poniedziałek, 30 maja 2016
Odeszła legenda Polonii

Henryk Kempny nie żyje. Miał 82 lata.

                                               ***
Był wybitnym piłkarzem. Klasycznym środkowym napastnikiem, kierownikiem ataku, łowcą bramek. Miał pecha, że walił te bramki w erze przedtelewizyjnej. Właśnie dlatego dzisiejszy przeciętny kibic nie za bardzo wie o Kogo chodzi. Tymczasem Kempny czterokrotnie był mistrzem Polski, dwa razy królem ligowych strzelców. Przeszedł do historii zarówno swojej Polonii Bytom jak i warszawskiej Legii.

                                               ***

Urodził się jako Helmut, jego przyszła żona jako Adelhaid a jako dzieci nie znali języka polskiego. Zmieniło się to kiedy w 1945 roku w rodzinnym Beuthen nastała Polska.
Kempny choć autochton trafił do zarządzanej przez lwowiaków Polonii, a nie górniczych Szombierek, ale nigdy nie żałował tego wyboru. Pierwszy tytuł mistrzowski zdobył właśnie z Polonią w 1954 roku. Potem przydarzyło się wojsko w Legii, a przy okazji dwa kolejne mistrzostwa dla CWKS-u (1955, 56). Wyjazd do Warszawy był o tyle przemyślany, że Kempny tam mógł rzeczywiście rozwinąć się bardziej niż w... Ruchu Radzionków (dyrektor tamtejszej kopalni obiecał piłkarzowi, że uniknie wojska i nie będzie musiał opuszczać Bytomia co było kuszącą propozycją).
Wówczas grało się pięcioma napastnikami i w stolicy Kempny początkowo był ustawiany na skrzydle. W Warszawie dobrze znający piłkarza z czasów wspólnej pracy trener Ryszard Koncewicz (razem zdobywali mistrzostwo dla Bytomia) ustawił Go na środku ataku. To był strzał w dziesiątkę. Kiedy Legia zdobywała drugie w historii mistrzostwo Polski Kempny został królem ligowych strzelców. Ale goli nie liczył. Gdyby liczył, nie dopuściłby przecież żeby licznik zatrzymał się na 99 bramkach...
Był tak dobry, że w Warszawie nie chcieli go puścić z powrotem na Śląsk. Awansował na chorążego, w efekcie zgodził się zostać w stolicy rok dłużej. Legia bardzo go doceniała. Mieszkał w pokoju czteroosobowym, ale był bardzo ważny dla klubu więc został więc przeniesiony do pokoju dwuosobowego. W uznaniu zasług przyznano mu jeszcze telewizor. Zabrał go wracając do Bytomia, choć w tym czasie telewizja działała jeszcze tylko w Warszawie.
Wrócił do rodzinnego miasta i czwarte mistrzostwo znowu zdobył z Polonią w 1962 roku.

                                              ***

Jego bilans reprezentacyjny nie jest być może imponujący: trzy lata występów w kadrze, 16 meczów, 6 bramek. Ale to właśnie on, grając w 1957 roku na środku ataku reprezentacji Polski, wypracował Gerardowi Cieślikowi gola w słynnym meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim. To on wbił bramkę słynnej węgierskiej drużynie z lat 50., jednej z najsłynniejszych w dziejach futbolu z Puskasem i Kocsisem na czele po której Polska przez pół godziny prowadziła w Budapeszcie.
Miał pecha. Mógł osiągnąć znacznie więcej, ale dwukrotnie w starciach z rywalami łamał nogę. Po drugim nieszczęściu nie wrócił już do dawnej formy.
Podobno był bardzo muzykalny. Jeszcze w Bytomiu śpiewał w kościelnym chórze (jako bas). Zresztą przyszła małżonka właśnie w kościele zwróciła uwagę na wysokiego, postawnego ministranta...

                                              ***
Miałem zaszczyt poznać Go osobiście w 2004 roku kiedy niezastąpiony Jan Liberda zorganizował w Szczyrku zlot dawnych gwiazd Polonii. Wielu z tych wspaniałych piłkarzy przyjechało z Niemiec, także Henryk Kempny, który w Niemczech z żoną mieszkał od 1989 roku. Była tam cała rodzina Kempnych, także dwaj synowie (jeden z nich, Krzysztof, z Polonią zdążył zdobyć mistrzostwo Polski juniorów). Z tamtego spotkania w Szczyrku Henryka Kempnego zapamiętałem jako spokojnego, uśmiechniętego człowieka.

Cześć Jego Pamięci.

piątek, 27 maja 2016
No pain, no gain

Wiadomo, że nic łatwo nie przychodzi. Przed Górnikiem droga przez mękę. Ale nie ma innej, bo inna nie ma sensu. Dla mnie bowiem Górnik ma sens jedynie w najwyższej lidze. Bawić się niżej mogą inne drużyny - ale nie ta utytułowana, nie ta specjalna.
Wydaje mi się, że Górnik musi zrobić wszystko żeby wrócić w ciągu roku. Potem do ligi będzie wrócić coraz trudniej, łatwo ugrzęznąć w tym błocku.

W XXI wieku Górny Śląsk traci stan posiadania. Niezwykłej sztuki według mnie dokonał Ruch Chorzów, który dał radę zmartwychwstać po bardzo ciężkich trzech latach. Górnik w zeszłej dekadzie raz spadł, ale natychmiast zrobił co do niego należało. Obawiam się, że jeśli nie będzie powtórki z rozrywki z roku na rok będzie mu coraz trudniej. Podczas kuluarowych rozmów w Zabrzu zauważyłem, że zdają tam sobie z tego sprawę. Wiadomo, że pieniądze nie grają, ale jeśli uda się dopiąć budżet na poziomie - jak słyszę -10 milionów zł to Górnik szybko powinien wrócić gdzie jego miejsce. Wiadomo, że wielu zawodników, których pensje są nieadekwatne do umiejętności odejdzie. Mnie szczególnie interesowały mnie losy Jose Kante. To podobno symbol upadku Górnika, dla mnie z kolei idealny piłkarz na symbol odrodzenia. Chciałbym żeby został, bo z nim odzyskanie ligi będzie dużo łatwiejsze.

"No risk, no fun"* - mówił dziś Bartosz Sarnowski, nowy prezes Górnika. Wolałbym żeby w tyle głowy miał raczej inne hasło: "no pain, no gain"**. Szczerze mówiąc akurat "fanu" za wiele w najbliższych miesiącach nowy prezes raczej nie powinien się spodziewać.

Tak czy inaczej - zabrzanie, powodzenia!

* bez ryzyka nie ma zabawy [ang.]

** bez bólu nie ma zysku [ang.] 

poniedziałek, 23 maja 2016
List do Michała Pola

Kiedy zżymałem się w poprzednim wpisie na niesprawiedliwy system Ligi Mistrzów Michał Pol, naczelny "Przeglądu Sportowego" odpisał mi na tweeterze: "mamy niesprawiedliwie, ale cholernie ciekawe rozgrywki. Ty chcesz nasz zmusić do oglądania kiepskich ale sprawiedliwych".

Uważam, że wpadasz w pułapkę, Michał. Mnie nie chodzi o zmuszanie do oglądania rozgrywek kiepskich ale sprawiedliwych. Wolę raczej świetne i... sprawiedliwe. To ciągle możliwe. O co mi chodzi? Już wyjaśniam.

W obecnej sytuacji to nie poziom drużyny powinien decydować o obecnych kryteriach doboru uczestników Ligi Mistrzów. Przynajmniej tymczasowo. Dlatego, że bezwzględne przyjmowanie poziomu za wyznacznik może doprowadzić do obłędu.

Proste rozumowanie: przyjmijmy, że potężne pieniądze pompowane w Premier League sprawią, iż dwudziesta drużyna tej ligi będzie w stanie rozbić w puch mistrza nie tylko ligi obecnie pośledniej, takiej jak polska, ale i bardzo mocnej - włoskiej, holenderskiej, portugalskiej. To możliwe, realne? Możliwe. Realne.

Czy w takim razie nie było cholernie ciekawe gdyby cały zestaw Premier League w komplecie przenieść do rozgrywek grupowych Ligi Mistrzów? Czyż wtedy stałaby na wyższym poziomie niż obecnie?

Idąc tym tokiem rozumowania: jeśli chcemy żeby rozgrywki Ligi Mistrzów stały na jak najwyższym poziomie, powinniśmy być również za tym, że mistrz Polski jak najszybciej odpadł w eliminacjach. Od dwudziestu lat nie prezentuje już bowiem odpowiedniego poziomu.

Jedyna rada moim zdaniem jest taka: przywrócić szansy gry w Lidze Mistrzów każdemu mistrzowi (wiem, że wszyscy się nie zmieszczą, ale niech biją się o miejsce między sobą a nie z którąś tam drużyną topligi). Dopiero wtedy potężne pieniądze zaczną być dzielone inaczej. A dopiero wtedy drużyny z innych krajów przynajmniej będą miały szansę nawiązać konkurencję, dlatego, że nie będą tak bezczelnie strzyżone - po pierwsze z należnych im funduszy, po drugie - z własnych największych talentów. A dopiero wtedy zwykli ludzie kochający piłkę nie tylko z Anglii, Hiszpanii czy Niemiec będą mieli szansę przeżyć coś naprawdę niezwykłego.

Jeszcze jedno: im dłużej potrwa obecny system tym więcej ludzi na kluby-miłości będzie wybierać drużyny, które widzieli tylko w telewizji. Ludzie chcą czuć się częścią czegoś najlepszego, a skoro drużyny w całych potężnych połaciach Europy nie dają im na to szans, to oni nie mają zamiaru uzmysławiać sobie, że jest w tym niesprawiedliwość systemu tylko zaczynają cudze przyjmować za własne... Oczywiście w to graj wszystkim obecnym potentatom wśród których trudno dopatrywać się naszych rodzimych zespołów... Oczywiście telewizja nie ma nic przeciwko temu. Ale czy my też nie musimy mieć?

PS Wraca stare dobre post scriptum. Okazuje się, że nie ma innego wyjścia. Ruch obiecywał, więc trzeba o tym przypomnieć: a poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 20 maja 2016
Na barykady! Niech bunt wybucha!

Okazuje się, że nie tylko wielkie kluby, ale też sama UEFA chce odwrotu od słusznych reform w Lidze Mistrzów. Trzeba utrudnić klubom ze słabszych lig (między innymi polskiej) awans do elity, bo przecież takie mecze są mniej chętnie oglądane, a poza tym bogatsze kluby nie chcą się dzielić pieniędzmi ze słabszymi.

Zawsze będę powtarzał, że to wyjątkowe draństwo na które nie powinno być zgody. To jest jakby awans do mundialu miały bez gry zapewnione cztery reprezentacje z Hiszpanii (na przykład Katalonia, Kastylia, Andaluzja i Galicja) a Polska musiała przedzierać się przez wykrwawiające eliminacje po to żeby w ostatniej rundzie spotkać się z Krajem Basków i odpaść.

Skoro w formacie krajowym nie ma na to zgody dlaczego jest w klubowym? Moim zdaniem Polsce należy się miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów jak psu zupa. Bez żadnych głupich eliminacji.

Problem w tym, że wszyscy, którzy tak uważają nie są poważnie traktowani. Nigdy nie będą - dopóki w masie się nie zbuntują.

Uważam niestety, że na związek (w kontekście secesji) nie ma tu co liczyć. Krajowe struktury organizacyjne zawsze będą od struktur ponadkrajowych dostawać dotacje a lepiej przecież dostawać dotacje niż ich nie dostawać, nieprawdaż?

A przecież PZPN mógłby być w czubie niezadowolonych i poprowadzić lud na barykady czyli stworzyć koalicję krajowych związków piłkarskich, które czują się pokrzywdzone podziałem miejsc w Lidze Mistrzów. Gdyby wszyscy krzywdzeni wykazali się konsekwencją i odwrócili plecami od najbogatszych mogłoby coś z tego wyjść. To oczywiście marzenie ściętej czadoblogowej głowy... 

Rozdźwięk finansowy między futbolowym rajem a nami poszerza się i będzie poszerzał. Także dzięki sposobowi dystrybucji pieniędzy z rozgrywek. Zobaczycie: zachłanność najbogatszych doprowadzi do stanu, w którym kluby polskie będą pełnić jedynie rolę służebną wobec hegemonów. Hegemoni będą wybierać największe polskie talenty jak ulęgałki - nawet nie za własne pieniądze tylko za sumy, które dostałyby kluby z mniejszych ośrodków (takich jak polski) gdyby ich dystrybucja była sprawiedliwa.

A my, sformatowani, przemieleni i uśmiechnięci, będziemy czuć motylki w brzuchu z dumy, że jakiś polski zawodnik miał zaszczyt zasilić wielkopański europejski klub. Ba; będziemy za to wdzięczni! Będziemy dumni, że możemy się przydać jako pole uprawne.

Tak, jesteśmy futbolową prowincją. Ale jeśli pozwolimy się dodatkowo wtłoczyć w strukturalne ramy sprowadzające nas tylko do roli służby - nigdy z tego stanu się nie wyrwiemy.

Europejska federacja znalazła się pod presją sponsorów, którym nie podoba się, że oglądalność na najważniejszych rynkach telewizyjnych spada. Jedyne co można zrobić to pobić ich własną bronią czyli sprawić żeby oglądalność w Polsce, Rumunii, Finlandii, Czechach spadła do zera.

To jest tak cholernie niesprawiedliwe, że trzeba szukać absurdalnych rozwiązań. Apeluję więc zdając sobie sprawę z absurdu tych słów: przestańmy oglądać rozgrywki Ligi Mistrzów jeśli sami jako nacja chcemy się w nich kiedyś znaleźć.

Spróbujmy kiedy mamy jeszcze portki. Kiedy jesteśmy jeszcze w miarę mocni. Jako sankiuloci nie będziemy mieli już żadnych szans. Pokrzyczymy, a potem nas zetną.

Jest oczywiście drugie rozwiązanie: połóżmy po sobie uszy i czekajmy aż nas z łaski i od niechcenia czasem pogłaskają. Pogłaskają, bo bez kości i podrapania za uszami raz na jakiś czas każdy pies mógłby ugryźć rękę pana.

PS miesza dziś klej którym spoi się części barykady.

czwartek, 19 maja 2016
Martwię się. Bardzo się martwię

W Katowicach trwa Europejski Kongres Gospodarczy. Mnóstwo  znamienitych gości z całego świata m.in. książę von Liechtenstein, gubernator Odessy (jego akurat wielu pamięta jako prezydenta Gruzji) albo minister przemysłu i handlu Lesotho (z nimi Polska jeszcze w piłkę nie grała).

W trakcie imprezy, którą zorganizowano w Międzynarodowym Centrum Kongresowym obok Spodka, odbywa się wiele tematycznych spotkań i paneli. Jedno z nich odbyło się pod hasłem „Przed Euro 2016: piłka nożna jako gałąź gospodarki - ekonomiczne korzyści z inwestycji w sport.” Poprowadził je zagorzały kibic, były premier Jan Krzysztof Bielecki.

Udział w dyskusji wzięli m.in. Dariusz Marzec, prezes spółki Ekstraklasa oraz Maciej Sawicki, sekretarz generalny PZPN (prowadzący nazwał go nawet prezesem związku). Po spotkaniu spytałem ich o palące mnie kwestie.

Pytanie do Dariusza Marca 

Jak długo będzie jeszcze obowiązywał system ESA-37?

Dariusz Marzec: - W tej chwili trudno jednoznacznie odpowiedzieć. W grudniu kluby zdecydowały, że będzie obowiązywał jeszcze przynajmniej przez jeden sezon. Dalsza przyszłość? Dopiero będziemy analizować dane. Wpływ na decyzję będą miały frekwencja, atrakcyjność, poziom sportowy. Warto dodać, że jesienią decyzję o swoim systemie rozgrywek podejmie także UEFA. Musimy się w ten system wpasować jako liga. To ważna okoliczność.

System ESA-37 wydaje się być atrakcyjny dla lig nie z samego szczytu. Wprowadzą go u siebie Serbowie, zastanawiają się Bułgarzy.

Na pewno nie ma szans do powrotu ESA-30, bo byłoby za mało meczów. Liga osiemnastozespołowa? Na razie nie jestem przekonany czy jest tyle zespołów gwarantujących odpowiedni poziom sportowy i licencyjny.

Pytanie do Macieja Sawickiego

Wszystkie mecze eliminacji mistrzostw świata i Europy odbywają się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Kiedy Stadion Śląski też będzie miał szansę na organizację właśnie takich meczów?

Maciej Sawicki: - Przede wszystkim Stadion Śląski musi zostać dokończony. Kiedy zostanie zaczniemy się zastawiać jakie mecze mogłyby się na nim odbywać. Jest wiele opcji: w 2018 rozpoczyna się Liga Narodów UEFA. Od czegoś trzeba zacząć.

                                       * * *

Martwię się. Dla mnie oznacza to, że:

po pierwsze - wygląda na to, że nieszczęsny system trzydziestosiedmiokolejkowy jest poważnie brany pod uwagę w przyszłości. Ba, wygląda na to, że inne kraje chcą wprowadzać go u siebie a dla nas - co mnie szokuje - miałby to być powód do dumy. Przypominam w kilku słowach dlaczego moim zdaniem ten system to bzdura: regulamin jest jedynie od jak najbardziej sprawiedliwego wyłonienia kolejności na mecie sezonu a nie od uatrakcyjniania rozgrywek. Poziom atrakcyjności powinien zależeć przede wszystkim od sportowego poziomu rozgrywek;

po drugie - wygląda na to, że Stadion Narodowy może mieć monopol na organizowanie meczów eliminacji mistrzostw świata i Europy na długo (jeśli nie na zawsze). Owszem, przekonałem się, że to rzeczywiście wspaniały obiekt, ale wspaniałość nie daje placetu na wyłączność. Trudno mi sobie bowiem wyobrazić, że po zakończeniu modernizacji nowoczesny Stadion Śląski miałby zadowolić się ochłapami w stylu Ligi Narodów UEFA.

PS A poza tym mam ochotę pobiegać.

19:53, pavelczado , żal
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 16 maja 2016
Skąd w Gliwicach taki kompleks Zabrza

Nigdy nie rozumiałem jak świętując własny sukces można obrażać największego rywala. Zawsze wydawało mi się, że to przecież umniejsza niezwykłość chwili zamiast podkreślać. A przecież chcielibyśmy ją pamiętać jako coś najlepszego w życiu, prawda?

Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski kibice, a także piłkarze Piasta Gliwice udali się na piękny, najpiękniejszy chyba na Górnym Śląsku rynek i zaczęła się feta. Kibice śpiewali, piłkarze też śpiewali - stojąc na specjalnie przygotowanym autobusie.

Filmik z tego wydarzenia można znaleźć w Internecie. Kiedy człowiek go ogląda robi mu się przykro i czuje się jakby nie mył zębów.

Tak, wiem, że przez wiele lat kibice Piasta nie byli traktowani poważnie przez kibiców Górnika. Tak, wiem, że duża część Gliwic kibicuje Górnikowi co nie podoba się fanom Piasta.

Ale czy z tego powodu warto strzelać sobie samobója, który polega na tym, że w chwilach największej radości, największej dumy z dokonań ukochanej drużyny marnuje się energię na gromadne zaśpiewanie plugawej rymowanki:

"Gdy dorośniesz synu mój,

całe Zabrze weź na chuj,

całe Zabrze weź i spal,

niech te kurwy mają bal!"

Nie rozumiem tego. Rozumiałbym gdyby te słowa mamrotała grupa narąbanych gości na ławce w parku. Ale w uroczystej chwili, w najważniejszym miejscu w mieście?! Jeśli nienawiść jest ważniejsza niż oddanie własnym barwom nigdy nic dobrego z tego nie wynika...

A kibice Górnika mogą się z tego tylko śmiać. Przypuszczam, że kiedy będą cieszyć się z piętnastego mistrzostwa Polski nic o Piaście Gliwice nie zaśpiewają.

PS To samo tyczy się śpiewania na gliwickim rynku nieparlamentarnej rymowanki o Legii. Obrzydliwe to i równie słabe jak paskudny zaśpiew, który warszawska niewychowana publika wyła niedawno na stadionie przy Łazienkowskiej obrażając Piasta i cały Śląsk. Wypadałoby Legię przeprosić. To nie słabą grę piłkarzy i przestarzałe stadiony najtrudniej zmienić. Najtrudniej zmienić ludzi z trybun...

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

22:06, pavelczado , żal
Link Komentarze (17) »
niedziela, 15 maja 2016
Piaście, dziękujemy. To było naprawdę piękne

Jak to się dzieje, że w jednym miejscu gromadzi się konkretna grupa ludzi i potrafi sprawić coś tak niezwykłego, że będzie się o tym pamiętać przez lata?

To była wspaniała bajka, Piaście. Bić się o mistrzostwo do ostatniej kolejki - Gliwice mogą być dumne.

Radoslavowi Latalowi jestem wdzięczny za to, że potrafił wycisnąć ile się dało. Za to, że potrafił z talentem ułożyć melanż polsko-czesko-słowacko-słoweński. Za to dostrzegał w konkretnych piłkarzach coś czego inni nie byli w stanie dostrzec (idealny przykład to Marcin Pietrowski).

Jakubowi Szmatule jestem wdzięczny za jego cierpliwość. Za to, że wierzył w siebie i nie wątpił, że jest dobrym bramkarzem. Gdyby tak nie było rzuciłby przecież to przesiadywanie na ławce w diabły. Dzięki uporowi, w wieku 35 lat trafił mu się sezon, w którym rozegrał więcej meczów w ekstraklasie niż we wszystkich poprzednich sezonach łącznie. 

Hebertowi Silvie Santosowi jestem wdzięczny za to, że stał się najstraszniejszym pająkiem w ekstraklasie. Gdybym stał samotnie z piłką na środku boiska a Hebert podjeżdżałby dopiero pod stadion i tak obawiałbym się, że wyciągnie mi piłkę wślizgiem wkładając je przez drzwi wejściowe. Każdemu napastnikowi powinien włączać się dzwonek alarmowy gdy Hebert zbliżyłby się na odległość 20 metrów. On jest przecież jak krewetka modliszkowa.

Kamilowi Vackowi jestem wdzięczny za to, że dzięki niemu stara dobra szkoła dreptających rozgrywających ciągle w polskiej lidze nie zanika. Vacek to bowiem piłkarz dreptający, co mnie ujmuje, bo dreptanie na murawie zawsze mnie ujmowało. Tym bardziej, że nie jest to dreptanie dla dreptania, ale dla realnych korzyści. Vacek to jest pan piłkarz - dzięki niemu chyba nikt przesadnie nie tęsknił w Gliwicach za znakomitym Estończykiem Vassiljevem. Vacek jest bowiem jeszcze lepszy;

Martinowi Nesporowi jestem wdzięczny za to, że termin "harówka" wyniósł wśród napastników na zupełnie nowy poziom. Pomyślałem, że gdybym miał być nie pismakiem tylko zawodnikiem w stylu Nespora to po trzydziestu minutach wysiłku położyłbym się na murawie, zamknął oczy i umarł. Zauważcie jaki ten piłkarz jest na placu pracowity. Dla mnie Vacek gra, a Nespor haruje. Stworzenie dobrej drużyny piłkarskiej nie jest dziś chyba możliwe bez takich facetów w składzie.

Każdemu z zawodników Piasta jestem wdzięczny za coś innego. Ostatnie miesiące były wspaniałą bajką więc bardzo dziękuję za możliwość jej przeżycia. Zauważcie: na stadion Piasta przychodzi się dziś po to co najprostsze i jednocześnie najcenniejsze - zobaczyć dobry, emocjonujący mecz. Wiecie ile klubów chciałoby móc regularnie gwarantować publiczności AŻ TYLE?!

PS Na razie nie ma co burzyć miłej atmosfery, ale wkrótce - albo nawet już - trzeba będzie zadać pytanie: czy w następnym sezonie w związku z Piastem będziemy musieli się obudzić czy raczej będziemy mogli śnić dalej.

PS1 Dla Legii wyrazy uznania za zdobycie mistrzostwa.

PS2 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski

sobota, 14 maja 2016
Górnik powróci. Tylko kiedy?

To jedna z najgorszych chwil w historii Górnika Zabrze. Aż niewiarygodne jak tym razem granica od szczęścia do rozpaczy była cieniutka. Jak niewiele trzeba było dokonać. Można się popłakać.

Gdyby Górnik dziś się utrzymał byłoby to zdecydowanie najbardziej niezwykłe utrzymanie w dziejach ekstraklasy. Nigdy żaden zespół będący tak długo w tak słabej formie nie miał tak wielu możliwości żeby się jednak uratować. Mimo tak spartolonego sezonu Górnik miał szansę złapać Pana Boga za nogi jeszcze w ostatniej minucie ostatniego meczu. Pan Bóg wręcz wyciągał rękę - wystarczyło tylko ją złapać... Wszystko co miało ułożyć się pod Górnika - ułożyło się. Inni zagrali dla zabrzan. Wystarczyło zdobyć jeszcze jedną, jedyniutką, jedyniuśką bramkę...

Przyznam: wierzyłem w to do ostatniej doliczonej sekundy ostatniej doliczonej minuty. Wierzyłem, że jakoś tego gola cudem wepchną. Wierzyłem nie zważając na okoliczności, rzeczywistość, sprawiedliwość... Gdyby strzelili, nic nie miałoby znaczenia.

Tym bardziej przykro zauważyć, że w końcówce dzisiejszego meczu Górnik nie wyglądał jednak jak zespół, który walczy o życie. Przygnębiające, że od momentu kiedy Nieciecza wyrównała -  zabrzan nie było stać nawet na jeden strzał w światło bramki. Jeden! Rozczarowujące, że KSG nie potrafił ostro przycisnąć w takim momencie. 

Przyznaję: Górnik uczciwie zapracował na ten spadek. Nie ma co zwalać na piasek pod bramką od którego dziwnie odbiła się piłką po celnej główce Kędziory przy wyrównującej bramce.

Ale to nie koniec. Nigdy nie ma końca. Co dalej? Dotychczas Górnik kiedy z ekstraklasy spadał po zaledwie roku zawsze wracał. Tym razem zadanie może być jednak najtrudniejsze z dotychczasowych. Wiadomo, że będzie odchudzanie, zapewne polecą wszyscy z dużymi kontraktami...

To bardzo ważne pytanie: kiedy Górnik powróci? Czy będzie starał się wrócić od razu? Czy da radę starać się wrócić od razu?

Wiadomo, że kibice są dziś na drużynę wściekli, ale przecież jej nie zostawią, druga część hasła "na dobre i na złe" nie może być pustosłowiem. Wiem jedno: nadal będę oglądał mecze Górnika. Jestem przekonany, że tysiące ludzi nie odwróci się od klubu. Teraz chodzi o to żeby klub nie dał im się zdążyć przyzwyczaić do pierwszoligowej bylejakości.

Pamiętajcie przy tym, że futbol to sport, w którym zmiany dokonują się zaskakująco szybko. Zagłębie Lubin rok temu było dokładnie w tym samym miejscu co Górnik.

PS A poza tym chcę Górnika Zabrze na powrót w ekstraklasie.

środa, 11 maja 2016
Żurek: La garde meurt, mais elle ne se rend pas

Przyznaję: nie podobał mi się pomysł Jana Żurka na mecz z Koroną. Po tym spotkaniu nie wiem bowiem o co mu chodziło i jaki właściwie był ten pełen zasadzek plan Górnika.

Za to bardzo podoba mi się podejście Żurka do sprawy już po meczu. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że wiele pięknych futbolowych historii nie spełnia się tylko dlatego że potencjalni bohaterowie nie wierzą w możliwość ich spełnienia do ostatniej chwili, do samego końca. Kiedy już nie wszystko zależy od nich od razu odpuszczają. To prozaiczna przyczyna.

Owszem, w tej chwili już nie wszystko zależy od Górnika, ale jest przecież jeszcze ciągle czas na spełnienie się tej niecodziennej historii. Gdy nie ma się tego co się lubi, trzeba polubić co rośnie w naszym ogródku. Jeśli Górnik uniknie spadku w tym sezonie - opowieść o tym może być wręcz mitem założycielskim dla obecnego pechowego młodego pokolenia kibiców tego klubu. Na kolejne tytuły przyjdzie zapewne jeszcze czas. Tymczasem uniknięcie spadku w obecnej sytuacji byłoby czymś rzeczywiście niezwykłym. Niezwykłym w kontekście całego lichutkiego, marniutkiego, słabiutkiego sezonu zabrzan.

Żurek wygląda jakby jeszcze nie pękał, jakby ciągle jednak wierzył, piłkarze - mam nadzieję też. Dostają pieniądze za oddanie zdrowia w 37 meczach. Niech spiszą się więc w tym ostatnim i pewnie* wygrają. Resztę może zrobić Śląsk Wrocław. To naprawdę jest możliwe. Wyrzućcie sobie w górę dwie monety za jednym zamachem. Za którym razem wypadną wam dwa orły jednocześnie? Ja właśnie wyrzuciłem. Wypadły mi za pierwszym**. 

Obalić flaszkę łkając do ściany z rozpaczy czy przygnębienia zawsze można. Ale najlepiej obalać ją dopiero kiedy naprawdę nie da się już nic zrobić. Górnik nie jest jeszcze w sytuacji by pić do ściany. Nie nadszedł jeszcze czas dobry na wzajemne oskarżenia i pretensje.

Tego się trzymajmy.

PS Tego się trzymajmy, ale grupa ludzi w Zabrzu już powinna pracować jakby Górnik jednak z ligi zleciał. Szukać możliwości. Przewidywać ewentualności. Dopełniać formalności. Chodzi o to żeby zanim przebrzmi słowo "zleciał" zastąpiło "wzleciał". Bo wiele już widziałem ale Górnika grającego dłużej niż rok na zapleczu najważniejszej ligi jeszcze nie. Niech tak zostanie. 

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

*może być też niepewnie

**tak wiem, że to trochę naciągane porównanie:)

poniedziałek, 09 maja 2016
Ku...wo ze Śląska, jednego mistrza ma Polska!

Byłem na meczu Legii z Piastem Gliwice w Warszawie. Niby wielkie święto futbolu, niby piękny stadion wypełniony trzydziestotysięcznym tłumem, niby atmosfera wielkiego meczu - a jednak czuję się niefajnie.

Podczas tego meczu nie usiadłem na miejscach prasowych. Poszedłem do kolegi, który siedział na miejscach dla kibiców. Chciałem poczuć atmosferę. No i poczułem...
Sektor najbardziej zagorzałych kibiców kilkakrotnie w trakcie meczu zaintonował zdumiewającą przyśpiewkę: „Ku...wo ze Śląska, jednego mistrza ma Polska!". Nie robiłoby to na mnie żadnego wrażenia, bo ja niczego od fanatyków nie oczekuję, już najmniej obycia i kultury. Wiadomo, że stadion to nie opera.
Niemniej na stadionie Legii w niedzielę poczułem się niekomfortowo. Ten plugawy zaśpiew o k...wie podjął bowiem niemal cały stadion. Niosło się po Łazienkowskiej, że hej. Nie twierdzę, że wszystkie obecne na meczu osoby śpiewały - ale utwór przypadł do gustu całym połaciom trybun, które - na pierwszy rzut oka - mogły wydawać się „normalne”, a nie fanatyczne. Poważny, około pięćdziesięcioletni mężczyzna, siedzący za mną też wydzierał się triumfalnie o „śląskich ku..". Spojrzałem w bok, to samo krzyczeli inni kibice, także kobiety. Jedynie dzieci tak nie wołały, ale patrzyły uważnie na rodziców.
Fakt, że obleśną przyśpiewkę podjęli normalni - wydawałoby się - ludzie to pierwszy powód mojego dyskomfortu.

Po drugie zdumiało mnie, że widownia obrażała w ten sposób Piasta, który nie mógł jej dotąd podpaść niczym poważnym - chyba tylko tym, że naruszał butną pewność siebie, pewność zdobycia tytułu. Gdyby jeszcze taki zaśpiew przydarzył się podczas meczu z Ruchem albo Górnikiem - byłbym w stanie ogarnąć to rozumem, wszak obrażanie drużyn bardziej utytułowanych od własnej może wydawać się bliższe prymitywnej stronie ludzkiej natury.

Po trzecie zdziwiło mnie, że spiker w ogóle na ten zaśpiew nie reagował. Nie prosił, żeby przestać, jakby akceptował ten stan rzeczy. A spiker podczas meczu jest przecież przedstawicielem klubu. Musi pamiętać, że dla osób postronnych może to wyglądać tak, jakby klubowi były właściwie obojętne takie przypadki.

PS Przy okazji muszę przyznać, że szkoda tego meczu. Legia Warszawa wygrała zasłużenie i nie zmienia tego faktu słaba forma sędziego. Nie ma co zwalać na arbitra - nie wypaczył przecież wyniku, gospodarze w tym meczu byli lepsi. Dzięki temu są znacznie bliżej mistrzowskiego tytułu.

Porażkę przyjąć potrafię, tylko z uznaniem mogę pisać o grze Legii, choć Piast - do utraty pierwszej bramki - bardzo mi się podobał. Z rozmysłem sparaliżował przeciwnika i czekał na jedną okazję. Paraliż jednak puścił, sam nie doczekał się na nic, więc skończyło się trochę mylącym rezultatem.
Piast przegrał za wysoko choć nie jest to ważne, bo chodziło o to, żeby nie przegrał, a nie o to, żeby przegrał nisko. Legia grała własnym rytmem, z pewnością, że wszystko dla niej dobrze się skończy. Zazdroszczę innym drużynom takiej pewności, dzięki niej można osiągnąć więcej.
Trudno, tym razem się nie udało. Ale może uda się następnym...

PS1 A poza tym reprezentacja Polski powinna wrócić na Stadion Śląski.

17:10, pavelczado , żal
Link Komentarze (55) »
 
1 , 2
Archiwum