sobota, 15 czerwca 2013
Malbork 1457. Chorzów 2013

Przed nami na pewno trudny sezon. To będzie wojna, a wojny mają to do siebie, że armie zaciężne sprawdzają się najlepiej, gdy są sowicie opłacane. Gdy jest z tym problem, to jednak pierwsze rzucają oręż - mówi prezes Ruchu Chorzów.

Trudno dziwić się armiom zaciężnym przecież do działania stymuluje je zarobek. Trudno dziwić się również zagranicznym piłkarzom - przecież do działania stymuluje ich zarobek.

Ruch ewidentnie chce uniknąć losu zamku w Malborku, który przytrafił się tej twierdzy podczas wojny trzynastoletniej. Oldrzich Czerwonka, dowódca czeskich oddziałów najemnych walczących po stronie krzyżackiej wywinął paskudny numer. Miał bronić twierdzy, ale jako że zakon zalegał mu z wypłaceniem żołdu w czerwcu 1457 roku sprzedał Polsce krzyżacki zamek m.in. w Malborku.

W piłce nożnej takiego numeru nie da się raczej wywinąć (poza tym na prowadzenie wojen, a raczej na zapewnienie żołdu nie potrzeba zgody Komisji Licencyjnej PZPN;). Gdyby Czerwonka był piłkarzem i w ramach protestu w związku z płatniczymi zaległościami strzelił samobója w meczu z rywalem, który potrzebowałby wygranej - nie opuściłby żywy stadionu pod żadną szerokością geograficzną. Tymczasem prawdziwy Czerwonka żył jeszcze osiem lat, choć i jego spotkała stosowna kara - po powrocie do Pragi król Czech wtrącił go do więzienia za zdradę Zakonu i złamanie zasady honoru i wierności.

Ruch nie chce ryzykować. Nie chce znowu zalegać z wypłacaniem żołdu cudzoziemcom. Wie, że nie jest najlepszym płatnikiem w Polsce;) Z kolei cudzoziemcy wiedzą, że mogą przecież liczyć na prawników. Mecenas Agata Wantuch w imieniu m.in. Peskovicia, Straki, Djokicia i Panki w kwietniu złożyła wezwania do zapłaty, poinformowała o sprawie Komisję Licencyjną. Strony w końcu pewnie zakończą spór, ale żadnego z tych zawodników już w Ruchu nie zobaczymy (jeśli Panka nie znajdzie nowego klubu zostanie zesłany do rezerw).

Chorzowianie będą więc w przyszłym sezonie jedynym klubem w ekstraklasie bez zagranicznych zawodników. Przed Ruchem bardzo ciężki okres, tutaj z Dariuszem Smagorowiczem się zgadzam. Zdaniem Czadobloga nie ma szans na realizację kolejnej odsłony chorzowskiej wańki - wstańki niezawodnie działającej od kilku sezonów (2010 - 3 miejsce, 2011 - 12 miejsce, 2012 - 2 miejsce, 2013 - 15 miejsce). Szczerze i bez ogródek - utrzymanie powinno być w połowie 2014 roku świętowane jako sukces.

PS Prezes Smagorowicz musi jednak zdawać sobie sprawę z jednego: może zdziwić się jeśli myśli, że piłkarzom miejscowym będzie łatwiej znieść w przyszłości ewentualne płatnicze zatory niż cudzoziemcom. Przywiązaniem do klubu nie da się wypełnić żołądków własnych i żołądków żon.

PS1 A jeśli o Malborku nowa - niezmiennie zapraszam Was na fascynującego bloga jednego z najlepszych specjalistów w Polsce od malborskiego zamku. 

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. 

czwartek, 13 czerwca 2013
Jak z prezesem Zagłębia życie sobie ratowaliśmy

Myślałem, że bardzo zasłużony dla Zagłębia Sosnowiec Leszek Baczyński będzie prezesem tego klubu do 2050 roku. Tymczasem rada nadzorcza podziękowała mu za pracę, a jego następcą został Marcin Jaroszewski.

Wydaje się, że to dobry wybór dla Zagłębia. Jaroszewski to facet bardzo energiczny, jest w stanie zmyć problem niczym wzburzone morze nakrywające bezbronną plażę:)

Marcina znam od bardzo dawna. Jest coś co łączy mnie z nim a jego ze mną w sposób niezwykły. Przekonaliśmy się o tym wiele lat temu gdy na którymś lotnisku straż graniczna uznała, że robimy sobie z niej jaja. Okazało się bowiem, że urodziliśmy się dokładnie tego samego roku, miesiąca i dnia. Jedyne co nas różniło to miejsce urodzenia. Miasta sąsiednie, rozdzieliła nas Brynica.

No i życie sobie ratowaliśmy. Ja uratowałem mu w 1997 roku w Macedonii. Jechaliśmy z Odrą Wodzisław do Prilepu na mecz Pucharu UEFA (obecny prezes całe życie był dziennikarzem - najpierw '"Przeglądu Sportowego", potem "Tempa" i "Dziennika Zachodniego", wreszcie szefował redakcji sportowej TVP Katowice, pisał też felietony dla "Sportu"). W trakcie jazdy Marcin oparł się o drzwi mocno wiekowego macedońskiego autokaru, a te nagle się otwarły. Tylko znakomity refleks Czadobloga sprawił, że Zagłębie może teraz cieszyć się z nowego prezesa...

Marcin uratował mi życie kilka lat później. Weszliśmy kiedyś w któryś weekend razem do knajpy (kolejnej zresztą), z czaszki Czadobloga mocno się już wtedy dymiło. W środku siedziało mnóstwo kibiców Zagłębia Sosnowiec. Niewiele brakowało, a dogadujący Czadoblog zginąłby w najgłupszy możliwy sposób, to byłoby samobójstwo w czystej postaci. Na szczęście Jarosz wykazał znakomite umiejętności negocjacyjne. Uspokoił bywalców i wsadził szaleńca w taksówkę. Tylko dzięki niemu możecie zapoznawać się z kolejnymi wpisami Czadobloga. Przyznam, że sam bym wtedy siebie, dogadującego gnojka, nie oszczędził:)

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

wtorek, 11 czerwca 2013
Czy warto być kolonią Legii? Warto

Być może niektórym kontrowersyjny wyda się pomysł żeby Piast Gliwice nawiązywał współpracę z Legią Warszawa. U podstaw tej współpracy miałby stać fakt, że większość wychowanków stołecznej akademii po jej opuszczeniu musiałaby grać w III-ligowych rezerwach. Tam jest ponoć znacznie niższy poziom niż w Młodej Ekstraklasie. W efekcie ci, którzy na początku nie mieliby miejsca w pierwszej drużynie Legii przestaliby się rozwijać.

Bogusławowi Leśnodorskiemu, prezesowi Legii bardzo podoba się praca wykonywana w Piaście, słyszałem jego pochwały w trakcie niedawnego Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który odbył się w Katowicach. Ostatnio do gliwickiej drużyny wypożyczonych było trzech zawodników z Legii (grał jeden - Damian Zbozień), teraz być może przeniesie się nawet pięciu. - Piast to poukładany, bardzo dobrze zarządzany klub i nie mamy kłopotu z tym, żeby nasi piłkarze tam grali. Będą pod dobrą opieką i mają szansę na rozwój - twierdzi prezes Leśnodorski.

Czy warto być kolonią Legii?

Można zastosować dwa kryteria.

a) emocjonalne. To wstyd żeby śląski zespół w dodatku na tym samym poziomie rozgrywkowym dał się traktować w ten sposób klubowi ze stolicy. W dodatku TEMU klubowi. Nie warto się tak upodlać.

b) pragmatyczne. Legia ma obecnie najlepsze szkolenie młodych piłkarzy w Polsce. Nawet ci, którzy nie zmieszczą się w kadrze pierwszego zespołu mogą być wartościowymi zawodnikami w innych klubach. Przykładem choćby Zbozień. Gdybym w lutym nie przeszedł się na Stadion Śląski organizujący Silesia Winter Cup, turniej zawodników z rocznika 1993 to może bym marudził. Widziałem jednak styl, w którym wygrała Legia grająca przecież zespołem o rok młodszym (w dodatku w drużynie było czterech chłopaków młodszych o dwa lata, a w tym wieku to ogromna różnica).

Jestem zwolennikiem rozwiązania pragmatycznego. Skoro można korzystać z pracy Legii to trzeba. Trzeba też jednak i uważać, bo prezes Leśnodorski zapowiada, że legijna utalentowana młodzież nie pójdzie do klubu w którym nie będzie grała.

To rodzi obawę, że powstanie żelazna klauzula, która mogłaby działać na szkodę choćby Piasta. Nie może być tak, że haczyk tego typu ogranicza pole manewru trenerowi, że rodzi się niebezpieczeństwo pewnego placu dla słabszych kosztem lepszych. Przyjście młodych pięciu piłkarzy do Piasta oznaczałoby, że reszta gliwickiej kadry mogłaby rywalizować tylko o pozostałe sześć miejsc?

Jeśli ten problem jest do rozwiązania to osobiście nie widzę problemu żeby z Legii piłkarzy wypożyczać i ich ogrywać. Czasy takie, że liczy się wynik. Lepiej przecież nie spaść z młodymi legionistami niż spaść bez nich.

Korzystajmy z Legii. Przynajmniej do czasu kiedy na Śląsku dorobimy się piłkarskiej akademii, której wychowankowie będą lepsi albo co najmniej równi produktowi wypuszczanemu przez legijną akademię.

Jeszcze jedno: kto powiedział, że mając w składzie zawodników oddanych przez Legię nie można skończyć sezonu wyżej niż ten zespół?

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS1 Górnik Zabrze ma nowego środkowego napastnika, który nie chce być porównywany do Milika. Prawie nikt go na razie nie kojarzy, ale przepraszam - z Milikiem kiedy stawał się zawodnikiem Górnika było dość podobnie. Chłopak jest nieznany, ale bardzo łatwo zostanie królem strzelców w II lidze. Na kolejkę przed końcem ma siedem bramek przewagi nad drugim zawodnikiem. To przyzwoita rekomendacja.

PS2 A do Ruchu po kilku latach wraca Dariusz Fornalak. Będzie ciekawie.

poniedziałek, 10 czerwca 2013
Policja chciałaby nakłaniać do naruszania demokracji

Okazuje się, że na zabezpieczenie meczów piłkarskich w województwie śląskim policja wydała w tym roku już 1,3 mln zł, a porządku pilnowało 13 000 funkcjonariuszy. Przyznać trzeba, że to poważny nakład. Rozumiem frustrację z tego powodu.

Jednak pomysł policjantów nakłaniania prezydentów miast żeby w nowym sezonie a priori nie wydawali zgody na rozgrywanie spotkań po zmroku jest - wcale nie przykro to pisać - kuriozalny i skandaliczny. Bo kiedy jest jasno, podobno łatwiej upilnować szalikowców... Napiszę wprost: wygląda na to, że policja chciałaby nakłaniać do naruszenia demokracji.

Sorry, ale policja nie jest od tego żeby zmieniać rzeczywistość po to by było jej łatwiej i taniej. Jest jedynie od tego żeby pilnować przestrzegania prawa.

Jako obywatel chcę meczów piłkarskich po zmroku. Dlaczego policja ma zamiar wtrącać się w moje życie?

PS A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

10:54, pavelczado , obyczaje
Link Komentarze (37) »
sobota, 08 czerwca 2013
Szacunek dla kibiców Polonii Bytom

Wybrałem się dziś na mecz Polonii Bytom, która grała z Zawiszą Bydgoszcz. Dzięki temu byłem świadkiem zdarzeń, których nigdy dotąd nie przeżyłem.

Otóż fani Polonii Bytom w fantastyczny sposób wcielili w życie śpiewaną na stadionach zasadę "piłka nożna dla kibiców".

Wiadomo o co walczyła dziś Polonia (o nic) i Zawisza (o wszystko). Wiadomo, że kibicom gości należało się tylko dwieście biletów. Ale kibice Polonii zadziałali. Wykupili bilety (w zależności od źródła słyszałem o ośmiuset lub nawet tysiącu wejściówek) na własną trybunę po dachem gdzie zazwyczaj zasiadają i... udostępnili je fanom Zawiszy.

W efekcie pół sektora pod dachem zajęli kibice gości (którzy wypełnili także miejsca dla kibiców przyjezdnych z przeciwległej strony), a drugie pół - gospodarzy. Obie grupy, nawet bez kordonu ochroniarzy, którzy by je musieli oddzielać, dopingowali własne drużyny (często jednocześnie). To był naprawdę niezwykły obrazek! Choćby dla niego warto było dziś przyjść na bytomski stadion.

Trzeba być człowiekiem i zrozumieć drugiego człowieka. Fani Polonii wykazali się niezwykłą empatią i za to moim zdaniem należą im się ogromne brawa. Trzeba przecież przypomnieć, że obie grupy - bytomska i bydgoska - nie są ze sobą wcale zżyte, rzekłbym, że raczej neutralne (kiedy fani gospodarzy krzyczeli na przykład "Arka Gdynia" fani gości milczeli, bo - delikatnie ujmując - nie przepadają za gdyniakami). Teraz to się zapewne zmieni... Po meczu wdzięczna rzesza gości skandowała podziękowania pod adresem Polonii. Takich rzeczy się nie zapomina.

Wiem jedno: gdyby to co dziś zobaczyłem na stadionie im. Edwarda Szymkowiaka wprowadzić na każdym stadionie w Polsce, świat byłby lepszy, a policja nie musiałaby tracić czasu na mecze piłkarskie. Pomarzyć zawsze można:)

Zdarzyło się jeszcze coś innego, czego nigdy nie przeżyłem. Otóż pomeczowa konferencja prasowa odbywała się jak zwykle w baraczku. Za ścianą świętowali w szatni piłkarze Zawiszy aż wreszcie zaczęli się niecierpliwić, że dziennikarze tak długo maglują Ryszarda Tarasiewicza, trenera gości. W pewnym momencie bramkarz Wojciech Kaczmarek wetknął głowę. "Trenerze, czekamy!" Po chwili Kaczmarek znów wetknął głowę. "Trenerze, czekamy!". Trzeci raz już nie wetknął. Po prostu wjechał na czele pociągu złożonego z bydgoskich zawodników i salka zatrzęsła się od gromadnych śpiewów. Piłkarze w spontaniczny sposób wyciągnęli trenera do szatni prawie siłą, przyznam, że było to sympatyczne... Tarasiewicz bardzo przeżywał dzisiejszy mecz. Po spotkaniu podszedł do żony, syna i wspólnie sobie z nimi pomilczał. Widać było, że są szczęśliwi.

PS Przekonałem się, że mecz był wyjątkowo ważny dla Bydgoszczy. Z szalikiem zauważyłem między innymi wiwatującego Sebastiana Chmarę, wiceprezydenta Bydgoszczy, byłego mistrza świata w iluśtamboju w hali, zawodnika i prezesa Zawiszy. Podobno prezydent tego miasta przyjechał do Bytomia specjalnie z Chorwacji na ten mecz.

PS1 Ale nie zabrakło też oczywiście Damiana Bartyli, prezydenta Bytomia. Po meczu udało mi się z nim porozmawiać (szczegóły co dalej z Polonią w poniedziałkowej "Gazecie"). Teraz zdradzę tylko, że prezydent jedzie we wtorek na posiedzenie komisji licencyjnej. Ciekawe, że Polonia ciągle walczy o... pierwszoligową licencję (przecież jak wywalczy pierwszoligową to drugoligowa nie będzie już problemem). Ma duże szanse, bo nie wiem czy wiecie, ale w ostatnim czasie klub spłacił 80 procent zadłużenia. Powtórzę, bo to ważne: Polonia nie tyle doprowadziła do ugód z wierzycielami, ale ich SPŁACIŁA). To zasługa miasta. Polonia chce szybko wrócić na drugi poziom rozgrywek, pamiętajmy o ambitnych planach budowy nowego stadionu (w tym samym miejscu, ale różnica ma być wielka). Brzmi to zaskakująco, ale całkiem możliwe jest, że bytomski klub będzie faworytem rozgrywek w najbliższym sezonie!

A dlaczego właściwie Polonia walczy o pierwszoligową licencję skoro spadła do drugiej ligi, zapytacie. Przypomnę, że w Polsce nie spada się i nie awansuje w momencie zakończenia rozgrywek. Rzeczywistość sprawia, że spada się i awansuje w momencie ostatecznej decyzji Komisji Licencyjnej.

PS2 Mam dziś dodatkowe powody do zadowolenia. Do ekstraklasy, na należne jej miejsce wraca Cracovia. Hej Pasy, gol!

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

piątek, 07 czerwca 2013
Smutek, że brak smutku

Jako bajtel miałem okazję przeżyć mistrzostwa świata w Hiszpanii. Te i następne (Argentynie kibicuję od 1985 roku) były dla mnie najpiękniejszymi sportowymi wydarzeniami w całym życiu. Nigdy nie spotkało mnie nic lepszego.

Nie wiem czy to dla mnie dobrze. W efekcie przez całe dorosłe życie katuję się kolejnymi rozczarowaniami na tym tle. Nawet nie zauważyłem, że z Czadoblożkiem wyrosło pokolenie, które nie przeżywa wszystkiego tak bardzo jak ich ojcowie. Junior nawet nie oglądał dzisiejszego meczu z Mołdawią. - Tato, ja nigdy nie traktowałem poważnie reprezentacji Polski. Kiedy miałem się tego nauczyć? Co miało spowodować, że mam ją poważnie traktować? - spytał mnie Czadoblożek. Zamurowało mnie. Nie umiałem mu na to pytanie odpowiedzieć. Było mi jedynie smutno. Smutno, że jemu brakuje smutku.

Pamiętam moją wściekłość na Stadionie Śląskim po przegranych meczach ze Szwecją i Anglią w 1989 roku. W efekcie pierwszy raz w moim życiu Polacy nie pojechali na mundial (zapamiętałem jeszcze egzotyczne dla mnie puszki po szwedzkim piwie na trybunach, bo wtedy w Polsce piwa w puszkach nie było:)

Czadoblożek z powodu klęsk i porażek Polski w ogóle się nie wścieka. Rozumiem to - żeby była wściekłość i urażona duma wpierw musi być ta... duma. A kiedyż miał poczuć dumę? Podczas Euro 2012? Czasy Górskiego i Piechniczka to dla niego nawet nie era mezozoiczna. To paleozoik. Nawet najbardziej gorące opowieści o paleozoiku są niczym z nabytym własnym poczuciem uczestnictwa w czymś wyjątkowym. Uczestnictwa w kibicowaniu drużynie, z której można być dumnym.

Rozumiem to. Mój syn nigdy nie uczestniczył w czymś wyjątkowym jako kibic biało-czerwonych. W efekcie nie miał okazji do uniesień.

Rozumiem to. Ale i tak jest mi smutno, że jemu nie jest smutno.

PS Musi chłopak poczekać na Euro 2016. To już za trzy lata. Będzie wtedy pełnoletni. Dorosły facet, który nie miał kiedy poczuć dumy z wyników piłkarskiej reprezentacji Polski...

Doczeka? Nie doczeka? Wkrótce to może mu być całkowicie obojętne.

PS1 Co do samego meczu z Mołdawią: dziś ewidentnie było widać, że u reprezentantów  Polski to nie jest kwestia umiejętności. To raczej kwestia nieumiejętności radzenia sobie ze stresem. Nie przypominam sobie meczu, w którym zespół tak dobrze grający w pierwszej połowie na drugą wyszedłby całkowicie sparaliżowany i pokazał taki badziew. Jakbyśmy oglądali dwie różne drużyny...

Jeśli czegoś nie potrafimy zawsze możemy próbować się tego nauczyć. Gdyby tylko piłkarze reprezentujący Polskę nauczyli się radzenia sobie ze stresem wynikającym ze świadomości upływającego czasu, kadra byłaby znacznie wyżej. Waldemar Fornalik nie musi się jednak martwić, że słowa "klęska" i "Mołdawia" będą się kojarzyć jednoznacznie z nim. Tego "przywileju" nikt już nie odbierze Janowi Olbrachtowi z dynastii Jagiellonów. Bo to przecież "za króla Olbrachta wyginęła szlachta"...*

PS2 W Kiszyniowie mogło irytować chamstwo polskich kibiców, którzy najpierw - w trakcie odgrywania mołdawskiego hymnu - wywrzaskiwali "Polskaaaaa biało-czerwoni" na melodię Pet Shop Boys, a potem deklarowali gorące uczucie wobec policji (nie mam pojęcia czy dla polskiej czy raczej mołdawskiej) - bynajmniej nie jako pokolenie JP. Czy zawsze na obczyźnie Polskę muszą na trybunach reprezentować zbójcerze z "Kajko i Kokosza"?

PS3 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS4 Fornalik Maior poniósł klęskę w Mołdawii. Tymczasem Fornalik Minor ruszył się z Chorzowa. Nagle zdecydował się rozwiązać kontrakt. Czyżby chodziło o pracę w Tychach?

 *Koźmin, rok 1497. To powiedzonko idealnie pokazuje, że nie liczą się fakty, przede wszystkim liczy się pamięć o nich...

czwartek, 06 czerwca 2013
Czerwień - błękit - biel - czerwień - żółć - zieleń

Wojciech Borecki jawił mi się przeszłości jako interesujący trener, ale jako działacz jawi mi się już w sposób zupełnie nieinteresujący. Najpierw mocno deklarowane poparcie dla kuriozalnego 37-kolejkowego regulaminu rozgrywek, teraz pomysł fuzji Podbeskidzia z BKS-em...

Fuzja to w piłkarskich realiach wyjątkowo paskudny wynalazek, a w polskich realiach - tym bardziej. Z takiej fuzji nigdy nic dobrego nie wychodzi. Przy okazji przypomnę, że w Polsce z reguły nigdy tak naprawdę nie chodzi o fuzję a raczej o wchłonięcie, ucieczkę od problemów lub przejęcie. A fuzja to przecież połączenie. Połączenie na równych zasadach. Słowo "fuzja" może jednak w polskich warunkach pełnić bezpieczną rolę piorunochronu biorącego na siebie słuszne pretensje ("fuzja" a la Lech/Amica, ''fuzja" a la Groclin/Polonia).

Wygląda na to, że w Bielsku-Białej też nie chodzi o fuzję par excellence. Według słów Wojciecha Boreckiego chodzi przecież o "włączenie seniorskiej sekcji piłkarskiej BKS-u do spółki akcyjnej TS Podbeskidzie". Dlaczego nie zrobić - jego zdaniem - ruchu, który poprawi sytuację finansową i infrastrukturalną futbolu w Bielsku-Białej?

Groźba (bo to groźba par excellence) wydaje się na tyle realna, że BKS jest klubem niezwykle specyficznym. Rzadko zdarza się żeby sekcja piłki nożnej nie była najważniejsza. W BKS-ie nie jest, "oczko w głowie" to przecież sekcja żeńskiej siatkówki, piłkarze są raczej zbędnym balastem. Przypomnę, że kibice piłkarzy BKS-u w 2010 roku podczas meczu siatkarek wywiesili transparent "Dla was tylko siatka się liczy, pragniemy piłki nożnej, żeby Stal nie została z niczym". Czesław Świstak, szef BKS-u, już wcześniej na łamach "Gazety" zapowiadał, że sekcja piłkarska nie ma sponsorów i musi być w cieniu siatkówki.

Jak miałby nazywać się klub z Bielska-Białej po fuzji? Do jakich tradycji miałby się odwoływać? Jakie miałby mieć barwy?

Moim zdaniem nie ma żadnych szans żeby odpowiedzi na te pytania mogły przynieść jakiś kompromis zadowalający kibiców Podbeskidzia i kibiców BKS-u. Tyle, że przynajmniej ze stadionem kłopotów nie ma, bo przypominam: Podbeskidzie gra na obiekcie, który wybudował przed wojną BKS w całości ze swoich pieniędzy (miasto przejęło obiekt dopiero w 2006 roku)!

Wydaje mi się, że tak naprawdę dla Wojciecha Boreckiego nazwa i barwy są zupełnie nieistotne. Jest pragmatykiem par excellence. Jak nazywa się klub, jakie ma barwy i tradycje - nie ma dla niego moim zdaniem większego znaczenia (gdyby miało to nawet przez myśl by mu przecież nie przeszło doklejenie BKS-u do Podbeskidzia). Istotne żeby klub był silny, prężny, dynamiczny z wielkimi perspektywami i działał na chwałę regionu.

Tylko tym cholernym kibicom się to nie podoba.

A może się podoba? Może to cholerny Czadoblog szuka dziury w całym? Nie sądzę. O tym co sądzą o "pomyśle" ludzie z Bielska-Białej przeczytacie TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.

PS A może udoskonalić ten pomysł i pójść dalej? W województwie śląskim jest tygiel drużyn znanych, zasłużonych, mniej znanych i mniej zasłużonych. Łączy je jedno: brak pieniędzy. Może warto więc zrobić jedną porządną drużynę piłkarską reprezentującą województwo śląskie na mapie Polski? Co roku taki klub byłby w pierwszej piątce. Miałby znakomitą sytuację finansową i infrastrukturalną (a ile pieniędzy niepotrzebnie w tej sytuacji wydawanych na infrastrukturę by się zaoszczędziło...).

Panu Boreckiemu by to się zapewne nie podobało. Dlaczego Bielsko-Biała miałoby pracować na chwałę całego województwa w ten sposób?

Moje kontrpytanie brzmi: dlaczego BKS miałby pracować na chwałę całego miasta w ten sposób?

PS1 Myślicie, że nowy wspaniały klub mógłby mieć taki hymn:

Czerwień - błękit - biel/

czerwień - żółć - zieleń/

heeeej/

heeeej!

To oczywiście od barw Podbeskidzia i BKS-u. Wiem, że w barwach Podbeskidzia jest niebieski a nie błękitny lecz miałem wyjścia. Od czerwonego jest czerwień, od białego - biel, a od niebieskiego?! Wygląda na to, że nie istnieje rzeczownik od niebieskiego. A może istnieje? Macie jakiś lepszy pomysł niż błękit?

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

środa, 05 czerwca 2013
Specjalne maszynki do kawy

Być może nie zwróciliście uwagi, ale dziś jest ważna rocznica dla polskiego i śląskiego futbolu. Nikt nigdy nie strzelił wspaniałym Brazylijczykom pięciu goli w finałach piłkarskich mistrzostw świata. Nikt - z wyjątkiem reprezentacji Polski, która dokonała tego dokładnie 75 lat temu we francuskim Strasburgu. W tej reprezentacji na jedenastu chłopa, którzy wyszli na boisko aż siedmiu było Ślązakami. Trzech zagrało w pomocy, a czterech w ataku. Z okazji jubileuszu postanowiłem przypomnieć Wam tamtą niezwykłą historię.

5 czerwca 1938 roku Polska przegrała z Brazylią 5:6. Aż do czasów Kazimierza Górskiego biało-czerwoni tylko raz zdołali wystąpić na turnieju finałowym mistrzostw świata. Druga połowa lat 30. to wspaniały okres: Polacy zbudowali wtedy najsilniejszą reprezentację piłkarską właśnie aż do początku lat 70. Przypomnę: dwa lata przed meczem z Brazylią zajęli czwarte miejsce na igrzyskach w Berlinie (bez najlepszego zawodnika Ernesta Wilimowskiego bezsensownie zdyskwalifikowanego przez PZPN). Rok później, na trzy dni przed wybuchem II wojny światowej, Polacy po fantastycznym meczu pokonali ówczesnych wicemistrzów świata Węgrów 4:2. Mam przekonanie, że na mistrzostwach w 1942 roku zrobiliby co najmniej taką furorę jak ekipa Górskiego trzydzieści lat później.

W eliminacjach do francuskich mistrzostw Polacy wylosowali Jugosławię. To była mocna drużyna: w pierwszych mistrzostwach świata, które odbyły się w 1930 roku w Urugwaju zdobyła nawet trzecie miejsce. Jugosłowianie losowanie przyjęli z optymizmem, przecież jeszcze we wrześniu 1936 roku rozbili w Belgradzie Polskę aż 9:3 (biało-czerwoni nigdy wcześniej ani nigdy później nie stracili aż tylu goli w jednym meczu!). Tymczasem rok później na stadionie warszawskiej Legii zostali wręcz zdruzgotani: Polska rozegrała fantastyczny mecz zwyciężając aż 4:0 (wszystkie gole strzelili zawodnicy chorzowskich klubów - Leonard Piontek (dwie) i Jerzy Wostal z AKS-u oraz Wilimowski z Ruchu).

Rewanż budził ogromne zainteresowanie, także w Polsce. Gazeta „Siedem Groszy” zorganizowała konkurs, w którym główną nagrodą była wycieczka do Rzymu. Nadeszło 25 tysięcy odpowiedzi. Paulina Mazurkówna z Rybnika napisała: „Uważam, że Polacy mecz ten muszą wygrać i wygrają. Proszę Boga o to by Polacy nie zawiedli, zwłaszcza ten Wilimowski”. Czytelniczka o nazwisku Czerwińska donosiła, że jeśli gracze biorący udział w meczu urodzili się w dniach nieparzystych „to nasza drużyna wygra”. Sprawdziłem: w dniu nieparzystym urodziło się tylko trzech Polaków biorących udział w tym meczu więc nic dziwnego, że nasza drużyna uległa...

3 kwietnia 1938 roku biało-czerwoni wprawdzie w Belgradzie przegrali, ale tylko 0:1, a to oznaczało awans do mistrzostw. Losowanie turnieju finałowego odbyło się już miesiąc wcześniej, 6 marca w Paryżu, w siedzibie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, kiedy nie było jeszcze wiadomo na sto procent, że biało-czerwoni wywalczą awans. Polskę na losowaniu w Paryżu reprezentował attache wojskowy, płk Fryda. To znak czasu, bo naszym futbolem w latach 30 rządzili wojskowi (w latach 1928-37 prezesem PZPN był generał brygady Władysław Bończa-Uzdowski, a w latach 1937-39 płk Kazimierz Glabisz).

Losowania dokonał 4-letni wnuczek Julesa Rimeta, prezesa FIFA i fundatora głównej nagrody (piłkarski świat grał wtedy nie o Puchar Świata a właśnie o Puchar Rimeta czyli Złotą Nike. Dopiero w  1970 roku został zdobyty na własność przez Brazylię jako trzykrotnego mistrza świata). Osiem drużyn rozstawiono, wśród nich właśnie Brazylię. Kartka z napisem „Brazylia” została wyciągnięta jako trzynasta z rzędu, z napisem „Polska” - jako czternasta.

Po losowaniu Jules Rimet stwierdził, że Polacy nie mieli szczęścia - „chyba, że z Brazylią zagrają jak z kadrą Bolonii”. W 1937 roku biało-czerwoni pod szyldem „Polski Zachodniej” rozbili w Paryżu ówczesnego mistrza Włoch Bolonię aż 5:1 i był oczarowany. Nasza kadra zrobiła wtedy gigantyczną furorę (2:1 z Francją Północną w Lille, 5:1 z Bologną w Paryżu). Polacy sprawili na miejscowych obserwatorach tak ogromne wrażenie, że Gabriel Hanot - ten sam, który niespełna dwadzieścia lat później pracując we ''France Football'' wymyśli plebiscyt ''Złotej Piłki'' na najlepszego piłkarza Europy - na łamach nieistniejącego już dziennika ''L'Intransigeant'' napisał artykuł pod wielce wymownym tytułem "Czy Polacy będą jutrzejszymi mistrzami''.

Dziś to byłoby nie do pomyślenia , ale jeszcze na początku kwietnia - czyli na dwa miesiące przed meczem - zmieniono... stadion i miasto na którym miały odbyć się ten zawody! Początkowo spotkanie planowano rozegrać w Tuluzie, dopiero potem zdecydowano, że odbędzie się ono w Strasburgu - stolicy Alzacji. W Polsce decyzję uznano za dobrą, bo „ze względu na upały [kadra] miałaby tam mniejsze szanse na przeciwstawienie się renomowanego przeciwnikowi.” Coś w tym było, bo potem okazało się, że warunki atmosferyczne miały ogromny wpływ na przebieg spotkania.

PZPN zastanawiał się na miejscem obozu przygotowawczego dla kadry. Znalazłem informację, że padł pomysł by zorganizować go w Goczałkowicach (kilkadziesiąt lat później właśnie w tym miasteczku pierwsze piłkarskie kroki będzie stawiał Łukasz Piszczek, as Borussii Dortmund). Śląscy działacze sugerowali niedaleką Pszczynę, która „posiada pomyślniejsze warunki do obozu (boisko piłkarskie)”. Ostatecznie zgrupowanie odbyło się w wielkopolskim Wągrowcu między 27 maja a 2 czerwca. Także dlatego, że stamtąd było pociągiem bliżej do Strasburga. Obóz był króciutki, bo selekcjoner Józef Kałuża nie dostał pozwolenia na dłuższy - maj był przecież idealnym miesiącem na rozgrywki ligowe. PZPN się postawił i wykupił piłkarzom bilety na wagony sypialne. W tamtych czasach to był niecodzienny ewenement.

Polakom otuchy przed wyjazdem dodał mecz towarzyski z Irlandią rozegrany 22 maja w Warszawie. Irlandczycy przyjechali wprost z Pragi, gdzie zremisowali z broniącą tytułu wicemistrzowskiego Czechosłowacją 2:2. Tymczasem na stadionie Legii goście w obecności 25 tysięcy kibiców (wśród nich był marszałek Edward Rydz-Śmigły) zostali rozbici aż 6:0 i nie mieli nic do gadania. To był jeden z najlepszych meczów przedwojennej reprezentacji Polski.

Wynik szybko dotarł do Brazylijczyków, którzy nie ukrywali, że o poziomie polskiej piłki nie wiedzieli właściwie nic „Miażdżące zwycięstwo nad Irlandią wywołało wśród drużyny brazylijskiej ogromne wrażenie. W ustalanym składzie starano się uwzględnić graczy szybszych, licząc, że w rozgrywce zawodnicy szybsi będą mogli odegrać większą rolę niż technicy”.

Ciekawe, że na mistrzostwa Brazylijczycy wypłynęli z ojczyzny... polskim statkiem pasażerskim Kościuszko (wybudowanym w 1915 w Glasgow dla rosyjskiego armatora i nazwany „Carycą”. Polska kupiła go w 1930 roku, sprzedała w 1946, na złom poszedł w 1950 roku). Sprowadzenie czarodziejów piłki do Europy kosztowało 250 tysięcy franków, podczas gdy utrzymanie podczas mistrzostw wszystkich drużyn europejskich (startowało ich dwanaście, ledwie trzy były spoza Starego Kontynentu) - tylko 400 tysięcy franków.

„Brazylijczyków jest spora garstka, bo aż 22. Oni niczego połowicznie nie robią i gdyby im ubito wszystkich graczy w szatni będzie się znajdować rezerwowa jedenastka.” Te słowa brzmią dla nas dziwacznie, ale pamiętajmy, że selekcjoner Józef Kałuża ze względów oszczędnościowych zdecydował się zabrać do Francji tylko 15 piłkarzy (wśród nich niezwykle utalentowany rezerwowy bramkarz Ruchu Walter Brom, który miał zaledwie 17 lat). Z trenerami polska ekipa liczyła 18 osób (sic!). Dziś to niemożliwe...

We Francji Brazylijczycy nie czuli się chyba jak u siebie. Polonijna gazeta z Lens zauważyła: „w przewidywaniu, że Francuzi nie potrafią im zrobić kawy zabrali ze sobą oprócz kilkudziesięciu kilogramów najlepszego ziarna brazylijskiego jakieś specjalne maszynki, które kucharzy francuskich wprawiły w specjalne zdumienie. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że zrobienie kawy może być tak skomplikowane”.

Podróż przez Atlantyk była wielkim przedsięwzięciem i Brazylijczycy oprócz startu w mistrzostwach chcieli rozegrać jeszcze kilka meczów towarzyskich na których można by zarobić. „Deutsche Sport Illustrierte” napisał, że Brazylijczycy chętnie zagraliby po mistrzostwach rewanż w Warszawie, ostatecznie nic z tego nie wyszło. Warto jednak pamiętać, że wówczas nie cieszyli się jeszcze tak wielką renomą jak obecnie. Do tego momentu nigdy nie byli najlepsi na świecie, większą renomę z drużyn południowoamerykańskich miały Argentyna i Urugwaj. Futbolowy symbol czyli słynny stadion Maracana miał powstać dopiero za dwanaście lat - w 1950 roku na czwarte mistrzostwa świata.

Polskie gazety donosiły, że być może na mundial z kadrą Brazylii dojedzie niejaki Tadeusz Bogusławski, bramkarz z Rio de de Janeiro. Kojarzycie chłopa? Ja w ogóle... Przecież we Francji między słupkami stanął Algisto Lorenzato czyli Batatais, as Fluminense. Polski akcent w drużynie gości również jednak się znalazł. Rezerwowym prawoskrzydłowym na mecz z biało-czerwonymi był bowiem Patesco, na co dzień gracz Botafogo. Naprawdę nazywał się Rodolfo Barteczko i był synem polskiego emigranta i Niemki (choć „Przeglądowi Sportowemu" powiedział, że to matka była Polką a ojciec Niemcem).

Tymczasem Polacy nieoczekiwanie mieli kłopot z... hotelem. Organizatorzy za późno zajęli się sprawą i nagle okazało się, że wszystkie hotele w Strasburgu miały zarezerwowane miejsca z okazji... Zielonych Świątek. Wolny hotel udało się znaleźć dopiero w miejscowości Selestat, 40 km od Strasburga. Nasi przeciwnicy, którzy wcześniej w luksusowych warunkach mieszkali w Paryżu też zaszyli się pod miastem, w hotelu „Pod Wspaniałym Pstrągiem” w miasteczku Starbach (30 km od Strasburga), słynącym z cudownych róż...

Mecz, który odbył się 5 czerwca 1938 roku, wywołało duże zainteresowanie Polonii. Według niektórych ówczesnych obliczeń na spotkaniu miało zjawić się co najmniej pięć tysięcy polonusów, według innych - tysiąc. Francuska dyrekcja kolei postanowiła uruchomić specjalny pociąg z Lille (tradycyjnego ośrodka polonijnego) do Strasburga, który miał zatrzymywać się po drodze we wszystkich większych ośrodkach i zabierać emigrantów wybierających się na mecz. Ogółem na Stade de la Meinau (Meinau to przedmieścia Strasburga, około 4 km od centrum) zjawiło się około 15 tysięcy kibiców.  Bilety kosztowały od 10 do 50 franków (te najdroższe na miejsca na trybunie głównej). 

Zawody poprowadził Szwed Ivan Eklind, który cztery lata wcześniej w kontrowersyjny sposób sędziował finał Włochy - Czechosłowacja. W Strasburgu spisał się jednak bez zarzutu.

Pierwszy kwadrans bez goli, bramkę otwierającą wynik strzelił Leonidas, symbol brazylijskiego futbolu do czasów Pelego. „Posiada on ondulowane włosy i pod nosem wąziutki wąsik”. Co ciekawe, niewiele o tym pierwszym golu wiadomo, w polskiej prasie brak jego opisu („był to dojrzały owoc zdecydowanej supremacji” - napisał „Przegląd Sportowy”). Andrzej Gowarzewski szukał opisu w Strasburgu, w redakcyjnym archiwum „Les Dernieres Nouvelles d’Alsace” (w 1938 roku gazeta nazywała się „Les Dernieres Nouvelles de Strasbourg”). Przytoczył go w II tomie swojej encyklopedii piłkarskiej FUJI. Francuski dziennikarz zapisał, że „elastyczny batonik czekoladowy Leonidas rozpoczął serię już po kwadransie, zdobywając pięknego gola” [dziś trudno wyobrazić sobie takie określenie, przyp.pacz]. W „Le Matin” znalazłem za to informację, że Brazylijczyk uderzył piłkę z 10 metrów.

Riposta Polaków była bardzo szybka. Pięć minut później Ernest Wilimowski (w „Le Matin” uparcie pisany „Wallimowski”) w typowym dla siebie stylu przedryblował obrońców, wpadł na pole karne i został ścięty przez Batataisa. Rzut karny bezbłędnie wykonał Fryderyk Scherfke, as poznańskiej Warty. Strzelił w prawy róg, bramkarz nie zdążył wybić piłki.

Potem przewagę osiągnęli Brazylijczycy, reprezentacja Polski była w poważnych opałach, do przerwy straciła dwa gole. Na przerwę Polakom nie chciało się schodzić do dusznej szatni. Przemówienia trenera Kałuży wysłuchali na trawie, w okolicach narożnika.

Na początku drugiej połowy reprezentacja biało-czerwonych znalazła jednak sprzymierzeńca - deszcz. Brazylijczycy - choć świetnie wyszkoleni technicznie - na mokrej murawie zaczęli się gubić.

Właśnie wtedy fenomenalny pokaz gry dał Ernest Wilimowski. - Wilimowskiego to ja oglądałem jako mały chłopak. Obok boiska Pogoni Lwów rosły kasztany. Właziliśmy na nie, żeby patrzeć na mecze. Jak grał Ruch, to przychodziło minimum tysiąc osób więcej - na Wilimowskiego. Gdy on dostał piłkę w polu karnym, to była prawie bramka. Ograł obrońcę, bramkarza. Publiczność zamierała, cisza się robiła zupełna, a on nie strzelał. Czekał, aż bramkarz wróci do bramki i dopiero wtedy mu wrzucał - opowiadał po latach z przejęciem Kazimierz Górski mojemu redakcyjnemu koledze.  Polski trener tysiąclecia nie dodał, że Wilimowski strzelał gole z charakterystycznym prowokującym uśmieszkiem, którym rywali doprowadzał do szału. W Strasburgu też się tak uśmiechał... Doprowadził do stanu 3:3 po indywidualnych rajdach, którymi ośmieszał Brazylijczyków. Kiedy wydawało się, że mecz jest pod kontrolą doszło do nieszczęścia. W 71. minucie Peracio zdecydował się na strzał z dystansu. Piłka przełamała ręce bramkarza Edwarda Madejskiego (nie miał w zwyczaju bronić w rękawiczkach), odbiła się od poprzeczki, karku naszego golkipera i... wpadła do bramki. Pech!

Minutę przed końcem wyrównał jednak Wilimowski, doprowadzając do dogrywki. W tej znowu przewagę osiągnęli Brazylijczycy, Leonidas strzelił dwa gole. Był - jak to ujął „Le Matin” - „najmniejszy, ale najbardziej zręczny, sprytny, najbardziej ruchliwy, najszybszy, akrobatyczny”. Jedna z czeskich gazet napisała, że oba gola brazylijski gwiazdor strzelił na bosaka. „W dogrywce wzięli się na sposób - najlepszy napastnik świata zdjął buty, aby mu się w błocie lepiej grało” (według innej wersji zdjął tylko jednego, prawego buta). Nasi południowi sąsiedzi bardzo interesowali się tym meczem, bo w kolejnej rundzie Brazylia zagrała właśnie z Czechosłowacją. Szybko okazało się jednak, że plotka o bosych stopach nie była prawdą. - Nasi rywale źle dobrali korki i zmieniali buty w czasie pierwszej połowy. Stąd wzięła się potem legenda, że Leonidas grał boso. Naprawdę był bez butów tylko przez chwilę - wyjaśniał po latach Madejski „Gazecie”.

Ostatni gol Wilimowskiego zdobyty tuż przed końcem nic już nie zmienił (według „Le Matin” zdobył go Scherfke, ale to błąd francuskiego sprawozdawcy). Czeskim dziennikarzom „Ezi” przypominał Oldrzicha Nejedly’ego, który cztery lata wcześniej został królem strzelców mistrzostw świata we Włoszech. Francuskie l’Auto napisało, że gdyby Wilimowski „grał nieco szybciej byłby jeszcze wspanialszy niż jest”. "La Depeche" uznała, że „Polakom zabrakło do zwycięstwa jeszcze choćby ćwierć takiego gracza, jakim w Strasburgu objawił się niewiarygodnie zdolny rekrut Wilimowski”.

„Nie ulega wątpliwości, że gdyby gra trwała jeszcze dwie minuty, Polsce udałoby się uzyskać znowu wynik remisowy, gdyż drużyna brazylijska była u kresu sił” - podkreślała z kolei „Polska Zachodnia”, gazeta wydawana w Katowicach, rodzinnym mieście Wilimowskiego.

- Polacy byli lepsi niż przypuszczałem. Madejski nie był równy Zamorze (słynny hiszpański bramkarz, w 1934 roku Brazylia przegrała w mistrzostwach świata z Hiszpanią, przyp.pacz), ale jego zespół grał lepiej niż przed czterema laty Hiszpania - przekonywał cytowany przez prasę Leonidas. Trenerowi Adhemarowi Pimencie podobała się sprawność w prowadzeniu ataków, dzięki czemu Polacy szybko przedostawali się pod bramkę. - Najlepszy z Polaków przez cały czas był Wilimowski. Bramkarz Madejski był doskonały, puścił sześć bramek, ale uratował więcej w kilku beznadziejnych sytuacjach - stwierdził brazylijski szkoleniowiec.

Statystyka? Polacy mieli więcej rzutów rożnych (9:3), ale Brazylijczycy oddali więcej strzałów (23:14).

„Brazylijczycy okazali się prawdziwymi żonglerami, a w linii napadu demonstrowali „kawały” będące zbliżone do sztuk cyrkowych niż footballu - zaznaczyła „Polska Zachodnia”. „Ich gra przypominała szkołę wiedeńską w wydatnie przyśpieszonym tempie” - zachwycał się „Przegląd Sportowy”.

Latynosi wyeliminowali potem Czechosłowację (choć w dramatycznych okolicznościach, bo dopiero w powtórzonym meczu), ale w półfinale nie dali rady Włochom. Ostatecznie zdobyli trzecie miejsce. A nastroje w Polsce? Duma przeważała nad rozczarowaniem, choć zdarzały się też opinie, że... „mimo strzelenia pięciu goli atak zawiódł”.

Jeśli mimo strzelenia pięciu goli Brazylii polski atak zawiódł to autor tej opinii podczas wczorajszego meczu z Liechtensteinem dostałby zapewne zawału. 

PS Protokół meczowy

5 czerwca 1938 roku

Polska - Brazylia 5:6 (4:4, 1:3 po dogrywce)

Bramki: 0:1 Leonidas (18.), 1:1 Scherfke (23.,z karnego), 1:2 Romeu (25.), 1:3 Peracio (44., głową), 2:3 Wilimowski (53.), 3:3 Wilimowski (59.), 3:4 Peracio (71.), 4:4 Wilimowski (89.), 4:5 Leonidas (93.), 4:6 Leonidas (114.) 5:6 Wilimowski (118.)

Polska: Madejski - Szczepaniak, Gałecki - Góra, Nyc, Dytko - Piec I, Piontek, Scherfke, Wilimowski, Wodarz

Brazylia: Batatais - Domingos, Machado* - Zeze, Martim, Affosinho - Lopes, Romeu, Leonidas, Peracio, Hercules

Sędziował: Eklund (Szwecja). Widzów: około 15 000

PS1 „Przegląd Sportowy” zacytował skład podany przez francuskie l’Auto. Warto jak zwykle uświadomić sobie jakim przekleństwem język polski może być dla innych: Madeiski - Chapagnac, Galetzki - Goraran, Vasievitch (Jan Wasiewicz doznał kontuzji tuż przed mundialem i ostatecznie na mistrzostwa nie pojechał, zamiast niego zagrał Erwin Nyc), Dutchka - Pie, Prander, Charwska, Gilamouski, Vadas

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS3 Ja, Paweł Czado, oświadczam, że pomyliłem się i przewartościowałem potencjał Górnika w tym sezonie. 

PS4 Cytaty we wpisie pochodzą z „Przeglądu Sportowego”, „Polski Zachodniej”, Siedmiu Groszy”, „Le Matin” i „L'Intransigeant”.

* to nie jest żaden mój krewny;)  

wtorek, 04 czerwca 2013
Mam żal do Waldemara Fornalika

Reprezentacja Polski rozegra dziś mecz z Liechtensteinem. W związku z tym odczuwam dyskomfort.

Pożegnalny mecz ma rozegrać Jerzy Dudek. Mam dla jego osiągnięć, postawy i formy szacunek. W tej przykrej dla fanów polskiej reprezentacji pierwszej dekadzie XXI wieku był na pewno jednym z najbardziej rozpoznawalnych zawodników z ekipy biało-czerwonych. Przyniósł kibicom wiele dumy i radości.

Tym bardziej jest mi przykro, że teraz odstawia się taką szopkę. Reprezentacja Polski to nie jest Reprezentacja Popołudniowej Zmiany Radosnych Garncarzy. Standardy powinny być niezmienne. Jerzy Dudek oczywiście zasłużył na pożegnanie. Powtarzam: zasłużył. Ale już nie zasługuje. Zasługiwał jako piłkarz. Nie zasługuje jako golfista. Żegnanie nieczynnych zawodników w czynnej reprezentacji jest pośmiewiskiem i obrazą.

Grzegorz Lato kończył karierę z reprezentacją na mundialu w Hiszpanii. Zorganizowano mu pożegnanie w kadrze niespełna dwa lata później, w kwietniu 1984 roku meczem z Belgią w Warszawie. Ale on w latach 1982-84 grał w poważnej meksykańskiej drużynie Club de Fútbol Atlante S.A. de C.V. Potem też jeszcze kopał piłkę - w polonijnej kanadyjskiej drużynie. Znaczy - ciągle był "jeszcze piłkarzem", a nie "już golfistą".

Dodatkowo żenuje mnie fakt, że chyba chodzi o to by Dudek zaliczył sześćdziesiąty mecz w kadrze i tym sposobem trafił do Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski. Chyba dlatego jest taki nacisk. Megabzdurą jest sam fakt, że Klub Wybitnego Reprezentanta Polski może zaczynać się od jakiejś konkretnej ilości występów. Wychodzi potem, że Zygmunt Maszczyk oczywiście nie zasługuje na miano wybitnego reprezentanta, bo zaliczył w kadrze tylko 36 spotkań. A że przy okazji zdobył dwa medale olimpijskie i trzecie miejsce na świecie - kogo to obchodzi?

Przyznam, że kiedy dowiedziałem się o tej inicjatywie liczyłem na opamiętanie. Liczyłem na Waldemara Fornalika (bo przecież nie na Zbigniewa Bońka), że właśnie on przeciwstawi się tej szopce. Waldemar Fornalik zawsze był dla mnie symbolem trenera, który nie daje sobie niczego narzucić.

Piszę te słowa jako kibic polskiej reprezentacji. Piszę je jako człowiek, któremu obojętna jest Reprezentacja Popołudniowej Zmiany Radosnych Garncarzy.

Jerzemu Dudkowi życzę satysfakcji z pięknego wieczoru, ładnego bukietu kwiatów i wielu wzruszeń.

PS A może "bohater dnia" się opamięta i pozostanie na ławce rezerwowych?

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Ja, Paweł Czado, oświadczam, że pomyliłem się i przewartościowałem potencjał Górnika w tym sezonie. 

niedziela, 02 czerwca 2013
Uwielbiam tego faceta

Czasem człowiek czuje drżenie, które podpowiada mu, że jest świadkiem czegoś niezwykłego. Szombierki Bytom podejmowały dziś Zagłębiaka Dąbrowa Górnicza czyli lider gościł wicelidera. Miałem nosa. Wybrałem się na mecz na szczycie IV ligi i na pewno będę pamiętał go baaaardzo długo.

To był niezwykły popis jednego aktora. Marek Kubisz pokazał się dziś z olśniewającej strony. Ten 39-letni piłkarz zdobył cztery gole (!) a jeden piękniejszy od drugiego. Wcale nie uniesienie dyktuje mi konkluzję, że KAŻDA z tych bramek mogłaby być uznana za bramkę kolejki w ekstraklasie. Bez kitu! Kubisz zdobył dziś dwa wspaniałe gole z rzutów wolnych i dwie efektowne bramki z gry. Najdłużej zapamiętam strzał z 1. minuty. Marek z ostrego kąta uderzył obok muru w krótki róg. To był majstersztyk, do którego potrzeba było nie tylko techniki ale i pomyślunku, przytomności umysłu. - Takiego tora to nawet w piyerszej lidze nie zobocza - mówił kibic siedzący za mną. - Nawet w finale Pucharu Niemiec nie padają takie gole - ekscytował się spiker i ja się jego ekscytacji wcale nie dziwię!

Ostatecznie Szombierki wygrały aż 6:1 i mają ogromną przewagę (11 punktów na pięć kolejek przed końcem). Nie będzie wyrazem pychy stwierdzenie, że awans mają w kieszeni.

- Szombierki przede wszystkim ładnie grają piłką, nie ma bezmyślnych podań - kiwał głową z uznaniem Sławomir Świstek, który strzelał gole dla Szombrów jeszcze w ekstraklasie, a którego nie widziałem piętnaście lat. 

W budynku klubowym dopadłem "Gazzę" i zadałem mu tylko jedno pytanie (no i właściwie wymusiłem odpowiedź):

- Tylko nie mów, że kończysz karierę po tym sezonie!

- Nie. O ile zdrowie pozwoli będę grał dalej - śmiał się Marek.

Cieszę się. Doceniam fakt, że tacy piłkarze ciągle są z nami. Bo to jeden z tych zawodników, dla których zawsze warto chodzić na mecze. Wiadomo, że szybkość i kondycja nie takie jak dawniej, ale te jego podania, przyjęcia piłki, uderzenia z powietrza.. Uwielbiam tego faceta! Tak sobie myślę, że gdyby zmienić przepisy - Kubisz mógłby grać do 50 roku życia. Gdyby wprowadzić zmiany powrotne "Gazzę" natychmiast powinien zatrudnić któryś z zespołów ekstraklasy. Marek wbiegałby tylko na rzuty wolne i nawet przed pięćdziesiątką gwarantowałby dziesięć goli w sezonie. W tym sezonie na razie zdobył ich osiemnaście.

Wyrazy podziwu, Marek! Graj jak najdłużej i strzelaj kolejne bramki dla Szombierek. Ciągle potrafisz nas zachwycić.

PS I wszyscyyyy: trzecia liga, trzecia liga Szom-bier-ki!!! 

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić. A poza tym czwarta trybuna na stadionie w Zabrzu powinna powstać jak najszybciej.

PS2 Ja, Paweł Czado, oświadczam, że pomyliłem się i przewartościowałem potencjał Górnika w tym sezonie. 

Archiwum