niedziela, 31 lipca 2011
Metoda małych kroków

''Będzie lepiej. Będzie lepiej. Będzie lepiej...''

Skandowaniem takiego właśnie hasła kibice Polonii pożegnali swoich piłkarzy po dzisiejszym meczu z Wartą Poznań. Była to pierwsza gra bytomian u siebie na zapleczu ekstraklasy od 2007 roku. Gospodarze przegrali 0:1 i trzeba przyznać, że to sprawiedliwe rozstrzygnięcie. Poloniści i tak dostali po meczu brawa, a to świadczy o tym, że w Bytomiu na szczęście nie ma wariatów. Bo tylko wariat żądałby od Polonii czegoś więcej niż drużyna jest teraz w stanie dać.

W sedno trafił trener Dariusz Fornalak. - To co powinniśmy ćwiczyć w okresie przygotowań, choćby zgranie formacji, musimy robić dopiero teraz, podczas sezonu...

Po wielowarstwowym tąpnięciu, które dotknęło Polonię trzeba się na razie cieszyć, że w ogóle istnieje. Absolutnie nie można jej traktować jako spadkowicza z ekstraklasy. Do końca sezonu daleko i osiągnięcie celu o który chodzi, czyli utrzymania (trzeba sobie jasno powiedzieć, że cel jest właśnie taki) - może się jednak powieść. Na razie jednak bytomianie muszą stosować metodę małych kroków. Pierwszych pięć kroczków wygląda następująco (następne sobie na razie darujemy):

1. oddanie jakiegokolwiek strzału w stronę bramki rywala;

2. oddanie celnego strzału na bramkę rywala;

3. osiągnięcie przewagi w polu; 

4. zdobycie gola;

5. próba nieprzegrania meczu.

Na razie poloniści zrobili krok numer 1, przed nimi krok nr 2. Pierwszy strzał oddali dziś na bramkę w 84. minucie, dwa kolejne - w 90. Na razie były jeszcze niecelne, ale powtórzę: będzie lepiej. Drużyna musi mieć przecież czas żeby się scementować, a ona nadal się poznaje. 

Podoba mi się, że w tym trudnym momencie kibice nie odwrócili się od klubu. Oczywiście było ich mniej niż na meczach ekstraklasy, ale i tak więcej niż się spodziewałem. Na mecze nadal przychodzą słynni weterani (Trampisz, Liberda, Grzegorczyk), ba, jest ich nawet więcej. Na mecz przyszedł o kulach Walter Winkler. To był jego pierwszy raz na Polonii od chwili kiedy wyszedł ze szpitala. Rozmawiałem z nim krótko - uśmiecha się i mówi, że czuje się dobrze.

PS Czadoblog nigdy nie brał się za wychowywanie innych, bo to nie jest jego sprawa, ale tym razem nie zdzierżył. Od dawna nie szokuje mnie już, że przyjezdni dziennikarze pojawiają się na Śląsku w szalikach drużyn o których piszą, że szaleją ze szczęścia wydając dzikie okrzyki, kiedy ich zespoły zdobywają gola. Tak było i tym razem. Jednak nie może być tak, że z miejsc prasowych robi się rynsztok. Dziś zasiadł jeden taki koleś, który zapewne przyjechał do nas nie z Poznania, a z miejscowości Szambo Wielkopolskie. Warta spatałaszyła dziś wiele akcji więc spłynął mi do ucha nachalny stek przekleństw i grubych słów. Zdaję sobie sprawę, że przekleństwa są elementem życia codziennego we współczesnym społeczeństwie. Ale, do cholery, tym razem natężenie przekroczyło wszelkie granice. Pierwszy raz w życiu Czadoblog więc nie wytrzymał. Wstał i stanowczo poprosił o opamiętanie. Wyobraźcie sobie, że pomogło:-)

PS1 Więcej o meczu - tutaj.

PS2 A poza tym Omega powinna wrócić.  

sobota, 30 lipca 2011
Dobre dobrego początki

Nie miałbym nic przeciwko temu żeby śląskim drużynom cały sezon ułożył się tak jak dzisiejszy pierwszy mecz naszego przedstawiciela w ekstraklasie. Czyli: długo nic się  nie dzieje, długo nic się nie dzieje, długo nic się nie dzieje, wreszcie zryw w górę z radości, potem ściskający znienacka niepokój, a na końcu fantastyczny happy end w ostatnich sekundach.

Dzisiejszy mecz Ruchu długo nie spełniał nadziei. A właściwie nie spełniał ich Ruch. Na szczęście potem zobaczyliśmy esencję piłki nożnej. To co wszyscy lubimy najbardziej czyli znakomite natychmiastowe strzały z pierwszej piłki. Natychmiastowe strzały z pierwszej piłki mogą różnić się między sobą tak bardzo jak te dzisiejsze po których padły gole Arkadiusza Piecha (błyskawiczny półwolej po odbiciu piłki centrowanej z rzutu rożnego) i Marcina Żewłakowa (obezwładniający w swej precyzji strzał wewnętrznym podbiciem jako zwieńczenie kontry złożonej z pięciu fantazyjnych podań wymienionych w piętnaście sekund, a różnicę zrobiła asysta Nowaka).

No i wreszcie dreszczowiec na sam koniec. Bełchatowski obrońca  Mate Lacić nieszczęśliwie tknął piłkę końcami palców w polu karnym, ale sędzia zareagował z opóźnieniem. Decyzję zasugerował mu  liniowy. Do piłki rzucił się rezerwowy Paweł Abbott, ustawił ją sobie na wapnie i kopnął (Waldemar Fornalik opowiadał potem, że kiedy Abbott złapał piłkę w ręce na wszelki wypadek ''warczał'' żeby nikt nie ośmielił się mu jej zabrać). - Koledzy widzieli jak rzuciłem się do wykonywania rzutu karnego i nie mieli nic przeciwko żebym to właśnie ja wykonywał jedenastkę - opowiadał potem Abbott. Jak ją już wykonał to zaraz potem wykonał bodaj najszybszy sprint podczas swej obecności w w Ruchu. Wiadomo, że szczęście jest najlepszym dopalaczem... Ma facet nerwy ze stali wyrabianej w hucie Batory. Pomyślcie o jego perspektywach w  Chorzowie gdyby tej jedenastki nie wykorzystał. - Emocje wróciły na Cichą! - cieszył się po meczu Dariusz Smagorowicz. Żeby tak było zawsze - frekwencja na Cichej będzie wtedy systematycznie rosnąć. 

PS Podobnie jak na Stadionie Ludowym. Na deser obejrzałem drugą połowę drugoligowego meczu Zagłębia Sosnowiec z Energetykiem ROW Rybnik. Młodziutki zespół gospodarzy (repami są jedynie Sławomir Jarczyk i Marcin Lachowski) pokazał całkiem ciekawy ofensywny futbol i wygrał 4:0. Nową gwiazdką jest 26-letni napastnik Rafał Jankowski, który przyszedł z trzecioligowego MKS Kutno. W zeszłym sezonie strzelił w tym Kutnie 24 gole (23 w lidze i 1 w PP). Dziś na Ludowym zdobył dwa kolejne, a jeden padł z karnego po faulu na nim). Warto mu się przyglądać -  przyznacie zresztą, że ma piłkarskie nazwisko o czym doskonale wiedzą starsi kibice Górnika i młodsi Ruchu. Może na następny mecz przyjdzie więcej sosnowieckich kibiców, bo to jednak wstyd, żeby na Stadionie Ludowym wiekszy młyn stworzyli kibice z Rybnika od tych z Sosnowca.

PS1 Omega jest zadowolona ze startu ligi. Prosi żeby o niej pamiętać.

piątek, 29 lipca 2011
Walczcie o walkower

Piłka nożna to jednak piękny sport. Człowiekowi może się wydawać, że widział już we futbolu wszystko co możliwe, a życie za każdym razem uczy go pokory. Tak było i tym razem podczas dzisiejszego meczu GKS-u Katowice z Olimpią Elbląg. 

Arbiter Tomasz Garbowski z Opola, na co dzień poseł na sejm z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej, dał popis jakiego w życiu nie widziałem. Otóż w jednym i tym samym meczu najpierw pokazał żółtą kartkę zawodnikowi gości Marcinowi Pacanowi, a potem pokazał żółtą kartkę zawodnikowi gości Marcinowi Pacanowi. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby zawodnik Pacan nie dograł tego meczu do końca.

Po spotkaniu rozmawiałem ze Zbigniewem Przesmyckim, który na tym spotkaniu był obserwatorem PZPN. - To był błąd techniczny. Ten piłkarz oczywiście powinien być wykluczony z gry. Jakie będą konsekwencje? Nie wiem. Nie ja o tym będę rozstrzygał - powiedział Przesmycki. Byłem ciekaw czy spotkał się już kiedyś z podobnym przypadkiem. - Owszem, w pucharze UEFA podczas meczu Sparty Praga ze Slavią Sofia. Sędzia pokazał jednemu piłkarzowi dwie żółte kartki i nie dał czerwonej. Trener to zauważył i postanowił ściągnąć go z boiska, ale zorientował się sędzia techniczny i poinformował głównego. Arbiter pokazał kartkę winowajcy kiedy ten schodził już z boiska. Zdążył... - wspomina Przesmycki.

Tutaj jednak sytuacja była inna, bo tym razem główny się nie zorientował i nie zdążył. A raczej nie chciał się zorientować, choć przecież protestowała cała ławka rezerwowych GKS-u, z tego co wiem piłkarze na boisku też zwracali mu uwagę, co mogło arbitrowi dać do myślenia. Szczegół, że nie jest to ulubiony sędzia na Bukowej od sezonu 2009/10 nie ma żadnego znaczenia, choć może warto przypomnieć parę faktów. Otóż w tamtym sezonie Garbowski sędziował Katowicom trzy mecze, wyrzucił w nich z boiska czterech piłkarzy GKS-u, pokazał im kilkanaście żółtych kartek, a ówczesnego trenera Roberta Moskala wysłał na trybuny. W Gorzowie po drugiej żółtej kartce nie zapomniał wyrzucić Piotra Plewni. A dziś zapomniał wyrzucić Marcina Pacana. Bo podobno numer 2 pomylił mu się z 22...

Sędzia po meczu siedział w swojej kanciapie dłuuuuuuuuugo - próbowałem go wywołać, ale nic z tego. Zniecierpliwiony poszedłem więc na górę do prezesa Jacka Krysiaka z pytaniem co klub zamierza z tym począć. Przyznam, że ja domagałbym się walkowera. Z prostej przyczyny: oto na boisku znajdował się nieuprawniony zawodnik. Uprawnienie do gry zdjęła z niego druga żółta kartka. I zupełnie nieistotne jest jak długo zawodnik nieuprawniony przebywał na boisku. Moim zdaniem wystarczy minuta. Prezes Krysiak zapewnił mnie, że GKS nie zostawi tak tej sprawy. - Przeanalizujemy przepisy (swoją drogą ciekaw czy ktoś przewidział w przepisach taką sytuację?:-) i zdecydujemy co dalej - stwierdził. Przeanalizujcie panowie i walczcie o walkower!

Czytelnicy Czadobloga spytają: a co temu wszystkiemu winny biedny Elbląg, który tak dzielnie walczył? No cóż; ma w swoich szeregach zawodnika Pacana, który wolał nie przyznać się, że widzi żółtko po raz drugi. Wygląda na to, że jak ktoś ma w swoich szeregach cwaniaka - powinien ponieść karę. 

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym czyli oddać kibicom co kibicowskie. W dzisiejszym meczu katowiccy fani zachowali się rewelacyjnie. Nie zwykłem chwalić kibiców za kibicowanie, ale czasem trzeba. Publiczność dopingowała bowiem drużynę do samego końca jakby to był mecz o mistrzostwo Polski. Przede mną siedziały vipy z Elbląga i kiedy obie trybuny ryknęły w końcówce "Za Górny Śląsk, za GKS, pójdziemy aż po życia kres" goście spoglądali na siebie w osłupieniu przemieszanym z oszołomieniem. Zaszokowany był nawet trener Rafał Górak, który po meczu samotnie podszedł pod przeciwległą trybunę żeby ukłonić się i podziękować. Nigdy wcześniej takiego zachowania trenera nie widziałem. - To było coś wyjątkowego, kibice byli wspaniali. My jako drużyna chcemy dorównać kibicom. Musimy się jednak jeszcze baaaardzo dużo uczyć - stwierdził Górak.

Rzeczywiście, bo z przodu GKS był dziś generalnie bezradny. Niewiele brakowało, a zaliczyłby drugi z rzędu przegrany do zera mecz u siebie. Centry Jana Beliancina to za mało. Na szczęście dla Katowic jeden raz Beliancin, który zazwyczaj wstrzeliwał piłkę na długi słupek, postanowił wstrzelić ją na krótki. Wykonał to tak, że piłka nieoczekiwanie dla wszystkich (także dla niego, jak sam przyznał po meczu) wpadła do bramki!

PS A poza tym uważam, że Omega powinna wrócić. 

czwartek, 28 lipca 2011
Bier + Cristiano Ronaldo na Olympiastadion = WM

Pierwszy raz w życiu byłem na meczu towarzyskim, który oglądało 74 tysiące widzów. Spotkanie Herthy Berlin z Realem Madryt na pewno warto było zobaczyć. Przy okazji: chciałbym żeby kiedyś ktoś w śląskim klubie miał taką siłę przebicia by z okazji awansu do ekstraklasy zaprosić do siebie jakiś markowy zagraniczny klub. Podejrzewam, że Stadion Śląski też stanąłby na wysokości zadania:-)

Co zrobiło na mnie wrażenie:

a) stadion. Olympiastadion był już główną areną słynnych igrzysk w 1936 roku. W latach 30. stadion musiał zapierać dech, a od tego czasu obiekt wiele się nie zmienił - mam jego zdjęcia sprzed 70 lat. Już w XXI wieku przeprowadzono modernizację, doszedł dach, który jest technicznym wyczynem samym w sobie, bo nie opina całej korony (zwróćcie uwagę, jeśli będziecie mieli okazję, w jak nietypowy sposób dach jest osadzony na górnej trybunie).

Tutaj odbył się m.in. finał mundialu w 2006 roku, trzy lata później w tym samym miejscu odbyły się mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Zwolennikom specjalizacji aren sportowych odpowiadam: na stadionie gdzie znajduje się bieżnia lekkoatletyczna można z powodzeniem oglądać mecze piłkarskie. Do tego całkiem wygodnie i z każdego miejsca: wiem co piszę, bo przed rozgrzewką zszedłem na sam dół i przyglądałem się piłkarzom z pierwszego rzędu. Wszystko było stamtąd doskonale widać. Przy okazji wyszło dlaczego nie było żadnego płotu oddzielającego murawę od trybun. Głębokiej fosy pozazdrościliby nawet w Argentynie:-)   

b) kibice. Żywo reagowali na wydarzenia na stadionie. Zwłaszcza Ostkurve gdzie siedzą najbardziej zagorzali fani Herthy. Zresztą, jak zauważyłem, okazuje się, że kibice przychodzą na berliński stadion nie tylko na mecz. Oni przychodzą tam całymi rodzinami spotkać się, pogadać i pośmiać się. Często to jedyne miejsce gdzie mają czas na pogaduchy. Oczywiście przy piwie, a berlińskie - choć wielkim miłośnikiem piwa nie jestem - smakuje naprawdę wyśmienicie! Można się napić pod stadionem, można się  napić i na trybunach, a bydła nie ma i nie zapowiada się żeby kiedykolwiek było. Piją mężczyźni, piją kobiety, a awantur i zarzyganych chodników brak - chciałbym żeby tak było kiedyś u nas. Niestety, u nas ciągle jest za dużo napinaczy. Widziałem ich niestety także w Berlinie. Polaków na tym meczu pojawiło się akurat mnóstwo, można było ich rozpoznać również po tym, że byli ubrani w koszulki Realu. Niektórzy polscy fani królewskich napinali się i chodzili ''z arbuzami pod pachami'' - zupełnie niepotrzebnie. Jeszcze przed meczem widziałem grupkę Polaków w białych koszulkach prowokujących grupkę berlińczyków w koszulkach Herthy. Dobrze, że się rozeszli, bo podobno berlińscy fani należą do najbardziej krewkich, słyszałem, że nie ugną się przed nikim. 

Spodobało mi się, że na trybunach pojawiło dużo kobiet. Koło mnie siedziała starsza pani, która kiedy mogła wymachiwała wiekową faną Herthy. Choć wiadomo, że kobiety zawsze trochę inaczej oglądają mecz niż mężczyźni. Pani obok - choć zagorzała fanka berlińczyków -  jak szalona zrywała się kiedy piłkę łapał Ikar Casillas i biła mu brawo. Ale nie waliła z rozmachem dłonią o dłoń jakby to zrobił mężczyzna tylko bardzo szybko i równomiernie ruszała nieznacznie nadgarstkami. Na tyle, żeby opuszki palców wydawały te charakterystyczne znane dźwięki. Tak się chyba klaszcze na przedstawieniach operowych...

c) mecz. Były efektowne akcje i ładne gole, czego chcieć więcej? Kiedy Patrick Ebert znakomitym strzałem uzyskał prowadzenie dla gospodarzy stadion eksplodował. Dla Herthy chyba jednak lepiej, że wkrótce ten sen się skończył, bo podczas zbliżającego się sezonu berlińczycy będą chyba jednak twardo stąpać po ziemi. Z niepoprawnych marzeń wyleczyli ich Karim Benzema do spółki z Cristiano Ronaldo. Warto było pojawić się na Stadionie Olimpijskim choćby tylko po to żeby zobaczyć uderzenie Portugalczyka z rzutu wolnego. Poezja!!! Dziś nikt ich nie wykonuje w taki sposób. Żałuję tylko, że kiedy schodził z boiska żegnały go potężne gwizdy, choć przecież najmniejszym gestem nie dał powodu do takiej dezaprobaty. Przecież był gościem zaproszonym na towarzyski, powtórzę, towarzyski mecz. Real spisał się znakomicie, oszczędnie operował siłami - kiedy myszka uwierzyła, że przeżyje - zadał trzy błyskawicznie uderzenia niczym kobra i... było pozamiatane. Zaskoczyło mnie, że Mourinho wystawił jednocześnie Marcelo i Coentrao. Portugalczyk grał przed Brazylijczykiem. Będzie miejsce dla nich obu jednocześnie?

PS Serdeczne podziękowania dla Mariusza, kibica Szombierek, który od wielu lat mieszka w Berlinie. To dzięki niemu obejrzałem ten mecz. Dziękuję, było super!:-)

PS1 Omega świetnie wpasowałaby się w Olympiastadion, choć musiałaby mieć znacznie większy cyferblat:-) 

niedziela, 24 lipca 2011
Kolano

pismo z obozu w Kłodzku 

To co widzicie u góry to dowód na to, że w 1945 roku można było wyjść z obozu jenieckiego na własną prośbę. Tak właśnie zdarzyło się Emilowi Goerlitzowi, pierwszemu piłkarzowi, który pochodził z Górnego Śląska i zagrał w reprezentacji Polski. Ten dokument jego syn Alfred przechowuje niczym relikwię.

Jeśli wczytacie się w ten papier wydany w trzech językach, będziecie zaskoczeni. Co wspólnego bowiem katowiczanin Emil Goerlitz mógł mieć z Sosnowcem? Otóż miał. Kiedy trwała wojna pracował jako dyspozytor transportu w hucie Ferrum, a właściwie w jej sosnowieckim oddziale gdzie wytwarzano rury. Warto wyjaśnić w tym miejscu, że Sosnowiec w czasie okupacji nie przynależał do Generalnego Gubernatorstwa jak pozostała część ówczesnego województwa kieleckiego, a został bezpośrednio włączony do III Rzeszy, do rejencji katowickiej.

W 1945 roku Goerlitz uciekał przed komunistami i dostał się do jenieckiego obozu w Kłodzku. Był z wykształcenia mechanikiem samochodowym, a tak się złożyło, że komendant obozu szukał kierowców. Goerlitz umiał się dogadać ze strażnikami, podobno wyuczył się ukraińskiego, kiedy przed wojną zdobywał mistrzostwo Polski z Pogonią Lwów. Z opowieści jego syna wynika, że jako kierowca robił wszystko żeby jak najwięcej jeździć ciężarówką, najlepiej po dziurach i wertepach. Bo od tego strasznie puchło mu kolano (poważnej kontuzji kolana nabawił się jeszcze jako bramkarz), a paradoksalnie Emil Goerlitz właśnie tego... chciał! Wymyślił sobie bowiem, że dzięki temu opuści obóz i tak się stało: kolano w końcu tak napuchło, że Goerlitza zwolniono jako inwalidę. Z tym dokumentem pojechał do (nomen omen) Goerlitz (czyli Zgorzelca) i spotkał się żoną. Eva Mueller też miała co wspominać. Według rodzinnej opowieści kiedy przekraczała most graniczny jakiś sowiecki sołdat wrzasnął "Куда?!". Ona odwróciła się i spytała ''co?''. Sołdat machnął ręką. Gdyby spytała "was?'' mógłby nie machnąć...

Okazuje się, że po wojnie Emil Goerlitz wracał do rodzinnych Katowic. Pierwszy raz w 1962 roku. Zatrzymał się wtedy u kuzynki mieszkającej przy ul. Poniatowskiego. Nigdy jednak nie zamieszkał już na Śląsku na stałe.

PS Tak myślę sobie o swoim prawym kolanie już tyle razy nadwyrężonym i... nie wiem czy miałbym tyle silnej woli, żeby narażać je na szwank by stało się moją przepustką do wolności. Ale nie przeżyłem przecież tego co Emil Goerlitz...

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.  

sobota, 23 lipca 2011
Dylemat trenera: ciasno, ciasno

Byłem dziś na otwarciu drugoligowego sezonu w Jaworznie, gdzie w roli gospodarza zadebiutował GKS Tychy (bardzo możliwe, że do czasu wybudowania własnego stadionu spędzi tam dwa pełne sezony). Gospodarze - choć tyscy kibice, których tyskie autobusy przywiozły około sześciuset, nie czują się gospodarzami, bo wywiesili flagę "sektor gości" - wygrali 1:0 i zdobyli pierwsze cenne punkty.

Najbardziej zainteresowała mnie pomeczowa wypowiedź szkoleniowca tyszan Piotra Mandrysza, bo dotyczyła czegoś na co zwróciłem uwagę podczas spotkania. - Wolałbym nie udzielać głośnych wskazówek podopiecznym, ale nie miałem wyjścia. Wiem, że krzycząc do chłopców pomagam też przeciwnikowi, ale sytuacja dziś tego wymagała - stwierdził Mandrysz.

To by się zgadzało, bo kilka niosących się wskazówek trenera sobie wynotowałem.

11. minuta: - Dlaczego nie rozmawiacie ze sobą na boisku, dlaczego nie zawołasz mu, że jest sam (Mandrysz do tyskich piłkarzy, kiedy głupio stracili piłkę);

22. minuta: - ''Masta" na miłość boską! (po bardzo złym rozpoczęciu akcji przez stopera Mariusza Masternaka, który kooooopnął tak, że piłka trafiła do bramkarza gości);

23. minuta: - Grajcie, nie ma czasu (kiedy podopieczni ociągali się ze sprawnym przeprowadzeniem akcji);

24. minuta: - Łukasz, tam miałeś pobiec! (do Łukasza Kopczyka, który pobiegł w inną stronę)

27. minuta: - Bartek, przyjmij! (do Bartłomieja Babiarza, który się zgrzał i niepotrzebnie odgrywał z pierwszej piłki);

29. minuta: - Damian, zmieńcie się (do Damiana Szczęsnego żeby zmienił się pozycjami z przeciwległym skrzydłowym Łukaszem Małkowskim);

36. minuta: - graj, nie prowadź (do Mateusza Kupczaka, który zbyt długo holował piłkę w poprzek boiska);

64. minuta: - to jest kartka! (po ostrym zagraniu rywala). - Jaka kartka? - odkrzykuje dobrze znający ten stadion Piotr Przerywacz, 38-letni kapitan i asystent trenera Wałbrzycha. - A jak, nie?! - purpurowieje Mandrysz;

73. minuta: - czekaj "Fura", oni tu nic nie zrobią (do rezerwowego Damiana Furczyka, kiedy Górnik próbował przebić się lewym skrzydłem);

75. minuta: - Krzysiu, przytrzymaj tam. Folcu pomóż mu (do duetu napastników, choć właściwie takie stwierdzenie to nadużycie, bo "Bizak"w tym momencie grał już na lewej pomocy); 

90. minuta: - ciasno, ciasno (zawołanie poparte wymownymi ruchami rozczapierzonych dłoni, kierowane do własnych szeregów defensywnych, w momencie kiedy ataki gości nabierały desperackiego charakteru).

                                          %

Wygląda na to, że wskazówki pomogły. Próbowałem wczuć się w rolę zawodowego piłkarza i wydaje mi się, że takie okrzyki z ławki rezerwowych by mi jednak przeszkadzały. A Wam? Jak sądzicie?

Czy wydzierać się i prawie kłaść na murawie przeżywając jak Franciszek Smuda na meczu reprezentacji Polski?

Czy nie chcieć, ale jednak musieć jak Piotr Mandrysz na meczu GKS-u Tychy?

Czy raczej zachować ciszę i kamienny spokój, w myśl zasady ''wszystko ustaliliśmy w szatni, jesteście dorośli więc teraz pokażcie co umiecie'' jak Józef Dankowski na meczu Młodej Ekstraklasy Górnika Zabrze?

PS Omega w poszukiwaniu odpowiedzi drapie się we wskazówki. 

19:39, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 lipca 2011
Syn pierwszego reprezentanta

W południe w Bibliotece Śląskiej mogłem się dziś spotkać z Alfredem Goerlitzem, synem Emila - pierwszego Górnoślązaka, który wystąpił w piłkarskiej reprezentacji Polski.

Może ktoś nie wie, ale Emil Goerlitz to przedwojenna sława śląskiej piłki, reprezentant 1. FC Katowice, choć zdobywał również mistrzostwo Polski w barwach Pogoni Lwów. Pierwszy występ śląskiego piłkarza w reprezentacji Polski przeszedł jednak bez echa. Stało się to dopiero trzy lata po pierwszym meczu biało-czerwonych. 18 maja 1924 roku w Sztokholmie w meczu ze Szwecją wszedł na boisko 20-letni wówczas bramkarz z 1.FC Katowice. Jego sportowy życiorys świadczy o zagmatwanych losach Ślązaków. Ciekawostką jest fakt, że w 1928 roku znalazł się w czołowej dziesiątce ankiety na najlepszego... niemieckiego sportowca Górnego Śląska!

Po debiucie Goerliz rozegrał jeszcze siedem meczów w reprezentacji Polski. Jako zawodnik 1.FC Katowice pojechał z nią w 1924 roku na igrzyska do Paryża, ale jednak nie zagrał w jedynym, przegranym 0:5, meczu z Węgrami. Występował także m.in. we włoskiej Ederze Triest i niemieckim Eintrachcie Altenburg. Zmarł 31 maja 1987 roku (to ciekawostka, przytaczam dokładną datę podaną dziś przez syna, bo dotychczas jakoś przyjęło się, że Emil Goerlitz zmarł trzy lata później, w 1990 roku).

Inne sprostowanie: dotychczas myślałem, że rodzina Goerlitzów mieszkała w Katowicach przy ul. Raciborskiej, okazuje się, że dokładnie była to ul. Strzelecka, bocznica Raciborskiej.

Alfred Goerlitz ma 64 lata. Urodził się już w Niemczech, w 1947 roku. Od czasu do czasu odwiedza Śląsk, pierwszy raz uczynił to w 1970. Nie zrobił kariery piłkarskiej, choć w młodości oczywiście kopał piłkę. Jest nauczycielem historii. W ślady Emila może pójść za to jego prawnuk Leon, który ma dopiero dziesięć lat, a już interesuje się nim VfL Osnabrueck. 

Alfred Goerlitz z pieczołowitością przechowuje rodzinne pamiątki. Widziałem dziś fantastyczne zdjęcia z albumu Goerlitzów. Sam na imię dostał na cześć stryja, młodszego brata Emila, który również grał w 1. FC (podobnie jak trzeci brat Josef „Jolo”). Alfred był dobrze zbudowanym obrońcą. Zginął jako żołnierz Wehrmachtu w 1944 roku. Był motocyklistą, przewoził meldunki. Został śmiertelnie ranny podczas walk w Rumunii. Zmarł w trakcie pisania listu, w którym informował, że jest ciężko ranny...

Mam w zanadrzu niezwykłą historię z czasów wojennych związaną z rodziną Goerlitzów, ale opowiem Wam ją w osobnym wpisie. Teraz nie zdążę o niej skrobnąć, bo przecież w Katowicach dzieje się dziś, dzieje. Sezon się rozpoczyna, za chwilę gra GKS... (szczegóły o meczu Gieksy - czytaj PS1) 

Spotkanie prowadzili Dietmar Brehmer, prezes Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego (jego syn jest dziś asystentem trenera Szatałowa w Cracovii) oraz Thomas Urban, korespondent Suddeutsche Zeitung w Warszawie, Moskwie i Kijowie. Ten drugi opowiadał również o swojej wydanej właśnie książce „Schwarze Adler, Weise Adler” traktującej o skomplikowanych losach polskich i niemieckich futbolistów uwikłanych w tryby polityki. Pisałem już Wam o tej pozycji. Fajnie, że jest szansa na polski przekład. Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej jest gotowy sfinansować tłumaczenie.

Aulę na spotkanie udostępnił prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej. Ze sportem ma niewiele wspólnego, ale zauważyłem, że opowieść o górnośląskich historiach futbolowych bardzo go wciągneła.

Bo górnośląskie historie futbolowe zawsze wciągają.

PS Omega Emila Goerlitza w akcji nie widziała.

PS1 Po powrocie z meczu ligowego otwarcia uznałem, że nie będę robił nowego wpisu. Początkowo miałem taki zamiar, ale odechciało mi się. Nic tylko siąść i płakać (ale tylko kibice, piłkarze - wręcz odwrotnie).

Nowa ekipa, a stare demony... Jak to możliwe? Mam nadzieję, że na Bukowej sezon 2011/12 nie będzie przypominał sezonu 2010/11... W wyjściowej jedenastce zagrało jedynie czterech starych zawodników, reszta debiutowała. To było straszne. Podobał mi się jedynie lewy obrońca Damian Kaciczak. To może być naprawdę mocny punkt zespołu. Reszta zawiodła. Szkoda, bo Nieciecza nie pokazała nic nadzwyczajnego, choć strzał po którym padł jedyny gol rzeczywiście był najwyższej próby. Stara śląska szkoła...

czwartek, 21 lipca 2011
Zadośćuczynienie

Finał Ligi Mistrzów w Polsce? Jeszcze niedawno wydawało się to zupełnie niemożliwe. Teraz PZPN chce powalczyć o finały prestiżowych rozgrywek pucharowych w naszym kraju. Wczoraj wszyscy trąbili o tym, że Gdańsk będzie kandydatem na gospodarza finału Ligi Europejskiej. To bardzo przyjemna wiadomość, ale w powstałym zgiełku prawie niezauważona przeszła wiadomość o wiele ważniejsza. Otóż finał Champions League miałby odbyć się w Warszawie bądź Chorzowie!

„Stadion w Gdańsku jest przepiękny, ale tam finał Ligi Mistrzów nie może być, bo jest za mały, ma 40 tys.. Ale na pewno wystąpimy tam o finał ligi Europejskiej. Stadion na Ligę Mistrzów musi mieć minimum 50 tys. pojemności, takim stadionami będą Stadion Narodowy i Stadion Śląski" - powiedział Radiu ZET Grzegorz Lato.

Prezes PZPN musi być dyplomatą, ja nie muszę więc powiem wprost. Jeśli złapiemy sprawiedliwość choćby tylko za rąbek jej spódnicy to ona na pewno odwróci się do nas i powie „Chorzów”, a nie „Warszawa”. Przyznacie, że byłaby to jakaś forma zadośćuczynienia za bezczelne wykolegowanie Górnego Śląska z organizacji Euro 2012. Cztery wielkie miasta z pięknymi stadionami zdążą nasycić się futbolem w wielkim wydaniu. Czas więc na potężną aglomerację z najwspanialszym stadionem o najwspanialszej historii.

Dlatego trzymajmy kciuki za udane mistrzostwa. Paradoksalnie nasza przyszłość zależy teraz od warszawiaków, wrocławian, poznaniaków i gdańszczan. Bo wiele zależy od tego, jak Polska wypadnie organizacyjnie podczas przyszłorocznych mistrzostw Europy. Jeśli wszystko wyjdzie jak należy i koledzy z innych miast niczego nie spieprzą, a UEFA będzie zadowolona - to nie będzie bała się powierzyć tak spektakularnego meczu krajowi, który sprawdził się jako organizator Euro 2012.

A potem pójdziemy na finał Ligi Mistrzów, który odbędzie się w Chorzowie. Na przykład w 2017 roku...

PS Rumor pewnie byłby taki, że nawet Omega by usłyszała.

PS1 Bogusław Eugeniusz Polański odwiedził dziś rano Urząd Miejski w Sosnowcu, gdzie załatwiał papierzyska. Do 6 roku życia mały Boguś mieszkał na ul. Białostockiej w dzielnicy Zagórze (potężne blokowiska, jeśli ktoś kojarzy), a potem wyjechał do Niemiec i stał się Eugenem Polanskim (tak będzie miał w nowym dowodzie). Papierzyska załatwia, bo chce grać w reprezentacji Polski na Euro 2012.

PS2 Zachwycałem się ostatnio nowym stadionem na którym będzie grała A-klasowa Przemsza Siewierz. Okazuje się, że takich perełek w województwie śląskim jest więcej. IV-ligowy klub ''Polonia'' z pięciotysięcznych Marklowic położonych w powiecie wodzisławskim, który w przyszłym roku będzie obchodził jubileusz 90-lecia, występuje na takim cudeńku. 

PS3 Wreszcie rozpoczyna się sezon, yuuuupiiiiiiiiii! Startuje pierwsza liga, mamy tam czterech nie byle jakich przedstawicieli. O nadziejach, obawach, szansach GKS-u Katowice - przeczytacie tutaj, Piasta Gliwice - tutaj, Polonii Bytom - tutaj, a Ruchu Radzionków - tutaj.

środa, 20 lipca 2011
Szczerość trenera

Waldemar Fornalik dużo znaczy dla Ruchu. Kiedy wrócił do chorzowskiego klubu szybko pokazał swoją wartość. Potwierdził markę, zdobył szacunek. Podobało mi się i ciągle podoba, że nigdy nie należał do szkoleniowców, którzy miziają się z zaufanymi dziennikarzami. Zauważyłem, że gładkie pochwały i okrągłe słówka nie robią na nim wrażenia. Zdarzało mu się ofuknąć Czadobloga, ale nigdy nie miałem do niego o to pretensji. Z prostej przyczyny: trener miał i ma prawo do własnej oceny sytuacji, a ja - do własnej.

Nie zmienia to faktu, że Waldemar Fornalik jest moim zdaniem Panem Trenerem. Broń Boże nie piszę słów ''Pan Trener'' ironicznie. Znacie paskudny charakter Czadobloga. Złośliwość to jego druga natura, strzelić coś zołzowato to dla niego jak pstryknąć palcami. Dlatego od razu zaznaczę, że w stosunku do Waldemara Fornalika nie ośmieliłbym się na złośliwostki. Szanuję go. Uważam, że obecnie jest par excellence fachowcem, do tego w pełni sił twórczych. Absolutna czołówka w Polsce. Ruch ma szczęście, że właśnie teraz może te siły twórcze wykorzystywać.

Wiadomo powszechnie, że Waldemar Fornalik zawsze miał/ma/będzie miał własne zdanie, choć wcale się z nim jakoś nie obnosi. Ten człowiek nie jest wylewny, ale jako że jednocześnie jest stanowczy i konkretny, że ma wiele interesujących przemyśleń - dziennikarskim wyzwaniem zawsze było, jest i będzie nakłonić go do obszernego, szczerego, konkretnego wywiadu.

Dlatego cieszę się, że w rozmowie z Wojtkiem Todurem Waldemar Fornalik jest szczery i konkretny. Szczery do bólu i konkretny do bólu. Na wiele tematów. Kibice mogą się bardzo zdziwić. 

Ten elektryzujący wywiad przeczytacie tutaj.

PS Omega słucha wywiadu i aż przytrzymała wskazówki żeby nie cykały.

PS1 Dziś ciekawie mówi nie tylko Waldemar Fornalik. Warto przeczytać również rozmowę Maćka Blauta z Jackiem Krysiakiem, prezesem GKS-u Katowice.

PS2 Ekspert PZPN o stadionie Podbeskidzia: ''na tle innych wygląda blado''. Ostateczna decyzja prawdopodobnie w najbliższy poniedziałek.

wtorek, 19 lipca 2011
Paskudny konserwatysta

Czadoblog generalnie jest zwierzęciem mocno konserwatywnym, co pewnie dało się już zauważyć na tym blogu. Ostatnio uzmysłowiłem sobie nieoczekiwanie, że rażą mnie cuda z numerami na koszulkach zawodników podczas meczów drużyn piłkarskich. Zapowiada się, że w dzisiejszym pucharowym spotkaniu Wisły ze Skonto tylko czterech zawodników ''Białej Gwiazdy'' będzie biegać z numerami jak należy (Jaliens z dwójką, Chavez z czwórką, Melikson z piątką i Sobolewski z siódemką. Reszta będzie sięgała wyżej niż 11)...

Oczywiście Czadoblog nie jest konserwatywny aż do bólu, bo gdyby tak było to przecież nie życzyłby sobie żadnych numerów na koszulkach. A on jako konserwatysta umiarkowany jednak te numerki chce. Ale numerki ponumerowane, do cholery:-)

Czyli od pierwszego gwizdka występują numery 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10 i 11. Na ławce siedzą grzecznie kolejne najbliższe numery. Panom z numerami typu 69, 666 albo 1916  - serdecznie dziękujemy:-)

Pamiętam jaki szlag mnie trafił, kiedy sześciolatkiem będąc zapoznałem się z numerami piłkarzy Argentyny na mistrzostwach świata w 1978. Wbrew znanym mi regułom ustawili się alfabetycznie i  rozgrywający Ardiles grał z dwójką, a bramkarz Fillol - z piątką...

Istnieje jednak przeszkoda przed którą nacierający, rozbuchany i prychający konserwatyzm Czadobloga musi pochylić czoła i jednak ustąpić. Ta przeszkoda nazywa się ''zdrowy rozsądek''.

Przy ogromnych rotacjach jakie dziś w składach stosują trenerzy i przy założeniu, że na plac wybiega skład 1-11, każdy zawodnik musiałby mieć kilkanaście kompletów koszulek. Na przykład taki Paweł Olkowski w zeszłym sezonie musiałby zmieniać dwójkę na jedenastkę i odwrotnie. To rzeczywiście nie ma sensu. Muszę z żałością to przyznać.

Dlatego nie będę zabijał się za powrotem do przeszłości. "Ja was bawiłem tekstem swym tylko dla zwykłej draki, w letni czas, w ogóle problemu nie ma w tym. To zwykły kawał jest, darujcie, to już tekściku kreeeeeeees!"***

PS A teraz zagadnienie dla wielu poważnie poważne. Dla mnie poważne. Kibice Polonii Bytom w nowym sezonie będą przecierać oczy ze zdumienia. Po spadku z ekstraklasy klub ma nową umowę na stroje. Jako że Polonia nie może już samodzielnie zaprojektować wzoru koszulki, tylko skorzystać z modelu dostępnego w oficjalnym katalogu, działacze postanowili, że podstawowym strojem Polonii będą niebieskie koszulki oraz czerwone spodenki. Tradycyjne pasiaki odchodzą w niepamięć.  Gdy opowiedziałem o tym Henrykowi Gdawcowi, który grał w Polonii w latach 70. - był zaszokowany. Szkoda, że nie uda się tego problemu rozwiązać..

PS1 Ale przynajmniej tarczy Omegi nie będziemy przerabiać na kwadratową...

PS2 Nie znoszę kiedy w futbolu niektórzy są bardziej papiescy od papieża. Facet strzelił sobie gola z rzutu karnego piętą i chcą go za to zawiesić. Żenada. Nikt nie zauważa, że ryzykował wystawienie się na rechoczącą zewsząd śmieszność, że przecież mógł tego karnego nie strzelić?!

PS3 Przed transferem możesz się zastanawiać. Ale kiedy się już na niego decydujesz  - działaj szybko. Bo może spotkać cię niemiła niespodzianka... Taka zdarzyła się właśnie Ruchowi Chorzów.

PS4 Zobaczcie co powstało niedaleko lotniska w Pyrzowicach. Gospodarzem jest tam drużyna A-klasowa! Drużyny przylatujące na Śląsk mogłyby mieć tam bazę.  

PS5 ''Ekstraklasa albo śmierć''. Wiedziałem, że w najbliższym sezonie na Bukowej będzie ciśnienie, ale nie sądziłem, że presja zacznie się już teraz.

*** żeby było jasne. Słowa wzięte w cudzysłów to nieudolna trawestacja  genialnych wersów pana Stanisława Staszewskiego.

 
1 , 2 , 3
Archiwum