czwartek, 30 lipca 2015
Katowice pójdą na wymianę z Chorzowem? Nie sądzę

Zawsze byłem zwolennikiem dbania o własne interesy. Bardzo dobrze o własne interesy dba Chorzów. Katowice chcą budować nowy stadion na Bukowej, ale dwie działki pod stadionem należą do Chorzowa. Chorzów nie chce sprzedać, woli grunt w innym miejscu czyli przy oczyszczalni ścieków Klimzowiec. Proponuje zamianę.

Nie sądzę żeby Katowice się zgodziły. Dlatego, że też dbają o własne interesy. Klimzowiec płaci im w podatkach miliony rocznie. Patrząc z punktu Katowic: z jakiej paki ta kasa miałaby teraz pójść do Chorzowa? Obie strony myślą o własnym interesie i trudno żeby było inaczej.

                                                                    * * *

Co więc dalej?

Widzę sześć scenariuszy, choć dwa z góry odrzucam:

a) Katowice się zgadzają, oba miasta zamieniają się działkami. Z powodów wymienionych wyżej - nie wierzę w to;

b) Chorzów nie popuszcza ale Katowice i tak budują nowy stadion na części jego terenów czyli na Bukowej. Tak kosztowna inwestycja jednego miasta na terenie innego? Nie wierzę w to;

c) Katowice nie popuszczają, bo od kiedy przejęły Bukową wsadziły w nią parę baniek. Całkowita rezygnacja byłaby z ich strony marnotrawstwem. Z Klimzowca też nie mają jednak zamiaru rezygnować więc czekają na cenę podyktowaną przez Chorzów. Chorzów ją w końcu dyktuje. Strony dobijają targu. To moim zdaniem możliwe;

d) Chorzów nie popuszcza więc Katowice szukają innego terenu pod stadion. Wtedy ostro zaczynają protestować środowiska kibicowskie GieKSy, które nie wyobrażają sobie innego miejsca. Miasto rezygnuje z innej lokalizacji, ale moc oddziaływania środowisk kibicowskich GieKSy na miasto Chorzów jest oczywiście zerowa więc pozostaje jedno. Pat. To moim zdaniem możliwe;

e) Chorzów nie popuszcza więc Katowice szukają inny teren pod stadion. Na razie jeszcze nie wiadomo gdzie, wiadomo jedynie, że w innej części miasta. Za kilka lat GKS opuszcza Bukową - gra na nowym stadionie, a na starym jedynie przygotowuje się do meczów - Bukowa staje się zalążkiem nowoczesnego ośrodka treningowego. Nie wiem czy to możliwe;

f) Chorzów nie popuszcza więc Katowice wymyślają inny teren pod stadion. A właściwie nie wymyślają lecz wracają do konkretnej koncepcji sprzed 11 lat. Już w 2004 roku pojawił się pomysł żeby nowy stadion Katowic zbudować przy ul. Kościuszki. To z drugiej strony miasta od Bukowej. Chodzi o były stadion Gwardii a wcześniej 1.FC. Analizy, kosztorysy wskazują, że budowa jest możliwa. GKS przenosi się tam przed 2020 i rozpoczyna nową erę w dziejach klubu i sportowych dziejach miasta. Nie wiem czy to możliwe.

PS Skoro już o dawnym stadionie Gwardii mowa to pokrótce przypomnę dzieje tego miejsca.Związany jest z nim kawał historii katowickiego sportu. Stadion Powstał w 1920 r. W 1927 r., w pierwszym sezonie istnienia ligi, niewiele brakowało, żeby był świadkiem fety z okazji mistrzostwa Polski w piłce nożnej! Drużyna 1.FC w decydującym meczu na własnym stadionie przegrała jednak z Wisłą Kraków i ostatecznie musiała zadowolić się wicemistrzostwem.

W lipcu 1928 r. na stadionie 1.FC reprezentacja Polski w obecności prawie 20 tys. kibiców pokonała 2:1 Szwedów. Był to pierwszy mecz reprezentacji Polski na Górnym Śląsku, w tym spotkaniu zadebiutował w kadrze gwiazdor śląskiej piłki Karol Kossok. Obiekt nie miał krytej trybuny (jak sąsiedni obiekt Pogoni, który dziś jest stadionem AWF-u). Szatnie były na koronie stadionu, piłkarze schodzili na murawę po schodkach. W 1930 r. 1.FC musiał opuścić stadion. Powód? Władze Katowic wymówiły 10-letnią dzierżawę terenów, gdzie znajdował się obiekt. Klub przeniósł się więc na boisko na Muchowcu.

Po wojnie stadion przeszedł w posiadanie Wojewódzkiego Milicyjnego Klubu Sportowego (później Gwardii). Wielkiej piłki już nigdy w tym miejscu nie było, Gwardia grała w lidze śląskiej. W latach 60. odbywały się na tym obiekcie zawody hipiczne. 

Kiedy byłem tam ostatni raz na murawie widziałem pasące się kozy.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

środa, 29 lipca 2015
Wygląda na to, że Piast odsadzi śląską konkurencję

Rozmawiałem wczoraj w Ostrawie z Adamem Sarkowiczem, prezesem Piasta Gliwice. W trakcie pogawędki dość przypadkowo wyszedł temat pomysłu gliwickiego klubu na przyszłość. Priorytetem Piasta jest przede wszystkim obecność w ekstraklasie. O tę obecność w ekstraklasie ekipa z Gliwic zamierza powalczyć jednak w inny sposób niż kluby zza miedzy.

Pomysł wydaje się bardzo rozsądny a Sarkowicz wydaje się zdeterminowany - w poniedziałek oglądał z miejskimi urzędnikami mapy Gliwic. Byłoby fajnie gdyby Piastowi się udało - także dlatego, że przetarłby drogę innym śląskim klubem, które widząc efekty niechybnie poszłyby jego śladem. "Udało się" - czyli wychowało od bajtla grupę własnych ligowców. Zawsze to lepiej wychować niż sprowadzić. Łatwo się mówi, bo żeby wychowywać systemowo potrzeba coś więcej. Właśnie o tym "więcej" myśli Piast.

Zwraca uwagę nacisk na stawianie na swoich. Wiadomo, że nie uda się powtórzyć wyczynu Celticu z 1967 roku - kiedy Puchar Mistrzów zdobyła ekipa w całości pochodząca z Glasgow lub jego bezpośredniego sąsiedztwa - ale pomysł nowoczesnego ośrodka szkoleniowego otwartego przede wszystkim na własnych chłopaków ma dodatkowy plus - powoduje jeszcze większą identyfikację lokalnego środowiska z klubem. 

Dobry ośrodek to także dobrze opłacani trenerzy młodzieży. Piast chciałby wziąć takich na etat. Czy to będzie przełom w naszym lokalnym futbolu?

Do boju Pieście!

PS Według danych Izby Skarbowej okazuje się, że w województwie śląskim mieszka 1728 milionerów. Ze złożonych w tym roku PIT-ów wynika, że najbardziej o sponsoring ma do kogo uderzać GKS Katowice - w tym mieście jest aż 178 milionerów. W Bielsku-Białej jest ich 106 (a w powiecie bielskim dalszych 87!). W Zabrzu jest 42 milionerów, w Sosnowcu - 41, w Chorzowie - 34, a w Gliwicach - 30.

PS1 A poza tym Omega powinna wrócić.

piątek, 24 lipca 2015
Powstaje niezwykła książka. Możecie pomóc

Grupa entuzjastów - dziennikarzy sportowych, pracuje nad historią lokalnego futbolu dla książki pod tytułem „Katowice w ekstraklasie".

To dzieło o niespotykanym dotąd rozmachu: nie chodzi bowiem jedynie o GKS Katowice. Szykuje się niezwykła, kompleksowa monografia obejmująca niezwykłe futbolowe dzieje wspaniałego miasta od jego zarania. Będzie tam o 1.FC Katowice, Dębie, ale również i o innych katowickich klubach. Znajdą się tam nieprawdopodobne historie dotąd nieznane szerszej publiczności.

Ale to właśnie szersza publiczność może pomóc autorom jak nikt inny. Brak archiwów powoduje luki, które autorzy pragną uzupełnić przy pomocy Czytelników.
Zapewne wiedza o futbolistach sprzed lat zachowała się w pamięci kibiców, znajomych, a także rodzin. Liczy się każdy szczegół, który pozwoli opisać dzieje bohaterów sprzed lat. Na początek lista graczy, reprezentantów Śląska w latach 1936-39.
To Niedurny (Policyjny KS Katowice), Florian lub Józef Jojko (Slavia Ruda), Rduch (BBTS), Smolin (Czarni Chropaczów), Stachelski (TS Bytków), Szolc (Słowian Katowice) oraz pomocnik Hanf, w którego przypadku autorzy nie potrafią ustalić nawet przynależności
klubowej. Dlatego będą wdzięczni za każdy szczegół, który pomoże w ustaleniu losów sportowych i życiowych.

To poważna inicjatywa. Wystarczy, że napiszę kto za nią stoi: to Andrzej Gowarzewski i wydawnictwo GiA.

Jeśli ktoś z Was może uzupełnić wiedzę i sprawić, że ta książka będzie jeszcze lepsza - służę telefonem. Dzwońcie proszę na numery: 32 2031456 lub 601419905.

środa, 22 lipca 2015
Wolę mlaskać niż czuć szacunek

Kiedy pierwszy raz widzę piłkarza na boisku to mogę ze wzruszeniem ramion przyjąć do wiadomości, że jest taki ale mogę i szeroko otworzyć oczy jednocześnie wyduszając z siebie pełne podziwu: „o!”. Kamil Vacek z Piasta Gliwice należy do tej drugiej opcji. Nie wróży to dobrze Ruchowi przed piątkowymi derbami Śląska.

                                       * * *

W latach 80. najlepsze polskie drużyny czasami potrafiły jak równy z równym grać z europejską czołówką. Może brzmi to dziwnie, ale piłkarze Górnika Zabrze podczas dwumeczu w Pucharze Europy w 1988 roku dorównywali technicznie piłkarzom Realu. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie odcinało im prąd i nie potrafili już tak szybko biegać. Dziś wydaje się, że tendencja jest odwrotna. Coraz więcej w polskiej ekstraklasie młodzieńców o byczych karkach nie dających sobie w kaszę dmuchać, w pożądany sposób agresywnych, takich, którzy słowo „pardon” znają jedynie z filmów o muszkieterach. Wydaje się, że nasza liga jest coraz bardziej rozbiegana, dysząca, wytrwała, twarda, zajadła, wytrenowana, nieustępliwa, wytresowana i pełna spartańskich okrzyków zarówno w szatniach jak i na trybunach. Kiedy więc jak z nieba spada do nas człowiek, który myśli jak zagrać, albo nawet nie musi myśleć, bo raczej to czuje - cichniemy i wydajemy z siebie pełne atencji, pożądane „o”!

Wydaje się, że takim piłkarzem-objawieniem w polskich warunkach może stać się Kamil Vacek z Piasta Gliwice. Na razie trudno mi jeszcze powiedzieć jak szybko - i czy w ogóle - ten Czech sprawi, że nazwisko „Vassiljev” uleci w mgły niepamięci, ale na pewno już można powiedzieć, że ten facet potrafi grać w piłkę. Spytałem dziś na Cichej trenera Waldemara Fornalika co sądzi o Vacku - jemu oczywiście nie drgnęła nawet powieka, nie chciał powiedzieć zbyt wiele, bo obok siedział trener Radoslav Latal, ale wyczułem, że docenia tego piłkarza.

- Na pewno jest to zawodnik od którego sporo zależy w tym zespole. Trenerzy Piasta doskonale widzieli jakiego zawodnika potrzebują i pod tym kątem był ściągany. Ale z różnych względów nie chcę go szczegółowo oceniać - powiedział tylko.

Nie dziwię się trenerowi Fornalikowi, że był małomówny. Nie wierzę jednak żeby Kamila Vacka pozostawił samemu sobie. Wiadomo że nie zdradzi jak zneutralizować tego zawodnika. Musiałby być wariatem żeby to zrobić. My, dziennikarze możemy tylko ubolewać, że jedyny konkret, który możemy podać przed meczem to lista kontuzjowanych (a i to nie zawsze). Mam jednak przekonanie graniczące ze wzruszeniem ramion: gdybym był trenerem przed meczem konkretnego jednego słowa bym nie powiedział.  Mimo to miałem nieodparte wrażenie, że trener Latal z bardzo dużym skupieniem i tak słuchał co akurat Fornalik mówi o Vacku.

                                        * * *

Założenie, które uosabiał swą rozczulającą pewnością siebie Franciszek Smuda - często powtarzający, że drużyna rywali go nie interesuje i skupia się na własnej - bezpowrotnie odeszło na śmietnik piłkarskiego złomu. Kiedy jest się słabszym warto poznać słabsze strony silniejszego by mieć jakieś szanse na wygraną (tylko w tym najlepszym ze sportów zespołowych słabszy tak często wygrywa z silniejszym). A kiedy z kolei jest się silniejszym i tak warto poznać słabsze strony słabszego - choćby po to żeby mniej się zmęczyć. Energia w ligowym maratonie to przecież bardzo pożądany towar.

Jeśli nie zdarzy się nic przewidywanego Vacek będzie napędzał zaskakującymi podaniami Piasta. A kto będzie napędzał Ruch. Poszukiwania nowego Filipa Starzyńskiego trwają. Miał nim być Maciej Iwański, ale na inaugurację ligi zawiódł. Fornalik: - Iwański? Każdy dzień działa na jego korzyść. Niedawno minęły dopiero trzy tygodnie od kiedy jest z nami. Wiążemy z nim określone nadzieje na przyszłość. Ale to nie dzieje się z dnia na dzień, to musi trochę potrwać.

To może nowa dycha w Ruchu czyli młody Lipski? - Biorę pod uwagę, że może zagrać od pierwszej minuty i nie będę z tego robił wielkiej tajemnicy - przyznaje trener Ruchu.

Tak czy inaczej to może być ciekawy pojedynek reżyserów gry. Tak sobie myślę, że im więcej naszych rodzimych czy też nawet sprowadzanych z najbliższej okolicy Riquelme’ów w polskiej lidze - tym lepiej. W całej tej zabawie chodzi przecież o to żeby czasem móc aż mlasnąć z nieokiełznanego zachwytu. Sama „walka do końca” - owszem - może budzić szacunek. Ale od wzbudzania zachwytu są raczej futboliści - artyści.

Szczerze pisząc na co dzień wolę jednak mlaskać niż czuć szacunek.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

PS1 Pierwszy raz widziałem dziś na własne oczy opakowany stadion Ruchu. To świetna akcja propagująca wśród młodych i przypominająca starym chlubną historię. Jest w tym myśl. Bardzo mi się to podoba.

Wiadomo jednak, że ten cholerny Czadoblog musi się do czegoś przyczepić. Chodzi o sposób podpisania zdjęć grupowych sprzed kilkudziesięciu lat. Zamiast listy nazwisk od lewej do prawej, nazwiska na niektórych zdjęciach są podane alfabetycznie. To sprawia, że wartość poznawcza tych zdjęć spada niepomiernie. A przecież ciągle żyją ludzie, którzy są w stanie spojrzeć na zdjęcie i wyrecytować prawidłowo jego bohaterów bez mrugnięcia okiem.

niedziela, 19 lipca 2015
Kataklizm

W czasie kiedy piłkarze Ruchu Chorzów przegrywali mecz z Łęczną a piłkarze GKS-u Tychy przegrywali mecz z Koeln ja dostałem jeszcze większy łomot.

Człowiek ogląda takie sytuacje jedynie w telewizji i wydaje mu się, że go nigdy nie dotkną. A kiedy jednak go trafiają - jest w szoku.

Mieszkam w lesie. Kiedy wracałem wieczorem do domu po meczu w Tychach nie mogłem poznać okolicy. Armageddon. Bez kitu, gdybym nie widział to bym nie uwierzył. Było jak po wojnie, jakby wróg przeprowadził nalot dywanowy. Potężny las położony pokotem niczym zboże. Drzewa wyrwane z korzeniami. Zwalone znaki drogowe. Załamani ludzie.

Temperatura w ciągu pół godziny spadła o piętnaście stopni a żywioł o największym natężeniu szalał jakieś dwie minuty. To wystarczyło. Zrobiło się bardzo ciemno a potem bardzo jasno. Podobno w tym krótkim okresie deszcz padał jednocześnie w dół i do góry.

Udało mi się dojechać do domu, bo sąsiedzi zdążyli już pociąć drzewa tarasujące w dwóch miejscach przejazd. Kiedy podjechałem - nie mogłem uwierzyć. Wszystko porozwalane. Taczki, krzesła - kilkadziesiąt metrów od miejsca gdzie zwykle stoją. Moje ulubione drzewo złamane wpół. Sąsiednie przewaliło się przez płot pół metra od samochodu sąsiada. Trzecie niestety przechyliło się na mój dom i jestem w strachu, bo nie za bardzo wiem jak się do niego zabrać... Wyobrażacie sobie, że drzewo może stać pod kątem 45 stopni? Bramka treningowa, której używaliśmy z Czadoblożkiem rozwalona. Ale najbardziej zdumiał mnie stos ciężkich bloczków cementowych, które pozostały po budowie. Był równo poukładany jeden na drugim, a wicher przesunął ten stosik tak, że wygląda jak... schody.

Prądu oczywiście nie było, zrobiło mi się nieprzyjemnie kiedy zobaczyłem linię wysokiego napięcia na ziemi.

Dobrze więc, że pies został w domu, co nie jest oczywiste, bo pogoda była wcześniej piękna a wtedy - nawet jak nas nie ma - zostawiamy go w ogrodzie. Baśka już swoje przeżyła i nie ma jej co narażać.

Od rana wycięliśmy te wszystkie sterczące kikuty, uporządkowaliśmy co się dało i... czekamy na powtórkę.  Dziś, jak głoszą sąsiedzkie plotki, ma bowiem przejść drugi armageddon, brat tamtego. Ma to ponoć nastąpić w okolicach drugiej połowy meczu Śląsk Wrocław - Legia Warszawa.

Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Trzymajcie kciuki.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

wtorek, 14 lipca 2015
Przy wyjściu ze stadionu będzie na Was czekać gazeta

Dziennikarze sportowi mają szczęście, że są dziennikarzami sportowymi. Dzięki temu regularnie spotykają ich przygody. Dla nas największą przygodą jest wgłębianie się w niezwykłe historie i ich opisywanie albo rozmowy z ludźmi, którzy wiedzą co mówią.

Chcę Wam jednak opowiedzieć o przygodzie innego rodzaju. Dla niej jestem nawet gotów zrezygnować z uczestnictwa w otwarciu nowego stadionu w Tychach oraz bytności na meczu GKS-u z 1.FC Koeln.

Otóż właśnie z tej okazji przygotujemy dla Was niezwykły numer gazety. Kibice, którzy będą wychodzić z tyskiego stadionu po sobotnim meczu z Koeln dostaną bowiem pamiątkową gazetę właśnie z... tego spotkania!

W pamiątkowym egzemplarzu znajdziecie nie tylko m.in. dużo zdjęć oraz opis zakończonego właśnie meczu, ale także intrygującą opowieść Wojtka Todura o perełkach tyskiego stadionu albo niezwykłe wspomnienie Piotra Zawadzkiego dotyczące legendarnego starcia między tymi dwoma zespołami w 1976 roku i oddające klimat tamtych czasów.

Fragment tekstu Piotra:

„Tyszanie wystąpili w nowych strojach otrzymanych na miejscu od przedstawicieli firmy „Puma”. Na koszulkach widniał wielki napis „GKS”, nikt w polskiej lidze nie mógł się pochwalić równie efektownymi kostiumami. Każdy z piłkarzy, oprócz kompletu strojów, dostał jeszcze dres, buty i firmową torbę. Kapitan zespołu Marian Piechaczek wspomina: - Graliśmy przeciw Koeln w nowych butach, przez to część z nas poobcierała sobie stopy. Ja nie, bo miałem na to sposób. Ubierałem buty i wchodziłem do ciepłej wody.”

Dla dziennikarzy tworzących taką futbolową gazetę to pamiętne ale i mocno stresujące przeżycie. Wiem o tym, bo już raz, w 2001 roku, robiłem z kolegami taki numer i wiem, że warto. Obawa czy wszystko się uda i nerwy sprawiały wprawdzie, że czułem pulsowanie w skroni i drżały mi ręce, ale potem była pełnia szczęścia. Kiedy się udało czułem, że żyję.

Czternaście lat temu przygotowaliśmy na identycznych zasadach specjalne wydanie zaraz po meczu Polska-Norwegia. To po tamtym spotkaniu awansowaliśmy na mistrzostwa świata do Korei i Japonii. Po raz pierwszy w historii polscy kibice o awansie piłkarzy do mundialu dowiedzieli się z gazety natychmiast po decydującym meczu kiedy wychodzili ze stadionu i czekali na tramwaje rozwożące ich po Śląsku.

Pamiętam, że wtedy było naprawdę bardzo nerwowo. A wszystko przez... Marcina Żewłakowa. Pod koniec meczu mieliśmy tytuł "Jest awans!" i wynik Polska - Norwegia 2:0. Już miała zapaść decyzja o druku, gdy w 89. minucie Żewłakow strzelił trzecią bramkę dla Polski. Musieliśmy wszystko wstrzymać i szybko na kolumnie zmienić wynik. Po ostatnim gwizdku sędziego zasapani wysłaliśmy osiem kolumn do drukarni. Nasi koledzy błyskawicznie przygotowali matryce i maszyna drukarska ruszyła* pełną parą. Kwadrans potem cały nakład był już gotowy. W Tychach na zakończenie druku czekali policjanci. O godz. 20 radiowóz na sygnale torował naszym kolporterom drogę do Katowic. Mieliśmy szczęście, bo po meczu kibice długo jeszcze czekali na stadionie i cieszyli się ze zwycięstwa. 10 tys. egzemplarzy specjalnego wydania "Gazety" rozeszło się w mig.

Numer podziwiali m.in. ówczesny wiceprezes PZPN Zbigniew Boniek i norwescy dziennikarze. - No, no... Popatrzcie państwo - zwrócił się do swojej świty zaskoczony Maciej Płażyński, ówczesny marszałek Sejmu, pokazując specjalne wydanie. Najlepszy polski hokeista Mariusz Czerkawski udzielając wywiadu, na moment przerwał go, aby przyjrzeć się gazecie.

W katowickim hotelu pamiątkowe egzemplarze czekały w pokojach na bohaterów wieczoru - piłkarzy reprezentacji Polski. Obsługa hotelowa zlitowała się nad Norwegami. - Nie daliśmy im gazety, bo byłoby im przykro - tłumaczyła wtedy pani z recepcji.

Teraz postanowiliśmy zrobić powtórkę z rozrywki. Będzie o tyle łatwiej, że drukarnia mieści się w Tychach zaledwie o dziesięć rzutów kamieniem od stadionu.

Drodzy kibice. Kiedy opuścicie stadion - rozglądajcie się dookoła. Będziemy Wam rozdawać pamiątkę. Warto będzie zachować ją w domowym archiwum.

PS Kupiliśmy sobie drona. Chłopaki z redakcji zrobiły nim genialne zdjęcie tyskiego stadionu. Tychy naprawdę mają z czego być dumne!

PS1 A poza tym Omega pozdrawia Tychy.

PS2 Takie zdarzenia nie mogą jednak odbywać się często. Zbyt wielu ludzi odpowiedzialnych za koordynację umarłoby na zawał serca.

PS3 Świetny pomysł Ruchu Chorzów na stroje wyjazdowe. Re-we-lac-ja!

*nie znoszę potworków językowych. Kiedy czytam, że "ruszają" jakieś mistrzostwa albo "rusza" jakaś sprzedaż - denerwuję się. Ale kiedy rusza maszyna - jestem spokojny:)

19:27, pavelczado , GKS Tychy
Link Komentarze (13) »
środa, 08 lipca 2015
GKS Katowice a FC Barcelona. Podobieństwa

Już kiedyś takich podobieństw się dopatrywano. Wtedy nie skończyło się to dobrze. Teraz ma być inaczej.

W 2011 roku ówczesny trener GieKSy Wojciech Stawowy przyznawał, że w pracy wzoruje się na grze FC Barcelona. Najbardziej oczywiste podobieństwo GKS-u i Barcelony dotyczyło... ustawienia zespołu. Katowiczanie, podobnie jak zespół z Katalonii, grali wtedy trójką napastników, w polskim futbolu była to wielka rzadkość (choć jeśli ktoś miał dobrą pamięć wiedział, że to nawiązanie do stylu GieKSy z przełomu lat 80. i 90.). - Ale nie lubię o tym mówić, bo w naszym kraju ludzie potrafią się z tego tylko nabijać i szydzić - zastrzegał wtedy szkoleniowiec. Stawowy naprawdę się zagrzał: na zajęciach prezentował katowickim zawodnikom fragmenty akcji hiszpańskiego zespołu. - Na treningach czasem wychodzą nam naprawdę piękne akcje w ataku pozycyjnym. Z pokazywaniem tego w meczach mistrzowskich jest gorzej - przyznawał Stawowy, a życie dopisało przykrą puentę.

Teraz na szczęście nikt nie mówi o kopiowaniu wzorów z boiska. Najważniejsi ludzie w Katowicach uznali jednak, że warto skopiować kataloński pomysł organizacyjny.

Otóż wróci model wielosekcyjny. GKS ma opierać się nie tylko na piłce nożnej. Najlepiej wytłumaczyć o co chodzi na przykładzie siatkówki. Katowice chcą zapełniać regularnie Spodek, który kojarzy się słusznie z męską siatkówką. Dotąd klubowej siły w tej dyscyplinie w Katowicach ostatnio nie było, teraz to się zmieni. Siatkarski GKS Katowice ma walczyć w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zostanie zbudowany na bazie Czarnych. Czarni grali nie tak dawno w Spodku właśnie z... Barceloną i przyszło mnóstwo ludzi! Najważniejszym ludziom w Katowicach dało to do myślenia. Zadziałało koło zamachowe - dla publiki nie miało znaczenia, że siatkarze Barcelony to właściwie amatorzy. Ważne, że grali w charakterystycznych pasiastych koszulkach. W katalońskim klubie działa kilkanaście sekcji, choć tak naprawdę bardzo silnych jest przecież tylko kilka z nich. Te słabsze korzystają jednak z marketingowej siły największych. W Katowicach najmocniejszą wizerunkowo marką są trzy literki: G, K i S.

W Katowicach oprócz siatkówki ma być również mocny hokej. Taki ekstraligowy. Jeśli skłócone środowiska się nie pogodzą, miasto nie będzie się na nich oglądać - zrobi to z innymi ludźmi. Są również plany przejęcia do Hetmana najsilniejszej sekcji szachowej w Polsce.

No i główna siła pociągowa: futbol. Ze słów prezydenta Marcina Krupy i wiceprezydenta Krzysztofa Mikuły wynika, że poważne firmy chcą zainwestować w piłkarzy GieKSy. Stawiają jednak dwa warunki: nowy stadion i miejsce w ekstraklasie. Wtedy wejdą.

Pierwszym warunkiem ma zająć się miasto. Drugim - sam klub. Miasto chce żeby w ciągu dwóch lat wywalczył awans do ekstraklasy.

Gdyby tak się stało miasto mogłoby wreszcie odciąć pępowinę, bo sekcję piłkarską przejąłby prywatny inwestor.

Plany są ambitne. Ciekawe jak wyjdą w praktyce. Zadanie nie jest łatwe i niesie za sobą pewne ryzyko. Tym bardziej, że jeśli nie wyjdzie to niechętni będą się wyśmiewać długo.

PS Info dla zainteresowanych: klub ma być wielosekcyjny, ale to nie znaczy, że budżet będzie jeden. Jedna sekcja nie będzie pożerała kasy przeznaczonej dla innej, ale nie będzie się nią też dzieliła jeśli będzie jej się akurat lepiej powodzić. Każdy pracuje na własne konto, choć chwała ma być wspólna.

wtorek, 07 lipca 2015
Temat zamknięty

Anons dotyczący nowego dziennikarza sportowego jest już nieaktualny. Dziękuję wszystkim chętnym. Przykro mi, że miejsce było tylko jedno.

PS A poza tym Omega powinna wrócić.

18:34, pavelczado , Akcje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lipca 2015
Dziękuję za zainteresowanie

Jak wiadomo katowicka redakcja "Gazety Wyborczej" poszukuje dziennikarza sportowego. Zainteresowanie jest ogromne, teraz codziennie przychodzi kilkadziesiąt ofert. Bardzo dziękuję za odzew, jestem wdzięczny.

Wybór jest trudny - zgłosili się różni ludzie o przeróżnych umiejętnościach i zaskakujących doświadczeniach. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, obowiązuje mnie tajemnica. Wierzę jednak, że to będzie właściwy człowiek na właściwym miejscu.

PS A poza tym Omega powinna wrócić. 

09:47, pavelczado , Akcje
Link Komentarze (5) »
niedziela, 05 lipca 2015
Argentynie do spełnienia brakuje już tylko jednego

Na początek wyrazy uznania dla Chile. W tej chwili chyba nikt inny na świecie nie potrafi w aż takim stopniu przełożyć zajadłości w atut piłkarski. Wszyscy Latynosi są w tym niedościgłymi mistrzami, ale Chilijczykom należy się już wręcz profesura.

Jako kibic Argentyny ogólnie jestem zadowolony z postawy tej drużyny na Copa America. Owszem, jestem rozczarowany, że się nie udało wygrać, ale nie można mieć wszystkiego. Ogólnie całość zmierza jednak, uważam, w dobrym kierunku.

Ta machina piłkarsko jest znakomita, pomyślano o wszystkim. Wszystkim z wyjątkiem jednego. Argentynie brakuje już tylko człowieka z ładunkiem wybuchowym założonym pod reprezentacyjnym trykotem. Nie będzie łatwo takiego znaleźć, ale to obecnie najważniejsze zadanie dla sztabu trenerskiego.

O co chodzi? Argentyńczycy z zimną krwią i rozmysłem muszą wyszukać zawodnika (lub nawet kilku) do zadań specjalnych i być może poświęcić kilka ważnych punktów w ważnych meczach. Ale cel jest tego warty: mistrzostwo świata w Rosji.

Chodzi o ochronę Leo Messiego. Jeszcze wielokrotnie zdarzy się bowiem sędzia, który co prawda będzie ostentacyjnie wykonywał znak krzyża przed każdą połówką, ale którego ewidentnie Bóg nie będzie w trakcie meczu prowadził. Tak jak tego kolumbijskiego nieudacznika z finału w Santiago.

Moim zdaniem Chile po faulach na Messim powinno być zdekompletowane już w pierwszej połowie. Powinno grać nawet nie w dziesięciu a w dziewięciu. Niezmienne podziwiam w Messim nie tylko umiejętności, ale niezwykłą odporność. Jak to możliwe, że wstaje za każdym razem?! Niesamowite...

Kiedyś może jednak nie wstać. Dlatego trzeba zastanowić się jak nie dopuszczać do tego rodzaju sytuacji. Tak jest już ten świat urządzony, że każdy orze jak może. Argentyna też powinna zacząć orać, bo na arbitrów nie ma co liczyć.

Uważam, że jedynym wyjściem w obecnej sytuacji jest znalezienie i wyszkolenie w kadrze "Albicelestes" człowieka, który odpali detonator. Chodzi o to żeby każdemu rywalowi, który brutalnie sfauluje Messiego a od razu nie dostanie czerwonej kartki - natychmiast, w ciągu kilkudziesięciu sekund, oddać z nawiązką. Z nawiązką czyli tak żeby już nie wstał. Czasy niestety takie, że nie da się inaczej.

Chodzi o to żeby Gary Medel po następnym kopnięciu w brzuch Messiego nie miał poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Przecież on się z tego teraz śmieje. Chodzi więc o to żeby takiego kolesia następnym razem w ciągu minuty wysłać do szpitala. Najlepiej w ciągu następnej minuty - po to żeby wiedział za co. To trzeba umieć zrobić. Być może (a raczej na pewno) trzeba będzie zaliczyć czerwoną kartkę i osłabić drużynę. Trudno. Człowiek od specjalnych poruczeń musi mieć świadomość, że zadanie może być samobójcze. Ale jeśli Medel nie będzie mógł zagrać przez rok - będzie warto. Bo po przeleżeniu przez niego kilkunastu miesięcy w pościeli o następnych Medeli będzie już trudno.

Żeby misja się powiodła - rozwiązanie musi być zastosowane ostentacyjnie - tak żeby przekaz był jasny dla wszystkich. "Nie zgadzamy się na to". Przeciwnik po brutalnym faulu musi bowiem wiedzieć co mu grozi jeśli sędzia się nie ulituje i nie pokaże w takiej sytuacji czerwonej kartki. Delikwent ma o tę czerwoną kartkę się modlić.

Mniej rozgarniętym zaznaczę wprost: nie nawołuję do brutalizacji gry. Wręcz przeciwnie! Wcale nie chodzi bowiem o to żeby argentyński komandos łamał na boisku kości. Chodzi o to żeby rywale wiedzieli, że może to zrobić w każdej chwili i że wszystko zależy tylko od nich. Kto nie brutalnie nie fauluje Messiego - ma gwarancję dogrania meczu do końca.

Jeśli Argentyńczycy zdecydują się na tego rodzaju rozwiązanie jestem spokojny o powodzenie misji. Akurat oni naprawdę potrafią brutalnie faulować. Teraz muszą tę umiejętność - jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - oddać na służbę fair play. Propozycja nowego hasła dla FIFA: "Futbol łączy cały świat: brutali da się eliminować tylko brutalnie".

Do następnego mundialu jeszcze trzy lata. Kiedy się zacznie wszyscy chętni MUSZĄ wiedzieć, że każde intencjonalne sfaulowanie Messiego zakończy się wizytą na oddziale intensywnej terapii.

PS Omega zaciska pięści. 

 
1 , 2
Archiwum