czwartek, 31 lipca 2008
Polonia odpowiada Widzewowi. Merytorycznie

Szczegóły w tym miejscu. Przeczytajcie uważnie.

Nie zawadzi zerknąć też tutaj.

wtorek, 29 lipca 2008
Próba powrotu do raju

Ruch Chorzów ściągnął do siebie pięciu wychowanków św. Jana Bosko. Tymi bardzo zdolnymi siedemnastolatkami interesowały się Legia, Lech, Lechia, Pogoń, ale ostatecznie trafią na Cichą. Salezjański klub piłkarski Salos ze Szczecina stawia na ewangelizację przez sport. A że przy okazji jest to sport na wysokim poziomie (Salos zdobył właśnie brązowy medal na mistrzostwach Polski juniorów młodszych), to jego zawodnicy wzbudzili zainteresowanie drużyn w pełni profesjonalnych. 

Ksiądz Andrzej, prezes klubu, żartuje, żeby chłopaków na Śląsku przypadkiem nie popsuć... Księże Andrzeju; proszę się nie martwić! Akurat tak się składa, że na Śląsku futbol zawsze miał z religią wiele wspólnego. Może dlatego, że Ślązacy generalnie są przywiązani zarówno do piłki nożnej jak i do kościoła. 

Tu świątynie nie pustoszeją chyba tak bardzo jak gdzie indziej. Swojej religijności nigdy nie wstydził się choćby Gerard Cieślik i to jeszcze w czasach głębokiego PRL-u. Nawet gdy lokalni komuniści pogardliwie wyrzucali mu z tego powodu  od "medalikorzy". Na niego zawsze czekało to samo miejsce w trzynastym rzędzie kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Chorzowie-Batorym... W parafii moich rodziców na niedzielną mszę regularnie przychodzi bardzo znany piłkarz, mistrz Polski i były reprezentant, dziś ceniony trener. 

Prawie każdy mocny śląski zespół ma własnego kapelana, niektóre nawet kilku. Śląski kler bardzo interesuje się futbolem, niektórzy księża chodzą na trybuny incognito. Zdarzało się, że piłkarze dedykowali swoje pierwszoligowe bramki zaprzyjaźnionym kapłanom. Na Śląsku przed każdym sezonem odprawiane są msze św. w intencji poszczególnych klubów. W 2000 roku z okazji 80-lecia Ruchu we wspomnianym kościele w Chorzowie - Batorym zebrało się dwustu piłkarzy, trenerów, działaczy i kibiców. Mszę koncelebrował wielki kibic Ruchu i przyjaciel Cieślika biskup Gerard Bernacki (obaj na zdjęciu), a kazanie wygłosił inny fan chorzowskiej drużyny ks. Jerzy Goppek, wówczas jeszcze kapelan śląskiego futbolu.

bp gerard bernacki i gerard cieślik

Podobnie jest w Zabrzu. Msze w intencji Górnika odbywają się w jednej z architektonicznych pereł Śląska czyli słynnym kościele św. Józefa, położonego tuż koło stadionu. Zdarzało się, że uroczystość koncelebrowało czterech księży, z których każdy był sympatykiem zabrzańskiej jedenastki.

Pamiętam jaką konsternację gdzieś w połowie lat 90.wywołało w redakcji zaproszenie na mszę świętą w intencji katowickiego GKS-u wystosowane przez... Mariana Dziurowicza.

Rozgrywki ministranckie są na Śląsku mocno rozwinięte; zapewniam, że zwycięstwo z podwórkową drużyną ministantów to nie jest taka prosta sprawa. Bardzo poważnie piłką nożną zajęła się tyska parafia Ścięcia św. Jana Chrzciciela. Zaczęło się tam oczywiście od drużyny ministrantów, wkrótce udało się  zdobyć mistrzostwo Polski drużyn parafialnych. Chłopcy rośli, rośli, aż klub zdecydował się wystawić zespół w B-klasie. Treningi Parafialnego Uczniowskiego Katolickiego Klubu Sportowego ”Chrzciciel” Tychy prowadzi Marek Szymiński, który w barwach  GKS-u Katowice i Ruchu Radzionków rozegrał niespełna sto meczów w ekstraklasie. Niedawno  tyska piłka młodzieżowa odniosła największy sukces w historii: młodzi piłkarze Chrzciciela wygrali rozgrywki wojewódzkie i strefowe, więc w nagrodę pojechali na ogólnopolski turniej do Poznania, gdzie ich grę oklaskiwał sam Zinedine Zidane (Francuz nawet powymieniał parę podań z małymi tyszanami).

O co chodzi ludziom kościoła angażującym się w futbol? To proste: ”wychować chłopaków nie tylko na dobrych piłkarzy, ale i ludzi, którzy cenią wartości chrześcijańskie i są wrażliwi na cudzą krzywdę”. Oczywiście ideały ideałami, a życie życiem. Nie ma mowy o tym, żeby na śląskich boiskach napastnicy po strzeleniu gola pocieszali zrozpaczonych obrońców, a ścinani bez pardonu w polu karnym, prosili sędziego, żeby nie karał winowajcy kartką. Bo na Śląsku pod  względem zdziczenia futbolowych obyczajów jest jak wszędzie: pleni się korupcja i stadionowa przemoc, a gromadnie miotane przekleństwa odbijają się od trybun, band i murawy w trakcie każdego meczu.

Przy okazji dochodzi do paradoksalnego konfliktu interesów. No bo co, kiedy zdrowaśkę za pomyślny wynik odmawiają księża kibicujący przeciwnym zespołom? ”Gdy mam modlić się o wygraną Ruchu, to mam wyrzuty sumienia. Działam przecież na szkodę innej drużyny! Najczęściej więc modlę się, by nikomu nie stała się krzywda, wygrał lepszy zespół i był to Ruch” - opowiadał kiedyś ”Gazecie” jeden z kapłanów.

Oczywiście serdeczne relacje między klubami i parafiami utrzymują się nie tylko na Śląsku i nie tylko w dziedzinie piłki nożnej. Dwa lata temu hokeiści Zagłębia Sosnowiec przekazali pieniądze na remont plebanii przy kościele św. Barbary oraz remont zabytkowych organów w parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Znacie jakieś inne takie przykłady?

PS Przykład idzie z góry: piłkę nożną uwielbiał Jan Paweł II, bardzo interesuje się nią Benedykt XVI, kibic Bayernu Monachium. Joseph Ratzinger zanim został papieżem, miał powiedzieć, że  piłka nożna jest "próbą powrotu do raju ze zniewolonej prozy dnia codziennego, jest podejmowaniem dobrowolnego trudu tego, co nie jest konieczne, i właśnie dlatego jest piękne".

Na Śląsku wielu ludzi ma do piłki jednak trochę inne podejście niż Ojciec Święty. Dla nich ”futbol to podejmowanie trudu, tego co jest  konieczne i właśnie dlatego piękne”.

Bo futbol jest na Śląsku absolutnie konieczny:-)

poniedziałek, 28 lipca 2008
GKS: jeden z najgorszych dni w historii

Stolica województwa śląskiego marzy o powrocie do czasów z przełomu lat 80. i 90. kiedy GKS Katowice współrządził polską ekstraklasą. W ciągu ostatnich trzech sezonów klub podniósł się z IV ligi do II (teraz już I) i... zaczęły się schody. Moim zdaniem porażka z Turem Turek (z szacunkiem dla Turku) mieści się w pierwszej trójce najbardziej żałosnych ligowych inauguracji w historii katowickiego klubu.

W mojej prywatnej klasyfikacji zajmuje 2 miejsce.

Pierwsza trójka:

1. Sezon 2003/2004: GKS Katowice - Dyskobolia Grodzisk Wlkp. 0:4. Tragiczny debiut na Bukowej Edwarda Lorensa, który miał wznieść Gieksę na wyższy poziom. Tymczasem całkowicie bezradni katowiczanie mogli wtedy przegrać znacznie wyżej. To był dopiero początek ”wielkiej smuty na Bukowej”. Trzy tygodnie później GKS odpadł w Pucharze UEFA z Cementarnicą Skopje, po kolejnych dwóch tygodniach i kompromitującej klęsce w Łęcznej kibole pobili na klubowym parkingu wysiadających z autokaru piłlkarzy. Ostatecznie GKS zajął w tamtym sezonie 10. miejsce

2. Sezon 2008/2009: Tur Turek - GKS Katowice 1:0. Po takim meczu wspominanie w Katowicach o awansie brzmi jak szyderstwo i prowokacja. Jak można tak zniechęcić kibiców na samym początku sezonu?!

3. Sezon 1973/1974: Metal Kluczbork - GKS Katowice 2:0. Początek drugoligowych rozgrywek i porażka z niedocenianym rywalem z Opolszczyzny. A przecież GKS miał wtedy całkiem niezłą pakę ze Sputem, Olszą, Plutą i świetnym Zygmuntem Szmidtem, pierwszym reprezentantem Polski z Gieksy, dla którego był to akurat ostatni ligowy sezon... Ostatecznie GKS zajął w swojej grupie 4. miejsce i nie awansował do ekstraklasy.

Żeby całkowicie nie dołować katowickich fanów, przedstawiam dla przeciwwagi najlepsze, moim zdaniem, mecze w wykonaniu GKS-u na ligową inaugurację:

Pierwsza trójka: 

1. Sezon 1969/1970: GKS Katowice - Górnik Zabrze 1:0

Wielki Górnik bił wtedy rekordy popularności, Lubańskiego i jego kolegów kochała wtedy caa Polska. W tym samym sezonie zabrzanie dotrą do finału Pucharu Zdobywców Pucharów! Tymczasem 15 tysięcy ludzi na Pszczelniku w Siemianowicach zobaczyło sensacyjne zwycięstwo Gieksy. Złotego gola po pół godzinie gry zdobył Jan Glueck. Jako że kolejne mecze nie były już tak fantastyczne (właściwie to było najlepsze spotkanie podopiecznych Tadeusza Forysia w tamtym sezonie) ostatecznie GKS zajął wtedy w lidze siódme miejsce.

2. Sezon 1982/1983: GKS Katowice - Legia Warszawa 3:1

Piękne zwycięstwo katowiczan tuż po pięknym hiszpańskim mundialu. W Hiszpanii nie było ani jednego gieksiarza, pojechało tam za to trzech legionistów, którzy trzy tygodnie po mistrzostwach świata przegrali z beniaminkiem na Bukowej (Kazimierski, Majewski, Buncol). Do przerwy bez bramek, piorunująca końcówka katowiczan. Gole Zająca, Bieguna i Churasa. Wiwaty wznosiło jakieś 10 tysięcy obecnych na stadionie ludzi. To był jednak tylko jednorazowy wyskok GKS-u, bo sezon drużyna zakończyła na 13. miejscu. Wielka Gieksa miała się zacząć dopiero za trzy lata.

3. Sezon 1997/1998: GKS Katowice - Wisła Kraków 4:0

Niby nie tak dawno, a cała epoka. To było niedługo przed przejęciem Wisły przez Telefonikę. Wtedy GKS miał jeszcze ambitne plany zamieszania w ekstraklasie. W meczu inaugurującym sezon kibice zobaczyli na boisku sześciu nowych zawodników (pięciu z nich po raz pierwszy zagrało w ekstraklasie). Nowicjusze nie zawiedli Piotra Piekarczyka. ”Byle tak dalej, to będziemy się liczyć w walce o mistrzostwo Polski” - mówił mi wtedy najlepszy na boisku Sławomir Wojciechowski, który zdobył wtedy dwa gole. Pamiętam, że nie tylko groźnie strzelał z rzutów wolnych i rożnych, ale także świetnie prowadził grę i znakomicie dryblował. W tamtym meczu po raz pierwszy kapitanem GKS-u był Adam Ledwoń. Przed meczem odbyło się pożegnanie Janusza Jojki, który za dziesięć lat gry na Bukowej dostał owację na stojąco. Po inauguracyjnej kolejce piłkarze GKS-urazem z Legią zajmowali pierwsze miejsce w ligowej tabeli. Ostatecznie zajęli zaledwie dwunastą lokatę.

Wniosek z tego, że jak Gieksa dobrze zaczynała, to z reguły źle kończyła i na...odwrót. W czterech sezonach, kiedy osiągała największy suckes czyli wicemistrzostwo Polski, tylko raz udało się jej wygrać pierwszy mecz.

PS Ostatnio po długiej nieobecności na Śląsku odwiedził mnie brat. Pozwiedzał wiele miejsc, ale najbardziej wstrząsające wrażenie zrobił na nim stadion GKS-u. ”Od kiedy widziałem go ostatni raz strasznie się zmienił. Wygląda jak ruina” powtarzał w szoku. Ruina nie ruina, jedno jest pewne: nie wystarczy go załatać i podlać, żeby na nowo dobrze rósł. Miasto już przymierza się do modernizacji, ale wszystko się ślimaczy, poza tym istnieje groźba, że zostanie zaprzepaszczona szansa stworzenia z Bukowej takiego cacka, jak wymarzyli sobie kibice.I tu się z nimi w pełni zgadzam: w Katowicach jest mnóstwo do zrobienia, ale moim zdaniem 25 tysięcy miejsc na Stadionie Miejskim przy ul. Bukowej powinno być jednym z priorytetów.

niedziela, 27 lipca 2008
O trenerze, który pięści nie zaciska

Przed meczem i w przerwie lubię się szwendać po trybunach, bo zawsze można kogoś spotkać. Na sobotnim sparingu Górnika Zabrze ze Śląskiem Wrocław wypatrzyłem w tłumie (przyszło ponad 4 tysiące kibiców, szacunek) Marka Wleciałowskiego, trenera Piasta Gliwice. Nierozpoznany przez zabrzańskich fanów (trochę to dziwne, bo trenował przecież Górnika w 2005 roku) przyjechał podpatrywać rywali. Był w dobrym nastroju, bo parę godzin wcześniej jego Piast puknął Zagłębie Lubin.

Trenera znam parę lat. Pamiętam, jak przed meczem w Pucharze Intertoto Estrela Amadora - Ruch Chorzów w 1998 roku piłkarze "niebieskich" zaszyli się w hotelu, żeby spać albo grać w karty. Wleciałowski, wówczas jeszcze obrońca Ruchu, był inny. Chyba jako jedyny zainteresował się zabytkami Lizbony. Faktem jest, że żel i dyskoteka to ostatnie rzeczy, które mogą się z Wleciałowskim kojarzyć. Jego na parkiecie nocnego klubu nigdy nie spotkałem, paru innych - owszem (od razu zaznaczę, że byłem w klubie z własną żoną, nie musicie jej donosić...)

Kiedy wczoraj zobaczyłem Wleciałowskiego w Zabrzu, od razu przypomniało mi się, że mecz Górnika z Piastem będzie jednym z najbardziej ekscytujących jesiennych momentów w śląskim futbolu. WDŚ oczywiście WDŚ-em, ale podteksty rywalizacji gliwicko-zabrzańskiej sprawiają, że masa kibiców zabazgrała już pewnie flamastrami datę 13 września na ściennych kalendarzach...

O mecz z Górnikiem trenera Wleciałowskiego jeszcze nie zagadnąłem, za wcześnie. Ale rozmowy z nim zawsze sprawiają mi masochistyczną przyjemność. Jako dziennikarz mógłbym się wściekać, bo w opiniach Marka Wleciałowskiego zawsze dominuje ostrożność. Ma niecodzienną umiejętność mówienia tak, żeby właściwie nic nie powiedzieć. Zauważcie: jego wypowiedzi nigdy nie są mięsiste, zaczepne, barwne. Jest chyba najbardziej powściągliwym osobnikiem z całej czołówki polskich trenerów. W jego wypadku nie wynika to z faktu, że nie ma nic do powiedzenia. Woli nie powiedzieć nic, niż gdyby miał się wyrazić o kimś źle. Nigdy nie zauważyłem też, żeby dał się wyprowadzić z równowagi, a były takie okazje (mnie to by szlag trafił, gdyby dziennikarz zahaczył mnie o meczową opinię jeszcze przed meczem dlatego, że mu się śpieszy. Wleciałowski tylko dziwnie spojrzał...). Myślę, że zacisnął pięści najwyżej pięć razy w życiu. To typ człowieka, który wie, że szacunku w szatni nie zdobywa się wrzaskiem lub chwytaniem za gardło.

Jednocześnie Marek Wleciałowski "mówi nic" w ten sposób, że... nie sposób się za to na niego złościć. Zawsze kiedy go widzę mam wrażenie, że jest lekko nieśmiały. Natychmiast je z siebie strząsam; niemożliwe jest przecież, żeby nieśmiały facet potrafił utrzymać w kieracie rozbrykane towarzystwo hałaśliwych, pewnych siebie, wygadanych, dobrze zarabiających, młodych mężczyzn! Wleciałowski jest po prostu dobrze wychowany i tyle. I taka właśnie jest z nim każda rozmowa: kulturalna. Kiedy mówię mu " do widzenia", bez względu na to czego się (nie) dowiedziałem, jestem z siebie zadowolony, bo okazuje się, że jednak stać mnie jeszcze na grzeczną wymianę zdań;-)

Każdy wie, że trener nie osiągnie dobrych wyników jeśli nie będzie uparty i przekonany do własnych decyzji. Wleciałowski przy całym swoim grzecznym stylu bycia udowodnił już, że wie co to upór i konsekwencja. Udowodnił, że kiedy wbije sobie coś w głowę - nie odpuści.

Pierwszy raz nie odpuścił, kiedy w 2006 roku zakończył karierę w Ruchu Mariuszowi Śrutwie. Nie każdy trener zdecydowałby się na otwarty konflikt z idolem nie tylko trybun, ale i...własnej szatni. Śrutwa miał wtedy ogromny wpływ na drużynę zarówno na boisku jak i poza nim. Byłem przekonany, że Wleciałowski nie wytrzyma gigantycznej presji wywieranej przez dużą część tzw. środowiska (najbardziej radykalna kibicowska grupa zwolenników Śrutwy zdewastowała wtedy na znak protestu stadion). Wytrzymał, a Mariusz już nigdy w Ruchu nie zagrał.  

Drugi raz zadziwił mnie w zeszłym roku, po awansie Ruchu do ekstraklasy. Oszołomionym działaczom oznajmił decyzję o odejściu, mimo że na Cichej bardzo chcieli żeby został. Dziennikarzom nie powiedział dlaczego odchodzi. Okazało się potem, że opuścił Ruch na znak solidarności z fizjologiem Jerzym Wielkoszyńskim, który poczuł się na Cichej niedoceniony.

Teraz ciekaw jestem czym Marek Wleciałowski zaskoczy nas w Piaście Gliwice. Raczej nie wynikami.

Bo jeśli bedą dobre, to nie będzie wcale zaskoczenie.

wleciałowski

PS W Zabrzu machina na razie nie trybi, ale puszczenie jej w ruch to tylko kwestia czasu. Grzegorz Bonin przyznał mi się, że po godzinie gry oddychał już rękawami, no ale trudno mu się dziwić: ostatni cały mecz rozegrał przecież dość dawno. Dajmy mu trochę czasu; Bonin w Zabrzu to dobry pomysł.

Mom zdaniem Górnik w tym sezonie jest tak silny, że gdyby musiałby grać bez jedenastu zawodników z podstawowego składu i tak utrzymałby się w ekstraklasie. A z tymi jedenastoma z pewnością stać KSG na pierwszą piątkę. Przegrany w mizernym stylu sparing ze Śląskiem nie zmieni mojej opinii. Dziś Górnik to już mocna - jak na polskie standardy - drużyna, która potrafi grać w piłkę.

PS2 Pamiętacie słynnego gola Sebastiana Mili strzelonego Manchesterowi City?

Wczoraj Mila zdobył jeszcze ładniejszego w Zabrzu. Też z rzutu wolnego. Przysłuchiwałem się jego pomeczowym wypowiedziom. Piłkarz wygląda na odprężonego i zadowolonego z formy. Śląsk może mieć z niego pociechę w tym sezonie. Czy ktoś jeszcze oprócz Śląska?

sobota, 26 lipca 2008
Bienvenue chez les Hanysy

Na Gůrnym Ślůnsku som ino dymiące kominy i hałdy. Obyczaje dzikie, kultura prymitywna, a wszystkie Hanysy to mamlasy, dupy wołowe, którymi baby rządzom. W dodatku blank nie idzie zrozumieć co taki Hanys pado, ta jego ślůnsko godka, uffff... Oni jedzom ino wurzt abo te swoje krupnioki, rechocom z rubasznych wiców i śpiewajom do zajechania szlagry na galach biesiadnych!

Czytelniku Czadobloga; jeśli tak właśnie myślisz, a nigdy na Śląsku nie byłeś, mam dla Ciebie propozycję. Jeszcze w ten weekend idź do kina na wdzięczną, bezpretensjonalną francuską komedię "Jeszcze dalej niż Północ" ("Bienvenue chez les Ch'tis"). Poznasz świat ludzi z prowincjonalnego miasteczka Bergues mówiących ch'ti, czyli dialektem pikardyjskim z rejonu Pas-de-Calais, ledwie zrozumiałym dla reszty Francuzów. Pewien Prowansalczyk wpada w obcy mu świat po uszy i nagle okazuje się, że w tej <<strasznej krainie, w której obcy ginie>> jest zupełnie inaczej niż sobie wyobrażał...

Od razu naszły mnie skojarzenia... Oczywiście terminy "Górny Śląsk" czy raczej "Haute-Silésie" nie padają w filmie ani razu, jest za to swojski (nie)powtarzalny klimat - widać nawet familoki (choć trochę inne) i przemykającyh hajerów (czy raczej mineurów)*.

Właśnie wróciłem zachwycony z kina, ale o akcji filmu opowiadać Wam nie mam zamiaru. Jako że Czadoblog to jednak blog sportowy, podkreślę wątki (a właściwie wąteczki) futbolowe. Ubawił mnie króciutki, kilkudziesięciosekundowy fragment, w którym ekipa z Bergues wrzeszcząc w kibicowskim amoku, szaleńczo macha szalikami w trakcie meczu Racingu Lens. Krwisto-złoci to futbolowa duma całego regionu Pas-de-Calais. Cóż, zarówno Ch'tis jak i Ślązacy uwielbiają piłkę. Różnica jest tylko taka, że żaden Ch'ti nie zagrał na Śląsku, z kolei ekipa z Bytomia albo Chorzowa mocno wpisała się w historię tamtejszego futbolu. Trzydzieści i więcej lat temu na saksy do Lens wybrała się cała masa znakomitych śląskich piłkarzy:  Eugeniusz Faber, Joachim Marx, Ryszard Grzegorczyk, Paweł Orzechowski, Walter Winkler, Roman Ogaza... Niektórzy z nich mieszkają tam do dziś!

Włosy dęba stają, kiedy sobie człowiek uzmysłowi, że Lens liczy niespełna 40 tys. mieszkańców, a stadion piłkarski ma... 41 tys. miejsc i często wypełniony jest do ostatka! No, ale na mecze Lens przychodzą nie tylko mieszkańcy Lens, tak jak na meczach Górnika pojawiają się nie tylko kibice z Zabrza, na spotkaniach Ruchu nie tylko mieszkańcy Chorzowa, a Gieksy nie tylko fani z Katowic (przedwczoraj byłem w małopolskiej Trzebini i na dzień dobry na rogatkach powitał mnie napis wielbiący klub z Bukowej). Faktem jednak jest, że stosunek liczby mieszkańców Lens do siedzisk na ich stadionie jest szokujący.

Między P-d-C a GŚ jest jest jeszcze jedna - dość przykra- różnica. Cicha, Bukowa, Roosevelta czy Olimpijska - jakie są te stadiony każdy widzi. Wprawdzie uwielbiam je mocno i dostrzegam piękne architektoniczne niuanse (przepadam także za brutalizmem katowickiego dworca kolejowego), ale gdybyś ktoś mnie nagle spytał czy oddałbym któryś z nich za Le stade Félix-Bollaert, to potrzebowałbym tylko 0,342 sekundy na odpowiedź: TAK, ZAMIENIŁBYM SIĘ! JUŻ, JUŻ, NATYCHMIAST!

Bo na takim stadionie doping brzmi zupełnie inaczej.

Zauważyliście? W 3 minucie i 57 sekundzie filmu les Lensois zaczynają śpiewać zupełnie tak samo jak kibice GKS-u Katowice!;-) No i chłopaki lekko przerobili Marsyliankę (2 min 44 sek.:-)

Allons enfants de la patrie,
Le jour de gloire est arrivé.
Contre nous de la tyrannie,
L'étendard Sang et Or** est levé.
L'étendard Sang et Or est levé.
Entendez-vous, les supporters,
Chanter : "Allez les Sang et Or"
Allez, allez les Sang et Or
Vous êtes, vous êtes les plus forts
Allez, les Sang et Or
Vous êtes les plus forts
Allez, allez, les Sang et Or
Vous êtes les plus forts
Allez Lens!

PS Najpiękniejsze jest to, że prawie natychmiast po wyjściu z kina znalazłem się w podobnym miejscu jak stare Bergues.

Uwielbiam te familoki.

* znaczy górników. Węgiel kamienny jest w Pas-de-Calais rzeczą powszechnie kojarzoną, znaną i lubianą.

**kluczowy zwrot, Sang et Or (dosłownie "krew i złoto"), pochodzi od tradycyjnych barw klubowych: czerwonego i złotego. Na Śląsku nie znajduję klubu w złoto-krwistych barwach (przeoczyłem? Jeśli tak, pomóżcie). Siłą rzeczy przychodzi mi na myśl tylko Jagiellonia Białystok:-)

środa, 23 lipca 2008
Zagrajmy o antymistrzostwo Polski!

Wygląda na to, że wielkie śledztwo wrocławskiej prokuratury dotyczące korupcji w polskim futbolu straciło właśnie sens. Karać winnych już się nie będzie, przecież kara i tak zostanie zdjęta. Bo czyny przestępcze się przedawniły...

Kuriozalna plątanina węzłów i węzełków nasupłanych przy polskiej ekstraklasie osiągnęła dziś apogeum (a może jeszcze nie?). Termin inauguracyjnej kolejki ligi jest poważnie zagrożony. Podstawowe pytanie brzmi: czy rozgrywki rozpoczną się w najbliższy weekend? 

Jeśli się nie rozpoczną to jakaś Pomarańczowa Alternatywa albo Pan Zło albo nawet my sami moglibyśmy zadbać o to, żeby się jednak rozpoczęły! 

Polskim futbolem od dawna rządzi absurd. Dlatego warto zareagować jeśli PZPN w trosce o przestrzeganie prawa wstrzyma w ten weekend start ekstraklasy. W całej Polsce mogłaby ”w zastępstwie” odbyć się I antykolejka antyekstraklasy o antymistrzostwo Polski (antypierwsza liga też ewentualnie mogłaby pokazać co potrafi). Ale by było fajnie! Ja chciałbym galopować po linii z chorągiewką, pliiiiizzz!

PS Zastanawia mnie tylko czy rozgrywki antyekstraklasy byłyby rozgrywkami czy już raczej antyrozgrywkami? Czy szalikowcy na trybunach nie zmieniliby się już w antyszalikowców? A sędzia stałby się antysędzią? Czy można takiego przekupić i czy byłoby to raczej antyprzekupstwo?

Nie wiem, za głupi jestem. Chyba poproszę o pomoc w rozwikłaniu tej kwestii kogoś  z Trybunału Arbitrażowego przy Polskim Komitecie Olimpijskim.

PS2 A działacze Piasta powinni szybko kupić kilkanaście huśtawek i hustać się na nich w wolnych chwilach. Wtedy będą przygotowani do odbierania kolejnych nieoczekiwanych wieści z Warszawy, w której to lidze właściwie grają Gliwice i nie będzie im się robić niedobrze.

22:13, pavelczado , Kabaret
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 21 lipca 2008
Niech żyją weterani

Lada moment zacznę pisać o piłkarzach jako ludziach wyłącznie młodszych ode mnie. Na szczęście zostało jeszcze trochę niedobitków: z uwagą śledzę więc co słychać u czynnych zawodników mających co najmniej trzy i pół krzyżyka na karku. Oczywiście jest ich na boiskach coraz mniej, ale jednak... więcej niż Wam się wydaje. I ciągle mogą, ciągle potrafią, ciągle strzelają!

W sobotnim sparingu GKS-u Tychy z Ruchem Radzionków (1:1) gole strzeliło dwóch 35-latków: dla Tychów Krzysztof Bizacki, dla Radzionkowa - Adam ”Jatagan” Kompała. Mnie ucieszył zwłaszcza gol ”Bizaka”. Po ciężkiej kontuzji kolana i wielomiesięcznej rehabilitacji wreszcie wrócił i może jeszcze wiele pokazać. Zawsze miałem słabość do boiskowych malców z pokrętłem w nodze. Bizacki (169 cm) jest dla mnie jednym z najciekawszych śląskich piłkarzy lat 90. W szczytowej formie był jakieś osiem lat temu. Gol z rzutu wolnego w meczu Ruchu Chorzów z węgierskim Vasutasem w Debreczynie (Puchar Intertoto w 2000 roku) był jednym z najpiękniejszych jakie widziałem na żywo. Z 22 metrów lewą nogą w okienko! Do złudzenia uderzenie skrzydłowego Ruchu przypominało  strzał Najwspanialszego Piłkarza Wszystkich Czasów nr 5 z poniższego filmiku:

 

”Bizak”, jak wielu śląskich snajperów (Wilimowski, Pohl, Cieślik, ale nie Lubański i nie Śrutwa) nigdy nie był typem krasomówcy, jednak jak ktoś chciał, to potrafił namówić go do ciekawych zwierzeń.

bizacki

Zawsze drażniła mnie piłkarska teoria, głosząca że w pewnym momencie ”nadchodzi czas , żeby ustąpić miejsca młodszym”. Dla mnie to jedna z największych bzdur we futbolu - zawsze ceniłem trenerów, którzy metrykę mieli gdzieś. 

Poniżej jedenastka znanych ekstraklasowych dziadków z klubów województwa śląskiego, którzy ciągle kopią. Warunek - co najmniej 35 lat. Jak sądzicie: w której lidze ta ekipa dałaby sobie radę?

FC Dziadki:

bramkarz:

Edward Ambrosiewicz (rocznik 1964 - Orzeł Miedary)

obrońcy: 

Wojciech Myszor (rocznik 1972 - GTS Bojszowy) 

Tomasz Hajto (rocznik 1972 - Górnik Zabrze) 

Jarosław Zadylak (rocznik 1973 - GKS Tychy)

pomocnicy

Adam Kucz (rocznik 1971 - w nowym sezonie prawdopodobnie Sokół Zabrzeg)

Witold Wawrzyczek (rocznik 1973 - GKS Jastrzębie) 

Jerzy Brzęczek (rocznik 1971 - Górnik Zabrze)

Adam Kompała (rocznik 1973 - Ruch Radzionków)

Jacek Trzeciak (rocznik 1971 -  Polonia Bytom)

atak 

Krzysztof Bizacki (rocznik 1973 - GKS Tychy)

Bogdan Prusek (rocznik 1971 - Beskid Skoczów)

PS A w 90 minucie wpuściłbym na rzut rożny Mariana Janoszkę (rocznik 1961, w sezonie 2007/08 w Dramie Zbrosławice). Jeszcze by coś głową ”puknął”...  

PS 2 Ciekaw jestem czy ktoś rozgryzie dlaczego Kompała to ”jatagan”?

czwartek, 17 lipca 2008
Zrezygnowała z igrzysk. Z miłości

To jedna z najbardziej romantycznych historii ze świata sportu jaką znam. 

Irena Hejducka tuż po wojnie była jedną z najlepszych polskich sprinterek. Nie udało jej się wygrać tylko ze słynną Stanisławą Walasiewiczówną. Wychowanka Pogoni Katowice, reprezentowała także Budowlanych (AKS) Chorzów. Zdobywała mistrzostwo Polski na 60 m, 100 m, w sztafetach, trójboju i pięcioboju. Na treningach wygrywała zakłady z mężczyznami. Januszowi Sidle, wicemistrzowi olimpijskiemu z Melbourne '56, nie dała żadnych szans na 100 m.

W reprezentacji Polski startowała w latach 1946-51. Została powołana do kadry narodowej na igrzyska w Helsinkach w 1952 roku. Szczęście zmieniło się w rozpacz, kiedy w reprezentacji olimpijskiej nieoczekiwanie zabrakło miejsca dla jej męża, dziesięcioboisty Wacława Kuźmickiego. - Kiedy dowiedziałam się, że na zgrupowanie kadry przed igrzyskami powołanie dostałam tylko ja, cała radość zniknęła. Z męża zrezygnowano, tłumacząc, że ma już 30 lat i jest... za stary - opowiadała mi pani Irena.

Dla Wacława Kuźmickiego decyzja działaczy była szokiem - start w igrzyskach był dla niego wszystkim. Cztery lata wcześniej, w trakcie olimpiady w Londynie w 1948 roku miał potwornego pecha. Dwa dni przed startem, oddając treningowy skok o tyczce Kuźmicki uderzył głową o betonowy podest, na którym stały stojaki. Diagnoza angielskich lekarzy (czasy były takie, że polska ekipa nie przywiozła ze sobą własnego) zabrzmiała jak wyrok: wstrząs mózgu. Polscy działacze nie mogli uwierzyć, że mimo bólu głowy Kuźmicki zdecydował się wystartować. W dziesięcioboju! Nie dał sobie wyperswadować, że ryzykuje zdrowiem. Dostał więc pozwolenie na start, ale... na własną odpowiedzialność. Oczywiście nie pobił rekordu życiowego w ani jednej konkurencji. Zwyciężył jedynie w swojej serii bieg na 1500 m i było to jedyne zwycięstwo Polaka na tamtych igrzyskach. Ostatecznie zajął 16. miejsce. Był szczęśliwy, że wystartował, liczył, że zrewanżuje się w Helsinkach. 

Kilka miesięcy po londyńskich igrzyskach Wacław Kuźmicki ożenił się z Ireną Hejducką. Poznali się dwa lata wcześniej, na zgrupowaniu przed mistrzostwami Europy w Oslo w 1946 roku. Małżeństwo lekkoatletów chciało razem wystartować na następnych igrzyskach. Oboje wspólnie marzyli, trenowali i jeździli na zawody. Na spartakiadzie w Warszawie w 1951 roku Irena wygrała sprinty, a Wacław konkurencje techniczne. W nagrodę Kuźmiccy dostali... siedem kompletów ozdobnie oprawionych "Dzieł zebranych" Lenina (to informacja dla młodszych Czytelników Czadobloga: w czasach stalinowskich sportowcy dostawali za zwycięstwo wszystko tylko nie pieniądze).

W 1952 roku decyzja działaczy przekreśliła marzenia Kuźmickich. Pani Irena była uparta. Próbowała w sprawie męża interweniować u kierownictwa reprezentacji. Oczywiście nic nie wskórała. Wtedy, na znak protestu, sama zrezygnowała z wyjazdu.

- Poprosiłam o skreślenie z kadry olimpijskiej i wróciłam do domu. Nie mogłam inaczej.

- Żałowała Pani kiedykolwiek tej decyzji? - pytałem.

- Nigdy - odpowiedziała bez zastanowienia. 

                                                      *   *   *  

Już się nigdy nie ścigała. Karierę zakończyła w wieku zaledwie 22 lat. 

Została trenerką w Ruchu Chorzów (1953-57) i Starcie Katowice (1958), także sędziną klasy międzynarodowej. Odznaczona m.in. Srebrnym Krzyżem Zasługi, Złotymi i Srebrnymi Odznakami PZLA i Śląskiego OZLA.

                                                      *   *   * 

Pani Irena Hejducka - Kuźmicka właśnie zmarła w Katowicach.

irena kuźmicka

Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w piątek Mszą Świętą w Jej intencji w katowickim kościele św. Piotra i Pawła o godz. 9.

 

22:33, pavelczado , O Paniach
Link Komentarze (5) »
środa, 16 lipca 2008
Tychy: kibice biorą sprawy w swoje ręce

Łukasz Jachym jest prezesem Stowarzyszenia Sympatyków Reprezentacji Polski ”Biało-Czerwoni”. Ten 29-latek z Tychów jest zakochany w sporcie do nieprzytomności. Kiedy oglądacie w telewizji mecze naszych piłkarzy, siatkarek albo siatkarzy na najważniejszych światowych imprezach, zawsze zobaczycie na trybunach wielką, z daleka widoczną flagę z napisem ”Tychy”. To sprawka Jachyma. Przebojowy, energiczny, kontaktowy, towarzyski - słowem, da się lubić. Zdążył zaprzyjaźnić się z największymi gwiazdami polskiego sportu m.in. z Jerzym Dudkiem i Łukaszem Kadziewiczem (słyszałem, że rodzinie Dudków regularnie wysyła ulubione wafelki, bramkarz przysłał mu bilet m.in.na sławny finał Ligi Mistrzów Milan - Liverpool w Stambule).

Tak się składa, że Jachym jest jednocześnie prezesem GKS-u Tychy, który właśnie awansował do II ligi piłkarskiej. Młody prezes z rozmachem buduje coraz silniejszą drużynę, nie ukrywając przy tym swojego specyficznego spojrzenia na funkcjonowanie klubu. - Działacze innych klubów powtarzają mi: ”nie wpuszczajcie kibiców do klubu!” Nie zgadzam się z tym - mówi Jachym mojemu redakcyjnemu koledze Wojtkowi Todurowi (o szczegółach przeczytacie tutaj). Bo dla niego problem chuligaństwa to przeszłość, a ścisła współpraca z kibicami może przynieść same korzyści.

Entuzjazm Jachyma mnie ujmuje. Życzę mu serdecznie, żeby wszystkie jego marzenia się spełniły, żeby kibicowska brać z Tychów działała (bo już nie tylko dopingowała) najlepiej jak potrafi. Zalecałbym jednak młodemu prezesowi czujność: najważniejsze to nie przekroczyć cienkiej, ledwo widocznej granicy. Żeby nagle nie okazało się, że kibice są klubem, a klub kibicami. Żeby nie nadeszły czasy, że rozwaleni na kanapach klubowych gabinetów rośli, krótko ostrzyżeni ”działacze” instruują co i jak piłkarzy, trenerów, ochroniarzy albo pracowników administracji. Kto sądzi, że kibicowską brać tworzą jedynie społecznicy i zwolennicy pracy organicznej jest zwyczajnie naiwny.

Korzystanie z inicjatyw i działań fanów może okazać się zdradliwą pułapką. Niepostrzeżenie i po cichutku klub nabywa wobec zorganizowanych grup jakiś dług wdzięczności, jest im coś winien. I jak prezes potem miałby zareagować na pełne pretensji i agresji słowa szalikowca: ”Myśmy wam za darmo pomalowali płot, a wy nam teraz rac na stadion nie pozwalacie wnieść? Ale z was świnie!”

Czy Łukasz Jachym kiedykolwiek usłyszy takie słowa? 

23:24, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 lipca 2008
Górnik vs. Ruch: WDŚ na zawsze czy nie na zawsze?

Pomysł działaczy Ruchu, żeby zastrzec na wyłączność termin „Wielkie Derby Śląska” uważam za niedobry. Nie rozumiem dlaczego mecz Ruch - Górnik na Śląskim to dla nich WDŚ, a mecz Górnik - Ruch na Roosevelta to już nie WDŚ... Niech Ruch i Górnik zarabiają na tych derbach ile wlezie, oba kluby mają do tego takie same prawo i wszystko (czyli zyski) zależy tylko od pomysłowości i energii działaczy.

Inna sprawa to obecność kibiców Ruchu na meczu w Zabrzu. Absolutnie nie powinno ich tam zabraknąć! O tym, że atmosfera derbów bez kibiców gości jest daleka od doskonałości przekonuje blade wspomnienie meczu Górnik - Ruch z zeszłorocznej rundy jesiennej. Czy ktoś go jeszcze w ogóle pamięta? Właśnie dlatego gospodarze z Zabrza powinni bez wahania zagwarantować gościom z Chorzowa ilość miejsc równą regulaminowym 5 procentom pojemności stadionu.

Bo walka między Górnikiem i Ruchem powinna się odbywać tylko na boisku. Przez niepotrzebne przepychanki poza nim tracą przede wszystkim WDŚ. Proszę, nie zepsujmy tego, co udało się stworzyć.

 

WDŚ

Jest chyba jeszcze jeden powód dla których termin WDŚ nie powinien być zastrzeżony przez jeden, a nawet oba kluby.

WDŚ to dla Ruchu i Górnika dobro wspólne, ale nie przecież nie zajęte chyba dożywotnio, choć chciałyby tego tysięczne rzesze fanów obu drużyn. Dziś pozycja obu wspaniałych klubów jest na Śląsku wyjątkowa, ociera się o hegemonię. Legenda Ruchu trwa od ponad 70 lat, Górnika od 50. Ale kto wie co wydarzy się w ciągu nadchodzącego półwiecza? Może objawi się na Śląsku jakaś nowa futbolowa siła? Bo przecież nic nie trwa wiecznie: gdyby ktoś w 1955 roku stwierdził, że najważniejszym piłkarskim meczem regionu, starciem utytułowanych gigantów będzie spotkanie Ruchu z Górnikiem, w wielu miejscach na Śląsku - a zwłaszcza w Bytomiu - pukanoby się z niedowierzaniem w głowy. A przecież to nie było aż tak dawno temu, choć pewnie dla niektórych lata 50. to czasy mezozoiku:-) 

A co jeśli na przykład prężny i ambitny Piast Gliwice w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat zdobędzie dwadzieścia tytułów mistrza Polski i wyprzedzi pod względem laurów KSG i e-Rkę? Czy w kibicowskiej świadomości wypchnie z udziału w "Wielkich Derbach Śląska" któregoś ze sławnych rywali, tak jak Górnik wypchnął kiedyś Polonię?

PS2 A może się mylę? Może WDŚ już po wsze czasy powinny należeć zarówno do Ruchu jak i Górnika bez względu na fakty, okoliczności, zaszłości? Co myślicie?

 
1 , 2
Archiwum