niedziela, 31 sierpnia 2008
Rok 1913: Śląsk wygrywa w Krakowie

Uwagę na mijającą właśnie niecodzienną rocznicę zwrócili mi twórcy strony  www.WikiPasy.pl. czyli ”encyklopedii Cracovii on-line”. Dokładnie 95 lat temu czyli 31 sierpnia 1913 roku doszło do niecodziennego meczu. Na stadionie Cracovii odbyło się spotkanie reprezentacji Galicji z drużyną Morawy-Śląsk. 

Ekipę Morawy- Śląsk tworzyli zawodnicy z Opawy (8) i Bielska (3). Ciekawostką jest fakt, że gdyby powołano kogoś z Białej grałby... przeciw graczom z Bielska. Ekipę Galicji tworzyli zawodnicy Cracovii i Wisły, swojego przedstawiciela przysłali także Czarni Lwów.

Mecz rozpoczął się pół godziny później niż planowano, bo Wisła nie chciała się zgodzić na skład proponowany przez działaczy związkowych (wiślacy mieli pretensje, że było ich za mało w składzie). Kurde, oba kluby kłóciły się już wtedy... Ostatecznie konflikt załagodzono, a i tak wygrali goście. Podobno byli gorsi technicznie, ale bardziej zaangażowani, ambitni. A krakusy (plus lwowiak) w ogóle wcześniej nie trenowali, pierwszy raz spotkali się w tym składzie dopiero kiedy wychodzili na mecz. Ale czy to ważne? Liczy się przecież wynik, a ten po 95 latach wraca jak byk: 2:1 dla Moraw - Śląska! Fajne, nie?;-)

PS Przy okazji słowa uznania dla wspomnianej strony ”WikiPasy”. Mam szacunek dla prawdziwej, konsekwentnie realizowanej pasji. Ach, gdyby historia wszystkich naszych klubów była tak profesjonalnie opracowana jak robią to miłośnicy Cracovii z wikipasów...  Mnie ich inicjatywa wprost zwala z nóg. Polecam, podziwiam, pozdrawiam.

piątek, 29 sierpnia 2008
To ten cham

Tottenham przyjeżdża do Polski! Bardzo się ucieszyłem, bo autentycznie lubię ten zespół. Pewnie dlatego, że nie jest klubem z popcornowego kibicowskiego mainstreamu, będąc jednocześnie jedną z niewielu drużyn, która mogąc zdobyć tak wiele, osiągnęła tak niewiele - co budzi moją przekorną sympatię. Tottenham to fenomen: takie tradycje, tylu sławnych zawodników kiedyś i dziś, tyle kasy, tylu oddanych fanów i... prawie same frustracje. Ja Tottenham tylko lubię, tym,  którzy go kochają musi przysparzać wielu cierpień.

Przypomnę, że na Górnym Śląsku Tottenham jest doskonale kojarzony, zwłaszcza przez kibiców z Zabrza. Wszystko dzięki pamiętnym meczom z 1961 roku. Los sprawił, że na samym początku rozgrywek Pucharu Europy Mistrzów Krajowych* z londyńczykami zagrał Górnik. Zabrzanie mieli wtedy - jak na polskie warunki - świetny zespół. Nie było co prawda jeszcze Lubańskiego, ale zachwycały takie asy jak Pohl, Lentner, Wilczek albo Oślizło. W bramce stał Hubert Kostka, dla którego był to w Górniku inauguracyjny sezon. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim KSG prowadził już 4:0, ale po bardzo ostrych zagranich Anglików kontuzji doznali rozgrywający świetny mecz Jan Kowalski oraz błyskotliwy Jerzy Musiałek. Ten pierwszy mógł tylko statystować, ten drugi z rozoraną łydką w ogóle zszedł z boiska. Wtedy nie można było robić zmian. Anglicy wykorzystali fakt, że Górnik grał w dziewiątkę i w końcówce strzelili dwa gole. Ale w rewanżu nie było ”zmiłuj się”: Górnik poległ 1:8. Mimo to w narodzie rozniosło się, że gdyby nie te faule z pierwszego meczu, to polski zespół awansowałby dalej.

Przed kilkoma kwadransami o tamtych pamiętnych wydarzeniach pogadałem sobie z Janem Kowalskim. Wypowiedział się zaskakująco, burząc pewien mit:

Czy mogliśmy wyeliminować wtedy Tottenham? Uważam, że tak naprawdę nie mieliśmy z Anglikami szans! Górnik był wtedy bardzo niedoświadczonym zespołem, dopiero debiutował w Europie.  Zarówno ja, jak i Musiałek po pierwszym meczu mieliśmy nogi w gipsie, ale klub zabrał nas na rewanż do Londynu. Dzięki temu widziałem więc, co tam się działo (tam czyli na White Hart Lane, przyp. pacz) i zapewniam, że nasza drużyna nie mogła nic zrobić. Nic. Dynamiczny styl gry Anglików był dla nas zupełną nowością. Górnik nie mógł sobie poradzić z górnymi centrami w pole karne. Nasi bramkarze  - Kostka i Gomola - nie umieli wtedy jeszcze grać na przedpolu. Tottenham wygrał i zasłużenie awansował dalej. To była dla nas cenna nauka - powiedział mi Jan Kowalski.

Z dawien dawna pamiętam, że znajomi, starsi ode mnie kibice Górnika, nie mówili o londyńskim klubie inaczej jak ”To ten cham”.  Koguty stały się na Śląsku synonimem chamstwa i brutalności. Ponownie oddaję więc głos Janowi Kowalskiemu, który burzy kolejny mit:  

Owszem odniosłem kontuzję, ale nie było to wynikiem jakiejś szczególnie brutalnej gry Anglików. Mieli taki styl, grali po prostu zdecydowanie i tyle.  Oni nie byli złośliwi, nie byli chamscy. Wtedy i teraz nie mam pretensji.

Tak więc już wiemy: jednak nie ”To ten cham”, ale  ”Tottenham”!

Co jeszcze można dodać? Ciekawostkę. Mało kto pamięta, że Górnik dzięki rywalizacji z Tottenhamem nieoczekiwanie zyskał dodatkową korzyść. Otóż na Stadionie Śląskim jako support przed spotkaniem z Anglikami o mistrzostwo Polski zagrali juniorzy. Legendarny dziś Zryw Chorzów rozbił wtedy Górnika Wałbrzych chyba 10:1, a uwagę zabrzańskich działaczy zwrócił niepozorny, malutki chłopczyna. Działacze musieli szybko działać, bo chłopczynę wypatrzył też Ruch Chorzów i za przejście zdążył mu nawet zaproponować wypasiony garnitur za 3000 zł! Chłopczyna zrobił na zabrzanach tak wielkie wrażenie, że zmobilizowali się i przebili ofertę rywala. 

Tym chłopczyną był Zygfryd Szołtysik.

PS Na zdjęciu poniżej dwaj bohaterowie pamiętnęgo dwumeczu z Tottenhamem: Stanisław Oślizło (z lewej - zagrał w obu spotkaniach) i Jan Kowalski. Fotoreporter Grzesiek Celejewski zrobił to zdjęcie w kwietniu, podczas meczu oldbojów Górnika ze Spartą Mikulczyce. 71-letni Kowalski był trenerem tego zespołu, jego rówieśnik Oślizło zdecydował się na chwilę wejść na boisko!

oślizło i kowalski

PS2 Nie ma rady: znów trzeba się wybrać na oscypki;-) 

*PEMK - łza się w oku kręci...

środa, 27 sierpnia 2008
Oscypki z Barceloną

Rzadko, bo rzadko, ale czasami to się zdarza: nie ma na Śląsku ciekawego meczu. Wtedy jadę sobie zazwyczaj do Krakowa na Wisłę albo na Cracovię. Wieczorny meczyk po jednej lub drugiej stronie Błoń nie może zakończyć się ot tak: zwieńczeniem eskapady powinny być oscypki z grilla wytaplane w żurawinie i konsumowane o północy pod gwiaździstym niebem na Placu Nowym na Kazimierzu.

I tak właśnie było parę godzin temu. To wymieszanie na podniebieniu tak odległych od siebie smaków jest przeżyciem na tyle mocnym, że człowieka ogarniają dreszcze... Pycha, polecam! A wczoraj przy oscypku trwały gorączkowe rodaków i współuwielbiaczy oscypka rozmowy o tym, jak to pierwszy raz w historii polski klub pokonał Barcelonę. Oczywiście prowadzone umiarkowanie głośno, bo każdy wie, że na Kazimierzu głośnych peanów na cześć Wisły nie tyle głosić nie wypada, co po prostu nie należy. W tamtej dzielnicy jeszcze nigdy nie widziałem kibica w koszulce z Białą Gwiazdą;-)

Reasumując: oscypek z żurawiną po zwycięskim meczu Wisły z Barceloną  - bezcenne.

PS Parę słów o Wiśle. Jej wielki sukces tym bardziej, że wcale nie wszyscy piłkarze Skorży zagrali moim zdaniem dobrze. Bardzo podobał mi się Pawełek (pierwszy raz widziałem go w barwach Odry Wodzisław na halowym turnieju w Chorzowie, kiedy miał 16 lat. Od tamtej pory utkwił mi w pamięci), choć potwierdził, że mecze, w których zdarza mu się przynajmniej jeden kiks nie należą do rzadkości. Dziś to już jednak bramkarz europejskiego formatu. Bardzo podobał mi się także Brożek: Puyol na pewno zapamięta na długo wiślackiego napastnika. Parę dni temu widziałem Lecha, teraz widziałem Wisłę; obie drużyny są w formie, więc nie mogę się doczekać nadchodzącego meczu między nimi.

PS2 Nie tylko ja uznałem, że na chwilę warto ze Śląska ruszyć się do Krakowa. W tłumie zauważyłem Jana Furtoka, prezesa GKS-u Katowice.  

PS3 Pierwszy raz w życiu byłem świadkiem przemocy na stadionie w... słusznej sprawie! Było tak: akurat siedziałem w sektorze E, w większości w otoczeniu kibiców niecodziennych (znaczy przychodzących na stadion nie codziennie, a nawet nie co miesięcznie) i bardziej starszych niż młodszych. Mój sąsiad po prawej, mówił zaaferowany do kolegi, że "mecz na stadionie to jednak zupełnie co innego niż w telewizji", więc czujecie klimat.

Kiedy rozpoczął się mecz dwa, trzy rzędy niżej doszło do sytuacji zdumiewającej. Po odśpiewaniu wiślackiego hymnu stateczni kibice wokół mnie usiedli. Wyjątkiem był pewien łysy wyrostek w dresie, który siadać nie miał zamiaru. Zaraz za nim zajął miejsce starszy mężczyzna, który Reymana pewnie na własne oczy nie oglądał, ale "Messu" Gracza już na pewno. Staruszek poprosił grzecznie młodziana, żeby usiadł. Ten odpalił, że to jego miejsce i może robić co chce, po czym z drwiącą miną odwrócił się lekceważąco. W efekcie kibic zamiast goniącego piłkę Brożka miał przed oczami plecy i pośladki młodzieńca. Starszy pan prosił dresa jeszcze kilkakrotnie, podobnie jak jego sąsiedzi. Młodzian miał to gdzieś. Stał. Stał. Stał. Było w tej scenie coś strasznie odpychającego. To było chamstwo, które zapierało dech w piersiach, chyba wszyscy wokół czuli się zażenowani, zawstydzeni, zniesmaczeni. To było coś takiego, za co nawet zwykły człowiek ma ochotę dać w gębę. I zwykli ludzie na trybunach właśnie to poczuli. Daremne prośby w kosmos trwały może minutę, a potem zdarzyło się coś niespodziewanego. Nagle czyjeś rozczapierzone palce chwyciły dresa za kark i wciągnęły w otchłań między rzędami!

Począł bronić się ze straszną siłą. Zrozumiał na koniec, że go chcą zamordować; strach, rozpacz i wściekłość odbiły się na jego twarzy: piana okryła mu wargi, z piersi wydobył się ryk zwierzęcy. Po dwakroć wyrywał się z rąk oprawców i po dwakroć ręce ich chwytały go za ramiona, za piersi, za brodę i osełedec; on szamotał się, kąsał, ryczał, upadał na ziemię i znów podnosił się, okrwawiony, straszny. Podarto na nim ubranie, wyrwano mu osełedec z głowy, wybito oko, na koniec przygniecionemu do ściany złamano rękę. Wówczas padł.*  

Młodzian został przez pikników stłamszony, przeżuty, strawiony i ostatecznie wypluty. Opuszczając chyłkiem trybunę w niesławie, ale jednak w całości (wolę się zastrzec, że "wybite oko", "połamana ręka" i "wyrwany osełedec" miały tylko podkreślić dramaturgię zdarzeń) odgrażał się jeszcze; straszył kolegami i demonstracyjnie wystukiwał numer na komórce. Był żałosny, tym bardziej, że ludzie przestali na niego zwracać uwagę. Kibiców obchodził już tylko mecz, wreszcie mogli się na nim skupić. Ośmieszony dres zrozumiał, że to koniec. Już nie wrócił.

To zdarzenie utwierdza mnie w przekonaniu, że zawsze warto znać stadionową topografię swojego ulubionego klubu. Uważam, że na trybunach powinno być miejsce dla wszystkich; dla ultrasów krzyczących bez opamiętania przez cały mecz; dla kobiet, które nie chcą narażać swoich synków na wywrzaskiwane zewsząd przekleństwa; dla nie przepadających za ciągłym dopingowaniem kibiców, którzy wolą oglądać w skupieniu wydarzenia na boisku; nawet dla ziewających menedżerów pod krawatem, którzy wychodzą kwadrans przed końcem, żeby potem nie stać w korku pod stadionem. Miłość do klubu powinna łączyć ludzi różnego temperamentu, usposobienia i charakteru, ale miejsce na trybunach wręcz przeciwnie - niech ich dzieli. Niech na stadionie są miejsca, gdzie cały czas się wrzeszczy, podskakuje i nie wypada inaczej oraz miejsca gdzie siedzenie odrywa się od siedziska dopiero w 90 minucie. Tak jak flegmatyk nie pasuje do młyna, tak bezczelny dresiarz nie pasuje do sektora pikników. Nie ma rady: trzeba się dostosować. Jeśli wchodzisz między wrony musisz krakać tak jak one.

Fajnie, że dresiarz mógł się o tym przekonać. 

* Zgadliście. To stamtąd

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Poznań. Godne podziwu

Ze wstydem przyznaję, że Poznań był dotąd jedynym dużym miastem w Polsce, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Kiedyś wprawdzie widziałem w nocy peron poznańskiego dworca (jechałem wtedy nad morze robić reportaż o wyniszczającej walce firm zajmujących się holowaniem statków w szczecińskim porcie), ale to się nie liczy. Kiedy okazało się więc, że w Poznaniu w jeden weekend grają dwie śląskie drużyny - Górnik Zabrze i GKS Katowice - postanowiłem nadrobić zaległości.

Sportowy bilans tej wyprawy jest niekorzystny: 1 remis, 1 porażka, bramki 3:6. Ale co zobaczyłem, to moje.  Teraz wiem: tak jak Górny Śląsk jest wspaniały w swojej sportowej rozdrobnionej różnorodności, tak Poznań jest godny podziwu w swojej kibicowsko zwartej jednolitości. Całe to potężne miasto za Lechem przepada, tylko Lecha uwielbia i Lechem żyje. Gdyby cyrklem wyrysować wokół Poznania kółko o promieniu 150 km okazałoby się, że wszyscy kibicują ”Kolejorzowi”. Lech zasysa wszystko dookoła. U nas byłoby to niemożliwe: przecież Kraków jest niespełna 100 km od Katowic!

Co mi się podobało:

1) Wiele słyszałem o ”najlepszej publiczności w Polsce” i muszę przyznać, że wypełnione kibicami Lecha trybuny robią  wrażenie. Hałas jest duży we wszystkich sektorach, w dodatku wygląda na to, że do dopingu nie zmusza jakiś nachalny watażka w szaliku, ludzie sami chcą sobie pokrzyczeć i pośpiewać. O to chodzi.

Zaintrygowało mnie, że na stadionie Lecha pojawiło się dużo  kobiet z dziećmi. Znacznie więcej niż na śląskich stadionach. I nie są to starsze panie, które podczas meczu szydełkują, spoglądając uważnie zza okularów czy wnuczkowi nie dzieje się krzywda, ale młode, atrakcyjne mężatki w klubowych szalikach i koszulkach, które wyglądają na zainteresowane futbolem i wspólnie z dziećmi ”czynnie biorą udział w widowisku”.* 

Kiedy przed meczem obserwowałem ten rozedrgany, podniecony nadchodzącymi emocjami niebiesko-biały tłum, nagle zastanowiło mnie... jakim cudem w Poznaniu rządzi Lech! Z historycznego punktu widzenia to fakt wręcz zdumiewający. Mały dzielnicowy klubik Lutnia Dębiec, którego  przygarnęła pod swoje skrzydła kolej, owszem, rozwijał się, ale jeszcze ponad ćwierć wieku temu, już jako Lech, w polskiej piłce nie osiągnął właściwie nic. Tymczasem starsza, bardziej renomowana Warta zdobywała mistrzostwo i przed wojną i po wojnie, była w kraju znana i lubiana.

Dziś cyfry są bezlitosne: na meczu Warty z GKS-em było ok. czterdzieści razy mniej ludzi niż na meczu Lecha z Górnikiem! Kiedy nastąpił ten moment, w którym stało się wiadome, że w Poznaniu to Lech stanie się mocarzem, a Warcie pozostanie los kopciuszka? Kiedy oba kluby zamieniły się rolami? Doszło do tego nagle czy niepostrzeżenie? Co właściwie spowodowało, że Poznań zaczął kochać Lecha, a przestał Wartę? Któryś z poznaniaków może mnie oświecić?

2) Klimat do życia. W sobotni wieczór poszedłem połazić po śródmieściu. Zrobiło na mnie wrażenie. Dostojna architektura, czyste ulice, zadowoleni ludzie... Rynek zapiera dech w piersiach, a mnie dotąd niewiele rynków zaparło dech w piersiach (na Górnym Śląsku tylko jeden - kto zgadnie w jakim mieście?). A wieczorny, plenerowy koncert Ewy Bem - znakomity. Szkoda, że Szanownej Małżonki nie było przy mnie...

Tak. Poznań to miasto godne podziwu.

Co mi się nie podobało:

1) Czasami znienacka okazuje się, że człowiek nie docenia tego co ma. Rozbestwiony faktem, że na północ, na południe, na wschód i na zachód mogę sobie z Górnego Śląska podróżować wygodnymi dwupasmówkami, przeżyłem w okolicach Wielkopolski szok cywilizacyjny. Jazda jednopasmową drogą Wrocław - Poznań to wyjątkowo męczące i przygnębiające przeżycie. Sformułowanie ”masakra” dobrze oddaje stan mojego ducha - na te trzy godziny przeniosłem się wbrew woli i chęci do 1985 roku... Gdybym był poznaniakiem, to żeby nie przeżywać transportowych katuszy, siedziałbym cały czas w swoim pięknym mieście. A samochodem jeździłbym tylko na stadion;-)

PS Zapomniałbym; igrzyska się skończyły! Trochę mnie zastanawia, że polski bilans wyszedł właściwie identyczny jak w Atenach, a humory mamy znacznie lepsze niż cztery lata temu. Z jakiej racji? Moim zdaniem za bardzo nie ma się z czego cieszyć (w ogóle; w szczególe - owszem).

Słowo o Węgrach; mieli piorunującą końcówkę. Kajakarz, kajakarki i waterpoliści sprawili, że w klasyfikacji medalowej wylądowali w końcu tuż za nami. A i tak pewnie będą chcieli o Pekinie jak najszybciej zapomnieć.

No i te 51 chińskich złotych medali... Od tej pory prosze mnie tytułować ”Znawca siły chińskiego sportu Paweł Czado”. Dziękuję;-)

* tzn. wydzierają się: ”Piotrek Reiss” i takie tam...

czwartek, 21 sierpnia 2008
Wyraz twarzy Leo Beenhakkera

Najbardziej zmartwił mnie w środę mocno skrzywiony Leo Beenhakker. Podczas meczu z Ukrainą selekcjoner wyglądał na zniechęconego, zniesmaczonego, zmęczonego. Wyglądał jakby wróciły do niego nocne koszmary z Euro. Wyglądał jakby miał dość, jakby zszedł z niego cały entuzjazm, którym zaraził kadrę po nieudanym mundialu w Niemczech. Przez chwilę wyglądał nawet jakby chciał zrezygnować.

Beenhakker to jednak opanowany profesjonalista. Zdusił w sobie nastrój nieprzysiadalny, doskonale wiedząc, że jego wypowiedź na pomeczowej konferencji prasowej ma dużą siłę rażenia. Dziennikarze nie mogli więc usłyszeć, że właściwie to występ Polaków był słabiutki i źle rokujący na przyszłość, choć przecież wcześniejsze miny Beenhakkera przy ławce rezerwowych były wielce wymowne.

Nieostrożnie wypowiedziane słowa byłyby dla piłkarzy mocno demotywujące, a przecież za parę mgnień przyjeżdżają Słoweńcy. Dlatego podsumowywująca mecz wypowiedź Holendra składała się z pełnych rezerwy zdań, a nawet oszczędnych pochwał.

Ale kiedyś widziałem już tak zniesmaczonego Beenhakkera jak we Lwowie. To było dwa lata temu. Najpierw marszczył się podczas debiutanckiego meczu z Danią, a potem w trakcie otwierającego cykl eliminacyjny spotkania z Finlandią. Holenderski trener był wtedy nachmurzony prawie identycznie jak na Ukrainie, a krzaczastość jego brwi osiągała 6 stopni w skali Richtera.

Pocieszam się, że potem się rozchmurzył.

PS Czy naprawdę musimy grać jednym napastnikiem?

PS 2 Słowacja, nasz rywal w eliminacjach MŚ przegrał u siebie 0:2 z Grecją. Wygląda więc na to, że warto ze Słowakami grać systemem mocno przeze mnie  znielubianym tzw. usypiającym: Seitaridis do Kyrgiakosa, ten do Antzasa, ten do Dellasa, ten do Torosidisa, ten do Dellasa, ten do Antzasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Seitaridisa, ten  do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do Kyrgiakosa, ten do Dallasa, ten do... Bo coś nie wydaje mi się, żeby w Bratysławie Grecy nieoczekiwanie przeszli nagle na drapieżne 4-3-3... 

 

wtorek, 19 sierpnia 2008
Lwów jak Wrocław. Tylko odwrotnie

W środę reprezentacja Polski zagra towarzyski mecz z Ukrainą we Lwowie. Biało-czerwoni wracają tam po 74 latach. Tym sposobem Lwów (Львів) staje się wyjątkowym miejscem w historii polskiej piłki. Otóż będzie jedynym miastem, w którym Polacy najpierw wystąpili jako gospodarze, a później jako goście. Przed wojną trzykrotnie zagrali bowiem towarzyskie mecze na stadionie Czarnych podejmując Rumunię (w 1923 i 1934 roku) oraz Turcję (w 1926).

Dziejowa zawierucha sprawiła, że  podobna, choć niezupełnie identyczna historia dotyczy Wrocławia (Breslau), gdzie zresztą Polacy zagrają za niespełna trzy tygodnie. To miasto też jest wyjątkowe dla polskich piłkarzy, choć jego przypadek w porównaniu do Lwowa jest zupełnie odwrotny. Otóż we Wrocławiu Polacy najpierw zagrali jako goście (w 1935 roku), a dopiero potem jako gospodarze (14 meczów w latach 1950-87, a piętnasty już wkrótce w eliminacjach MŚ ze Słowenią).

Jest jeszcze jedna różnica. W środę Polacy nie zagrają niestety w tym samym historycznym miejscu, co przed wojną, bo stadion Czarnych już nie istnieje. Spotkanie odbędzie się na stadionie Ukraina, gdzie na co dzień gospodarzami są piłkarze Karpat Lwów.

Za to we Wrocławiu mecze Polaków przed i po wojnie odbywały się na tym samym obiekcie, który zresztą istnieje do dziś: Schlesierkampfbahn, którego patronem swego czasu był Hermann Göring nosi nazwę Stadion Olimpijski. Dopiero ze Słoweńcami tam nie zagramy: po raz pierwszy w historii reprezentację gościć będzie bowiem stadion Śląska Wrocław.

PS A Węgrzy nadal bez złota.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Leszek Blanik, czyli jak Ślązacy wyfruwają w świat

blanik 

Pierwszy skok wykonał kiedy miał dziewięć lat. ”Pokazałem tacie, jak robię salto na tapczanie w swoim pokoju. Tata zawołał wtedy mamę i wspólnie zadecydowali, że zacznę trenować gimnastykę w klubie Sokolnia w Radlinie. To było podobno o dwa lata za późno, bo gimnastykę zaczyna się uprawiać w młodszym wieku. Ale trenerzy uznali, że szybko nadrobię straty” - opowiadał wiele lat temu ”Gazecie”.  

Na Śląsku zrobiło się o nim głośno, kiedy w czerwcu 1995 roku zdobył na mistrzostwach Polski w gimnastyce sportowej siedem medali, w tym pięć złotych. Miał wtedy 18 lat.

Tamte mistrzostwa odbyły się w Radlinie, jego rodzinnym mieście. Stało się jasne, że młodziutki zawodnik Klubu Gimnastycznego Radlin będzie gwiazdą. I wiadomo było niestety, że jeśli dalej chce się rozwijać, będzie musiał Śląsk opuścić. Pieniądze dla gimnastyków były śmieszne. Tadeusz Sobala, trener Blanika zarabiał wtedy w radlińskim klubie 110 zł miesięcznie. Blanik, żeby dorobić, już jako nastolatek jeżdził do Pragi na zawody ligi czeskiej. Za jeden start dostawał tysiąc koron... Na pamiętnych mistrzostwach Polski w Radlinie trzynaście lat temu gimnastycy ćwiczyli na starym, wysłużonym sprzęcie. Sponsorem tamtych zawodów było miejscowe małżeństwo... rzeźników, które mistrzom ufundowało sprzęt AGD. Czy w takich warunkach można osiągnąć wysoki międzynarodowy poziom?

Nie można: Blanik opuścił macierzysty klub. Po maturze przeprowadził się do Gdańska, do ośrodka olimpijskiego i na studia w Akademii Wychowania Fizycznego. Jeszcze przez dwa lata reprezentował klub z Radlina, ale kiedy go zlikwidowano, przeniósł się całkowicie do Gdańska.   

Na podobny krok zdecydowało się wielu wybitnych śląskich sportowców. Wyfruwają w świat, bo nasze kluby są biedne, o nowiutkich basenach albo bieżniach czy specjalistycznym sprzęcie można tylko marzyć.

Otylia Jędrzejczak nauczyła się pływać na basenie katowickiego Pałacu Młodzieży (jako bajtel spędziłem na nim wiele czasu podczas zimowych półkolonii), ale szlifować olimpijskiej formy się tam nie da. Marek Plawgo opuścił rodzinny Bytom, bo jego macierzysty klub czyli Miejski Ośrodek Sportu Młodzieżowego nie był mu w stanie zagwarantować tak korzystnych warunków finansowych jak Warszawianka. Podobnie było z Arturem Nogą, mistrzem świata juniorów na 110 m przez płotki, wychowankiem Victorii Racibórz.

Mistrzowie na Śląsku pojawiają się rzadko: głównie po to żeby odwiedzić rodziców, czasem z okazji nielicznych zawodów...

To się nie zmieni, tak będzie nadal. Pocieszające jest tylko to, że na Śląsku ciągle są fachowcy hobbyści, z pasją i oddaniem szlifujący talenty, które potem, po latach, przynoszą chwałę polskiemu sportowi.

PS O tym co Ludwik Blanik powiedział synowi przed startem w Pekinie - przeczytasz tutaj.

15:30, pavelczado , Igrzyska
Link Komentarze (11) »
A co mają powiedzieć Węgrzy?!

Jeszcze niedawno wszyscyśmy byli strasznie rozczarowani bilansem polskich sportowców na pekińskich igrzyskach. Trochę odetchnęliśmy, ale co mają powiedzieć Węgrzy, wielka przecież sportowa potęga? 

Zwracam na nich uwagę, bo kiedy byłem jeszcze pacholęciem, lubiłem przyrównywać olimpijskie sukcesy biało-czerwonych do innych krajów tzw. demokracji ludowej. Inaczej pisząc: zawsze interesowało mnie czy jesteśmy na igrzyskach lepsi od Rumunów, Bułgarów, Czechosłowaków albo Jugosłowian, czy może jednak gorsi. W kompleksy zawsze wpędzali mnie Węgrzy. Zastanawiałem się jak to możliwe, że taki mały naród (Węgrów jest prawie cztery razy mniej niż Polaków), osiąga tak znakomite wyniki w sporcie!

Po pierwsze: w przeciwieństwie do biało-czerwonych Węgrzy zdobywali złote medale we wszystkich letnich igrzyskach w których startowali, począwszy od 1896 roku. Pierwszym legendarnym idolem był student architektury Alfréd Hajós, który już 112 lat temu został pierwszym w historii pływackim mistrzem olimpijskim (wygrał wyścigi na 100 metrów oraz na 1200 metrów).

Po drugie: Węgry prawie zawsze wyprzedzali nas w klasyfikacji medalowej, dwa razy łapali się nawet do pierwszej trójki (oni byli od nas lepsi 15 razy, my od nich - tylko trzy; w Monachium, Montrealu i Atlancie)

Po trzecie: Węgrzy tylko w ostatnich trzydziestu latach zdobyli aż 52 złote medale (my zdobyliśmy o dziewięć więcej, ale... w całej historii naszych startów na letnich igrzyskach). Najgorszy wynik w tym okresie osiągnęli w Atlancie -zdobyli wówczas ”tylko” siedem złotych medali (tak jak Polska, dla której były to z kolei najlepsze igrzyska w ostatnim ćwierćwieczu). Na ostatnich dwóch igrzyskach - w Sydney i w Atenach - Węgrzy zdobyli po osiem złotych medali, my takiego wyniku nie osiągnęliśmy nigdy (najwięcej było siedem).

No a teraz? Dotychczasowy bilans Węgrów w Pekinie wygląda bardzo źle. W pierwszym tygodniu następcy Laszlo Pappa czy Krisztiny Egerszegi nie zdobyli ani jednego złotego medalu! Na razie wywalczyli tylko cztery srebra i jeden brąz, a w generalnej klasyfikacji medalowej zajmują dopiero 41. miejsce (nigdy nie byli tak nisko). Byłoby jeszcze gorzej, ale fakt, że bilans nie jest całkowicie tragiczny jest zasługą Laszlo Cseha. Ten znakomity pływak miał potwornego pecha, bo trafił na kogoś takiego jak Phelps. Węgier, jak cień Amerykanina, był trzykrotnie drugi (200 m i 400 m zmiennym oraz 200 m motylkowym). Czwarte srebro dorzucił Węgrom zapaśnik Zoltan Fodor, a jedyny brąz to zasługa szpadzistki Ildiko Mincza-Nebald. I... to na razie wszystko! 

Czy zły los może się od Węgrów odwrócić? Czy będą w stanie w Pekinie zdobyć choć jeden złoty medal olimpijski? Nie chce mi się wierzyć, żeby nie przełamali niepomyślnej passy. Mogą zawieść wszyscy, ale nie waterpoliści. Kto nie jak ośmiokrotni już mistrzowie olimpijscy (aktualni od 2000 roku) uratują honor Madziarów?

PS Kryzys Węgrów ilustruje poniższe zestawienie. Gdyby żelazna kurtyna istniała do dziś to medalowa tabela demoluda wyglądałaby tak*:

1. ZSRR: 16 złotych, 26 srebrnych i 41 brązowych; 

(na ten dorobek złożyłaby się Rosja 7-12-12, Ukraina 5-3-6, Gruzja 2-0-1, Kazachstan 1-3-4, Azerbejdżan 1-2-2, Białoruś 0-3-7, Kirgistan 0-1-1, Uzbeskistan 0-1-1, Estonia 0-1-0, Armenia 0-0-5, Litwa 0-0-1 i Tadżykistan 0-0-1). ZSRR zajmowałby dziś miejsce w klasyfikacji generalnej za Chinami i USA. 

2. Czechosłowacja: 5 złotych, 4 srebrne i 0 brązowych;

(na ten dorobek złożyłyby się Słowacja 3-1-0 i Czechy 2-3-0)

3. Rumunia: 4 złote, 1 srebrny i 3 brązowe;

4. Polska: 2 złote, 3 srebrne i 1 brązowy;

5. Jugosławia: 1 złoty, 3 srebrne i 4 brązowe;

(na ten dorobek złożyłyby się Słowenia: 1-1-2, Chorwacja 0-1-1 i Serbia 0-1-1)

6. Bułgaria: 1 złoty, 1 srebrny i 1 brązowy;

7. Węgry: 0 złotych, 4 srebrne i 1 brązowy;

8. Albania: 0 złotych, 0 srebnych i 0 brązowych

*W tabeli nie uwzględniłem NRD, bo nie chce mi się sprawdzać ile tegorocznych niemieckich medali jest zasługą ossies;-)

00:02, pavelczado , Igrzyska
Link Komentarze (6) »
piątek, 15 sierpnia 2008
Porzucają Wisłę dla Barcelony

Zniechęcony wieściami z igrzysk postanowiłem je na kilka dni odpuścić. W poniedziałek trzy pokolenia Czadów (dziadek, ojciec i wnuko-syn) wrzuciły parę podkoszulków do auta i przejechały się na mecz do Barcelony. Jadąc tam i z powrotem mieliśmy mnóstwo niespotykanych zdarzeń głównie natury meteorologicznej (tam - mistral albo jakiś ichniejszy boreasz w Langwedocji, z powrotem - trąba powietrzna na opolskim odcinku A4), ale wszystko dobrze się dla nas skończyło.

Na Camp Nou obserwowałem zachowanie swojego dziesięcioletniego syna, który wrzeszczał jak szalony po każdej bramce barcelończyków (to dla niego był ten wyjazd). Potwierdził się fakt, który zaobserwowałem już wcześniej. Oto z nowym pokoleniem rośnie nowy, niespotykany dotąd rodzaj polskich kibiców, do których należy także Junior.

Dwadzieścia lat temu ich istnienie byłoby nie do pomyślenia. Mnie porażka Wisły zmartwiła, synowi jej los był całkowicie obojętny. Dla niego Wisła znaczy tyle samo co Szachtar Soligorsk albo Al Ahly, on skupiał się na Barcelonie i cieszył się nią.

Za moich czasów na naszym podwórku pierwszym i najważniejszym ulubionym klubem była zawsze drużyna z Polski. Można było lubić Real, Milan, Liverpool ale dopiero na drugim miejscu, w uzupełniającym, można stwierdzić telewizyjnym, ujęciu.

Teraz tendecja się odwraca. Junior ma swoje sympatie w polskiej lidze, namawiam go do chodzenia na mecze, ale nasze rozgrywki to dla niego niestety tylko deser, a i to niekonieczny. Bo mali polscy (i nie tylko polscy) kibice porzucają Legie, Wisły, Ruchy, Górniki dla Barcelon, Reali, Manchesterów.

Bezpowrotnie.

Na zawsze.

Kibicowska globalna uniformizacja postępuje coraz bardziej. Czy to źle? Niektórzy powiedzą, że tak. Inni, że nie. A ja się martwię. Chciałbym temu zaradzić.

Ale nie wiem jak.

PS Po wyjściu ze stadionu wypatrzyłem w tłumie kibiców, którzy włożyli klubowe koszulki z napisem na plecach "Maciek" i "Marek". To były koszulki Barcelony.

PS 2 Oczywiście barceloński rozmach oszałamia, tym klubem rzeczywiście żyją na co dzień tysiące ludzi. Ale było także coś co mnie niemile zaskoczyło. W sklepiku Barcelony można w jej barwach kupić właściwie wszystko, można umeblować sobie kuchnie i pokój dziecinny, a także sypialnię... Ja od slipek i pościeli wolałbym dobrze udokumentowaną statystycznie monografię o dziejach Barcelony. - Nie ma. Kibice nie kupują książek - usłyszałem w kasie. O w mordę; wygląda na to, że przeciętny fan FCB uwielbia Messiego, pamięta de Boerów, kojarzy Stoiczkowa i Cruyffa, ale na nazwiska Kocsisa, Kubali albo Ramalletsa reaguje wzruszeniem ramion...

PS 3 Bardzo żałuję, że nie mogłem zostać w Barcelonie do weekendu. W sobotę ekipa Guardioli gra  mecz o Trofeo Joana Gampera z samym Boca Juniors (bilety na Argentyńczyków były znacznie droższe niż na Polaków). Zobaczyć Boca w Europie - bezcenne. Zobaczyć choćby dla piłkarza, którego tak wychwala Futbolin. Ale tym razem się nie udało...

PS 4 Wróciliśmy w porę. O tym jak Tomasz Majewski walczy o złoto dowiedzieliśmy się w samochodzie, dzięki radiowej transmisji.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
0:0, ale mnie się podobało

Na stadionie w Zabrzu tym razem nie było błyskotliwie, ale na pewno bardzo ciekawie.

Co w 91.Wielkich Derbach Śląska mnie zainteresowało?

a) w jaki sposób trener Wieczorek próbował zaskoczyć trenera Radolsky'ego. Wszyscy się spodziewali, że trener Ruchu postanowi stworzyć przewagę liczebną w środku pola. I rzeczywiście; na zabrzański duet Brzęczek -Bajić wystawił trójkąt ostrzem skierowany w stronę bramki Górnika: 

                 Pulkowski

          Straka     Scherfchen

Ten manewr miał przeszkodzić w organizacji płynnej gry Górnika. Straka prawie nie odstępował Brzęczka, odcinał go od podań i właściwie nie dał mu pograć. Ale Wieczorek chyba przewidział, że tak będzie, bo w I połowie Górnik częściej i groźniej atakował nie środkiem tylko skrzydłami. Madejski z lewej i Bonin z prawej strony na początku byli właściwie nie do zatrzymania (w dodatku dezorientowali rywali zamieniając się nawzajem pozycjami). Bardzo szybki i zdecydowany Madejski w I połowie był najlepszy na boisku. To właśnie on popisał się jedynym błyskotliwym zagraniem w tym meczu, kiedy pięknie minął Barana i wtargnął z piłką w pole karne. Ale strzał nie był już tak dobry jak zwód...

Bonin i Madejski mieli dogrywać do będącego w formie Pitrego. Plan załamał się kiedy jeszcze w I połowie Pitry w jednym ze starć pod polem karnym Ruchu został kopnięty w czaszkę. Od tej pory, choć nadal się starał, to jednak przestał być groźny. Tymczasem trener Wieczorek liczył na niego prawie do ostatka. Przeliczył się.

b) w jaki sposób trener Radolsky próbował zaskoczyć trenera Wieczorka. Na szpicy (Ruch grał 4-5-1) słowacki szkoleniowiec wystawił tym razem nie Fabusza, którego Hajto w starciu bezpośrednim pewnie dość szybko by stłamsił (psychicznie albo fizycznie, co za różnica). Zamiast rodaka posłał do ataku Marcina Sobczaka, który Hajty wcale się nie przestraszył. Mocno zbudowany młodzian był potwornie nabuzowany, przypominał mi rozpędzonego bizona. Hajto szybko przekonał się, że parę ostrych wychowaczych wślizgów na początku meczu tym razem nie da efektu. Sobczak grał bardzo agresywnie, zdarzyło się nawet, że zaskoczonego Hajtę wywrócił. Przypomniał mi się w tym momencie duński tank Preben Elkjaer, choć u Duńczyka agresja szła w parze z umiejętnościami światowej klasy. Sobczak poza przyjmowaniem i oddawaniem ciosów od strony czysto piłkarskiej niewiele mógł zdziałać, chyba nie oddał nawet strzału na bramkę. Kiedy nie miał już sił na samotną orkę z przodu, Radolsky wykonał sprytny manewr. Za Sobczaka wpuścił... prawego obrońcę Jakubowskiego. Jakubowski zajął miejsce dotychczas grającego tam Grzyba, a kapitan Ruchu przesunął się bliżej środkowej linii, na dobrze sobie znaną pozycję skrajnego pomocnika. Z  kolei występujący tam dotychczas Marcin Zając został przesunięty na szpicę. Zmęczony twardą, fizyczną walką z Sobczakiem Hajto musiał teraz szybko się przestawić i toczyć pojedynki z zupełnie innym typem napastnika. Ten manewr omal nie przyniósł Ruchowi powodzenia w samej końcówce. Rozpędzony Zając miał świetną okazję, ale minimalnie przestrzelił.

c) w jaki  sposób Ruch poradzi sobie po czerwonej kartce Scherfchena. Parę minut wcześniej Wieczorek ściągnął zmęczonego Bonina (wiedziałem, że po godzinie gry będzie musiał wymyślić coś nowego, bo niedawno Bonin mówił mi, że nie ma jeszcze siły na cały mecz). Myślałem, że zastąpi go chyżonogi Malinowski, ale na boisko wszedł Kołodziej i Górnik od tej pory grał właściwie bez prawego pomocnika (w lukę wchodził Zahorski z przodu, albo grający tym razem na prawej obronie Pazdan z tyłu). Wiadomo było, że od tej pory Ruch nie będzie mógł sobie pozwolić na faule w pobliżu pola karnego, bo Kołodziej ma dziś najlepszy w Polsce strzał z rzutu wolnego (tym razem nie miał jednak okazji się wykazać). Przyznam, że kiedy sędzia pokazał Scherfchenowi drugą żółta kartkę, myślałem, że gol dla  Gornika jest tylko kwestią czasu. Układ sił w środku się zmienił z 3:2 dla Ruchu na 3:2 dla Górnika i lada moment gospodarze mieli zdominować środek pola.

Ruch poradził sobie, bo dopisało mu szczęście, a raczej... nadpobudliwość Marko Bajicia. Serb zobaczył drugą żółtą kartkę za niepotrzebny faul w środku pola i to na pewno dla Górnika jest niepokojący sygnał. Bo ten piłkarz po raz drugi gra w WDŚ i po raz drugi osłabia swój zespół przymusowym zejściem z boiska. Chyba trzeba przeanalizowac jego profil psychologiczny...

d) jak ze stresem poradzą sobie bramkarze. Poradzili sobie, byli bezbłędni. Pilarz może stać się wizytówką Ruchu na co najmniej kilka lat, właściwie to już jest czołówka ligi. Nowak też gra tak, że za Peskoviciem w Zabrzu chyba nikt przesadnie nie tęskni. 

e) czy na meczu będą jacyś kibice Ruchu w szalikach. Zorganizowana grupa chorzowskich kibiców zrezygnowała przecież z przyjazdu na Roosevelta, więc na sektorach zwykle zajmowanych przez fanów gości zasiadła tym razem zabrzańska publiczność. Ale jednego szalikowca Ruchu zauważyłem! Oczywiście nie był na tyle szalony, żeby siedzieć w zwykłym sektorze. Przycupnął w sektorze dla vipów.

Ogólnie wynik uważam za sprawiedliwy, choć gdyby Górnik w I połowie strzelił jakąś bramkę nikt w Chorzowie nie mógłby narzekać na pecha. 

 
1 , 2
Archiwum