środa, 30 czerwca 2010
Good Luck and Good Night

Wierzę, że w Polsce nigdy nie dojdzie do takiego absurdu jak w Nigerii. Numer tego typu wycięty w Polsce kwalifikowałby się do podjęcia masowych demontracji. Też bym demonstrował. Pierwszy raz w życiu! 

Mam nadzieję, że przyszłemu prezydentowi RP nie strzeli jednak do głowy ...ugć-ugć-ugć-ugć... pokusa zdobycia taniego poklasku, powtórzenie decyzji szanownego kolegi z Nigerii i wycięcie podobnego numeru w Polsce po nieudanym dla biało-czerwonych Euro 2012.

Jeśli Nigeria wytrwa w swojej decyzji, nie będzie się liczyć w Afryce. Kwestią dyskusji jest, jak długo. Good luck, panie Jonathan.

PS Zegary aż oniemiały.

PS1 Tutaj przeczytacie korespondencję Wojtka Todura z Kazachstanu. Ruch zagra tam jutro z Szachtarem Karaganda, a ja przy okazji mogłem się przekonać jaki ten świat jest mały, nawet jeśli jest tak daleko. Wojtek rozmawia m.in. z dyrektorem sportowym Szachtara, którego ja miałem okazję podziwiać 13 lat temu, kiedy wybrałem się na Wschód zobaczyć inny mecz pucharowy - Odra grała wtedy z Rotorem Wołgograd. Wyobraźcie sobie, że ten facet strzelił kiedyś gola na Old Trafford, który pomógł wyeliminować wielki MU! Wiadomo, że Karaganda jest ważnym ośrodkiem polonijnym, ale bohater tego peesa jest akurat przedstawicielem mniejszości... niemieckiej. Czy ktoś wie o kogo chodzi, zanim zdąży przeczytać tekst Wojtka?:-)

PS2 O pierwszym treningu piłkarzy Górnika - przeczytacie tutaj.

PS3 O oporach piłkarzy Polonii przed wyjazdem na sparing do Słowacji - przeczytacie tutaj.

PS4 O powrocie pewnego bramkarza do drużyny Piasta (zawsze się dziwiłem, że nie zrobił kariery, moim zdaniem jest utalentowany) - przeczytacie tutaj.

PS5 O ciekawych transferach, które rzeczywiście wzmacniają GKS Katowice - przeczytacie tutaj.

PS6 O ciemnych chmurach nad GKS-em Tychy - przeczytacie tutaj.

PS7 O tym, że miasto wchodzi w spółkę Zagłębia Sosnowiec - przeczytacie tutaj. 

wtorek, 29 czerwca 2010
Gondwana

Minął dziewiętnasty ...ugć-ugć-ugć-ugć... dzień mistrzostw świata.

Co mi się podobało:

a) fenomenalna gra po ziemi z pierwszej piłki Hiszpanów. W meczu z Portugalią nie mogli w pełni pokazać się z tej strony (rywale też są przecież świetni technicznie), ale w tym jednym najważniejszym momencie zobaczyliśmy jednak błysk nieśmiertelności. Genialny Iniesta do genialnego Xaviego, ten błyskawicznie do genialnego Davida Villi, a Główny Napadzior Królestwa Hiszpanii wprawdzie na raty (dlaczego na raty - punkt b), ale jednak - wprowadził rodaków do nieba. Barcelona ma powody żeby nadymać się przed następnym sezonem;

b) Eduardo. Moim zdaniem był najlepszym zawodnikiem Portugalii na tym turnieju. Ustawienie go w jednym rzędzie z Jose Pereirą, Manuelem Bento, Vitorem Baią nie będzie nadużyciem - mimo że przecież z mundialu wraca z niczym, a starsi koledzy bramkarze "coś tam" z reprezentacją osiągnęli. Gdyby nie on, Hiszpanie mogli dziś zrobić Portugalii Polskę. Sposób w jaki Eduardo obronił strzały Llorente, Villi czy Sergio Ramosa zasługuje na najwyższe uznania. Doprawdy niewiele brakowało, a wybroniłby nawet diamentowego gola Villi - współkról musiał dobijać, a przecież najczęściej trafia bez poprawki;

c) paragwajskie wślizgi. Zdecydowane, ostre, a jednocześnie nie dające sędziemu szansy na gwizdnięcie. Gdybym miał gdzieś Juniora wysłać ...ugć-ugć-ugć-ugć... na naukę wślizgów, to najlepiej do Asuncion:-)

d) kiedy Casillas "zrobił konia" (znaczy prychnął na znak ulgi po dobrej okazji dla Portugalii). To był ulubiony moment Juniora - fana Hiszpanów - w trakcie dzisiejszej transmisji.

Co mi się nie podobało:

a) frustracja Cristiano Ronaldo. CR7 dziś właściwie nie istniał. Raz próbował poprawić sobie humor fantastycznym krzyżakiem (każdy jednak wie, że najlepsze krzyżaki robił DM10:-), ale konkretnych efektów to nie dało. Jednak spluwanie po meczu w stronę kamery z nadętą miną tysiące fanów odebrało pewnie jako przykrość, wręcz afront.

Co mnie znudziło:

Pierwszy raz ziewałem w trakcie tych mistrzostw. Może dlatego, że ...ugć-ugć-ugć-ugć... pierwszy raz podczas tego mundialu zarówno Japonia jak i Paragwaj założyły sobie, że przede wszystkim będą czekać na to, co zrobi przeciwnik. Następnym razem Japończycy już pewnie nie będą czekać, nie warto (o ile dojdzie do następnego razu).

Dziś mogliśmy się dowiedzieć, że Barrios nazywa się Barriosa, Cardozo nazywa się Cordozo, a Barreto - Baretto. Ale zapewniam: Barriosa nazywa się jednak Barrios, Cordozo to Cardozo, a Baretto to Barreto.

PS Argumenty racjonalne i bardzo racjonalne za Argentyną w zbliżającym się ...ugć-ugć-ugć-ugć... meczu z Niemcami.

Argument racjonalny:

Miał miejsce cztery miesiące temu, dokładnie 3 marca w Monachium.

Niemcy - Argentyna 0:1 (0:1). Bramka: Higuain (45.)

Niemcy: Adler - Boateng, Mertesacker, Tasci, Lahm - T. Mueller (67. Kroos), Ballack, Ozil (67. Cacau), Schweinsteiger (76. Khedira), Podolski - Klose (46. Gomez). Argentyna: Romero - Otamendi, Demichelis (57. Burdisso), Samuel, Heinze (47. C.Rodriguez) - Gutierrez, Mascherano, Veron (90. Bolatti), Di Maria - Messi, Higuain (62. Tevez)

Wytłuściłem nazwiska zawodników, którzy ...ugć-ugć-ugć-ugć... prawdopodobnie wyjdą w najbliższym meczu w podstawowym składzie.

Argument znacznie bardziej racjonalny: Gondwana. Zauważyliście, gdzie na Gondwanie leżałaby dzisiejsza Argentyna? To pewnie dlatego chłopcy Ma-ra-do czują się w południowej Afryce tak dobrze:-)

PS1 Ups! Zapomniałbym o zegarach.

UPDATE Z wpisów pod poprzednią notką dowiaduję się, że przy bramce Hiszpanów był spalony. Nie wychwyciłem tego. Prawda to? Jeśli tak to pupa blada...

23:22, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010
...ugć - ugć - ugć - ugć - ugć...

Minął osiemnasty dzień mistrzostw świata.

Co mi się podobało:

a) że warto zabierać na mundial zdolnego rekonwalescenta, choćby nie był jeszcze gotowy na pierwsze mecze. Robben tym co zrobił dla Holandii na boiskach RPA, już w tej chwili spłacił kredyt zaufania. A gwałtowny zwód z zejściem do środka, biegiem wzdłuż linii pola karnego zakończonym ostrym, precyzyjnym strzałem powinien nazywać się "a la Robben". Najdziwniejsze jest to, że wszyscy wiedzą co Robben zrobi, ale nikt nie umie go powstrzymać. Kiedyś był taki piłkarz, którego nazywali Garrincha.  Kojarzycie? Też wszyscy wiedzieli co zrobi, a nikt nie miał pomysłu jak zapobiec jego harcom. On z kolei lubił nachylać się w lewo, a rywala minąć od prawej. Różnica między Robbenem, a Garrinchą jest taka, że Holender swój popisowy numer robi raz, dwa razy w trakcie meczu. Garrincha swój popisowy numer robił raz, dwa, trzy, cztery razy w trakcie jednej akcji:-) Mane pasowałby mi do pewnej fajnej drużyny. Być może przyjemnie grałoby mu się z Rattinem, Marzolinim, Alberto Gonzalesem, Carmelo Simeone i Romą. A dzięki Orlando (który zmarł parę miesięcy temu) czułby się na obczyźnie raźniej - grali przecież razem na MŚ'58;-) Co sądzicie?

b) że Brazylia zmienia swój image (made in esse). Wygrała z Chile nie po bajecznych fajerwerkach, ale dzięki żelaznej obronie. Co by nie mówić - to jednak dobra paka, zwłaszcza kiedy nie próbuje sztuczek technicznych, tych z gatunku "pod publiczkę" - myślałem, że w 36 minucie Ramires zabije się o piłkę. Z drugiej strony najpiękniejszy jak dotąd strzał głową po rzucie rożnym w tym mundialu i najpiękniejszą jak dotąd asystę w tym mundialu - mogliśmy zobaczyć właśnie dziś  - dzięki Brazylijczykom. Wygląda na to, że Dunga wie co robi. Czyżby wicemistrzostwo?

A Chile pierwszy raz w tym turnieju podobało mi się bardziej z tyłu niż z przodu. Szkoda, że z tego podobania bardzo niewiele wyniknęło;

Co mi się nie podobało:

a) po sytuacjach z 68 i 78 minuty w meczu z Holandią już wiadomo dlaczego Robert Vittek nie zostanie królem strzelców. Taki Maciej Iwański wykorzystałby je pewnie z zamknietymi oczami. Gdyby Vittek był Iwańskim mogłoby być 3:2 dla Słowacji! A Vittek miałby sześć goli i szanse na dalsze...

b)  że zawsze w tym samym momencie mistrzostw świata - pod koniec 1/8 finału nachodzi mnie spleen. Mistrzostwa, mistrzostwa i... już prawie po mistrzostwach! Nienawidzę momentu, kiedy do końca zostaje zaledwie dziesięć meczów;

PS Zegary to jest potęga, zegary najlepsze są...

PS1 ...ugć - ugć - ugć - ugć - ugć - ugć... Słyszycie? To pewnie Leo Messi przejeżdża gdzieś niedaleko Was na swoim rowerku...

PS2 Fajnie, że Maciej Żurawski wraca do polskiej ligi. Zawsze lubiłem tego piłkarza.

23:14, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (33) »
Na rowerku

Minął siedemnasty dzień mistrzostw świata. Tym razem na znak protestu przeciw fatalnej grze Argentyny  - zaledwie 3:1 - wpisu nie będzie!

Żartuję.

Co mnie zachwyciło:

a) najbardziej zadziwiające w zachwycie, który chcę Wam opisać, jest fakt, że to stan permanentny. Wprawić wybrednego kibica w pełne zachwytu drżenie nie jest łatwo, ale utrzymywać go w nim bezustannie - jest jakby własnym, osobistym mistrzostwem świata tego piłkarza, który potrafi tego dokonać. Lionel Messi osobiste mistrzostwo świata zdobywa  - a raczej potwierdza - właściwie w każdym meczu. Tak było i tym razem. W grze z Meksykanami można było wydać z siebie triumfalny ryk po fenomenalnym strzale Teveza, można było mlaskać z zachwytem nad misternymi czterokątami, pięciokątami, sześciokątami, rysowanymi na murawie przez podających sobie po ziemi z pierwszej piłki Argentyńczyków. Mnie najbardziej zachwycał fakt, że Messiemu obojętne jest przeciw komu gra - on, najwyczajniej w świecie, zawsze wybiera się na rowerową wycieczkę. Bez względu na pogodę, rywali, dystans i cokolwiek, co bylibyście w stanie wymyślić. Bo podczas każdego swojego występu Messi  jeździ sobie po boisku małym dziecięcym rowerkiem. To nawet nie Wigry jest, raczej skrzypiący Pelikan, jeśli wiedzie co mam na myśli. Messi - między dorosłymi, często rozwścieczonymi mężczyznami, dla których spełnieniem marzeń jest zrzucenie uśmiechniętego malca z tego rowerka - uprawia najczęściej slalom specjalny, z rzadka slalom gigant. On tych mężczyzn objeżdża i tyle. Czasem najwyżej użyje dzwonka. Nikt inny na świecie nie ma takiego sposobu dryblingu, nikt! Ostatnim, który wprawiał mnie w osłupienie z powodu prowadzenia piłki przy nodze był El Diego, choć przecież jego styl dryblingu był całkowicie inny. Kiedy oglądałeś Diego, byłeś pewien - nikt nie ma szans go zatrzymać. Kiedy oglądasz Messiego, odwrotnie - zaskakuje cię, że chłopaczek ciągle drepcze (pedałuje) i NIKT nie potrafi na to dreptanie (pedałowanie) znaleźć sposobu. I nie znajdzie przez lata:-)

A druga rzecz dla mnie niepojęta, to moment, kiedy jakiemuś rozszalałemu bawołowi naszego malca jednak udaje się zrzucić z tego rowerka. Gauchito wówczas nie dyskutuje, nie zwija się, nie pomstuje. Od razu poprawia siodełko i pełen beztroski jedzie dalej! W tym jest już lepszy od swojego Mentora. Znacznie lepszy...

Co mi się podobało:

a) klasyk angielsko-niemiecki. Dramatyczny mecz, było w nim wszystko, co potrzeba. Będą o tym spotkaniu opowiadać latami. Co prawda bardziej nad Wezerą niż nad Tamizą, ale zawsze...

b) że Niemcy ułatwili drogę Argentynie. Przyznam, że bardziej obawiałem się Anglików. Teraz do strefy medalowej Diego i spółka powinni mieć już z górki... Halo! Berlin? Dzień Dziecka zaraz się skończy!

c) świetna gra Neuera. W dodatku niemiecki bramkarz jest nie tylko w znakomitej formie fizycznej (kilka znakomitych interwencji), ale potrafi zacwaniaczyć z imponującym refleksem (na przykład natychmiast wprowadzić piłkę do gry, po tym jak przekroczyła linię bramkową o pół metra). To jest brutalna prawda znana każdemu piłkarzowi: o wszystkim decyduje sędzia. Czego nie zakaże, czego nie dostrzeże - jest dozwolone. Można powiedzieć, że Neuer w posiadł jakimś stopniu cechę niestety... argentyńską. Viveza - boiskowa, nie przebierająca w środkach przebiegłość, w myśl której jeśli dałeś się oszukać - jesteś frajerem. Osobiście nie wyznaję vivezy, bo uważam, że suma zawsze kiedyś wyjdzie na zero. Przykład? Co los spektakularnie dał (Hurst 1966), los spektakularnie wziął (Lampard 2010). Pytanie brzmi: zabierze Neuerowi, czy dopiero któremuś z jego następców?

d) gra Romero. Myślicie, że stwierdzenie o najlepszym bramkarzu argentyńskim od czasów Fillola będzie polegać na prawdzie? Mając go w bramce Argetyńczycy nie są nerwowi, a to już ważne. Z drugiej strony Romero wpuścił gola Meksykanom po krótkim rogu. Strzał Hernandeza był cudowny, ale jednak co krótki róg, to krótki róg. Może jakiś bramkarz by się wypowiedział, czy bramkarz miał w ogóle jakieś szanse, żeby strzał Meksykanina wybić?

e) ambitny występ Meksyku. W takiej formie prawdopodobnie weszliby do ćwierćfinału z każdej innej pary. Mieli jednak pecha, bo w tym zestawie byli jednak gorsi. Można im tylko współczuć;

Co mi się nie podobało:

a) fatalny poziom pracy arbitrów. Panowie Rosetti i ten Urugwajczyk, którego nazwiska nawet nie zapamiętałem, skrzywdzili w oczywisty sposób dzisiejszych przegranych. Jeden nie uznając gola, drugi - uznając. W tej formie nie powinni sędziować meczów towarzyskich nawet Roześmianym Mamutom Jeżdżącym na Zardzewiałych Rowerach. Gdyby nie ich błędy - Anglicy prawdopodobnie wyeliminowaliby Niemców (a czy przy pierwszej bramce Klose nie było spalonego?), z kolei Argentyna musiałaby się dużo bardziej pomęczyć, żeby wygrać;

b), że Argentyna grała w niebieskich spodenkach. Strasznie mnie to uwierało. Ja miałem na sobie takie jak należy - czarne:-)

Czego mi żal:

a) że piłka po strzale Teveza dopiero zaczynała nabierać szybkości, a już musiała, jak to mówią, "zatrzepotać w siatce". Czy ta bramka nie mogła stać 30 metrów dalej? Ten niepozorny facet ma w nodze młot pneumatyczny wręcz cudownej mocy!

Co mnie rozbawiło:

a) wścibstwo kamerzysty. Chciał być jak najbliżej radości Argetyńczyków po drugiej bramce i niechcąco zdzielił sprzętem rozchichotanego Heinzego. W rewanżu sam dostał plaskacza od oburzonego piłkarza (albo jego kamera). A że los oddaje -  Heinze też później oberwał na boisku w czajnik...

PS Jesteśmy z wami! Ze-ga-ry jesteśmy z wami!

00:52, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (75) »
niedziela, 27 czerwca 2010
Heban

Minął szesnasty dzień mistrzostw świata. Pierwszy taki; żarty się skończyły.

Co mi się podobało:

a) że rodzi się nowa wielka drużyna. Nie chodzi o to, że Ghana powtórzyła wyczyn Kamerunu z 1990 roku i Senegalu z 2002 roku. Raczej o to, że ten zespół może być - i będzie - tylko lepszy. Ghana - młodziutcy drapieżcy z hebanu... Ich ćwierćfinałowy mecz z wyrafinowanymi Urugwajczykami zapewne będzie niezwykły (choć może być i jednostronny, bo w Ghanę uderzyły kartki i urazy);

b) że Amerykanie dostali kolejną lekcję pokory. Odkąd ogłosili kiedyś program, którego zwieńczeniem miało stać się mistrzostwo świata w piłce nożnej, z satysfakcją odnotowuję ich kolejne bolesne nauczki. Bo mistrzostwo to sobie można planować w tak niszowych - z ogólnoświatowego punktu widzenia - dyscyplinach, jak koszykówka albo siatkówka. Ale nigdy we futbolu! Praca pracą, ale do piłki na takim poziomie trzeba mieć przede wszystkim mnóstwo talentu, którego - powtórzę - w żaden sposób nie da się zaprogramować. Podobnie jak pokory. Ale mogę Amerykanom zaproponować nowy termin: 2110 rok! Yes, they can!

Przesłanie Czadobloga brzmi: najpierw talent, potem praca. A nie  - najpierw praca, potem praca.

a) że tym razem Korea - choć lepsza niż przed ośmioma laty - nie miała aż tak wielkich uszu jak wtedy i w efekcie nie było jak przeciągnąć jej do ćwierćfinału. Sędzia nieudacznik Wolfgang Stark (nie będę go nazywać oszustem, bo musiałbym mieć dowody jego celowego działania) nie zagwizdał wtedy, kiedy miał zagwizdać, a zagwizdał wtedy, kiedy nie miał zagwizdać. Tym sposobem okradł Urugwajczyków ze... spokojnego przebiegu meczu. Przecież do przerwy Urusi przy normalnym sędziowaniu powinni prowadzić 3:0, a potem tylko spokojnie kontrolować grę;

c) niezwykła precyzja Luisa Suareza. Zarówno przy pierwszym, jak i drugim golu. Ależ on ma oko! Przydałby się w Górniku, Ruchu, Polonii albo Gieksie:-)

d) wyrzuty ręką Fernando Muslery z własnego pola karnego. Były dalekie i precyzyjne. A ten zademonstrowany w 37 minucie (piłka trafiła do Pereza na środku boiska) tak mnie zachwycił, że z miejsca wstałem i zaczałem deklamować któregoś z poetów romantycznych;

e) znakomita akcja Altidore'a, który jeszcze leżąc próbował kąsać i omal nie zdobył gola. Jak zdobywa się takowego w pozornie beznadziejnych sytuacjach pokazał za to Asamoah "Pan Rzut Karny" Gyan tuż po rozpoczęciu dogrywki. 

Co mi się nie podobało:

a) "interwencja" Jung Sung-ryonga w 8 minucie. Była to najgorsza interwencja bramkarska na przedpolu podczas tegorocznego mundialu. Powinien pójść do Kingsona na korepetycje;

b) o Starku już pisałem. Ale mnie zgrzał.... W takiej dyspozycji powinienien sędziować najwyżej finał meklemburskiej spartakiady oldbojów U-80 w Schwerin;

Co zauważyłem:

a) że kiedy Amerykanie trafili na przeciwnika tak samo jak oni fantastycznie przygotowanego pod względem fizycznym - wszelkie ich przewagi zniknęły. Ciężko było sforsować ten mur lśniących czarnych posągów. Bynajmniej nie nieruchomych. Dziś pewnie lepsi niż USA nie daliby Ghanie rady...

Co mnie przeraziło:

a) te powtórki niedługo zaczną mi się śnić... Jeszcze nigdy nie było turnieju w taki sposób pokazywanego w telewizji. Te ujęcia w zwolnionym tempie są... znakomite? Nie wiem, kiedy w I połowie noga Ayewa wygięła się pod naciskiem nogi Cherundolo, przeszedł mnie paskudny dreszcz i jednocześnie usłyszałem cichutki pisk. To popiskiwało moje kolano. - Halo, jestem tu i zaraz mogę zacząć cię boleć - wołała do mnie złośliwie z filuternym uśmieszkiem moja rzepka. Makabra...

***

Teraz zapowiada się jeden z najwspanialszych dni MŚ. Dlatego jako bonus przypominam Wam najpiękniejszą bramkę poprzedniego mundialu. Kto, komu, kiedy i dlaczego ją strzelił - wiecie doskonale. Zawołamy teraz jednym głosem? Mam serdeczną prośbę - szybko zamknijcie oczy i tylko posłuchajcie:

PS Zegary - jesteśmy z wami.

PS1 Z telewizji mogliśmy się dowiedzieć, że Boateng (strzelec pierwszego gola dla Ghany) nazywa się Botaeng. Ale zapewniam: Botaeng nazywa się jednak Boateng.

00:36, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (43) »
piątek, 25 czerwca 2010
Brazylijska niemoc techniczna

Minął piętnasty dzień mistrzostw świata. Ostatni taki.

Co mi się podobało:

a) gra portugalskiego bramkarza Eduardo. W grupie G było mnóstwo piłkarzy, którym sztuka zdobywania goli nie jest obca, ale on ani razu w trakcie rozgrywek grupowych nie musiał wyciągąć piłki z bramki. W dzisiejszym meczu też pokazał co potrafi. Brazylijskie ataki były dość rachityczne, ale kilka okazji podopieczni Dungi jednak mieli. Eduardo pokazał refleks i odwagę, dopisywało mu też szczęście;

b) że Hiszpania najwyraźniej doszła do siebie po nieudanym początku imprezy. Już się cieszę na mecz z Portugalią;

c) że Chile najwyraźniej doszło do siebie po nieudanej drugiej połowie pierwszej połowy. W drugiej nie było widać, że grają w dziesiątkę. Szkoda by było, gdyby odpadli. Już się cieszę na mecz z Brazylią;

d) przytomność umysłu, refleks i maestria Villi przy pierwszym golu;

e) przytomność umysłu, refleks i maestria Iniesty przy drugim golu;

Co mi się nie podobało:

a) że doczekałem czasów, gdy brazyliscy piłkarze w przednich formacjach nie wywołują we mnie najmniejszego uczucia zachwytu, względnie podziwu. Od kiedy kumam, zawsze był tam ktoś niezwykły. Zico, Eder, Socrates, Romario, Bebeto, Ronaldo, Ronaldinho... Sami artyści. Tymczasem dziś kadrę Dungi oglądam z takim samym namaszczeniem jak choćby Norwegów. Zwłaszcza na tym turnieju. W meczu z Portugalią, nie widziałem w tym czarodziejskim kiedyś zespole ani jednego czarodzieja. Wręcz przeciwnie - zauważyłem brazylijską niemoc techniczną... Mam nadzieję, że z taką grą kanary nie załapią się do finałowej czwórki;

b) przebieg meczu BRA - POR miał nas olśniewać niczym malarstwo Rembrandta albo muzyka Beethovena. Tymczasem spotkanie było jak muzyka Rembrandta albo malarstwo Beethovena... Nie spodziewałem się pokazu tak brutalnej brazylijsko-portugalskiej agresji, tak ostrej zaciekłości. Sposób w jaki Filipe Melo mógł w 22 minucie pozbawić rywala głowy rozłożył mnie na łopatki. Momentami wyglądało wręcz jakby oba zespoły się nienawidziły! Wyjątkowo nienawidziły... W efekcie festiwal kartek - cud, że bez czerwieni;

c)  że chilijski bramkarz Bravo chce być kolejnym "Loco", a w tym wieku już nie wypada. Precz z Gattim, Quirogą czy też Higuitą. Prosimy o niepowtarzanie wślizgu a la Bravo w meczu z Brazylią;

d) czerwona kartka dla Estrady, sędzia postąpił zbyt pochopnie. Ale nie ma co narzekać, arbiter właściwie wyrównał rachunki - wcześniej z boiska powinien wylecieć mój ulubiony Waldo Ponce za idiotyczne kopnięcie Torresa. Nie wystarczy być niezłomnym; trzeba jeszcze myśleć... Jako że Ponce i tak zobaczył żółtą kartkę - nie zagra z Brazylią. Dzięki temu szanse chłopaków Dungi rosną, moim zdaniem o dwadzieścia procent. W efekcie obu zespołom daję po pięćdziesiąt procent szans na awans do ćwierćfinału;

e) bilans bramkowy północnych Koreańczyków: 1:12. To dowodzi, że nie powinni byli się znaleźć na mundialu. Zdumiewa mnie różnica między najlepszymi azjatyckimi drużynami. Jak to możliwe, że Japończycy i południowi Koreańczycy wypadają w Afryce tak dobrze, a północni - tak kompromitująco?

Czego bym sobie życzył:

a) obiecałem sobie, że nie będę krytykować komentatorów telewizyjnych, bo to naprawdę ciężki kawałek chleba. Ale mimo wszystko pana Szpakowskiego bardzo serdecznie bym prosił, żeby w kolejnym meczu nie przypominał nam już co było szczególnie charakterystyczne dla minionych mistrzostw świata na których miał okazję być (hiszpańskie ole!ole! w '82, meksykańska fala w '86 itd.). Naprawdę bardzo, bardzo proszę...

PS O zegarach warto pamiętać.

22:52, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (47) »
Skupienie i powaga. Banzai!

Minął czternasty dzień mistrzostw świata. Był zaskakujący więc część wrażeń spisałem wcześniej. Teraz jeszcze o wieczornych meczach.

Co mi się podobało:

a) że ktoś wreszcie nałożył wędzidło tej przeklętej jabulani. Był to pan Keisuke Honda w 17 minucie. - Banzai! - jednym głosem zakrzyknęli w tym samym momencie pan Satoshi Tsunami, pan Kazuyoshi Miura, pan Hidetoshi Nakata, a także cała Honsiu, cała Kiusiu, cała Sikoku i cała Hokkaido (na Okinawie pewnie też znaleźli się panowie, którzy wydali ten sam okrzyk). Po chwili pan Yasuhito Endo powtórzył wyczyn pana Hondy, ale jako że strzał w 30 minucie był techniczny, pan Endo wcale nie musiał nakładać wędzidła temu cudactwu, co tak się nieszczęśliwie odbija i dziwacznie frunie na obecnych mistrzostwach.

Duńczycy też mieli rzuty wolne, ale jako że nie poprosili Japończyków, żeby ktoryś gościnnie je dla nich (za nich) wykonał - gola nie było.

b) fantastyczna akcja Japończyków przy trzeciej bramce. Rozklepali rywala w zawstydzający wręcz sposób. To był rozdział z podręcznika o futbolu pod tytułem "Patrz w inne miejsce niż zamierzasz podać piłkę". Jeśli Azjaci zdołają powtórzyć taki numer w 1/8 finału z paraliżującym rywali na własnej połowie Paragwajem - byłoby to coś spektakularnego. Ale nie sądzę, żeby im się udało;

Tak czy inaczej; wygląda na to, że w dalszej części turnieju Azja z Ameryką Południową załatwią sprawę między sobą:-)

Co mi się nie podobało:

a) fakt, że duńscy kibice wywrzaskiwali hymn swojej ojczyzny z jakimiś napojami (piwskiem?) w rękach.  Jak można śpiewać pieśń państwową z butelczyną w dłoni? Nie chcę znów moralizować, ale ta sprawa drażni mnie bezustannie. Powtórzę więc: hymn to hymn - widzieliście jak potraktowali moment jego odśpiewania japońscy kibice, piłkarze albo sztab trenerski? Skupienie i należna powaga. Tam sobie jaj podczas hymnu nikt nie robi. Nie dlatego, że ktoś mógłby potem delikwentowi zwrócić uwagę, po prostu dlatego, że do głowy by mu to nie przyszło.

Co zauważyłem:

a) właściwie nic zaskakującego. Poziom się wyrównuje, a nawet przechyla w drugą stronę, co najlepiej widać na przykładzie rywalizacji polsko-japońskiej. Jeszcze na początku lat 80. nasza młodzieżówka złoiła Japończykom skórę na ich terenie czterokrotnie, oczywiście mówimy o ich pierwszej reprezentacji. Czas jednak płynie - w latach 90. z kolei oni złoili nas u siebie aż 5:0, a w XXI wieku nie pozwolili strzelić bramki nawet na naszym terenie (0:2 w Łodzi, w 2002 roku).

Co mnie zasmuciło:

a) że Samuel Eto'o żegna się z reprezentacyjną piłką. Ma dopiero 29 lat! Nie mógłby iść w ślady Rogera Milli? Zaliczyłby pewnie 200 meczów w reprezentacji , bijąc wszelkie rekordy:-) "Przyzwyczaiłem się już do przebywania wśród największych gwiazd - mówił Eto'o, gdy wystąpił jako najmłodszy uczestnik finałów we Francji, choć zaliczył tylko 25 minut meczu z Włochami" - tak pisałem o Kameruńczyku w piłkarskiej encyklopedii FUJI przed mistrzostwami świata w 2002 roku. Myliłem się wtedy co do niego i... nie myliłem jednocześnie. "Eto'o to niezwykle szybki i silny młodzian bez kompleksów, choć jego nieco wybuchowy temperament może zniszczyć mu karierę" - pisałem (chodziło mi o to, że opluł kiedyś Tomasza Hajto). Myliłem się co do jego temperamentu - generalnie potrafił nerwy utrzymać na wodzy - nie myliłem co do jego szybkości. Udowadnia to ten zajmujący tekst. Polecam;

***

Rywalizacja w kolejnych parach 1/8 finału nie zapowiada się szczególnie frapująco. Zestaw Holandia - Włochy byłby hitem, zestaw Holandia - Słowacja, już niekoniecznie. Co tam, najważniejsze, że jutro kolejne główne dania imprezy. Czy Chile pozwoli Hiszpanii wyjść z grupy? 

PS A poza tym uważam, że zegary powinny wrócić.

PS1 Dobre wieści w sprawie chorzowskiego duetu So-Sa. Tak więc: dajcie spokój:-)

01:46, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (21) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Mamma mia, pomidory czekają

Czternasty dzień mistrzostw świata jeszcze nie minął, ale nie mogłem się powstrzymać od wcześniejszego wpisu.

Co mnie zaskoczyło:

a) że Włosi nie mają zaplecza, czyli piłkarzy potrafiących przyzwoicie kopnąć piłkę. Wystarczyło, że największe gwiazdy albo się postarzały albo za bardzo pyskowały albo zmogły je kontuzje - i nie było komu dobrze grać. Buffon pewnie złapałby te strzały Vittka, a Totti czy Cassano pewnie by coś do słowackiej bramki jeszcze wepchnęli. A tak został im niewydarzony Pepe. Sposób w jaki ten człowiek spartolił wymarzoną sytuację w 95 minucie przejdzie do historii. Mógł być bogiem, a tak będzie smażyć się we włoskim piekle. Efekt? Spektakularna klęska Marcelo Lippiego. Nie trzeba było drugi raz wchodzić do tej samej rzeki, panie trenerze. Kompletne dno... Ich nawet Nowa Zelandia wyprzedziła!

Mamma mia! Czy Włochów czeka takie samo powitanie jak w 1966 roku? Jeśli tak, to lepiej, żeby przygotowali sobie zapas chusteczek do obtarcia twarzy i ubrań...

Co mi się podobało:

a) postawa Słowacji. Po fatalnych meczach z Paragwajem i Nową Zelandią już ich skreśliłem. Okazuje się, że się pośpieszyłem. To dlatego, że grali dla mnie jak Polacy w 2002 i 2006 roku, a przecież nie zauważyłem zasadniczej różnicy - sytuacja w tabeli tak się ułożyła, że przed ostatnim meczem Słowacy mieli jeszcze o co grać. I wystrzelili w najmniej spodziewanym momencie! Śmiało można uznać ten mecz za najważniejszy w dziejach słowackiej piłki, nasi sąsiedzi będą sobie o nim opowiadać przez dziesięciolecia. Ale jeśli mam być szczery - to nie Słowacja była taka silna, lecz Włosi tacy słabi, a ekipa Weissa tylko - i aż - potrafiła wykorzystać ich słabość. Ciekawe, że Słowacy triumfują, mimo że ich lider Marek Hamsik prezentuje się co najwyżej przeciętnie.

No i jeszcze jedno pytanie: czy Vittek ma szansę zostać królem strzelców?;-)

b) postawa Nowej Zelandii. Powiedzmy szczerze; to zespół, który - gdyby grał w polskiej ekstraklasie - nie zakwalifikowałby się do pucharów! Fakt, że zbieranina Rickiego Herberta nie przegrała na mundialu meczu, uważam za największą niespodziankę mistrzostw. Oczywiście nie należy wysnuwać zbyt daleko idących wniosków. Od momentu, kiedy niedocenieniany Kamerun trzy razy zremisował na MŚ - afrykański futbol strasznie poszedł do góry. Z futbolem Oceanii tak nie będzie;

Co mi się nie podobało:

a) sposób w jaki Włosi zachowują się w ekstremalnych sytuacjach. Kiedy strzelili Słowacji kontaktowego gola przypomniała mi się sytuacja sprzed 19 lat i mecz Sampdoria - Legia. Wtedy w końcówce genueńczycy też strzelili bramkę i również doszło do podobnej przepychanki w bramce. Wtedy Maciek Szczęsny (pozdrowienia) dostał czerwoną kartkę, teraz Musze się upiekło. Wtedy wynik 2:2 był dla Włochów trumną w ziemi, teraz wynik 2:2 byłby dla nich drogą do nieba. Uważam, że zarówno wtedy i dziś Włosi - za cudactwa i nieumiejętność pogodzenia się z porażką - zostali ukarani w najlepszy możliwy sposób;

b) że Paragwaj nie potrafił sobie poradzić z Nową Zelandią. Cenię Paragwajczyków, ale stwierdzenie, że na razie to chyba najsłabszy zwycięzca grupy w tegorocznym mundialu - nie będzie zbytnio przesadzone.

PS Właśnie sobie uzmysłowiłem, że Argentyna może zostać czwartym zespołem w dziejach, który zdobędzie mistrzostwo świata wygrywając wszystkie mecze w turnieju finałowym. Dotychczas udało się to Urugwajowi w 1930 roku, Włochom w 1938 roku oraz Brazylii w 1970 i 2002 roku. Tym samym Maradona może pobić sam siebie, bo w 1986 roku Włochom udało się przecież w fazie grupowej jednak uszczknąć remisik...

PS1 O zegarach pamiętamy.

18:11, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (46) »
środa, 23 czerwca 2010
Przed meczem im. Berta Trautmanna

Minął trzynasty dzień mistrzostw świata. Minął pod znakiem nieprawdopodobnego zdarzenia: rywalizacji braci grających przeciw sobie w meczu o wszystko. Nie zauważyłem żeby się ścięli.

Co mi się podobało:

a) że Anglicy wytrzymali presję. Pożegnanie mundialu po meczu ze Słowenią kandydowałoby do klapy numer dwa wszech czasów w mundialowej historii angielskiego futbolu reprezentacyjnego (po porażce z USA, w czasach kiedy zaledwie co tysiąc sto czterdziesty ósmy Amerykanin kojarzył co to w ogóle jest piłka nożna). Niemożliwe było przecież, żeby Anglicy rozegrali na mistrzostwach trzy fatalne mecze z rzędu. Typowałem łatwe 3:0. Mogło być nawet 13:0, ale angielska nawałnica nie była jednak odpowiednio nawałnicza; 

b) sposób w jaki Stany Zjednoczone budują własną legendę na użytek swoich obywateli. Bo ile można żyć zwycięstwem z Anglią z czasów kiedy zaledwie co tysiąc sto czterdziesty ósmy Amerykanin kojarzył co to w ogóle jest piłka nożna? Co tu dużo mówić - należał się Jankesom ten awans. W dodatku wywalczyli go według hollywoodzkiego scenariusza.

c) że Dawid w obecnych czasach ciągle nie stoi na straconej pozycji w walce z Goliatem. Widzieliście jak mały Cahill (ulubiony piłkarz Juniora) strzelając gola ośmieszył wielkiego Vidicia?

d) że Mark Schwarzer nam udowodnił: niekoniecznie musimy krzywić się na sformułowanie „ instynktowna obrona”. Widzieliście w jakim stylu Australijczyk wybił choćby strzał Ivanovicia w I połowie? Styl w jakim z kolei przepuścił strzał Pantelicia w II połowie jest dla tego punktu nieistotny:-); 

e) niesamowita końcówka meczu Serbów z Australią. Ale e-moc-je! Szkoda tylko, że zawsze musimy ponarzekać na sędziego. Trzeba być wyjątkowym ślepcem, żeby nie zauważyć ręki wspomnianego Cahilla w polu karnym w doliczonym czasie gry! 

f) że taki piłkarz jak Mesut Ozil - moim zdaniem najlepszy zawodnik niemieckiej kadry w całym turnieju - potrafi zagrać najpierw jak ten... najgorszy, ale potem znowu jak ten najlepszy. Zawodnik tego formatu nie powinien marnować okazji, kiedy biegnąc samotnie z piłką mógł spytać ghanijskiego bramkarza: - Hej, kolego: lewo? prawo? góra? dół? Zawodnik tego formatu potrafi jednak oddać cudowny strzał, po którym bramkarz przeciwnika może tylko zrezygnowany pogładzić się po potylicy, a pająki (te, co przeżyły) umknąć z zagrożonego miejsca. W Niemczech nikt więc nie pamięta wstydliwej sytuacji z 24 minuty. Wszyscy za to gola z 60 minuty.

Co mi się nie podobało:

a) że Ghanijczycy, grający o honor Afryki, jakby przestraszyli się odpowiedzialności. W skrócie wyglądało to tak: o jedno podanie za dużo, o jeden zwód za daleko... Ale co tam: honor obronili. Czy teraz powtórzą osiągnięcie Kamerunu z 1990 roku i Senegalu z 2002 roku?

b) to już drugi gol, który by nie wpadł do słoweńskiej bramki, gdyby Handanović nie próbował ratować przede wszystkim swojej twarzy. Najpierw przy strzale Donovana, a teraz przy strzale Defoe. Gdyby dziś nie ruszał rękami, tylko stanął na baczność - odbiłby piłkę nosem przed siebie i może gol by nie padł;-) Odrobił za to winę przy główce Barry'ego;

c) że na zbliżeniach Anglicy wyglądali jakby zatruli się jakimś typowym afrykańskim makaronem (jeśli takie są:-) Widzieliście jakie Gerrard miał podkrążone oczy?

d) niewiele brakowało, aby niektórzy, po awansie Słowenii do fazy pucharowej, mieli nowe fajne alibi. Już prawie nasłuchiwałem hasła „okazuje się, że przegraliśmy w eliminacjach z naprawdę dobrym zespołem”... Na szczęście alibi rozwiało się, zanim tak naprawdę się zmaterializowało. O tyle dobrze, że Słowenia ogólnie prezentowała się w Afryce słabo. Chyba tylko Słowacy wypadli bardziej bezbarwnie:-/

e) postawa Algierii. Po ich bardzo dobrym meczu z Anglią liczyłem, że w ostatnim spotkaniu pokażą coś więcej;

***

Rywalizacja w kolejnych parach 1/8 finału zapowiada się fan-tas-tycz-nie! Nastawiam się zwłaszcza na mecz imienia Berta Trautmanna.  Byle tylko nikt tym razem nie skręcił karku. Rewanż za 1966, rewanż za 1970, rewanż za 1990... Czy Anglicy się przełamią? Nie wiem. Wiem jednak, że to będzie MEGAHICIOL!

A jutro znów emocje, choć nieco mniejsze, bo tam raczej już posprzątane. Ale dla porządku zadam te pytania: co z Duńczykami? Co z Włochami?

PS Emocje emocjami, ale o zegarach pamiętamy.

22:58, pavelczado , Mundial
Link Komentarze (24) »
Trochę kultury

Panie i Panowie;

Przed Wami najlepsza, najbardziej sugestywna reklama świata. 

Chyba mógłbym się tam przenieść...

PS O zegary na pewno dbają...

PS1 Host_235, Wersy 2 - dzięki Panowie za zwrócenie uwagi na to dziełko:-) Nie znałem tego wcześniej. Vamos, vamos!

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum