wtorek, 30 czerwca 2009
Barčík stoji na lopte

Śląskie żródło talentów wyschło, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Miejscowe chłopaki nie wytrzymują konkurencji z  cudzoziemcami. Faktem jest, że jeszcze niedawno zagraniczni piłkarze w przeważającej większości zajmowali w naszych klubach tylko miejsce w składzie - ich atutem było przede wszystkim to, że są tani. Czasy się jednak zmieniły: cudzoziemcy coraz częściej wnoszą nową jakość...

Dziś nastąpił wysyp wieści o pewnych i ewentualnych śląskich wzmocnieniach z różnych stron świata. Kontrakt z Odrą podpisał właśnie ponoć bardzo zdolny 21-letni piłkarz z Brazylii. Rodrigo da Silva Moledo ma stać się dla wodzisławskiego klubu kimś takim jak dla Wisły Kraków jest obecnie Marcelo (obaj zresztą grali kiedyś razem w ojczyźnie i się kumplują). To Moledo ma teraz pokierować całą linią defensywy.

Bardzo prawdopodobne, że miejscowego synka z prawej obrony Górnika Zabrze wypchnie reprezentant... Luksemburga. Pochodzący z Wirka Mariusz Gancarczyk nie będzie raczej w stanie wygrać rywalizacji ze starszym o cztery lata, grającym w eliminacjach mistrzostw świata Mario Mutschem. Tego piłkarza baaardzo chce ściągnąć do Zabrza Ryszard Komornicki (pracowali razem w Aarau).

Dziś kontrakt z Polonią podpisał 31-letni piłkarz ze Słowacji. Bytomianie już dawno bardzo go chcieli. Miroslav Barčík, były reprezentant, imponuje ponoć przeglądem pola, techniką i wyobraźnią. Wygląda również na to, że ma fantazję. Kiedy zobaczyłem króciutki filmik z jego udziałem (poniżej) na chwilę przypomniał mi się niezastąpiony Gija Guruli... Jak często zdarza się, żeby piłkarz w taki sposób jak Barčík salutował przeciwnikowi podczas gry? (zrobił to bardzo szybko - patrzcie uważnie, zwłaszcza w 6 sekundzie)

Smutnym faktem jest, że na śląskich stadionach brakuje piłkarzy z fantazją, który potrafią na boisku sympatycznie się powygłupiać, którzy nie boją się zrobić coś kompletnie niepotrzebnego tylko po to, żeby mogli zaśmiać się kibice. Na śląskich boiskach nigdy nie brakowało ambicji i twardej walki, często brakowało za to luzu i maniany. Może Barčík - zwany słowackim Baggio - to zmieni? W każdym razie tamtejsi kibice wiedzą: "Barčík je pán!!!" Czy zrobi show w Bytomiu? Niech robi, byle przy okazji potrafił grać w piłkę. Jak Guruli. 

poniedziałek, 29 czerwca 2009
Jedyna taka dwucyfrówka

Dokładnie dziś mija czterdzieści lat od najwyższego zwycięstwa polskiego klubu w europejskich pucharach. Mecz zakończył się wynikiem 11:0. Pytanie za sto punktów: co to był za klub?

Górnik? Nie. Ruch? Nie. Wisła? Nie. Widzew? Nie. A może Legia? Też nie.

To były Szombierki Bytom.

29 czerwca 1969 roku Szombry grały w Pucharze Intertoto ze szwajcarską drużyną Lugano. Miazga stała się rzeczywistością.

Zadzwoniłem właśnie do bohatera tamtego meczu. Jerzy Wilim był wówczas znakomitym napastnikiem. Kiedy polski piłkarz w jednym meczu oficjalnych europejskich rozgrywek zdobył cztery gole?

Jerzy Wilim

68-letni dziś emeryt wiedzie spokojny żywot w miasteczku Gladbeck (Nadrenia Północna-Westfalia). Pan Wilim pamięta spotkanie sprzed czterdziestu lat, ale nie przywiązuje do niego przesadnej wagi. - Mecz odbył się już na nowym boisku Szombierek (klub przeprowadził się w 1968 roku na stadion przy ul. Frycza-Modrzewskiego). Dobrze mi się wtedy grało. Przy stanie 5:0 Szwajcarzy całkiem się posypali, a my graliśmy ambitnie do samego końca, bo chcieliśmy strzelić jak najwięcej goli - wspomina jeden z najlepszych piłkarzy Szombierek w historii.

„Sport” obrazowo zatytułował sprawozdanie z tamtego meczu: ”Jedenaście dziur w szwajcarskim serze”. Trybuna Robotnicza" dodawała: "Bytomianie strzelali ze wszystkich możliwych pozycji, wprawiając w kłopot działacza obsługującego tablicę, któremu po dziesiątej bramce zabrakło po prostu cyfr".

A przecież goście nie byli przypadkowym zespołem, tylko piątą wówczas drużyną ligi szwajcarskiej! Nie tłumaczy ich nawet brak najlepszego bramkarza, obrońcy i skrzydłowego (reprezentacyjny golkiper Mario Prosperi, bramkarz sezonu ligi szwajcarskiej brał akurat ślub). Zainteresowała mnie informacja, że doskonale bawiąca się  bytomska publiczność „każdą bramkę kwitowała oryginalnie aranżowanymi oklaskami”. Czy ktoś może pamięta o co chodzi z tą aranżacją?

Oto protokół z tamtego niecodziennego meczu:

Szombierki Bytom  - FC Lugano 11:0 (4:0)

Bramki: 1:0 Stanek (11.), 2:0 Jerzy Wilim (15., oczywiście głową), 3:0 Jerzy Wilim (23.), 4:0 Jerzy Wilim (40., oczywiście głową), 5:0 Bednarek (52.), 6:0 Stanek (53.), 7:0 Nowak (74.), 8:0 Powieczko (76., głową), 9:0 Jerzy Wilim (78.), 10:0 Powieczko (80.), 11:0 Jan Wilim (86.)

Szombierki: Matysek - Cygan, Kliński, Plicko, Nowak, Stanek, Strzelczyk, Bykowski (Bednarek), Jan Wilim, Jerzy Wilim, Kulanek (Powieczko)

Widzów: 3000.

PS Tamtym meczem Szombierki pobiły o trzy bramki swój strzelecki rekord osiągnięty w Pucharze Intertoto trzy lata wcześniej. W czerwcu 1966 roku bytomianie pokonali IFK Göteborg 8:0.

PS1 Przed lipcowym rewanżem w Lugano chcący zmazać plamę Szwajcarzy w porównaniu z pierwszym meczem wymienili w składzie ponoć ośmiu zawodników. Mogli być zadowoleni - w drugim meczu było honorowe 0:0.

Połowa 1969 roku to w ogóle był „złoty okres” polskiej piłki klubowej. Wszystkie cztery nasze zespoły w Pucharze Intertoto (Szombierki, Zagłębie Sosnowiec*, Wisła Kraków i Odra Opole) wygrały swoje grupy. Jednocześnie triumfalny marsz rozpoczęły wtedy Legia (w PEMK - ostatecznie półfinał), Górnik (w PEZP - finał). Nienadzwyczajnie poszło nam tylko w Pucharze Miast Targowych (obaj nasi przedstawiciele odpadli w II rundzie). Cóż, gdyby wtedy istniała Liga Mistrzów mielibyśmy pewnie dwóch reprezentantów od razu w fazie grupowej, a trzeci próbowałby się załapać z eliminacji:-)

PS2 Zwróciliście uwagę na tenisówki Jerzego Wilima? Sam w takich ćwiczyłem na lekcjach WF-u w podstawówce. Miały dla mnie jeden minus: łatwo przecierały się od spodu...

* według niektórych niemieckich dokumentalistów Zagłębie zostało wyprzedzone w tabeli przez klub SpVgg Fürth, który mógł się pochwalić identycznym bilansem punktowym i różnicą bramek. Zagłębie strzeliło jednak jednego gola więcej od niemieckiego rywala (8:6 do 7:5), miało też lepszy bilans bezpośrednich spotkań (zwycięstwo 1:0 i remis 0:0). Może decydowało co innego?

poniedziałek, 22 czerwca 2009
Popieram kibiców Piasta

W Gliwicach rozgorzała gorąca dyskusja, po tym jak do Piasta przyniesiono w teczce Zbigniewa Koźmińskiego. Okazuje się, że Stowarzyszenie Kibiców Piasta tego zawodowego działacza piłkarskiego w swoim klubie nie chce. Wystosowało już nawet oświadczenie w tej sprawie. Decyzji dziwią się także ludzie od lat z gliwickim klubem związani... 

Czy samo sformułowanie ”zawodowy działacz piłkarski” nie wydaje Wam się kuriozalne? Księgowa w klubie zna się na rachunkowości, dyrektor ds. marketingu zna się na marketingu, dyrektor ds. sportowych zna się na transferach. A na czym zna się zawodowy działacz piłkarski w typie Zbigniewa Koźmińskiego? Jego praca w poprzednich klubach (a trochę ich było) nie była, delikatnie mówiąc, wielkim pasmem sukcesów... Nie przypominam sobie także wielkich osiągnięć Koźmińskiego, kiedy był szefem Piłkarskiej Ligi Polskiej. Jako rzecznik PZPN precyzją i przenikliwością wypowiadanych sądów, a także zgrzebną kwiecistością stylu przyprawiał o ból głowy.  

Pamiętam, kiedy rok temu PZPN nie wiedział, kto ma awansować do ekstraklasy. Był moment, że do barażu - właśnie z Arką - skierował Piasta Gliwice. Mimo, że uprzednio wyznaczona do barażu Jagiellonia była już na miejscu w Gdyni! - Piłkarze z Białegostoku zobaczyli przynajmniej morze - wysilił się wtedy rzecznik Koźmiński. Ten ponury żart doskonale obrazuje w jakim poważaniu ma ten człowiek futbolową rzeczywistość w Polsce.

63-letni Koźmiński dysponuje jednak jednym atutem, który w moim mniemaniu zdecydował o jego ściągnięciu. To proste: jest w środowisku świetnie umocowany i doskonale ustosunkowany. Koźmiński zna wszystkich najważniejszych ludzi polskiego futbolu, cała wierchuszka zna jego - oczywiście nie tylko z oficjalnych spotkań... Z boku może się więc wydawać, że ktoś taki duuużo może. 

W Gliwicach uznano, że człowiek, który w środowisku duuużo może na pewno się przyda. To dla mnie strasznie przygnębiające: myślałem, że czasy kiedy znajomości w polskiej piłce były ważniejsze od umiejętności powoluteńku będą odchodzić w niebyt. Nieoczekiwana reaktywacja Koźmińskiego całkowicie temu przeczy.

Pisałem już, że moim zdaniem kibic piłkarski jest od kibicowania i niczego więcej. Uważam jednak, że kulturalny protest fanów Piasta mieści się w tej granicy. Gliwicki magistrat, który działaczom Piasta zrobił psikusa - bo to on stoi za sprowadzeniem Koźmińskiego - powinien zdanie kibiców wziąć pod uwagę.

niedziela, 21 czerwca 2009
Pożegnanie z milicyjną pałą

Czas biegnie coraz szybciej. Tak się składa, że ostatni tytuł mistrzowski drużyna ze Śląska zdobyła dokładnie dwadzieścia lat temu. 21 czerwca 1989 roku Ruch Chorzów pokonał w ostatniej kolejce Górnika Wałbrzych i czternasta gwiazdka stała się faktem. Feta na Cichej zakończyła się gigantyczną awanturą -  można powiedzieć, że doszło wtedy do ostatniego tak wielkiego milicyjnego pałowania w historii polskiej piłki. Dziesięć miesięcy później milicjanci stali się policjantami. 

Warto pamiętać kontekst tamtych wydarzeń z 21 czerwca. Zaledwie 17 dni wcześniej w Polsce skończył się komunizm. Ludzie zachłystywali się wolnością. Mało kto wie, że kampanię wyborczą "Solidarności" przeprowadzano wtedy także podczas meczów Ruchu, na trybunach chorzowskiego stadionu. Mało kto pamięta, że w jedynym w swoim rodzaju sztabie wyborczym działali dawni piłkarze Ruchu, legendarny bramkarz Ryszard "Pingol" Wyrobek (ojciec równie sławnego Jerzego, właśnie 20 lat temu trenował niebieskich) montował na plebanii stelaże, na których rozwieszano solidarnościowe hasła. Pisze o tym zresztą w ciekawym reportażu Wojtek Todur. Dzięki temu tekstowi można przypomnieć sobie niezwykłą atmosferę tamtych lat. Z drugiej strony nie ma co dorabiać zbędnej ideologii - chuligańska burda z 21 czerwca 1989 roku była po prostu chuligańską burdą... 

piątek, 19 czerwca 2009
Dariusz Tuzimek. Jak żyć?

Warszawski dziennikarz Dariusz Tuzimek zmienił dziś moje życie. Na drugiej stronie dzisiejszego ”Przeglądu Sportowego” opublikowano jego tekst pod tytułem ”Grać, ale po co?”

Wybrany fragment: ”(...) muszę się państwu przyznać do strasznej rzeczy. Otóż mnie, proszę państwa, w ogóle nie interesują w ekstraklasie takie mecze jak np. Piasta z Polonią Bytom, albo Odrą Wodzisław (...) Duży już jestem chłopiec i rozumiem, że różne rzeczy mogą ludzi podniecać. Nawet mecz facetów z Bytomia z tymi z Gliwic. Ale czy to jest produkt dla całej Polski?

Już widzę te tłumy kibiców, którzy siedzą przed telewizorami jak kraj długi i szeroki i gryzą się we własne paluchy, targani emocjami: Bytom czy Gliwice? Gliwice czy Bytom? Ale czy to jest produkt dla całej Polski? Albo to: wpadnij do mnie dziś wieczorem. Gra Wodzisław!”

Wyglądam przez okno. Po lekturze to już nie jest ta sama śląska ziemia co wcześniej: wszystko jakoś tak zszarzało, posmutniało. Ludzie przygarbieni, obwisły im ramiona. Deszcz...

Wszystkim nam się tu na Śląsku strasznie przykro zrobiło. Dostaję teraz mnóstwo telefonów od zawiedzionych, ba - zrozpaczonych górników i hutników z Gliwic, Bytomia, Wodzisławia. Niektórzy nawet łkali do słuchawki...

Panie Tuzimek, dlaczego?! Po pańskim tekście ich życie, i tak przecież niełatwe w tym codziennym znoju, jest jeszcze trudniejsze. Wielki żal. Wszyscy  - ja też - czujemy się teraz odepchnięci, porzuceni, zmarginalizowani... Gdyby te słowa napisał byle kto, jeszcze byśmy to jakoś przełknęli. Ale nie! Dlaczego tak strasznie przykre dla górnośląskiej piłki wyznanie musiał wyrzucić z siebie akurat jeden z najbłyskotliwszych polskich publicystów sportowych ostatnich lat?! Przecież każde przesłanie Dariusza Tuzimka jest na Górnym Śląsku bardzo cenione, zawsze czytane i szeroko komentowane. Osobiście śledzę z przejęciem wszystkie pańskie teksty - zwłaszcza od wiekopomnego felietonu ”Modlitwa”, który wstrząsnął mną do głębi i zrewolucjonizował mój pogląd na felietonistykę sportową. 

tekst roku

(chwila zadumy)

...

...

...

Otrząsam się i wracam do dzisiejszego pańskiego tekstu. Oczywiście wywołał u nas gigantyczny oddźwięk - jak województwo śląskie długie i szerokie. Jak żyć panie Dariuszu po czymś takim, jak żyć? Nowi sponsorzy nad którymi górnośląskie kluby pracowały od tygodni pokazują teraz działaczom pański felieton. Kręcą głowami, rozkładają ręce i mówią: skoro sam Dariusz Tuzimek tak napisał, to nie wiemy czy w ogóle warto wchodzić w ten biznes...

Co mogę dodać na zakończenie? Chyba tylko tyle, że my tu na Śląsku się jednak nie poddamy! Będziemy robić wszystko, żeby kiedyś spojrzał pan na nas łaskawszym okiem! I zapewniam, że tysięczne rzesze śląskich kibiców nadal z utęsknieniem będą czekać na pańskie teksty. Są bardzo emocjonujące, wartkie - po prostu znakomite. Kawał literatury! Dotąd pańska twórczość dawała nam wszystkim tyle poczucia wewnętrzej siły i jakiejś takiej wielkiej radości... Tak wielkiej, że przełkniemy nawet pańskie dzisiejsze słowa! Owszem: ostre, bezkompromisowe, ale wierzę, że dające nam jednocześnie impuls do dalszej wytężonej pracy. Wierzymy, że kiedyś doceni pan nasz wysiłek na tyle, że  uzna pan śląskie mecze za choć trochę emocjonujące; że zaszczyci pan swoją obecnością spotkanie w Gliwicach, Bytomiu albo Wodzisławiu.

Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w trudnej sytuacji. Zdajemy sobie sprawę, że Dariusz Tuzimek może żyć bez śląskiego futbolu, ale śląski futbol bez Dariusza Tuzimka już nie. Jednak powtórzę: naprawdę mamy nieśmiałą nadzieję, że kiedyś pochyli się pan jeszcze nad śląską piłką, że spojrzy na nas łaskawiej.  Bardzo o to prosimy, panie Dariuszu. Bardzo!

z serdecznymi pozdrowieniami

Paweł Czado

PS Czy byłaby szansa na jakiś autograf od pana? Sąsiad mnie prosił. Gdyby mi pan go przesłał pocztą to mógłbym się odwdzięczyć i napisać coś na przykład o  potyczkach gliwicko-bytomskich jeszcze przedwojennych, kiedy ludzie obgryzali sobie paluchy aż do nadgarstka...

Na wszelki wypadek podaję adres pod którym czekam na autograf:

ul. Towarowa 4, 43-110, Tychy

wtorek, 16 czerwca 2009
Panie Józefie! Grenlandia czeka

Kiedy wczoraj wieczorem usłyszałem, że chcą nam przenieść Polonię Warszawa do Zabrza rechotałem przez kwadrans. Bo cała sprawa zasługuje tylko na rubaszny rechot i pogardliwe wzruszenie ramionami. Przenosiny są niemożliwe z dwóch względów.

Po pierwsze (to mniej ważne) klub, którego właścicielem jest milioner Józef Wojciechowski to nie jest Polonia Warszawa. To ”Polonia Warszawa”.

Po drugie (clou sprawy) - do tanga trzeba dwojga. Ludzie zarządzający Górnikiem Zabrze musieliby na głowę upaść, żeby zgodzić się na tę dziwaczną „mutację fuzji”. To byłaby rezygnacja z 60 lat wspaniałej, niepowtarzalnej historii. Oczywiście zabrzańskie środowisko jest zbyt dumne, żeby zgodzić się na coś takiego. Zabrze stałoby się na Śląsku pośmiewiskiem - tak jak dziś pośmiewiskiem w całej Polsce są fani z Warszawy, którzy bez słowa protestu zgodzili się na przepoczwarzenie z kibiców Polonii w kibiców ”Polonii”.

Moim zdaniem Józef Wojciechowski w bezczelny sposób używa nazwy ”Górnik” do własnych prywatnych interesów. Cała ta historyjka to rodzaj szantażu mający wymusić na władzach stolicy bardziej przychylną politykę względem ”Polonii”. Winą za ewentualną wyprowadzkę ”Polonii” ze stolicy obrotny byznesmen obarczyłby oczywiście magistrat... Co tam Wojciechowski wyczyniał w Warszawie mało mnie dotąd obchodziło, choć prawdziwej Polonii oczywiście strasznie żal. Wiadomo jednak, że zgody na jakąś chorobliwą „mutacjo-fuzję” z Górnikiem nie ma i nie będzie. Dlatego dziwaczne wizje budowlanego przedsiębiorcy można skomentować tylko tak: buahahahahahahahahaha!

Myślę, że Allianz doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo wizerunkowo zyskał zostając z zabrzańskim klubem po spadku. Kiedy Górnik wróci do ekstraklasy ludzie mu tego nie zapomną. Myślę też, że Allianz doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo wizerunkowo by stracił decydując się na nieszczęsną „mutacjo-fuzję” z KS Wojciechowski. Ludzie by mu tego nie zapomnieli.

Gdyby ten facet jakimś cudem zaczął jednak mieć wpływ na to co się dzieje w Górniku, już nigdy na Roosevelta bym się nie pojawił. I jestem dziwnie spokojny, że nie tylko ja... Ale to tylko teoria. Bo wiem, że przez najbliższe kilkadziesiąt lat spokojnie będę sobie oglądał mecze Górnika  w ekstraklasie, czego sobie i zabrzańskim kibicom życzę...

A Wojciechowskiemu serdecznie życzę fuzji z klubem Nagdlunguaq-48 Ilulissat. Panie Józefie - mistrzostwo Grenlandii czeka. Powodzenia! (na miejscu grenlandzkich działaczy oczywiście na „mutacjo-fuzję” bym się nie zgodził, najwyżej na kupno nowej trawy)

PS Po skomentowaniu niedorzeczności mogę wreszcie przejść do historii na którą chciałem dziś zwrócić Waszą uwagę.

Wanda Wiłkomirska

Wiadomo, że każdy wielki klub, także na Śląsku i w okolicach, ma znanych albo bardzo znanych kibiców spoza świata sportu.

Wiadomo, że malutkie kluby działające na futbolowych peryferiach takimi fanami raczej nie mogą się pochwalić.

Teksty o znanych VIP-ach deklarujących uczucie do jakiegoś klubu przyjmuje się najczęściej z rezerwą (w kontekście lansu, w mózgu włącza się nam ostrzegawcza lampka).

Ale kiedy przeczytacie historię więzi między światowej sławy skrzypaczką Wandą Wiłkomirską a Amatorskim Klubem Sportowym Niwka - uśmiechniecie się. Z serdecznością. Bo to opis namiętności bezinteresownej. Takiej, która dotąd skromnie kwitła z dala od blasku reflektorów. Ale jako że w swej niezwykłości tego blasku reflektorów jest jednak godna - wyciągamy ją dla was. Polecam świetny tekst mojego redakcyjnego kolegi Wojtka Todura. Historia, która stała się udziałem klubiku z południowej dzielnicy Sosnowca, zdarza się naprawdę rzadko. Ja nie znam drugiej takiej. A Wy?

A jakby ktoś nie wiedział, to AKS-owi dobrze życzy także pochodzący z Niwki Jacek Cygan.

PS2 Józef Wojciechowski może tylko marzyć, że jego ”Polonię” spotka kiedyś taka historia. Choć nie!  Nie sądzę, żeby marzył akurat o czymś takim. Bo to się, panie, nie przekłada na byznes.

poniedziałek, 15 czerwca 2009
Zapomniana legenda

Gdyby granica II Rzeczypospolitej  była przesunięta zaledwie kilkanaście kilometrów na zachód, historia przedwojennej polskiej piłki klubowej potoczyłaby się zupełnie inaczej. Inaczej wyglądałaby także honorowa lista mistrzów Polski, a Ruch nie byłby jedyną górnośląską drużyną z tak wspaniałym osiągnięciem na koncie. Myślę, że Cracovia mogłaby mieć o dwa tytuły mniej (te z 1930 i 1932), a Garbarnia nie załapałaby się na ten swój jedyny z 1931 roku. Bo w latach 1930-32 w tej części Europy mało kto mógł się mierzyć z Beuthen Spiel- und Sportverein 09.

Tym, którzy oburzą się, że jak to, jakim cudem niemiecki klub z niemieckim składem mógłby być najlepszy w polskiej lidze, przytoczę nazwiska piłkarzy, którzy w nim występowali: Pogoda, Malik, Kurpanek, Palluschinski, Pryssok, Strewitzek, Scheliga, Wratzlawek, Jesella, Brychcy, Przybilla, Nowak, Dlugosch, Kokott, Grzeschik...

Dlaczego piszę o Beuthen 09? Bo gdyby bytomski klub istniał, właśnie dziś obchodziłby jubileusz stulecia! Los sprawił jednak, że prawie nikt już o nim nie pamięta. Cóż, Beuthen 09 ostatni mecz rozegrał 64 lata temu, żyje już coraz mniej ludzi, którzy widzieli go w akcji. Ale jeśli chcecie przypomnieć sobie jego wspaniałą historię - serdecznie zapraszam. Bo warto pamiętać, że futbolowy Bytom to jednak nie tylko Polonia i Szombierki...

herb Beuthen 09

PS Herb Beuthen 09 był bardzo charakterystyczny. Przed rokiem 1945 kluby ze Śląska miały herby liternicze według stylu niemieckiego. Głównym elementem tarczy była cyfra lub litera, inicjał nazwy klubu.

PS2 Nie tak dawno chwaliłem się, że widziałem na własne oczy już 800 meczów. Jednocześnie martwiłem się, że nie pamiętam kto grał w tym pierwszym. Kto mógł przypuszczać, że człowiek, który zna odpowiedź na dręczące mnie pytanie, od wielu lat siedzi ode mnie dwa metry?! Redaktor Piotr Zawadzki zdjął ze mnie ogromny ciężar. Oto jego wyjaśnienie, które zwaliło mnie z nóg i sprawiło, że ten poniedziałek jest jeszcze lepszy niż jest!

”26 lipca 1980 roku (sobota, godz. 17) Wisła Kraków zagrała towarzysko z 11. zespołem ligi jugosłowiańskiej, Buducnost Titograd (obecnie Podgorica).

Wisła Kraków - Buducnost 2:3 (1:1)

Bramki: Kapka (karny), Krupiński - Radinovic 2, Vorotovic

Kilka dni wcześniej, 22 lipca, Wisła pokonała Buducnost w sparingu w Nowym Sączu 1:0 po golu Budki. Buducnost to klub, z którego wywodzą się tak słynny zawodnicy Czarnogóry jak Predrag Mijatovic i Dejan Savicevic.”

 Od dziś obowiązuje hasło: na kłopoty Zawadzki!

poniedziałek, 08 czerwca 2009
Jak trwoga to na Śląski

Alarm! Polska nie ma gdzie grać z Irlandią Północną!

A ja na to: nie ma alarmu. Polska ma gdzie grać z Irlandią Północną.

Jak trwoga to zapraszamy na Stadion Śląski. Sprawdziliśmy: Chorzów jest gotowy i tylko czeka na sygnał. Zresztą na Stadionie Śląskim chciałby grać Leo Beenhakker, chcieliby jego piłkarze. Nad czym się więc w ogóle zastanawiać?  

My tu na Śląsku nie obrażamy się, kiedy ktoś tam coś tam krzywo  kłapnie dziobem o chorzowskim stadionie. Zawsze z niecierpliwością czekamy na reprezentację Polski.

UPDATE: to była jedyna rozsądna decyzja. A więc do zobaczenia na Śląskim!

niedziela, 07 czerwca 2009
Zawiedli. Zawsze w końcu zawodzą

Niespełna rok temu pisałem, że nie podoba mi się jak rozwija się sytuacja w GKS-ie Tychy. Młody, prężny prezes Łukasz Jachym miał specyficzne spojrzenie na prowadzenie klubu. Całkowicie zaufał szalikowcom. Doskonale znając to środowisko uznał, że będzie mieć na nie kojący wpływ. Nie ukrywał nawet, że dla niego problem futbolowego chuligaństwa to w Tychach przeszłość, a ścisła współpraca z kibicami może przynieść GKS-owi tylko same korzyści.

Jachym liczył pewnie, że zbliżając światek kibicowski do spraw związanych z prowadzeniem klubu sceduje na niego choćby ułamek odpowiedzialności za losy GKS-u. Oznaczać miało to chyba przede wszystkim wzorowe zachowanie na stadionie. No bo w jaki inny sposób przeciętny szalikowiec, za krótki przecież żeby wspierać klub na innych polach, mógłby wziąć na siebie odpowiedzialność? Jachym podkreślał z dumą, że układ się sprawdza, że przez dwa lata (czyli od momentu kiedy zaczął kierować klubem) na stadionie przy ul. Edukacji nie było żadnych rozrób chuligańskich.

Przykro więc pisać, że świat Łukasza Jachyma legł właśnie w gruzach. Przykro więc pisać, że miałem rację... II-ligowy mecz GKS-u z Zagłębiem Sosnowiec zaznaczył się chuligańskimi burdami. Najpierw było tylko niesmacznie i nieestetycznie, bo jakiś golas biegał po trybunach, ale potem rozeźleni niekorzystnym wynikiem tyscy szalikowcy wyłamali fragment ogrodzenia i ruszyli ławą w stronę sektorów zajmowanych przez zagłębiaków.  Do bezpośredniego starcia nie doszło - interweniowała policja, w użyciu była broń gładkolufowa...

Czy tyscy szalikowcy zastanowili się przez chwilę, że wszczynając burdy narażali na szwank dobre imię Jachyma i całkowicie podważają sens nakreślonych przez niego realiów, w których miał działać klub? Nie sądzę. Kiedy doszło co do czego, oczywiście okazało się co jest dla nich najważniejsze. Dla takich ludzi zawsze najbardziej istotna jest adrenalina i ”dobra zabawa” czyli możliwość dołożenia komuś z buta. W Tychach - jak wcześniej paru innych miejscach - znów okazało się, że ”dobra zabawa” jest o niebo ważniejsza od interesu ”ukochanego” ponoć klubu. Kiedy jest szansa na łomot nie liczy się już nic. Ewentualne walkowery, wysokie kary dla klubu? A co tam - mamy to w d...

Oczywisty wniosek może być tylko jeden: klubowi nie opłaca się wchodzić w żadne układy z szalikowcami. Bo w którymś momencie od nadmiaru adrenaliny (a może nie tylko adrenaliny) zawsze zakręci im się w głowach i zapomną o wszystkim. Zawiodą. W takich sytuacjach zawsze zawodzą.

Zarząd GKS-u z Jachymem na czele wreszcie to sobie uzmysłowił. Zdał sobie sprawę, że naiwna wiara w specyficzną klubowo-kibicowską kooperację była błędem od samego początku. Po wstydliwych wydarzeniach na stadionie zarząd zapowiedział już, że poda się do dymisji. W tej sytuacji szkoda mi przede wszystkim normalnych tyskich kibiców, którzy przyszli na stadion z żonami, z bajtlami. Tych, którzy tęsknią za dobrym futbolem w Tychach.

Na koniec powtórzę jeszcze raz jak mantrę: kibice są w futbolu tylko i wyłącznie od kibicowania! Od niczego więcej.

Następcy Łukasza Jachyma podczas następnych prób odbudowy tyskiej piłki powinni o tym pamiętać.

PS Słowa otuchy dla ŁKS-u Łódź. Pierwszy raz będę kibicować w rozgrywkach I ligi klubowi także spoza województwa śląskiego. Trzeba będzie się przejechać do Łodzi na jakiś meczyk...

21:46, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (17) »
sobota, 06 czerwca 2009
Co łączy futbol ze starą maszyną do szycia

Czasem człowiek chce odetchnąć od piłki nożnej, ale nie może. Czadoblog wybrał się dziś raniutko z małym Czadoblożkiem na targ staroci w Bytomiu. Każdy na Śląsku wie, że można tam cacuszka znaleźć niebywałe - w każdą pierwszą sobotę miesiąca zjeżdżają się do tego miasta z przeróżnymi skarbami ludzie z całej Polski. Przez wiele lat targ egzystował w centrum Bytomia, potem przeniósł się pod stadion Szombierek. Były obawy, że z dala od miejskiego zgiełku zemrze, ale gdzie tam. Wręcz przeciwnie, ma się bardzo dobrze. Może dlatego, że teraz więcej miejsca, żeby zaparkować? 

Fakt, że targ ma się nieźle, to dobra wiadomość dla Szombierek, świetnego mistrza Polski z 1980 roku. Klub - pozdrowienia dla pana Czesia - robi interes wynajmując przy stadionie handlarzom powierzchnię na stoiska, choć moim zdaniem mógłby robić znacznie większy, bo stawka za metr jest doprawdy symboliczna (szczegóły przemilczę, bo to tajemnica handlowa). Bilety za parking też idą na Szombierki. I bardzo dobrze! Trzeba robić budżet w każdy sposób, nie każdy ma przecież za sponsora firmę Allianz! A bardzo chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć „Zielonych” w rozgrywkach szczebla centralnego... 

Wszystkich serdecznie zapraszam więc za miesiąc do Bytomia. Nie dość, że na pewno znajdziecie coś dla siebie (od małej armaty, przez denary Trajana, stuletnie maszyny do szycia, hitlerowskie bagnety, po sepeciki w stylu rokoko), to przy okazji wspomożecie zasłużony, wspaniały śląski klub! Im więcej ludzi, tym lepiej, więc do zobaczenia. Jakbyście nie wiedzieli jak dojechać, dajcie znać. Wytłumaczę.  

PS Żeby nie było wątpliwości: Czadoblog przyjechał do domu z targu prawie z pustymi rękami. To oficjalna informacja przeznaczona zwłaszcza dla rodzinnego ministra finansów, który czasem znienacka monituruje to miejsce. Wiecie: po co się potem narażać na narzekania o przekroczenie bużetu i w konsekwencji na twardą politykę fiskalną... A na targu łatwo przecież o pokusę - jeden mój znajomy wydał kiedyś na piękną XVII-wieczną monetę prawie połowę pensji. Ale on przynajmniej był wtedy kawalerem... Okazuje się, że na targu łatwo też o presję z zupełnie nieoczekiwanej strony: Czadoblożek próbował zmusić Czadobloga, żeby ten kupił mu XIX-wieczną szablę za 1850 zł!

PS2 Dzisiejszy mecz z Republiką Południowej Afryki był dla Polski historyczny. Otóż po raz pierwszy gola biało-czerwonym strzelił piłkarz z Afryki subsaharyjskiej, w Polsce zwanej potocznie Czarną Afryką. Nasz bilans z murzyńskimi reprezentacjami jest nadzwyczaj wątły:

1972: 4:0 z Ghaną w Ratyzbonie;

1982: 0:0 z Kamerunem w La Corunii;

2001: 0:0 z Kamerunem w Poznaniu;

2009: 0:1 z RPA w Johannesburgu (jednocześnie nasz pierwszy mecz w Afryce subsaharyjskiej). 

Więcej o tym spotkaniu nie ma co pisać.

 
1 , 2
Archiwum