest stała i niezmienna od lat. Właśnie trzymam w ręce pachnący, świeżutki 35. tom encyklopedii piłkarskiej FUJI (autorzy: Andrzej Gowarzewski i Bożena Szmel). W ciągu kilkudziesięciu najbliższych godzin trafi on do księgarń w całej Polsce. To piąty tom dziejów reprezentacji Polski, obejmujący lata 1997 - 2008 (czyli od Wójcika do Beenhakkera) i uzupełniający monumentalny zapis całej historii biało-czerwonych od jajka czyli od 1921 roku (tom 2 - lata 1921-39, tom 14  - lata 1947-70, tom 16 - lata 1971-81, tom 20 - lata 1981-97).

Podkreślać wartości merytorycznej tej książki nie mam zamiaru - unikalna seria broni się sama od 17 lat i wychowuje się na niej już kolejna generacja kibiców.

Ostatni tom czyta się świetnie, tym bardziej, że traktuje o tym, co wszyscy dobrze pamiętamy. Okraszony jest oczywiście tym, co misie lubią najbardziej: gigantyczną ilością unikalnych statystyk. Przy okazji potrafi rozwiać przeróżne wątpliwości (moje na przykład dotyczyły m.in. palącego problemu czy grudniowy mecz Polski z Bośnią i Hercegowiną w tureckim Kundu można uznać za oficjalny).

Stali i oddani fani epFUJI przyjmą ten tom z radosnym zdumieniem z jeszcze jednego powodu. Został wydany na dużo lepszym papierze niż poprzednie, po raz pierwszy w historii serii książka jest w całości kolorowa, z setkami efektownych zdjęć. Wreszcie epFUJI można nie tylko czytać, nie tylko studiować, ale i oglądać. Jest właściwie efektownym albumem.

encyklopedia fuji

Jedno jest pewne: to nie jest książka, którą czyta się jednym tchem. Trzeba ją smakować powoli, przez kilka wieczorów, w ciszy, przy tykającym zegarze i maminej herbacie z cytryną, kiedy żona i dziatwa już śpią.

Wątek śląski? Cóż, jako lokalny patriota przypominam z dumą, jakby ktoś o tym nie wiedział: Andrzej Gowarzewski to katowiczanin. Żyje i pracuje w tym mieście od urodzenia.  

PS. Z uśmiechem politowania czytam w internecie jak szefa GiA próbują kąsać po łydkach różni tacy. Po latach zdadzą sobie pewnie sprawę, że to największe osiągnięcie w ich tfurczości.

16:40, pavelczado
Link Komentarze (12) »
środa, 28 maja 2008
Przyjechał prezydent Francji, więc coś o francuskiej piłce

W jakiejś przedwojennej gazecie natknąłem się kiedyś na informację, że Józef Piłsudski negocjuje kupno Angoli. Nie wiem czy to był poważny news czy może gazeta ukazała się 1 kwietnia - istotne, że Luanda nigdy jednak nie stała się luksusowym miejscem wypoczynku dla polskich elit, a prezydent RP nigdy nie wyjechał tam na wakacje:-)  

Dlaczego o tym piszę? Kupno Angoli mogło mieć wielki wpływ na historię polskiego futbolu. Tak jak wpływ na historię francuskiego ma Senegal. Piszę o tym zachwycony świeżutkim powołaniem na Euro zupełnie w Polsce nieznanego Bafétimbi Gomisa (rocznik 1985).

gomis

Gomis, w zeszłym sezonie stał się wielką gwiazdą St. Etienne. Interesował się nim jeszcze Henryk Kasperczak, ale Bafétimbi nie zdecydował się pójść śladem innych ”senefs”  - senegalskich piłkarzy od dziecka szkolonych we Francji, którzy zdecydowali się grać dla ojczyzny przodków (tak postąpili m.in. El Hadji Diouf, Mamadou Niang czy Habib Bèye). Urodzony już we Francji Gomis wybrał grę dla ”Bleusów” i już wie, że nie żałuje. Miał prawdziwe wejście smoka: we wczorajszym debiucie z Ekwadorem puknął aż wspaniałe dwa gole (ten wolej to chyba najpiękniejsza bramka jaka padła we wtorek na kuli ziemskiej)!

 

I teraz to Gomis pojedzie na Euro, a nie Djibril Cisse czy David Trezeguet. Tym sposobem Domenechowi spadł z nieba świetny napastnik w świetnej formie, którego tak brakuje kadrze Leo. Drugim Senegalczykiem, który zagra na Euro jest Patrick Vieira (przypomnę, że razem z matką opuścił Dakar dopiero gdy miał 9 lat).

Jeśli ktoś myśli, że Francja wysysa z Senegalu piłkarskie gwiazdy dopiero od przełomu wieków to się grubo myli. Anglicy pierwszego czarnoskórego piłkarza wstawili do własnej reprezentacji dopiero w 1978 roku (Viv Anderson), a pierwszy Senegalczyk zagrał u trójkolorowych 47 lat wcześniej, jeszcze przed wojną! Obrońca Raoul Diagne  (rocznik 1910), syn pierwszego afrykańskiego deputowanego we Francuskim Zgromadzeniu Narodowym, załapał się na mistrzostwa świata w 1938 roku. Z kolei w latach 70. betonowy środek francuskiej obrony tworzył ze słynnym Mariusem Tresorem solidny Jean-Pierre Adams (Nice, PSG). Na przełomie lat 70. i 80. pokazał się Alain Moizan, napastnik Monaco i Lyonu, dziś selekcjoner... Mauretanii. 

Zabawa dla futbolowych gdybaczy i zwolenników historii alternatywnej. Co stałoby się z polskim futbolem gdyby Piłsudski przyłączył Angolę do Polski? Czy jakiś zdolny Angolańczyk zdołałby się wkręcić do jedenastki Kazimierza Górskiego? A czy do kadry Leo nadaliby się Pedro Mantorras albo Manucho Gonçalves? 

PS. Zauważcie jeszcze jedno.  Napastnik Bafétimbi Gomis ma 184 cm, defensywny pomocnik Patrick Vieira - 192 cm. Futbolowe giganty! Warunki fizyczne Senegalczyków nie moga dziwić jeśli słyszało się pyszną dykteryjkę o ludzie Wolof, największym plemieniu Senegalu. Podobno Wolof zdecydowali się kiedyś na sprzedaż wszystkich brzydkich i wątłych kobiet. Czy tak było - nie wiem, ale to tłumaczyłoby fakt, że niewiasty Wolof są wyjątkowej urody (kulnijcie się kiedyś do Dakaru popatrzeć), a postawni mężczyźni mogą imponować wzrostem i muskulaturą.

PS2. Ciekawe czy prezydent Sarkozy pogadał sobie dziś z premierem Tuskiem o wpływie wątku senegalskiego na rozwój francuskiego futbolu? Tego nie wiem. Ale wiem na pewno, że nie rozmawiał o wpływie wątku angolańskiego na rozwój futbolu w Polsce:-)

PS3. Żeby nie było, że nie ma w tym wpisie rodzimych wątków. O związkach Francji ze sprawą śląską przeczytacie tu. 

wtorek, 27 maja 2008
Piast Gliwice pozbawiony awansu. Nie, ale tak. Źle, ale dobrze

Właśnie dowiedziałem się, że PZPN odebrał Piastowi awans do ekstraklasy i jestem przeciw. A właściwie... za! 

Jeszcze w niedzielę cieszyłem się z sukcesu gliwickiej drużyny. Komisja ds. Nagłych przy PZPN postanowiła, że Piast, który zajął w tabeli trzecie miejsce początkowo premiowane udziałem w barażach, awansuje jednak bezpośrednio. Powód? Przewidywane połączenie Śląska Wrocław z Dyskobolią/Groclinem i zwolnione dla Piasta miejsce.

Dziś inna komórka PZPN-u czyli Wydział Gier uznał, że awans wywalczyły Lechia Gdańsk (pierwsza w tabeli) i Śląsk Wrocław (drugi), a Piast ma zagrać w barażach! Nie chcę tym razem oceniać niedowładu organizacyjnego PZPN-u i braku koordynacji działań poszczególnych wydziałów (wygląda na to, że Komisja ds. Nagłych nie miała prawa podjąć sobotniej decyzji); pezetpeenowski przykurcz w tej materii jest powszechnie znany i zauważany (ostatnio najbardziej rozbawiła mnie sprawa kurierów roznoszących bilety na Euro, choć kibicom pewnie nie jest do śmiechu). Skupiam się na krzywdzie Piasta, która dla mnie krzywdą jednak ... nie jest.

Po pierwsze: trzeci klub w drugoligowej tabeli miał rozegrać baraż, a Piast zajął właśnie trzecie miejsce. Chciałbym go widzieć w ekstraklasie po wygranym barażu.

Po drugie: cieszy mnie bardzo decyzja Wydziału Gier stwierdzająca, że fuzja Śląska z Groclinem formalnie się nie dokonała (ani nie został ostatecznie podpisany stosowny dokument, ani nie przegłosowali jej wrocławscy radni), bo ja jestem jej zagorzałym przeciwnikiem (zaznaczę przy tym jednocześnie, że nie mam nic przeciw Zbigniewowi Drzymale we Wrocławiu - pod warunkiem, że będzie akcjonariuszem, a nie fuzjantem, a Śląsk nie zagra w najbliższej edycji Pucharu UEFA). 

Co dalej? Myślę, że... będzie jak było. Pewnie wkrótce Wydział Gier stwierdzi, że fuzja formalnie się dokonała, Piast znowu awansuje, a w barażach zagra Arka z Jagiellonią:)))).

Choć takich piłkarzy już nie ma to jednak są, czyli latimeria śląska

Jedna z licznych różnic jaka rzuca mi się w oczy, kiedy porównuję futbol naszych dziadków i nasz własny, dzisiejszy, jest taka, że teraz piłkarze kierują swoimi karierami z rozmysłem, a przed laty toczyły się one ot tak - z rozpędu.

W latach 30. albo 50. tak naprawdę nie dało się własną karierą kierować. Z reguły całe życie kopało się piłkę w jednym klubie. Jeśli wybijało się w małej wiejskiej drużynce, to przenosiło się najwyżej do klubu z najbliższego większego miasta. Jeśli wybijało się w klubie z większego miasta, to o zagranicznym transferze i tak się nie marzyło, bo ewentualna propozycja i tak musiała utknąć w gabinecie prezesów. 

Dlatego nadal symbolicznie odbijało się kartę obecności w zakładzie pracy, potem szło się kopać piłkę, często na jednym i tym samym boisku treningowym przez całe życie. A kiedy nadchodził czas - zabierało się własne klamoty z klubowej szatni (jeśli miało się własne), ustępowało się miejsca młodszym i wracało - już naprawdę - do macierzystego zakładu pracy. Rzadko kiedy decydowało się na zmianę barw - jeśli klub, który był zainteresowany piłkarzem, miał siedzibę dalej niż 100 km od miejsca zamieszkania i trzeba było podjąć decyzję o przeprowadzce, to była już decyzja wprost rewolucyjna, zmieniająca całe dotychczasowe życie piłkarza i jego rodziny. Niełatwo się podejmowało taką decyzję.

Dziś zmiana klubu połączona z przeprowadzką to żadne wydarzenie w życiu zawodowego pikarza. To prawie tak, jakby się pstrykało palcami. Drużyny zmienia się szybciuteńko na tym najwyższym szczeblu międzynarodowym, ale na tym niższym krajowym także. Czasami to ”zmienianie” przybiera formy wręcz kuriozalne, obłędne. 

Zagraniczny przykład pierwszy (na wysokim szczeblu): Christian Vieri. Napastnik z rocznika 1971. W swoim życiu przeprowadzał się już: z Sydney do Prato (dwa kluby), z Prato do Turynu, z Turynu do Pizy, z Pizy do Rawenny, z Rawenny do Wenecji, z Wenecji do Bergamo, z Bergamo do Turynu (ale innego klubu niż wcześniej), z Turynu do Madrytu, z Madrytu do Rzymu, z Rzymu do Mediolanu, z Mediolanu do Mediolanu (ten sam stadion, ale inne szatnie), z Mediolanu do Monako, z Monako do Genui, z Genui do Bergamo (pierwszy i jedyny powrót), z Bergamo do Florencji. Ogółem: 16 klubów z 14 miast i czterech krajów.

Rewelacyjny przykład drugi, krajowy (na niskim szczeblu): Robert Rzeczycki. Wyjątkowy podróżnik, Tony Halik polskiej piłki nożnej. Obrońca z rocznika 1969. W swoim życiu przeprowadzał się już: z Wałbrzycha do Lubina, z Lubina do Konina, z Konina do Warszawy, z Warszawy do Rzeszowa, z Rzeszowa do Szczecina, ze Szczecina do Gdańska, z Gdańska do Kielc, z Kielc do Gorzyc, z Gorzyc do Sosnowca (był na Ludowym jesienią 2001 roku, nawet go nie zapamiętałem), z Sosnowca do Białegostoku, z Białegostoku do Łowicza, z Łowicza do Ostrowca Świętokrzyskiego, z Ostrowca Świętokrzyskiego do Pabianic, z Pabianic do Łowicza (jedyny powrót w karierze), z Łowicza do Gøta (jedyne trofeum w karierze - Puchar Wysp Owczych), z Gøta do Paradyża i z Paradyża do polonijnego klubu w Nowym Jorku. Uffffffff... Mapka wojaży Rzeczyckiego przypomina odbijanie się piłki podczas gry w squasha... Ogółem nasz bohater zaliczył 19 klubów (dwa w Wałbrzychu) z 18 miast i trzech krajów!  Nigdzie dłużej nie zagrał miejsca - klub na rundę, najwyżej na sezon. Korzenie ”zapuścił” w Stomilu Olsztyn, bo spędził w nim aż... dwa lata!

Znaleźć dziś klasowych, a przynajmniej ligowych zawodników, którzy nie traktują piłki tylko jako źródła dochodów, dla których przywiązanie do klubu nie jest dziwaczną przypadłością, jest łatwo. Ale takich, którzy spędzają w jednym klubie całą karierę - już dużo trudniej. W Polsce na szczeblu centralnym jest chyba tylko jeden taki przypadek. W poprzednim wpisie wspomniałem o kapitanie Piasta Gliwice - Jarosławie Kaszowskim. On swoją karierą pokierował tak, jakby urodził się w 1925 roku, a może w 1885? Przypomina mi żywą skamieniałość. Myślę, że powinien zmienić ksywkę i zamiast starej, oklepanej ”Kaszy” stać się ”Latimerią”. Tak; Jarosław ”Latimeria” Kaszowski brzmi zdecydowanie dobrze i na czasie.

Podziwiam i chyba zazdroszczę. Chyba, bo jednak nie mam pewności czy on tak chciał, czy samo tak mu się potoczyło? Czy jego przypadek świadczy o tym, że można zostać całe życie w jednym klubie z rozmysłem, czy raczej o tym, że nie miało się żadnych propozycji fajnej przeprowadzki? Nie wiem - wiem tylko, że przeszedł do historii Piasta. O tym, jak w jednym klubie można grać w B-klasie, A-klasie, okręgówce, IV lidze, III lidze, II lidze i teraz, mam nadzieję, w ekstraklasie - przeczytacie tu. 

Ciekaw jestem czy za naszego życia znajdziemy jeszcze w naszej lidze jakąś inną latimerię? 

PS. Znacie piłkarza, który ma lepszy wynik od Roberta Rzeczyckiego? Dajcie znać.

PS2. Ups, okazuje się, że fragment o grze Kaszowskiego w ekstraklasie może stać się nieaktualny. Podobnie zresztą jak poprzedni wpis. Po raz kolejny PZPN wykazał się niezwykłą sprawnością i koordynacją. O szczegółach przeczytacie tu.

sobota, 24 maja 2008
Piast Gliwice. Dzień chwały

Jeszcze wczoraj prezes Jacek Krzyżanowski był pesymistą. Zresztą wielu gliwiczan było wczoraj pesymistami.

Teraz mogą świętować. 

Nie wiadomo za jakie grzechy Syzyf zwany Piastem pchał ten kamień przez 63 lata. 24 maja 2008 roku wreszcie wepchnął go tam, gdzie już dawno powinien. Pomógł mu wprawdzie wyjątkowy zbieg okoliczności, ale przecież wcześniej ten sam wyjątkowy zbieg był latami wyjątkowo złośliwy. Najlepiej o przekleństwie Piasta opowiadał "Gazecie" Andrzej Potocki, były poseł, klubowy historyk, jeden z najbardziej oddanych kibiców tej drużyny:

"Piast był w przeszłości kilka razy bardzo blisko awansu do ekstraklasy. Po raz pierwszy w 1947 roku, kiedy kształtowała się polska liga. W eliminacjach gliwiczanie - jako mistrz Śląska Opolskiego - trafili na Ruch Chorzów, który był mistrzem Górnego Śląska. W teorii nie mieli szans. Decydujący mecz w Chorzowie przegrali 2:3, ale wokół tego spotkania narosło wiele legend. Sędzia nie uznał dwóch goli dla Piasta, na dodatek drużyna kończyła mecz w dziesiątkę.

Najbardziej traumatyczne niepowodzenie zdarzyło się w sezonie 1980/81. Piast toczył wyścig o awans z Pogonią Szczecin. Wystarczyło wówczas wygrać bezpośredni mecz z Pogonią w Gliwicach i liga byłaby na wyciągnięcie ręki. Piast jednak przegrał 0:3. Okoliczności porażki były dość podejrzane, choć nikt nikogo za rękę nie złapał.

Ekstraklasa była blisko Gliwic także w sezonie 1986/87, gdy Piast zmierzył się w barażach z Bałtykiem Gdynia. Pamiętam, że w pierwszym spotkaniu dominował Piast, ale mecz zakończył się remisem 1:1. Przed rewanżem w Gdyni to rywale byli w dużo lepszej sytuacji. Zespół pojechał na drugi mecz trochę rozbity i gładko przegrał 0:2".

Uważam, że zasługujemy na ekstraklasę. Gliwice to wielkie miasto, Piast ma ponad 60-letnią tradycję, a drużyna przez cały sezon dobrze się prezentowała. W moim domu stoi 5-litrowa butelka whisky, którą zamierzam uczcić awans Piasta. Przyznam, że trochę się boję, że mogę jej nigdy nie otworzyć. Mam jednak nadzieję, że nie okażemy się frajerami tysiąclecia i nie przegramy swojej szansy po raz kolejny...

Nie przegrali. Można otworzyć butelkę (pewnie już otworzona:-), a miano "frajerów tysiąclecia" należy się komu innemu.

Mnie z okazji awansu Piasta do ekstraklasy frapuje inny wątek, na który na razie mało kto zwraca uwagę. Otóż wyjątkowo ciekawie zapowiada się bezpośrednia rywalizacja Piasta ze sławnym sąsiadem zza miedzy. W Gliwicach niektórzy kibice nie mogą przeboleć, że klub z mniejszego (prawie 200 tysięcy mieszkańców w Gliwicach przy 180 tysiącach w Zabrzu), i  - obiektywnie trzeba przyznać - brzydszego przecież miasta, stał się symbolem śląskiego i polskiego futbolu. Zaznaczam, że gryzie to i uwiera tylko tych gliwickich fanów, którzy... kibicują Piastowi. Pamiętajmy; są przecież i tacy, którym znudziło się czekać, czekać i czekać -  swoje uczucia albo przenosili albo od razu lokowali w okolicach stadionu przy ul. Roosevelta. Zresztą KSG przez zeszłe półwiecze oprócz kibiców "zasysał" z gliwickiego futbolu dosłownie wszystko co najlepsze (Lubańskiego, Musiałka, Matysika i innych).

Dopiero teraz Piast tak naprawdę PO RAZ PIERWSZY W HISTORII  STAJE SIĘ RÓWNORZĘDNYM RYWALEM DLA GÓRNIKA! Kiedy oba kluby tłukły się nawzajem w A-klasie na przełomie lat 40. i 50. tak naprawdę nikt o nich jeszcze nie słyszał. Z kolei w sezonie 1978/79 zarówno Piast jak i Górnik grały w II lidze, ale akurat w innych grupach i się nie spotkały.  

Ale czy Piast będzie miał tyle siły, żeby dać odpór odradzającemu się przy pomocy Allianza gigantowi z Zabrza? Czy przestanie pełnić rolę - przepraszam za określenie - pomocniczą, satelicką, służebną? Czy w ogóle możliwe jest nadejście czasów kiedy niektórzy mieszkańcy Gliwic przestaną jeździć na ligowe mecze przy ul. Roosevelta, a zaczną na spotkania przy Okrzei? Kto wie... Może uda się ich "odessać" za pomocą General Motors?

Przed Piastem ciężkie czasy i trudne pytania. Ale dziś o tym zapomnijmy - dziś czas na hulankę! Piękny gliwicki rynek nadaje się na fetowanie zwycięzców jak chyba żadne miejsce na Śląsku!  

PS. Wielkie gratulacje dla wszystkich ludzi Piasta, ale chyba największe dla Jarosława Kaszowskiego. To niewiarygodne, ale akurat dziś wychowanek i kapitan Piasta, pamiętający jeszcze czasy B-klasy (to ewenement na skalę Polski!), obchodzi... 30. urodziny! Będzie je pamiętać do końca życia.

PS2. Panie Andrzeju; niech Pan przynajmniej połówkę tego gigantycznego łiskacza szykowanego na oblewanie awansu, zostawi na pierwsze zwycięstwo Piasta w ekstraklasie. Pozdrawiam:) 

PS3. Teraz Piast powienien wysłać kosz kwiatów i coś tam jeszcze Podbeskidziu Bielsko-Biała, które strącając w otchłań rozpaczy ekipę z Pruszkowa, pokazało co to fair-play (kluby z Gliwic i BB łączy osobliwe zdarzenie z 2004 roku, ale to już zacierająca się przeszłość).  
 

piątek, 23 maja 2008
Musicie w sobotę być w Zabrzu. Zobaczyć Białą Górę - bezcenne!

Druga tegoroczna wielka majówka nie może się obejść bez futbolowych akcentów. Na Śląsku trafia się wyjątkowa gratka: takiego zlotu gwiazd polskiej i śląskiej piłki dawno już u nas nie było. W Mikulczycach, północnej dzielnicy Zabrza, odbędzie się mecz starszych panów. Nie byle jakich starszych panów, oni zjadą się na ten mecz z całej Europy. Na pierwszy rzut oka informacja nie brzmi nadzwyczajnie: w sobotnie popołudnie oldboje Sparty Mikulczyce pokopią sobie piłkę z oldbojami Górnika Zabrze. Ale szczegóły porażają. Wyobraźcie sobie taki skład Górnika: Wandzik - Gunia, Florenski, Oślizło, Anczok -  Wilczek, Szołtysik, Kowalski - Szarmach, Lubański, Pałasz! Tak: wszystkie te gwiazdy wyjdą na murawę! W składzie KSG ma pokazać się także m.in. Henryk Kasperczak - zabrzanin, którego Górnik nie chciał, a jak już chciał, to  było za późno.

Ale skład Sparty także nie wypadł sroce spod ogona. Z przodu będzie szarpać Ryszard Cyroń, ale hitem dnia jest informacja, że o tyły zadba najsławniejszy obywatel Mikulczyc - słynna ”Biała Góra”, która po zakończeniu kariery właściwie zniknęła z piłkarskiego horyzontu, słuch o niej zaginął. Wiadomo było, że człowiek o najpotężniejszym strzale w historii polskiego futbolu mieszka w Szwajcarii, że uwielbia tenis, że jest pracownikiem jednej z sieci supermarketów. I tyle. Teraz JERZY GORGOŃ po wielu latach przerwy (ostatni mecz w Górniku zagrał w 1980 roku) znów ma wystąpić w Zabrzu!

Jerzy Gorgoń

Zobaczyć Gorgonia na własne oczy na boisku - bezcenne. Już nie mogę się doczekać...

Jest ktoś zdecydowany? Podaję szczegóły: boisko Sparty Mikulczyce, ul. Mickiewicza 66a, początek meczu o godz.16.30. Organizatorzy przygotowali ponad 6 tysięcy bezpłatnych biletów.

PS. Impreza wyszła świetnie. Były wszystkie anonsowane legendy z Gorgoniem, Lubańskim i Szarmachem na czele. Akurat oni nie zdecydowali się zagrać, z trybun kibicowali kolegom. Gorgoń z Lubańdkim symbolicznym kopnięciem rozpoczęli mecz. - Postanowiłem sobie, że już grac nie będę i tego się trzymam - powiedział mi Gorgoń, który wyprowadził kolegów na murawie. Kibice owacyjnie  przyjęli najsłynniejszego piłkarza pochodzącego z Mikulczyc.

Sparta Zabrze - Górnik Zabrze 5:6 (1:4)

Bramki: Cyroń 4, Lazurowicz - dla Sparty oraz Gzil - 2, Szaryński - 2, Kurzeja i Koseła - dla Górnika

Sparta: Kurt Mróz - Franciszek Kirszner, Bernard Jarzina, Jan Gorgoń, Erhard Botek - Joachim Wienchor, Alojzy Sobocik, Piotr Hadzik - Ireneusz Lazurowicz, Ryszard Cyroń, Joachim Hutka oraz Jerzy Walter, Waldemar Cimander, Stanisław Stój, Jan Gwóźdź, Marian Kapinos, Maksymilian Kluger, Norbert Pudło, Józef Skoczylas, Józef Slapka

Górnik: Józef Wandzik - Piotr Pfeifer, Marek Piotrowicz, Stanisław Oślizło, Bogdan Gunia - Erwin Wilczek, Zygfryd Szołtysik, Józef Kurzeja - Andrzej Pałasz, Stanisław Gzil, Władysław Szaryński oraz Eugeniusz Cebrat, Piotr Czop, Zygmunt Bindek, Grzegorz Dziuk, Dariusz Koseła, Henryk Zimkowski, Grzegorz Bartoń

czwartek, 22 maja 2008
Moje niespełnione marzenie: likwidacja Ligi Mistrzów

Pora nie w porę jest wyjątkowo w porę. To prawda; bardzo chciałbym, żeby Liga Mistrzów przestała istnieć. Z dwóch powodów. Pierwszy, tak naprawdę kompletnie nieistotny, ale jednak mnie osobiście uwiera - nazwę go "nazewniczym". Drugi powód to w ogóle powód tego wpisu - nazwę go "systemowym".

Powód pierwszy. Nie przepadam za sformułowaniem "Liga Mistrzów" bo jest zwyczajnie nieprawdziwe. Ani to liga, ani mistrzów... Dlaczego nie "mistrzów", to oczywiste (nie uczestniczą w nich zwycięzcy lig jednych krajów, a uczestniczą czwarte drużyny innych), ale dlaczego nie "liga"? Cóż, rozgrywki ligowe mają to do siebie, że każdy gra z każdym, a po zwycięstwo sięga ten, kto zgromadzi najwięcej punktów. W obecnym kształcie "Ligi Mistrzów" uczestniczą w rozgrywkach 32 drużyny (w ośmiu grupach). Ale warto zwrócić uwagę, że MU sięgnął po zwycięstwo w edycji 2007/08 grając tylko z... sześcioma rywalami! Jaka więc to "liga"?!

Ta sprawa jest tylko irytująca, o niebo ważniejszy jest dla mnie powód drugi. Chodzi o system rozgrywek. Kompletnie nie rozumiem po co w ogóle odbywa się rywalizacja w grupach. Przecież zdecydowana większość zapadających w pamięć wydarzeń (czytaj: ognistych meczów) odbywa się w fazie pucharowej; z fazy grupowej ostatniego sezonu zapamiętałem właściwie tylko rekordowe zwycięstwo Liverpoolu nad Besiktasem. Dopiero później, kiedy przegrywający składa głowę na pucharowej gilotynie, dzieje się wszystko co najlepsze, dopiero wtedy wielkie, wspaniałe mecze zapadają w kibicowską pamięć. Nie znam nikogo kto "na szybko", w chwili gdy czyta te słowa, byłby w stanie wymienić wyniki grupy B z edycji 1996/97. Znam za to takich, którzy doskonale pamiętają ćwierćfinały edycji PEMK 1984/85. 

W związku z tym, moim marzeniem (które oczywiście nigdy się nie spełni) jest powrót do idealnej formuły najważniejszych europejskich rozgrywek pucharowych, znanej z lat 1955-92 (od początku do końca obowiązywał wtedy system "mecz i rewanż, przegrywający odpada"), niesłusznie wyrzuconej na śmietnik. Oczywiście nie jestem za status quo ante w stu procentach. Dziś nie mógłby to już być dawny "Puchar Europy Mistrzów Krajowych", bo wiadomo, że czasy rywalizacji samych zwycięzców lig krajowych nigdy nie wrócą. Byłby to po prostu "Puchar Europy", a w jego I rundzie (1/32 finału) grałyby 64 zespoły. Wtedy bogaty wilk byłby syty (start kilku drużyn z najsilniejszych lig) i owca cała (ludzie w Tyraspolu, Skopje, Reykjaviku albo Krakowie REGULARNIE mogliby oglądać MU, Real, Bayern na własne oczy).

Zwycięzca Pucharu Europy musiałby rozegrać 11 meczów (obecny zwycięzca Ligi Mistrzów - 13) i właściwie wszystkie te spotkania byłyby o wszystko (te 13 ManU o wszystko nie były). Odpadający po dwumeczu byłby już po zawodach; nie odbywałyby się żadne "transfery" zespołów z trzecich miejsc w tabeli do Pucharu UEFA. W tamtych rozgrywkach zniknęłaby wreszcie dopiero w tym miejscu kuriozalna rywalizacja grupowa (mecze bez rewanżu to wyjątkowy absurd!) i wróciłby stary, dobry Puchar UEFA. Eech, ale byłoby super... Moje zdanie jest takie, że nadal pasjonowalibyśmy się mnóstwem wspaniałych spotkań na niebotycznym poziomie, a do tego więcej z nich byśmy po prostu... pamiętali.

PS. Z obecnej Ligi Mistrzów zabrałbym do mojego Pucharu Europy tylko jedno: jej hymn. Georg F. Haendel był geniuszem.

PS2. Serdecznie pozdrawiam wszystkich zwolenników Champions League. Rozumiem, że można uwielbiać te rozgrywki, sam się nimi pasjonuję. Ale dopiero od fazy pucharowej. A chciałbym od samego początku.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tym wpisem znów "nie idę z duchem czasu, gloryfikuję tandetę, minimalizm i zwyczajne zacofanie". Ale przyznam się Wam, że jakoś mi to, motyla noga, nie przeszkadza. Mam na to inną nazwę...

PS3. Identycznie jak obecna Champions League wygląda dziś turniej finałowy piłkarskich mistrzostw świata: 8 grup, a potem drabinka.  W przypadku mistrzostw uważam to za... idealne rozwiązanie. Dlaczego ten system sprawdza się w MŚ, a nie sprawdza w ChL - to już zupełnie inna historia i temat na osobny wpis.

wtorek, 20 maja 2008
Ja to nie ja, ty to nie ty, on to nie on, czyli zabawa w ciuciubabkę

Nadchodzi okres wielkiej ciuciubabki. Polega ona na tym, że w piłkarskich meczach sparingowych przed następnym sezonem pojawia się mnóstwo zawodników, o których na trybunach nikt nic nie wie. Dziennikarze proszą wtedy o pomoc w rozszyfrowaniu personaliów tych tajemniczych piłkarzy albo trenerów albo kierowników drużyn. Wtedy trenerzy i kierownicy albo pomagają, albo... gmatwają. Po prostu: podają zmyślone nazwiska i kluby. Czasem da się ich złapać na kłamstwie, czasem nie. Zdarzało się, że kiedy dziennikarz podchodził do nieznanego zawodnika próbując się czegoś dowiedzieć, ten natychmiast... uciekał bez słowa ostrym sprintem!

Wyjaśnienie tego kabaretu jest proste. Ciuciubabka wynika z faktu, że macierzysty klub testowanego zawodnika nie ma zazwyczaj pojęcia, że jego piłkarz (którego obowiązuje ważna umowa) po kryjomu próbuje wyrąbać sobie kontrakt w nowym/lepszym/bogatszym/bardziej znanym klubie.

W 2001 roku w Radzionkowie odbył się taki sparing między Ruchem, a GKS-em Bełchatów. Działacze gości informując o składzie, podali, że na lewej pomocy zagra w ich drużynie niejaki "Kuźmicki". Gdy zespoły wyszły na murawę, okazało się, że Kuźmicki wygląda identycznie jak... Marcin Brosz, dziś bardzo obiecujący trener, wówczas zawodnik Górnika Zabrze. Sprawdziliśmy, że w prawie jednocześnie rozgrywanym sparingu Górnika z GKS-em Katowice Brosza nie było na boisku. Jeśli "Kuźmicki" był Broszem oznaczało to, że zawodnik i działacze GKS Bełchatów nie chcą, żeby o tym teście dowiedzieli się w Zabrzu. Nie wiem czy się dowiedzieli; faktem jest, że Brosz do Bełchatowa przeszedł.

Jeśli ktoś myśli, że takie zabawy z pseudonimami testowanych zawodników to domena wyłącznie polskich klubów - myli się. W 2005 roku na testach w angielskim Grimsby Town (IV liga) przebywał Paweł Woźniak, piłkarz m.in. Zagłębia Lubin, Śląska Wrocław i Podbeskidzia Bielsko-Biała. Na testach przebywał półtora miesiąca. Nie miał certyfikatu uprawniającego do gry w Anglii, więc w jednym ze sparingów Grimsby zagrał jako Michael Smith, w drugim nadano mu już jakieś inne nazwisko...Będąc ”Smithem” strzelił nawet gola drużynie Darlington, ostatecznie jednak do nowej drużyny się nie załapał.  

Już zacieram ręce na zabawę w letnią ciuciubabkę. Właściwie to ona już się zaczęła! Oto krótki dialog, który się przytrafił na dzisiejszym sparingu Rozwoju Katowice z nadziejami Górnika Zabrze.

Dziennikarz do zawodnika rozwiązującego sznurowadła na ławce rezerwowych, który właśnie zszedł z boiska: - Pan jest Iksiński, tak?

Piłkarz: - Nie.

Dziennikarz: - Jak to? Przecież grał Pan z koszulką z numerem 8, czyli według podanego składu powinien Pan być Iksińskim.

Piłkarz: - Wie Pan, my się pozamienialiśmy koszulkami, a poza tym... mnie tu nie ma!

PS. Jest jeden śląski piłkarz nietuzinkowy, który też używał pseudonimu, ale wcale nie po to, żeby znaleźć sobie jakiś inny klub. Jacek Wiśniewski zdradził kiedyś, że w młodości uczestniczył w nielegalnych walkach bokserskich. Wiecie; w takich, które odbywaja się w basenach, z których spuszczono wodę... Walczył pod fajną ksywką: znany był jako "Guguś".

PS2. Kochani Czytelnicy; jeśli znacie jakieś zabawy w ciuciubabkę z własnego podwórka - zapraszam do wpisów. 

15:18, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum