sobota, 30 maja 2009
Boli

Na Roosevelta zdarzyło się dzisiaj tak wiele, choć na murawie działo się tak niewiele. Do szczęścia brakowało tak niewiele, choć w końcu okazało się, że tak wiele...

Jedni płakali. Inni milczeli. Jeszcze inni przeklinali cały świat w ogóle i konkretnych ludzi w szczególe. Taki dzień zdarza się raz na jakieś trzydzieści lat...

Nie czas wskazywać palcem winnych, nie czas zastanawiać się co dalej. Ten temat będzie wałkowany w Zabrzu i nie tylko w Zabrzu przez najbliższe tygodnie. Ale od jutra. Ta noc jest tylko na rozpacz, szloch i wściekłość.

Po meczu wysłuchałem m.in. Andrzeja Szarmacha. Snajper KSG z lat 70. powiedział: "Górnik nie spadł nagle, nie spadł dzisiaj. Źle się w nim działo, właściwie spadał od kilku lat. Dzisiaj stało się to, co się miało stać. Trzeba zbudować nowy zespół. Ale buduje się kilka lat, a rozwala się bardzo szybko."

Teraz chodzi o to, żeby czegoś pochopnie nie rozwalić. Bo przecież najgroźniejsi rywale Górnika w I lidze właśnie awansowali do ekstraklasy...

Różnica między gilotyną a przepychaczką do zlewu

Pytają mnie niektórzy jak postrzegam znaczenie licencji w rozwoju polskiego futbolu ligowego. Odpowiadam więc: system licencyjny odgrywa bardzo istotną rolę - jest pierwszym i najważniejszym batem na walkę z marazmem w polskiej lidze. Kluby są zmuszone do rozwoju na różnych płaszczyznach, zwłaszcza na tych najbardziej w Polsce zaniedbanych.

Dzięki temu za dziesięć lat wszyscy ligowcy będą mieć ładne i odpowiadające zachodnim wymogom stadiony, a kluby pewnie będą już sprawnie działającymi przedsiębiorstwami bez kłopotów i z płynnością finansową, a jeśli nawet kłopoty się zdarzą, to będą wyjątkiem, a nie regułą.

Mierzi mnie jednak kiedy niektórzy traktują wymogi licencyjne PZPN z tak nabożną czcią jak Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej.

To przecież jest prawo innego rodzaju i ma inną rolę do spełnienia. Niektórzy chcieliby w nim widzieć gilotynę bezlitośnie ścinającą kluby, których działacze nie mają kompetencji, motywacji, energii, żeby podołać określonym wymogom, żeby się dostosować do nowych, lepszych czasów.

W Komitecie Ocalenia Publicznego nigdy nie byłem, mam więc inne zdanie. Gorliwcy chcą stosować wobec naszych klubów miarkę jak wobec tych z Zachodniej Europy. Szkoda, że zapominają o potrzebie naprawdę długiego okresu przejściowego...  

Rok temu Polonia Bytom nie została wyrzucona z ligi. Na szczęście. Okazało się, że pod względem sportowym była to decyzja sprawiedliwa. W sprawie stadionu też się ruszyło, projekt zmodernizowanego obiektu ma być gotowy do 30 września. Dlaczego tak późno, zapytacie? A czy pod jakimś innym stadionem nadal tak intensywnie fedrują węgiel?

A co gdyby Polonia została wyrzucona? Bardzo prawdopodobne, że grałaby w B-klasie na coraz bardziej walącym się stadionie, a piłkarze dostawaliby w nagrodę wodę mineralną... Zostałoby zesztywniałe truchło i tyle.

Uważam, że PZPN-owscy urzędnicy za pomocą systemu licencyjnego powinni napominać, ciągnąć za uszy, a potem wlepić karę grzywny albo ujemnych punktów. Ale degradować? Nigdy!

Dla mnie przepisy licencyjne powinny być jak przepychaczka do zlewu. Jak zlew się zatka trzeba nią energicznie poruszać, czasem mocniej szarpnąć, żeby się odetkał. Ale nie walić tą przepychaczką w zlew, aż się rozpadnie!

PS Wyobraźcie sobie, że w Waszej firmie zarząd decyduje, że każdy pracownik w ciągu roku będzie musiał poznać biegle mandaryński i schudnąć 25 kilogramów  - to co wtedy? Powiedzmy, że się będziecie bardzo starać - opanujecie wszystkie tony, wszystkie spółgłoski szczelinowe cerebralne (czy jakoś tak), a dzięki diecie kopenhaskiej schudniecie 22,4 kg. I co z tego? Co z tego, że tacy dobrzy z Was pracownicy z chlubną przeszłością? Będziecie już za ciency, żeby obracać się w tym towarzystwie. WON! 

PS 2 A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać ŁKS-owi zwrócona.

00:49, pavelczado , PZPN
Link Komentarze (19) »
piątek, 29 maja 2009
Zostawcie ŁKS w spokoju!

Myślałem, że po cudactwach w zeszłych latach związanych z przyznawaniem licencji najpierw Ruchowi Chorzów, a potem Polonii Bytom, odpoczniemy już od ustaleń pozaboiskowych decydujących kto w ekstraklasie ma prawo grać, a kto nie.

Z Łódzkim Klubem Sportowym, którego desperacka walka o utrzymanie budzi mój szacunek, postąpiono wyjątkowo paskudnie.

Po pierwsze  - mój sprzeciw budzi degradowanie z powodu niespełnienia jakichś wymogów licencyjnych. W polskich realiach futbolowych z korupcji można się wykpić karami finansowymi i ujemnymi punktami, a za trudności finansowe wali się degradację. Moim zdaniem powinno być dokładnie odwrotnie. Niech spadają oszuści i ci, którzy są najsłabsi na boisku. 

Po drugie - uważam, że moment tej decyzji jest wyjątkowo skandaliczny. Zrobić taki numer przed ostatnią decydującą kolejką to zwyczajny brak przyzwoitości. To jak cios kijem bejsbolowym w kark. Po czymś takim nie chce się żyć, po czymś takim można nosić w sobie krzywdę do końca życia. Dlatego bardzo współczuję łodzianom. Niech walczą o swoje!

Stwierdzeń sugerujących, że degradacja ŁKS-u jest wynikiem zmowy śląskiego lobby nie zamierzam komentować. To jest tak ciężki zarzut, że nie ma wyjścia: trzeba go udowodnić. Może jestem naiwny, ale nie chce mi się wierzyć, że ktoś był zdolny do aż takiego skurwysyństwa; na Śląsku i gdzie indziej też. Ale gdyby jednak był, to oprócz bezwzględnej dyskwalifikacji powinien go dosięgnąć ostracyzm środowiska.  

PS A poza tym uważam, że ekstraklasa powinna zostać ŁKS-owi zwrócona.

czwartek, 28 maja 2009
Czy grając w jednym klubie można kibicować drugiemu

Dziś zajmowanie się futbolem za pieniądze jest taką samą profesją jak każda inna. Wszędzie - w wielkiej korporacji, w małej rodzinnej firmie i klubie piłkarskim - wymaga się zaangażowania na sto procent.

Oczywiście przedsiębiorstwo pod nazwą "klub zawodowy" porusza się w realiach kompletnie niezrozumiałych dla menedżerów działających w innych branżach. Jak to możliwe, że ważny pracownik jednej firmy życzy jak najlepiej innej - sąsiedniej, konkurencyjnej?! Niektórzy tego nie zrozumieją. 

W takiej właśnie sytuacji jest Grzegorz Kasprzik, bardzo dobry bramkarz Piasta, a od dziecka zagorzały kibic Górnika. Nie wiem czy Kasprzik do końca zdaje sobie sprawę z historycznych ansów i niuansów między oboma klubami (z kibicowskich ansów zdaje sobie sprawę na pewno) i że w związku z tym nie wszyscy w Piaście na tę jego atencję patrzą przychylnym okiem. Nie jest aniołem, co przyznacie, gdy przeczytacie tekst mojego kolegi Maćka Blauta (najważniejsze, że kiedy bramkarz znalazł się na życiowym zakręcie, potrafił z niego wyjść). Na pewno nie można jednak odmówić mu szczerości, swoistej odwagi i i autentyczności.

Kasprzik jest pewnie świadomy, że po tak jednoznacznym sformatowaniu swojego wizerunku będzie mu w Gliwicach dobrze tylko wtedy, gdy sam będzie dobry. Gdy nadejdzie słabsza forma, gdy przepuści kilka szmat w ważnych meczach albo gdy gliwickiej drużynie zdarzy się niepomyślna passa, od razu zaczną się kąśliwe wypominki kibiców Piasta. I właściwie trudno będzie im się dziwić, pod warunkiem, że nie przekroczą pewnej granicy... 

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Wysoka forma Grzegorza Kasprzika. Wtedy nieprzychylni będą milczeć, przychylni chwalić, a kiedyś mogłoby się spełnić jego marzenie czyli transfer do Górnika. O jego motywację  i chęć samodoskonalenia się w bramkarskim fachu jestem spokojny, bo motywacja o której wspomina Maćkowi Blautowi jest najmocniejsza z możliwych.

Co ja o tym sądzę? Czy miałbym coś przeciwko gdyby w mojej ulubionej drużynie grał zawodnik głośno deklarujący przywiązanie do klubu, który darzę niechęcią? Kiedyś w dawnych czasach, kiedy piłkarze rzadko zmieniali kluby, kiedy całą karierę  - od bajtla po oldboja  - spędzali w jednej drużynie, byłoby to nie do pomyślenia. Ale teraz, kiedy piłkarzom zdarza się zmieniać zespół nawet co pół roku, często niezależnie od siebie, to zupełnie co innego. Dlatego na pytanie zawarte w tytule odpowiem, że nie miałbym nic przeciw temu. Gdyby zawodnik był naprawdę dobry  - jakoś bym to przebolał... 

Kasprzikowi życzę, żeby kiedyś zagrał w ekstraklasie w barwach Górnika. A kibicom Piasta życzę, żeby gdy Kasprzik będzie do Górnika odchodził, żegnali go ze zrozumieniem. A także z wdzięcznością za świetne mecze, które dla Gliwic rozegrał i które jeszcze rozegra.

Sądzę, że fani Piasta tak naprawdę wolą widzieć w składzie Grzegorza Kasprzika niż zawodnika, który kilka miesięcy po transferze całuje herb na koszulce swojego nowego klubu. A po kolejnym transferze znów całuje herb na koszulce swojego kolejnego nowego klubu. Bo takich też można znaleźć w polskiej lidze...

PS Jeszcze słowo wyjaśnienia do wpisu o 70 rocznicy dziesięciu ligowych goli w jednym meczu Ernesta Wilimowskiego. Wspomniałem, że ”Eziemu” udało się powtórzyć wyczyn podczas Pucharu Niemiec w 1942 roku. Taką informację znalazłem w kilku miejscach m.in. w biografii, której współautorem jest zięć zawodnika.

Właśnie dotarłem do protokołu tamtego spotkania (TSV 1860 wygrał z SS Sportgemeinde Strasbourg 15:1), opracowanego przez niemieckich statystyków z IFFHS. Wynika z niego, że Wilimowski strzelił wtedy nie dziesięć, a ”tylko” siedem goli (w minutach: 4., 9., 15., 27., 51., 55. i 89.). Pozostałe mieli zdobyć Heinz Krueckeberg (pięć), Ludwig Janda (dwa) i Engelbert Schmidhuber (jednego). Tak więc prostuję: wygląda na to, że wyczyn ”Eziego” z meczu Ruch - Turyści był jednak niepowtarzalny...

środa, 27 maja 2009
Wątek austriacki

Ruch Chorzów testuje właśnie dwóch piłkarzy z Austrii. Jeśli znajdą angaż na Cichej nie będą tam wcale pierwszymi Austriakami. Inna dwójka już duuuuuużo wcześniej zapisała się w historii Ruchu "złotymi zgłoskami". Jeszcze przed wojną goście z Austrii zdobywali z niebieskimi mistrzostwa Polski! Oczywiście nie jako piłkarze, a trenerzy.

O jednym z nich pisałem już szerzej kilka lat temu w "Gazecie". Kibice o Tonim Ringerze już nie pamiętają, a przecież jego zasługi dla całego śląskiego futbolu są gigantyczne. Oto ten tekst: 

"Z chorzowskim Ruchem był mistrzem Polski, z AKS-em awansował do ekstraklasy i zdobył wicemistrzostwo. Jako trener związkowy trenował także czołówkę śląskich piłkarzy, którzy stanowili wówczas trzon polskiej reprezentacji.

W Polsce pojawił się właśnie na zaproszenie Śląskiego OZPN-u i został oddelegowany do pracy w Ruchu i AKS-ie. Na Cichej pracował w drugiej połowie sezonu 1936 i drugiej połowie sezonu 1937. Za pierwszym razem zdobył mistrzostwo, za drugim rozczarowujące rozpieszczonych serią czterech tytułów fanów trzecie miejsce. Jednocześnie (!) zajmował się lokalnym rywalem - Amatorskim KS-em. "AKS przygotowuje się starannie do decydujących meczów [o awansie do ekstraklasy - przyp. pacz] pod okiem związkowego trenera Ringera" - pisała "Polska Zachodnia" w październiku 1937 roku. Udało się - świetna ekipa z Piontkiem i Wostalem na czele zdobyła awans.

AKS miał wtedy bardzo silny skład. W debiutanckim sezonie zdobył wicemistrzostwo Polski (w pierwszym meczu w ekstraklasie wygrał u siebie 3:1 właśnie z Ruchem w obecności ok. 15 tys. widzów). Po latach Ringer wspominał, że klub z Góry Wyzwolenia w razie wywalczenia mistrzostwa obiecywał mu premię wysokości aż 5 tys. zł (wówczas ok. tysiąca dolarów). Za taką sumę można było na Śląsku kupić najmodniejsze wówczas samochody - chevroleta albo buicka. Czekały na szczęśliwców w nieistniejącym już salonie samochodowym przy ul. Plebiscytowej w Katowicach.

Ringer nigdy jednak tych pieniędzy nie zobaczył. Z AKS-em pracował jeszcze w 1939 roku, kiedy działacze szybko zwolnili węgierskiego szkoleniowca Vogla, bo uznali, że był za słaby. W lipcu 1939 roku Ringer niechcąco stał się sprawcą wielkiej awantury podczas wyjazdowego meczu AKS-u z lwowską Pogonią. Jego rozmowa po niemiecku z Wostalem wywołała wściekłość lwowskich kibiców, tuż przed wybuchem wojny nastroje były bardzo napięte. Lwowiacy zapomnieli, że trener AKS-u był Austriakiem.

Ringer zachował się w pamięci jako fachowiec. Choć lekko seplenił, był komunikatywny i bardzo lubiany przez piłkarzy. Nic dziwnego, bo służył im nie tylko jako trener. W tygodniku "Kibic", wydawanym tuż przed wojną w Katowicach, w jednym z ostatnich numerów ukazało się zdjęcie Ringera, opatrującego rękę bramkarza AKS-u Romana Mrugały.

Co ciekawe, pracując w klubach chorzowskich, Austriak mieszkał w Katowicach. Miał wynajęte mieszkanie przy ul. Żwirki i Wigury, vis-a-vis dzisiejszego Urzędu Skarbowego. Stamtąd miał blisko do hali przy ul. Raciborskiej, gdzie jako trener OZPN-u co środę miał zajęcia ze śląską kadrą w ośrodku PWiWF. Istniała tam wówczas hala ziemna. Ostatni taki trening pod okiem Ringera odbył się w sierpniu 1939 roku. Uczestniczyły w nim największe śląskie asy, m.in. Ernest Wilimowski, bracia Piece i Gerard Wodarz.

Kiedy wybuchła wojna, Ringer nie zdecydował się pozostać na Górnym Śląsku. Wrócił do rodzinnego Wiednia. Tam nadal pracował w zawodzie. Wspomina Teodor Wieczorek, sławny śląski piłkarz i trener
(jakby ktoś nie wiedział  - wczoraj zmarł): - W czasie wojny grałem w Germanii Königshütte (tak wówczas nazywał się AKS). Jako zwycięzca górnośląskiej Gauligi Germania uczestniczyła w mistrzostwach Niemiec [rozgrywanych wówczas systemem pucharowym, przyp.pacz].

W 1/8 finału chorzowianie trafili na jeden z najstarszych austriackich klubów, dziś trzecioligowy First Vienna FC 1894. Wówczas rozgrywano tylko jeden mecz, rewanżów nie było. Spotkanie odbyło się na Praterstadionie. Piłkarze Germanii pojechali do Wiednia pociągiem. Po zaciętej walce przegrali 0:1. - Trenerem Vienny był wówczas właśnie Ringer. Ja jako młodziak tylko się z nim przywitałem. Nie znał mnie, bo przed wojną w AKS-ie nie grałem. Pamiętam jednak, że trener długo rozmawiał ze starszymi - Piontkiem i Pochopieniem - wspomina Wieczorek. Po zwycięstwie z chorzowianami Vienna doszła wówczas aż do finału. Wiedeńczycy wyeliminowali potem SC Planitz (3:2), Blau Weiss Berlin (3:2) i dopiero w decydującym meczu o mistrzostwo przegrali w stolicy Niemiec z Schalke Gelsenkirchen (0:2).

Być może to właśnie Ringer ściągnął do Wiednia Ernesta Kubisza. Przedwojenny skrzydłowy Ruchu, trzykrotny mistrz Polski, w pierwszej połowie lat 40. grał właśnie w Viennie!

Mało kto wie, że Ringer po latach odwiedził stare kąty na Śląsku. Austriak przyjechał na święta wielkanocne w kwietniu 1957 roku. Skorzystał z okazji, że tournée po Polsce odbywał Rapid. Wiedeńczycy mieli wówczas bardzo mocną drużynę, w której grali m.in. znakomity pomocnik Gerhard Hanappi i świetny stoper Ernst "Aschyl" Happel - po latach jeden z najlepszych trenerów świata wszech czasów. Na Śląsku Rapid rozegrał tylko jedno spotkanie. 22 kwietnia 1957 roku na Stadionie Śląskim odbył się dwumecz. W obecności 80 tys. widzów Górnik Zabrze wygrał z węgierską Tatabanyą 4:1, a Ruch - z Cieślikiem, Alszerem, Suszczykiem i Wyrobkiem w składzie - przegrał z wiedeńczykami aż 0:4. "Kiepski czardasz i piękny walc na Stadionie Śląskim" - podsumował "Sport". Ringer, który wraz z ekipą Rapidu zamieszkał w katowickim hotelu Polonia, oczywiście oglądał te mecze."

Toni Ringer

Na zdjęciu z 1957 roku (archiwum Mariana Lubiny) oglądacie Ringera na ul. Kochanowskiego w Katowicach. To ten uśmiechnięty, zadowolony z życia starszy pan w kapeluszu i okularach. Po jego prawej stronie (czyli Waszej lewej) wspomniany już niejaki Ernst Happel (który zresztą wbił wtedy Ruchowi jednego z goli). A kto po lewej (czyli Waszej prawej) - nie wiem. Pomożecie?

"Historyk futbolu Andrzej Gowarzewski ustalił, że metrykalne imię Ringera brzmi Günther. Na Śląsku znany był jednak jako Toni, nawet na tabliczce jego wiedeńskiego mieszkania było "T. Ringer". Mieszkał z żoną obok ośrodka sportowego na Blattgasse 3. Co ciekawe, nie zajmował się już futbolem. Miał także inną, mało znaną pasję - jeździectwo. Okazuje się, że był trenerem jazdy konnej i prowadził w Wiedniu szkółkę!"

Drugi, a właściwie pierwszy Austriak w Ruchu to też postać nie lada. Gustav Wieser w drugim dziesięcioleciu XX wieku był wybitnym piłkarzem, wychowankiem Rapidu, siedmiokrotnym mistrzem Austrii, trzykrotnym królem strzelców. W latach 1916-26 był jedną z największych gwiazd reprezentacji Austrii. Chyba najlepszy występ w życiu "Guggi" zanotował 20 stycznia 1924 roku w Genui. Ekipa słynnego Hugo Meisla wygrała na wyjeździe z reprezentacją Włoch aż 4:0, a grający na skrzydle Wieser jeszcze przed przerwą zdobył dwa gole! Zanim trafił do Ruchu pracował jako szkoleniowiec w Eintrachcie Frankfurt, Schalke 04 Gelsenkirchen i... Legii Warszawa. Właśnie jego, jako pierwszego trenera w dziejach, zatrudnił Ruch, a Wieser odpłacił się wkładem w dwa mistrzostwa Polski.

Z Wieserem wiąże się ciekawa historia, którą też opisałem w "Gazecie" już parę lat temu. Chodzi o słynny mecz Ruchu z 30 grudnia 1934 roku: Ślązacy jako jedyny klub z Polski w całej dotychczasowej historii potrafili wygrać na wyjeździe z Bayernem Monachium! 

"Utarło się, że w tym meczu w polskim zespole na pozycji prawego łącznika miał zagrać pierwszy etatowy trener Ruchu Gustav "Guggi" Wieser (...). To mogło być prawdopodobne, bo choć ten były reprezentant Austrii miał już 36 lat, utrzymywał sportową sylwetkę. Jednak polska prasa (na meczu był jeden dziennikarz ze Śląska) twierdziła, że nazwisko Wiesera- który rzeczywiście był w Monachium - pojawiło się przez błąd... niemieckiej agencji prasowej, która pomyliła Austriaka z... Edmundem Giemsą. A ten podczas tournee pełnił także funkcję kierownika drużyny! Giemsa, znakomity specjalista od rzutów wolnych, kojarzony jest jako solidny obrońca na reprezentacyjnym poziomie, ale prawda jest taka, że do 1936 roku występował jako napastnik."

Co więcej? Daj Boże, żeby panowie Armin Sommerauer i Patrick Berger osiągnęli w Ruchu choć 1/10 tego, co panowie Gustav Rieser i Toni Ringer.

wtorek, 26 maja 2009
Żałoba: odszedł Teo

Był ostatnim żyjącym członkiem drużyny Germania Königshütte, która w latach 1942-44 zdobywała mistrzostwo Górnego Śląska.

Był człowiekiem, który uratował życie Gerardowi Cieślikowi w radzieckim obozie jenieckim w Brandenburgu.

Był reprezentantem Polski, który syna też wychował na reprezentanta Polski.

Był człowiekiem, którego zdanie bardzo szanował Kazimierz Górski, miał zresztą miejsce w sztabie szkoleniowym (jako obserwator) na niezapomnianych mistrzostwach świata w 1974 roku. 

Był człowiekiem, który jako trener zdobył szacunek nie tylko w Chorzowie i Zabrzu, ale i w Sosnowcu. Szanowali go także w Gliwicach i Bytomiu. Ale choć zdobył respekt m.in. w Ruchu, Górniku, Piaście, Szombierkach i Zagłębiu, najwięcej miejsca w jego sercu zawsze zajmował AKS Chorzów. Nigdy nie mógł przeboleć jego upadku. 

Ostatni raz odwiedziłem Go w jego czyściutkim mieszkaniu na Klimzowcu w zeszłym roku. Był w świetnej formie. Zjednywał sobie ludzi serdecznością i delikatnym humorem. Był nieprawdopodobnie skromny. To wręcz niemożliwe, że tak Niezwykła Postać mogła być aż tak skromna...

Był człowiekiem niezwykłej klasy, nieposzlakowanej opinii, nienagannych wręcz manier i elegancji.

Był. Teodor Wieczorek nie żyje. Zmarł dziś rano. Miał niespełna 86 lat. Oto opowieść o jednej z najwybitniejszych postaci śląskiego futbolu wszech czasów... 

Teodor Wieczorek 

Germania

 Górny Śląsk

PS Na zdjęciach:

a) Teodor Wieczorek w swoim chorzowskim mieszkaniu. Odwiedzaliśmy go kilkakrotnie, o futbolu (ale nie tylko) mógł rozprawiać godzinami

b) siódmy z lewej w drużynie Germanii Königshütte (I poł. lat 40.)

c) trzeci z lewej w górnym rzędzie w reprezentacji Śląska przed meczem z reprezentacją Pragi (stadion Ruchu, 1948 rok)

poniedziałek, 25 maja 2009
Górnik Zabrze znowu jest mistrzem...

...na razie tylko województwa śląskiego w sezonie 2008/09. Okazuje się, że w derbach grał w tym sezonie najlepiej! Tym sposobem obronił - choć po rundzie jesiennej wydawało mi się to niemożliwe - tytuł z poprzedniego sezonu. Różnica w stylu jest jednak znaczna: ostatnim razem KSG w ośmiu meczach zdobył 21 punktów na 24 możliwe i zdeklasował konkurencję. W tym wystarczyło mu zaledwie 14 punktów. Jeszcze na półmetku zdecydowanym faworytem była Odra, ale wiosną zgubiła formę i pokpiła sprawę. Ostatecznie oba te zespoły zgromadziły tyle samo punktów. Odra ma nawet lepszy bilans bramkowy, ale w bezpośrednich meczach górą był Górnik (2:0, 0:0) i to zdecydowało, że wygrał.

Godne zastanowienia, że akurat tylko te dwa zespoły, najlepsze  przecież  w ”lidze górnośląskiej”, ciągle nie są pewne utrzymania!

1.Górnik   8   14     6:3 

2.Odra      8   14   10:6

3.Piast       8   11    4:3

4.Ruch      8     9    5:6

5.Polonia   8    7    6:13

O sukcesie Górnika zdecydowała dobra gra u siebie plus zwycięstwo w WDŚ na Śląskim. Na Roosevelta KSG nie stracił nawet gola. Z kolei o ostatnim miejscu Polonii przesądziła fatalna gra na wyjazdach. Jako jedyna przegrała wszystkie cztery mecze!
Strzelcy w derbach:
3 - Małkowski (Odra) 
2 - Aleksander (Odra), Banaś (Górnik), Korzym (Odra), Podstawek (Polonia), Sobczak (Ruch), Zabłocki (Polonia)
1 - Gierczak (Odra), R.Grzyb (Polonia), W.Grzyb (Ruch), Jarka (Górnik), Kołodziej (Górnik), Jezierski (Ruch), Madejski (Górnik), Matulevicius (Odra), Michniewicz (Piast), Muszalik (Piast), Olszar (Piast), Owczarek (Polonia), Sobiech (Ruch), Smektała (Piast), Szary (Odra)
1 samobójcza - Kowalczyk (Odra)

W derbach padło 31 bramek. Średnia goli na mecz: 1,55.

Największy hit: zdecydowanie historyczne zwycięstwo Piasta nad Górnikiem w Gliwicach po cudownym strzale Mariusza Muszalika. Ten mecz miał duże znaczenie psychologiczne: chyba właśnie wtedy wielu ludzi w Gliwicach uwierzyło, że Piast może jednak nie spaść, a wielu ludzi w Zabrzu, że Górnik może jednak spaść.

Najwieksze rozczarowanie: gra Polonii na wyjazdach. Wszystkie cztery mecze bytomianie przegrali po słabej, albo co najwyżej przeciętnej grze. Z wydarzeń pozaboiskowych trzeba wspomnieć bezsensowną burdę z ochroniarzami podczas WDŚ na Stadionie Śląskim, które tym razem także poziomem sportowym wyraźnie ustępowały tym zeszłorocznym.

Najlepszy mecz: najbardziej podobało mi się spotkanie Polonii z Ruchem w Bytomiu, choć dobrze grała wtedy tylko jedna drużyna. Ale styl, skuteczność i zmyślna taktyka zaprezentowane wtedy przez niebieskich ocierały się o epitet ”olśniewające”. To był chyba najlepszy mecz niebieskich w tym roku, to był wieczór, który zdecydował o stracie posady przez Marka Motykę. Ciekawe, że po tym meczu Polonia podniosła się bardzo szybko, a Ruch popadł w marazm zakończony zmianą trenera  .

Najszybszy gol: jeszcze jesienny. Padł dość późno. Zdobył go w 11 minucie Piotr Madejski z Górnika w meczu z Piastem w Zabrzu. Nijak się to ma do osiągnięcia z poprzedniego sezonu, gdy Dawid Jarka w meczu Górnik - Polonia strzelił bramkę już w 1. minucie.

Najpiękniejszy gol: trudno wybrać. Mnie najbardziej podobały się fantastyczne strzały Muszalika w meczu Piast - Górnik, Małkowskiego w meczu Ruch - Odra i Kołodzieja w meczu Górnik - Odra. Ale gdybym miał się decydować to na ten pierwszy, bo z woleja!

Frekwencja:

Najwyższa: 40000 na meczu Ruch - Górnik

Najniższa: 2000 na meczu Piast - Polonia, który odbył się w Wodzisławiu.

niedziela, 24 maja 2009
Idzie, idzie Podbeskidzie!

Historyczny weekend dla Podbeskidzia Bielsko-Biała! Wygrać we współczesnym futbolu 9:0 na centralnym szczeblu rozgrywek krajowych to wielki wyczyn - niezależnie od klasy przeciwnika. Szkoda, że nie było dwucyfrówki...

Wydaje się, że Bielsko-Biała doczekało się chyba najsilniejszej drużyny w historii miasta. Jeszcze może BKS z początku lat 80., kiedy walczył o ekstraklasę z GKS-em Katowice, był równie silny, ale ostatecznego celu nie udało mu się wtedy zrealizować. Obecny zespół ma szansę zrobić krok dalej - czy zagra w barażach o ekstraklasę (na przykład z Górnikiem Zabrze)?

To sobotnie 9:0 jest dla mnie jednym z pięciu najfajniejszych wydarzeń w dotychczasowej historii bielsko-bialskiej piłki. Cztery pozostałe to:

- rok 1921: drużyna z Bielska jest pierwszym sparingpartnerem reprezentacji Polski przed jej pierwszym oficjalnym meczem międzypaństwowym;

- rok 1935: sensacyjne zwycięstwo BBTS 2:1 w towarzyskim meczu nad mistrzem Polski Ruchem Hajduki Wielkie. Wtedy takie mecze zwano ”propagandowymi” - zorganizowała go jedna ze śląskich gazet. W Bielsku zapanował entuzjazm, po meczu widzowie znieśli piłkarzy z boiska na ramionach, ale Ruch potem strasznie żałował, że dał się namówić na przyjazd. Powód? Ambitni gospodarze grali bardzo ostro i w efekcie paskudnej kontuzji nabawił się szykowany akurat na mecz z reprezentacją Austrii 18-letni Ernest Wilimowski. ”Pierwsze oględziny lekarskie wykazały złamanie kostki w kolanie (...) i konieczność operacji”. Rok 1935 młodziutki gwiazdor mógł właściwie spisać na straty;

- rok 1946: przyjazd do Bielska Honvedu Budapeszt z Ferencem Puskasem i Jozsefem Bozsikiem na czele. BBTS prowadził już 2:0, ale sensacyjnego rezultatu nie udało się utrzymać: ostatecznie wygrali Węgrzy 5:3. Bohaterem był bramkarz Tadeusz Janik, który obronił m.in. strzał Bozsika z rzutu karnego;

- rok 2007: miażdżące zwycięstwo 3:0 na inaugurację drugoligowego sezonu ze Śląskiem Wrocław, który wywalczył później awans do ekstraklasy. Ryszard Tarasiewicz był wtedy bezradny... Podbeskidzie nie poszło w ślady rozbitego rywala, bo miało garb minusowych punktów za korupcję. To był trenerski debiut Marcina Brosza, jednego z najciekawszych fachowców młodego pokolenia w Polsce. Ze wszystkimi zespołami w których pracował, ten 36-letni dziś szkoleniowiec zdobywał awans (wszystkimi dwoma czyli z Polonią Bytom i Koszarawą Żywiec). To dobry prognostyk dla kibiców Podbeskidzia...

kibice Podbeskidzia

sobota, 23 maja 2009
Pomyliłem się

Kilka tygodni temu twierdziłem, że Górnik Zabrze zapewni sobie utrzymanie jeszcze przed ostatnią kolejką. Pomyliłem się. Wygląda na to, że będzie musiał się bić do samego końca.

Pomyliłem się, ale mam jeszcze szansę... mieć rację. Kilka tygodni temu twierdziłem także, że w ekstraklasie utrzyma się cała śląska piątka. Przyznacie, że nadal jest to bardzo prawdopodobne, choć nieoczekiwanie życie skomplikowała sobie Odra Wodzisław.

Na razie gratulacje dla Polonii Bytom, Piasta Gliwice i Ruchu Chorzów, do zobaczenia w przyszłym sezonie ekstraklasy. No i gratulacje dla... Ruchu Radzionków, sensacyjnego lidera po pierwszej kolejce ekstraklasy w 1998 roku (pamiętacie 5:0 z Widzewem?). Cidry żegnają się z zaściankiem, bo w bardzo przekonywującym stylu awansowały właśnie do trze..., tfu, drugiej ligi.

20:32, pavelczado
Link Komentarze (34) »
piątek, 22 maja 2009
Co mogłoby łączyć Katowice z Pragą

Katowice to pod względem futbolowym miasto niezwykłe.  Niewiarygodne jak nie układało mu się przez te wszystkie lata. Na przestrzeni dziejów miało kilka szans na to, żeby dorobić się klubu z potencjałem na mistrzostwo Polski i ostatecznie nic z tego nie wychodziło: 1.FC, Dąb, Pogoń, Baildon z przeróżnych przyczyn bezpowrotnie traciły swoje szanse. Z przeróżnych przyczyn nie zostały po tych klubach nie tylko trofea, ale także porządne stadiony.  Może dlatego, że zawsze brakowało w mieście ludzi z rozmachem i wizją?

Chociaż nie; był taki jeden, choć z Katowic nie pochodził. Teraz pewnie niektórzy się oburzą, ale takie są fakty: syn sosnowieckiego woźnicy i krewny wikariusza generalnego diecezji kieleckiej wizję w sobie wypracował. To prawda, choć przecież każde dziecko wie, że zmarłemu w 2002 roku Marianowi Dziurowiczowi nie będzie pewnie przesadą zarzucić wszystkie futbolowe grzechy świata jakie można sobie tylko wyobrazić. Zrozumiałe, że wielu kibiców pamięta go jako ”megaszwarccharakter”. Gdyby Dziurowicz - senior żył, prokuratura we Wrocławiu wyobracałaby go we wszystkie możliwe strony...

Kto Dziurowicza znał, wiedział, że miał wiele nieprzyjemnych wad, ale jednocześnie nie ma wątpliwości, że był w naszym futbolowym grajdołku osobowością nietuzinkową. Zdążyłem go poznać (kiedyś siedem godzin przegadaliśmy w siedzibie Śląskiego Związku Piłki Nożnej przy ul. Francuskiej). Marian Dziurowicz nie był typem wyrafinowanego intelektualisty, ale posiadał kombinację cech o której większość śmiertelników może tylko pomarzyć: bryzgająca wręcz nieokiełznana ambicja mieszała się u niego w zadziwiający sposób z kipiącą, niepohamowaną energią, niewzruszoną systematycznością oraz z nieustępliwą pewnością siebie. Od dziecka wprowadzał w życie hasło: ”umiesz liczyć? licz na siebie”... Może dlatego, że w wojennych czasach jako łepek zarabiał na jedzenie wykupując folksdojczom kartki żywnościowe? O 5 rano stawał w kolejkach, tak przynajmniej opowiadała jego dalsza rodzina...  

Dlaczego tym razem tyle o Dziurowiczu? Ano dlatego, że to właśnie on dał szansę wypłynięcia na dalsze niż zakola Rawy wody kolejnemu katowickiemu klubowi. To za jego sprawą nowopowstały GKS jako pierwsza katowicka drużyna w historii miał szansę na coś więcej niż tylko prowizorkę. Czy jedyną szansę? 

Dziura-senior zastał w GKS-ie drewniany baraczek i skromną trybunę na ziemnym wale. Wiedział czego chciał i prawie zbudował przy ul. Bukowej pierwszy z prawdziwego zdarzenia klubowy stadion w Polsce. Prawie; zabrakło dwóch lat komuny, żeby wznieść brakujące trybuny i go dokończyć.

Wiadomo, że budowa stadionu na Bukowej była możliwa tylko dzięki świetnemu umocowaniu Dziurowicza w PRL-owskich układach (na klub płynęły pieniądze z dziesięciu kopalń katowickiego zjednoczenia). Z drugiej jednak strony w tamtych czasach przecież mnóstwo piłkarskich działaczy było świetnie umocowanych w PRL-owskich układach, ale jedyny porządny stadion - choć niedokończony - postawił tylko Dziurowicz.

W II połowie lat 80. na Bukową przyjeżdżały pełne podziwu wycieczki z całego kraju, żeby zobaczyć jak to się robi. Teraz trudno w to uwierzyć, ale wtedy był to najnowocześniejszy stadion w Polsce  - mimo tego, że było to właściwie pół stadionu. Ale minęło ćwierć wieku i Bukowa zamieniła się w ruinę. Stolica województwa śląskiego ewidentnie potrzebuje nowej areny, bo obecna to wstyd na cały kraj. Zardzewiały front zadaszenia głównej trybuny robi paskudne wrażenie, brrrr...

Plan już powstał. Urzędnicy są zadowoleni i zaakceptowali go do realizacji. Jest jednak problem: efekt końcowy - jak na wydatek 108 mln zł  - nie powala. Wyraźnie brakuje kogoś, kto miałby wizję. Brutalnie mówiąc jest to stadion - prowizorka, stadion dla klubu bez ambicji. Dla klubu, który ma trwać, a nie się rozwijać.

Zastrzeżenia są dwojakiej natury. Po pierwsze: architektura. To nie będzie kolejne cacko, takie jak choćby to, które powstaje w Lubinie. Mowy nie ma o dwukondygnacyjnych trybunach, no i dlaczego nie można ich połączyć i zamknąć dookoła? Z kolei membrana położona na takiej, a nie innej konstrukcji dachowej sprawia wyjątkowo wątłe, mizerne wrażenie. Poza tym nie ma pewności, że kogokolwiek ochroni przed deszczem...

Po drugie: pojemność. Magistrat uważa, że 15 tysięcy całkowicie załatwia sprawę. A ja tym razem trzymam stronę katowickich kibiców i twierdzę, że nie załatwia. Przeciwnicy większego obiektu powołują się na frekwencję ostatnich lat. Sugerują, że obecny projekt jest optymalny, bo na Gieksę nigdy nie przyjdzie więcej niż 10 tysięcy ludzi. Strata milionów zlotych, a i atmosfera na pustym stadionie będzie podczas meczów przygnębiająca... Odpowiem tak: w pierwszym sezonie istnienia GKS-u na jego mecze ligowe przychodziło średnio jakieś 2 tysiące ludzi (tylko na Polonię Bydgoszcz szarpnęło się 4 tysiące). Po ćwierć wieku istnienia, w chwilach wielkiej świetności przychodziło niespełna 15 tysięcy, ale tylko dlatego, że więcej nie mogło - Bukowa pękała w szwach i siedziało się wtedy na schodach. Rekord padł na meczu z Rangersami i był możliwy dlatego, że mecz odbył się na Stadionie Śląskim (przyszło około 30 tysięcy)*. Na mocną drużynę w Katowicach spokojnie przyjdzie 20 tysięcy ludzi. 

Dlatego moim zdaniem 15-tysięczny brzydki stadion dla stolicy województwa śląskiego to wstyd. Obiekt powinien być co najmniej o 5 tysięcy większy. Mam już taki upatrzony. Pojedźcie do Pragi zobaczyć nowiutki stadion Slavii (koszt ponoć ok.35 mln euro w zeszłym roku, aż trudno uwierzyć). Taki własnie 21-tysięczny obiekt byłby na potrzeby katowickiego klubu wręcz idealny. Z takiego stadionu miejscowi kibice mogliby być dumni przez następne pół wieku. 

Wiadomo, że jest kryzys, że trzeba oszczędzać. Ale teraz właśnie jest ostatnia okazja, żeby się zastanowić co dalej. Dlatego może lepiej byłoby więc wydać pieniądze tylko na niezbędne prace remontowe - tak, żeby Bukowa bez problemu spełniała warunki licencyjne, a nie pakować się w taką prowizorkę?

 PS Moim zdaniem optymalnie około 2012 roku byłoby tak:

 - nowy stadion Górnika na ok.30 tysięcy;

 - nowy stadion Ruchu na ok.30 tysięcy;

 - nowy stadion GKS-u na ok. 20 tysięcy;

 - nowy stadion Zagłębia na ok. 20 tysięcy;

 - nowy stadion Polonii na ok.15 tysięcy;

 - nowy stadion Piasta na ok.10 tysięcy;

 - nowy stadion Odry na ok.10 tysięcy. 

* absolutnego rekordu klubowego czyli spotkania z Barceloną na Stadionie Śląskim z 1970 roku (85 tysięcy ludzi) nie ma sensu liczyć, bo to był dwumecz - w pakiecie Ruch zagrał z tego samego dnia w tym samym miejscu z Fiorentiną. Oczywiście dziś coś takiego byłoby całkowicie niemożliwe...

 
1 , 2 , 3
Archiwum