niedziela, 23 sierpnia 2009
Czas na przerwę

Wróciłem z meczów Polonii Bytom z Koroną Kielce, GKS-u Katowice z Górnikiem Łęczna i Zagłębia Sosnowiec z Ruchem Radzionków. Tego rodzaju trójpaki rozochocone Czadoblogi lubią najbardziej.

Co mi się podobało:

a) gra Miroslava Barcika. Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik, a Słowak będzie pretendować do miana najlepszego obcokrajowca w polskiej ekstraklasie. Oj, pilnuj go Polonio, pilnuj... Barcik jest pomysłowy, hardy, inteligentny, pewny siebie. Świetny technik, twardy wojownik - w zależności od okoliczności potrafi zwolnić, albo natychmiastowym podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. Nie tylko myśli, ale bardzo szybko myśli. To po prostu gracz, który na boisku robi różnicę.

W meczu z Koroną podobała mi się współpraca tria Barcik - Bażik - Podstawek. Grzegorz Podstawek musi się starać, żeby jego miejsca nie zajął kolejny cudzoziemiec w Bytomiu - Litwin Luksys. To dlatego, że napastnik Polonii nadal ma zdecydowanie za duży odsetek marnowanych sytuacji w stosunku do zdobywanych goli.

b) widok płotów przy stadionie Polonii. Otóż w sobotę siedziało na nich dużo ludzi, których nie było stać na bilet, malców, wyrostków, ale zauważyłem też... kobiety! Ludzie siedzą na płotach przy stadionach tylko wielkich klubów. Fajnie, że mecz w Bytomiu znów, po latach, potrafi wzbudzić takie zainteresowanie jak za najlepszych czasów. Fajnie, że ochrona zachowała się po ludzku - pozwoliła na tych płotach kibicom zostać...

c) docenianie przeszłości. Kończący karierę Mirosław Widuch odszedł z GKS-u już cztery lata temu, ale w sobotni wieczór dostał tam owację na stojąco. Katowiccy fani pamiętali, że "Wiluś" spędził na Bukowej aż 12 sezonów.

Co mi się nie podobało:

a) najbardziej oczywiście nieskuteczność. Średnia dniówki czyli 0,33 gola na mecz woła o pomstę do nieba. I nie pomogą nawet desperackie gesty trenera Piotra Pierścionka (właściwie już Pierścienia) z Zagłębia Sosnowiec. Jego but wykonał dłuuuugi lot, kiedy wściekły szkoleniowiec machnął nogą, gdy tuż przed końcem ulubiony piłkarz Czadobloga  zmarnował setkę.

b) gra Rafała G. w meczu Polonii. Tłumaczenia, że to fajny facet, dusza człowiek, który tak jak wielu innych dostał się w tryby miażdżącej wszystko bezdusznej korupcyjnej machiny, przyjmuję do wiadomości, ale tylko przyjmuję. Moim zdaniem, piłkarz, który ma postawione zarzuty korupcyjne nie powienien grać w profesjonalnej lidze. Może dla niektórych będzie to przesadą, ale dla mnie futbolista jest zawodem zaufania publicznego. Pisałem już zresztą w podobnym tonie o podobnym przypadku w innym śląskim klubie.

c) że w GKS-ie Katowice brakuje zawodników, którzy byliby w stanie pokierować grą. Widać, że zespół się stara, potrafi grać bardzo ostro (kilku dzisiejszych wycinek łęczniaków nie powstydziłby się Vinnie Jones), ale brakuje pomysłu. W Katowicach tym razem bardziej zaskoczyło mnie coś poza boiskiem. W przerwie meczu w salce reprezentacyjnej jeden z członków zarządu Górnika Łęczna przerwał vipom i innym bywalcom zażeranie się mięsiwem różnego rodzaju (catering na Gieksie rzeczywiście jest coraz lepszy) i wygłosił krótki spicz na cześć gospodarzy. Że GKS szanuje, docenia, lubi no i życzy wszystkiego najlepszego. A potem z triumfem wręczył prezesowi flaszkę whiskacza. Waszym zdaniem to gest dziwny czy raczej najzwyczajniej sympatyczny?

PS Pisałem już ile czasu zajmuje droga z tego stadionu do tego i z tego do tego. Ale czas potrzebny na przejazd spod Polonii Bytom pod GKS Katowice to na Czadoblogu nowość: 18 minut i 36 sekund.

PS2 Od znajomych słyszałem, że w piątek autostradę A4 na linii Górny Śląsk - Dolny Śląsk wzięli we władanie kibice Ruchu Chorzów. Żeby zrozumieć o co chodzi, wcielmy się na chwilę w skórę obywatela Niemiec wracającego przywołaną przeze mnie autostradą do ojczyzny. Gdzieś tam pod Legnicą ponoć budują wiadukty, więc tworzą się korki. Wyobraźcie sobie minę Niemca, który nagle widzi, że ze wszystkich stojących przed nim i za nim samochodów wysiadają bardzo dobrze, dobrze i średnio zbudowani dynamiczni młodzieńcy z biało-niebieskimi szalikami i zaczynają dyskutować o nie wiadomo czym. Nie wysiada tylko on...

Ponoć niebeskich pojechało do Lubina aż 1300 chłopa! W Chorzowie ten mecz ogłoszono wyjazdem roku. Widać więc co to znaczy posiadać piękny stadion. Przecież wydawałoby się, że pod względem sportowym, turystycznym i kibicowskim wyjazd do Lubina nie jest żadną wielką atrakcją. A jednak jest - właśnie z powodu świetnego obiektu... Kibice tęsknią za takimi stadionami, więc podobnej Dialog Areny życzę Ruchowi z całego serca (z taką różnicą, żeby pozostawić starą trybunę z dachem, powiększyć trochę trybuny w stosunku do lubińskiego pierwowzoru, a Omegę podwiesić gdzieś pod dachem)... 

PS3 Uprzejmie informuję, że z istotnych powodów Czadoblog będzie teraz nieaktywny. Do odwołania.

czwartek, 20 sierpnia 2009
1005 minut. Legenda wraca z emigracji

Interwencja Piotra Czaji w meczu z Gwardią Warszawa

Trudno w to uwierzyć, ale ten rekord jest niepobity od prawie 40 lat! Czy wiecie który bramkarz w polskiej lidze najdłużej utrzymywał czyste konto? W 1970 roku Piotr Czaja jako zawodnik GKS-u Katowice i Ruchu Chorzów był niepokonany przez aż 1005 minut! Jego transfer z Bukowej na Cichą wywołał w tamtym czasie mnóstwo niezdrowych emocji - mówi się, że to od tego momentu zaczęła się narastająca niechęć fanów obu drużyn...

Potem Czaja dał się zapamiętać kibicom jeszcze w 1982 roku: u Antoniego Piechniczka na hiszpańskim mundialu był trenerem bramkarzy - wiele zawdzięcza mu Józef Młynarczyk. Czaja ponoć katował bramkarzy treningiem, ale jako że sam w nich uczestniczył wykazując się świetną sprawnością, jego podopieczni nie mogli psioczyć. Miał autorytet...

Potem wyjechał do Niemiec. Odseparował się od środowiska i ludzie trochę o nim zapomnieli. Dziś ma 65 lat i postanowił wrócić do Polski na stałe, więc to niezły moment, żeby powspominać stare dobre czasy. Dawny mistrz więc wspomina, ale lepiej żeby ten wywiad przeczytali tylko kibice Ruchu Chorzów. Kibicom GKS-u Katowice odradzam, bo zrobi im się przykro.

Ba, dawny mistrz dał się nawet namówić na wizytę na stadionie, żeby po latach znów zobaczyć mecz w polskiej ekstraklasie! Trafiło na spotkanie Ruchu z Arką Gdynia. Ochroniarze pod chorzowskim stadionem oczywiście Piotra Czai nie rozpoznali, nie honorowali dawnych legitymacji, więc ”Gazeta” musiała interweniować. Ostatecznie dawny as Ruchu na trybunę wszedł, gdzie serdecznie się wyściskał z Janem Rudnowem, lekko zaszokowanym jego niespodziewaną wizytą dawnym kolegą z drużyny...

Co można dodać? Można się tylko cieszyć, że wkład w rozwój śląskiego futbolu mają tak wyraziste osobowości jak Piotr Czaja. Czy ktoś za jego życia pobije ten wyśrubowany rekord?

Piotr Czaja

środa, 19 sierpnia 2009
Tak się buduje klubowy wizerunek

Futbolową Polskę zalewają przykłady niechęci, złośliwości, złej woli czy też lenistwa. Dlatego cieszy każdy jaśniejszy moment, który przywraca - że się tak górnolotnie wyrażę - wiarę w drugiego człowieka. Tym razem moją wiarę w drugiego człowieka wzmocniło Zagłębie Sosnowiec.

Zapoznani kibice doskonale wiedzą, że już w sobotę, w grupie zachodniej II ligi, odbędzie się spotkanie na szczycie. Mecz rzeczywiście zapowiada się elektryzująco, bo zarówno drużynie lidera - Ruchu Radzionków, jak i drugiego wicelidera - Zagłębia Sosnowiec - jest wielu zawodników, którzy potrafią bardzo dobrze grać w piłkę, wyróżniali się nawet na boiskach ekstraklasy. Zagłębie ma dwa punkty straty i żeby wyprzedzić niepokonane dotąd cidry musi ten mecz wygrać.

Kibicowska mobilizacja w Radzionkowie jest niecodzienna. Fani, którzy chcą wspomóc Ruch dopingiem wyznaczyli sobie nawet zbiórkę pod Centrum Kultury Karolinka. Klub z Radzionkowa poprosił gospodarzy o 300 biletów.

Aż tu nagle jak grom z jasnego nieba rozeszła się wieść, że nie ma mowy, żeby radzionkowscy kibice weszli na Stadion Ludowy. Wszystko przez przepisy nowej ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Precyzuje ona, że fani nie mogą już zajmować sektorów z miejscami stojącymi. A właśnie miejsca stojące są w sektorze przeznaczonym na Ludowym dla kibiców gości. Zdanie policji? Przewidywalne. Prezesowi klubu, gdyby wpuścił fanów gości, groziłaby sprawa karna.

Wieści przyjąłem ze wzruszeniem ramion, bo dokładnie takich się spodziewałem. Zniechęcony nie sądziłem, że w tej sprawie mogłoby się coś zmienić. Tymczasem Zagłębie zdecydowało się na krok zaskakujący, niespodziewany, fantastyczny! Klub w przyśpieszonym tempie kupił 333 siedziska, które na sektorze kibiców gości zobowiązał się zamontować Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Gdyby nie decyzja działaczy sosnowieckiego klubu zorganizowana grupa kibiców Ruchu dotarłaby najwyżej do rogatek Sosnowca.

Jestem pod wrażeniem decyzji Zagłębia. Tak się buduje klubowy wizerunek! 95 procent klubów na miejscu sosnowiczan nie kiwnęłoby palcem w sprawie fanów gości. „Nie mamy możliwości przyjąć na trybunach gości” - rozkładają ręce w takiej sytuacji rzecznicy prasowi z zakłamanym ubolewaniem. Najłatwiej i najwygodniej kibiców gości po prostu nie przyjąć.

Gest ludzi Zagłębia warto więc docenić przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze: zachowali się dżentelmeńsko w nie byle jakim momencie, a właśnie przed spotkaniem z najgroźniejszym rywalem do awansu.

Po drugie: sosnowiczanie mocno nadwyrężyli mit jakoby Gorol na Hanysa nawet spojrzać nie umiał i odwrotnie. Różnice kulturowe między regionami może i są, antagonizmy może i występują, ale cieszy, że akurat w takim momencie nie miało to żadnego znaczenia. Bo piłka nożna jest dla kibiców!

Po tym geście w Radzionkowie nikt zapewne nie zapałała do Sosnowca nagłą miłością, ale Zagłębie na pewno zyskało sobie w mieście św. Wojciecha swoisty rodzaj szacunku. No i jestem przekonany, że Ruch zapewne zrobi wszystko, żeby rewanż mogli z kolei zobaczyć kibice z Sosnowca (na razie w sektorze gości ilośc krzesełek jest śladowa).  

PS Przepis wymuszający odejście w niebyt tzw. miejsc stojących jest dla mnie nie tylko przejawem troski o poprawę stadionowej infrastruktury, ale przede wszystkim sposobem walki z chuligaństwem na trybunach. Oczywiście jestem całym sercem za bezpardonową walką z chuligaństwem na trybunach, ale akurat ten krok nie do końca mnie przekonuje.  

Przyjęło się, że miejsca stojące zawsze gromadziły na stadionach element najbardziej żywiołowy, fanatyczny, nieokiełznany - taki u którego hasło ”przemoc” wywołuje radosne przebieranie nogami i nerwowe rozglądanie się wokół w poszukiwaniu pacjenta.

Owszem, tak chyba właśnie jest, choć muszę zaznaczyć, że nie każdy, kto ogląda mecz na stojąco - a wiem, co piszę - jest lubiącym ustawki i przygodny seks dwudziestoletnim młodzieńcem bez większych perspektyw, z zepsutymi zębami i wytatuowanym na ramieniu buldogiem.

Pomysłodawcom nowej ustawy chodzi o to, żeby stadion nie miał własnej geografii. Żeby wszędzie, w każdym miejscu było jednakowo przyjemnie i bezpiecznie. Rozumiem ich intencje, ale nie wiem czy to do końca dobry pomysł. Chyba wolałem czasy kiedy dokładnie wiadomo było, gdzie mają usiąść dziadkowie z wnuczkami i zakochane pary, gdzie dobrze sytuowani krawaciarze z biur, a gdzie rośli wygoleni młodzieńcy uwielbiający skandować hasła w stylu: „panie sędzio, prosimy jeszcze raz przeanalizować sytuację” albo „serdecznie pozdrawiamy napastnika gości z numerem 10”... 

Nikomu przecież nie trzeba tłumaczyć, że już do końca świata na mecze piłkarskie będą przychodzić ludzie różniący się stylem bycia, kulturą i temperamentem. Bo taka jest istota futbolu - sportu łączącego ludzi, których dzieli wszystko.

Kiedy stadiony miały geografię, łatwiej można było przewidzieć, które miejsca mogą nam bardziej odpowiadać, a które mniej. Chodzi o to, żeby nie przydarzyła nam się sytuacja, kiedy zapraszamy żonę/ojca/wnuka/partnera biznesowego na mecz, a rząd przed naszymi miejscami jest niespodziewanie zajęty przez bywalców nieistniejących już miejsc stojących, którzy oczywiście stoją. A na nasze nieśmiałe uwagi, żeby może usiedli, bo nic nie widać, odpowiadają: „spierdalaj”. 

niedziela, 16 sierpnia 2009
Bestia na Śląskim Klasyku

Wróciłem z meczu Górnika Zabrze z GKS-em Katowice.

Co mi się podobało:

a)  oczywiście najbardziej podobała mi się znakomita atmosfera na trybunach. Z dobrych źródeł wiem, że było około 23 tysięcy kibiców. Można było upchać ich tylu dzięki temu, że zlikwidowano strefy buforowe między sektorami kibiców gospodarzy i gości. Już na ulicach pod stadionem i pod kasami fani obu drużyn się wymieszali - żółtokoszulkowi gieksiarze spacerowali po Roosevelta i okolicach jakby byli na Bukowej i nikt nie miał im tego za złe. Dlatego dobrze, że tym razem zdrowy rozsądek wziął górę nad sztywnymi przepisami, choć wziął jednak dość opornie, bo przez moment służby ochroniarskie nie chciały się zgodzić na zlikwidowanie buforów. Na szczęście jakiś dowódca ostatecznie pomyślał więc cała misa stadionu mogła wypełnić się do ostatka, a żółta masa rozlała się szerzej po zakolu. Dzięki temu świetnie wychodziła meksykańska fala, w której oczywiście brali też udział fani gości. Katowiczanie pobili rekord: podejrzewam, że nigdy w historii zabrzańskiego stadionu od momentu jego wybudowania w 1934 roku, na meczu piłkarskim nie było tak potężnej pod względem ilości zorganizowanej grupy kibiców drużyny przyjezdnej (podobno ponad cztery tysiące).

Do pewnego zgrzytu doszło tylko na płaszczyźnie vip-owskiej, ale o tym przeczytacie w relacji z meczu Maćka Blauta.

Przy okazji muszę oddać honory Stowarzyszeniu Kibiców Górnika Zabrze. Pamietacie rok 2006 i kwietniowy mecz choćby z Zagłębiem Lubin, na którym pojawiło się zaledwie 1700 widzów? Zdesperowany klub obniżył potem ceny biletów do 5 złotych i dzięki temu frekwencja na Roosevelta wystrzeliła do góry i tam już została. Dwa tygodnie później na spotkanie z Amicą przyszło 15 tysięcy ludzi. Przyjęło się, że był to genialny pomysł rządzonego wtedy przez Frenkiela klubu, tymczasem - jak się okazuje - stała za tym grupka aktywistów ze stowarzyszenia. Nie wiedziałem o tym. A że się dowiedziałem, więc piszę.

b) „wejście smoka” Alesa Besty. A właściwie „wejście bestii”, bo tak kibice już zaczęli nazywać czeskiego napastnika. Debiut miał wymarzony. Wszedł jako rezerwowy, błyskawicznie zaliczył efektowną asystę i wspaniałego gola. Szczęście jednych, jest nieszczęściem innych. Besta miał zagrać dopiero przez ostatnie pół godziny, ale na początku meczu urazu doznał Robert Szczot, więc wyjście Czecha na plac w 21 minucie stało się potrzebą chwili. Do tej pory mecz był wyrównany, Górnik nie potrafił sobie poradzić z taktyką GKS-u. Besta zmienił obraz gry w piorunującym tempie. Sprytne wyłożenie piłki Strąkowi przed pole karne dwie minuty po wejściu i strzał przy słupku jak smagnięcie biczem osiem minut po wejściu, wprawiło w amok biało-niebiesko-czerwoną część publiki. Gdyby jedenaście minut po wejściu debiutant wykorzystał sytuację sam na sam, byłaby pełnia zabrzańskiego szczęścia. Uderzył sprytnie, ale tym razem się nie udało.

Wygolony na krótko Czech jest typem boiskowego bandyty, zakapiora. Nie da się stłamsić, nie da się zastraszyć. Szybki, agresywny, zdecydowany - nie każdy potrafiłby rozbić głowę Adrianowi Napierale, a po starciu z Czechem, katowicki obrońca musiał grać z zabandażowaną głową już do końca meczu. Beście brakuje na razie kondycji, co nie jest dziwne, bo ostatnio właściwie nie grał. Od tego meczu wiadomo, że w ataku Górnika wreszcie będzie jakaś konkurencja. Dla kibiców Górnika ważna jest także wieść, że urodzony w Ostrawie Besta czuje się Ślązakiem! Tak przynajmniej zadeklarował. Jego aklimatyzacja w Zabrzu powinna przebiec więc bezboleśnie...  

Co mi się nie podobało:

a) jak ułożył się mecz. Po drugim golu z Gieksy całkiem zeszło powietrze, wiadomo było, że drużyna Nawałki nie jest w stanie już nic zdziałać. Można uznać, że od 30 minuty było już tylko czekanie na końcowy gwizdek, emocje wyparowały. Owszem, nikt nie odpuszczał - gdyby połączyć wszystkie wślizgi gości podczas tego meczu w jeden, to mogliby zajechać na tyłku na Bukową. Ale tym razem z tej ofiarności i zaciętości nie wynikło dla GKS-u kompletnie nic. Widać było jak na dłoni różnicę między drużyną, która chce awansować, a drużyną, która chce się utrzymać. 

starcie pod bramką GKS-u

Drugą połowę trzeba było więc tylko odbębnić i tyle. Jedynym jasnym punktem u gości był były gracz Górnika Grzegorz Goncerz, a jego błyskotliwy drybling w 60 minucie, po którym Krzysztof Kaliciak powinien strzelić kontaktowego gola był naprawdę godny podziwu. Ciemnym punktem był za to Gabriel Nowak, który nigdy nie powinien brać się za rozgrywanie. Nigdy!

b) 76 minuta na trybunach. Wynika ona z tego nieszczęsnego trójstronnego toksycznego przyciągania, o którym już tak wiele pisałem. Pisałem i pisałem, więc zdumiony dowiedziałem się właśnie, że przez to ciągłe pisanie przyczyniam się do tego, że to przyciąganie jest jeszcze bardziej toksyczne - jeśli wiecie, co chcę powiedzieć...

Co zauważyłem:

a) właściwie nie co, a kogo. Pewnego dawno przeze mnie niewidzianego menedżera, który w przeszłości załatwił Górnikowi co najmniej dwóch bardzo dobrych zagranicznych piłkarzy. Co wyniknie z jego niepodziewanej obecności na Roosevelta? Zobaczymy. Coś może wyniknąć... 

PS Tworzenie ognistej atmosfery przez wielki tłum jest dość łatwe. Gorzej, kiedy na meczu jesteś jedynym kibicem swojej drużyny. Ale jednak można przynajmniej spróbować, co udowodnił wczoraj samotny fan Górnika Polkowice na stadionie Ruchu Radzionków. Jego bęben było słychać nawet wtedy, gdy wszystko było już dla Polkowic pozamiatane. Gapiłem się na niego i gapiłem. Szacunek!

samotny fan Górnika Polkowice

sobota, 15 sierpnia 2009
Górnik kontra GKS. Top 10

W Zabrzu wielkie święto. Jutro, po czterech latach przerwy, ligowy mecz między Górnikiem Zabrze, a GKS-em Katowice. Pół Górnego Śląska czeka na to spotkanie. Stadion ma być pełny, skupiony nie na zadymach (szalikowcy sobie sprzyjają), a na dopingu, który według zapowiedzi ma być fantastyczny i słyszalny być może nawet na Jasnej Górze..

Przez niespełna pół wieku oba zespoły zagrały przeciw sobie wiele niezapomnianych ligowych spotkań. Pierwszy spotkanie o punkty było jednocześnie pierwszym meczem GKS-u w ekstraklasie (8 sierpnia 1965).

Z tej okazji lista DZIESIĘCIU najbardziej pamiętnych  - według Czadobloga  - ligowych meczów Górnika z GKS-em. Wspomagam się tekstami, który kiedyś pisałem i współpisałem dla "Gazety".

MIEJSCE X:

Wielka smuta - rok 2005

Ostatni jak dotąd mecz GKS-u w ekstraklasie. W ostatniej kolejce katowiczanie pokonali Górnika po golu z karnego, zdobytego już w doliczonym czasie gry.  - Spadamy, ale z honorem - mówił ówczesny trener "Gieksy" Jan Furtok.  Mecz na Bukowej odbył się bez publiczności (to była kara za wcześniejsze ekscesy). Niektórzy piłkarze oddali koszulki garstce kibiców, którzy oglądali większość meczu na dachach kas... A Górnik? Zakończył sezon serią sześciu porażek, ale utrzymał się w lidze...

MIEJSCE IX:

Wielki znak zapytania - rok 2001

Piłkarze Górnika na minutę przed końcem zdobyli gola z problematycznego rzutu karnego. Dzięki tej bramce zdołali zremisować i uniknęli nie tylko degradacji, ale nawet gry w barażach! Jeszcze w 89. min Górnik musiałby walczyć o ekstraklasę z drużyną z Polkowic. Właśnie wtedy sędzia dopatrzył się faulu Marka Kubisza na Łotyszu Andrejsie Prohorenkovsie. Kiedy gol Piotra Gierczaka zapewnił jedenastce Waldemara Fornalika ligowy byt, fani Górnika oszaleli z radości. Po zwycięstwie Pogoni Szczecin w Olsztynie i porażce Ruchu Radzionków w Płocku Górnik zrównał się punktami ze Stomilem i mając lepszy bilans spotkań, pozostał w ekstraklasie! Poproszony o komentarz ówczesny prezes Stanisław Płoskoń nie był zbyt rozmowny. - Ja się na piłce nie znam, a poza tym z dziennikarzami nie rozmawiam - powiedział wtedy.

MIEJSCE VIII:

Wielki klaps - rok 1996

Największa klęska Górnika w historii rywalizacji z Katowicami. Inauguracja rundy wiosennej wypadła dla zabrzan fatalnie. Posprzedawali kilku ważnych piłkarzy, kilku innych pauzowało z powodu kartek i kontuzji, więc w ataku zadebiutował rozgrywający 101. mecz w ekstraklasie... Tomasz Hajto. W tym meczu zagrał także pierwszy cudzoziemiec w historii Górnika Białorusin Władymir Łomako. Już po 360 sekundach grypiłkarz z Mińska wpakował piłkę do własnej bramki. GKS, widząc słabość rywala, nie odpuścił do końca. W 25. minucie bramkarz gospodarzy Mirosław Warzecha za faul wyleciał z boiska, a rzut wolny na gola zamienił sprytnym strzałem 34-letni Jan Furtok. W dziesiątkę Górnik nie był w stanie nic zdziałać. Skończyło się 0:4. Swojego jedynego gola w ekstraklasie strzelił wtedy Mirosław Widuch.

MIEJSCE VII:

Wielka konsternacja - rok 1979

GKS przyjechał do Zabrza z trenerem... Stanisławem Oślizłą. Symbol Górnika pomógł "Gieksie" w wywalczeniu historycznego punktu. Dotychczasowy ligowy bilans katowiczan w Zabrzu był katastrofalny: 6 meczów, 6 porażek, bramki: 2:17. Tym razem GKS miał piorunujący początek; po 20 minutach prowadził 2:0, choć trochę pomogło mu szczęście, bo przy pierwszym golu pomógł im rykoszet - piłka, zanim wpadła do bramki, odbiła się przypadkowo od głowy ostatniego wielkiego piłkarza Górnika tamtych lat Jerzego Gorgonia. Wściekły Gorgoń ruszył do przodu i prawie natychmiast zdobył kontaktową bramkę; zabrzanie zdołali wyrównać jeszcze do przerwy. W II połowie trwał szturm katowickiej bramki, ale doskonały mecz rozegrał bramkarz GKS-u Czesław Mika, który nie dał się już ani razu pokonać. Skończyło się 2:2.

MIEJSCE VI:

Wielki dzień bohatera drugiego planu - rok 1988

Kolejne fantastyczne spotkanie w latach 80. Na Bukowej starły się dwa znajdujące się w świetnej formie zespoły. Jesienią 1988 roku GKS miał, moim zdaniem, najsilniejszy skład w dziejach - jeszcze z Furtokiem, który wkrótce zostanie sprzedany do HSV, i pomocnikiem Andrzejem Rudym, który wkrótce ucieknie za granicę (wtedy się jeszcze uciekało za granicę). Właśnie kupiony kilka miesięcy wcześniej za olbrzymie pieniądze Rudy był najlepszy na boisku, dyrygował zespołem, świetnie dogrywał kolegom piłki. Ale to nie on został bohaterem spotkania, a skromny lewy obrońca Jerzy Kapias, który fantastycznym strzałem z woleja dał w końcówce zwycięstwo gospodarzom 3:2.

MIEJSCE V:

Wielka nauczka - rok 1989

Na własnym stadionie Górnik wielokrotnie karcił katowicką drużynę, czasem dość dotkliwie. Przykładem jest mecz z marca 1989 roku. To był pierwszy mecz, w którym "Gieksa" musiała sobie w Zabrzu radzić już bez Furtoka, robiącego furorę w bundeslidze. Wybrany właśnie na prezesa GKS-u Marian Dziurowicz podkreślał, że jego klub walczy o mistrzostwo i jego piłkarzom nie wolno tego meczu przegrać. Do przerwy katowiczanie rzeczywiście robili na boisku, co chcieli, ale byli nieskuteczni (Kubisztal trafił w spojenie, a Walczak z karnego w... słupek). Jak się strzela bramki, pokazał Górnik: zaczął Jan Urban, który miał patent na GKS i strzelił mu wiele ważnych bramek. Drugiego gola wbił malutki napastnik Waldemar Kamiński, jeden z największych niespełnionych talentów polskiej piłki lat 80. Trzeciego dorzucił po cudownej akcji Ryszard Cyroń. GKS już się nie podniósł, skończylo się 3:0. Mecz prowadził wyróżniający się wówczas sędzia międzynarodowy Michał Listkiewicz.

MIEJSCE IV:

Wielka strzelanina - rok 1987

Mecz wielkich rywali na Stadionie Śląskim. To było wspaniałe spotkanie z wielką liczbą efektownych akcji, strzałów i parad bramkarskich. Skończyło się 3:3. "Dla obu drużyn piątka z ataku, dwója z gry obronnej" - krzyczał katowicki "Sport". "Jak ci obrońcy poradzą sobie w pucharach?" - zastanawiali się dziennikarze. Ci z Górnika poradzili sobie nieźle (wyeliminowali Olympiakos Pireus), ci z GKS-u dużo gorzej (odpadli ze Sportulem Studentesc Bukareszt).

MIEJSCE III:

Wielki upał - rok 1965

 Inauguracyjne spotkanie na Stadionie Śląskim rozpoczęło się w samo południe, piłkarze musieli grać przy 35 stopniach Celsjusza! Gospodarze zagrali osłabieni brakiem swojego najlepszego piłkarza - Zygmunta Schmidta, pierwszego reprezentanta Polski w dziejach klubu. Schmidt wydatnie pomógł katowiczanom w awansie, bo w sezonie 1964/65 zdobył w II lidze aż 30 bramek! Z kolei w Górniku nie wystąpił Włodzimierz Lubański, ale bramki strzelały dla zabrzan inne asy. Do przerwy było 0:0, a publiczność głośnym "Rapid, Rapid" zagrzewała piłkarzy do skuteczniejszej gry [do fuzji, w wyniku której powstał GKS, doszło ledwie rok wcześniej i wspomnienie Rapidu Wełnowiec było ciągle żywe]. W II połowie zabrzanie zdobyli trzy gole w ciągu 25 minut - najpiękniejszą bramkę zdobył Ernest Pohl, który w 56. minucie w pełnym biegu rypnął pod poprzeczkę. W końcówce ambitni piłkarze GKS-u zdobyli dwa gole. Do historii klubu przeszedł Piotr Sobik, autor obu bramek. Szczególnie druga była piękna - spokrewniony z legendarnym śląskim fechmistrzem piłkarz oddał cudowny strzał z 30 metrów, kompletnie zaskakując Huberta Kostkę.

MIEJSCE II:

Wielka awantura - rok 1969

Mecz rekordowy pod względem frekwencji, nigdy meczu między Górnikiem i "Gieksą" nie oglądało aż 60 tysięcy kibiców. Mecz miał dramatyczny przebieg, spotkanie zakończyło się skandalem. Sędzia Hirsch z Poznania po wielkiej awanturze przerwał grę i odgwizdał koniec w 81. minucie. GKS prowadził w tym momencie 2:1, a wściekli piłkarze Górnika omal nie zlinczowali arbitra, bo nie uznał im gola na 2:2 (według dziennikarzy słusznie, bo Skowronek był na spalonym, a Wilczek faulował bramkarza). Sędzia uznał, że jego nietykalność cielesna została naruszona. Ciekawe, że pchnął go Lubański, ale zdyskwalifikowano Florenskiego, który wziął winę na siebie. Obrońca Górnika wrócił do gry po trzymiesięcznej przerwie, już w następnym sezonie. Mało kto pamięta, że Górnik wcale nie musiał przegrać tego meczu. W 42. minucie pierwszy wielki bramkarz "Gieksy" Piotr Czaja obronił jednak karnego Alojzego Dei podyktowanego po faulu Strzelczyka na Lubańskim. I jeszcze głos z epoki - inż. Gładych, wówczas kierownik sekcji Górnika: "za atakowanie sędziego można najwyżej usunąć z boiska, a nie wolno przerwać meczu!". Wynik 2:1 zweryfikowano na walkower dla katowiczan.

MIEJSCE I:

Wielkie ciemności - rok 1994

Ten mecz przeszedł do legend śląskiej piłki, ale z powodów pozasportowych. W Katowcach przy stanie 1:0 dla gości w 71. minucie lampy wież oświetleniowych po lewej stronie stadionu zaczęły syczeć i zgasły. Sędzia dał organizatorom 35 minut na usunięcie awarii. Arbiter i kwalifikator argumentowali, że warunki na obu stronach boiska nie są jednakowe. Lewa połowa była rzeczywiście gorzej oświetlona. - Każdy powinien mieć cztery cienie, a teraz ma trzy - mówił arbiter. Kiedy elektryk próbował włączyć światło na czwartym słupie, w rozdzielni nastąpiło zwarcie. Sędzia długo naradzał się z kwalifikatorem w ciemnym pokoju, aż po 75 minutach wyszedł z kapitanami na murawę i zakończył mecz. Trener Hubert Kostka był wściekły. Zasilanie podłączono pół godziny później. PZPN zdecydował o powtórzeniu meczu, był remis 1:1. Zabrzańscy kibice do dziś uważają, że Marian Dziurowicz specjalnie wydał polecenie, żeby zgasić światło...

Czy jutrzejsze spotkanie, przecież już nie na szczeblu ekstraklasy, będzie na tyle pamiętne żeby wskoczyć do Top Ten? 

PS Byłem na dwóch Ruchach - chorzowskim i radzionkowskim.

Wrażenia z piątku? Zawsze chciałbym oglądać Ruch do zejścia Straki i wejścia Pulkowskiego. Niestety, z reguły muszę oglądać Ruch od wejścia Pulkowskiego do zejścia Sobiecha. Nigdy nie chcę oglądać Ruchu od wejścia Nowackiego do obrony karnego przez Pilarza.

Dodam, że po meczu na Cichej doszło do kuriozalnej sytuacji związanej z autokarem Arki Gdynia. Ale o tym przeczytacie pewnie w innym miejscu...

Wrażenia z soboty? Tak nie wyglądają mecze na szczycie, cidry wręcz zdemolowały Polkowice. To była zabawa w kotka i myszkę. Dlatego już  nie mogę się doczekać spotkania, które odbędzie się w następnej kolejce. Kibice z Radzionkowa też nie: nawet wywiesili transparent: "za tydzień wszyscy do Sosnowca". II-ligowy hit na Stadionie Ludowym, super! Nie mogę się doczekać, ale najpierw, już za chwileczkę, I-ligowy hit na Roosevelta...

Do zobaczenia na Śląskim Klasyku!

czwartek, 13 sierpnia 2009
Obraniak strzelił tylko jednego gola

Chyba jak wszyscy zachwycony jestem debiutem Ludovica Obraniaka. Zaimponowała mi jego swoboda w grze, ruchliwość, szybkość w podejmowaniu decyzji i pewność wyborów. Ucieszyłem się, kiedy już po kilku minutach było widać, że koledzy na boisku go akceptują i - co najważniejsze - dostrzegają. Nie każdy debiutant dostałby kilka podań od Pawła Brożka, a Obraniak - owszem.

Nie przekonują mnie jednak tłumaczenia Leo Beenhakkera dotyczące wyjścia gracza Lille dopiero w II połowie. Teraz chyba nikt nie ma wątpliwości, że jest kadrze przydatny, chyba nikt nie ma wątpliwości, że w meczu z Ulsterem „Ludo” powinien wyjść od pierwszego gwizdka. 5 września w Chorzowie będzie mieć tylko 45 minut reprezentacyjnego przebiegu, a mógłby 90...

Tak, to był debiut iście wystrzałowy, ale często za bardzo tęsknimy za wydarzeniami, o których moglibyśmy wspominać latami. Rzadko zdarza się, żeby wyczekiwany i gromadnie obserwowany debiut rzeczywiście tak wypalił. Zdanie „Dwa gole Ludovica Obraniaka w reprezentacyjnym debiucie” jest efektowne, ale niestety nie polega na prawdzie. Autorem pierwszego gola jest bowiem Marcin Wasilewski. Piłka oczywiście otarła się o Obraniaka, ale gracz Lille byłby autorem tego gola wtedy, gdyby futbolówka po strzale Wasilewskiego nie zmierzała w światło bramki. A ona w tym konkretnym przypadku do greckiej bramki jednak zmierzała. Nie ma wątpliwości: to był celny strzał naszego obrońcy!

Nie rozumiem więc przypisywanie tego gola „na siłę” Obraniakowi, zdarzało się już przecież, że bramki padały po rykoszecie, a autorstwo przyznawano zawodnikowi, który oddał strzał. Gdyby na miejscu Obraniaka stał na przykład Spyropoulos, gol na pewno zostałby zaliczony na konto piłkarza Anderlechtu, jestem o tym przekonany. 

Tak więc prostuję:

1:0 Wasilewski (47.), 2:0 Obraniak (79.)

PS Jestem typowym kibicem reprezentacji Polski - czyli takim, który szybko chce zapomnieć o klęskach, który szybko na nowo łapie nadzieję. Po zawstydzającym meczu w Belfaście byłem wściekły, rozżalony i kategoryczny w sądach. A teraz mówię: Polacy wygrajcie w Chorzowie. Wygrajcie dwa razy na Śląskim, potem gdzie indziej i wywalczcie awans. Stać Was na to. Tym bardziej z Obraniakiem.

PS2 Nie chcę wybrzydzać, ale kiedy wreszcie zagramy towarzyski mecz z rywalem z najwyższej półki? W czasie gdy my graliśmy z przciętnymi Grekami, taka Estonia potrafiła sprowadzić do Tallina Brazylię z Kaką, Luisem Fabiano i Danim Alvesem w składzie. Nam „canarinhos” udało się sprowadzić do Polski tylko raz, ponad czterdzieści lat temu. Argentynę, która wystąpiła w Rosji, też raz - ponad trzydzieści lat temu. Kiedy uda się to znowu?

Ostatni raz towarzysko z przeciwnikiem z najwyższej piłki graliśmy pięć lat temu (w 2004 roku na wyjeździe z Francją). U siebie jeszcze wrześniej - sześć lat temu (w 2003 roku z Włochami). Oj, kuleje nasza futbolowa dyplomacja... 

wtorek, 11 sierpnia 2009
Gościnne występy

Usłyszałem właśnie od znajomego, że Ludovic Obraniak, który jutro zagra w towarzyskim meczu Polska - Grecja, „zaczyna gościnne występy w biało-czerwonych barwach”. Nie chciałem wdawać się w dyskusję, że słowo „gościnne” jest moim zdaniem w tym wypadku zupełnie nie na miejscu, uzmysłowiłem sobie za to jednocześnie, że kiedyś to słowo znaczyło w futbolu znacznie więcej niż dziś. W pionierskich czasach, ale także i trochę późniejszych, często zdarzały się gościnne występy zawodników grających na co dzień w zupełnie innych klubach, a nawet reprezentacjach (Józef Ciszewski z Cracovii w 1928 roku zagrał gościnnie w kadrze Jugosławii w towarzyskim meczu z Czechosłowacją).

Na Śląsku ”gra gościnna” była praktyką dość częstą. Zdarzało się, że na zagraniczne wyjazdy nasze drużyny wypożyczały najlepszych zawodników z innych zespołów. W pierwszym zagranicznym tournée Górnika po Związku Radzieckim w 1955 roku (0:2 z Szachtiorem Donieck i 1:2 z Zenitem Leningrad) wziął udział wypożyczony z Ruchu Gerard Cieślik. To właśnie on zdobył jedynego gola dla zabrzan podczas tych wojaży.

Jednak najczęściej tzw. „gościnne występy” były praktykowane w latach II wojny światowej. W tym okresie śląscy piłkarze byli gromadnie wcielani do Wehrmachtu i grali w przygodnych drużynach - tam, gdzie rzucił ich los. Zdarzało się, że korzystając z przepustek wracali na krótkie urlopy w rodzinne strony i wzmacniali swoje dawne zespoły. Jerzy (a właściwie Gerard) Goetzner, były gracz Słowiana, opowiadał mi, że grał w Katowicach w czasie wojny przeciw Ernestowi Wilimowskiemu, który na stałe opuścił Górny Śląsk w lutym 1940 roku. Potem „Ezi” przyjeżdżał jeszcze przez jakiś czas na urlopy i grywał w meczach towarzyskich jako tzw. gastspieler.

Wyjątkowo smakowita historia związana jest z pomocnikiem Franciszkiem Lipem z Mysłowic. Opowiedział mi ją prof. Alfred Sulik, jeden z najlepszych mysłowickich piłkarzy, po wojnie napastnik m.in. AKS-u Chorzów, a także zawodowy historyk (m.in. kierownik katedry historii gospodarczej na Akademii Ekonomiczej w Katowicach). Macierzysty klub Lipa - 06 Mysłowice - został przez Niemców uznany za zbyt polski i w efekcie rozwiązany. Na jego miejsce powołano Reichsbahnsportgemeinschaft Myslowitz, w skrócie RSG (Kolejowa Wspólnota Sportowa). Franz Lip grał w tym klubie na środku pomocy, był głównym organizatorem gry. Sytuacja na froncie spowodowała, że Ślązacy coraz częściej byli wcielani do Wehrmachtu - bodaj w 1943 roku przydarzyło się to także Lipowi. W kwietniu 1944 roku mysłowiczanin dostał przepustkę  i przyjechał na urlop. Tak się złożyło, że w Chorzowie na stadionie Ruchu odbywał się akurat towarzyski mecz miejscowego Bergknappen z wówczas fantastycznym Schalke 04 Gelsenkirchen, grającym słynny kreiselspiel. To było wydarzenie głośne na cały Śląsk; nie chce się w to wierzyć, ale ponoć 30 kwietnia 1944 roku na stadion przyszło prawie 50 tysięcy ludzi! Wśród nich byli Franz (Franciszek) Lip i 12-letni wtedy Alfred Sulik. W przerwie meczu zdumiony gefreiter Lip usłyszał jak przez megafony wywołano jego nazwisko. Przerażony żołnierz spodziewał się, że musi natychmiast wracać do macierzystej jednostki na front. Tymczasem okazało się, że ma wdziać spodenki, nałożyć sportowe buty i jako typowy gastspieler wspomóc zbierających baty gospodarzy. Któryś z miejscowych działaczy pamiętający Lipa jako piłkarza, zauważył go na trybunach i uznał, że może pomóc. Lip zagrał więc w drugiej połowie w barwach Bergknappen. Starał się bardzo, „nagonił się jak pies”, ale przecież nie mógł zapobiec klęsce. Goście m.in.za sprawą brylantowych Mazurów Kuzorry i Sczepana wygrali wtedy w Bismarckhütte aż 8:1. Lip wkrótce znów znalazł się na froncie, ale przeżył wojnę i kiedy wrócił na Śląsk wzmocnił reaktywowany 06 Mysłowice, znany odtąd także jako Lechia.

RSG Myslowitz

Na zdjęciu RSG Myslowitz w latach 40. Franz Lip drugi z prawej w górnym rzędzie. Archiwum Alfreda Sulika

Epizody jako gastspieler zaliczał też choćby Józef Muskała, jeden z najlepszych powojennych piłkarzy AKS-u Chorzów. Wcielony do Wehrmachtu służył na terenie późniejszego NRD, potem w Holandii, a wreszcie w Grecji, gdzie stacjonował przez cztery lata. Jako  gastspieler wielokrotnie grał w różnych meczach na stadionie Panathinaikosu. W spotkaniu wojskowych reprezentacji Niemiec i Włoch wypracował pięć bramek. W Afryce, po różnych perypetiach, udało mu się uciec do Armii Andersa, w piłkę zaczął znów grać w Szkocji. Początkowo gościnnie. Tak wspominał przed laty ”Gazecie”:

 „Poszedłem na mecz Kilmarnock Rovers, grało tam dwóch zawodników z Radzionkowa. Powiedziałem wtedy działaczom, że ja też jestem piłkarzem. Pozwolono mi wystąpić w towarzyskim meczu ze szkocką drużyną wojskową. Strzeliłem pięć z sześciu bramek i natychmiast zostałem zawodnikiem Kilmarnock. Nie pograłem tam jednak długo. Brat zginął w Rosji, a siostra w wypadku w hucie. Zdecydowałem, że muszę wrócić do Chorzowa, muszę pomóc rodzicom”.

Przyznacie, że w tym kontekście używanie wobec Ludovica Obraniaka sformułowania „zawodnik na gościnnych występach” pasuje jak pięść do oka.

niedziela, 09 sierpnia 2009
Bilardinho z Cichej

Byłem na meczu Ruch - Piast.

Co mi się podobało:

a) że każdy ma kiedyś ten pierwszy raz, kiedy głowa sięga chmur. Jednym pierwszy ligowy gol przychodzi łatwiej i ładniej, drugim trudniej i w topornym stylu, ale to wszystko w tym jednym momencie nie ma znaczenia. Faberowi udało się strzelić w ekstraklasie w debiucie, Wilimowskiemu w drugiej grze, a Cieślikowi i Lerchowi - w trzeciej. Obrońcy Rafałowi Grodzickiemu w siedemdziesiątej (w barwach Ruchu - w trzydziestej ósmej). Stoper był w szoku, bo jak sam przyznał "bardzo rzadko wychodzi do przodu". Tym razem wyszedł i wyszło. Czerwona kartka w końcówce nie miała znaczenia.

b) że czasem ze Śląska do Rio jest całkiem blisko. Tym razem blisko miał Tomasz Brzyski, który objawił niezwykły - jak na polskie warunki - talent do gry z pierwszej piłki. Wychodziło mu prawie wszystko, a natychmiastowa centra z powietrza, po której wystarczyło, że Artur Sobiech tylko zmienił lot piłki, to najefektowniejsze zagranie, które widziałem w 2009 roku. To nie był przypadek! Od teraz Tomasz Brzyski jest dla mnie Tomaszem "Bilardinho" Brzyskim.

c) że Andrzej Niedzielan okazuje się prawdziwym wzmocnieniem Ruchu. Napastnika rozlicza się ze strzelonych bramek - Niedzielan nie strzelił, ale w dużej mierze to dzięki niemu Ruch grał z przodu wyjątkowo urozmaicony futbol. Po prostu Niedzielanowi trzeba więcej podawać.

d) że Piast nie musi się martwić o następstwo Kasprzika w bramce. Jakub Szmatuła ma potencjał, żeby go zastąpić. Kilka jego interwencji było udanych, a jedna - przy strzale Sobiecha w I połowie - rewelacyjna. Utracie bramek nie mógł zapobiec. 

e) że powrót na własne boisko po długim okresie remontu może być tak udany. Nie tylko Ruchu, ale i dzień wcześniej GKS-u Katowice, który też wygrał 2:0 (nie byłem, ale kibic Ruchu, obecny incognito na Bukowej twierdził, że doping na Gieksie był rewelacyjny).

Co mi się nie podobało:

a) Kibice Ruchu mieli szansę udowodnić, że świeżo zawarty kibicowski alians katowicko-zabrzański mają gdzieś i że to dla nich nic nie znaczy, mieli szansę udowodnić, że koncentrują się na własnym klubie. Zmarnowali okazję: przed meczem i pół godziny przed końcowym gwizdkiem zaryczeli, że ich najbliżsi sąsiedzi ze wschodu i zachodu lubią wspólnie podziwiać kolory tęczy. Tym samym dali do zrozumienia, że ten sojusz ich uwiera. A czy ich trwoży - niech sami sobie odpowiedzą. W przerwie jeden ze znajomych liderów chorzowskich kibiców przekonywał mnie, że śpiewały dzieci, a starszyzna ma to gdzieś. Ale niemożliwe, żeby 80 procent kibiców Ruchu chodzących na stadion miało 12 lat.

PS Był jeszcze krótki wieczorny wypadzik na Ludowy. Przekonałem się, że Zagłębie z Lachą i Zagłębie bez Lachy to zupełnie co innego. Walka o awans do I ligi z grupy zachodniej zapowiada się pasjonująco.

piątek, 07 sierpnia 2009
Krótka wizyta u sąsiada

Futbol dolnośląski przed 1945 rokiem to dla polskiego kibica terra incognita. Wygląda jednak, że się to wkrótce zmieni. Autor bloga ”Sphaeristerium” przygotowuje  książkę o historii sportu w przedwojennym Wrocławiu, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Czekam z niecierpliwością...

A na razie, na rozgrzewkę, można przeczytać ten pyszny kawałek jego autorstwa. Myślę, że trzeba zwrócić uwagę na nowe możliwości Markowi Krajewskiemu. Ubolewam, że Eberhard Mock nie interesuje się zbytnio futbolem. Może któraś z kolejnych mrocznych przygód komisarza Mocka mogłaby się zdarzyć choćby na trawiastym placu nad Odrą między Fürstenbrücke a Kaiserpark? Ale byłoby fajnie...

czwartek, 06 sierpnia 2009
A zniszczcie mi murawę!

Pojawię się dziś wieczorem na Stadionie Śląskim. Wszyscy będą drżeć w zachwycie gapiąc się na scenę, a ja będę drżeć z niepokoju gapiąc się pod nogi. 700 rozłożonych płyt ma ochraniać trawę na Stadionie Śląskim przed podskakującymi tabunami fanów znanego irlandzkiego zespołu U2, ale nie sądzę, żeby ochroniło.

Po koncercie okaże się czy murawa będzie do wymiany. Moim zdaniem będzie. Tego armageddonu nie wytrzyma nawet królewska wiechlina łąkowa wzmocniona wymieszanymi z ziemią włóknami polimerowymi. Biedna trawa... Kurka wodna, nie będzie miał znaczenia nawet fakt, że zadarnienie osiąga 9 w dziewięciostopniowej skali bonitacyjnej!

Zaraz po koncercie trzeba będzie się więc szybko decydować i natychmiast działać. Działać czyli całkowicie wymienić murawę. Przypominam, że już za miesiąc, 5 września, w tym samym miejscu odbędzie się mecz Polska - Irlandia Północna w eliminacjach mistrzostw świata. Dobrze byłoby, żeby boisko było w ten dzień równiutkie jak stół bilardowy. Zniszczone, podeptane, pełne nierówności, na pewno stałoby się atutem Ulsterczyków. Oni na co dzień przecież grają na takim pastwisku w Belfaście i - jak się boleśnie przekonaliśmy - potrafią to znakomicie wykorzystać.

PS A swoją drogą kto to widział, żeby bilety na U2 były droższe od wejściówek na fantastycznie zapowiadający się mecz z Ulsterem?!

PS2 Jeśli zabrzmi dziś „City of Blinding Lights” to na chwilę oderwę oczy od murawy. Ale nie sądzę, żeby zabrzmiało. 

 scena na koncert U2 na Stadionie Śląskim

 
1 , 2
Archiwum