niedziela, 27 maja 2018
Arabela

Wróciłem właśnie z czarodziejskiego świata. Byłem w Ďolíčku, niezwykłym stadionie praskiej Bohemki. Bohemians kontra Sparta... Czy można wyobrazić sobie równie ekscytujące zderzenie dwóch światów?

To miejsce, które mogłoby pozwolić zrozumieć piłkarski fenomen ludziom, którym wydaje się, że nie są dotknięci futbolową chorobą. Brzmi to może górnolotnie, ale mecz łączy ludzi. Być może łatwiej go przeżywać kiedy dzieje się w tak niezwykłym entourage’u. Parę chwil wcześniej byłem na stadionie Viktorii Żiżkov. Sprawił na mnie ogromne wrażenie, ale Ďolíček jest położony tak, że chciałoby się oglądać mecze na nim, bez przesady, codziennie. Wtopienie stadioniku w miejską tkankę, powoduje, że w okolicznych kamienicach znajdują się najlepsze darmowe wejściówki...

Meczem żyją wszyscy. Kiedy na mundialu w Brazylii najbardziej w relacjach międzyludzkicn podobało mi się, że w trakcie wielkich spotkań żadna grupa wiekowa nie jest izolowana czy też się nie izoluje. Podobnie było w Ďolíčku - czuło się tam podskórnie, że ludzie bardzo się lubią, doskonale znają i nastolatek może mieć - i ma! - bardzo wiele wspólnych tematów do obgadania z człowiekiem choćby osiemdziesięcioletnim. Bez przesady! Na trybunach widziałem bardzo wielu wiekowych kibiców, którzy czuli się swobodnie. Wyglądało jakby wszyscy się znali - nie tylko ze stadionu, ale z pracy, targu, szkoły i podróży w autobusie. W przerwie meczu na murawę wyszła pani Wiera Podpisova, która obchodziła 88. urodziny. Z tej okazji fetowana przez cały stadion dostała od działaczy zieloną koszulką z kangurem (symbol Bohemki) z numerem 88. Stadionik jest malutki - nabity do ostatka pomieścił 5000 rozemocjonowanych kibiców.

Był komplet, bo akurat odbył się mecz z rywalem mocno nielubianym - Sparta w Czechach jest czymś w rodzaju Legii w Polsce. Niemniej wzajemna niechęć z Bohemians bardziej mi odpowiada niż polska matryca. Fani się nie znoszą, w trakcie meczu się wyzywają („skurvene zasrane” czy jakoś tak) ale pod stadionem ich koszulki były wymieszane. Mecz jak mecz, choć ważne wątki sportowe też miały miejsce. W barwach gości ostatni mecz rozegrał reprezentacyjny napastnik David Lafata. Pożegnano go godnie.

Muszę Wam jeszcze wspomnieć, że stadionowy klimat może tworzyć również przez nietypowe działania pozasportowe czego przykładem jest właśnie Dolicek. Przed meczem z głośników leciała ostra rockowa muzyka, rządziły kwartety z dwiema gitarami i dobrą sekcją rytmiczną. Ale w trakcie meczu działo się jeszcze coś - to zupełnie mnie rozwaliło. Otóż każde, choćby paruzdaniowe wejście spikera anonsowane były niezwykłym dźwiękiem, które na pewno kojarzą w Polsce ludzie po czterdziestce.

Mam nadzieję, że pamiętacie serial „Arabela” Vaclava Vorliczka i Milosa Macourka, który powstał pod koniec lat 70. Był tam czarodziejski pierścień, który spełniał życzenia. Wystarczyło tylko pomyśleć takie życzenie i przekręcić pierścień na palcu. Ten dźwięk przypomniał mi siępo latach, powtarzany na stadionie Bohemians. Bajera, co?

Czy czegoś żałuję? Liczyłem na wspólne zdjęcie z Antoninem Panenką, który jest żywym symbolem Bohemki i często bywa na jej meczach. Nie udało się tym razem, gwiazdy bowiem nie dostrzegłem, ale wiecie co? 

Ďolíček na tyle przypadł mi do gustu, że na pewno tam jeszcze wrócę. Może wtedy uda się ustrzelić tę fotkę.

Kocham Ďolíček!

PS Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale w przyszłym sezonie Śląsk będzie lepiej reprezentowany w piłkarskiej ekstraklasie czeskiej niż polskiej. Weszła Opava, utrzymała się Karvina, będzie grał Banik. 3:2 na korzyść południowych sąsiadów... 

PS1 Byliśmy także na Viktorii Żiżkov. Trochę załuję, że nie wystartowaliśmy dzień wcześniej, udałoby się zobaczyć mecz z Czeskimi Budziejowicami. Kiedy łaziliśmy po stadionie, fotki pstrykał tam również groundhopper z Anglii. Kiedy usłyszał, że jesteśmy z Katowic, krzyknął: „Thomas Malasinsky!” Obecny kapitan hokejowej GieKS  grał wcześniej w jego ulubionym Swindon Wildcats. Świat jest mały...

PS2 W drodze powrotnej zahaczyliśmy o przydrożną knajpę i obejrzeliśmy niezwykły finał Ligi Mistrzów. Nie wiem kiedy spojrzę znowu na piwo.

PS3 Serdeczne dzięki dla Michała Chwieduka i Pawła Stolarczyka. Świetni towarzysze piłkarskich eskapad.

piątek, 18 maja 2018
Jacuś, piździelec, paciulok. Swój chłop

Właśnie wróciłem z Maroka. Byłem tam m.in. na Jemaa el Fnaa, niezwykłym miejscu w Marrakeszu. To plac od którego może zawrócić się w głowie. Kobry tańczą wśród ludzi w takt niepokojących melodii wygrywanych na fujarkach, zaraz obok wsadzają ci małpę na ramię żeby zrobić zdjęcie albo robią wykład o męskiej potencji...

W 2001 roku ten plac został uznany przez UNESCO za światowe dziedzictwo tradycji przekazu ustnego. Gdybym tego nie widział na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył. Jakiś starzec w bardzo sugestywny sposób opowiadał bez pośpiechu po arabsku historię, która tłum stojący wokół doprowadzała raz do spazmatycznego śmiechu a raz do łez...

Do Maroka wziąłem ze sobą wspomnienia Jacka Gmocha, selekcjonera reprezentacji Polski w drugiej połowie lat 70. Połknąłem je już w samolocie. Muszę przyznać, że czyta się je fantastycznie. Uważam, że Jacek Gmoch zafascynowałby Jemaa el Fnaa, w równym stopniu co mnie. Oczywiście niektórzy mogliby się zastanawiać co w jego wspomnieniach jest prawdą, a co przypuszczeniem, że to prawda, lecz ja myślę o tej książce jedynie z sympatią.

Miałem przyjemność rozmawiać z Gmochem, kiedy pisałem książki o Antonim Piechniczku a potem o Górniku Zabrze i przekonałem się wówczas, że Śląsk wiele dla niego znaczy. Na oba interesujące mnie tematy wypowiadał się z dużą atencją.

„[Koledzy z boiska] nauczyli mnie kochać Śląsk. Przede wszystkim za etos pracy a nie gadanie po próżnicy - mówi we własnej książce [to wywiad-rzeka].Jest jednak w jego opowieści wątek, który nie dawał mi spokoju. Gmoch opowiada: „Pamiętam mecz z Ruchem Chorzów, w trakcie którego dałem lekcję Gienkowi Faberowi - wtedy ich najlepszemu napastnikowi, z którym prywatnie bardzo się lubiliśmy. Ciąłem go równo. Jak w końcu po moim wejściu poleciał aż za linię autową, to cały stadion skandował: „Jacuś lipa! Jacuś lipa!”. A po śląsku „Jacuś” to taki piździelec, nie do końca chłop...”

To stwierdzenie mnie zdumiało, bo nigdy z czymś takim w swoim życiu nie spotkałem. Rozmawiałem z kilkoma Ślązakami z dziada pradziada, zainteresowanymi futbolem od dziecka, rewelacyjnie znających śląski, pamiętającymi dobrze tamte czasy. Nie potwierdzili stwierdzenia, że „Jacuś” to piździelec. Zdaniem niektórych z nich kibice wtedy użyliby na stadionie raczej słowa „paciulok” albo „ciuluś”, bo „ciul” byłoby jednak zbyt wulgarnie...

Niemniej jego wspomnienia to jedna z najlepszych książek futbolowych jakie ostatnio przeczytałem. Gmoch to człowiek z talentem. Także narracyjnym o czy i wy możecie się przekonać.

Najlepszy trener na świecie. Z Jackiem Gmochem rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke

wyd.WAB. 

17:48, pavelczado , Książki
Link Komentarze (3) »
Archiwum